Wydawca: MORGANA Katarzyna Wolszczak Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 183 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kotku, jestem w ogniu - Dawid Kain

Życie w świecie opanowanym przez książkoholików nie jest łatwe, ale Edward Egan, mieszkaniec Postmoderny i nieuleczalny utracjusz, stara się skupiać na jego jasnych stronach. Dostarczając czytelniczym narkomanom dobrej jakości teksty, pisane przez przyjaciela, szalonego Zampano, jest w stanie zarobić tyle, by starczyło na używki, kobiety i oczywiście kolejne lektury.

Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia. Edward budzi się w jakimś zimnym, obcym miejscu, daleko od domu, imprez i przyjaciół. Nie pamięta, jak tam trafił. Na dodatek pewien natręt namawia go do szukania rzekomo najważniejszego dzieła literackiego w historii, zwanego Raportem. Czy pojedyncza książka jest w stanie odpowiedzieć na każde z kluczowych dla naszej egzystencji pytań? Gdzie ją znaleźć i czy w ogóle warto? Powieść o czytaniu, do czytania. Zupełnie inna niż wszystkie.

"(...) sprytna, zabawna, precyzyjnie skonstruowana z imponującej mnogości elementów, z pazurem, niejednoznaczna… Czego chcieć więcej? Kolejna dobra solowa powieść Kaina, choć wyraźnie inna." - Marek Grzywacz (redaktor Niedobre Literki)

"Mamy do czynienia z fantastyką rozrywkową, która niczym złośliwy Zampano z kart powieści, zamyka czytającego w narracyjnej pętli. Przyznam, że od czasów lektury Jaskini filozofów Jose Carlosa Somozy nie czytałem chyba dzieła tak sprytnie igrającego z konwencjami i dotykającego samej natury tworzenia." - Krzysztof Maciejewski (redaktor Papierowe Myśli)

"„Kotku, jestem w ogniu” to jedna wielka literacka zabawa z czytelnikami, a zarazem uniwersum, z którego wcale nie chce się wychodzić." - Milena Buszkiewicz (redaktor Booklips)

"Jeśli chcecie przeczytać „Kotku…” jako fantastyczne czytadło balansujące gdzieś na pograniczu grozy, narkotycznego fantasy i przewrotnej komedii – zupełnie śmiało możecie. I więcej: nie zawiedziecie się. Ale pod płaszczykiem prostej opowieści o poszukiwaniu Raportu, czai się jeszcze jedna książka. Równie wciągająca, choć wymagającego skupienia, opowieść o literaturze." - Robert Ziębiński (redaktor Dzika Banda)

Patronat:
MadBooks | Dzika Banda | Esensja | GameExe | Szortal

Opinie o ebooku Kotku, jestem w ogniu - Dawid Kain

Fragment ebooka Kotku, jestem w ogniu - Dawid Kain

Dawid Kain

Kotku, jestem w ogniu

 

GENIUS CREATIONS

Warszawa 2014

Copyright © Dawid Kain Copyright © Wydawnictwo Genius Creations Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover by Paweł Dobkowski 

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. 

Wydanie pierwsze

ePub ISBN 978-83-7995-005-8 mobi ISBN 978-83-7995-006-5

Redakcja: Emil Strzeszewski Korekta: dr Małgorzata Berend Ilustracja na okładce: Paweł Dobkowski Projekt okładki: Paweł Dobkowski Redaktor serii: Marcin A. Dobkowski 

Skład wersji elektronicznej: INPINGO SA   www.inpingo.pl

Książka dostępna w księgarniach partnerskich:www.GeniusCreations.plwww.MadBooks.plwww.Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Zawsze wyobrażałem sobie Raj jako bibliotekę, nigdy jako ogród.

Jorge Luis Borges

I. W Postmodernie bez zmian

nie na miejscu

O tym, czym jest Raport, dowiedziałem się, leżąc w bocznej nawie jednego z Kościołów Becketta.

Minione dni były nieustającą imprezą, namiętnym ładowaniem w siebie wszystkich dostępnych stymulantów, depresantów i halucynogenów. Kolejne zaś miały być gorączkowym poszukiwaniem, ustawicznym błądzeniem i mozolnym odkrywaniem prawdy, ale w tamtym momencie jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Leżałem na chłodnej podłodze, zaśliniony i przekonany, że oto jestem właśnie w trakcie kosmicznej misji, że oto mknę ku nieznanym Wszechświatom, z całą ludzką wiedzą zapisaną w obolałym mózgu. Zamierzałem najwyraźniej pochwalić się naszymi osiągnięciami na innych planetach, wywołując opad szczęk, macek i wszystkiego, co tamtejsze inteligencje miały na wyposażeniu. Śniłem, że w moją pamięć wgrano wszelkie informacje, jakie tylko można posiąść –  i choćby to powinno stać się ostrzeżeniem, że jawa odpłynęła już naprawdę daleko. Ale tak się nie stało. Wszechwiedzący dryfowałem w czarnej, lodowatej pustce. I pewnie spędziłbym tak następne tysiąclecia, gdyby ktoś nie uderzył mnie wtedy na otrzeźwienie i nie powiedział:

– Raportu szukać byś poszedł, a nie pluł se w brodę.

W najwyższym stopniu zdumiony otworzyłem oczy. I jak meteoryt z jasnego nieba uderzyła mnie myśl, że na wczorajszej mszy integracyjnej w Kaplicy Williama Burroughsa musiało wydarzyć się coś fatalnego, skoro teraz jestem tutaj, w tym monstrualnym budynku w kształcie trumny, grobowo pustym, nie licząc stłoczonych na podłodze indywiduów. Przygnębiający półmrok jedynie potęgował moją alienację. Nie mogło go rozproszyć rozedrgane światło rozrzuconych po podłodze zniczy i płonących gdzieniegdzie ognisk. Właściwie lepiej by było, jakby nawet one zgasły na dobre, bo wolę już każdą ciemność od odrażającego widoku, jakim rzeczywistość postanowiła mnie w tamtym momencie obdarować.

Kilka kroków ode mnie, grzejąc przy ogniu brudne dłonie i stopy, chichocząca maniakalnie rodzina kloszardów ze szpiczastymi papierowymi czapeczkami na głowach świętowała urodziny kogoś ze swojego grona, grając w pchełki żywymi okazami tychże.

Kawałek dalej bezzębne i zgarbione coś stało na jednej nodze w kuriozalnym napadzie katatonii, powtarzając w kółko przyprawiające o mdłości zdania: Siedziba ciał, które błądzą, każde w poszukiwaniu swojego wyludniacza. Wystarczająco obszerna, by szukać daremnie. Wystarczająco ciasna, by nie dało się zbiec1.

Nad tymi filiami nędzy i rozpaczy górował dwumetrowy starzec w futrze ze szczurów. Wyjąwszy sobie szklane gałki z oczodołów, ewidentnie zabierał się za jakąś grubszą żonglerkę, enigmatycznie się uśmiechając.

Tyle zobaczyłem w pierwszym przebłysku świadomości... A to była tylko boczna nawa – zaledwie nieśmiała zapowiedź rzeczy, które tutaj były czymś normalnym!

Oto Kościół Becketta, pewnie gdzieś na ubogich przedmieściach mojej ukochanej Postmoderny. Niepowtarzalna woń bezdomnych outsiderów biła po głowie z mocą najtańszego sikacza. Absurd obezwładniał, twarz drętwiała, ręce opadały, chciało się już tylko wyć z rozpaczy.

Słyszałem kiedyś o takich miejscach. Na imprezach nieraz krążyły rozmaite opowieści, rozrastające się w epickich rozmiarów legendy, budzące postrach i niesmak. Jednak nigdy wcześniej nie odbiło mi na tyle, żebym chciał się zapuszczać w podobne rejony. Oczywista zresztą sprawa, skoro ochrzczono mnie w obrządku Wielkiego Literackiego i Narkotykowego Eksperymentatora, Williama Burroughsa, a od najmłodszych lat raczej wybierałem przesadę w każdej dziedzinie, cieszenie się chwilą i wyciskanie każdej godziny do cna, a nie królujące tutaj: desperację, minimalizm i ascetyzm. To zawsze było podstawową wytyczną wszystkiego, co robiłem: przesada do potęgi n, doprowadzanie do ekstremum wszystkich podejmowanych działań, wypadanie kilometry poza bandę, rozbuchane ego-jazdy po wertepach własnej jaźni.

Co się mogło wydarzyć?

