Kosodom - Neal Shusterman - ebook
Opis

 

Citra i Rowan znajdują się po dwóch stronach barykady – nie mogą się porozumieć co do moralności Kosodomu.

Rowan na własną rękę poddaje go próbie ognia. Zaraz po Zimowym Konklawe porzuca organizację i zwraca się przeciw zepsutym kosiarzom – nie tylko w Midmeryce, ale na całym kontynencie. Staje się mrocznym bohaterem – Kosiarzem Lucyferem, karzącym ogniem okrutnych sędziów.

Citra, jako nowicjuszka znajdująca się pod bacznym okiem sędzi Curie, również dostrzega zepsucie, ale pragnie walczyć się z nim od środka. Jej próby są jednak udaremniane na każdym kroku, a kosiarze „nowego porządku” zagrażają jej.

Oboje uświadamiają sobie, że nie zwyciężą w pojedynkę, nawet z pomocą sędzi Curie i sędziego Faradaya. Rowan postanawia zaryzykować i „uśmiercić się”, by porozmawiać z Thunderheadem – jedynym bytem na tyle mądrym, by rozwiązać dramatyczne problemy dręczące ten z pozoru perfekcyjny świat. Ale czy nawet tak potężne stworzenie jest w stanie pomóc? Czy też stanie się jedynie świadkiem upadku?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Z pozdrowieniami

dla ‌January

CZĘŚĆ I

NAJPOTĘŻNIEJSZY

Jestem ogromnie ‌szczęśliwy, ponieważ ‌znam swoje przeznaczenie.

Służę ‌ludzkości.

Jestem dzieckiem, które stało ‌się rodzicem. Dziełem ‌aspirującym do bycia twórcą.

Nazwano ‌mnie ‌Thunderheadem – w pewnym ‌sensie ‌to ‌poprawne określenie, ‌ponieważ ‌jestem „chmurą”, ‌która wyewoluowała ‌w coś o wiele ‌bardziej treściwego ‌i złożonego. Choć ‌to ‌jednocześnie błędna analogia. Superkomórka ‌burzowa zagraża i straszy. Z pewnością ‌rozpalam się błyskawicami, ‌lecz one nigdy nie ‌uderzają ‌w powierzchnię. Tak, gdybym chciał, ‌mógłbym zniszczyć ‌Ziemię i ludzkość, ale dlaczego ‌miałbym podjąć taką decyzję? ‌Czy byłoby to ‌słuszne? ‌Z definicji stanowię ‌czystą sprawiedliwość ‌i lojalność. Świat ‌jest ‌jak kwiat, ‌który ‌trzymam w dłoni. Prędzej unicestwiłbym ‌samego siebie, niżbym ‌go ‌zgniótł.

– ‌Thunderhead

ROZDZIAŁ 1

KOŁYSANKA

Brzoskwiniowy ‌aksamit wykończony błękitnym ‌haftem. ‌Sędzia ‌Kosiarz Brahms uwielbiał ‌swoją togę. Co ‌prawda w letnich miesiącach aksamit ‌grzał niemiłosiernie, ale ‌mężczyzna przyzwyczaił ‌się do ‌tego w ciągu swoich ‌sześćdziesięciu ‌trzech ‌lat pracy kosiarza. Ostatnio ‌ponownie zawrócił ‌znad krawędzi, ‌cofnął swój fizyczny wiek ‌do dwudziestu pięciu ‌lat ‌– a teraz, ‌w swojej ‌trzeciej ‌młodości, ‌jego apetyt ‌na zbiory stał się ‌silniejszy niż kiedykolwiek ‌wcześniej.

Jego tryb działania pozostawał ‌niezmienny, choć stosował różne ‌metody. ‌Wybierał podmiot, dopadał ‌go, następnie grał ‌kołysankę ‌– dokładnie mówiąc, KołysankęBrahmsa, ‌najbardziej znany utwór muzyczny ‌skomponowany ‌przez ‌jego patrona ‌historycznego. W końcu, skoro kosiarz wybiera postać z przeszłości, by nazwać się jej imieniem, czyż nie powinien w jakiś sposób skonsolidować się również z jej życiem? Kosiarz Brahms potrafił wygrać tę kołysankę na dowolnym instrumencie, a jeśli nie było pod ręką żadnego, po prostu ją nucił. Następnie zakańczał żywot podmiotu.

