Wydawca ebooka: Videograf Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 275 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 28 min Lektor: Magda Karel

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 28 min Lektor: Magda Karel

Opis ebooka Kot z Cheshire - Marek Żelkowski

Pamięć może być równie niebezpieczna, jak sztuka zapominania… W kilku miejscach na świecie dochodzi do spektakularnych zamachów: w Bostonie od kuli snajpera ginie prezes dużego koncernu farmaceutycznego, w Dijon zostaje zastrzelony podpułkownik Legii Cudzoziemskiej, a w Londynie major chińskiego wywiadu zostaje otruty radioaktywnym polonem. Czy wszystkie te wydarzenia mogą jakikolwiek związek ze spokojnym życiem, jakie prowadzi w Warszawie młoda pisarka Anna? Każdy jej krok śledzony jest przez byłego policjanta, wynajętego przez tajemniczego mężczyznę, który ukrywa się pod pseudonimem „Iron”. Prywatny detektyw początkowo dochodzi do wniosku, że życie Anny oraz jej męża biznesmena nie należy do szczególnie fascynujących. Wkrótce okazuje się jednak, że były tajniak bardzo się pomylił. Zwiodły go śmiertelnie niebezpieczne pozory… Marek Żelkowski – pisarz, scenarzysta radiowy oraz dziennikarz współpracujący z kilkoma ogólnopolskimi miesięcznikami. Napisał scenariusze do blisko pięćdziesięciu wyemitowanych słuchowisk radiowych; jest także kontynuatorem cyklu powieściowego Pan Samochodzik (opublikował siedem książek pod pseudonimem „Marek Żelech”) oraz autorem pięciu innych tomów prozy.

Opinie o ebooku Kot z Cheshire - Marek Żelkowski

Fragment ebooka Kot z Cheshire - Marek Żelkowski

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

Pracownia WV

Ilustracja na okładce

© Karina Dorozhkina/fotolia.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3 C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Marek Żelkowski

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2013

ISBN 978-83-7835-331-7

Prolog

„New Boston Herald”, 26 października 2008 roku

Wczoraj w godzinach popołudniowych został zastrzelony w swoim gabinecie Mark Lovonder (lat 53) — prezes znanego koncernu farmaceutycznego INDTOWER. Według informacji przekazanych mediom przez rzecznika policji morderca-snajper zaczaił się na dachu sąsiedniego biurowca. Znaleziono tam między innymi porzucony karabin „Dragunow” z tłumikiem oraz łuskę pocisku (7,62 mm), który zabił biznesmena. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że na żadnym z przedmiotów nie odkryto odcisków palców ani śladów biologicznych umożliwiających zidentyfikowanie sprawcy. Prowadzący śledztwo inspektor Koczynski (lat 34) oświadczył na wieczornej konferencji prasowej, że policja nie zna jeszcze motywu popełnienia zbrodni, ale zakłada, iż może ona mieć jakiś związek z zawiadomieniem o popełnieniu przestępstwa, jakie złożył ostatnio prezes w imieniu zarządu koncernu. Warto przypomnieć, że wewnętrzna kontrola firmy przeprowadzona latem w bliskowschodnich filiachINDTOWERwykazała poważne nadużycia finansowe regionalnego kierownictwa. Nieco inne zdanie wyraził natomiast jeden z bliskich współpracowników zamordowanego, członek zarządu koncernu. Zastrzegając anonimowość, oświadczył on, że zabójstwo mogło mieć związek z problemami rodzinnymi Lovondera. Dwa miesiące temu prezes złożył bowiem w sądzie pozew rozwodowy. Żona Agris (lat 26), oskarżana przez biznesmena o liczne zdrady, miała podobno wielokrotnie stwierdzić, i to w obecności świadków, że „opcja rozwodu nie wchodzi w grę, bo dziadziuś go najzwyczajniej w świecie nie dożyje”.

* * *

www.leparisien.fr/actualites-informations-direct, 23 listopada 2008 roku

Jak donosi nasz współpracownik z Dijon, tamtejsza policja aresztowała przedwczoraj w godzinach wieczornych kobietę, którą oskarżono o zastrzelenie przed trzema tygodniami emerytowanego podpułkownika Legii Cudzoziemskiej, Michela Lingueta.

Sprawa jest tajemnicza i niejasna, gdyż zatrzymana nie znała denata, a w dodatku uparcie twierdzi, że nie ma nic wspólnego z zabójstwem. Przeprowadzone wczoraj badanie wariograficzne wykazało, iż kobieta mówi prawdę. Pomimo tego rzecznik Policji Narodowej w Dijon stwierdził, że śledczy dysponują jednoznacznymi dowodami winy. Według naszego współpracownika są nimi liczne ślady zabezpieczone na miejscu zbrodni. W sposób oczywisty wskazują one na winę aresztowanej.

* * *

„Folha de São Paulo”, 11 grudnia 2008 roku

Wczoraj wieczorem zginął w zamachu bombowym senator Paulo de Cardeso. Ten wieloletni członek Kongresu Narodowego znany był z lewicowych przekonań oraz nieprzychylnego stanowiska wobec inicjatyw rządu mających na celu dalszą liberalizację gospodarki. Według zeznań kilku świadków z zamachem może mieć związek młoda kobieta o indiańskich rysach twarzy, która była widziana przy zaparkowanym samochodzie senatora na kilka minut przed eksplozją. Policja dysponuje szczegółowym rysopisem podejrzanej i prowadzi jej intensywne poszukiwania.