Jeszcze wczoraj stylowo melanżowałem w jednej z tysięcy Kaplic, sącząc arcymocny drink Mezalians, wcinając ulubioną pizzę z salami, uskuteczniając rozmaite techniki relaksacyjne w towarzystwie sympatycznym i raczej do świata przedstawionego zdystansowanym. Przegryzałem też jakieś grzybki halunki, ale zostawmy to na marginesie, sprawa przecież powszednia i rozdętego opisu niewarta. Bo chodzi mi wyłącznie o to, że jeszcze wczoraj byłem do szpiku sobą i robiłem coś, czego się zawsze po sobie spodziewałem... A teraz leżę w tej gigantycznej betonowej trumnie, wśród tkniętego osobliwym autyzmem motłochu, w samym pulsującym jądrze wszelkiej beznadziei i rozpaczy.

No naprawdę... Co się mogło stać?

– Raportu nie znajdziesz, człowieku, to dalej nie będziesz nic wiedział – ktoś odezwał się znowu.

Rozglądałem się nerwowo, próbując dociec, skąd dobiegał głos. W pierwszej chwili wyciągnąłem przykry wniosek, że to musi gadać niemowlę po wyjątkowo przedwczesnej mutacji. Dziwna sprawa, ale nie takie rzeczy się widywało. Minęło pół minuty, zanim pojąłem, że to po prostu karzeł, naprawdę nic wielkiego.

– Cz-czego? – spytałem, brzmiąc jak dwa nerwowe stuknięcia w klawisz zdezelowanej maszyny do pisania. Następnie spróbowałem stanąć na nogi, co zaowocowało bolesnym upadkiem i rechotem rodziny kloszardów w czapeczkach.

 

Zamiast odpowiedzieć karzeł podczołgał się do mnie, rozpiął rozporek, podniósł prawą nogę i zaczął szczać mi na buty.

– Pogięło cię, koleś?! – wrzasnąłem, odruchowo kopiąc dewianta w brzuch, choć celowałem w krocze. Komicznym pajączkiem odczołgał się, zostawiając za sobą zygzakowaty ślad.

– Nie gniewaj się, człowieku! Myślałem, że mogę. Wyglądasz na miłą osobę, mógłbyś mnie stąd zabrać, może wyprowadzić na spacer – powiedział i niespodziewanie zaczął wyć tak głośno, że aż przeszyły mnie dreszcze.

– Burroughsie wszechmogący – jęknąłem, próbując oprzeć się na łokciach i przyjąć pozycję półleżącą. – Mówiłeś wcześniej o jakimś Raporcie? O co szło?

Uspokoił się. Zapiął rozporek i westchnął. Potem odparł:

– W nim jest wszystko, co musisz wiedzieć. Ale on został ukryty, rozproszony. Żeby dostęp mieli tylko najbardziej wytrwali, sama elita poszukiwaczy. W Raporcie znajdziesz całą prawdę o naszym świecie, naszej literaturze, naszej egzystencji.

– A gdzieś ty słyszał takie rzeczy? – zdziwiłem się, bo nietrzeźwy staję się bardziej łatwowierny niż zazwyczaj.

– We Wzdychowie, ktoś wspominał, lata temu, całe lata temu.

Parsknąłem tylko. Łatwowierność nie musi przecież oznaczać skrajnej naiwności.

– Mam uwierzyć, że takiego kogoś wpuścili do Wzdychowa? I co, może jeszcze budę ci tam sklecili na zawołanie, szczerozłotą i wysadzaną diamentami?

– Nie zawsze byłem taki – odparł tonem pełnym oburzenia, drapiąc się stopą za uchem. – Kiedyś byłem cenionym Pisarzem.

Zaśmiałem się tak głośno, że aż sam się tego wystraszyłem i po plecach przeszły mi ciarki.

– Byłem jednym z nich, człowieku! Pisałem romantyczne historie. Seryjnie, osiem tomów. Wielka miłość pokonuje wszelkie przeciwności losu. Ona ładna, on przystojny, a zły świat toczy się jak serce z kamienia, chcąc zgruchotać ich wspólną emocję. Fabuła za fabułą, automatem. Było dobrze, byłem ustawiony. Mogłem w tym wytrwać do starości, żyć tak, jak większość tylko marzy. Tylko że zawsze miałem pewne zboczenie zawodowe. Wieczorami uwielbiałem czytać wyjątkowo dziwaczne książki. Pisałem po ludzku: prosto, zwięźle, lekko, nigdy poza schematem. Ale czytałem buntowniczo, bluźnierczo, wybierając najcięższe teksty, jakie były pod ręką... Aż spotkała mnie dotkliwa kara, której ponury rezultat możesz teraz podziwiać.

– Pewnie, stary – powiedziałem, podnosząc się wreszcie i robiąc chwiejny krok naprzód. – Byłeś przystojnym brunetem metr dziewięćdziesiąt, sławą literatury przyjemnej, choć nieco przyziemnej, a teraz na ekscentryzmy się porwałeś, więc sikasz na buty Willowi ducha winnych osób w miejscu tak parszywym jak to.

Ciekawsko uniósł wyłysiały łebek. Twarz miał szarą i pomarszczoną, przypominała kłębek gęstej pajęczyny rozpiętej między skrońmi. Z jego oczu biła trudna do wyobrażenia pustka, jakby jakiś nienazwany bóg wyssał mu mózg i duszę.

– Wtedy też nie wierzyłem w takie rzeczy – wyszeptał, niemal łkając. – Ale w końcu przeczytałem powieść „kotku, jestem w ogniu”, no i się doigrałem.

– Chyba raczej: „piesku, zmięło ci blaszkę pod czaszką” – odparłem i znudzony narastającym absurdem toczonej konwersacji postanowiłem ruszyć w kierunku wyjścia z tej krypty depresyjnych szaleńców.

Szedłem może trochę wężykiem, nie do końca wiedząc, gdzie stawiam stopy i czy aby na pewno na podłodze, ważne jednak, że w ogóle zdołałem obrać kierunek inny niż spadanie. Kiedy już złapię odpowiedni rytm kroków, przyjmę jedyny słuszny wektor poruszania się, wszystko pójdzie z górki i będę mógł to robić bez żadnej dezorientacji.

– Raport istnieje. A ja jestem jego prorokiem – dodał jeszcze tamten, najwyraźniej zbity z tropu moją nagłą dezercją.

*

Nieraz słyszałem plotki, że po świecie krążą książki masowego rażenia, będące w stanie zniszczyć każdego czytelnika. Działają jak wirusy i  w gruncie swojej treści tym właśnie są: wirusami języka – zarażają sobą odbiorcę, nieodwołalnie go transformując.

Swego czasu w krajowych centrach literackich majaczyło budzące grozę widmo powieści „Wieczne rozpoczynanie”. Było to ponoć opasłe tomiszcze nieznanego autorstwa, zmieniające ludzi w bezmyślnych kopistów. Po jego przeczytaniu czytelnik momentalnie tracił wszelką łączność z rzeczywistością – rzucał pracę, zrywał kontakty z rodziną i znajomymi, przestawał wychodzić z domu –  i strona za stroną przepisywał ręcznie „Wieczne rozpoczynanie”, jakby wszystko inne nagle przestało mieć jakikolwiek sens. Znajdowano podobno wysuszone truchła nieszczęśników tulących do piersi zeszyty wypełnione porażającymi bzdurami. Oczywiście oryginał pozostawał mitem, nigdy niewidziany ani nieczytany. Równie dobrze mógł wcale nie istnieć – ktoś go sobie uroił i puścił paranoję w eter, wiedząc, że może się w pewnych środowiskach przyjąć, a nawet zrobić nieczęstą karierę.

Podobnie było z enigmatycznym „kotku, jestem w ogniu”. Przez niektórych uważany za pierwszą niezawodną broń literacką, potrafił jakoby – dzięki odpowiedniemu ułożeniu znaków, rytmowi fraz i fabule od początku do końca stanowiącej frontalny atak na odbiorcę – wprowadzać zmiany nie tylko w psychice czytelnika, lecz nawet w jego genotypie. Zdawało się to niezbyt wiarygodną konfabulacją, choć sama idea zaintrygowała mnie, szczególnie, gdy w obieg poszła wiadomość, że wszystkie poprzednie pogłoski dotyczące „kotku, jestem w ogniu” same stanowiły część inwazyjnego tekstu, będąc zaledwie przedmową wojny o dusze czytelników.

Potem wszyscy – ja także – szybko zapomnieli o całej sprawie, jako że ofiar nie odnotowano. I chociaż wizja literackiego terroryzmu i tekstów-wirusów była więcej niż pociągająca, do przejęcia kontroli nad społeczeństwem przez pojedynczego autora nigdy nie doszło. Może dlatego, że ludzie trzymali się swoich ulubionych konwencji niczym kół ratunkowych, najczęściej bojąc się czytać cokolwiek choć trochę odklejonego od ich przyzwyczajeń.

