Kraina Martwej Ziemi. Tom 1. Krew i stal - Jacek Łukawski - ebook
Opis

Gdy krew bohaterów zrosi Martwą Ziemię, stal będzie musiała dosięgnąć zdrajców.

Sto pięćdziesiąt lat po powstaniu Martwej Ziemi z twierdzy granicznej wyrusza oddział żołnierzy, by wąskim przesmykiem przekroczyć zapomnianą krainę. W starym klasztorze u podnóża Smoczych Gór ukryte jest coś, co musi powrócić do królestwa, zanim Zasłona Martwej Ziemi pęknie i zaniknie.

Silny oddział pod dowództwem Dartora, starego, zaprawionego w bojach oficera, wkracza w suche stepy, by zmierzyć się z demonami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Prawdziwy cel misji zna tylko przysłany w ostatniej chwili przewodnik. Lecz nawet on – tajemniczy Arthorn – nie przypuszcza, jaki los przygotowali dla nich bogowie i jak krucha jest równowaga znanego im świata.

Krew i stal to mocny debiut Jacka Łukawskiego, w którym klimat wczesnego średniowiecza znakomicie miesza się ze słowiańskim kolorytem.

***
Klasyczna fantasy – droga, misja, tajemnica, magia plus słowiańska demonologia. Myślę, że o Łukawskim jeszcze nie raz usłyszymy.
Jarosław Grzędowicz

Powieść Łukawskiego odwołuje się do szerokiej tradycji high fantasy, ale autor zgrabnie przepuścił ją przez filtry realizmu i zdrowego rozsądku. Niezła fantastyczna awantura w głównym nurcie przygodowego fantasy.
Michał Cetnarowski, „Nowa Fantastyka”

Jacek Łukawski serwuje pełną akcji wyprawę w nieznane, podczas której niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Trzyma w napięciu od pierwszej strony.
Tymoteusz Wronka, Katedra.nast.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 426

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Głośne szczekanie psów zagłuszyło tętent, który niósł się donośnie po pogrążającej się we śnie osadzie. Nim kmiecie zdołali się wygramolić ze swych barłogów i wyjrzeć bojaźliwie przez szpary okiennic, obcy minął ostatnie chałupy i rozpłynął się w gęstniejących mgłach, jakie o tej porze roku spowijały okolicę.

Wkrótce przybysz dotarł do rozstai. Ściągnął wodze i kręcił się niezdecydowany, nie wiedząc, którą z dróg wybrać. Czające się w krzakach licho strzygło uszami, lecz nim wyszło na pokryty mleczną rzęsą dukt, jeździec spiął konia i ruszył ku ciemnej ścianie puszczy.

Popędzał wierzchowca, wiedząc, że to najgorszy czas na samotną podróż – nocne istoty wypełzły już bowiem ze swych leży i garnęły się ku ludzkim sadybom, wyłaziły na trakty i kryły w ostępach, czyhając na nieszczęśników, których żywotem mogłyby się ogrzać. Jeździec wiedział, że rozsądniej byłoby przeczekać noc w jakimś zajeździe i ruszyć dopiero o brzasku, lecz nie mógł sobie na to pozwolić. Nie tym razem.

Miał przed sobą misję trudniejszą niż kiedykolwiek, mimo to podjął się jej, świadom jej wagi. Tego samego zdania był Garhard, namiestnik starego króla, który wezwał go do siebie – wierzył, że jest jedynym człowiekiem, któremu może powierzyć tak ważkie zadanie.

Ludzie szeptają, że Garhardowi się nie odmawia, że jego prośba to tyle co rozkaz najważniejszy. Może tak było w istocie, lecz Arthorn nigdy nie pojmował swej służby w ten sposób. Znał mędrca dobrze i wiedział, że ten nie rzuca słów na wiatr i nie szafuje niczyim żywotem, a gdy prosi o coś trudnego czy ryzykownego, to tylko dla dobra, chwały lub bezpieczeństwa królestwa, a nie dla swej pychy czy korzyści.

Ile to już razy z jego polecenia stawiał czoła nowym wyzwaniom, ile razy zwyciężał, a ile ponosił klęsk, ledwo uchodząc z życiem! Wszystkie te awantury, intrygi, opresje i tarapaty zdawały mu się teraz ledwie niewartą zachodu igraszką. Nawet wcześniej, gdy w polu prowadził drużynę wprost na wroga, gdy siekł i był sieczony, gdy zwyciężał i był zwyciężany, nurzając się w krwi towarzyszy, ocalany niezrozumiałą łaską bogów – nawet wtedy nie czuł tak wielkiego strachu przed tym, co szykują dla niego bogowie.

Garhard był tego świadom i po raz pierwszy dał mu wybór. Pozwolił samemu zdecydować, czy podejmie się wyzwania, i zapewnił nie żywić urazy, gdyby Arthorn odmówił. Poprosił go tylko, by dobrze się zastanowił, gdyż nie widzi wśród swych sług nikogo innego, kto mógłby sprostać wyzwaniu.

Arthorn wahał się, nie wiedząc, czy jest gotowy położyć na szali swoje życie w taki sposób. Oczywiście co dzień liczył się z tym, że może zginąć, nieraz też ocierał się o śmierć, lecz zawsze był pewien, że jego krew wsiąknie w ziemię Wondettel, a kości zostaną poświęcone Ariath. Tymczasem Garhard prosił go, by…

Koń zarżał, gubiąc krok, gdy między drzewami poruszył się jakiś kształt, a z mroku dobiegły ciche szepty. „Borutników mi jeszcze brakowało – pomyślał Arthorn, poczuwszy znajomy smród piżma. – Przykro mi, ale musisz się jeszcze wysilić. – Spiął konia do galopu, nie bacząc, że ten robi już bokami. – Inaczej obaj pożałujemy tego już teraz”.

Wiedział, że wkrótce las się przerzedzi i będą mogli zwolnić, a wierzchowiec zdoła odetchnąć, nim dotrą do brzegu rzeki.

1. Przybysz

Prom zadrżał i jęknął, gdy odrobinę zbyt gwałtownie przybił do pomostu. Młody żołnierz pełniący funkcję szypra zaklął pod nosem. Po chwili jednak wyprostował się dumnie, widząc, że platforma promu prawie idealnie trafiła w przystań, tak że obie łodzie, na których była oparta, kołysały się lekko w równych odległościach od kei. Dziobowi zaciągnęli już na nich cumy, zatknęli pochodnie i teraz wpatrywali się w niego wyczekująco. Powiódł wzrokiem po brzegu, starając się w szybko zapadającym mroku wychwycić jakąś sylwetkę. Nikogo nie było, więc skinął głową:

– Można palić!

Sam również wyciągnął fajkę z sakiewki. Zszedł na pomost, sprawdził wiatr i nieśpiesznie zaczął układać tytoń w główce. Pozostali odpalali pety od kaganków, ale on nie po to kupił tytoń spod samych Szarych Gór, aby teraz wąchać najgorsze i najtańsze żołdackie skręty, których smród potrafiłby postawić na nogi umarlaka. Niektórzy zresztą gotowi byli przysiąc, że na własne oczy widzieli, jak na polu bitewnym co rusz trup ożywał owiany brunatną smugą z takiego peta. Żołnierz uznawał tylko palenie fajki. Nie pamiętał co prawda, jak się kupiony tytoń nazywał, ale handlarz klął się na bogów, że to jedna z najlepszych odmian. Cena w postaci trzech talarów najdobitniej potwierdzała te słowa. Nie był to też żaden szwindel, bo wystarczyło powąchać i rozetrzeć w palcach próbkę, aby wiedzieć, że wart jest swojej ceny. Zapalenie go było nie lada ucztą, oczywiście pod warunkiem że miało się jakieś wymagania.

Ledwie zdążył się dwa razy zaciągnąć, gdy nieopodal rozległo się rżenie. Po chwili wahania ostrożnie odłożył fajkę na stojącą obok starą beczkę i wyprostował się w oczekiwaniu na przybysza. Wkrótce z mroku wyłonił się jeździec. Gdy zsiadł z konia i się zbliżył, młody żołnierz zasalutował przepisowo.

– Gwydon, dziesiętnik, do waszych usług, panie. Zapraszam na pokład.

– Witajcie, dziesiętniku. – Przybysz zasalutował, po czym sięgnął za pazuchę. – Tu macie glejt królewski. Zanim zabierzecie mnie na pokład, sprawdźcie, czy aby możecie to uczynić.

– Wybaczcie, panie. – Zmieszał się Gwydon. – Nie myślcie, że chciałem postąpić wbrew prawidłu, ale ja wiem, kim jesteście. – Podniósł wzrok i już pewniejszym głosem dokończył: – Poznałem was w blasku pochodni. Jesteście Arthorn, drużynnik, co to nie dalej jak trzy lata temu złoił skórę Morrończykom pod Emorwil. Sam widziałem, bo służyłem wtedy pod setnikiem Hordo z Maranmorr. O tym, że to was mam dziś powitać i do twierdzy zabrać, powiedział mi sam komes, któremu zależało, aby witał was ktoś, kto wie, jak wyglądacie…

– Bardzo dobrze – pochwalił Arthorn z uśmiechem. – Spisałeś się, Gwydonie, a teraz ruszajmy… Tylko fajki nie zapomnij.

Prom sunął w poprzek leniwego nurtu rzeki. Wioślarze w równym tempie unosili i opuszczali wiosła, wzburzając wilgotną mgłę, której długie rzęsy wiły się wokoło, tłumiąc chlupot i irytujące skrzypienie wyrobionej dulki. W oddali, na wysokim skalnym brzegu, ciemna bryła twierdzy odznaczała się na gwieździstym niebie.