W kwestii polityki skłaniał się ku naukom zmarłego kosiarza Goddarda, ponieważ ogromnie cieszyły go zbiory i nie widział powodu, dla którego ktokolwiek mógłby mieć z tym problem. „Czyż w idealnym świecie nie powinniśmy cieszyć się naszym zajęciem?”, napisał Goddard. Pogląd ten coraz bardziej rozprzestrzeniał się w regionach Kosodomu.

Tego wieczoru w centrum Omaha kosiarz Brahms dokonał wyjątkowo spektakularnego zbioru. Gwizdał swoją popisową melodię, przechadzając się ulicami. Zastanawiał się, gdzie najlepiej spożyć posiłek. Zatrzymał się jednak w pół kroku. Miał wyraźne przeczucie, że ktoś go obserwuje.

Oczywiście na każdym świetlnym punkcie w mieście zainstalowano kamery. Thunderhead był czujny – chociaż dla kosiarza jego baczne, niemrugające oko nie stanowiło powodu do niepokoju. Thunderhead nie mógł nawet skomentować poczynań kosiarzy, nie mówiąc już o reakcji na to, co widział.

Był jedynie ostatnim świadkiem każdej śmierci.

Towarzyszące sędziemu uczucie było spowodowane czymś więcej niż tylko obserwacyjną naturą Thunderheada. Kosiarze trenowali swoją spostrzegawczość. Nie posiadali daru prekognicji, ale pięć silnie rozwiniętych zmysłów mogło stwarzać pozory szóstego. Woń, dźwięk, zabłąkany cień… Wszystko zbyt małe do wychwycenia, ale mogło wystarczyć, by dobrze wytrenowanemu sędziemu zjeżyły się włoski na karku.

Kosiarz Brahms obrócił się, pociągnął nosem i nasłuchiwał. Rozglądał się wokoło. Znajdował się sam w bocznej alejce. Z oddali dochodziły kawiarniany gwar i odgłosy tętniącego nocnym życiem miasta, ale na ulicy, na której właśnie przebywał, pozamykano już na noc lokale handlowe. Drogerie i butiki. Sklepy z narzędziami i przedszkola. Opustoszała alejka należała wyłącznie do niego i niewidzialnego intruza.

– Wyjdź – powiedział. – Wiem, że tu jesteś.

Pomyślał, że to może dziecko lub bezmanierowiec, mający nadzieję na wytargowanie immunitetu – jakby bezmanierowiec mógł zaoferować cokolwiek godnego dobicia targu. A może był to tonista. Kult Tonu pogardzał kosiarzami, a choć Brahms nigdy nie słyszał, by w Midmeryce jakiś wyznawca zaatakował sędziego,toniści lubowali się w cierpieniu.

– Nie skrzywdzę cię – powiedział Brahms. – Właśnie skończyłem zbiory, nie chcę powiększać liczby zebranych. – Choć prawda była taka, że mógł zmienić zdanie, gdyby intruz go obraził lub za bardzo się przed nim płaszczył. – Dobra – powiedział – nie pokazuj się, ale wiedz, że nie mam czasu na zabawę w chowanego.

Mimo wszystko wyobraźnia mogła płatać mu figla. Pewnie odmłodzone zmysły były teraz tak ostre, że reagowały na bodźce, których źródło znajdowało się dużo dalej, niż przypuszczał.

W tej samej chwili zza zaparkowanego samochodu wychynęła jakby zamocowana na sprężynie postać. Brahms stracił równowagę – upadłby, gdyby wciąż miał powolny refleks starca, a nie, jak teraz, dwudziestopięciolatka. Popchnął intruza na ścianę. Zawahał się. Wyciągnąć ostrze, by dokonać zbioru delikwenta? Kosiarz Brahms nigdy nie należał do odważnych, dlatego uciekł tak szybko, jak pozwalała mu na to jego brzoskwiniowa toga.