Byliśmy bezpieczni, dopóki pozostawaliśmy ignorantami.

*

Zazwyczaj staram się trzymać własną zrzędliwość na krótkiej smyczy, ale powrót do centrum Postmoderny szybko stał się prawdziwą katorgą. Nie sprzyjała pogoda, nie sprzyjała komunikacja miejska. I jakby rzeczywistość nie dość mocno kopała mnie po żebrach, w kieszeni miałem ledwie dwadzieścia feles. Z taką kwotą można tylko zacząć prosić o więcej.

Przystanek był zwęglonym słupem ze strzępem zdezaktualizowanego rozkładu, powiewającym niemrawo niczym mokra flaga. Zero zadaszenia i innych udogodnień znanych naszej wspaniałej cywilizacji. Więc pół godziny stałem, drżąc wśród wiatru i mżawki, w dzielnicy nędzy, dzielnicy rozpaczy, gdzie dzieci chichotały nerwowo, wdychając opary kleju trzymanego w foliowych workach, a ich tknięci alkoholizmem i bezrobociem rodzice kładli się w poprzek chodników bądź zamierali w trudnych do nazwania pozach, niczym figury woskowe, najwidoczniej czekając na coś, co miało nigdy nie nadejść.

Wyznawcy Beckettyzmu to jedna z tych kategorii, których nigdy nie ogarnę do końca, choć przecież ów „koniec” w słowniku ich pojęć jest hasłem kluczowym, otwierającym drzwi do wszystkiego, co najgorsze. Po co w ogóle żyć w takim zezwierzęceniu i biedzie? Nie lepiej wziąć cały absurd świata w nawias i zacząć walczyć o poprawę własnego losu? A ci jeszcze obnoszą się z nieszczęściem i porażkami jak pękiem odblaskowych kukiełek!

Autobus w końcu przyjechał i to cudem, wziąwszy pod uwagę fakt, że kierowca wyglądał na kompletnie zamroczonego. Pewnie wczoraj zabalował nie gorzej ode mnie. Ręce mu się trzęsły, zmarszczone czoło zraszał niezdrowy pot, stanowiący zapewne objaw łatwej do zidentyfikowania gorączki, która kazała mężczyźnie zatrzymać się aż pięćdziesiąt metrów za przystankiem. Na trzeźwo nigdy bym do czegoś takiego nie wsiadł, po moim trupie, ale wiecie, jak było, to i wiecie, że wsiadłem.

Wszystkie fotele puste, więc usadowiłem się na samym tyle, sądząc, że w razie kraksy jedynie tam mogę być bezpieczny. Ruszając, pojazd zatrząsł się spazmatycznie. Moje nudności tylko się nasiliły, choć już wcześniej ledwie je znosiłem.

Doszedłem do wniosku, że najrozsądniej będzie zasnąć albo natychmiast stracić przytomność.

I któraś z tych ewentualności musiała mi się trafić. Bo resztę drogi pamiętam jak przez mgłę, by nie powiedzieć: wcale.

*

– Pętla! Koniec jazdy!

Krzyk wyrwał mnie z zamroczenia. Zresztą nie pierwszy raz tego dnia.

Rzut oka na zegarek. Od chwili wyjścia z Kościoła Becketta najwidoczniej minęły już ponad dwie godziny.

Rozejrzałem się wokół. Autobus jakiś inny, okolica tak samo. Musiałem się przesiąść, nie zdając sobie z tego sprawy. Połowę foteli zajmowała zgraja dzieciaków ubranych w jakieś dziurawe i poszarpane szmaty, z włosami w tak zwanym artystycznym nieładzie. Agrafki w nosach, tatuaże w poprzek twarzy. Zachowywali się jednak nienagannie. Wstali wszyscy jak na komendę i opuścili pojazd z takim spokojem, jakby właśnie szli czwórkami do najlepszego ze światów.

Też wysiadłem.

To był zresztą mój przystanek. Mieszkam na Kereta 10/13, dosłownie parę kroków od pętli, w jednej z centralnych dzielnic Postmoderny.

W dodatku już chyba zupełnie wytrzeźwiałem.

Na kwadracie zastałem trudny do ogarnięcia bajzel: góra ciuchów na środku pokoju sięgała pasa, tu i tam walały się puszki po piwie, a ślady petów gaszonych na ścianach przypominały efekt seryjnego ostrzału. Popielniczki wypełnione po brzegi, nadpalone lufki obok. Ostro waliło zielskiem, powinienem przewietrzyć, ale później, później, bo teraz chcę tylko walnąć się pod kołderkę i dać odpocząć temu zdezelowanemu ciału, może nawet poszukać w pamięci kluczowych momentów z wczoraj, żeby wydedukować, co też sprowadziło mnie w tamto tętniące żywym absurdem miejsce, ten egzystencjalny dół bez dna.

I już leżałem nieruchomo, już witałem się ze spokojnym snem bez cienia koszmarów, gdy na suficie dostrzegłem wykonany sprayem napis:

„Ważne: znajdź Raport!”.

1„Wyludniacz” w przekładzie Antoniego Libery (Samuel Beckett „No właśnie co”, PIW, 2010).

niepamięć następcza

Wiele wskazywało, że to ja byłem autorem powyższego „dzieła”, bo jeszcze wczoraj rano sufit był czysty.

No, powiedzmy, umiarkowanie czysty, ale bez żadnych bazgrołów. Mało prawdopodobne, żeby ktoś tu wdepnął pod moją nieobecność z zamiarem zaprezentowania zapędów literackich. Nie wyglądało też, by doszło do włamania, bo chyba nic naprawdę cennego nie zniknęło. Z drugiej strony chyba niczego naprawdę cennego nie miałem. Do tego dowód koronny: plamy po sprayu na moim prawym rękawie. Wcześniej nie zwróciłem na nie uwagi, ale po odkryciu notki nad głową momentalnie zacząłem poszukiwać na miejscu tej graficiarskiej zbrodni śladów winnego. I dziesięć minut później wiedziałem już, że to musiałem być ja.

A skoro tak, na wczorajszej mszy integracyjnej musiałem przegiąć ostrzej niż zazwyczaj. Coś mi dramatycznie siadło na psychice i  w efekcie wykwitły z tego naprawdę złe tripy, nastały całe smutne godziny umysłowych zawiasów, lunatycznych tańców w piątym wymiarze i dalszych. Może przez te grzybki halunki, może przez drink Mezalians (który swoją drogą zawiera spirytus i wyciąg z przysadki, a zagryza się go szpinakiem, więc uważajcie, co zamawiacie, bo są ciecze, o jakich nie śniło się waszym barmanom), może też przez tę pizzę z salami, przecież sera przygrzali tam chyba z pół kilograma, jak nie lepiej. Teraz już nieistotne, bo gdybym wcześniej wiedział, że wpadłem na jakiś ślad jakiegoś Raportu, wypytałbym o wszystko psa w Kościele, a nie uciekał.

Zacząłem nerwowo rozglądać się za jakimkolwiek rozwinięciem wiszącej nade mną myśli, nadającej sufitowi niespotykanych walorów kolorystycznych. Bo napis był błękitny, dosłownie jak oczy kochanek we wzdychowskich bestsellerach. Co się stało? I jak? Wcześniej bywały już różne kosmiczne akcje, ale dewastowanie mojej ciężko wywalczonej własności w taki ohydny sposób dotąd nie zaszło i liczyłem, że nie zajdzie.

Nagle rozdzwonił się telefon.

Nie miałem go przy sobie. Dźwięczał z bliżej nieokreślonego miejsca i wiedziałem, że za moment umilknie, a wtedy nie znajdę go wcale.

Z rozpędu rzuciłem się więc na stertę piętrzącego się na środku pokoju dziadostwa, przeczuwając, że gdzieś u podnóża tej góry badziewia będzie tkwiła odpowiedź na poniekąd filozoficzne pytanie: gdzieś komórkę wpieprzył?

Zanurkowałem czołem w gacie i staniki, w dżiny i koszule, kable i wtyczki, książki i komiksy, i...

I w końcu znalazłem, na sporej głębokości, ale w jednym kawałku: mój telefon!

Odebrałem.

– Edward Egan – przedstawiłem się.

– Załatwiłeś? – spytał kobiecy głos.

Pula możliwości, jakie na dźwięk tego pytania zaczęły wirować w mojej wewnętrznej maszynie losującej, była doprawdy ogromna i budziła szereg uzasadnionych obaw. Słowo „załatwiłeś” mogło w moim niewesołym przypadku odnosić się do tysiąca rzeczy i teraz, zmęczony godzinami nieprzytomności i późniejszymi perturbacjami, nie miałem pojęcia, o co może chodzić. Przeraziło mnie to, nie pierwszy raz zresztą, bo to, że wiesz, że nic nie wiesz, może i brzmi nieźle, ale nie sprawi wcale, że poczujesz się lepiej.