* * *

„The Daily Universal Register Online”, 9 stycznia 2009 roku

Wczoraj wieczorem zmarł w Hamil’s London Medical Clinic major chińskiego wywiadu, Hu Peng, który w listopadzie ubiegłego roku oskarżył kilku wpływowych członków Komitetu Centralnego KPCh o zgromadzenie gigantycznych fortun dzięki współpracy z siecią klinik transplantologicznych w USA i Kanadzie. Bajeczne majątki wyrosły podobno dzięki eksportowi organów, pobieranych od ludzi, na których wykonano wyroki śmierci. Według informacji Hu Penga ludzie skazywani byli często na najwyższy wymiar kary za drobne przestępstwa albo na podstawie wątpliwych dowodów. Zdaniem chińskiego dysydenta bardzo często nie dochodziło nawet do stracenia przed plutonem egzekucyjnym, a ciała były kawałkowane na stole operacyjnym[…].

Ujawnienie tych przerażających informacji musiało doprowadzić do furii kogoś bardzo ważnego w chińskim aparacie partyjno-państwowym, gdyż pod koniec grudnia zeszłego roku dokonano zamachu na Hu Penga. Zamknięto mu usta w podobny sposób, jak Aleksandrowi Litwinience, który kilka lat temu naraził się władzom w Moskwie. Dawka radioaktywnego polonu-210 zabiła niepokornego majora w ciągu dwóch tygodni.[…]Bez żadnej przesady można stwierdzić, że akcja likwidacji została tym razem przeprowadzona bardziej profesjonalnie. O ile bowiem w przypadku Rosjanina Scotland Yard wskazał dosyć szybko podejrzanego o dokonanie zabójstwa, o tyle w przypadku Chińczyka są z tym poważne problemy. Jak informuje anonimowy przedstawiciel policji, jedyną podejrzaną jest jasnowłosa kobieta, która odwiedziła majora Penga na krótko przed pojawieniem się pierwszych niepokojących objawów. Niestety jej rysopis jest niekompletny i szanse na to, aby śledztwo zakończyło się powodzeniem są niewielkie.

* * *

Instytut Badań Specjalnych nr 6, Ramienskoje (obwód moskiewski), 15 stycznia 2009 roku

Strażnik w kevlarowej kamizelce był uzbrojony w pistolet maszynowy Spectre M4. Stał w drzwiach laboratorium i lustrował rozległe pomieszczenie. Jednak intruz w czarnym, obcisłym stroju był dla niego niewidoczny. Leżał bowiem na stalowym kanale wentylacyjnym, zawieszonym pół metra pod sufitem.

— Brawo jeden, tu Brawo sześć. Pomieszczenie Bieriozka czyste — zameldował ochroniarz do mikrofonu przy hełmie i zastygł na chwilę w bezruchu. — Tak jest! Rozumiem, już tam idę.

Strażnik zgasił światło i wyszedł z laboratorium. Mężczyzna odczekał chwilę w swojej kryjówce, a następnie zdjął palec ze spustu pistoletu maszynowego. H&K MP10 z integralnym tłumikiem był doskonałą bronią do walki w zamkniętych pomieszczeniach. Dzięki znakomitemu celownikowi optycznemu zadawał śmierć przeraźliwie skutecznie. Człowiek w czerni opuścił na oczy gogle noktowizyjne. Mrok zamienił się natychmiast w odrealniony świat, w którym niemal wszystko miało odcienie zieleni. Świadomość, że znajduje się w centrum rozległego kompleksu, strzeżonego dniem i nocą przez uzbrojonych po zęby agentów Federalnej Służby Bezpieczeństwa, sprawiała, że nieproszony gość niemal czuł potoki adrenaliny wlewające się do naczyń krwionośnych. Hormon strachu, walki oraz ucieczki był teraz jego najlepszym przewodnikiem. Przewodnikiem oraz obrońcą.

Zeskoczył na podłogę miękko niczym kot i ruszył w stronę metalowych drzwi, w których niecałą minutę wcześniej stał uzbrojony strażnik. Jeżeli plan sytuacyjny sporządzony był rzetelnie, to znajdował się za nimi wąski korytarz, a dwadzieścia metrów w lewo — wejście do szybu wentylacyjnego, którym można dostać się do Strefy Z, leżącej kilkadziesiąt metrów pod ziemią.

— Ten plan musi być OK — szepnął mężczyzna. — Musi. Ostatecznie Iron wybulił za niego równowartość małej wyspy na Pacyfiku.

Wiedział jednak, że jeśli informator szefa był naciągaczem, to raczej nie zdoła wyrównać z nim rachunków. W najlepszym razie zastrzelą go od razu. W najgorszym… trafi za koło podbiegunowe. Dobry, wypróbowany sposób skutecznego uciszania ludzi. Sprawdzał się zarówno w czasach carów, jak i za panowania kolesi od czerwonego sztandaru. Putin i Miedwiediew także zdawali się doceniać uświęconą milionami istnień tradycję gułagu.

Intruz zdjął gogle i ostrożnie uchylił drzwi. Jasno oświetlony korytarz był pusty. Mężczyzna podbiegł do kraty w podłodze. Spróbował ją podnieść, ale nawet nie drgnęła. Zamek zabezpieczający był zamknięty, chociaż… powinien być otwarty. Tak zapewniał informator. Nieproszony gość był jednak przygotowany na niespodzianki. Wyjął z kieszeni na lewym przedramieniu czarny pojemnik ciśnieniowy. Potem sięgnął do skórzanego przybornika przytroczonego do pasa. Wprawnymi ruchami palców odszukał niewielką kostkę przypominającą szarą plastelinę. Zgniótł ją energicznie i starannie wepchnął w wąski otwór zamka.