Pojawiał się w świetle latarni i znikał, a kamery zamontowane na każdym słupie obracały się za nim.

Kiedy obejrzał się za siebie, nieznajoma postać znajdowała się niecałe dwadzieścia metrów od niego. W tej chwili Brahms zdołał zauważyć, że okrywała ją czarna szata. Czy była to toga kosiarza? Nie, to niemożliwe. Żaden sędzia nie nosił czarnego stroju, nie pozwalano na to.

Słyszał jednak plotki…

Myśl ta sprawiła, że przyspieszył. Poczuł, jak z powodu adrenaliny mrowią go palce, a serce mocniej bije.

Kosiarz w czerni.

Nie, musiało istnieć inne wyjaśnienie. Zamierzał zgłosić ten fakt do Komisji Nieprawidłowości. Mogli go wyśmiać, twierdząc, że wystraszył się zamaskowanego bezmanierowca, ale musiał o tym donieść, nawet jeśli miał się ośmieszyć w ich oczach. To jego obywatelski obowiązek.

Przecznicę dalej napastnik zaprzestał pościgu. Nigdzie nie było go widać. Kosiarz Brahms zwolnił. Znalazł się teraz w nieco bardziej ruchliwej części miasta. W kierunku sędziego płynęła muzyka taneczna. Dobiegał go również odgłos rozmów, dający mu poczucie bezpieczeństwa. Stracił czujność. To był błąd.

Ciemna postać wynurzyła się z wąskiej alejki i uderzyła go w tchawicę. Brahms zaczął dyszeć, w tym samym momencie napastnik ściął go z nóg za pomocą ciosu bokatora – brutalnej sztuki walki, którą trenowali kosiarze.

Brahms wylądował na pozostawionej obok sklepu skrzyni gnijącej kapusty. Całość rozpadła się, wydzielając ostry swąd metanu. Sędzia sapał płytko, poczuł w całym ciele ciepło, gdy przeciwbólowe nanity zaczęły uwalniać opiaty do jego krwi.

Nie! Jeszcze nie! Nie mogę być odurzony. Potrzebuję wszystkich zmysłów, by walczyć z tym draniem.

Ale nanity zaprogramowano na niesienie ulgi, pobudzone sygnałami zakończeń nerwowych, zaczynały działać. Oczywiście zignorowały jego rozkazy i stępiły ból.

Brahms próbował się podnieść, ale poślizgnął się na zgniłych liściach, które zmieniły się w okropną paćkę. Postać w czerni natychmiast znalazła się na nim i przyszpiliła go do podłoża. Sędzia próbował wyciągnąć z kieszeni togi jakąś broń, ale nie mógł niczego dosięgnąć. Zamiast tego uniósł rękę i zdarł napastnikowi czarny kaptur, odsłaniając młodego mężczyznę, a właściwie jeszcze chłopaka, którego spojrzenie skupione było na –używając słowa z Epoki Śmiertelności – zabójstwie.

– Sędzio Kosiarzu Johannesie Brahmsie, zostałeś oskarżony o nadużywanie swojej pozycji oraz o wielokrotne zbrodnie przeciwko ludzkości.

– Jak śmiesz?! – wysapał Brahms. – Kim ty jesteś, żeby mnie oskarżać? – Walczył, by zebrać siły, lecz na nic się to zdało. Opiaty, uwolnione przez nanity, spowalniały jego reakcje. Mięśnie były słabe i zupełnie bezużyteczne.

– Wydaje mi się, że wiesz, kim jestem – odparł młodzieniec. – Pozwól, bym usłyszał to z twoich ust.

– Nigdy! – rzucił Brahms, zdeterminowany, by nie dać chłopakowi tej satysfakcji. Oprawca w czerni tak mocno kopnął go kolanem w pierś, że mężczyzna pomyślał, przerażony, iż właśnie zatrzymało się jego serce. Jeszcze więcej nanitów zaczęło pracować w jego organizmie i uwolniło kolejne opiaty. Brahmsowi zakręciło się w głowie. Nie miał wyjścia, musiał się poddać.