Chcąc ekspresowo uzyskać możliwie szerokie rozeznanie w spektrum tematycznym, wystrzeliłem w słuchawkę całą serią pytań:

– Kto? Co? Kogo? Czego? Komu? Czemu?

Odpowiedziała mi cisza.

– Towar. Dla mnie – odparł po dłuższej chwili ten sam kobiecy głos.

– Towar? – spytałem.

Poczułem, że drętwieje mi twarz...

I w okamgnieniu otwarła się gdzieś tam we mnie, najgłębiej, jakaś wewnętrzna zapadnia. I  z kompletnego mroku wpadłem w sobie samym do czegoś przypominającego rozświetloną salę – może to była tylko moja wcześniej gęsto spowita cieniami pamięć – gdzie niemal wszystko stało się jasne i klarowne.

Byłem dilerem, proszę najszanowniejszych was. Ale nie żadnych syfiastych dragów, nie chemii bulgoczącej na dnie szklanych próbówek, z laboratoriów, gdzie rozum mówi dobranoc. Handlowałem rzadkimi, wywołującymi specyficzne fazy, tekstami literackimi. Załatwiałem je ludziom, za mniejszą lub większą opłatą, żeby się uczytali do nieprzytomności, zapominając o różnych smutnych sprawach, które ich dręczyły. Z tego żyłem, chętnych nie brakowało. Nieraz walili drzwiami i oknami.

– No przecież miałeś skombinować fajniusi halucynogen – kontynuowała tamta.

Racja, miałem.

Wszystko wracało do mnie nagle, jakbym na minione godziny wynajął to ciało komuś obcemu i dopiero w tej chwili wpadł wreszcie na stare śmieci, w bujne wysypisko własnej jaźni.

– A  i owszem, zrobione – odparłem, choć pewności w tym względzie jeszcze nie było i być nie mogło.

– To kiedy po to przyjść?

– Za dwie godziny będzie chyba w porządku.

– Dobra, jak chcesz... Coś dziwnie się dzisiaj zachowujesz.

– Ja? Dziwnie? – próbowałem udawać głupiego, co w załączonym wypadku, gdy głupi udaje głupiego, nie powoduje wcale zniesienia narastającego bezsensu, lecz jego zwielokrotnienie.

– Wiesz w ogóle, z kim gadasz?

– Mhm. Pewnie. Od razu cię poznałem. – Kłamstwo przyszło mi łatwo, rzekłbym nawet, że struny głosowe same zagrały ów fałszywy akord.

Naprawdę fatalnie się teraz czułem, nie przesadzam. Im mocniej zdawałem sobie sprawę z doświadczonej amnezji, tym było gorzej. Dobrze, że chociaż pamiętałem, gdzie mieszkam, jak się nazywam i jakiego jestem wyznania, bo pewnie do tej pory błąkałbym się między tymi czubkami w Kościele Becketta, myśląc, że jestem jednym z nich, czekając dniami i nocami na to samo Wielkie Nic, nie znajdując uzasadnienia dla jakichkolwiek działań.

– Nie świruj. Przecież mówi Alwenta, stała klientka. Dzwoni już jakiś dzwoneczek?

Pokiwałem głową, zdezorientowany i zrezygnowany, ale nic nie odpowiedziałem. Pod czaszką miałem jeszcze masę dziur.

– Poznaliśmy się gdzieś z miesiąc temu. Na przyjątku u Alana. Tego autora filozoficznej grozy, wiesz, co o nim grę planują zrobić. Świętował premierę swojego „Punktu wyjścia”. No, rany, nie pamiętasz nawet, jak rozbiłeś wtedy czołem tamtą wypasioną fajkę wodną?

– Czemu miałbym robić coś równie niedorzecznego? – zdziwiłem się.

– Wyglądało na to, że po prostu upadłeś, ale potem twierdziłeś, że cię suszyło i wody ze środka chciałeś łyknąć. Nieważne. Tamtej nocy zamówiłam u ciebie pierwszy tekst. To było jakieś opowiadanko. Hmmm... „Epilepsja jest tańcem”, o! Pamiętasz? Miało mi napędzić trochę lęku i nostalgii, i zadziałało, podchwyciłam naprawdę sympatyczny klimacik, ale na chwilę. Potem były już twardsze narracje. Dalej nie kojarzysz?

– A, a, a! Alwenta! To już teraz jasne! No oczywiście! To chyba ty mi szkło z policzka wyszarpnęłaś, nie?

– Długie prawie na kciuk!

– Tak było, racja. – Uśmiechnąłem się szeroko w ramach uznania dla swoich imprezowych zasług. – W porządku, Alwento droga. Jest tu gdzieś tekścik dla ciebie, coś z robactwem i różnymi takimi.

– Nie miało być obleśne, tylko halucynogenne.

– I jest, sama zobaczysz.

– Dobra, będę za dwie godziny. Trzymaj się.

Usiadłem na podłodze, wciskając telefon głęboko w kieszeń. Pamięć wprawdzie wróciła, ale wyobraziłem sobie, co by było, gdyby tak się nie stało. Gdzie mógłbym skończyć i jak. To nie były wcale rzadkie przypadki. Ostra bibka i kilkudniowy afterek, a potem jeden z drugim nurkują w muszlach klozetowych, tarzają się w przydrożnym błocie, próbują połknąć własny język, wierząc, że to soczyste mięsko. Różne bywają jazdy, różne zejścia po nich, ale trwały zawias to nie przelewki, ani żadne to tamto. Mózg jest materią wybitnie wrażliwą, wymaga chirurgicznej precyzji przy jakichkolwiek próbach wpływania na niego czy to alkoholem, czy dragiem, czy po prostu w sposób czysto literacki.

Po kwadransie poszukiwań znalazłem to krótkie opko dla Alwenty. Zwało się „Przemiana (w Domu Much)”. Korciło mnie, żeby przejrzeć, ale odpuściłem. Tego mi jeszcze brakowało, żebym uczytany przyjmował klientkę. Trzeba w końcu zachować choć cień profesjonalizmu, cokolwiek by się nie działo.

dom o rozwidlających się wnętrzach

Czekając na Alwentę, postanowiłem posprzątać ten cały bałagan.

Żartuję. Oczywiste, że niczego nie chciałem porządkować – niech sobie wzrasta entropia, skoro tak chce. Miałem ważniejsze rzeczy do roboty. A konkretnie – spróbować dowiedzieć się, o co idzie z Raportem i dlaczego to tak istotne, by pisać o tym po sufitach.

Pierwsza myśl: skontaktować się z Zampano, czyli moim najlepszym kumplem jeszcze od dziecięcych lat. To on dostarczał mi teksty na wyłączność po tym, jak jego poprzednik, Dawid, popełnił widowiskowe samobójstwo.

Dawid – postać warta wzmianki, bo to zupełnie osobny rozdział każdej opowiadanej historii: autor trzeciorzędnych horrorów ze wstawkami science-fiction, po godzinach twórca pisanych na zamówienie miniatur wywołujących stany paranoiczno-lękowe. Zawsze powtarzał znajomym, że zginie w niebanalny sposób. Tłumaczyłem mu, że ukrzyżowanie nie jest znowu aż tak oryginalne, jak sądzi, ale udając speca, twierdził, że jeszcze nikt w historii nie ukrzyżował się całkowicie samodzielnie, bez pomocy osób trzecich. Pewnie miał rację, trudno dociec.

Żeby uskutecznić ów wyczyn, skonstruował nawet specjalny mechanizm: wyrzutnię połączoną z krzyżem nabitym setkami długich gwoździ. Gdy przyszedł odpowiedni moment, strzelił sobie serię najbardziej dołujących tekstów, jakie kiedykolwiek popełnił, i wreszcie był gotowy ziścić marzenie o autodestrukcji. Wyrzutnia ekspresowo wyniosła go w kierunku krzyża, na który nabił się niczym jakiś dręczony manią nieumiarkowania fakir. Prawdopodobnie zginął natychmiast, bo ponoć gwoździe przebiły mu czaszkę i większą część najważniejszych narządów. Taki właśnie był plan. Dawid nieustannie mówił, że za bardzo męczył się przez całe życie, by jeszcze podczas egzystencjalnego epilogu cierpieć wielogodzinne katusze. W ostatnich tygodniach przed śmiercią jego zdołowanie faktycznie sięgnęło najczarniejszych głębin – przestał interesować się literacką grozą, nie chciał jej pisać ani czytać; zerwał kontakty z większością znajomych; błądził rozpaczliwie po labiryntowych uliczkach Postmoderny zakapturzony, ukryty za ciemnymi okularami, z miną ćpuna w pierwszych dniach odwyku. Nietrudno było się domyślić, do czego to wszystko zmierza i co zaprząta chmurny umysł mojego kolegi.