Gdy prom przybił do małej przystani, zbliżała się północ. Tuż obok, za wielką żelazną kratą w mroku wykutej w skale jaskini, czaiły się kadłuby liburn wojennych, które jeszcze niedawno prowadziły regularne bitwy na wodach Simare, chroniły Królestwo Wondettel przed desantem wojsk księstw Morronu i wspierały własne oddziały w trakcie kampanii północnej, by później stać się postrachem rzecznych piratów i przemytników.

Czekał już na nich specjalny powóz zaprzężony w cztery krępe konie o mocnych i szerokich pęcinach. Droga wiodła w górę – częściowo wykuta w skale, częściowo wybudowana na naturalnych tarasach, na których ufortyfikowano podesty dla balist i katapult. Arthorn odciążył swojego wierzchowca, przenosząc juki i siodło na wóz, i oddał cugle jednemu z żołnierzy. Gdy tylko obaj z Gwydonem zajęli miejsca, zaprzęg ruszył, a w ślad za nimi, dużo wolniej, poprowadzono rozkulbaczonego konia. Na każdym z tarasów przewidziany był przystanek i zmiana prowadzącego, tak aby ani człowiek, ani zwierzę nie zmęczyli się nadto. Powóz nie musiał się zatrzymywać. Ciągnęły go specjalnie do tego wyhodowane górskie koniki, a mimo to poruszali się o wiele wolniej niż Arthorn początkowo przewidywał. Przeprosił więc dziesiętnika, który starał się go zabawić rozmową, i zapadł w drzemkę.

Wschodni brzeg, na którym się teraz znajdowali, stanowił wysoki, skalny uskok o prawie pionowych ścianach, ciągnący się na wiele dziesiątków mil wzdłuż brzegu Simare. Nazywano go granicą. Oddzielał Wondettel od Górnej Krainy, której niegdyś żyzne i tętniące życiem ziemie sięgały aż Smoczych Gór, Kas Brethil. Tam też kończyła się władza króla. Doreba, twierdza, do której bram właśnie się mozolnie wspinali, była jedną z kilku wybudowanych w celu ochrony zarówno rzeki na dole, jak i okolicy na górze. Wiodły tamtędy ważne szlaki, transportowano towary, płody rolne, urobek i zwierzęta, robotnicy przemieszczali się do kopalń, tartaków, odkrywek. Kwitł handel. Po wojnie, która sto pięćdziesiąt lat wcześniej zamieniła Górną Krainę w Martwą Ziemię, uskok stał się prawdziwą granicą królestwa. W pierwszych latach Martwa Ziemia zaczynała się tuż za murami. Tych, którzy nieopatrznie uczynili o jeden krok za dużo, udało się pochować dopiero jakieś pięćdziesiąt lat później, gdy niewidzialna ściana Martwicy cofnęła się nieco w głąb szarego stepu, w jaki zmieniła się kraina. Po kilkudziesięciu latach nieopodal twierdzy pojawiły się pierwsze skromne zabudowania. Pas bezpiecznej ziemi był już na tyle szeroki, że można było myśleć o uprawie. Jedyne, co mogło się utrzymać na jałowej glebie, to gryka i żyto. Soczewica dawała bardzo lichy plon, ale mimo to również co kilka lat pojawiała się na polach. Z czasem przybyło więcej chłopów, głównie takich, którzy z jakichś powodów woleli opuścić dotychczasowe okolice i przenieść się tam, gdzie mało kto będzie ich szukał. Stworzyli kilka osad rozrzuconych w pewnej odległości od Doreby. Liczba ludności w żadnej z nich nie przekraczała kilkudziesięciu mieszkańców. Skromne płody chłopi zwozili do twierdzy, gdzie raz w tygodniu mogli liczyć na przeprawę promową i możliwość sprzedaży ich na zachodnim brzegu rzeki. Wracali stamtąd z pieniędzmi oraz tym, czego nie byli w stanie wykonać lub kupić na górze. Raz na jakiś czas ktoś sprawdzał granicę Martwicy. Często były to zwierzęta, ale czasem nieopatrzny oracz lub nieświadome dziecko. Opodal trupa wbijano potem drewniany pal, znacząc granicę. Pewnym zagrożeniem byli mieszkańcy kilku zbuntowanych wiosek powstałych, nie wiedzieć kiedy, kilka mil na południe i grupy reketerów na północy, ale na razie poza dwoma czy trzema przypadkami sprzed kilku lat nie niepokoili oni okolic Doreby. Odkąd odkryli, że w twierdzy stacjonował liczny garnizon, woleli nie prowokować otwartego konfliktu.

Świtało, gdy wóz wtoczył się na przedzamcze, przejechał pomiędzy przyklejonymi do murów zabudowaniami i ze skrzypnięciem zatrzymał się przed wieżą bramną prowadzącą do serca twierdzy. Jeden z wartowników uważnie obejrzał glejt królewski, sprawdził, co wiozą, po czym zasalutował i pozwolił jechać dalej. Koła zaturkotały na kocich łbach. Pierwsze promienie słońca rozświetliły iglicę górującej nad twierdzą baszty, by po chwili rozpocząć nieśpieszną wędrówkę w dół. Spłynęły na masywną wieżownicę, podkreślając opuszczone od lat furty, za którymi czaić się powinny mordercze balisty strzegące twierdzy przed atakiem smoków, prześlizgnęły się po kamieniach, zabłysły na pinaklach wieńczących dach Domu Fortecznego i przeskoczyły na wieżę bramną. Na moment rozpaliły hełmy dwóch żołnierzy dyskutujących o czymś na blankach, po czym pędząc coraz szybciej, zsunęły się po murach na dziedziniec, zalewając go blaskiem. Arthorn z zadowoleniem podziwiałby ten spektakl, gdyby tylko się odwrócił, ale na schodach Domu już czekali na niego słudzy, aby zaprowadzić do komesa. Gdy więc słońce kończyło swój występ, za Arthornem zamykały się ciężkie, okute żelazem drzwi.

Komes przywitał go w małej jadalni.

– Siadajcie, mości Arthornie, bo z pewnością znużeni podróżą jesteście i głodni. Napijecie się wina dla zaostrzenia apetytu? – Gość kiwnął głową. Komes więc nalał trunek do dwóch kielichów i jeden z nich mu podał. – Na co dzień jadam w koszarach, ale tam nie moglibyśmy spokojnie porozmawiać.

– Tu też nie porozmawiamy, komesie, a przynajmniej nie o szczegółach, o których trudno byłoby mi mówić… – zawiesił głos na moment i ich spojrzenia się spotkały – bez znajomości terenu.

– Wedle waszego życzenia. Możemy ruszyć nawet i chwilę po śniadaniu, które, mam nadzieję, nam zaraz podadzą. Wasze zdrowie!

– I wasze!

Arthorn spoglądał ukradkiem na swego gospodarza, którego niedźwiedzia postura i groźne rysy twarzy nosiły wyraźne piętno minionych lat. O wiele wyraźniejsze, niż się spodziewał na podstawie opisu, jaki przedstawił mu Garhard.

Po chwili słudzy wnieśli parujące półmiski.

– Ruszać będziemy na poszukiwanie enklawy piratów rzecznych? To chyba wolno wam powiedzieć?

– Można to tak ująć, komesie. Król chciałby, abyśmy sprawdzili te nowe wozy taborowe, które otrzymaliście już jakiś czas temu…

– A tak – odparł Dartor. Arthorn wyczuł w jego głosie lekkie rozczarowanie. – Od miesiąca moi chłopcy ćwiczą się w ich obsłudze zgodnie z nadesłanym rozkazem. Muszę przyznać, że sprytnie to jest pomyślane. O ile oczywiście wróg nie uderzy z zaskoczenia.

– Mają być pomocne w transporcie, a nie w samej bitwie, choć i w nagłej potrzebie szybciej pozwolą się żołnierzom uzbroić. Przynajmniej wedle ich budowniczego. Wojna skończona, więc aby je sprawdzić, trzeba było zorganizować tę wyprawę… Jak idą przygotowania?

– Wedle rozkazów, ludzie są już wyznaczeni i przeszkoleni: dwudziestu konnych, dwudziestu lekko zbrojnych piechurów, dziesięciu ciężko zbrojnych, dziesięciu łuczników i dziesięciu kuszników. Czeladzi i pachołków około dwudziestki. – Dartor wyliczał nieco znużonym tonem i Arthorn pomyślał, że takich jak on, doświadczonych i spolegliwych dowódców, jest już coraz mniej. – Jeden wóz bojowy, trzy wozy taborowe, co to je sprawdzać mamy, dwa aprowizacyjne i jeden zapasowy. Luzaki cztery wozowe i cztery wierzchowe. Przygotowane zapasy czekają w piwniczce na załadunek, wodę i świeże dobierzemy po drodze… Nie wiedziałem, dokąd ruszamy, więc przygotują je chłopi w osadach i na północy, i na południu. Te, których nie weźmiemy my, ciura przywiezie do kuchni koszarowej. – Widząc, że Arthorn kiwa z uznaniem głową, kontynuował: – Siedmiu dziesiętników, co do których pewien jestem, że nie zawiodą, oraz ja jako dowódca. – Dostrzegłszy zdziwienie na twarzy gościa, zaśmiał się rubasznie. – Nie dziwcie się mości Arthornie. Ot, do wojaczki tęsknię, a siedzenie na dupie mi się znudziło. Oczywiście oficjalnie, na podstawie rozkazu króla, o co sam się postarałem. Czy mam wam pokazać pismo z pieczęcią?