— A teraz jeszcze…

Odszukał w odpowiedniej przegródce trzydziestosekundowy zapalnik, wbił go w materiał wybuchowy, a następnie przekręcił niebieską końcówkę. Całość dokładnie pokrył lepkim czerwonym żelem z pojemnika ciśnieniowego. Odsunął się od kraty na pół metra i cierpliwie czekał. Po chwili rozległ się cichy odgłos przypominający klaśnięcie. Ognioodporny żel doskonale wytłumił huk niewielkiej eksplozji.

Mężczyzna uniósł kratę i spojrzał w głąb szybu. Ściany, wyłożone błyszczącą stalową blachą, opadały pionowo, znikając w ciemnościach. Jedynym sposobem na bezpieczne pokonanie tej drogi do piekieł było mocne zaparcie się nogami i plecami. Nie wahał się ani przez chwilę. Zanim jednak zaczął ześlizgiwać się w mrok, opuścił ostrożnie kratę nad głową.

Stalowa studnia zdawała się nie mieć dna, ale w zielonej poświacie gogli noktowizyjnych intruz dostrzegł wreszcie boczną odnogę. Minął ją. Potem drugą, trzecią i czwartą. Przy piątej zaparł się mocniej plecami w ścianę. Miękkie podeszwy butów zapiszczały na znak protestu.

„Inferno wita i zaprasza do zwiedzania” — pomyślał, wsuwając się w poziomy kanał wentylacyjny.

Tunel miał około metra wysokości i mężczyzna musiał posuwać się na kolanach. Kiedy po trzech minutach dotarł do rozwidlenia, zgodnie z sugestią informatora wybrał lewą odnogę. Po kilkunastu metrach stalową ścianę na długości około metra zastąpiła metalowa krata, spod której wylewał się zielony blask. Intruz odsunął gogle na czoło i pchnął przegrodę ramieniem. Odchyliła się bezszelestnie na zawiasach.

„Przynajmniej tu nie trzeba robić bum” — stwierdził, spoglądając na leżące w dole pomieszczenie magazynowe, wypełnione dziesiątkami drewnianych skrzyń różnej wielkości.

Plastik i żel wytłumiający przydały się jednak do sforsowania drzwi prowadzących na korytarz Strefy Q. Mężczyzna pobieżnie zatarł ślady eksplozji, a następnie ruszył jasno oświetlonym tunelem w prawo, podążając — zgodnie z instrukcjami informatora — w kierunku jedynej windy łączącej wyższe poziomy z leżącą najgłębiej Strefą Z. Poczuł dreszcz przebiegający po krzyżu. Kilkaset metrów przed sobą widział już rozsuwane stalowe drzwi. Sięgnął do przybornika po kopię oryginalnej karty magnetycznej, należącej do informatora, która zastępowała klucz. Nie miał pojęcia, w jaki sposób współpracownik Irona wytłumaczy się przed przełożonymi. Centralny komputer miał bowiem za chwilę odnotować, iż to właśnie on odwiedził nocą laboratorium najniższej strefy.

— Nie będzie się tłumaczył — parsknął pod nosem człowiek w czerni. — Wziął forsę i pewnie jest już na drugiej półkuli.

W tym samym momencie usłyszał odległy odgłos otwierających się drzwi. Kilkoma susami dotarł do najbliższego słupa podpierającego dźwigar i przywarł do betonowej ściany. W jego dłoniach pojawił się MP10. Mężczyzna spojrzał przez celownik optyczny w głąb korytarza. To, co zobaczył, sprawiło, że serce zamarło mu z przerażenia. Od strony windy biegło w jego kierunku pięciu nisko pochylonych żołnierzy w kevlarowych hełmach z przyciemnianymi osłonami oraz w szarych kombinezonach zlewających się kolorystycznie z opancerzeniem. Trzymali w dłoniach pistolety maszynowe P-90 z celownikami kolimatorowymi Ring Sights. Mężczyzna zrozumiał niemal natychmiast, że nie ma do czynienia ze zwykłymi strażnikami. Ci ludzie przypominali polujące drapieżniki. Ich ruchy były oszczędne i złowrogo precyzyjne.

Wiedział, że znalazł się w potrzasku. Dopóki stał za betonowym słupem, był niewidoczny. Żołnierze znajdowali się jeszcze daleko, ale gdyby próbował zawrócić w stronę skrzyżowania, dostrzegliby go z całą pewnością. Musiał coś zrobić! Musiał! Ale w sytuacji, w jakiej się znalazł, każda decyzja była błędna.

Wyjrzał ostrożnie zza betonowego filaru i pociągnął za spust, zasypując przeciwników gradem pocisków. Nawet nie zwolnili. Odpowiedzieli natomiast niezwykle celnym ogniem. Ściana, przy której chwilę wcześniej stał mężczyzna, przeorana została od góry do dołu. Pociski z podkalibrowym rdzeniem stalowym miały przerażającą siłę niszczenia. Intruz był już jednak daleko od tego miejsca. Mimo tego w dalszym ciągu stanowił łatwy cel dla nadbiegających żołnierzy. Był zupełnie odkryty i bezbronny. Szukając jakiejkolwiek osłony, biegł z powrotem w stronę skrzyżowania korytarzy. Ścigały go czerwone plamki kolimatorów oraz huraganowy ogień z szybkostrzelnych P-90. Tuż za plecami uciekiniera kule pruły betonową ścianę i z każdą chwilą zbliżały się do niego coraz bardziej.

