Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 628

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kraina czarodzieja - Lev Grossman

"Zwieńczenie bestsellerowej trylogii Powieści Grossmana stały się inspiracją dla twórców serialu filmowego o przygodach CZARODZIEJA! Quentin Coldwater stracił wszystko. Został wygnany z Fillory, magicznej krainy dziecięcych marzeń, w której niegdyś panował. To, o co dotychczas tak zaciekle walczył, zostało daleko, w miejscu, którego chłopak może już więcej nie odwiedzić. Nie mając nic do stracenia, powraca więc tam, gdzie wszystko się zaczęło – do Uniwersytetu Brakebills. Przeszłość jednak znajduje go wszędzie… Tymczasem magiczne bariery chroniące Fillory zostają naruszone na skutek inwazji barbarzyńców z Północy. Eliot i Janet, rządzący krainą, ruszają na poszukiwania ratunku dla ukochanego kraju, prędko jednak odkrywają, że sytuacja jest dużo bardziej złożona i tragiczna, niż ktokolwiek mógł to sobie wyobrazić."

Opinie o ebooku Kraina czarodzieja - Lev Grossman

Fragment ebooka Kraina czarodzieja - Lev Grossman

Tytuł oryginału:

THE MAGICIAN’S LAND

Copyright © 2014 by Lev Grossman

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Aneta Iwan, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-559-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Rozdział 1

Mieli się zebrać w księgarni, tak podano w liście. Noc nie była najlepsza na spotkania towarzyskie na mieście: początek marca, mżawka i ziąb, ale nie aż taki, żeby deszcz zmienił się w śnieg. Nie była to również najlepsza księgarnia. Quentin przez piętnaście minut tkwił pod wiatą przystanku autobusowego na skraju pustego parkingu i obserwował wejście; deszcz bębnił w plastikowy daszek, a mokry asfalt błyszczał w świetle latarni. Nie była to urocza, ekscentryczna księgarnia z rodzaju tych, gdzie na wystawie śpi rudy kot, a wąsaty właściciel szczyci się półką z białymi krukami w postaci pierwszych wydań z autografem autora. Była to po prostu kolejna sieciówka, wciśnięta między salon piękności a sklep z kostiumami karnawałowymi, w ponurym centrum handlowym dwadzieścia minut jazdy autostradą od Hackensack w stanie New Jersey.

Uznawszy, że czas skończyć te obserwacje, Quentin przeciął parking i wszedł do środka. Potężnie zbudowany, brodaty kasjer nie podniósł nawet głowy znad telefonu, kiedy zabrzęczał dzwonek sygnalizujący przybycie nowego klienta. W środku nadal słychać było szum samochodów na mokrej autostradzie; zupełnie jakby ktoś odrywał długie paski papieru, jeden po drugim. Tylko jedna rzecz tutaj odbiegała od normy: w rogu księgarni stała klatka, ale zamiast papugi czy kanarka siedział w niej gruby czarny ptak. Właśnie tak pozbawiona czaru była ta księgarnia: trzymali tu szpaka.

Quentinowi było bez różnicy, w każdej księgarni czuł się jak w domu. A ponieważ ostatnio rzadko doświadczał tego uczucia, zamierzał się dobrze bawić. Przepchnął się obok stojaków pełnych kalendarzy z kotami i kartek okolicznościowych na tyły, tam, gdzie stały prawdziwe książki. Okulary mu zaparowały, a z płaszcza kapało na wykładzinę. Wszystko jedno. Każde pomieszczenie pełne książek to prosta droga do domu.

Zbliżała się dwudziesta pierwsza. W taki zimny, deszczowy czwartek tuż przed zamknięciem księgarnia powinna świecić pustkami, tymczasem ludzi było całkiem sporo. Szperali po półkach, nie odzywając się do siebie, albo powoli przechadzali się między regałami jak lunatycy. Dziewczyna z włosami podgolonymi na karku i kilkoma kolczykami na twarzy czytała Dantego w oryginale; wysoki szesnastolatek o wielkich żywych oczach przeglądał sztukę Toma Stopparda. Ciemnoskóry mężczyzna w średnim wieku okupował dział biografii, popatrując na książki przez grube opalizujące szkła okularów. Wszyscy udawali, że chcą coś kupić, ale Quentin wiedział, że to tylko pozory.

Zastanawiał się, czy to będzie oczywiste, czy domyśli się od razu, czy może jednak jest w tym jakiś haczyk. Czy każą mu zgadywać. Wprawdzie nie był już najmłodszy – w tym roku skończy trzydzieści lat – ale takie gry to dla niego nowość.

Przynajmniej w księgarni było ciepło. Zdjął okulary i przetarł je szmatką. Nosił je od dwóch miesięcy – płacił w ten sposób za lata czytania drobnego druku – i nie mógł się pozbyć uczucia, że ma na twarzy jakieś ciało obce, że to jest okno oddzielające go od świata, w dodatku takie, które wiecznie zsuwa mu się z nosa i brudzi od popychania palcem na miejsce. Kiedy włożył szkła, zauważył piegowatą młodą kobietę w typie dziewczyny z sąsiedztwa; stała w rogu pomieszczenia i kartkowała dużą, na pierwszy rzut oka okropnie drogą książkę o architekturze. Rysunki Piranesiego: wielkie mroczne krypty i piwnice pełne ogromnych drewnianych konstrukcji.

Quentin znał tę dziewczynę, miała na imię Plum. Poczuła na sobie jego spojrzenie i podniosła głowę. Uniosła brwi, jakby chciała powiedzieć: to chyba żart, ty też bierzesz w tym udział?

Quentin pokręcił lekko głową i odwrócił wzrok, starając się zachować obojętny wyraz twarzy. Nie chciał w ten sposób zakomunikować, że nie, wcale nie bierze w tym udziału, przyszedł tu tylko po nowy kubek do kawy z fikuśnym wzorkiem i odlotową sentencją życiową. Chciał powiedzieć: udawajmy, że się nie znamy.

Najwyraźniej zostało jeszcze trochę czasu, więc przyłączył się do klientów i przeglądał półki w poszukiwaniu czegoś do czytania. Oczywiście w dziale dla młodzieży natknął się na książki o Fillory w nowych okładkach, sugerujących, że to nadprzyrodzone romanse. Ale jeszcze nie potrafił stawić czoła takiej konfrontacji: nie dzisiaj, nie tutaj. Wziął więc egzemplarz Uciec z zimna Johna Le Carré i spędził dziesięć przyjemnych minut w berlińskim punkcie kontroli granicznej w głębokich latach pięćdziesiątych.

– Uwaga, sponsorzy Bookbumblers – odezwał się nagle kasjer przez głośniki, chociaż księgarnia była tak mała, że Quentin bez problemu usłyszałby go i bez wzmocnienia. – Uwaga! Bookbumblers zamyka się za pięć minut! Zapraszamy do kasy!

Odłożył książkę. Starsza kobieta w berecie, który wyglądał na wydziergany w domu, kupiła Pełnię życia panny Brodie i wyszła z księgarni. Czyli ona nie brała w tym udziału. Chudy dzieciak, siedzący dotąd po turecku w dziale z komiksami, wyszedł, nic nie kupiwszy. A więc on również nie. Wysoki, szorstki w obejściu facet z fryzurą na jaskiniowca i twarzą pooraną jak pień starego drzewa, który z zapałem studiował kartki okolicznościowe, wreszcie podjął decyzję i kupił jedną, ale nie wyszedł.

Dokładnie o dwudziestej pierwszej kasjer zamknął drzwi na klucz, który złowieszczo zabrzęczał w zamku, i nagle Quentin poczuł okropne zdenerwowanie. Wsiadł na kolejkę górską, założono mu zabezpieczenia, więc nie mógł już zrezygnować z jazdy. Odetchnął głęboko i zganił się w myślach, ale zdenerwowanie pozostało. Ptak szurał łapami w ziarnach i guanie na dnie klatki. Nagle zaskrzeczał. Był to bardzo samotny skrzek, taki jaki można usłyszeć o zmroku na zalanym deszczem wrzosowisku.

Wielki kasjer ruszył na tyły księgarni – musiał się przepchnąć obok ciemnoskórego faceta – i otworzył szare stalowe drzwi z napisem „dla personelu”.

– Tędy.

Powiedział to tak znudzonym tonem, jakby wygłaszał tę kwestię co wieczór. I może rzeczywiście tak było. Kiedy wstał, okazało się, że jest ogromny – metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu i rozbudowana klata. Nie był napakowany, ale przez te szerokie ramiona roztaczał wokół siebie aurę bezlitosnej, choć niespiesznej skuteczności, charakterystyczną dla bardzo dużych mężczyzn. Twarz miał wyraźnie asymetryczną, kształtem przypominającą tykwę: dolna połowa sprawiała wrażenie nadmuchanej.

Quentin stanął na końcu kolejki. Naliczył przed sobą osiem osób. Wszyscy rozglądali się ostrożnie i bardzo uważali, żeby przypadkiem nie potrącić sąsiadów, jakby sądzili, że mogą wybuchnąć pod wpływem dotknięcia. Quentin rzucił niewielkie zaklęcie ujawniające, tak na wszelki wypadek; chciał mieć pewność, że drzwi nie zrobią mu żadnej niespodzianki. Z kciuka i palca wskazującego ułożył kółko i popatrzył przez nie jak przez monokl.

– Żadnej magii – powiedział kasjer ostrzegawczo i pstryknął palcami na Quentina. – Hej, ty, gościu. Żadnych zaklęć. Żadnej magii.

Wszyscy się odwrócili, żeby popatrzeć na Quentina.

– Słucham? – spytał Quentin, jakby był głuchy. Nikt już nie zwracał się do niego „Wasza Wysokość”, ale miał wrażenie, że jeszcze nie dojrzał do reagowania na „gościu”. Zakończył spokojnie swoją inspekcję. To były drzwi i nic poza tym.

– Przestań. Żadnej magii.

Quentin postanowił zaryzykować i popatrzył przez monokl na kasjera. Zobaczył, że ma coś małego i błyszczącego w kieszeni; jakiś talizman, niewykluczone, że związany ze sprawnością seksualną. Poza tym cały też świecił, jakby był pokryty fosforyzującymi algami. Dziwne.