– Nie musicie. Garhard uprzedzał mnie, że jesteście nie tylko godni najwyższych pochwał i zaufania, ale i uparci ponad wszelką miarę, więc waszych słów nie ważyłbym się podać w wątpliwość. Jednakże proszę, abyście się raz jeszcze zastanowili, bo czeka nas męczące zadanie, które nie…

Przerwał, gdy komes zaniósł się śmiechem.

– Ten stary pierdziel Garhard z pewnością nie wyraził się takimi pięknymi słowami, jakeście mi przedstawili. Jak znam tego, bogowie zlitujcie się, mędrca, to w wyjątkowo dobrym humorze do muła by mnie przyrównał, a jeśli humor mu nie dopisywał…

– Nie dopisywał. – Arthorn chrząknął.

– No właśnie! Więc i wy przestańcie się tu ze mną jak z dziwką głaskać, bo widzę, że gdy siwe włosy zobaczycie, to już za niedołężnego macie!

– Komesie…

– Decyzja nie wasza i już podjęta! – ryknął nagle, waląc pięścią w stół. – Więc kończcie jeść i ruszamy, gdzie tam chcecie, aby was po tej okolicy przewieźć. I lepiej przejdźcie do sedna, bo jak raz jeszcze usłyszę od was o zmianie zdania, to, na kurwiszcza, zaraz się przekonacie, kto tu powinien zrezygnować!

Patrzył na  drużynnika z zachłannością i ciekawością, z jaką wilk wpatruje się w ofiarę, czekając, czy ta odważy się podjąć walkę. Był nieco zaskoczony swym nagłym wybuchem złości, lecz poddał mu się z ochotą. Oczywiście rozumiał obawy Arthorna i sam je w duchu podzielał, wiedząc dobrze, że nie jest już najmłodszy i że blizny, jakie szpeciły jego twarz, dawno już zatraciły swą ostrość. Mimo to, a może właśnie dlatego, tak mu zależało, by wziąć udział w wyprawie. Wiedział, że może to być ostatnia okazja, nim każą mu odejść ze służby i zwolnić miejsce młodszemu. Taka była naturalna kolej rzeczy, przed którą nie było odwrotu. Stare rany bolały coraz częściej, a słabość dawała o sobie znać, gdy najmniej się jej spodziewał. Czuł upływ lat i bezsilną złość, którą niosła ze sobą starość. Z drugiej strony, cóż był mu winien drużynnik? Przyjrzał mu się: Arthorn był szatynem o niebieskich oczach, młodym, a przynajmniej sporo młodszym od Dartora. Średni wzrost i niewyróżniająca się budowa ciała nadawały mu pospolity wygląd, lecz bystre spojrzenie wzbudzało niepokój i kazało odwracać wzrok. Komes dostrzegł coś jeszcze: cień, który zasnuwał twarz drużynnika i pozwalał przypuszczać, że przeżył niejedno – i nie były to przeżycia godne pozazdroszczenia. „Kogo staruch mi tu przysłał?”, pomyślał.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym Arthorn kiwnął lekko głową i – czy Dartorowi tylko się zdawało? – ledwo dostrzegalnie mrugnął. Komes odetchnął, czując, jak złość odpływa.

– No, dość tego gadania, bo czas nagli – powiedział szorstko. – Ruszajmy.

W milczeniu pokonali wzniesienie, mijając spróchniały znak ostrzegający niegdyś przed Martwicą. Kilkadziesiąt kroków dalej znajdował się kolejny. Początkowo ostały się tylko, ledwie sterczące z trawy, kikuty grubych dębowych pali. Później spękane i zniszczone drewno pięło się coraz wyżej. Opodal każdego z nich kopiec kamieni lub porośniętej trawą ziemi znaczyły miejsce pochówku nieszczęśnika, który nieopatrznie przekroczył niegdyś niewidzialną barierę.

Zatrzymali się u podnóża pagórka. Za ich plecami, za grzbietem wzniesienia skryły się mury twierdzy, a sponad niego majaczył jedynie szczyt najwyższej z wież. Przed nimi rozpościerał się bezkres falujących na wietrze suchych traw. Na horyzoncie, pomiędzy stepem a stalowoszarym niebem, ciągnął się ciemny pas Kas Brethil. Z tej odległości nie dało się rozpoznać poszczególnych szczytów, ale podobno niektóre z nich przez cały rok pokryte były śniegiem. Była nawet taka ballada, Zobaczyć białe szczyty Kas Brethil, którą wędrowni grajkowie często śpiewali w dusznych karczmach, szczególnie gdy jakaś niewiasta pojawiła się w pobliżu i sprawiała wrażenie takiej, co posłucha też i pozostałych zwrotek przeznaczonych już tylko dla jej uszu.

– A więc jesteśmy na granicy, komesie.

– Mówcie mi po imieniu, bo wieczorem funkcja ta spadnie na barki mojego następcy, więc nie ma co się krygować, a i mnie zaszczyty nie łechcą. Dartor. – Ściągnął rękawicę i wyciągnął ku niemu dłoń w pojednawczym geście. – Teraz, mam nadzieję, wyjawicie wreszcie, co to za tajemnice z tą wyprawą na piratów?

– Dobrze więc, Dartorze. – Arthorn odwzajemnił mocny uścisk. – Kilka tygodni temu na polecenie lorda Aurissa wyruszyła wyprawa, której zadaniem było odnalezienie cennych… – zawahał się – przedmiotów… które przez ostatnie kilka stuleci ukryte były w bezpiecznym miejscu. Choć lepiej byłoby zamiast „cennych” powiedzieć „niebezpiecznych”, szczególnie gdyby wpadły w niewłaściwe ręce. Stąd też wszystko utrzymane było w tajemnicy, a i przygotowane podobno należycie. Wyprawie przewodzi jakiś żerca czy mędrzec, zaufany lorda Aurissa. Kto to jest, nawet sam Garhard nie był w stanie powiedzieć. Ludzi bitnych i dobrze uzbrojonych mieli pod dostatkiem. Wedle planu powinni już albo powrócić, albo dać znać, a tymczasem słuch po nich zaginął. Oczywiście opóźnienie może mieć wiele powodów zupełnie błahych, jednakże Garhard uznał, iż sprawa jest zbyt ważna, by pozostawić ją swemu losowi.

– Auriss nie niepokoi się o los swoich ludzi i powodzenie wyprawy? – zdziwił się Dartor.

– Pewnie tak, na swój sposób… Nie zamierza jednak wysyłać kolejnych, być może czeka lub wie coś, czego my nie wiemy. Garhard coś najwyraźniej podejrzewa, o czym nie chciał mówić, dość, że postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i wysłać nas na wszelki wypadek.

– Jeśli ten pyszałkowaty staruch ma przeczucie, to z pewnością coś tu mocno śmierdzi… Nawet tu do nas dotarły wieści, że odkąd król zachorował, lord Auriss zdaje się zachowywać nieco… hmmm… ambitnie, jeśli tak można określić jaśniepańskie zadzieranie nosa.

– W istocie, jednakże, pomijając jego lordowską mość, to istnieją powody, by sądzić, że ktoś jest bardzo zainteresowany tym, co dzieje się na dworze i w koszarach. Stąd też i nasze zadanie okryte jest ścisłą tajemnicą. Wiedzą o nim Król, Garhard i my dwaj. Żołnierze dowiedzą się w odpowiednim czasie…

– Szpiedzy? Z księstw Morronu? Tak żeśmy im przecież tyłki przetrzepali, że sami się o pokój na kolanach prosili i jeszcze z ran nie wylizali…

– Nie wiem. – Arthorn wzruszył ramionami. – Garhard też nie wiedział, lub nie chciał powiedzieć. Za wcześnie widać, aby kogo palcem wskazać, ale w czas, aby zachować ostrożność. Zadanie mamy jasne: odnaleźć zaginionych ludzi i zadbać, aby to, po co wyruszyli, dotarło na dwór króla. Za wszelką cenę.

– Czyli śladem Aurissowych wojów ruszamy, co to nie wiadomo, co mają odnaleźć i najwyraźniej zamiast robotą się zająć i wracać szybko, to jakieś dziewki po drodze chędożą za pieniądze jaśnie wielmożnego lorda… znaczy się, że do dupy, za przeproszeniem, robota, bo tak czy inaczej nikt nas tam nie chce ani nie przywita. A jeśli co się tam Aurissowym stało, to sami i tak nie poradzimy, bo nawet nie wiemy, czego szukać… Wspaniałe perspektywy.

– Trafnie to ujęliście, Dartorze.

– A czy przynajmniej wiemy, gdzie się mamy udać?

– Owszem… – Arthorn uśmiechnął się niepokojąco. – Tylko nie wiem, czy naprawdę chcecie to już teraz wiedzieć.

– Mówcie, mówcie, bo widzę, że najciekawsze dopiero usłyszę…

Arthorn zsiadł z konia i sięgnął do sakwy.

– Te przedmioty, po które Auriss wysłał ludzi, ukryte zostały w świątyni Estala.

– Najbliższa znajduje się… – Dartor zmarszczył brwi. – Opodal Zarkanes…

– Gdyby to o tę chodziło, to ruszalibyśmy z Zarkanes. – Powoli łączył ze sobą elementy. Razem zdawały się tworzyć długą lagę lub włócznię, której zwieńczenie, zamiast ostrego grotu, stanowiła solidna żelazna klatka odpowiedniego rozmiaru. W jej wnętrzu umieścił nieduży biały kryształ i zamknął ją specjalnym łańcuchem. – Jednakże nie tam się wybieramy. Świątynia jest po tej stronie Simare, w Górnej Krainie.