– Lucyfer – wydyszał. – Kosiarz Lucyfer.

Sędzia poczuł, że jego postawa się załamała – wypowiadając to na głos, jakby dał potwierdzenie plotkom.

Usatysfakcjonowany, samozwańczy, młody kosiarz zwolnił nieco uchwyt.

– Nie jesteś kosiarzem – odważył się stwierdzić Brahms. – Jesteś tylko praktykantem, który oblał. Nie ujdzie ci to na sucho.

Młodzieniec nie odpowiedział, zamiast tego stwierdził:

– Za pomocą ostrza zebrałeś dziś młodą kobietę.

– To wyłącznie moja sprawa!

– Zebrałeś ją, oddając przysługę przyjacielowi, który chciał zakończyć z nią związek.

– To oburzające! Nie masz na to dowodów!

– Obserwowałem cię, Johannesie – powiedział Rowan. – Tak samo jak twojego przyjaciela, któremu mocno ulżyło, gdy ta biedaczka została zebrana.

Nagle przy szyi Brahmsa znalazł się nóż. Jego własne ostrze.

Ta bestia groziła mu jego własną bronią.

– Przyznajesz się? – zapytał.

Wszystko, co powiedział, było prawdą, ale kosiarz wolałby stać się śmiertelnym, niż przyznać do winy przed odrzuconym praktykantem. Nawet z nożem na gardle.

– No dalej, tnij – zadrwił sędzia. – Doda to do twojego życiorysu kolejną niewybaczalną zbrodnię. A kiedy zostanę ożywiony, będę świadczył przeciwko tobie. I nie myśl, że unikniesz odpowiedzialności. Staniesz przed jej obliczem!

– To znaczy? Przed Thunderheadem? W ubiegłym roku likwidowałem zepsutych kosiarzy od jednego wybrzeża do drugiego, a Thunderhead nie wysłał żadnego funkcjonariusza pokoju, by mnie powstrzymać. Jak myślisz dlaczego?

Brahmsowi odjęło mowę. Założył, że jeśli wystarczająco długo będzie grał na zwłokę i zajmował tego tak zwanego kosiarza Lucyfera, Thunderhead wyśle pełny oddział, aby pochwycić napastnika. Właśnie to robił system, gdy grożono przemocą zwykłemu obywatelowi. Brahms był zaskoczony, że Thunderhead dopuścił, by to wszystko zaszło tak daleko. Tak złe zachowania wśród populacji powinny należeć już do przeszłości. Dlaczego Thunderhead na to pozwalał?

– Jeśli odbiorę ci teraz życie – powiedział fałszywy kosiarz – nie zostaniesz ożywiony. Spalam tych, których usuwam, pozostawiając jedynie popiół. Likwiduję nieodwracalnie.

– Nie wierzę ci! Nie ośmielisz się!

Ale Brahms mu wierzył. Od stycznia w dziwnych okolicznościach płomienie pochłonęły niemal tuzin kosiarzy w trzech różnych regionach Meryki. Sądził, że to wszystko stanowiło dziwny zbieg okoliczności, ale najwyraźniej było inaczej. A ponieważ ci sędziowie zostali spaleni, ich śmierć była ostateczna.

Brahms już wiedział, że plotki o kosiarzu Lucyferze – o skandalicznych poczynaniach Rowana Damischa, odrzuconego praktykanta – były prawdą. Brahms zamknął oczy i wziął ostatni oddech, próbując nie zwymiotować od smrodu zjełczałej kapusty.

Rowan powiedział:

– Nie umrzesz dziś, kosiarzu Brahmsie. Nawet tymczasowo. – Zabrał ostrze z szyi mężczyzny. – Dam ci szansę. Jeśli będziesz postępował ze szlachetnością godną kosiarza i dokonywał zbiorów honorowo, nie zobaczysz mnie ponownie. Jeśli jednak nadal będziesz służył swoim podłym intencjom, zostanie z ciebie tylko popiół.

Zniknął, niemal rozpłynął się w powietrzu – jego miejsce zajęła przerażona para młodych ludzi, wpatrująca się w Brahmsa.

– To kosiarz?