– Jasne. – Opuścił rękę i monokl zniknął. – Nie ma problemu.

Ktoś zapukał w parapet. Za oknem pojawiła się twarz, rozmazana za mokrą szybą. Kasjer pokręcił głową, ale przybysz nie zamierzał ustępować. Zapukał jeszcze raz, mocniej.

Kasjer westchnął.

– Do kurwy nędzy.

Otworzył drzwi księgarni i po krótkiej, prowadzonej szeptem sprzeczce wpuścił do środka mokrego dwudziestolatka. Facet był czerwony na twarzy, ale poza tym przystojny jak dziennikarz sportowy. Miał na sobie wiatrówkę zdecydowanie za cienką na tę pogodę. Quentin się zastanawiał, gdzie mu się udało tak opalić w marcu.

Przeszli do pomieszczenia na zapleczu. Było tu dziwnie ciemno, a samo pomieszczenie okazało się zdecydowanie większe, niż Quentin się spodziewał – najwyraźniej nieruchomości przy autostradzie są tanie. Stalowe półki pełne książek z ponalepianymi kartkami samoprzylepnymi o jaskrawych barwach, w rogu dwa biurka, a na ścianie nad nimi grafik z dyżurami i dowcipy rysunkowe wycięte z „New Yorkera”, stosy kartonów, wysiedziana kanapa, równie wysiedziany fotel, mała lodówka – najwyraźniej pomieszczenie pełniło również funkcję pokoju socjalnego, ale połowa miejsca i tak się marnowała. Na przeciwległej ścianie znajdowała się stalowa żaluzja zamykająca wyjście na rampę.

W ścianie po lewej Quentin zobaczył drugie drzwi, przez które weszła właśnie kolejna grupa ludzi. Zachowywali się równie ostrożnie jak oni. W tle za ich plecami widać było inną księgarnię, zdecydowanie przyjemniejszą, ze starymi lampami i orientalnymi dywanami na podłodze. I pewnie z rudym kotem. Quentin nie musiał się uciekać do magii, żeby stwierdzić, że nie były to żadne drzwi, tylko portal, przejście prowadzące w jakieś inne, odległe miejsce. O tam – zdradzała go cienka jak włos nitka zielonego światła biegnąca wzdłuż futryny. W rzeczywistości za tą ścianą znajdował się sklep z kostiumami karnawałowymi.

Kim byli ci ludzie? Quentin już wcześniej słyszał pogłoski o takich potajemnych spotkaniach, na których rekrutowano czarodziejów do nielegalnych zleceń, ale sam nigdy nie brał w nich udziału. Więcej, był pewien, że nigdy na żadne nie pójdzie, nawet za milion lat. Nie sądził, że upadnie tak nisko. To była impreza dla ludzi czepiających się obrzeży magicznego świata, ludzi, którzy chcieli się do niego dostać albo z jakiegoś powodu wypadli z niego prosto w zimną i ponurą rzeczywistość centrum handlowego opodal Hackensack, w deszczowy marcowy wieczór. Tacy jak Quentin nie pojawiali się w podobnych miejscach. Tak się jednak złożyło, że on już zaczął do nich chadzać. Był jednym z nich, to byli jego ludzie. Ledwie sześć miesięcy temu był królem magicznej krainy, ale to już należało do przeszłości. Wyrzucono go z Fillory, a teraz stał się po prostu jeszcze jednym zgorzkniałym i zdesperowanym facetem, usiłującym wspiąć się po śliskim zboczu z powrotem do światła i ciepła.

Plum i ciemnoskóry w opalizujących okularach usiedli na kanapie, Czerwona Gęba w wysiedzianym fotelu, panna Podgolony Karczek i nastoletni miłośnik Stopparda na skrzynkach. Reszta stała – było ich dwanaście, trzynaście… w sumie czternaście osób. Kasjer zamknął szare drzwi do księgarni, a potem portal – zrobiło się upiornie cicho, umilkły wszelkie odgłosy zewnętrznego świata – po czym postawił na kartonowym pudle klatkę z ptakiem i otworzył drzwiczki, żeby wypuścić szpaka. Ten się rozejrzał, a potem przeciągnął najpierw jedną, potem drugą łapę, jak to mają w zwyczaju ptaki.

– Dziękuję wszystkim za przybycie – oświadczył. – Będę się streszczać.

To na pewno było coś nieoczekiwanego. I to nie tylko dla Quentina, sądząc z chrząknięć wyrażających zaskoczenie. Na Ziemi nie widuje się często mówiących ptaków. Spotyka się je raczej w Fillory.

– Szukam pewnego przedmiotu – ciągnął szpak. – I potrzebuję pomocy w jego odebraniu obecnym właścicielom.

Jego błyszczące czarne pióra lśniły w blasku wiszących lamp, a głos odbijał się echem w niemal pustym magazynie. Był to cichy głos osoby o łagodnym usposobieniu, a nie chrapliwy, jakiego można by się spodziewać po szpaku. Brzmiał nieprzyjemnie po ludzku, choć ptak nie dysponował ludzkim aparatem mowy. Cóż, w końcu na tym polega magia.

– A więc kradzież – odezwał się jakiś Hindus. Najwyraźniej mu to nie przeszkadzało, chciał tylko wyjaśnić sprawę. Był starszy od Quentina, miał może czterdziestkę i łysiał. No i nosił wełniany sweter w niewiarygodnie źle dobranych kolorach.

– Kradzież – powtórzył szpak z namysłem. – Tak.

– Zwykła kradzież czy odzysk?

– A to jakaś różnica?

– Chcę po prostu wiedzieć, czy jesteśmy tymi złymi czy tymi dobrymi. Kto ma prawo do tego przedmiotu? Ty czy oni?

Szpak przekrzywił głowę i zastanawiał się przez chwilę.

– Roszczenia żadnej ze stron nie są niepodważalne – stwierdził wreszcie. – Ale jeśli to coś zmienia, nasze roszczenia są bardziej uzasadnione niż ich.

Odpowiedź najwyraźniej zadowoliła Hindusa, choć Quentin wątpił, czy zmartwiłby się, gdyby okazało się odwrotnie.

– Kim jesteś? – zapytał ktoś.

Szpak go zignorował.

– Co to za przedmiot? – odezwała się Plum.

– Dowiecie się, kiedy przyjmiecie zlecenie.

– Gdzie się znajduje? – spytał Quentin.

Szpak zakołysał się w przód i w tył.

– W północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych. – Nieco rozłożył skrzydła; zapewne był to ptasi odpowiednik wzruszenia ramion.

– Czyli nie wiecie – stwierdził Quentin. – Czyli zadanie obejmuje również ustalenie miejsca przechowywania.

Szpak nie zaprzeczył. Panna Podgolony Karczek pochyliła się do przodu, co nie było łatwe na tak bardzo wysiedzianej kanapie, szczególnie kiedy miało się na sobie króciutką spódniczkę. Jej włosy były czarne z fioletowymi pasemkami; Quentin zauważył dwie wytatuowane gwiazdki wystające spod rękawa bluzki, takie, jakie dostaje się w bazach magicznych. Zastanawiał się, ile jeszcze ma ich pod ubraniem. I co takiego zrobiła, że trafiła tutaj.

– Czyli ustalamy i kradniemy, i zapewne po drodze trochę walczymy. Jakiego oporu należy się spodziewać?

– Możesz uściślić?

– Ochrona, ilu ludzi, jakich, jak bardzo groźnych. Czy mówię dość ściśle?

– Tak. Spodziewamy się dwóch.

– Dwóch czarodziejów?

– Dwóch czarodziejów plus kilku cywilów. O ile wiemy. Nic niezwykłego.

– O ile wiecie! – Facet z czerwoną twarzą roześmiał się głośno. Sprawiał wrażenie nieco szalonego, jeśli przyjrzeć mu się bliżej.

– Wiemy natomiast, że zdołali związać przedmiot nierozerwalną więzią. Więź trzeba będzie oczywiście zerwać.

Zaskoczenie sprawiło, że wszyscy umilkli. Dopiero po chwili ktoś wydał pełne irytacji parsknięcie. Ten wysoki mężczyzna, który kupował kartki okolicznościowe. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: co za niewiarygodne gówno.

– Takiej więzi nie da się zerwać – zauważyła chłodno Plum.

– Marnujesz nasz czas! – oświadczył pan Opalizujące Okulary.

– Nierozerwalna więź nigdy dotąd nie została zerwana, ale uważamy, że teoretycznie jest to możliwe – powiedział szpak, zupełnie nieprzejęty. A może jednak nastroszył trochę pióra. – To kwestia umiejętności i odpowiednich środków. Wszystkie potrzebne umiejętności znajdują się w tym pokoju.

– A środki? – spytała panna Podgolony Karczek.

– Środki można uzyskać.

– Czyli to również jest część zadania – stwierdził Quentin. Zaczął odliczać na palcach. – Zdobycie środków, odszukanie przedmiotu, zerwanie więzi, odebranie przedmiotu, załatwienie sprawy z obecnymi właścicielami. Mam rację?

– Tak. Płacimy dwa miliony na głowę, gotówką lub w złocie, sto tysięcy z góry, dzisiaj, resztę, kiedy dostarczycie przedmiot. Decydujcie teraz. Jeśli odmówicie, nie będziecie mogli z nikim rozmawiać na temat tego spotkania.

Po czym szpak, zadowolony ze swojego oświadczenia, podfrunął na górną żerdkę w klatce.

Rzecz była poważniejsza, niż Quentin się spodziewał. Zapewne istniały łatwiejsze i bezpieczniejsze sposoby zarobienia dwóch milionów dolarów, kiedy się było czarodziejem, ale niewiele równie szybkich. I dostępnych od ręki. W branży magicznej pieniądze to nie wszystko, czasami jednak po prostu trzeba je mieć, a to był właśnie taki przypadek. Musiał wyjść na prostą. Miał zadanie do wykonania.

– Niezainteresowanych ofertą prosimy o opuszczenie spotkania – powiedział kasjer. Najwyraźniej był przybocznym szpaka. Miał tak ze dwadzieścia pięć lat. Czarne kępki brody na jego policzkach i szyi nasuwały skojarzenia z owocem jeżyny.

Wstał facet ostrzyżony na jaskiniowca.