– Niemożliwe! Znam ten teren i na wiele mil… – Przerwał, zobaczywszy grymas na twarzy Arthorna. – Ejże! Co wy mi chcecie powiedzieć?

– To, że na wschód, za ścianą Martwicy, prawie u podnóża Kas Brethil, jest stara świątynia boga Estala i tam właśnie mamy się udać.

– Szaleju się najedliście!?

– Nie krzyczcie, tylko posłuchajcie. Martwica zanika. Powoli pruje się jak stara koszula. W jednych miejscach trzyma mocniej, a w drugich rozdziera. Czary nie były tak silne, jak się nam wszystkim zdawało, i zamiast trwać jeszcze kilka stuleci, najwyraźniej wkrótce zanikną. Garhard starał mi się wytłumaczyć istotę tego zjawiska, ale nie potrafię dokładnie powtórzyć, co mówił, bo tak jak i wy teraz, tak ja wtedy nie mogłem uwierzyć. Tyle tylko zapamiętałem, że to, co Martwicę stworzyło, teraz ją niszczy.

– Jak to: stworzyło?

– Gdy nasze armie starły się w końcu z wrażymi, bitwa trwała któryś kolejny dzień, a szala zwycięstwa przechylała się na stronę przeciwnika, magowie odprawili rytuał bariery Tanlaoka, aby odgrodzić przeciwników i dać naszym szansę na przegrupowanie. Pech chciał, że w tym samym czasie ci chędożeni szamani grzybkami karmieni postanowili wybić nas do nogi śmiertelną falą. Oba zaklęcia rzucone w to samo miejsce i w tym samym czasie stworzyły Martwicę. Śmiertelna fala utrwalona w formie bariery, jaką znamy…

– To każdy pętak wie – przerwał zniecierpliwiony Dartor.

– …powstała ponoć przez kryształy, których pod ziemią, na której stoimy, jest wiele. One właśnie sprawiły, że zaklęcia nie rozproszyły się, gdy powinny, z braku energii, bo w jakiś sposób same tę energię im dostarczają, jak oliwa lampie. Kilka lat temu nagle zaczęły słabnąć, a przez to i Martwica kurczy się i zanika.

– Czyście zdurnieli?

– Powtarzam tylko to, co mi Garhard rzekł, a jemu ufam bardziej niż sobie. – W głosie Arthorna zabrzmiała nuta irytacji.

– Macie rację. – Dartor zmieszał się. – Ten staruch może i jest złośliwy i pyskaty, ale słowa jego nie można podważyć. Mądrości również odmówić mu nie sposób, więc skoro tak twierdzi, to tak być musi. Tylko w głowie mi się to zmieścić nie może, bo wywraca pojęcie rzeczy do góry nogami… Czarami i kryształami niech mędrcy i magowie głowy sobie zaprzątają, ale mnie najbardziej teraz ciekawi, co to się wydarzy, gdy Martwica zaniknie. O ile mnie pamięć nie myli, to sięgać miała do samych szczytów, a i tacy się znaleźli, co twierdzili, że jej większa część odbiła się i przez szczyty przeleciała, zmiatając raz na zawsze tych psubratów i ich poczwary. Jakoby za karę, za rozpętanie wojny, tak mówili. – Patrzył w dal, jak gdyby starał się przeniknąć wzrokiem za horyzont, po chwili jednak znów spojrzał na Arthorna. – Jak się mamy tam dostać?

– Na północ, na wysokości starej osady drwali, jest przesmyk w Martwicy, który prowadzi aż do samych gór. Na jego obrzeżu stoi świątynia, do której Auriss wysłał ludzi. Tamtędy pójdziemy, a bezpieczeństwo zapewni nam to. – Potrząsnął drągiem, aż umieszczony w klatce kryształ zagrzechotał o pręty. – Nie pytajcie nawet, co to za kamień, bo nie wiem, ale uchroni nas od nieszczęścia.

Zbliżył się do znaku ostrzegającego, wystawił lagę przed siebie i powoli zrobił kilka kroków. Nic się nie wydarzyło. Nerwowo przełknął ślinę i postąpił jeszcze jeden. Drąg szarpnął i o mało nie wypadł mu z dłoni, gdy kryształ z sykiem podskoczył w klatce i w momencie otoczył się siwą mgłą. Arthorn przesunął się jeszcze o stopę, a wibracje ledwo pozwalały mu utrzymać drewno w dłoni. Na jego końcu w klatce odbywało się istne pandemonium syku, grzechotu i ni to mgły, ni dymu. Cofnął się w obawie, że kryształ rozbije swe więzienie i wyskoczy lub rządząca nim siła rozerwie go na strzępy. Nagle wszystko ucichło. Obaj spojrzeli na zawartość klatki. Mleczny kamień zdawał się zupełnie nienaruszony.

– Ażeby go wychędożyło! – Dartor stanął w strzemionach. – Nie przypuszczałem, że ta zasrana magia może się kiedykolwiek przydać na coś dobrego!

2. Z uśmiechem na ustach

Dorebę opuścili o świcie, zaraz po przeglądzie. Poprzedniego wieczoru Dartor zebrał wszystkich dowódców, by przydzielić im zadania. Wśród nich Arthorn od razu rozpoznał Gwydona w szarży dziesiętnika lekkiej piechoty. Pozostałych nie znał, ale widać było, że doświadczenia im nie brak. Za wstawiennictwem, bodaj Alderika, mającego pieczę nad konnicą, wszyscy żołnierze i słudzy mający wyruszyć na wyprawę dostali pozwolenie na odwiedziny w gościnnym, koszarowym zamtuzie, z czego skwapliwie skorzystali. Rano więc ruszyli pełni energii i mimo że na wozach było wystarczająco miejsca dla wszystkich, to większość żołnierzy maszerowała z niewybrednym śpiewem na ustach, dopóki repertuar im się nie znudził. Każdy z nich miał przy sobie tylko krótką broń przyboczną. Wszystkie tarcze, włócznie, długie miecze, zbroje, a nawet koszule kolcze i hełmy jechały na specjalnie do tego przystosowanych wozach taborowych. Dzień był wyjątkowo gorący, a na tych terenach uczestnicy wyprawy nie mieli czego się obawiać, więc za zgodą przywódcy pofolgowali sobie ze strojem.

– Niech mają trochę luzu – mruknął Dartor do jadącego obok Arthorna. – Wkrótce za nim zatęsknią.

W osadzie kmiecie szybko uwinęli się z załadunkiem świeżego prowiantu, beczek z wodą i lekkim piwem. Pytani chętnie odpowiadali, że i owszem, o grasujących bandach piratów słyszeli, ale dalej na północ, a do nich od wielu miesięcy żaden się nie zapędzał. Natomiast w zeszłym tygodniu złego zarąbali.

– Jakiego złego? – zainteresował się Arthorn.

– A wicie panie, stary spod oberży, co to żebrał tylko i nikt nie wiedzioł, skąd był, to się na koniec ugornika we studni utopił. Żeśmy go nie wyciągali, bo tej studni już nikt nie używoł od lat, to po co se kłopot robić? Alech ksińżyc za dzionków parę się jak dukat mienił w pełni, to się stary ruchliwy zrobił i ze studni wylozł. Dziewki krzyku narobiły, a un, choć kulawy, to dawaj, za niemi, i zębiska wystawia, i łapska do duszenia wyciąga, powrotnik jego mać. Ale mu kowal drogę przestąpił i jak młotem nie huknął, tak się stary aż wpół złożył, no bo kowal to kawał chłopiska jest, więc i łapsko cińżkie jak należy. Utopiec chciał na niego skakać, ale mu karczmarzyna widłami zapał ostudził, a reszta siekierkami tukła, aż się ruszoć przestał. Wołchw, co to nam tu pomaga i złe mógłby odczynić, dopiero w sirzpień wróci, a czekać tyle my nie mogli, tośmy se sami odczynili, ćwiartując starego na kawałeczki, i w kilku workach spalili, a co się popiołu ostało, to karczmarzyk w beczce na krawędź zawiózł i do rzeki zrzucił.

– Dobrzeście sobie poradzili – pochwalił Arthorn. – A często tu u was takie złe się zjawiają?

– Nie, panie. Roku zeszłego co jeszcze było, a tak to cisza i spokój. Bardziej się o zbójców troskamy, bo ich zawsze kupa, a złe to samo łazi, to i utłuc łatwiej. Ale i zbójce, i piraty dawno tyż nie zaglądają, odkąd częściej z twierdzy patrole posyłacie. Więc dobrze jest, panie, dobrze jest i oby tak zostało.

– Oby! No, niech was bogowie mają w opiece. – Arthorn skinął głową.

– I was, panie!

***

Słońce okrywało horyzont purpurą, gdy pachołkowie wysłani przodem zaczęli żwawo szykować prowizoryczne obozowisko w napotkanym zagajniku. Zanim reszta drużyny dotarła na miejsce, prawie wszystkie namioty były już rozstawione, a pod kociołkami trzaskał ogień. Niedługo potem ustawiły się kolejki po wieczerzę. Zgodnie ze zwyczajem pierwszeństwo przypadało dowódcom bez względu na szarżę, więc nikogo nie dziwiło, jeśli dziesiętnik odchodził z miską przed setnikiem. Po nich jedzenie otrzymywali żołnierze, a na końcu pachołkowie i luzacy, dla których czasem trzeba było dłużej trzymać strawę nad ogniem. Do jedzenia siadali dopiero po skończeniu pracy, gdy cały obóz był rozstawiony, konie oporządzone, wozy zabezpieczone, drewno na całą noc przyszykowane i doły kloaczne wykopane. Pachołkowie jedli ostatni, ale za to prawie całą noc mogli spać, bo warty należały do obowiązków żołnierzy. Ostatnia zmiana budziła ich o poranku, aby mogli zacząć szykować posiłek. Tym razem jedli jako pierwsi. W czasie gdy po nich jadło wojsko, oni składali już obóz i szykowali tabor do drogi.