Mimo lawiny pocisków plan człowieka w czerni niemal się powiódł. Niemal… Kiedy bowiem dotarł do skrzyżowania i znikał już za krawędzią betonowego muru, otrzymał cztery postrzały w lewą rękę.

Moskwa, 17 stycznia 2009 roku

Około południa zmarznięty długowłosy mężczyzna w granatowej puchowej kurtce, który od dwóch godzin przechadzał się wzdłuż muru otaczającego Monastyr Danilowa w Moskwie, doszedł do wniosku, że dalsze czekanie nie ma już sensu. Jura po raz trzeci nie pojawił się na miejscu spotkania. Poprzedniego dnia rano Iron wypatrywał go z nadzieją, siedząc na ławeczce w pobliżu sklepu jubilera przy Arbacie, a wieczorem — spacerując przed wejściem do Cerkwi Wasyla Błogosławionego. To, żemaładiecnie przyszedł na kolejne umówione spotkania, mogło oznaczać tylko jedno… Misja w Ramienskoje nie powiodła się!

Mężczyzna jeszcze raz spojrzał nerwowo na zegarek, a następnie wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy. Jeżeli chciał zdążyć na samolot, trzeba było natychmiast wezwać taksówkę i bez długich dyskusji zapłacić kierowcy potrójną stawkę za inteligentną oraz szybką jazdę na lotnisko.

— Nie wystarczy być optymistą, żeby wszystko się udało — mruknął ponuro, a następnie zaczął przyciskać klawisze starej nokii.

Późnym wieczorem jego samolot lądował na lotnisku w Omsku. W pobliżu miasta znajdował się obiekt podobny do tego w Ramienskoje — ostatnia nadzieja na to, aby misterny plan Irona mógł zostać zrealizowany. Mężczyzna wiedział, że tym razem sam będzie musiał zejść do podziemi, ale najwyraźniej los był mu przychylny. Zwrotny SMS ze Szwajcarii miał bowiem treść:22.09.2047.

„W ruskich więzieniach człowiek nie przeżyje tak długo” — pomyślał.

* * *

Środkowy Irak, przedmieścia Karbali, 17 lutego 1991 roku (miesiąc po rozpoczęciu operacji „Pustynna burza”)

Zamglone nocne niebo rozświetlały tylko pojedyncze migoczące gwiazdy. Zanim ciemne czasze czterech spadochronów opadły bezszelestnie na ziemię, komandosi z 1. Batalionu 75. Pułku US Army Rangers zdążyli już wypiąć się z uprzęży i odbezpieczyć pistolety maszynowe. Ruszyli w kierunku wysokiego ogrodzenia z drutu kolczastego, którego mroczny kontur rysował się wyraźnie na tle łuny pobliskiego miasta. Ubrani w czarne kombinezony, kominiarki oraz hełmy, przemykali bezszelestnie przez piaszczysty teren porośnięty rzadką roślinnością.

„Niczym demony zemsty i nadziei” — pomyślał biegnący na końcu Peter.

Kiedy znaleźli się pod osłoną ceglanego muru, dowodzący grupą kapitan Henry Backel opuścił na chwilę broń i spojrzał na zegarek.

— Całkiem niezły czas — powiedział do maleńkiego mikrofonu taktycznego.

Przebiegli wzdłuż ściany magazynu i dotarli do wysokiego płotu. Pięć metrów dalej znajdowała się podobna przeszkoda, z tym że tam drut kolczasty rozpięty był na izolatorach.

— Do dzieła, Fagot — szepnął kapitan.

Najmłodszy w grupie, szeregowiec Terry Mocker, podbiegł do ogrodzenia, przeciął szczypcami dwa najniżej położone druty, a następnie przeczołgał się na drugą stronę. Peter Kocinsky i John Koshel ruszyli w ślad za nim. Backel został jako zabezpieczenie tyłów.

Przy drugim płocie Terry sięgnął do niewielkiego plecaka i wyciągnął z niego trzy izolowane przewody z zaciskami na obu końcach. Zaczął zakładać pierwszy z nich i nagle wybuchnął śmiechem.

— Jak ja kocham tych popieprzonych bambusów. Jak ja kocham ten ich wieczny burdel — usłyszeli w słuchawkach pozostali Rangersi.

— Co jest? — zapytał kapitan Backel.

— Nie ma napięcia! — powiedział cicho Fagot, przecinając zamaszystymi ruchami druty. — Ogrodzenie nie jest podłączone.

Od piętrowego budynku dzieliło ich teraz około stu metrów otwartej przestrzeni.

— Łatwo poszło — szepnął Koshel.

— Zbyt łatwo — mruknął Backel, przeciskając się jako ostatni przez dziurę w płocie. — Zaczynam się bać.

Ruszyli w kierunku wejścia do budynku. Skradali się zwinnie i bezszelestnie, a ich oczy z chłodną precyzją wyszukiwały ewentualne cele. Otoczenie budynku było jednak zupełnie puste. Dwuskrzydłowe stalowe drzwi oświetlała słaba żarówka, tkwiąca w oprawie bez klosza. Mężczyźni zatrzymali się przed wejściem. Koshel i Kocinsky spojrzeli wyczekująco na swego dowódcę. Kapitan skinął lekko głową. W odpowiedzi Peter nacisnął ostrożnie klamkę. Tak jak przypuszczali, drzwi były zamknięte na klucz. Z raportu wywiadu wynikało, że na pierwszym piętrze budynku znajdowały się cele garnizonowego aresztu. Od trzech dni w jednej z nich przebywał pułkownik Tarick Telabani. To jego mieli za wszelką cenę uwolnić i dostarczyć na tereny kontrolowane przez wojska koalicji.