– Życzę szczęścia – mówił z silnym niemieckim akcentem. – Będzie wam potrzebne, no nie? – Rzucił na środek magazynu kartkę, którą kupił w księgarni, i wyszedł.

Kartka wylądowała obrazkiem do góry: „Dużo zdrowia”, głosił napis. Nikt jej nie podniósł.

Mniej więcej trzecia część zebranych wyszła szukać innych wyzwań i lepszych ofert. Może to nie był jedyny cyrk w tym mieście dziś wieczorem? Ale jedyny, o jakim wiedział Quentin, więc został. Patrzył na Plum, a Plum spoglądała na niego. Też została. Jechali na tym samym wozie – ona również musiała być pod kreską.

Pan Czerwona Gęba stał pod ścianą, tuż przy drzwiach.

– Siemanko – mówił do każdej wychodzącej osoby. – Buziaczki i pa, pa.

Kiedy wyszli już wszyscy, którzy wyjść zamierzali, kasjer znów zamknął drzwi. W sumie zostało osiem osób: Quentin, Plum, Podgolony Karczek, Czerwona Gęba, Opalizujące Okulary, nastolatek, Hindus i kobieta o końskiej twarzy, w powiewnej sukience i z lokiem siwych włosów na czole; ta ostatnia dwójka weszła przez portal. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciszej i dziwnie pusto. Ci ludzie musieli być prawdziwymi desperatami, takimi z samego dna.

– Jesteś z Fillory? – spytał Quentin szpaka.

Rozległy się śmieszki, chociaż wcale nie żartował, a i szpak wcale się nie śmiał. I nie odpowiedział. Quentin nie potrafił odczytać wyrazu jego twarzy. Jak wszystkie ptaki, miał tylko jeden wyraz.

– Nim pójdziemy dalej, każdy z was przejdzie prosty test swoich umiejętności i mocy magicznej – oświadczył szpak. – Lionel – miał na myśli kasjera – jest specjalistą od magii prawdopodobieństwa. Każdy z was zagra z nim w karty. Jeśli go pokonacie, zdaliście test.

Rozległy się pomruki niezadowolenia, ludzie popatrywali na siebie dyskretnie. Z reakcji zebranych Quentin się domyślił, że raczej nie jest to standardowa procedura.

– W co konkretnie? – spytała Plum.

– W pchnięcie.

– Chyba żartujesz – powiedział pan Opalizujące Okulary. Był wyraźnie oburzony. – Naprawdę gówno się znasz, no nie?

Lionel wyjął talię kart i przetasował ją z wprawą, wyginając w obie strony. Jego twarz pozostała bez wyrazu.

– Wiem, czego chcę – oznajmił szpak sztywno. – I wiem, że proponuję wam za to masę pieniędzy.

– Nie przyszedłem tu grać w karty. – Mężczyzna wstał.

– A po co, kurwa, przyszedłeś? – zainteresowała się wesoło panna Podgolony Karczek.

– W każdej chwili możesz wyjść – zapewnił go szpak.

– Kto wie, może wyjdę.

Podszedł do drzwi, ale zatrzymał się z ręką na gałce, jakby się spodziewał, że ktoś go zawoła. Nikt się nie odezwał, więc wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Quentin się przyglądał, jak Lionel tasuje karty. Widać było, że umie się nimi posługiwać, karty przeskakiwały posłusznie w jego dużych dłoniach, jak w rękach profesjonalisty. Quentin pomyślał o swoim egzaminie wstępnym do Brakebills, ile to było, trzynaście lat temu? Wtedy duma mu nie przeszkadzała w przechodzeniu testów. I niech go diabli, jeśli przeszkodzi mu dzisiaj.

Zresztą sam też był, w pewnym sensie, profesjonalistą. Karty to była magia sceniczna, niejako studium magii. Od tego zaczynał.

– No dobrze – powiedział. Wstał i rozluźnił palce. – Miejmy to za sobą. – Przyciągnął sobie z hałasem krzesło i usiadł naprzeciwko Lionela. Lionel uprzejmie podał mu talię. Quentin wziął ją od niego.

Ograniczył się do tasowania, starając się nie ujawniać swoich umiejętności. Karty były sztywne, ale nie całkiem nowe. Zwyczajna, produkowana masowo talia, z zaklęciem zapobiegającym oszukiwaniu, nic niezwykłego. Dobrze było poczuć je w rękach. Znów znalazł się na znajomym gruncie.

W sposób nieostentacyjny obejrzał przody kilku kart i ułożył je tak, żeby była z nich jakaś korzyść. Minęło trochę czasu, a właściwie to dużo czasu, odkąd grał w karty, ale o tej grze coś wiedział. Kiedyś pchnięcia były główną rozrywką Fizycznych.

Gra jako taka była dziecinnie prosta. Bardzo przypominała wojnę – wyższa karta biła niższą – plus trochę idiotycznych utrudnień, żeby przerwać monotonię (na przykład w określonych momentach należało wrzucać karty do kapelusza, a kiedy było ich tam pięć, zaczynały obowiązywać reguły pokera itd.). Rzecz nie polegała jednak na rozgrywce, tylko na oszukiwaniu. W kartach kryło się wiele dziwnej magii: potasowana talia nie była czymś stałym, przypominała raczej kłębiącą się chmurę możliwości. Nic nigdy nie było pewne, póki nie rozegrało się danej karty. Talia była jak pudełko z całym stadem kotów Schrödingera. Odrobina magii wystarczała, żeby zmienić kolejność, w jakiej schodziły karty; jeśli użyło się jej trochę więcej, można było odgadnąć, czym zamierza zagrać przeciwnik; a jeśli naprawdę znało się na rzeczy, można było nawet zagrać kartami, które wedle wszelkiego prawdopodobieństwa należały do przeciwnika lub zostały już rozegrane, albo w ogóle tkwiły w jakiejś innej talii.

Quentin oddał karty Lionelowi i gra się rozpoczęła.

Zaczęli powoli, schodząc z blotek i stosując proste sztuczki. Obaj wyraźnie czekali na ruch przeciwnika. Quentin automatycznie liczył karty, choć ten zabieg miał ograniczoną przydatność w grze w pchnięcie – kiedy czarodzieje siadali do kart, te miały zwyczaj zmieniać strony albo powracać, choć zostały już wykluczone z gry. Quentina ciekawiło, jakiego kalibru jest talent Lionela. Zaczął w pośpiechu rekalkulować swoje założenia; było oczywiste, że nie pokona Lionela za pomocą brutalnej siły.

Ciekawe, gdzie on się uczył. Zapewne w Brakebills, tak jak Quentin; jego magia miała w sobie tę precyzję i finezję, której nie widywało się u wychowanków baz magicznych. Ale było w niej coś jeszcze: jakiś zimny, gorzki i obcy posmak. Quentin miał wrażenie, że niemal go czuje. Zastanawiał się, czy Lionel jest człowiekiem w takim stopniu, w jakim sugeruje to jego wygląd.

Jedna partia pchnięcia składała się z dwudziestu sześciu kolejek, a kiedy dotarli do połowy, żaden nie miał przewagi nad przeciwnikiem. Ale przy czternastej kolejce Quentin się przeliczył – zużył sporo mocy, by przenieść króla na wierzch talii, a potem zmarnował go na dwójkę Lionela. Ten błąd wytrącił go z równowagi tak bardzo, że przegrał trzy następne kolejki. Dwie odrobił, kradnąc karty już zegrane, ale na tym skończyły się uprzejmości. Od tej chwili miała to być walka na noże.

Pokój jakby skurczył się do stołu, przy którym trwała rozgrywka. Minęło sporo czasu, odkąd Quentin czuł w sobie prawdziwego ducha rywalizacji, ale teraz ewidentnie budził się z długiego snu. Nie zamierzał przegrać tej partii żeby nie wiem co. Spiął się w sobie. Czuł, jak Lionel go sonduje, próbuje przekładać karty w jeszcze niezużytej części talii, i zablokował jego działania. Wszystkich czterech asów użyli w następnych czterech kolejkach, obaj szli na całość. Na moment Quentin oderwał się od kart i za pomocą prostego zaklęcia wyrzucił amulet Lionela z kieszeni na podłogę. Ale jeśli nawet zdołał odwrócić uwagę przeciwnika, ten nijak tego nie okazał.

Wokół nich gwałtownie fluktuowały pola prawdopodobieństwa – nie widział ich, ale wyczuwał ich wpływ w formie niewielkich, lecz bardzo mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności. Włosy i ubranie poruszały mu niewyczuwalne podmuchy wiatru. Rzucona karta mogła upaść na sztorc i balansować w tej pozycji albo obracać się oparta o blat samym narożnikiem. Nad stołem uniosła się mgiełka i spłynął z niej pojedynczy płatek śniegu. Widzowie cofnęli się o kilka kroków. Quentin przebił waleta kier królem, potem przegrał następną kolejkę, rozgrywając te same karty, ale w odwrotnej kolejności. Zagrał dwójką, a Lionel zaklął cicho, kiedy sobie uświadomił, że jakimś cudem ma w kapeluszu dodatkową kartę i teraz stosują się do niego zasady pokera.

Rzeczywistość miękła i rozpuszczała się pod wpływem żaru rozgrywki. Dwie kolejki do końca partii Lionel rzucił damę pik, a Quentin zmarszczył brwi – czy jej twarz nie przypominała przypadkiem twarzy Julii? Wszystko jedno, nie ma takiej karty jak jednooka dama, szczególnie z ptakiem na ramieniu. Rzucił swojego ostatniego króla, żeby ją przebić, a przynajmniej tak mu się wydawało: kiedy kładł go na stole, król zmienił się w waleta, w dodatku w waleta samobójcę, przy czym nie istniała i taka karta, szczególnie walet z białymi włosami. Takimi jak włosy Quentina.

Nawet Lionel sprawiał wrażenie zdumionego. Widać ktoś inny zmieniał karty – zupełnie jakby przy stole siedział trzeci, niewidzialny gracz, który bawił się ich kosztem. W ostatniej kolejce Lionel stracił kontrolę nad własną ręką; rzucił damę w nieznanym kolorze, damę szkła. Jej twarz była półprzejrzysta, jak z celofanu, i szafirowobłękitna. To była Alice. Kropka w kropkę Alice.

– Co jest, kurwa? – powiedział Lionel, kręcąc głową.