Zabieg końcowy okazał się podwójnie skuteczny. Dawid padł trupem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a jego książki momentalnie zaczęły się cieszyć większym wzięciem – debiutancka powieść doczekała się nawet wznowienia, choć czytelników pierwszego wydania można było policzyć na palcach jednej ręki. Czasem odnoszę wrażenie, że tylko ja jeden straciłem na tej akcji. Po samoukrzyżowaniu głównego dostawcy beletrystyki narkotycznej musiałem zwrócić się o natychmiastowe wsparcie do przyjaciela z dni, gdy dopiero zaczynałem tracić trzeźwy osąd rzeczywistości – szalonego Zampano.

Ach, ten Zampano! Poznałem go jeszcze w czasie Imprezy Komunijnej, grubo ponad dwadzieścia lat temu. O ile mnie wspomnienia nie mylą, było to chyba w lokalnym Centrum Burroughsjanizmu. Uroczystość niezmiernie odświętna i kosztowna, co nie powinno szokować, wziąwszy pod uwagę fakt, że Impreza Komunijna jest już od dziesięcioleci najważniejszym sakramentem naszego wyznania. Elegancko ubrane dzieciaki w towarzystwie równie wystrojonych rodziców przyjmują wtedy swojego pierwszego kwasa. Uczony w Piśmie starzec, potrafiący recytować z pamięci pełną treść „Nagiego Lunchu”, wsuwa zniecierpliwionym gówniarzom pod języki odpowiednio nasączone chemią papierki, a reszta odpicowanej na wysoki połysk ekipy ma zadbać, żeby żaden z małolatów nie zaliczył tego dnia złego tripa.

Tak się złożyło, że ja i Zampano przeżyliśmy tę uroczystość wspólnie. Halucynacyjna jazda zdołała wytworzyć między nami niemal braterską więź. On już wtedy wiedział, że będzie Pisarzem, ja zaś mogłem przypuszczać, że pisany jest mi niepewny los kombinatora.

Ekscentryczną, niekiedy neurotyczną osobowość Zampano ukształtowały dzieła klasyków literatury wywrotowej. Ja natomiast czytałem, co mi wpadło w łapy, przeważnie fantastykę klasy „Z”, splatterpunk, porno s-f i pochodne. Wzrok psuły mi poronione wielotomowe cykle z gatunku bizarro, w rodzaju „Przygód genialnej dżdżownicy z Alfa-Centauri”, „Mięsożernych Embrionów”, „Nawiedzonej Waginy” czy trylogii w pięciu księgach „Surfujący postmoderniści muszą umrzeć”. On dzięki narkotykom chciał poszerzać percepcję, żeby w końcu uzyskać literacką omnipotencję. Ja wolałem po prostu uwalić się do nieprzytomności. Mimo tylu ewidentnych różnic przez całe lata trzymaliśmy sztamę. Nic zatem dziwnego, że teraz, mając wspólne interesy, radzimy sobie nie najgorzej, choć wraz ze wzrostem jego niepoczytalności nasze kontakty nie są już w żadnym wypadku wzorowe.

Odszukałem Zampano na liście szybkiego wybierania i czekałem na połączenie. Znałem na wylot jego ekscentryzmy, więc nie zaskakiwało mnie już, że odbiera dopiero po dwudziestym trzecim sygnale. Swoją drogą niezły sposób na spławianie natrętów: dodzwonią się do ciebie tylko ci najbardziej zdeterminowani.

– Co jest? – odezwał się w końcu.

– Tu Edward. Mam z tobą do pomówienia.

– Nie ma dziś nic nowego. Spieprzaj.

– Nie chcę tekstów.

– To świetnie. Więc idź, powieś się na gałęzi. Suchej, koniecznie. Z Drzewa Wiadomości. Albo innego.

– Mówię, że nie chcę tekstów. Co wziąłeś?

– Weź się... Spieprzaj. Skończyłem z pisaniem. Nie mam. Zapomniałem, przestałem. Dziś...? Nic nowego.

– Ja nie mogę, stary. Ależ cię wyjustowało. Co ty brałeś?

– Kończę z tym wszystkim... Czemu pytasz? To miło z twej strony. Prawdziwego przyjaciela poznasz na ciężkim zjeździe. A zapaliłem taką smaczną, aromatyczną, mieszankę. Przegryzłem bananem. Swoją drogą sympatyczny owoc? Taki jakby zawsze uśmiechnięty, tylko że pionowo. Pionowy uśmiech na powierzchni wszechrzeczy. Jak wyprodukuję syna, nazwę go Banan. Banan Zampano Junior. Ale wcześniej z tym skończę. Zero pisania, zero czytania. Literatura! Świat się nie tylko wokół tego kręci, nie uważasz?

– Nasz tak – odparłem, zastanawiając się, czy coś z niego wyciągnę, gdy jest tak usmarowany wszelkiej maści dopalaczami. Postanowiłem spróbować mimo uzasadnionych obaw. – Słyszałeś kiedyś o jakimś Raporcie?

– Nie, Banan to jednak bez sensu imię, synek by mi nie wybaczył. Raport, mówisz? Słyszałeś, mówisz? A to nie jest ten nasz Święty Graal przypadkiem?

– Yyy... Nie wiem. Co to jest ten Graal?

– Ktoś coś kiedyś wspominał. Jeden koleś ze Wzdychowa chyba... Ała! Spieprzaj! Nie będę literacką dziwką na telefon, nie ze mną te numerki! Pisać, pisać, pisać... Zdrzemnąć się i zdechnąć.

– Jaki koleś? Jak go namierzyć?

– Zaraz, zaraz. Bo teraz mama mnie mami wspomnieniami. I się wścieka... Gdzieś tu się błąka jeszcze jedna kreska. Sierotka Bielnisia. Ale tłuściutka, do spałaszowania, dziąsełek natarcia, pospolitego ruszenia nozdrzami siup, siup do gardła. Namierzyć? Co namierzyć? Nam mierzyć nie kazano! Gdzie ta moja matka? Znów się wtryniła do jakiejś szuflady?

– Stary! Przecież ona dawno temu zaliczyła zgon z przedawkowania Kafki! – krzyknąłem, licząc, że prawda będzie najlepszą terapią szokową.

– Kto? Szuflada?... Nie gadaj. Która?

– Twoja matka. Tyle czytała, że wpadła w paranoję i skoczyła na tory. A teraz uważaj. Jak. Się. Spiknąć. Z. Gościem. Ze. Wzdychowa?

– Aha. To przykre... No, ja mam jego adres. Ale teraz jestem pod kreską. Znaczy na kresce. Dwóch. Już mówiłem? Mieszanki nie liczę, toż to się pali jak koty w ogniskach, skwierczenie, pisk i po krzyku. Moment. Czytałeś Danielewskiego? Czytałeś Wattsa? Posiąść prawdę w duchu i ciele... Znasz „Atrament”? Maczałeś w tym palce? Gadaj!

Przy takim poziomie komunikatywności prędzej przydrożne kamienie dadzą mi cenne wskazówki w sprawie Raportu niż przeklęty Zampano. Trzeba ekspresem szukać alternatywnych rozwiązań.

– Jesteś u siebie?

– Prawdopodobnie.

– Prawdopodobnie?

– Bo tu ciemno, czarno... Ale nie, jak otworzę oczy, to jakby jaśniej. Ała. Aha. Powieki przeszkadzały... Tak, u siebie. A co?

– Będę pod wieczór. Pewnie trafię na twoje nielekkie zejście, ale nieważne. Wtedy pogadamy normalnie.

– To spieprzaj.

– Właśnie próbuję.

– Nie mam nowych tekstów, aktualnie poszerzam percepcję. W piątym wymiarze ludzie są na ten przykład kulami. To się wszystko pięknie składa, te kończyny i flaki, te pasma porażek i krągłości kochanek. Jesteśmy kulami, Stwórca gra w biliarda. Nie, kończę z pisaniem, to się już rozrasta poza wyobraźnię.

– Nie bierz więcej, błagam. Przynajmniej teraz. Będę wieczorem – powiedziałem i rozłączyłem się.

Coraz gorzej z nim. Dostarcza coraz lepsze teksty, niektóre działają nawet przez kilka dni, ale on sam niebezpiecznie zbliża się do granicy, za którą rozciąga się już tylko rażące szaleństwo.

Położyłem się i raz jeszcze rzuciłem okiem na sufit. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem, bo błękitny napis ukazał się także pod powiekami, nawet wyraźniejszy niż na jawie.