Gwiazdy błyszczały nad bezkresnym stepem, a niebiańska układanka fantazyjnych konstelacji ułożonych ręką bogów zdawała się drogowskazem i natchnieniem dla bardów i poetów. Większość z nich miała nazwy wiążące je na stałe z boskimi istotami, inne ze zwierzętami lub porami roku. Te, którym nie przypisano żadnej legendy, były zbyt małe lub blade, by się nimi przejmować, choć podobno każda gwiazda na niebie ma swoje imię i tylko ludzie nie zawsze je znają.

– Ponad sto pięćdziesiąt lat – Dartor odjął fajkę od ust – jak żaden człowiek ni zwierzę nie postawili stopy w Górnej Krainie. Tych ochłapów, co to je nam Martwica oddała, nie można tak nazywać, bo to cmentarz jest urodzaju, jakim słynęły te ziemie. Tak mówili, że tu rosło wszystko i rodziło przez cały rok. Żyzne serce karmiące dawne królestwo… A teraz co pozostało? Suchy step, na którym nic prócz szarych traw nie rośnie. Te tereny, co nam wróciły dopiero po kilkunastu latach, zaczęły dawać lichy plon i do dziś mało co się zmieniło… My będziemy pierwsi, a raczej drudzy, prawda? – Arthorn przytaknął, więc kontynuował: – Drudzy… i bogowie tylko wiedzą, co tam spotkamy. Przecież tam tyle tysięcy poległo i nikt ich nigdy nie pochował, nie postawił ni mogiły, ni stosu, ni kurhanu… Psia śmierć od takich czarów i jeszcze gorsza udręka po. Żaden żołnierz nie powinien ginąć w taki sposób, gdy miecz i tarcza na nic się zdają i nie ochronią. Psie syny! Oby mieli rację ci, co mówili, że ich do cna wyniszczyło i za górami nawet spaliło.

– Oby… – Arthorn śledził wzrokiem dwóch żołnierzy, którzy oświetlając sobie drogę pochodnią, nieśpiesznie obchodzili obóz. Kolejne dwa ogniki migotały między drzewami. Większość ludzi spała już w namiotach i tylko kilku ostatnich maruderów kręciło się, szukając sobie miejsca. – Za dwa dni przekroczymy Martwicę… Obawiam się o reakcję ludzi…

– Niepotrzebnie, mości Arthornie, niepotrzebnie. To twarde sztuki i w portki się nie sfajdają. – Dartor chrząknął. – Szczególnie gdy my pójdziemy przodem.

– Taką właśnie mam nadzieję, bo nie możemy zostawić za sobą nikogo, kto wie, gdzie idziemy…

Siedzieli jakiś czas w milczeniu, pilnując, by żar w fajkach nie zgasł.

– Byliście w Carmennes – podjął Dartor. – Wiecie może, jak się nasz staruszek król naprawdę miewa? Mówią, że zachorzał, ale że go tam medycy i kapłani doglądają, by do zdrowia wracał.

– Byłem tylko kilka dni. Ale błogosławieństwo na drogę od króla otrzymałem. Nie jest z nim dobrze… Szarlatani mówią wszystkim, że wróci do zdrowia, ale on sam czuje, że się Ariath już wkrótce o niego upomni. Kazał mi przysiąc wierność księżniczce i lojalność królestwu, gdy jego zabraknie. Dał też do zrozumienia, że są tacy, którzy czekają, aż odejdzie, i obawia się, czy nie będą stawać na drodze do tronu młodej Azure.

– Żmije zawsze wiją się w ukryciu – odparł z przekąsem Dartor. – Nie to co w polu, gdzie wiesz, kto wróg, a kto przyjaciel… Wiecie, mości Arthornie, ja jestem prosty żołnierz. Dla mnie przysięga to przysięga, a honor to honor. Przysięgałem bronić królestwa i korony i jakoś nie mieści mi się w głowie, aby choć słowem złym podważyć prawo księżniczki do tronu, a to, że młoda jeszcze jest, to przecież lepiej, bo więcej będzie mieć czasu na rządzenie. Ludzie mówią, że świetnie się do tego nadaje, bo i wykształcona, i wyćwiczona… ojczulek właściwie zadbał o jej wychowanie. Ot, mądrość!

– Zgadza się, i oby te niepokoje były na wyrost.

– Kiedy o tym mówimy, przypomina mi się, że jakiś czas temu ktoś mnie pytał, czy moim zdaniem młoda księżniczka się nadaje, by zasiąść na tronie, czy miast niej kto inny w boju i dyplomacji obyty nie powinien… To był setnik, co przejazdem stanął na dzień w Dorebie. Nie przywiązywałem do tego wagi i nie pamiętam, skąd i kto zacz. Płynął w górę rzeki, ale nie mówił, gdzie konkretnie. Z łodzi, którą przybył, nikt nie zszedł na ląd, on tylko. Pamiętam, że zapasów też nie brali. Wtedy nie wydawało mi się to przesadnie dziwne, a teraz tej niefrasobliwości żałuję. Pytał jakby od niechcenia, samemu nic na ten temat nie mówiąc, a ja cóż mogłem powiedzieć? To samo, co i wam.

– Jeśli aż tu ktoś przybył na przeszpiegi, to i gdzie indziej też był, bo w przypadek nie wierzę. Coś więc istotnie musi być na rzeczy. Oby wszędzie taką odpowiedź usłyszał!

– Oby… – Zasępił się Arthorn, zastanawiając się, czy nie powinien powiadomić o tym Garharda.

Po chwili jednak odrzucił ten pomysł. Słudzy mędrca od dawna mieli specjalne baczenie na Dorebę, więc z pewnością takie zdarzenie nie mogło umknąć ich uwadze.

Dartor wszedł do namiotu dziesiętników zwabiony dobiegającym z niego gromkim śmiechem.

– A pamiętacie tego cudaka, co to tydzień temu czółnem się przez Simare przeprawił!? – wykrzyknął jeden z żołnierzy, wznosząc kufel.

– O kim mówicie? – zapytał czujnie dowódca.

– A był taki, komesie, co to se miecz na plecach uwiązał i włosiska długie jak baba zapuścił. Wiecie, o kim mowa?

– Pamiętam. – Dartor powiódł wzrokiem po zebranych. – Któryś żartowniś go do mnie przysłał.

– I o czym wam prawił? – zainteresował się Alderik.

– O szelmo!

– Hola, komesie, do niczego się nie przyznaję, a jedynie pytam… – Żołnierz wyszczerzył zęby i podał dowódcy kufel.

– Roboty szukał. – Dartor pociągnął kilka łyków. – Tyle że coś o powrotnikach mamrotał i innych cholerach, że niby miałbym mu płacić za to, by kmieci od złego uwalniać. Uważacie! Że niby miałbym płacić za coś, co i tak za zasrany obowiązek mamy, a kmiecie też dobrze sami sobie radzą! Powiedziałem więc, co o tym myślę.

– I co on na to?

– Złościł się, że mu ktoś powiedział to i tamto. Potem coś o służbie gadał, że niby mamy się bać, a tylko on wie, jak ze złym radę dawać. – Wypił duszkiem do dna. – Szkoda było mojego czasu. Kazałem dziwakowi wracać, skąd przyszedł. Widział go kto potem?

Zebrani gruchnęli śmiechem.

– No to jasne, czemu od was wypadł jak zbity pies! – odezwał się tubalnym głosem Marcas, największy osiłek, jakiego Dartor miał w swych szeregach. – Alderika przy studni przydybał i zaczął wyzywać od kurwich synów.

– Domyślam się, co było dalej… – mruknął komes.

– Ano – Alderik wzruszył ramionami – pierdy zdzierżyłem, bo pośmiać się jest zdrowo, ale gdy po żelazo sięgnął…

– Chyba go nie…

– A gdzie tam. – Machnął ręką. – Przecie zanim ten dureń se miecz zza pleców wygimnastykował, to w pysk dostał ostrzegawczo. Za kudły złapałem, co by nie upadł, ale że coś zaczął burczeć, zamiast ładnie przeprosić, to go kolanem do snu ułożyłem. No powiedzcie sami, kto to widział, takiego cudaka? Szkoda, że se w dupę tego miecza nie wsadził! Poszedłby w pole, to by go zara rozumu nauczyli!

– Pewnie co pił lub palił, nie miarkując – mruknął Marcas – albo za małego w łebek puknięty.

Zarechotali.

– No i tak to było, komesie. – Alderik podsunął mu drugi kufel. – Potem się cichaczem pozbierał i wrócił na przystań, ale kto go do was wysłał, to nie wiem.