No właśnie, co jest? Quentin opanował nerwy. Choć widok twarzy Alice wstrząsnął nim do głębi, równocześnie przypomniał mu, co tu robi. Nie będzie panikować. I nie przegra. Wręcz przeciwnie, obróci to na swoją korzyść, a Alice mu w tym pomoże.

Kluczem do magii scenicznej jest odwrócenie uwagi, a skoro uwaga Lionela została właśnie odwrócona, Quentin wyciągnął zesztywniałymi palcami z buta króla trefl i rzucił na stos kart, starając się ignorować szary garnitur króla i gałąź, która zasłaniała mu twarz.

Koniec. Gem i set. Quentin odsunął się od stołu i odetchnął głęboko, z drżeniem.

– Dobrze – powiedział szpak. – Następny.

Lionel nie wyglądał na szczególnie uszczęśliwionego, ale nie zaprotestował, tylko przykucnął i wyciągnął spod stołu swój amulet. Quentin wstał i stanął pod ścianą, z innymi. Kolana miał miękkie, serce nadal biło mu jak wściekłe. Cieszył się, że wygrał, ale przecież nie spodziewał się niczego innego. Rzecz w tym, że nie spodziewał się również widoku swej dawno zmarłej byłej dziewczyny w charakterze damy w kartach. Co będzie dalej? Może ktoś tutaj wiedział o nim więcej, niż powinien? Może próbowali go wykluczyć za pomocą tej gry? Ale kto? Komu by się chciało? Nikogo już nie obchodziło, co robi. Jedyną osobą, dla której to miało jeszcze znaczenie, był on sam. Więc może sam to zrobił? Może to jego podświadomość usiłowała zakłócić jego magię? A może to Alice, gdziekolwiek i czymkolwiek teraz jest, obserwowała go i nieźle się przy tym bawiła? No cóż, niech się bawi. Skupił się na teraźniejszości, teraz liczyła się tylko teraźniejszość. Miał robotę do wykonania. Musiał poskładać do kupy swoje życie. Przeszłość nie posiadała tu nad nim władzy. Nawet Alice.

Facet z czerwoną gębą wygrał swoją partię bez żadnych niezwykłych efektów. Podobnie jak Hindus. Kobieta z białym lokiem odpadła zaraz na początku. Przygryzając wargę, wyłożyła absolutnie nieprawdopodobną serię pięciu dwójek pod rząd, po nich jokera, a na koniec kartę „Idziesz do więzienia”, pochodzącą z gry w monopol. Dzieciak przeszedł walkowerem – z jakichś powodów szpak nie pozwolił mu grać. Podobnie jak Plum. Panna Podgolony Karczek wygrała szybciej niż inni, albo dlatego że rzeczywiście była taka szybka, albo dlatego że Lionel się zmęczył.

Kiedy było po wszystkim, Lionel wręczył kobiecie z siwym lokiem plik studolarowych banknotów za fatygę. Drugi podał facetowi z czerwoną gębą.

– Dziękujemy za poświęcony nam czas – powiedział szpak.

– Jak to? – Facet gapił się z niedowierzaniem na pieniądze. – Przecież wygrałem?

– Owszem, ale się spóźniłeś – wytknął mu Lionel. – I wyglądasz na dupka.

Facet jeszcze bardziej sczerwieniał na twarzy.

– Śmiało – zachęcił go Lionel, rozkładając ramiona. – Twój ruch.

Przez chwilę twarz mężczyzny drgała niebezpiecznie, ale nie był aż tak wściekły albo szalony, żeby ryzykować starcie.

– Pierdolcie się! – wrzasnął.

Taki był jego ruch. Wyszedł, trzaskając drzwiami.

Quentin padł na fotel, chociaż Czerwona Gęba pomoczył oparcie swoją wiatrówką. Czuł się wyczerpany, wyżęty z sił. Miał nadzieję, że to już koniec testów, nie dałby rady rzucić teraz najprostszego zaklęcia. W sumie zostało ich pięcioro: Quentin, Plum, panna Podgolony Karczek, Hindus i dzieciak od Stopparda. Sprawa zaczęła wyglądać zdecydowanie prawdziwiej niż pół godziny temu. Chociaż nie było późno, wciąż mógł odejść. Nie stało się jeszcze nic nie do przyjęcia, ale brakowało również rzeczy wzbudzających zaufanie. To mógł być jego przełom albo droga donikąd. Zbyt wiele czasu poświęcił na sprawy, które zaprowadziły go donikąd i zostawiły z niczym. Mógł więc wyjść, z powrotem w noc, z powrotem w zimno i deszcz.

Ale nie wyszedł. Czas odwrócić los. Przyjmie to zlecenie. I tak nie ma lepszych ofert.

– Uważasz, że pięć osób wystarczy? – Quentin spytał szpaka.

– Sześć, z Lionelem. I tak. To dokładnie tyle, ile trzeba.

– No to nie trzymaj nas w napięciu – zażądała panna Podgolony Karczek. – Co jest naszym celem?

Szpak nie trzymał ich w napięciu.

– Przedmiotem, którego poszukujemy, jest brązowa skórzana teczka z monogramem RCJ. Została wyprodukowana w tysiąc dziewięćset trzydziestym siódmym roku, w standardowym rozmiarze. Producentem był Louis Vuitton. – Szpak wymówił nazwisko z dość wiarygodnym francuskim akcentem.

– Zabawne – powiedziała panna Podgolony Karczek. – A co w niej jest?

– Nie wiem.

– Nie wiesz? – Po raz pierwszy odezwał się nastolatek. – Więc po cholerę ci ona?

– Żeby się dowiedzieć – wyjaśnił szpak.

– Ha. A co oznaczają inicjały?

– Rupert John Chatwin – odparł ptak sucho.

Dzieciak zrobił głupią minę. Poruszył bezgłośnie ustami.

– Nie rozumiem – powiedział. – A to C nie powinno być na końcu?

– To jest monogram, głupku – wyjaśniła panna Podgolony Karczek. – W monogramach nazwisko pisze się w środku.

Hindus pocierał w zamyśleniu podbródek.

– Chatwin. – Wyraźnie usiłował sobie przypomnieć, skąd zna to nazwisko. – Chatwin. Czy to nie…?

Jasne, że tak, pomyślał Quentin, ale nic nie powiedział. Nie drgnął mu na twarzy ani jeden mięsień. Jasne, że tak.

Chatwin: to nazwisko zmroziło go bardziej niż ta noc i ten deszcz, i ten ptak, i partia pchnięcia, którą właśnie rozegrał. Miał wszelkie prawo oczekiwać, że nie usłyszy go nigdy więcej. Nie powinno go już dręczyć, i vice versa. Skończyli ze sobą, on i Chatwinowie.

Ale równocześnie poczuł mroczną ulgę, ponieważ nazwisko Chatwin wskazywało, że to jeszcze nie koniec. Fillory. Plover. Zamek Białoszczyty, Chatwinowie… to wszystko ciągle gdzieś tam było. Quentin czuł się jak nałogowiec, którego właśnie zaleciał leciutki zapach substancji, od której był uzależniony – w czystej postaci i po długim, długim czasie abstynencji – i zaczyna przeżywać nieunikniony nawrót nałogu. Zamknął oczy, by poczuć ten aromat mocniej.

To nazwisko to było przesłanie, flara wystrzelona w nocne niebo, sygnał właśnie dla niego wysłany przez czas i przestrzeń, i mrok, i deszcz, z ciepłego i jasnego centrum świata.

Rozdział 2

To nie powinno było się zdarzyć. Bo Quentin próbował zerwać z nałogiem.

Zaczęło się w Ni Tu Ni Tam, cichym mieście włoskich fontann i zamkniętych bibliotek, położonym gdzieś poza i pomiędzy wszystkim innym. Fontanny tak naprawdę były bramami do innych światów. Quentin stał oparty o tę, która prowadziła do Fillory. Właśnie został stamtąd wyrzucony.

Stał tak przez długi czas, czując pod palcami zimny i nierówny brzeg kamiennego obramowania basenu – tak wspaniale solidny. Ta fontanna stanowiła ostatni łącznik z jego dawnym życiem, tym, w którym był królem magicznej krainy. Nie chciał, żeby to życie się skończyło; nie skończy się, póki stąd nie odejdzie. Ciągle jeszcze mógł je mieć. Jeszcze przez chwilę.

Chociaż nie, nie mógł. To był koniec. Więc po raz ostatni poklepał obramowanie basenu i ruszył przez bezludne miasto jak ze snu.

Czuł się zupełnie pusty w środku. Przestał być tym, kim był, ale jeszcze nie wiedział, kim będzie. Głowę miał nadal pełną widoków z Końca Świata: zachodzącego słońca, bezkresnej, wąskiej, biegnącej łukiem plaży, dwóch drewnianych krzeseł od różnych kompletów, półksiężyca, iskrzących komet. I Julii skaczącej poza skraj Fillory, na Drugą Stronę Świata, ku swojej przyszłości.

Dla niej to był nowy początek, on natomiast trafił w ślepy zaułek. Nigdy więcej nie zobaczy Fillory. Nigdy więcej.

Choć czuł się zupełnie otępiały, nie mógł nie zauważyć, jak bardzo zmieniło się Ni Tu Ni Tam. Zawsze było tu cicho i spokojnie, jakby miasto znajdowało się pod szklanym kloszem, schowanym za zachmurzonym, mroczniejącym niebem. Jednak coś zaszło: bogowie wrócili, żeby naprawić błąd we wszechświecie i odebrać magię, a podczas zmagań z nimi szklany klosz pękł i do środka dostał się czas. Pojawiły się zmiany pogody: teraz w powietrzu pachniało mgłą, po niebie przemykały poszarpane chmury, a fragmenty błękitu odbijały się w połyskliwych kałużach stopniałego śniegu. Wszędzie wokół siebie Quentin słyszał szmer wody. Niechętnie, z oporem, Ni Tu Ni Tam szykowało się do swojej pierwszej wiosny.