*

Obudziło mnie natarczywe walenie w drzwi. Pewnie jeszcze chwilę wcześniej było zaledwie zwykłym pukaniem, ale teraz brzmiało, jakby jakiś żywioł się tam o mnie upominał i nie chciał dać za wygraną.

Wyskoczyłem z łóżka, walcząc z zawrotami głowy.

Odgłos uderzeń narastał.

– Idę! – krzyknąłem, choć tego, co robiłem, w żadnym razie nie można było tak zdefiniować. Bo stałem w miejscu, jakby mi stopy wrosły w podłogę. Z początku nie mogłem nawet drgnąć. Ogarnięty osobliwym paraliżem, walczyłem o każdy krok. Co się ze mną działo, do jasnej poezji?! Dopiero po chwili ciało zaczęło reagować na moje błagania i odzyskałem niepewną władzę nad sobą samym...

Otworzyłem drzwi, dłoń drżała na klamce.

W progu ruda chudzina z zadartym nosem. Dżinsowe, podarte do granic możliwości szorty i szara koszulka na ramiączkach. Aż się zarumieniła ze zdenerwowania.

– Próbowałeś się zabić? Tego właśnie chciałeś?

– Kto? – zdziwiłem się.

– Ty! Przedawkowałeś?

Odepchnęła mnie i wpadła na kwadrat jak miniaturowe tornado. I zaraz już nic nie widziałem, bo wszystkie moje graty zaczęły wirować w opętańczym tańcu. Szmaty z podłogi latały gdzieś po ścianach. Jakieś gazety i książki wzbiły się w powietrze niczym papierowe ptaki od miesięcy okupujące półki i stoliki w oczekiwaniu na odlot do ciepłych krajów.

– Przestań, świrusko! – rozdarłem się. I oszołomiła mnie trafność tego sformułowania, jako że w jednym słowie łączyło ono świra, wir i wirus, a właśnie czymś z pogranicza tych kategorii była ta nawiedzona kobieta.

Wtedy ona zatrzymała się nagle jak film na pauzie. Wszystko jakby zamarło, ścięte niewidzialnym lodem: te wszystkie graty na podłodze i pod sufitem, o których nie śniło się naszym Prozaikom.

– Gdzie to jest? – zapytała.

Zanim dotarł do mnie sens tego zdania, wzbite przed momentem w powietrze sterty niemożebnego dziadostwa opadły nagle, jak ważąca tonę kurtyna, wszystkie naraz.

Co się działo?

Skąd te chore zaburzenia czasoprzestrzeni?

Byliśmy tutaj w jakimś akwarium, na księżycu czy gdzie?

Możliwe, że na wczorajszej imprezie, której nadal nie pamiętam, przegiąłem nawet bardziej niż jest to wyobrażalne i zgodziłem się wziąć zastrzyk narkotyku określanego mianem Czas. I on dopiero teraz chwycił, z takim oto dilejem, co się trafia strasznie rzadko, ale jednak...

Ale nie, nie wierzę, żebym był aż do tego stopnia głupi. Od małego nasłuchałem się przecież dość opowieści o idiotach, którzy przedawkowali Czas.

Reperkusje bywały różne. Ktoś wbił igłę w żyłę, a zanim zdążył ją wyjąć, minęło pięćdziesiąt lat i ocknął się jako starzec. Inny zapodał sobie odrobinkę więcej niż nakazywałby rozsądek, po czym cofnął się do okresu, gdy był jeszcze płodem, nie tracąc jednak świadomości dojrzałej osoby; w efekcie musiał spędzić kolejne miesiące w łonie, gdzie każda sekunda jest wiecznością, a pulsująca ciemność wokół jest tak obca i przerażająca, że zaraz po wyjściu stamtąd jesteś w stanie tylko wrzeszczeć.

To oczywiście skrajne przypadki, najczęściej przedawkowanie Czasu nie kończyło się tak dramatycznie. Niektórzy w ten sposób poznali nawet swoich partnerów życiowych, przenosząc się do chwil, gdy są już razem, dzięki czemu potem –  a raczej przedtem – po powrocie, już dobrze wiedzieli, z kim zwiąże ich przyszłość, i od tego momentu szukali tych drugich połówek każdego dnia, od rana do nocy, przejrzawszy na wylot labirynty własnego losu. Ale byli i tacy, co popełniali samobójstwa, wiedząc, jak tragiczne będzie ich życie za pięć, dziesięć czy piętnaście lat.

Ten towar był zbyt ostry nawet dla takich seryjnych przeginaczy jak ja czy Zampano. Ze znajomych chyba jedynie Dawid pokusił się o pojedyncze zapodanie, mówiąc, że chciałby skoczyć na parę godzin o trzydzieści lat w przód, żeby potem napisać szczere autobiograficzne science-fiction bliskiego zasięgu. Coś musiało pójść nie po jego myśli, bo po powrocie przez długi czas wystukiwał na klawiaturze wyłącznie paranoiczne miniatury o prześladowaniach i masowych mordach. A może wręcz przeciwnie, skoczył w tamto miejsce i to była stuprocentowa prawda bez choćby grama konfabulacji. O tej ewentualności boję się nawet myśleć.

– Co gdzie jest? Mówże jasno, zamiast się tu kręcić jak jakiś tajfun, jakieś tornado.

– Te leki, które przedawkowałeś. I przez które się nie budziłeś, kiedy ja tam tak waliłam, że aż mi ręce spuchły.

Czy to stworzenie odwiedziło nasz ponury wymiar tylko po to, żeby nakręcić mi najcięższą schizę pod słońcem? Czym zasłużyłem sobie na tego rodzaju karę? Cóż, taki zawód. Za niewielką opłatą pozwalasz świrom ukrywać się przed bezdusznym światem w wysnutych z literatury snach, to i się nie dziw, jak zwalą ci się na łeb z ważącym tony tobołem własnych dramatów.

– Uspokój się i zwiń tę przenośną paranoję, którą mi tu roztaczasz. Nic nie brałem, nikt się tutaj nie zabijał. Na zejściu jestem. Po drobnej bibce, której przebieg na razie się nie układa w logiczny ciąg zdarzeń. Nie miej zbyt wygórowanych wymagań, bo ledwo się trzymam w jednym kawałku, mogą się ze mnie rozmaite elementy wysypać, a inne poodpadać. Taka sytuacja.

– Vonnegutowi niech będą dzięki! Już myślałam... już myślałam... – Nie kończąc zdania, rzuciła mi się w ramiona, wpadłszy w ewidentną ekstazę z powodu mojego zejścia, które nie było żadną próbą samobójczą, jak mogłaby podejrzewać.

– Ty pewnie jesteś Alwenta? – spytałem.

– Mhm. Przepraszam za to. No wiesz. Mój chłopak celowo się otruł i od tamtej pory jestem trochę przewrażliwiona.

To wiele tłumaczyło.

Wiele, ale nie wszystko.

– Przeżył chociaż?

– Tak, ale jest w śpiączce, już od pół roku. Na szczęście mam z nim kontakt, bo leży w jednym z Limbotoriów.

Grubo przesadzała, nazywając to kontaktem. W licznych Limbotoriach rozsianych po całej planecie gniło obecnie ponad dziesięć milionów ludzi – wszyscy w głębokiej komie, z tych czy innych powodów. I pewnie, można było się dowiedzieć, co u nich i gdzie są, ale nie dało się z nimi normalnie porozmawiać, uświadomić im chociaż, że tkwią w otchłannej nieprzytomności. Wielu z nich jest zresztą czynnymi literatami. Elektrodowe czepki na głowach przekazują wysyłane przez mózgi sygnały prosto do maszyn dekodujących, a te utrwalają wszystko na wydrukach. Powstało w ten sposób wiele naprawdę wybitnych i ważnych książek. Z reguły są to powieści fantastyczne lub zawiłe prozy poetyckie, mają jednak licznych i oddanych fanów, a nawet osobne domy wydawnicze publikujące wyłącznie autorów w śpiączce.

Powszechne jest u nas przekonanie, że osoba tkwiąca w komie w naszym świecie może być najzupełniej świadoma w innych, równoległych rzeczywistościach, i stąd koncepty niektórych dzieł rodem z Limbotoriów ocierają się o geniusz. Popularna teoria mówi: pacjenci tego wszystkiego wcale nie wymyślają, oni po prostu tam są, to czysty autobiografizm. Jednak przyjmując to założenie, trzeba uwierzyć, że naprawdę istnieją światy, gdzie niszowe dzieła autora ukrywającego się pod pretensjonalnym pseudonimem Ducha Świętego nie tylko otaczane są niewyobrażalną czcią i graniczącym z psychopatią kultem, ale też sprzedały się w setkach milionów egzemplarzy. Że istnieją światy, w których kraje o tak nonsensownych nazwach jak Niemcy, Polska czy Rosja nie tylko są w pełni realne, ale nawet toczą ze sobą wojny! I to na dodatek z powodów pozaliterackich! W naszej rzeczywistości, gdzie wszystko jest wtórne i drugorzędne względem literatury, takie absurdy bywają trudne do wyobrażenia, nawet na ciężkiej fazie, nawet po wielodniowych melanżach, jakie przecież już niejednokrotnie były moim udziałem.