***

Wozy skrzypiały, pokonując kolejny kamienisty odcinek ledwo widocznego traktu. Szli już w rynsztunku i z bronią na podorędziu. Dzień wcześniej minęli kilka chałup szumnie nazwanych osadą. Chłopi albo chowali się w swych lichych domach, albo patrzyli na żołnierzy spode łba. Żaden nie chciał rozmawiać. Tę nieufność Dartor tłumaczył ciężkim losem, jaki tu kmiecie dzielili. Kilka lat wcześniej osada była większa, dalej na północ znajdowała się kolejna, a za nią, pół dnia drogi, osada drwali. Pojawienie się piratów zmieniło wszystko. Wpierw wyrżnęli i spalili tartak, a później najbliższą wioskę. Ponoć wszystkich mieszkańców ponabijali na pale, a ogniem potraktowali dopiero kilka dni później. Gdy oddział z Doreby przybył na miejsce, zastał tylko zgliszcza. Kilka tygodni szukania winnych nie przyniosło rezultatu. Wystarczyło jednak, że żołnierze wrócili do twierdzy, a od razu, jakby spod ziemi, znów pojawili się piraci, żądając od kolejnej wioski daniny w zamian za oszczędzenie mieszkańców. Jeszcze kilka razy oddział ruszał na spotkanie z reketerami i za każdym razem wracał z niczym. Po każdej interwencji piraci palili jedną chałupę i zwiększali trybut. Po którymś razie przestały przychodzić informacje od kmieci. Część zginęła, inni uciekli, a ci, co zostali, pogodzili się ze swoim losem.

– Bo to też nie do końca jest tak, jak się mówi – odezwał się Dartor, podając bukłak jadącemu obok Arthornowi. – My ich nazywamy piratami, ale kto ich tam wie, co to za jedni. Zaczęło się od Simare. Tam, gdzie zmierzamy, klif jest poszarpany i tworzy na dole labirynt wąskich jaskiń. Liburną tam nie wpłyniesz, ale mały korab zrobi to bez problemu. Stamtąd zaczęły się ataki na statki kupieckie. Szybkie, skuteczne i brutalne. Na początku nikt nie wiedział, co się dzieje, bo odnajdowaliśmy barki i łodzie ogołocone z wartościowego towaru i bez żywej duszy na pokładzie. Patrolowaliśmy rzekę, ale bez skutku. Gdy tylko nasz okręt się oddalał, atakowali znowu. Wygląda na to, że jaskinie ciągną się w górę i w dół nurtu, gdzie muszą być jakieś ukryte do nich wejścia, bo jak inaczej wytłumaczyć nagłe pojawianie się i znikanie pirackich łodzi. Mieliśmy z tym nie lada przeprawę. Straciliśmy kilkudziesięciu ludzi, którzy próbowali spenetrować labirynt, i jedną liburnę, którą te psie syny spaliły, atakując z zaskoczenia. W końcu urządziliśmy im blokadę na trzy mile w górę i w dół nurtu, wykorzystując, co tylko mieliśmy pływającego poza jedną starą krypą, która jedzenie dowoziła.

Pochylili głowy, oddając cześć bogini Balantej, której przydrożny znak mijali.

– Po dwóch tygodniach, korzystając z gęstej mgły, próbowali się przebić przez nasz pierścień, ale nie dali rady – ciągnął Dartor. – Trzy korabie zatopiliśmy, wyżynając wszystkich, a dwa zawróciły z resztką załóg. Oddział wysłany ich śladem dopadł jeszcze kilku w jaskiniach po zejściu na ląd, a pozostali zaszyli się w tunelach. Nie było szans, aby ich odnaleźć. Nasi ludzie zatopili więc pirackie łodzie, rąbiąc je na kawałki, a odnalezioną przystań i wszystko, co tam było, spalili. Potem nie bez problemów wypłynęli, wielokrotnie gubili drogę. Ataki na kupców ustały. Pierwej myśleliśmy, że albo tam z głodu pomarli, albo się potopili, próbując wpław pokonać Simare, ale jakiś czas później wyrżnięto drwali. Widać musieli się dostać na górę i więcej ich przeżyło, niż sądziliśmy.

– Zwiad wraca! – krzyknął dziesiętnik łuczników z górnej platformy wozu bojowego. – Pędzą co koń wyskoczy!

– Zwołaj szarże, niech czekają! – Dartor zerwał konia do galopu tak raptownie, że nim Arthorn opanował spłoszonego wierzchowca, pędził już daleko w przodzie. Doścignęli go z dowódcą jazdy, Alderikiem, dopiero przed samym spotkaniem z trójką zwiadowców, których konie, spienione od szaleńczego galopu, nagle wyhamowane, kręciły się niespokojnie.

– Ze sześć staj stąd, panie… Tam gdzie tartak był. – Żołnierz dyszał równie ciężko co jego wierzchowiec. – Zbrojni pochowani w zagajniku… nie widzielim ilu… nie dało się podejść… Bo jak tylko nas dostrzegli, to… strzałami powitali… – Na dowód pokazał dziurę w sukmanie. – Przez kolczą nie poszła, ale… obejrzyjcie ją… – To mówiąc, sięgnął do kulbaki i podał Dartorowi przełamany na pół pocisk. – Musiałem złamać, co by po drodze nie zgubić…

Dartor obejrzał uważnie oba kawałki, po czym podał je dalej.

– Dużo strzelali? – spytał.

– Nie, panie. Pięć, może osiem łuków, nie więcej…

– Dobrze – odparł dowódca. – Odpocznijcie teraz i niech się luzacy końmi zajmą. Tabor zostanie na popas, potem ruszy w ślad za nami. Wracamy do reszty!

Dziesiętnicy rozbiegli się, by zgodnie z rozkazami szykować ludzi. Zarządzono krótki postój na sprawdzenie oporządzenia i chwilę wytchnienia przed forsownym marszem. Najwięcej pracy mieli czeladnicy, którzy uwijając się jak w ukropie, pomagali ciężkozbrojnym przywdziać pancerze płytowe. Na wierzch zakładali złote tuniki, pas z dwoma toporami i fantazyjnymi przyłbicami przywołującymi na myśl wilcze paszcze.

Tak odziani żołnierze z długimi mieczami w garści zajmowali miejsca z tyłu wozu bojowego. Lekka piechota wraz z konnicą już od rana nosiła się jak należy, więc mieli czas, by co wypić, zapalić i niewybrednie pożartować z pancernych kolegów i rzekomego obłapiania ich przez czeladź.

Odtrąbiono sygnał do wymarszu. Na przód wyforsowały się trzy konne trójki stanowiące awangardę. Reszta jeźdźców trzymała się na końcu kolumny. Większość wozów pozostawiono pod pieczą pachołków, a z wojskiem ruszyły tylko bojowy, obsadzony dodatkowo na górnej platformie łucznikami, oraz taborowy konnicy.

– Ta strzała… – Arthorn raz jeszcze obejrzał kawałek, który trafił w jego ręce. – Jakie to drewno?

– Chciałbym to wiedzieć tak jak i wy. – Dartor poprawił się w kulbace. – Myślałem w pierwszej chwili, że to jesion na czarno barwiony, ale na łamaniu wyraźnie znać, że to naturalny kolor, i giętkość nie ta co jesionu… Nie wiem, mości Arthornie, nigdy nie widziałem czegoś takiego i nie ukrywam, że mnie to frapuje. Cóż, obyśmy wkrótce poznali odpowiedź, co to za łotrzyki się tam pochowały: czy to nasi piraci, czy inne reketery…

– Obaczym, obaczym… – Jadący obok dziesiętnik jazdy uśmiechnął się pod bujnym wąsem. – I za powitanie odpłacim!

– Wiem, mości Alderiku, że do bitki chętniej staniecie niż do dziewki w zamtuzie, ale miejcie krztę powściągliwości, bo pod sztandarem króla idziemy. – Dartor skarcił go wzrokiem. – Zanim za miecz chwycimy, rozmówić się należy.

– Mnie tam za jedno, czy chędożenie czy wojaczka, byleby długo i dobrze! – wykrzyknął Alderik. – Ale dobrze gadacie, niech się pierw przedstawią jak należy, byśmy wiedzieli, komu bobu zadajem… A jak to nasi piraci sławni, to kmieci od tej zarazy raz dwa uwolnimy.

– Oni dotychczas walki unikali i przed zbrojnymi uchodzili, miast strzały im posyłać – zauważył dowódca.

– Pewnie miarkowali, że to trzech tylko, a nie cały oddział w odwodzie, albo jak te myszy w kąt przez kota zagnane atakowali.

– Wkrótce się dowiemy, mam nadzieję. – Zacisnął dłoń na głowicy miecza. I mimo że nie raz i nie dwa brał udział w takich podchodach, poczuł, że ogarnia go niepokój.

Jakieś dwie staje od celu, w obszernej, płytkiej niecce urządzili postój. Teren przed nimi wznosił się, by wkrótce znów opaść nieco i ponownie wzbić się w górę falującymi trawami, zasłaniając zagajnik i las rosnący opodal. Tu już słuchać było pieśń klifu, którego zerodowane zagłębienia, bruzdy i jaskinie tworzyły naturalny instrument, ożywiany przetaczającymi się przez krawędź powietrznymi prądami.