To był czas niszczenia i ruiny. Quentin mijał pozbawione dachów budynki, otwierające swe biblioteczne wnętrza na żywioły. Widział regały na książki poprzewracane jak kostki domina, sterczące niczym żebra gnijącego ścierwa. Luźne kartki wyrwane z miliardów książek przechowywanych w bibliotekach Ni Tu Ni Tam krążyły w powietrzu nad jego głową, unoszone podmuchami wiatru. Przechodząc przez mostek na jednym z kanałów, zauważył, że poziom wody znacznie się podniósł; jeszcze chwila, a wystąpi z brzegów. Co się stanie, jeśli wyleje?

Zapewne nic. Zapewne tylko przemoczy buty.

Kiedy dotarł do fontanny prowadzącej na Ziemię, stwierdził, że ona też się zmieniła. Podczas wojny o magię przez jej wielki mosiężny kwiat lotosu, rozerwawszy rzeźbę, wyleciał cały zastęp smoków. Quentin sądził, że do tej pory ktoś to już naprawił, ale okazało się, że fontanna zajęła się tym sama: uszkodzony kwiat usechł i przewrócił się na bok, a w jego miejscu pojawił się mosiężny pąk nowego.

Quentin przyglądał się pączkującej fontannie, zastanawiając się, czy jego kościste biodra są dostatecznie wąskie, żeby się tędy przecisnął, gdy coś nagle musnęło jego ramię. Odruchowo chwycił to coś. Kartka papieru, stronica wyrwana z książki, pełna wykresów i gęsto zapisana po obu stronach. Już miał ją puścić i pozwolić jej odlecieć z wiatrem, ale zawahał się. Po chwili namysłu złożył ją na pół i jeszcze raz na pół i schował do tylnej kieszeni spodni.

A potem spadł na Ziemię.

* * *

Na Ziemi, a konkretnie w Chesterton, padało. Właściwie to lało jak z cebra, jak to zwykle w listopadzie w Nowej Anglii. I było przeraźliwie zimno. Z powodów znanych tylko sobie magiczny guzik przeniósł Quentina na wykwintne przedmieście w Massachusetts, prosto na za duży płaski trawnik przed za dużym domem jego rodziców. Deszcz walił o dach i spływał po szybach, rynny wyrzygiwały strumienie wody. Quentin niemal natychmiast przemókł do suchej nitki – w Ni Tu Ni Tam czuł jeszcze na swoim ubraniu woń filloriańskiego Wschodniego Oceanu, ale ten deszcz rozpuścił sól i zmył z niego słoną woń na zawsze. Teraz pachniał jesienią na przedmieściu: pleśnią, zgnilizną, mokrym psem i wilgotnym, wypaczonym drewnem.

Wyjął z kieszeni srebrny zegarek, który dostał od Eliota tuż przed opuszczeniem Fillory. Wcześniej ledwie na niego spojrzał – był zbyt wściekły i zaszokowany wiadomością, że musi odejść – ale teraz przyjrzał mu się dokładnie. To był piękny zegarek; miał dwie dodatkowe wskazówki i obrotową mapę nieba i pokazywał nawet fazy Księżyca. Eliot zerwał go z małego drzewka zegarowego w Puszczy Królowych, a potem nosił przy sobie przez długie miesiące na morzu. Wspaniały prezent, naprawdę. Quentin żałował, że nie powiedział tego Eliotowi.

Zegarek przestał tykać. Najwyraźniej nie służył mu pobyt na Ziemi. Zresztą może to kwestia pogody.

Przez długi czas Quentin patrzył na ciemny dom rodziców, czekając, aż poczuje w sobie ochotę, żeby wejść do środka. Ochota jednak nie nadeszła. Ten wielki budynek nijak go do siebie nie przyciągał. Kiedy myślał o swoich rodzicach, miał wrażenie, jakby wspominał dawną miłość, tak odległą, że nie potrafił już sobie nawet przypomnieć, dlaczego kiedyś wydawała mu się ważna. Tym ludziom udało się bez większych problemów wychować dziecko, z którym nie mieli absolutnie nic wspólnego, a jeśli nawet mieli, żadne z nich nie próbowało tego szukać. Oddalił się od nich tak bardzo, że łącząca ich srebrzysta nić po prostu się zerwała. Jeśli Quentin w ogóle miał gdzieś dom, to nie był to ten dom, na pewno.

Odetchnął głęboko, zamknął oczy i wyrecytował śpiewnie cztery długie niskie sylaby, równocześnie zataczając lewą ręką duże koło w powietrzu. Deszcz zaczął się odbijać od niewidocznej kopuły nad jego głową. Nie poczuł się od tego suchszy, ale przynajmniej uczynił pierwszy krok na długiej i wyboistej drodze do osiągnięcia stanu suchości.

A potem po prostu odszedł szerokim, mokrym podmiejskim chodnikiem. Opuścił Fillory i nie był już królem. Czas zacząć żyć jak wszyscy. Lepiej późno niż wcale. Szedł tak przez pół godziny, aż znalazł się w centrum Chesterton. Tu złapał autobus do Alewife, potem podjechał metrem na South Station i wsiadł w autokar Greyhounda jadący na północ, do Newburgh w stanie Nowy Jork, położonego nad rzeką Hudson. Nie dało się bardziej zbliżyć do Brakebills transportem publicznym.

Ten powrót okazał się łatwiejszy. Zeszłym razem przyjechał tu z Julią, w stanie totalnej paniki i desperacji, dziś natomiast niespecjalnie mu się spieszyło. Wiedział dokładnie, czego mu trzeba: chciał się znaleźć w bezpiecznym otoczeniu, wśród znajomych, znających magię ludzi, gdzie miałby coś do roboty. Czyli szukał pracy.

Zatrzymał się na noc w tym samym motelu co zeszłym razem, a rano pojechał taksówką na ten sam zakręt drogi co wtedy i ruszył pieszo przez mokry las. Tutaj również padało, z każdej poruszonej gałązki spadał prysznic lodowatej wody. Tym razem nie zawracał sobie głowy wymyślnymi zaklęciami wizualizacyjnymi. Uznał, że sami go zauważą, a jak go już zobaczą, to go poznają.

Miał rację. Dostrzegł to z daleka, wśród drzew: pojedyncza smuga słońca przecinająca ponury, mokry las. Kiedy podszedł bliżej, smuga zmieniła się w owal jaśniejszego i cieplejszego powietrza unoszący się wśród mokrych gałęzi. A w owalu tkwiły głowa i ramiona kobiety; wyglądała zupełnie jak kamea. Kobieta miała pod czterdziestkę i oczy w kształcie migdałów, a chociaż jej nie rozpoznał, roztaczała wokół siebie intensywną aurę koleżanki po magicznym fachu.

– Cześć – powiedział Quentin, kiedy zbliżył się na tyle, że nie musiał krzyczeć. – Jestem Quentin.

– Wiem – odparła. – Wchodzisz?

– Dzięki.

Wykonała jakiś drobny gest dłonią i nagle owal zmienił się w wejście. Stała w progu, oświetlona letnim słońcem, a z tyłu, za nią, widział zielony trawnik. Przesunęła się, żeby mógł przejść.

– Dzięki – powtórzył. Kiedy poczuł falę ciepłego powietrza, w kącikach oczu znienacka zakłuły go łzy ulgi. Zamrugał i odwrócił głowę, ale kobieta to zauważyła.

– To się nigdy nie starzeje, prawda?

– Nie, nigdy – przyznał.

Poszedł dłuższą drogą, omijając Labirynt – zapewne jego układ zmienił się z dziesięć razy, odkąd ostatni raz nim przechodził – do Domu. W korytarzach panowała cisza: był sierpień, studentów było niewielu, choć zapewne trwały właśnie egzaminy wstępne. Promienie wczesnopopołudniowego słońca padały na zniszczone dywany we wspólnych pokojach, a cały budynek zdawał się odpoczywać, jakby dochodził do siebie po katastrofie roku szkolnego.

Quentin nie miał pojęcia, jak przyjmie go Fogg: zeszłym razem nie rozstali się w najlepszych stosunkach. Ale i tak zamierzał mu przedstawić swoją prośbę. Zastał dziekana w gabinecie, przeglądał właśnie teczki kandydatów.

– Proszę, proszę – powiedział Fogg z przesadnym zaskoczeniem. Nadal miał kozią bródkę i sprawiał wrażenie wymuskanego. – Wchodź śmiało. Nie spodziewałem się ciebie tak rychło z powrotem.

Uśmiechnął się, ale nie wstał. Quentin usiadł ostrożnie.

– Ja też się nie spodziewałem – odparł. – Ale dobrze jest wrócić.

– Miło mi to słyszeć. Zeszłym razem przyprowadziłeś ze sobą chyba jakąś wiedźmę. Powiedz mi, proszę, zdobyła to, o co jej chodziło?

Owszem, choć bardzo długą i okrężną drogą. Quentin odpowiedział niejasno i bez szczegółów i zaraz zapytał, co słychać u członków jego dawnej drużyny weltersowej. Fogg opowiedział mu o nich zdecydowanie bardziej szczegółowo, a wówczas Quentin zapytał go o małego metalowego ptaka, który mieszkał w biurze dziekana. Fogg wyjaśnił, że ktoś wziął sobie jako temat pracy magisterskiej zmienienie go na powrót w żywego ptaka, a potem wyjął cygara i poczęstował Quentina. Quentin wziął jedno i obaj zapalili.

Szło lepiej, niż się spodziewał. Do tej pory uważał Fogga za złośliwego małego tyrana, ale teraz zaczął się zastanawiać, czy to dziekan się zmienił, czy może on się mylił.

Może jednak Fogg nie był taki zły? Może to on, Quentin, zawsze był trochę przewrażliwiony? Więc kiedy dziekan spytał, jak mógłby mu pomóc, wyjaśnił.

I Fogg mu pomógł, ot tak. Bo tak się dziwnie złożyło, że właśnie powstał wakat wśród niższej kadry nauczycielskiej – tydzień temu trzeba było zwolnić adiunkta, ponieważ okazało się, że splagiatował większość swojej pracy magisterskiej z Francisa Bacona. Quentin mógł przejąć jego obowiązki, jeśli oczywiście miał ochotę. Tak naprawdę to zrobi Foggowi prawdziwą przysługę, jeśli się zgodzi. Jeżeli nawet dziekan czerpał satysfakcję z widoku pokonanego, upokorzonego Quentina, tego dumnego i ambitnego syna marnotrawnego, dobrze to ukrył.