– Cieszę się niezmiernie – skłamałem. – Napisał tam coś ciekawego?

– Mhm, jasna sprawa. Czterysta stron bolesnej autobiograficznej fantastyki o życiu niejakiego „żołnierza” w niejakim „Iraku”. Beletrystyka, taka mocno z najniższej półki, pełna pościgów, strzelania i opisów tamtejszego, zupełnie kosmicznego społeczeństwa, no ale dobrze, że w ogóle coś z siebie wydusił, że gdzieś tam jest, w tych swoich urojeniach.

– Lepiej być gdzieś niż nigdzie – odparłem i zachwyciła mnie błyskotliwość tej frazy, osiągającej niemal lotność aforyzmu.

Ruda czekała, wsparłszy dłonie o parapet. Była naprawdę niczego sobie, miała urok napalonej małolaty, włosy w nieładzie, szorty w strzępach, i pewnie jeszcze spory temperament. Mógłbym ją pewnie mieć i to zaraz, ale nawet nie chciało mi się starać. Zrobiłem się tak zamotany po ostatnich akcjach, że wolałem już nie pakować się w kolejne dwuznaczne sytuacje. Lepiej wziąć na szeroko pojęte wstrzymanie.

Dałem jej więc tekst bez choćby jednej próby flirtu.

Ucieszyła się, jakby to był co najmniej list od tego jej zmulonego chłopaka, co to dogorywa teraz w pokoju o ścianach białych jak najczystszy proszek, śniąc rzeczy zupełnie nieprawdopodobne, zupełnie bez związku z czymkolwiek, jakieś „Iraki”, jakieś „wojny”, nie mając najbledszego pojęcia, że tego wszystkiego nie ma, że Stwórca żadnego ze światów nie mógłby mieć aż tak pokręconej wyobraźni.

– „Przemiana (w Domu Much)”. To mówisz, że fajne?

– Nie czytałem, ale dostawca strasznie chwalił. Parogodzinna jazda z sympatycznymi halunkami gwarantowana. Jakieś tam robaczki, jacyś tam ludzie w pulsujących rytmicznie kokonach, klimat generalnego zawiasu, kwasika na końcu języka. Powinno ci gładko wejść, uczytasz się tym po pachy.

– No to rewela. Tego mi właśnie trzeba. Ile ci wiszę?

– Tak jak ostatnio.

Wygrzebała z kieszeni dwa wymięte banknoty, po sto feles każdy. Powiedziała, że druga seta jest awansem za przyszły kawałek, bo wie już, że za parę dni –  w porywach do parunastu – będzie potrzebowała czegoś mocniejszego, więc woli z góry zapłacić. Łyknąłem bez zająknięcia. Za taką kasę spokojnie wyżyję przez kolejny tydzień, o ile oczywiście nie pójdę znów w tany z drinkiem Mezalians, co sobie za niego zdziercy śpiewają po czterdzieści feles od kielonka. Licząc razem z pieniędzmi odłożonymi wcześniej, można było powiedzieć, że jestem na dłuższy moment solidnie ustawiony do pionu.

Ładnie podziękowałem, uśmiechnąłem się, życzyłem powodzenia w budzeniu kochasia z komy i  z ulgą pozbyłem się Alwenty z mieszkania.

Teraz przyjdzie czas na jazdę po jeszcze większej bandzie. Bo trzeba pomału zbierać się do tego megalomańskiego ekscentryka Zampano, co samo w sobie stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia, nie wspominając nawet o trwałych uszczerbkach w psychice.

*

Spośród setek dręczących go dziwactw jedno szczególnie się wyróżniało: Zampano był przede wszystkim paranoikiem.

Częsta przypadłość wśród Pisarzy, w końcu któż z wielkich nie oglądał się za siebie z dojmującym lękiem, któż z genialnych nie przysłuchiwał się rozmowom przypadkowych przechodniów z większą uwagą niż na to zasługiwały. A byli przecież i tacy, co sądzili, że Lem, Stanisław Lem, nie był pojedynczym literatem, lecz całą organizacją, zrzeszającą specjalistów z różnych dziedzin humanistki i nauki. Sporą konsternację na świecie wywołało niedawne ujawnienie faktu, że Lem rzeczywiście taką organizacją był, zaś sam Pisarz czy przynajmniej ten mężczyzna, którego uważaliśmy za Pisarza, okazał się stworzonym we wschodnich laboratoriach androidem, któremu wgrano w pamięć świadomość wielu wybitnych Prozaików, Poetów, filozofów, psychiatrów, matematyków, fizyków, autorytetów psychologicznych, socjologicznych i politycznych, a nawet – ciekawostka – jednego stażysty położnika. Po tym odkryciu nikogo już nie zdziwiło, że Lem funkcjonował też w światach równoległych, a pacjent jednego z Limbotoriów określił go w swoich wspomnieniach mianem „Polaka”, cokolwiek by ów tajemniczy termin mógł oznaczać, prócz może ewentualnej przynależności plemiennej do dziwacznego „kraju” o nazwie „Polska”, który też był przez niektórych śpiączkowców niejednokrotnie wspominany w ich mętnych konstrukcjach fabularnych.

Wszystkie te kuriozalne zdarzenia nie powinny jednak umniejszać znaczenia faktu, że Zampano był nie tylko paranoikiem, ale też dawno już przekroczył wszelkie granice szaleństwa. Skoczył w ciemną głębinę własnego umysłu z takim rozpędem, taką ekscytacją, że normalność obecnie stała się dla niego czymś w rodzaju mglistego wspomnienia któregoś z poprzednich wcieleń. On po prostu zyskał bolesną pewność, że nieustannie zawiązywane są przeciw niemu spiski – wszędzie, o każdej porze dnia i nocy. A  w jakim celu? Różnie: czy to, żeby go zgładzić, czy choćby dlatego, żeby ukryć przed nim wymięty egzemplarz „Dziewczyny z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma, przy którym lubił spędzać czas w toalecie.

Chory człowiek.

Ale jakże zdolny!

Znajomi zawsze twierdzili, że zmieniłby się diametralnie, gdyby poznał odpowiednią dziewczynę, która wybiłaby mu z głowy te wszystkie brednie, przekonywali, że odrobina stabilizacji, uczuciowej stagnacji, raz-dwa przywróciłaby gościa do pionu.

Mylili się. I to grubo. Zampano już nieraz miewał całkiem fajne kobiety. Na przykład eteryczną aforystkę Doris czy gorącą i nieokiełznaną Tranksenę. Z tą ostatnią spotykał się przez dobrych kilka miesięcy, co bynajmniej nie stłumiło rozdzierającego wycia jego wiecznie cierpiącego ego. I wydawało się nawet, że to będzie trwały związek, zanim tamtej nie przyszło na myśl, żeby bezpardonowo mnie przelecieć. Naprawdę. Bez żartów, pełna powaga. Ona zawsze miała, czego zapragnęła, a że będąc z Zampano, zachciało jej się akurat niżej podpisanego, to po prostu pewnego razu zgwałciła mnie publicznie na jednej z tysięcy imprez, półprzytomnego, choć szarpanego ekscytacją, gdy wszyscy wokół gapili się oniemiali.

Miałem wielkie szczęście, że mój przyjaciel jakoś to zrozumiał, że obwiniał ją, a nie mnie i że to z nią się w trybie natychmiastowym rozstał. Ale faktycznie od tamtej pory –  a było to niemal rok temu – liczba ekscentryzmów rosła u niego w postępie geometrycznym, a obłędom nie było końca. Nowej dziewczyny też sobie nie znalazł, przynajmniej odkąd wpadł na genialny pomysł, żeby każda potencjalna kandydatka na pierwszą randkę obowiązkowo przynosiła wyniki badań dotyczące przebytych chorób wenerycznych. Niektóre brały to wprawdzie na poczet jego osławionego czarnego humoru, ale szybko rozwiewał ich płonne nadzieje.

Ech, ten nasz Zampano...

Dlatego też ostatnio nie lubiłem już spotykać się z nim, bo najczęściej wymagało to przyjścia do jego przeklętego domu, który zresztą sam jest godny jakiegoś osobnego cyklu literackiej grozy.