John Koshel podszedł do drzwi i sięgnął do kieszeni po zestaw wytrychów.

— Mamy dwie minuty na opanowanie budynku i wyprowadzenie Telabaniego — przypomniał szeptem Backel. — Po otwarciu drzwi w wartowni żandarmerii rozlegnie się alarm. Będą tu po pięciu minutach. My musimy być już wtedy w miejscu lądowania.

— Śmigłowce mogą już ruszać — powiedział spokojnym głosem John, manipulując przy zamku.

Po chwili rozległo się ciche szczęknięcie i stalowe skrzydło odskoczyło lekko od futryny.

— Jazda! Zapieprzamy! — rozkazał Backel, a następnie otworzył szeroko drzwi i ruszył do środka. — Terry, ty zostajesz! Wezwij kawalerię!

Wąski korytarzyk pogrążony był w półmroku. Kapitan szedł, trzymając palec na spuście pistoletu maszynowego. Tuż za nim podążali Peter i John. Wszyscy trzej skradali się niczym polujące koty, a ich oczy niezmordowanie penetrowały półmrok korytarza. Zgodnie z danymi dostarczonymi przez łącznika wywiadu wąski korytarzyk powinien z czasem rozszerzyć się w rodzaj niewielkiego holu z przeszkloną stróżówką po prawej stronie. Wszystko się zgadzało.

Czterej iraccy żołnierze zgromadzeni w wartowni zajęci byli rozmową. Stali na środku przeszklonego pomieszczenia i najwyraźniej o coś się spierali. Kapitan strzelił do każdego z nich krótką, celnie mierzoną serią. Jednego z żołnierzy odrzuciło na ścianę, dwaj zwalili się ciężko na drewnianą podłogę, a dowodzący nimi oficer stał przez chwilę, chwiejąc się lekko, i patrzył z niedowierzaniem na rosnącą szybko na jego piersi plamę krwi.

Peter przycisnął na krótko spust pistoletu maszynowego. Irakijczyk przewrócił się na stojące za nim biurko.

— Idziemy dalej — szepnął do mikrofonu kapitan, przywołując idących za nim ludzi ruchem dłoni. — Minuta czterdzieści!

Wbiegając po schodach, wymienił zużyty magazynek. Korytarz na pierwszym piętrze był jednak pusty. Wywiad doniósł, że więzień, którego mieli odbić, przebywa w przedostatniej celi po lewej stronie. Backel i jego ludzie podbiegli do właściwych drzwi.

— Działaj! — powiedział kapitan do Petera. — Minuta dziesięć!

Kocinsky użył odrobiny plastiku z pięciosekundowym zapalnikiem. Huk eksplozji był niewielki, ale wybuch skutecznie rozwalił zamek. Dowódca szarpnął drzwi i wbiegł do ciemnej celi. Lekko łysiejący mężczyzna, siedzący na pryczy, patrzył na niego z przerażeniem. Backel skierował na jego twarz ostre światło latarki podczepionej pod lufą pistoletu. To z całą pewnością był pułkownik Tarick Telabani.

— Przyszliśmy pana uwolnić — powiedział.

Więzień spojrzał na kapitana i jego ludzi jakby z niedowierzaniem.

— Czterdzieści sekund! — zameldował Koshel.

— Oooo… bardzo się panowie mylicie — stwierdził niespodziewanie Tarick Telabani. — Zostaniecie tu znacznie… znacznie dłużej.

CZĘŚĆ I

1.

Obudziła się kilka minut po siódmej. Czoło miała zroszone potem, a jej serce łomotało jak oszalałe. Wpatrywała się przez chwilę w sufit, usiłując przypomnieć sobie szczegóły koszmaru, który tak ją przeraził. Próby okazały się jednak bezskuteczne. Pamiętała tylko ucieczkę przez ciemność i krzyki ścigających ją ludzi. Kto ją ścigał? Dlaczego? Pomimo wytężonych prób nie potrafiła odpowiedzieć na te pytania. W jej umyśle pozostało tylko uczucie dojmującego strachu. Uczucie tak silne, że przez długi czas nie mogła się uspokoić.

— To tylko sen, idiotko! — powtarzała, głęboko oddychając.

Lepki strach odpłynął w końcu, ale jego kumpel, niepokój, nie miał zamiaru się wynieść.

Anna wstała, narzuciła szlafrok i podeszła do okna. Niebo nad Warszawą było szare, a nisko wiszące chmury przesłaniały niemal do połowy brudną wieżę pałacu. Ponura budowla, widoczna z okien sypialni, nie była oczywiście piękna, ale Anna jakoś nie mogła wzbudzić w sobie owej zajadłej nienawiści, z jaką mówili o „Pekinie” rodowici mieszkańcy stolicy; chociażby ciotka Dagmara. Cóż, jeśli człowiek urodził się na prowincji, tylko przez grzeczność zwanej Poznaniem, to nie ma najmniejszych szans, aby zrozumieć prawdziwego warszawiaka, choćby się nawet bardzo starał. Fakt, że Anna mieszkała w stolicy od blisko dziesięciu lat, w ogóle nie miał znaczenia.