– Nie bądź taki zaskoczony, Quentinie – powiedział. – Należałeś do naszych najzdolniejszych studentów. Wszyscy to dostrzegali, prócz ciebie. Gdybyś nie poświęcał tyle czasu na wmawianie sobie, że tu nie przynależysz, też byś to dostrzegł.

I dokładnie tak samo jak wiele lat temu, Brakebills otworzyło przed nim swoje podwoje, przyjęło go i oferowało mu miejsce w swoim małym, dobrze zakonspirowanym światku. Fogg zdjął z kołka klucze do pokoju tak małego i wysokiego, że Quentin miał wrażenie, jakby zamieszkał na dnie szybu wentylacyjnego. Były tam tylko biurko, okno, łazienka i podwójne łóżko pozbawione jednej połowy. Pościel pachniała pralnią Brakebills. Ten aromat sprawił, że Quentinowi natychmiast przypomniały się lata, kiedy sypiał zawinięty w taką pościel, śniąc o przyszłości różniącej się od tej, jaka stała się jego udziałem.

Nie była to tak do końca nostalgia. Nie tęsknił za dawnymi czasami, tęsknił za Fillory. Dopiero kiedy został sam w tym pokoju – nie w komnacie królewskiej, tylko w skromnym pokoju nauczyciela, i to nauczyciela bardzo niskiego stopnia – i zamknął za sobą drzwi, pozwolił sobie na prawdziwą tęsknotę. Tak strasznie pragnął wrócić do Fillory. Przytłoczyło go to wszystko, co stracił. Położył się na łóżku, patrzył w odległy sufit i wyobrażał sobie, co tam się dzieje bez niego, myślał o podróżach i przygodach, o ucztach i cudach, o rozległej magicznej krainie, o jej rzekach i oceanach, drzewach i łąkach i tak strasznie, strasznie chciał tam być, że samo to pragnienie powinno wyrwać go z tego świata. Ale nie wyrwało. I nie wyrwie.

Otrzymał plan zajęć, a także miejsce w jadalni i zyskał autorytet konieczny, by utrzymać w ryzach studentów. Przyznano mu również coś, co należało mu się już dawno temu, coś, o braku czego zapomniał niemal zupełnie: specjalizację.

Każdy czarodziej miał naturalne predyspozycje do określonego rodzaju magii, a zadaniem szkoły było ich zidentyfikowanie i sklasyfikowanie. Czasami taka specjalizacja była zupełnie trywialna, a niekiedy naprawdę przydatna, ale każdy jakąś miał: był to rodzaj magicznego odcisku palca. Tyle że w przypadku Quentina nie udało się jej ustalić.

Kiedy składał prośbę o przyjęcie w szeregi kadry nauczycielskiej Brakebills, poproszono go o podanie specjalizacji i dopiero wtedy sobie uświadomił, że nadal jej nie zna. Więc dokładnie tak samo jak dwanaście lat temu stawił się u profesor Sunderland, w której niegdyś, w czasach studenckich, był boleśnie i rozpaczliwie zakochany. Spotkali się w tym samym długim i rozświetlonym słońcem laboratorium, stanowiącym jej miejsce pracy: dziwnie było pomyśleć, że tkwiła tu przez cały ten czas, kiedy on rozbijał się po wieloświecie i przeżywał przygody, i że teraz są kolegami z pracy. Na domiar złego wydała mu się jeszcze piękniejsza niż wtedy.

Jej twarz dojrzała, a rysy złagodniały. Wyglądała jakby bardziej po swojemu, choć to, co kiedyś brał za nieziemski spokój, teraz wydało mu się pewnym upośledzeniem emocjonalnym – wtedy nie zdawał sobie sprawy, jaka jest wycofana i zamknięta w sobie. Był przekonany, że nie będzie go pamiętać, tak bardzo ją podziwiał w swoich szkolnych latach i tak bardzo czuł się niewart jej zainteresowania. Ale go pamiętała.

– Oczywiście, że cię pamiętam. Nie byłeś taki znowu nieprzenikniony, jak ci się zdawało.

Naprawdę tak myślała? Zapewne tak.

– Chcesz powiedzieć, że wszyscy wiedzieli, że się w tobie kocham?

Uśmiechnęła się. To był miły uśmiech, pozbawiony złośliwości.

– Mogę się założyć, że ukrywanie uczuć to nie jest twoja specjalizacja – stwierdziła. – A teraz podwiń rękawy, powyżej łokci. I pokaż dłonie.

Pokazał dłonie. Natarła je szybko drobnym proszkiem i na skórze pojawił się nieregularny wzór z maleńkich zimnych iskierek; przypominał rzadko zamieszkaną okolicę oglądaną nocą z samolotu. Quentin odnosił wrażenie, że czuje lodowate ukłucia, ale to mogło być tylko złudzenie.

– Mmmmm.

Przygryzała wargę, przyglądając mu się uważnie, a potem klepnęła go w dłonie, raz i drugi, jak w dziecięcej zabawie, i iskierki zniknęły. Profesor Sunderland najwyraźniej nie dostrzegła w nich niczego interesującego. Czy może raczej Pearl. Skoro zostali kolegami z pracy, powinien zacząć się do niej zwracać po imieniu.

Ucięła mu kosmyk włosów i wrzuciła do piecyka. Zaśmierdziało palonymi włosami. Przyjrzała się uważnie dymowi.

– Nie – stwierdziła.

To był koniec uprzejmości, teraz zrobiła się bardzo zasadnicza. Traktowała go z równą empatią, jak tajemniczy wzór roślin na grządce, jak zagadkę, której nie potrafiła odgadnąć. Kazała mu spacerować po pokoju i przyglądała mu się przez zadymione szkiełka.

– Jak myślisz, dlaczego to takie trudne? – spytał Quentin, krążąc po laboratorium i usiłując na nic nie wpaść.

– Hm? Nie oglądaj się przez ramię.

– Chodzi mi o moją specjalizację. Dlaczego tak trudno ją ustalić?

– W grę wchodzi kilka przyczyn. – Założyła za uszy proste blond włosy i sięgnęła po kolejne szkiełko. – Specjalizacja może być zablokowana. Albo z samej swojej natury nie dawać się ustalić. Niektóre specjalizacje są bardzo wąskie i praktycznie bez znaczenia, dlatego trudno je wychwycić w szumie tła.

– Jasne. Ale niewykluczone, że to coś… – potknął się o stołek – no wiesz, interesującego? Coś, czego nie ma nikt inny?

– Jasne. Czemu nie?

Zawsze zazdrościł Penny’emu jego unikatowej i wyrafinowanej specjalizacji, którą były podróże między wymiarami, ale ton głosu Pearl wskazywał, że nie powinien liczyć na coś równie spektakularnego.

– Pamiętasz te iskry, które wtedy wykrzesałem?

– Pamiętam. Aha. Niesamowite, że wcześniej o tym nie pomyślałam. Stań spokojnie.

Zatrzymał się, a Pearl poszperała w szufladzie i wyjęła ciężką, okutą mosiądzem linijkę z nieregularną podziałką. Quentin nie rozpoznał, co to za system miary.

– Zamknij oczy.

Usłuchał i natychmiast przez jego prawą dłoń przeszedł prąd bólu. Wsadził rękę między kolana i ścisnął. Minęło z dziesięć sekund, zanim opanował się na tyle, żeby powiedzieć „au!”. Kiedy otworzył oczy, w zasadzie był pewien, że zobaczy kikuty palców, uciętych równo w drugim stawie. Jednak palce były na miejscu, tyle że już zaczynały czerwienieć. Pearl walnęła go po nich kantem linijki.

– Przepraszam – powiedziała. – Wiele można wyczytać z reakcji na ból.

– Wiesz co? Skoro i to nic nie wyjaśniło, to chyba przeżyję bez znajomości swojej specjalizacji.

– Ależ wyjaśniło. Jesteś bardzo wrażliwy na ból.

Quentin był zdania, że każdy zareagowałby podobnie, gdyby oberwał linijką po palcach, ale nic nie powiedział. Pearl tymczasem kartkowała wielką księgę wydrukowaną skrzącymi się literami. Miał okropną ochotę ją powstrzymać: tak długo był Czarodziejem Bez Specjalizacji, że stało się to częścią jego natury. Czy był gotów z tego zrezygnować? Jeśli Pearl powie mu zaraz, że nie jest nikim wyjątkowym, że jest wielu takich jak on…

Ale w końcu jej nie powstrzymał.

– Miałam taką teorię, że zeszłym razem nie ustaliłam twojej specjalizacji, ponieważ jeszcze jej nie miałeś – powiedziała, przesuwając palcem po zadrukowanych kolumnach. – Zawsze uważałam, że jesteś zbyt niedojrzały jak na swój wiek. A osobowość, czy raczej dojrzałość, to ważny czynnik. Byłeś wystarczająco dorosły, w sensie wieku, żeby mieć specjalizację, ale emocjonalnie jeszcze do niej nie dojrzałeś.

To była raczej krępująca prawda. I zapewne równie oczywista dla otoczenia, jak durzenie się w nauczycielce, choć on sam nie miał o tym pojęcia.

– Ba. Widać należę do kwiatów, które rozkwitają późno – stwierdził bez przekonania.

– O, tutaj. – Popukała palcem w tekst. – Naprawianie małych przedmiotów. To jest twoja specjalizacja.

– Naprawianie małych przedmiotów?

– Właśnie.

No cóż. Nie mógł powiedzieć, że ten werdykt stanowił spełnienie jego marzeń.

– Takich małych jak krzesło?

– Mniejszych. Jak, no nie wiem… filiżanka? – Ułożyła dłonie w kształt niewidzialnej filiżanki. – Zauważyłeś, że dobrze ci idzie z takimi naprawami? Składaniem w całość, regulowaniem, takimi rzeczami?

– Niewykluczone. – Szczerze mówiąc, dotąd niczego takiego nie zauważył. – Nie wiem. – Może po prostu nie zwracał uwagi?