Wkrótce ruszyli znowu. Tym razem Arthorn wyforsował się wraz z dwoma jeźdźcami jako awangarda. Ze względu na nieodległą Granicę od zachodu i niewiadomą ścianę Martwicy od wschodu, o której znaki ostrzegające przestali mijać już jakiś czas temu, zrezygnowali z dodatkowego ubezpieczenia. Dartor nie był zachwycony takim obrotem sprawy, uznając działanie Arthorna za niepotrzebne ryzyko, jednak ten taktownie, acz stanowczo, postawił na swoim. Znał dobrze przeczucie, które nim kierowało, i już nie raz bądź uchroniło go od niechybnej zguby, bądź pozwoliło, by szczęście się do niego uśmiechnęło. Ci, co ukrywali się przed nimi, mieli jakiś związek z zaginięciem wyprawy. Pośrednio czy bezpośrednio – to była kwestia do ustalenia, ale musieli mieć. Ludzie lorda Aurissa w tym właśnie miejscu mieli przekraczać Martwicę, bo innej drogi nie było lub nie była znana. Ktokolwiek więc stał w starej osadzie, mógł rzucić światło na los wyprawy. Oczywiście bojowa postawa, z jaką spotkał się patrol kilka godzin wcześniej, komplikowała sytuację i kazała sądzić, że nie obejdzie się bez walki. Mimo to miał cień nadziei, że znając liczebność i siłę ich drużyny, nie zdecydują się atakować, lecz spróbują pertraktacji – a znali z pewnością, o czym świadczył ledwo widoczny trop pokrywający się z tymi, które pozostawiły uprzednio konie zwiadu. Ktoś puścił się ich śladem i wrócił niezauważony. Świadomość, że dali się tak podejść, rodziła irytację. Równie dobrze, mając siłę mieczy, mogli ich zaatakować z zaskoczenia i wyrżnąć w pień lub chociaż zdrowo poharatać. Tego błędu nie można powtórzyć, szczególnie po przekroczeniu Martwicy. Nie zostali zaatakowani, a to mogło świadczyć o tym, że istotnie przeciwników jest zbyt mało i nie garną się do walki. Z drugiej strony może woleli przyjąć walkę w dogodniejszym dla siebie terenie. Bez względu na to, jak było w istocie, nadrzędnym celem była teraz rozmowa z kimkolwiek z zagajnika – po dobroci czy nie.

Jeszcze nie dojechali do ostatniego pagórka, gdy dostrzegli unoszący się w oddali dym. Jak na komendę spięli konie i skoczyli w stronę grzbietu, by po chwili ujrzeć wśród drzew opodal płonącą sadybę. Czarne kłęby wydostawały się przez otwarte okiennice, ale płomienie jeszcze nie objęły budynku.

– Dmij w róg! – krzyknął Arthorn i ruszył, nie czekając. W przeciwieństwie do obu żołnierzy zainteresowanych głównie pożarem omiótł wzrokiem również horyzont, akurat na czas, by głęboko w Martwicy dostrzec jeźdźców znikających wśród traw. Byli za daleko, by ocenić, ilu ich jest, ale wystarczająco blisko, by wiedzieć, skąd uchodzą.

Uniósł się, zmuszając zwierzę do cwału, i zaklął pod nosem. Najwyraźniej usiłowali zatrzeć ślady. Czy to Aurissowi żołdacy czy inne licho?

Zeskoczył, nim zwierzę się zatrzymało, i z impetem naparł na drzwi. Ustąpiły z trzaskiem, lecz łatwiej, niż się spodziewał, przez co zanurkował głową w dół, starając złapać równowagę. Fala gorąca uderzyła go w twarz, więc odruchowo cofnął się do progu. Oszołomiony, z mieczem w dłoni, starał się przebić wzrokiem kłęby dymu i języki ognia, które pełgały już nieśmiało po ścianach. W centralnej części izby płonął stos ubrań i rynsztunku. Jeszcze dało się rozpoznać tarczę, skórzane pasy, łęczyska, kołczan i luźno rzucone strzały. W pierwszym odruchu chciał wyciągać z płomieni, co się dało, ale zamarł, dostrzegłszy nieruchomą sylwetkę. Pod przeciwną ścianą ktoś stał, z wysoko uniesionymi rękoma. Gdy ze sterty strzeliły nagle płomienie, Arthorn wyraźnie zobaczył człowieka o osmalonej twarzy, w której bielały przymrużone oczy i zęby odsłonięte w krzywym uśmiechu. Nieznajomy nad głową trzymał beczułkę.

– Za szybko. – Rozległ się stłumiony głos i beczka poszybowała w sam środek żaru.

Arthorn nie czekał i wyskoczył na zewnątrz w samą porę, by uniknąć fali ognia, która z hukiem zionęła teraz wszystkimi otworami. Dach uniósł się, tu i ówdzie rozświetliły go płomienie, po czym ze stęknięciem zwalił się do wnętrza, tłumiąc na moment pożogę i wzniecając gryzące w oczy kłęby dymu.

Drużynnik zerwał się na nogi. Jego koń, spłoszony wybuchem, galopował w stronę wzgórza, zza którego wyłaniała się już konnica z Dartorem na czele. Dwaj pozostali zwiadowcy mieli na tyle zdrowego rozsądku, by trzymać się na dystans od płomieni i teraz starali się uspokoić swoje wierzchowce. Coś do niego krzyczeli, ale trzask zagłuszał wszystko. Arthorn ruszył biegiem, okrążając płonącą chatę, za którą, między drzewami, mignęła jakaś sylwetka. Tego się właśnie spodziewał, patrząc na rozwarte i osmalone okiennice. Przyśpieszył, starając się nie przewrócić o wystające z ziemi korzenie. Tamten po chwili zniknął w starej, na wpół zawalonej szopie. Głośne rżenie dochodzące z wnętrza było jasnym sygnałem, że właśnie uzyskał przewagę. Arthorn skręcił, by zagrodzić mu drogę od frontu. W biegu podrzucił miecz, po czym chwycił go za ostrze. Spróchniałe deski rozleciały się w drzazgi pod naporem kopyt.

Drużynnik cisnął miecz z całą siłą, na jaką mógł się zdobyć. Żelazo zawirowało w powietrzu i chybiło o kilka stóp. Zaklął, widząc, jak odbija się od drzewa i upada w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był jeździec. Chwilę potem znów trzymał miecz w dłoni i dysząc ciężko, spoglądał w ślad za uciekającym mężczyzną. Za jego plecami coś się poruszyło. Z ostrzem gotowym do walki odwrócił się na pięcie. W szopie stał wierzchowiec, osiodłany i gotowy do drogi. Zanim Arthorn puścił się w pogoń, zakrzyknął do dwóch zwiadowców, którzy właśnie do niego dopadli:

– Szukajcie drugiego, musi gdzieś tu się ukrywać! Bierzcie żywcem!

Drzewa rosły tu rzadkie, a wkrótce całkiem zniknęły. Przed sobą widział uciekiniera, którego powoli dochodził. Najwyraźniej tamten wybrał niewłaściwego konia. Na domiar złego galopował wprost na Granicę, skalne urwisko, skąd nie było odwrotu. Może zaskoczony stracił orientację i pomylił kierunki? Jeśli tak, to widok poszarpanych skał i przepaści w miejscu, gdzie erozja wgryzła się głęboko w ląd, musiał mu uświadomić niefortunny krok.

Obejrzał się i widząc pogoń, spróbował zmusić zwierzę do większego wysiłku. Wkrótce najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie zdoła uciec. Arthorn obserwował, jak co rusz odwraca się w siodle, oceniając dzielącą ich odległość. Twarz miał szarą, może osmaloną. Nie wyciągał broni, choć przy pasie wyraźnie widać było topór. Dzieliło ich nie więcej niż kilkanaście metrów. Arthorn otwierał już usta, by krzyknąć, gdy tamten nagle zerwał konia do galopu i po chwili w pełnym pędzie runął w przepaść.

Drużynnik zeskoczył z konia i podszedł do krawędzi. Po rzece, daleko w dole, rozchodziły się kręgi spienionej wody, w miejscu, gdzie najpewniej toń zamknęła się nad tym szalonym nieszczęśnikiem. Nie miał najmniejszej szansy, by przeżyć upadek z tej wysokości. Musiał o tym wiedzieć… a to znaczyło, że wolał śmierć niż pojmanie żywcem. Cóż takiego wiedział, że warte to było więcej niż życie?

Arthorn wytężył wzrok. Nie tylko on był świadkiem upadku. W purpurowej poświacie zachodzącego słońca dostrzegł mały korab płynący w stronę przeciwległego brzegu. Łódź musiała całkiem niedawno opuścić jedną z jaskiń i teraz sprawnie i szybko przemieszczała się w poprzek nurtu. Drużynnik patrzył jeszcze chwilę, po czym wsiadł na konia i ruszył z powrotem.

***

– Dopadliśmy go, jak pieszo starał się ujść w lasy. – Dartor wskazał na trupa, którego twarz, wykrzywiona w upiornym grymasie, zdawała się poruszać w blasku pochodni. – Gdy zobaczył, że nie ma szansy, wyciągnął kozik i sam sobie gardło poderżnął.

– Ten, którego goniłem, rzucił się z klifu z uśmiechem na ustach.

– Wystawimy podwójne warty na tę noc. Licho nie śpi i kto wie, czy nas tu nie odwiedzi… Przetrząsnęliśmy okolicę, ale jedyne, co znaleźliśmy, to płytko zakopane trupy, których wysuszone kości bieleją wśród traw na zboczu opodal. Na moje oko to byłyby truchła tych, co nam tak na rzece krwi napsuli, ale leżą tam już wiele dłużej, niż minęło od ostatnich ataków na kmieci. Teraz jedyni, co by nam tu mogli pobajdurzyć, sami się od żywota uwolnili, a po reszcie śladu nie ma. Ten, cośmy go tu dorwali, na pewno nie był Aurissowy, bo można by to poznać i po stroju, i po tatuażu. Nic zresztą nie miał przy sobie prócz ostrza, którym się tak sprawnie oporządził. Rozumiecie co z tego, panie Arthornie? – to ostatnie dodał już ciszej.