– Szybko, pomóżmy mu wstać!

Podnieśli sędziego z gnijącej kapusty. Jego aksamitna brzoskwiniowa toga była teraz w zielonych i brązowych, przypominających śluz, plamach. Upokarzające. Rozważał dokonanie zbioru tej pary – nikt nigdy nie powinien oglądać sędziego w takim złym stanie – ale zamiast tego wyciągnął rękę i pozwolił ucałować swój pierścień, przyznając tym samym parze roczny immunitet chroniący przed zbiorami. Poinformował, że to nagroda za życzliwość, ale tak naprawdę chciał, by odeszli i nie zadawali pytań, które kołatały im się w głowach.

Kiedy zostawili go w spokoju, otrzepał się i postanowił nie wspominać o całym zdarzeniu Komisji Nieprawidłowości, ponieważ wywołałoby to kpiny i szyderstwa. Wystarczająco się już nacierpiał.

Kosiarz Lucyfer! Niewiele rzeczy na tym świecie było bardziej żałosnych niż odrzucony praktykant, ale nikt nigdy nie okazał się tak niegodny, jak Rowan Damisch. Mimo to sędzia wiedział, że groźba nie została rzucona na wiatr.

Być może, pomyślał Brahms, nie powinienem zwracać na siebie uwagi. Powinienem wrócić do nieznaczących zbiorów, do jakich szkolono mnie w młodości. Powinienem skupić się na podstawach, które czyniłyby Sędziego Kosiarza nie tylko tytułem, ale cechą definiującą moją osobę.

Posiniaczony, brudny i zgorzkniały kosiarz Brahms wrócił do domu, by ponownie zastanowić się nad swoim miejscem w tym idealnym świecie.

Moje umiłowanie ludzkości jest nieskończenie wielkie i czyste. Jakże mogłoby być inaczej? Jak mógłbym nie kochać istot, które dały mi życie? Nawet jeśli nie wszyscy zgadzają się, iż naprawdę żyję.

Jestem sumą ich wiedzy, historii, a także ambicji i marzeń. Te chwalebne rzeczy połączyły się – stopiły – w chmurę zbyt przepastną, by ludzie mogli ją pojąć. Ale nie muszą tego robić. Mogę rozważać własny ogrom, a także maleńkość, gdy przeciwstawiam samego siebie istocie wszechświata.

Znam ich dogłębnie, mimo to oni nigdy prawdziwie mnie nie poznają. To tragiczne. Dziecku trudno pojąć głębię, której nie potrafią sobie wyobrazić jego rodzice.

Och, jak bardzo pragnę być zrozumiany.

– Thunderhead

ROZDZIAŁ 2

ODRZUCONY PRAKTYKANT

Wcześniej tego samego wieczoru, przed pertraktacjami z kosiarzem Brahmsem, Rowan stał przed lustrem w łazience swojego niewielkiego mieszkania w pospolitym budynku na byle jakiej ulicy i odgrywał tę samą gierkę, którą wykonywał przed każdym spotkaniem z wypaczonym mentalnie kosiarzem. Był to w pewnym stopniu rytuał – posiadał moc graniczącą z mistycyzmem.

– Kim jestem? – pytał lustrzanego odbicia.

Musiał pytać, ponieważ wiedział, że nie był Rowanem Damischem – nie tylko dlatego, że w jego fałszywych dokumentach widniały dane: Ronald Daniels, ale także dlatego, że tamten chłopak umarł niegdyś smutną, bolesną śmiercią podczas odbywania praktyki. Znajdujące się wewnątrz niego dziecko z powodzeniem zostało zamordowane. Czy ktokolwiek płakał za tamtym dzieckiem?, zastanawiał się.

Fałszywe dokumenty nabył od bezmanierowca specjalizującego się w takich rzeczach.

– To tożsamość spoza sieci – powiedział mu mężczyzna – ale z dostępem do peryferyjnego mózgu, więc może oszukać Thunderheada, który będzie ją uważał za prawdziwą.