Niemniej ogarnęło go rozczarowanie. Raczej nie była to wyjątkowo seksowna specjalizacja. Ani nawet przełomowa. Żadne tam wkraczanie na nowe terytoria, krążenie między wymiarami, przyzywanie błyskawic czy patronów. Nic z tych rzeczy, po prostu ma moc naprawiania małych przedmiotów. Życie właśnie postanowiło go odrzeć z ostatnich złudzeń na temat własnej osoby, więc stał teraz nagi i zmarznięty, ale przecież nie umrze z wychłodzenia. Coś takiego go nie zabije. Nie miał seksownej specjalizacji, ale jakąś miał i tylko to się teraz liczyło. Koniec z fantazjami – takie jest życie poza Fillory. I może, jeśli człowiek rezygnuje z marzeń, w końcu odkrywa, że życie składa się z czegoś jeszcze? No cóż, od tej pory zamierzał żyć w prawdziwym świecie i cenić sobie jego zwyczajną, twardą solidność. Ostatnio wiele się o sobie dowiadywał. Wiedział, że to będzie bolesne, i rzeczywiście było, ale niosło też ze sobą ulgę. Przez całe życie bał się stawić czoła takim rzeczom, ale teraz, kiedy patrzył im prosto w oczy, okazywały się dużo mniej straszne, niż się spodziewał.

Albo może był twardszy, niż podejrzewał? No cóż, przynajmniej z taką specjalizacją nie zostanie wywalony z Fizycznych. W końcu naprawianie małych przedmiotów to magia fizyczna.

– No, już cię tu nie ma – powiedziała Pearl. – Fogg zapewne każe ci przejąć zajęcia z Drobnych Napraw z pierwszorocznymi.

– Tego właśnie się spodziewam – zgodził się Quentin.

I rzeczywiście się spodziewał.

Rozdział 3

Quentin sądził, że nauczanie to satysfakcjonujące zajęcie, nie spodziewał się jednak, że je polubi. Nie miał aż takich ambicji, żeby zajmować się w życiu czymś, co lubi. A jednak.

Pięć razy w tygodniu o dziewiątej rano prowadził wykłady z Drobnych Napraw. Kreślił wykresy na tablicy, korzystając z nagryzmolonych niewyraźnie notatek, i przyglądał się studentom – obecnie swoim studentom – a oni przyglądali się jemu. Większość patrzyła na niego bez wyrazu – trudno powiedzieć, czy ze strachu, poczucia całkowitego zagubienia czy potwornej nudy, w każdym razie bez wyrazu. Dopiero teraz pojął, jak łatwo jest, będąc studentem, zapomnieć, że profesor cię widzi.

Jego pierwszy wykład nie należał do udanych: jąkał się, powtarzał, gubił wątek i milkł znienacka, usiłując sobie przypomnieć, co właściwie próbował powiedzieć. Przygotował sobie do omówienia dziesięć punktów, ale tak się obawiał, że braknie mu materiału przed końcem wykładu, że pierwszemu punktowi poświęcił pół godziny, a potem musiał w ekspresowym tempie przelecieć przez pozostałe dziewięć, żeby zmieścić się w czasie. Odkrył, że praca ze studentami to umiejętność, której trzeba się nauczyć, dokładnie tak samo jak wszystkiego innego. Stopniowo jednak zaczęło mu świtać, że wie, o czym mówi. Wprawdzie trudno było go uznać za mistrza, jeśli chodzi o takie kwestie jak życie czy miłość, ale naprawdę posiadał dużą wiedzę praktyczną na temat posługiwania się siłami nadprzyrodzonymi, a nauczanie polegało na wydobywaniu tej wiedzy z zakamarków pamięci i wkładaniu jej do głów studentom w formie zgrabnie uporządkowanych pakietów. Nie umywało się to do rządzenia magicznym królestwem, no ale prawda była taka, że Fillory nigdy aż tak go nie potrzebowało. W zasadzie rządziło się samo, natomiast ci studenci, miotający się na oślep w lodowatej, wzburzonej wodzie wstępu do magii, byliby bez niego zgubieni. Potrzebowali go, a Quentin tak bardzo chciał się czuć potrzebny.

Pomagał mu również fakt, że znał już teraz swoją specjalizację. Zawsze uważał, że traktuje magię uczciwie, ale nigdy nie miał wyraźnej koncepcji, kim właściwie jest jako czarodziej. Teraz wreszcie to wiedział: był kimś, kto naprawia różne rzeczy. Dajcie mu jakiś zepsuty przedmiot, a sprawi, że się ocknie i przypomni sobie, że kiedyś był całością i działał. Stłuczona filiżanka, tak całkiem bezużyteczna, w jego rękach odzyskiwała pewność siebie. Nie zawsze była w takim stanie. Nie – kiedyś miała wygodne ucho. Kiedyś potrafiła zatrzymać w sobie płyny, które teraz wylewały się na podłogę przez pękniętą porcelanę. I przy małej zachęcie ze strony Quentina znów mogła być taka jak kiedyś.

Boże, ależ on kochał magię! Niemal zapomniał, jaka to satysfakcja, nawet jeśli chodzi tylko o małe przedmioty. Uprawianie magii przypominało odnalezienie w końcu słów, których szukało się po omacku przez całe życie. Zawsze wiedziałeś, co chcesz powiedzieć, miałeś to na końcu języka, prawie już to mówiłeś, odnosiłeś wrażenie, że jeszcze chwilę temu znałeś właściwe słowa, tylko jakimś cudem uciekły ci z pamięci – a potem nagle je odnajdywałeś. Rzucanie zaklęcia było właśnie takim odnalezieniem słów: proszę, o to mi chodziło, dokładnie to od początku chciałem powiedzieć. No a on musiał po prostu wyjaśnić to swoim studentom.

Oczekiwano też od niego, że jak wszyscy członkowie kadry nauczycielskiej będzie prowadził własne badania, jednak póki nie natrafi na problem wart analizy, będzie się zajmował wyłącznie nauczaniem. Robił to przez cały tydzień, wykład o dziewiątej, a potem praktyczne zastosowania o drugiej.

Równocześnie przyzwyczajał się na powrót do rytmu życia w Brakebills. Okazało się, że jest on bardzo podobny i dla nauczycieli, i dla studentów. Wprawdzie nie odrabiał już pracy domowej, ale wieczorami musiał przygotowywać wykłady. W gruncie rzeczy wcale mu to nie przeszkadzało, ponieważ nie miał wielu innych zajęć. Trzymał się na stosowny dystans od studentów, a nauczyciele na razie pozostawiali go w spokoju.

Zmieniły się tak naprawdę tylko drobne rzeczy. Podobno Brakebills dorobiło się własnego ducha, a choć Fogg osobiście go nie widział – i nie bardzo było wiadomo, kto mianowicie go widział – był z niego bardzo dumny. Wszystkie stare europejskie uczelnie miały duchy; można powiedzieć, że szkoła magii się nie liczyła, póki nie została porządnie nawiedzona.

Biblioteka nadal sprawiała kłopoty: w wyniku nieudanego eksperymentu z latającymi książkami tomy z co ciemniejszych zakamarków uzyskały pewną niezależność, a ostatnimi czasy zaczęły się rozmnażać i kilku studentów przeżyło wstrząs, natykając się na nie podczas aktu prokreacji. Choć sprawa wydawała się interesująca, do tej pory uzyskane potomstwo było albo beznadziejnie wtórne (jeśli chodzi o beletrystykę), albo zaskakująco nudne (jeśli chodzi o pozycje naukowe); najżywotniejsze okazały się hybrydy, wynik krzyżowania się beletrystyki z literaturą faktu. Zdaniem bibliotekarza wady potomstwa wynikały z niewłaściwego doboru rodziców, optował więc za wprowadzeniem przymusowego programu hodowlanego. Komisja biblioteczna zorganizowała tajne posiedzenie poświęcone etyce bibliotecznej eugeniki, które zakończyło się spektakularnym impasem.

Quentin miał wrażenie, że zapada się w gęstą, bogatą, bezpieczną atmosferę Brakebills jak pszczoła tonąca w miodzie. Czasami przyłapywał się na myślach o pozostaniu tu na zawsze. I niewykluczone, że tak właśnie by się stało, gdyby nie niespodziewane zdarzenie: umarł jego ojciec. Był na to zupełnie nieprzygotowany. Od bardzo dawna nie czuł z ojcem żadnej więzi. Nie myślał o nim często – ani o nim, ani o matce. I nigdy nie przyszło mu do głowy, że ojciec może umrzeć.

Ojciec Quentina wiódł spokojne i ciche życie, a opuścił ten świat w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat z charakterystycznym dla siebie brakiem ostentacji: umarł we śnie, na wylew, przy czym oszczędził nawet żonie szoku, jakim niewątpliwie byłoby obudzenie się rano u boku stygnącego powoli trupa – prowadziła właśnie warsztaty malarskie w Provincetown, więc jego ciało odkryła sprzątaczka, powściągliwa i głęboko wierząca katoliczka pochodząca z Ukrainy, pod każdym względem lepiej przygotowana na to doświadczenie niż ona.

Stało się to w połowie października, jakieś sześć tygodni po przybyciu Quentina do Brakebills. Dziekan Fogg przyniósł mu tę wiadomość, przekazaną za pośrednictwem jedynego aparatu telefonicznego w szkole – takiego jeszcze z tarczą. Kiedy Quentin wreszcie zrozumiał, co Fogg usiłuje mu powiedzieć, zamarł. To było po prostu niemożliwe. I nie miało sensu. Równie dobrze ojciec mógłby ogłosić, że zamierza nauczyć się grać na bębnach i wziąć udział w paradzie Cinco de Mayo. Jego ojciec nie mógł umrzeć – po prostu nie mógł. To było do niego takie niepodobne.

Fogg sprawiał wrażenie zaskoczonego i niemal rozczarowanego reakcją Quentina, jakby liczył na jakiś dramat, choćby niewielki. Quentin chętnie spełniłby jego oczekiwania, gdyby wiedział jak, ale nie potrafił niczego z siebie wykrzesać. Nie ronił łez, nie rwał sobie włosów z głowy, nie przeklinał okrutnych Mojr, które zbyt szybko przecięły nić życia jego ojca. Chciał zrobić to wszystko, ale nie mógł i nie rozumiał, dlaczego nie może. Zabrakło mu uczuć: miał wrażenie, jakby zagubiły się w drodze z miejsca, gdzie się rodzą, na powierzchnię, gdzie się objawiają. Dopiero kiedy Fogg zaproponował mu tydzień urlopu okolicznościowego, a potem taktownie się wycofał, Quentin zaczął odczuwać coś poza wstrząsem, a i wówczas wcale nie ogarnął go smutek, tylko wezbrał w nim gniew.