Powiedziałem „przeklętego”, ale nie chodzi mi wcale o to, że ten dom jest w jakikolwiek sposób nawiedzony, naznaczony przez siły nadnaturalne. Trudność dostania się tam i wszelkie niedogodności bycia w tym miejscu wynikają wyłącznie ze wspomnianej wyżej paranoi właściciela. Tylko tyle i aż tyle.

Gdy teraz stałem przed drzwiami, wiedziałem już, jakie środki powziąć, żeby za moment kompletnie nie stracić głowy.

 Zadzwoniłem domofonem i czekałem, aż ten psychol mnie wpuści. Nie, nie musiałem dzwonić dwadzieścia trzy razy, na całe szczęście. Jeszcze by tego brakowało!

Po chwili odebrał i otworzył, tuż po tym, jak się przedstawiłem, a on uznał, że to naprawdę mój głos. Pewnie lada moment zacznie podejrzewać, że jakiś niezidentyfikowany napastnik mógł nagrać mnie i teraz używać tych sfałszowanych dźwięków jako podstępu, ale było mi wszystko jedno.

Do uszu włożyłem sobie zatyczki. Potem ubrałem okulary tak ciemne, że nic, absolutnie nic nie było przez nie widać.

Nie usłyszeć nic, niczego nie zobaczyć – oto cała dewiza, z jaką trzeba przekraczać próg tego miejsca.

Po omacku, na głucho, ruszyłem przez korytarz. Czemu w ten właśnie sposób? Oczywiście z winy Zampano, przejętego wizjami rodem z konspiracyjnej beletrystyki. Spodziewając się częstych ataków, korytarz wejściowy obłożył swego rodzaju klątwą. To znaczy na ścianach, suficie i podłodze powypisywał swoje najbardziej schizujące kawałki poetyckie i prozatorskie, a dla pewności wiele z nich jeszcze nagrał i szły z ukrytych gdzieś głośników – na cały regulator i na zapętleniu, żeby bronić domostwa bez chwili przerwy. Zastanawiałem się nieraz, czy docierało do niego ich echo, czy Zampano wsłuchiwał się i wczytywał we własne słowa, wywołując swego rodzaju sprzężenie zwrotne – wyobraźnia wielokrotnie poddawana atakowi literatury, którą sama stworzyła, mogła albo zmieniać się we wrzące bajoro, albo ewoluować w coś, o czym nie słyszeli najdalej celujący futuryści. Dochodziłem do wniosku, że był wystarczająco szalony, by to robić, wystarczająco nienormalny, by postawić wszystko na jedną kartę.

Kiedy jednak pytałem Zampano, twierdził, że to wyłącznie dla bezpieczeństwa. Żeby owi mityczni napastnicy – czyli generalnie rzecz biorąc wszystkie istoty ludzkie i nieludzkie, widzialne i niewidzialne – nie wdarli się do środka. Jeśli ktoś, przechodząc tędy, przeczytał bądź usłyszał choćby kilka zdań, stawał się psychicznie ugotowany na parę godzin. Osobiście znałem przypadek pewnej nastolatki, skądinąd wielkiej fanki Zampano, która przekroczyła próg tego domu bez koniecznych zabezpieczeń. Twórczość wżarła się w jej umysł z mocą najbardziej kwaśnych kwasów. W jej oczach korytarz momentalnie przekształcił się w zawiły labirynt. Pół dnia błądziła po jakichś ciemnych salkach bez okien i mebli, macała idealnie gładkie i przerażająco czarne ściany ślepych zaułków, dreptała po kamiennych stopniach ciągnących się w nieskończoność spiralnych schodów, wwiercających się w duszne trzewia planety; płakała, błagała, wyła potępieńczo i krzyczała, wzywając pomocy. Gdy już zdołała się stamtąd wydostać, trafiła do rozległej sali wykładowej, gdzie zastała setkę klonów siebie samej wsłuchanych w wykład prowadzony przez alternatywnego Zampano – brodatego fizyka po pięćdziesiątce.

Dziewczyna znalazła się po prostu w jednym z wykreowanych przez autora światów równoległych. Zanim ta zmyślna literacko-psychologiczna pułapka wreszcie przestała działać, spędziła tam szmat czasu.

Potykając się, dotarłem do miejsca, gdzie było bezpiecznie. Po zatrzaśnięciu za sobą dźwiękoszczelnych drzwi mogłem wreszcie zdjąć okulary i wyjąć zatyczki z uszu. Minąwszy kolejny, już zupełnie czysty z literackiego punktu widzenia korytarz, dotarłem do gniazda Zampano – owalnego, pogrążonego w wiecznym półmroku pomieszczenia, na którego środku, przy biurku wielkim jak kontener, siedział nasz naczelny psychopata i dyrygował swoimi wewnętrznymi wszechświatami. Lewą ręką coś pisał, a w prawej, roztrzęsionej, niczym batutę ściskał fajkę do metaamfetaminy.

– Twierdziłeś przecież, że dziś poszły w krwiobieg tylko ściechy i lekkie mieszanki ziołowe – upomniałem go.

Słowa dotarły do niego chyba ze sporym dilejem, bo przez dobrą minutę nie reagował. Potem nagle rozbił faję, ciskając nią o sufit. Wrzasnął coś niezrozumiałego. Następnie odkaszlnął kilka razy nerwowo i powiedział:

– Niczego w niej nie było. Zresztą i bez mety mam dziś w głowie dynamit. Dy-na-mit! A tu gdzieś jeszcze leży z dziesięć gramów czyściocha, więc jakbyś stawał się senny czy marudny, daj znać, zrobimy sobie po zgrabnym szlaczku i będzie wyżyna, jakich z latarką szukać.

– Jestem na nieczęstym zejściu, więc spasuję.

– Schodzisz? Tym bardziej powinieneś sobie ślurpnąć w nosek. Chociaż dla odzyskania psychofizjologicznej równowagi. Pełna kultura i elegancja. Bez tego paliwa nie ma dalszej jazdy.

Nie przyszedłem tu prowadzić rozpraw doktorskich o wyższości jednych kopów nad innymi, więc szybko skierowałem rozmowę na właściwy tor.

– Pamiętasz, co ci mówiłem przez telefon? – spytałem.

– Wyzywałeś mojego syna Banana od najgorszych! Jak miałbym zapomnieć taką zniewagę uczynioną memu potomkowi?! – krzyknął, wstając.

Stojący Zampano to już zupełnie osobna konstrukcja, zupełnie odrębny akapit. Koleś ma dwa metry z hakiem, a waży może siedem dych, więc przypomina coś w rodzaju owiniętej szarą poranioną skórą katedry z ludzkich kości. Wielu sądzi, że ma siwe wąsy, ale to kompletna bzdura, po prostu widzieli go tuż po wciągnięciu proszku, co zważywszy na – eufemistycznie mówiąc – słuszny rozmiar zapodawanych przez niego ściech i fakt, że połowa towaru za każdym razem zostaje mu na górnej wardze, nie jest niczym nadzwyczajnym.

– Nie masz żadnego syna, ty smutny bucu. Rozmawialiśmy o Raporcie. O gościu ze Wzdychowa, mającym grubsze informacje w temacie.

Usiadł, mamrocząc coś. Ze zdumieniem popatrzył na swoją lewą rękę, która nie przestawała pisać. Dopiero gdy za pomocą prawej z całej siły przygwoździł ją do klawiatury, uspokoiła się i po chwili zawisła bezwładnie w powietrzu, zupełnie jak te wszystkie zwiędłe dłonie pedałów, jakie zdarzyło mi się nieraz widzieć u kompletnie przegiętych ciot. Zampano nie był ciotą, choć gdyby odmienność kolesia sprowadzała się wyłącznie do orientacji seksualnej, zniknęłaby połowa jego problemów i trzy czwarte moich. Nie przesadzam.

– Raport, mówisz? Gość ze Wzdychowa, mówisz? No, były takie rzeczy. Co chcesz wiedzieć?

– Wszystko, od zera.

Prawą dłonią znów przycisnął lewą do biurka, przez chwilę ją głaskał, szepcząc uspokajająco i melodyjnie, a potem spojrzał na mnie, jakbym był pożarem trawiącym mu metr po metrze jego ukochane domostwo, wszystkie jego książki, pełne schiz tak ciężkich, że już lepiej walnąć sobie czystą rtęć w kanał niż tracić rozum na ich czytanie.

– To pewnie tylko plotka, drogi Edwardzie. Więc się nie euforyzuj. Ale faktycznie chodzą słuchy, że jest gdzieś jakiś Raport, coś jakby Święty Graal całej literatury.

– Dobra, ale co to jest ten Świetny Graal?