— Banda snobów! Mnie to socrealistyczne pudełko się podoba — powiedziała, ziewając, a następnie ruszyła do kuchni. — Chociaż wolałabym mieszkać w Joachimowie. Ale Dawida nie da się przekonać.

Wsypała porcję kawy do ekspresu, wlała wodę i już po chwili jej ulubiona porcelanowa filiżanka zaczęła wypełniać się aromatycznym, czarnym jak smoła jacobsem.

— Do tego najlepszy będzie keks. Tuczący jak cholera, ale doskonały zamiast śniadania.

Idąc w stronę lodówki, Anna włączyła czarny laptop, leżący na kuchennym stole. System podnosił się powolutku, więc ruszyła dalej. Ale ciasta w lodówce nie było!

— Dziwne! Mogłabym przysiąc, że… Aaa… Pewnie zmiotłam ostatnie kawałki w nocy… kiedy kończyłam rozdział. Trudno! Nie ma keksu, będzie jogurcik.

Anna sięgnęła po plastikowy kubeczek, zamknęła drzwi lodówki i wróciła do stołu. Kilkoma ruchami palca po touchpadzie włączyła Outlook, aby ściągnąć pocztę.

— Mam nadzieję, że Dawid w końcu napisał — szepnęła.

Komputer pracował dosyć wolno. Zanim program otworzył się na dobre, ekspres na szafce pod oknem zaczął sapać i syczeć niczym ruszający parowóz. Kawa była gotowa. Trzy kostki trzcinowego cukru, jak zwykle nie chciały się szybko rozpuścić, toteż Anna zasiadła przed komputerem, dzwoniąc głośno łyżeczką o ścianki z błękitnej porcelany. E-mail od Dawida był na siódmej pozycji, zagubiony w jakimś bezsensownym spamie, który od kilku miesięcy zalewał jej skrzynkę. Kliknęła wiadomość.

Witaj Kochanie, już niedługo będziemy razem. Ale najpierw muszę pozałatwiać tu wszystkie sprawy. Jeszcze trochę cierpliwości. Całuję.

Dawid

Anna wydęła policzki i wypuściła powoli powietrze.

— Ale się, mężulku, rozpisałeś — mruknęła niezadowolonym tonem. — Prawdziwe szaleństwo epistolograficzne.

Czuła, jak jej dobry nastrój zjeżdża szybkobieżną windą w dół. Nie lubiła, kiedy Dawid nie odzywał się przez kilka dni, ale do białej gorączki doprowadzały ją jego lapidarne e-maile. Tyle razy prosiła, żeby pisał więcej. Godziła się nawet na listy o pogodzie lub o negocjacjach finansowych. Niestety, biznesmeni rzadko łączą sprawność w interesach z biegłością w posługiwaniu się słowem pisanym. I Dawid był typowym tego przykładem. Parafował kontrakty na miliony dolarów w Nowym Jorku, Pekinie czy Londynie, a nie potrafił wystukać na klawiaturze listu mającego więcej niż trzy zdania. Często tłumaczył jej z udawaną powagą, że statystyka stoi zdecydowanie po jego stronie. W długich pseudowywodach z uporem wykazywał, iż Anna, pisząc swe książki, całkowicie wyczerpuje limit słów przypadający na ich małżeństwo.

Wyłączyła skrzynkę pocztową i kliknęła ikonkę nazwaną Skarb katedry. Kryło się pod nią pięćdziesiąt stron jej najnowszej powieści. Historyczny thriller osadzony w realiach czternastowiecznego Torunia pisało się całkiem nieźle, ale… poprzedniego dnia odkryła, że materiał źródłowy, który dotąd zgromadziła, jest niestety zbyt skromny. Co chwilę wpadała w jakieś pułapki faktograficzne, a to najczęściej zatrzymywało pracę na długie godziny.

— Po prostu brakuje ci wiedzy, maleńka. — Westchnęła. — Wizyta w bibliotece wydaje się jak najbardziej wskazana. Inaczej twoja książka zamieni się w stos głupot.

Zdarła folię aluminiową z kubeczka jogurtu, sięgnęła po łyżeczkę i zaczęła jeść, patrząc w ponure niebo za oknem.

„Po pierwsze, muszę znaleźć jakieś opracowanie o zabudowie miast z tamtego okresu — pomyślała. — Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się, jak wyglądały średniowieczne podwórka. Co znajdowało się na tyłach kamieniczek? Logika podpowiada, że ogrody i zabudowania dla inwentarza, ale… Lepiej to sprawdzić. Dociekliwi czytelnicy znajdą każdą niedoróbkę. Tak jak ten niesamowity facet ze Szczecina… Ten, który w czasie spotkania autorskiego promującego Głos w ciemności zarzucił mi, że nie do końca mam pojęcie o średniowiecznej broni i sztuce walki. Wywinęłam się jakoś i zagadałam problem, ale… gość miał w zasadzie rację. Tak! Muszę bardziej dbać o szczegóły. Po drugie, warto znaleźć jakiegoś konsultanta od mieczy, toporów i całego tego żelastwa. Po trzecie, średniowieczna łacina! Ktoś musi mi przełożyć fragment tekstu będącego szyfrem… Po czwarte, sprawa Nieszawy leżącej po drugiej stronie Wisły i kłującej w oczy toruńskich mieszczan. Po piąte… Nie! Już wystarczy!”.

— W takim razie… kierunek: biblioteka — powiedziała, wstając z krzesła.