To miało jeszcze mniej sensu. Nie wiedział nawet, na kogo jest wściekły ani dlaczego. Na ojca za to, że nie żyje? Na Fogga za to, że mu o tym powiedział? Na siebie, że nie opłakuje ojca tak jak powinien?

Kiedy zaczął się nad tym zastanawiać, okazało się, że nie pamięta, żeby kiedyś był z ojcem blisko, nawet jako małe dziecko. Widział zdjęcia, na których pojawiał się jako chłopiec w sielskich scenkach z rodzicami. Każdy sąd rodzinny uwierzyłby na ich podstawie, że dom Coldwaterów był ciepły i kochający, ale Quentin nie rozpoznawał tego dziecka, które patrzyło na niego z fotografii. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek był tym chłopcem. Czuł się jak podrzutek.

Wziął ten tydzień urlopu, który proponował mu Fogg, nie tyle dlatego, że czuł taką potrzebę, ile dlatego, że jego matka mogła potrzebować pomocy. Kiedy pakował się przed wyjazdem do Chesterton, uświadomił sobie, że zaciska zęby, bliski paniki. Martwił się, że nie potrafi poczuć tego, czego spodziewali się po nim ludzie. Złożył sobie obietnicę, że bez względu na wszystko nie będzie udawał smutku. Jeśli będzie się tego trzymał, nie będzie tak źle.

Kiedy zobaczył matkę, przypomniał sobie, że choć nie byli sobie szczególnie bliscy, zawsze dobrze się dogadywali. Gdy przyjechał, siedziała przy wyspie kuchennej. Jedną rękę trzymała na granitowym blacie, a obok leżał długopis – wyglądała, jakby nagle oderwała się od robienia listy zakupów. Widać było, że płakała, ale teraz oczy miała zupełnie suche. Quentin odstawił torbę podróżną i przytulił ją. Wyraźnie utyła i teraz było za co złapać. Wyczuł, że raczej nie rozmawiała z ludźmi, odkąd to się stało. Usiadł obok niej na stołku.

– Moje tenisówki zaraz tu będą – powiedziała.

– Świetnie. Miło je będzie znów zobaczyć.

Tenisówki, czyli Kitsy, Mollie i Roslyn, były najlepszymi przyjaciółkami jego matki. Już od bardzo dawna żadna z nich nie grała w tenisa – o ile w ogóle kiedykolwiek grały – ale Quentin wiedział, że matka może na nie liczyć.

– Nie skończyłam jeszcze tego fresku w łazience – powiedziała z westchnieniem. Za oknem Quentin widział wielki sopel lodu; zwisał z okapu niczym gigantyczny ząb. W prawdziwym świecie był styczeń. – Wiedziałam, że mu się nie spodoba. Cały czas myślę, że gdyby nie umarł, ten fresk by go zabił.

– Mamo, to niemożliwe. Nie mogłaby go zabić ściana w łazience.

– Namalowałam miniaturowe palmy i ukryłam za tym starym japońskim parawanem. – Zdjęła wielkie okulary i potarła obiema rękami twarz, jak nurek, który wynurzył się z głębin i ściągnął maskę. – A teraz jest za późno! Nie znam jego haseł do komputera, możesz uwierzyć? I nie mogę znaleźć jego kluczy! Nie mogę nawet zejść do suteryny! – Spojrzała na zegarek i syknęła. – Nie powinnam była ich zapraszać. Na razie zdążyłam nauczyć się o wdowieństwie jednego: nikt nie wie, co ci należy powiedzieć. Kiedyś wiedzieli, a teraz nikt nie wie.

– Tenisówki będą wiedziały – powiedział i uścisnął jej ramię. – Ja bym im zaufał.

Naprawdę im ufał. Posiadały niezgłębione zasoby umiejętności społecznych, wyniesione z dobrych uczelni. Zanotował sobie w myślach, żeby później znaleźć te klucze za pomocą magii. Mógłby nawet odzyskać hasła ojca, choć to byłoby trudniejsze.

Jego kłopoty z rodzicami – dobrze o tym wiedział – po części powodował fakt, że nie mieli pojęcia, kim on tak naprawdę jest. Nie była to ich wina, po prostu nigdy im nie powiedział. Matka była przekonana, że prowadzi wygodne, choć pozbawione spektakularnych sukcesów życie inwestora bankowego, który specjalizuje się w nieruchomościach. Nie miała pojęcia, że magia istnieje naprawdę. Ojciec też nie zdawał sobie z tego sprawy.

Quentin mógł im powiedzieć – wprawdzie informacja była ściśle tajna i za jej ujawnienie surowo karano, ale można było uzyskać zgodę na poinformowanie rodziców i współmałżonków (oraz potomstwa, które ukończyło czternasty rok życia). Jednak nigdy tego nie zrobił, ponieważ wzdrygał się na taką myśl. Nie mógł sobie wyobrazić zderzenia tych dwóch światów: spokojnej, uporządkowanej małżeńskiej idylli rodziców i dzikiego, bałaganiarskiego i ezoterycznego świata magii. To było niemożliwe. Musiałby wtedy nastąpić wybuch, jak przy zetknięciu materii z antymaterią. Przynajmniej Quentin tak uważał. Teraz jednak się zastanawiał, czy nie dzieliła ich od siebie właśnie ta tajemnica, ten brak zaufania. Może nie doceniał własnych rodziców?

Dom rodziców był wielki, jak na możliwości odnoszącej umiarkowane sukcesy malarki i wydawcy podręczników szkolnych; kupili go za pieniądze ze sprzedaży domu w Brooklynie, której dokonali w idealnie wybranym momencie. Przez cały tydzień urlopu Quentina on i jego matka obijali się o siebie jak dwie kostki do gry w plastikowym kubku. Mieli pełne ręce roboty. Śmierć to katastrofa egzystencjalna, rozdarcie delikatnej materii, którą ludzkość obiła nieprzyjazny wszechświat. Okazało się jednak, że praca zaskakującej liczby ludzi polega na zajmowaniu się niezbędnymi rzeczami – w zamian domagali się jedynie ogromnej ilości czasu i pieniędzy. Quentin spędził cały dzień przy telefonie, rozłożywszy przed sobą na zimnym blacie kuchennym karty kredytowe matki. Obserwowała go z nieufnym zdumieniem. W ostatnich latach widywali się tak rzadko, że wciąż uważała go za nastolatka wpatrzonego ponurym wzrokiem we własne buty, jakim był przed wyjazdem do Brakebills. Zaskakiwał ją ten wysoki, stanowczy i dorosły mężczyzna, który domagał się od niej wyboru urny na prochy z dostarczonego katalogu, zaakceptowania menu na stypę oraz grafiku pogrzebu.

Wieczorami zamawiali jedzenie i grali w scrabble albo oglądali filmy, siedząc na kanapie i pijąc Sonoma Chardonnay, które matka zamawiała na skrzynki. Gdzieś na skraju świadomości Quentinowi wciąż odtwarzały się sceny z dzieciństwa: ojciec uczy go żeglować po brązowych wodach jeziora w New Hampshire; ojciec odbiera go ze szkoły, kiedy pochorował się na wuefie. Gdy miał dwanaście lat, pokłócili się strasznie, ponieważ ojciec nie chciał mu podpisać zgody na udział w turnieju szachowym: Quentin po raz pierwszy zakwalifikował się do grupy juniorów i bardzo chciał pojechać do Tarrytown. Dziwne, ale ojciec nigdy nie popierał wysiłków syna, żeby wyróżniać się na polu nauki. A przecież powinien być z tego raczej dumny, prawda?

Pierwszego wieczoru po przyjeździe, kiedy matka poszła spać, Quentin usiadł w gabinecie ojca. To był surowy, pomalowany na biało pokój, w którym nadal pachniało farbą. Podłoga sprawiała wrażenie zupełnie nowej, wyjąwszy zmatowiałą plamę tam, gdzie kółka od krzesła ojca zdarły z parkietu lakier. Quentin już niemal zdołał się upić tym chardonnay.

Wiedział, czego szuka: sposobu na rozładowanie wściekłości. Wciąż nosił w sobie ten gniew i szukał miejsca, w którym mógłby się go bezpiecznie pozbyć. Usiadł na krześle ojca i powoli okręcił się wkoło, jak latarnia morska. Widział książki, potem szafki, okno i wreszcie zgaszony monitor komputera. Książki, szafki, okno, monitor. Na wszystko padały drobinki słabego sodowego światła ulicznej latarni, zupełnie jak kurz.

To właśnie wtedy po raz pierwszy Quentinowi przyszło do głowy, że może ojciec nie był jego prawdziwym ojcem. Może nie był tym, za kogo się podawał. Może ojcem Quentina był czarodziej.

Następnego ranka, kiedy matka pojechała na duże zakupy do Whole Foods, wrócił do gabinetu ojca. Znów usiadł na jego krześle.

Zdawał sobie sprawę, że jest trochę za stary na takie problemy – bardziej na miejscu u nastolatka – ale zawsze więcej uwagi poświęcał problemom magicznym niż osobistym. Może to był błąd? Ojciec powinien kochać syna, przekazać mu swoją moc, nauczyć go, co to znaczy być mężczyzną, a jego ojciec wcale tego nie robił. Był dobrym człowiekiem, a przynajmniej dość dobrym, ale pokazał Quentinowi tylko, w jaki sposób przemieszczać się po wszechświecie, nie powodując najmniejszych nawet zakłóceń, oraz w jaki sposób zebrać i utrzymywać najpełniejszą na świecie kolekcję filmów z Jeffem Goldblumem na Blu-ray; lepsza była chyba tylko kolekcja samego Jeffa Goldbluma.

Quentin nie miał szczęścia do mężczyzn, którzy mogliby w jego życiu odegrać rolę ojca. Skreślić z tej listy należało i dziekana Fogga, i Majakowskiego, i Embera, złotego boskiego Barana. Nie przekazali mu zbyt wiele ojcowskiej wiedzy. Nie byli skłonni dzielić się z nim swoją mądrością i mocą. Być może po prostu nie chcieli zastępować mu ojca. Może zwyczajnie nie był atrakcyjny w roli przybranego syna.