– Nie – przyznał drużynnik, a gdy odeszli na bok, kontynuował: – Nie rozumiem, ale wiem, że było ich tu więcej. Tak jak konni mówili, że do nich kilku co najmniej strzelało, tak mnie się zdaje, że tu nie kilku, a kilkunastu lub kilkudziesięciu ich było. Zdaje mi się też, że gdy czata tu zajechała, chcieli ją tylko odstraszyć, a potem ktoś ruszył w ślad i przyjrzał nam się uważnie. Nie chcieli walczyć. Wpierw myślałem, że siły im nie starczyło, ale teraz wierzę, że o co innego chodziło: żebyśmy się nie zwiedzieli, co tu robili. W każdym razie część z nich odeszła w Martwicę, część zeszła na dół i przepłynęła na drugi brzeg, a tych dwóch zostało pewnie, by dopilnować pożogi, jaka miała usunąć wszelkie ślady…

– W Martwicę, powiadacie? – przerwał mu Dartor. – Gonić ich dziś nie ma sensu, lecz skoro oni poleźli, to wiemy przynajmniej, że i nam nic nie grozi, gdy ruszymy ich śladem. Niech mnie jednak bies jaki rzyć odgryzie, jeśli rozumiem, co się dzieje… i co innego odgryźć może, jeśli skłamię, mówiąc, że coś tu się, mości Arthornie, bardzo nieciekawie wyrabia! Oby nam noc kolejnych sensacji nie przyniosła, bo jutro się z ludźmi rozmówić trzeba i dokonać wiekopomnego dzieła… włażąc w gówno po uszy.

3. Martwica

W blasku poranka, w pokrytych rosą trawach, wyraźnie odznaczała się zieleńsza wstęga niknąca w oddali.

– Zdaje się, mości Arthornie, że te wasze skaczące kryształy nie będą nam tu potrzebne. – Dartor nieśpiesznie naciągał rękawice – Balantej się, widać, sprawiła i tchnęła życie w te suche stepy, gdy od Martwicy los je uwolnił. Miast ostrożnie i z sercem na ramieniu krok za krokiem podążać, jak po trakcie królewskim pójdziemy. Tymczasem chodźmy sprawdzić, czy z tej spalonej sadyby da się co wygrzebać.

Kilku pachołków za pomocą łopat i siekier zabrało się do pracy, uważając na tlący się jeszcze gdzieniegdzie żar. Do odwalenia dużej części zwęglonego, ale nie do końca spalonego stropu użyli koni i lin. Wkrótce zaczęli wynosić z wnętrza resztki przedmiotów. Nie było tego dużo: Kilka kawałków strzał, łęczysk, żeleźce pospolitych toporów, dwa zekiery, fragment sajdaka bez żadnych zdobień, umbro i kawałek obrzeża tarczy, skrawki materiału, skórzanych pasów lub niezapisane fragmenty pergaminu. Strzały i łęczyska, po nacięciu pokazały ciemne drewno, takie samo jak to, które już widzieli. Obeszli jeszcze teren, zajrzeli do każdej z walących się chałup i stodół, ale ponad to niczego interesującego nie udało już im się wydobyć.

– Możemy wysłać gońca do Doreby, by przysłali oddział, gdyby kto tu powrócił.

– Nie, Dartorze. – Arthorn wpatrywał się w step. – Nikt tu nie wróci, bo nie ma po co, a my mamy zadanie do wykonania. Dość już czasu zmarnowaliśmy, czas zebrać oddział do drogi. I przypilnować, aby nikomu nie przyszło do głowy zdezerterować.

– Mówiłem wam już, że o to możecie być spokojni.

– Zgadza się, mówiliście. – Powiódł wzrokiem po szykujących się do drogi ludziach.

Zastanawiał się, czy wytrzymają czekające ich trudy. Nie myślał o zmęczeniu czy głodzie, lecz o tym, co najgorsze: o strachu i niepewności. Między wozami rozpoznał postać Gwydona, który pomagał czeladnikom. Skrzywił się mimo woli – Gwydon był najmłodszym wśród szarż dziesiętnikiem, który wyraźnie miał opory przed wydawaniem rozkazów i lepiej się czuł, samemu je wykonując. Zdawał się rozerwany między światem zwykłych żołnierzy, do którego już nie należał, a szarżą, do której nadal nie przywykł. Istniało niebezpieczeństwo, że w potrzebie nikt go nie posłucha lub on sam nie będzie wiedział, co czynić. Najsłabsze ogniwo, którego Dartor nie powinien zabierać na tak ryzykowną wyprawę. Zaklął w duchu. Mógł zwrócić na niego uwagę od razu i zostawić go w Dorebie. Teraz już za późno i trzeba będzie na niego uważać. Trudno.

Ludzie ustawieni frontem do Martwicy z zaciekawieniem spoglądali na wyraźnie odznaczający się w martwym stepie dywan świeżych traw. Szemrali. Kilku pachołków wspięło się na wozy, by popatrzeć nad głowami zbrojnych. Arthorn stał w linii razem z konnymi i wpatrywał się w starszego człowieka, który podprowadziwszy wierzchowca do samej granicy, odwrócił się frontem do żołnierzy i czekał, aż nakarmią oczy tym niecodziennym widokiem. Mijały długie sekundy, a Dartor milczał. Powoli szepty cichły i spojrzenia zamiast na step, zwracały się w jego stronę. Gdy uniósł dłoń, zapadła zupełna cisza, mącona jedynie szumem wiatru i parskaniem zwierząt.

– Ci z was, którzy towarzyszyli mi w polu – głos miał donośny i bardzo silny – wiedzą, że mówić dyrdymałów nie skorym i że miast opowiadać o glorii i chwale, ułudnym zwycięstwem mamić czy nagrodami, zawsze szczerze i prawdziwie o zadaniu wykładam. Bo i gloria, i chwała jedynie odwagą i ciężką pracą są zdobywane, a nie paplaniem po próżnicy. Dziś nie w polu stoimy i nie są nas setki czy tysiące, a jedynie garstka. Tak! Dobrze się domyślacie! Oto przed nami droga prowadząca przez Martwicę, którą wkrótce ruszymy w ślad za zbrojnymi, co przed bitką wczoraj tam właśnie uciekli, a których ślady sami także widzicie.

– Gonić ich będziemy? – spytał z niedowierzaniem któryś z dziesiętników.

– Nie, nie oni są naszym celem, lecz drużyna, co prawie miesiąc przed nami poszła i nie wróciła. To byli tacy jak wy żołnierze pod naszym idący sztandarem. Król powierzył nam teraz zadanie odnalezienia ich i sprowadzenia z powrotem. – Zaskoczeni żołnierze spoglądali to na niego, to na siebie nawzajem. Zamilkł, pozwalając, by oswoili się z jego słowami, i dopiero po dłuższej chwili kontynuował: – Nie będę wam mówił, co nas czeka, bo nie wiem. Od stu pięćdziesięciu lat nikt tych krain nie przekraczał, prócz owej drużyny, co zaginęła… Poszli oni do świątyni Estala, która mieści się u podnóża Kas Brethil.

– Po kiego czorta? – wymamrotał Alderik.

– Nie wiem w szczegółach. – Dartor dał mu znak, by nie przerywał. – Ale jakiś niezwykle ważny dla Wondettel cel im przyświecał, na którym mędrcy i magowie się wyznają. Jaki wołchw czy żerca by nam to zapewne objaśnił, ale takowego wśród nas nie ma, więc zrobić to będą mogli, gdy powrócimy. Oczywiście o ile nas jakie licho nie ubije, ale jeśli się nie mylę, to do strachu żeście, jak i ja, nieskorzy, więc póki tak pozostanie, to każde licho pierwej srogo się o nas pokaleczy, niźli do skóry dobierze. Zapasów mamy na miesiąc, ale najdalej za dziesięć dni powinniśmy dotrzeć do świątyni, więc się martwić o jedzenie nie musimy. Czy ma który jakie pytanie?

Szmer nerwowych rozmów urwał się, gdy przed szereg wystąpił brodacz, którego nieduży wzrost rekompensowała postura niedźwiedzia. Arthorn rozpoznał go jako dziesiętnika ciężkozbrojnych, którego wołali Marcas. Ruchy miał powolne ospałe. Zatrzymał się, podrapał po brodzie, splunął tytoniem i zapytał:

– Mówicie więc, panie Dartorze, że tam, gdzie idziemy, nikt nie był jeszcze i czy tam bezpiecznie, nie wiadomo?

– Zgadza się.

– Czyli że co złego tam może na nas czekać i miecza pewnie używać będzie trzeba?

– Tak.

– Czyli że w końcu walczyć nam będzie dane?

– Najpewniej.

– No, to mnie cieszy, bo tęskno do wojaczki, odkąd się wojna skończyła… Prowadźcie więc, panie Dartorze, bo nie ma co stać po próżnicy i ozorem mielić, kiedy można maszerować. No chyba, że co do dodania macie?

Spojrzał na dowódcę, który przecząco pokręcił głową.

– Lub wy – zwrócił do reszty żołnierzy, a gdy nikt się nie odezwał, wzruszył ramionami. – Na cóż więc czekamy?

Wkroczyli w stepy z obawą, która jednak rozwiewała się w miarę pokonywania kolejnych staj i mil. Zostali uprzedzeni, aby pod żadnym pozorem nie zbliżać się do granic i mieć baczenie na wszystko wokół, zarówno na szlaku, jak i poza nim. Czata, na wszelki wypadek, w sile sześciu koni, wyforsowała się daleko.