* * *

Wyszła z domu tuż przed dziewiątą. Szyby stojącego na parkingu niebieskiego fiata pandy były zamrożone tak dokładnie, że ich drapanie plastikową kartą, która była przepustką do Biblioteki Uniwersyteckiej, zajęło kilka minut. Na szczęście ulice nie były już zatłoczone, więc dotarcie na Dobrą zajęło niecały kwadrans. Niestety, jak zwykle zaparkowanie w pobliżu książnicy okazało się zadaniem niełatwym. Anna krążyła przez dłuższy czas, wypatrując wolnego miejsca. Wreszcie znalazła je na Lipowej, opłaciła pięciogodzinny postój w automacie parkingowym i ruszyła do wejścia.

Znalazła się w przeszklonym pasażu oddzielającym budynek frontowy, zwany rogalem, od gmachu głównego. Szybkim krokiem przeszła do szatni, gdzie oddała płaszcz, a potem z notatnikiem pod pachą ruszyła w kierunku szklanej ściany i widocznego za nią punktu informacyjnego. Nad drzwiami wejściowymi, za którymi stali strażnicy, znajdowała się ogromna rozwarta księga z napisem „Hinc omnia”. Anna uśmiechnęła się do starej bibliotekarki, siedzącej za kontuarem, przesunęła kartę identyfikacyjną przez czytnik, a następnie szerokimi schodami weszła do jasnego przeszklonego wnętrza biblioteki. Bardzo ceniła sobie fakt, że czytelnicy mają tu bezpośredni dostęp do książek, bez konieczności wypełniania rewersów albo korzystania z pośrednictwa pracowników. W bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego zbiory uporządkowano według sprawdzonej w świecie, a zwłaszcza w USA, Klasyfikacji Biblioteki Kongresu.

O tej porze było tu jeszcze niewiele ludzi. Trwała wprawdzie sesja zimowa i studenci kuli na potęgę, ale większość z nich preferowała raczej godziny popołudniowe. Anna przeszła do kolejnych schodów, wbiegła na nie, a następnie skręciła w prawo i zaczęła przeciskać się między regałami do swego ulubionego miejsca pracy. Mały stoliczek stał samotnie, zagubiony wśród półek, dając przyjemne poczucie izolacji. W dodatku książki, które ją interesowały, znajdowały się dosłownie na wyciągnięcie ręki.

— Jakie to były numery? — szepnęła Anna, kładąc notatnik na odrapanym blacie i spoglądając na zapisane na marginesie rzędy cyfr.

* * *

Długowłosy mężczyzna śledził Annę od trzech dni. Rzadko wychodziła z domu, a jeśli już, to na krótko. Jej mężulka nie było w kraju i koniecznie należało to wykorzystać, ale Iron czuł, że jest jeszcze za wcześnie. Nie mógł popełnić błędu, jeśli sprawiedliwości miało stać się zadość.

Biblioteka Uniwersytecka okazała się dużym wyzwaniem. Aby do niej wejść, trzeba mieć kartę z paskiem magnetycznym lub jednorazową przepustkę. Zanim jednak siedząca przy wejściu kobieta sprawdziła jego dokumenty i wypisała odpowiedni świstek, Anna zniknęła wśród regałów z książkami.

Szukał jej blisko pół godziny, a po głowie bez przerwy kołatały mu się wątpliwości: „A jeżeli ona jest sprytniejsza, niż sądzę? Może się zorientowała? Ta wizyta w bibliotece… to może być tylko zmyślny wybieg. Chciała pozbyć się ogona?!”. Kiedy zaczynał nabierać już pewności, że popełnił błąd, niespodziewanie natknął się na poszukiwaną kobietę w odległej części labiryntu. Nie była sama!

* * *

— No, a jak ci idzie z nową książką? — zapytała Daria.

Anna spojrzała na koleżankę i uśmiechnęła się lekko.

— Dobrze — powiedziała, prosząc w duchu, aby ta trajkocząca blondyna dała jej wreszcie spokój.

Od pół godziny rozmawiały o niczym, zapewniając się nawzajem, jak bardzo cieszą się ze spotkania po latach. Dawna koleżanka z liceum nie odpuszczała, jakby miała zamiar prześwietlić całe życie Anny od momentu, kiedy widziały się po raz ostatni.

— Czytałam Głos w ciemności. Całkiem nieźle ci to wyszło. Chociaż recenzje miałaś średnie. Ale nie przejmuj się… ci pismacy gotowi są obsmarować…

— Ale ja się nie przejmuję — zapewniła Anna. — Przeciwnie. Mam plany na wiele następnych książek.

— Suuuper! Opowiedz coś… No… O czym to będzie? I w ogóle…

— Chętnie, ale… Wiesz, Daria, jest taki przesąd, że nie zdradza się pomysłów, zanim się ich nie spisze. Podobno to zły omen. Kilku moich kolegów po piórze uważa, iż trudno potem taką książkę skończyć.

— Hmm… Rozumiem. Taaak… Ty to masz ciekawe życie. Nie to co ja! Siedzę na tym cholernym uniwersytecie, dłubię doktorat i walczę z akademicką głupotą… Dzień podobny do dnia. Czasami nie wiem, czy jest środa czy piątek…

— Wtorek — cierpko powiedziała Anna.

* * *

Iron, ukryty za regałem, uważnie obserwował kobietę. Pogaduszki ze znajomą zajęły jej przeszło godzinę. Później zaczęła pracować. Przeglądała wybrane książki, czasami wstawała i przynosiła nowe. Od czasu do czasu robiła jakieś notatki albo fotografowała strony aparatem w telefonie komórkowym. Była jednak najwyraźniej niezadowolona. Co jakiś czas kręciła głową i ciężko wzdychała.

Długowłosy mężczyzna wyciągnął z kieszeni telefon, kciukiem wystukał na klawiaturze umówiony kod i wysłał SMS-a.

Około wpół do drugiej odniosła wszystkie tomy, zebrała notatki, a potem zeszła do sali, w której stały komputery z dostępem do Internetu. Jej palce przemknęły szybko po klawiaturze. Wpatrywała się przez chwilę w ekran. Najwyraźniej nie była zadowolona z wyników poszukiwań, bo zagryzła wargi.

„Jakiś problem? Chętnie bym pomógł, ale… jeszcze nie teraz” — pomyślał długowłosy mężczyzna, a na jego twarzy pojawił się dziwny uśmieszek.

Palce Anny ponownie przebiegły po klawiaturze, która zagrzechotała cicho jak pistolet maszynowy z tłumikiem. Tym razem strzał był celny. Kobieta zanotowała coś na kartce, wstała i ruszyła w kierunku wyjścia.

Idąc za nią, Iron przeszedł w pobliżu monitora, przy którym przed chwilą siedziała. Dostrzegł stronę Biblioteki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, a na niej listę tytułów.

„Nasza pani wybiera się na wycieczkę” — pomyślał, głęboko wciągając powietrze do płuc.

W tym samym momencie telefon w jego kieszeni lekko zawibrował. Mężczyzna z ekscytacją sięgnął po nokię i wyświetlił treść odpowiedzi. Na ekraniku widniała data: 13.03.2023.

* * *

Zbiory warszawskiej biblioteki były wprawdzie gigantyczne, ale nie zawierały wszystkich informacji, które były Annie potrzebne. Krótka wizyta w sieci pozwoliła jej natomiast ustalić, że niezbędne książki znajdzie w Toruniu. Postanowiła kuć żelazo póki gorące i wyruszyć następnego dnia do miasta Kopernika. Była jednak zima, a ona od czasu wypadku sprzed trzech lat nie czuła się za kierownicą zbyt pewnie, kiedy temperatura spadała kilka kresek poniżej zera. Nie wypuszczała się nawet do letniego domku, położonego jakieś siedemdziesiąt kilometrów od Warszawy. Wieś miała niezbyt poetycką nazwę — „Joachimów Mogiły”, ale było tam cudownie. Dom stał na skraju wsi, tuż przy lesie. Przymiotnik „letni” miał charakter zwyczajowy. Tak naprawdę kilka lat temu kupili całoroczną, dwustumetrową chałupę z bali, w której zainstalowano wszelkie wygody, włącznie z sauną. Po cichu marzyła, że kiedyś tam zamieszkają, ale Dawid nie chciał na razie słyszeć o wyprowadzce ze stolicy. Nie zgadzał się też, aby Anna mieszkała zimą za miastem. Wyjeżdżał wprawdzie tak często, że bez problemu mogłaby organizować małe mistyfikacje i pomieszkiwać tam sama, ale jakoś nie potrafiła się przełamać. Drogi w zimie nie budziły jej zaufania, nawet gdy były dobrze odśnieżone. Urzędowała więc w Joachimowie od wiosny do późnej jesieni. Dawo nie był wprawdzie zachwycony, ale jakoś to znosił.

Zdecydowała, że pojedzie do Torunia pociągiem. Prosto spod biblioteki ruszyła więc na Dworzec Centralny, aby kupić bilet. Kiedy zobaczyła w hali głównej zawiniętą kilka razy kolejkę, chciała już zrezygnować i wtedy przypomniała sobie, iż kasy znajdują się również w podziemiach dworca.

* * *

Stał w kolejce ze wzrokiem wbitym w plecy Anny, kupującej bilet przy okienku. Od śledzonej kobiety oddzielała go trzymająca się za ręce para. Obecność innych ludzi najwyraźniej nie przeszkadzała ich namiętności, gdyż młodzieniec raz po raz wsysał się w swą partnerkę z takim zapałem, że Iron zaczynał obawiać się o kondycję jej migdałków.

Tymczasem Anna kupiła bilet do Torunia na następny dzień i zamierzała już odejść od okienka, gdy jej wzrok przypadkiem padł na ludzi stojących w kolejce. Długowłosy mężczyzna zaklął w duchu. Zobaczył bowiem błysk zaciekawienia w oczach kobiety, kiedy ich spojrzenia przypadkowo się spotkały.

* * *

„Zabawne, jaki świat jest mały — pomyślała Anna. — Widziałam tego faceta w bibliotece, a teraz jest tutaj. Mam nadzieję, że to tylko przypadek, bo żaden napalony Romeo nie jest mi teraz potrzebny do szczęścia”.

2.

— Diabli nadali tego popieprzonego narwańca — mruknął Adam, dolewając coli do szklaneczki zapełnionej w jednej trzeciej oryginalnym greckim ouzo. — Tłumaczę baranowi, żeby przyszedł jutro… że to nie jest dobra pora… A on nie! On musi dzisiaj,i już! Ludzie to w ogóle wyczucia nie mają!

Stojąca na telewizorze pożółkła czaszka zdawała się podzielać jego oburzenie i szczerzyła się w aprobującym uśmiechu. Adam odziedziczył „wuja Rogera” po ojcu archeologu