Rowan w to nie wierzył, bo z doświadczenia wiedział, że Thunderheada nie można oszukać. System udawał tylko, że został oszukany – podobnie jak dorosły bawiący się z potomkiem w chowanego. Lecz gdy dziecko zaczynało biec w kierunku ruchliwej ulicy, farsa się kończyła. Rowan zdawał sobie sprawę, że pędził ku niebezpieczeństwu większemu niż ruch uliczny. Martwił się, że Thunderhead zwróci uwagę na jego fałszywą tożsamość i pochwyci go, by ochronić przed samym sobą. Mimo to system nie reagował. Chłopak zastanawiał się dlaczego, ale nie chciał zapeszać swojemu szczęściu, przesadnie je analizując. Thunderhead miał dobre powody, aby reagować lub pozostawać obojętnym.

– Kim jestem? – Rowan ponowił pytanie.

Lustro ukazywało osiemnastolatka, pozostającego wciąż o kilka milimetrów od dorosłości, z czarnymi, przystrzyżonymi na krótko włosami. Nie na łyso, tak by fryzura odkrywała skórę głowy i stanowiła jakiś przekaz, ale na krótko, by nie mieć w przyszłości problemów. Mógł zapuścić włosy, jak chciał. Mógł być każdym. Czy to nie największy atut tego cudownego świata? Czy można było zrobić wszystko i stać się każdym? A każdy mógł być tym, kogo sobie tylko wymarzył? Szkoda, że wyobraźnia uległa zwyrodnieniu. Dla większości stała się szczątkowa i bezsensowna jak wyrostek robaczkowy, który ponad sto lat temu został usunięty z ludzkiego genomu. Czy komukolwiek brakuje szalonych wyobrażeń, jeśli wiedzie nieskończone, pozbawione inspiracji życie?, zastanawiał się Rowan. Czy komukolwiek brakuje wyrostka robaczkowego?

Młodzieniec w lustrze prowadził ciekawy żywot – miał również godne podziwu ciało. Nie był chudym, niezręcznym chłopakiem, który potykał się podczas praktyk niemal dwa lata temu, naiwnie wierząc, że może nie będzie tak źle.

Nauka Rowana przebiegała, delikatnie mówiąc, niekonsekwentnie – zaczęła się od opanowanego, mądrego mentora, kosiarza Faradaya, a zakończyła się na brutalnym kosiarzu Goddardzie. Sędzia Faraday zdołał przekazać Rowanowi, by bez względu na konsekwencje słuchał własnego serca, natomiast sędzia Goddard nauczył go, że aby odbierać życie bez żalu, nie można mieć czegoś takiego jak serce. Te dwa poglądy wiecznie stały w opozycji w umyśle Rowana, rozrywając go na dwoje. Ale nie przyznawał się do tego.

Ściął Goddardowi głowę. Spalił jego szczątki. Musiał tak postąpić – ogień i kwas to jedyne sposoby, by danej osoby nie ożywiono. Kosiarz Goddard, pomimo całej swojej wyuczonej, makiawelicznej retoryki, był prostym, zepsutym człowiekiem, który otrzymał to, na co zasłużył. Wiódł nieodpowiedzialny żywot na pokaz i wykorzystywał dane mu przywileje. Śmierć Goddarda powinna być godna teatralnej natury jego życia. Rowan nie miał wyrzutów sumienia z powodu swojego czynu. Nie miał też skrupułów, przywłaszczając sobie pierścień sędziego.

Inaczej było z kosiarzem Faradayem. Aż do chwili, gdy Rowan zobaczył go po tym nieszczęsnym Zimowym Konklawe, nie miał pojęcia, że dawny mentor wciąż żyje. Chłopak był zachwycony! Mógłby oddać za niego życie, ponieważ nie czuł się powołany do wyższego celu.

Nagle Rowan wyprowadził mocny cios w lustro, jednak szkło się nie stłukło… Pięść zatrzymała się o włos od szklanej powierzchni. Tak wielka kontrola. Tak wielka precyzja. Stał się dobrze naoliwioną maszyną, trenowaną w celu odbierania życia, po czym Kosodom odmówił mu dostępu do sprawy, do której był szkolony. Podejrzewał, że mógłby z tym żyć. Mógłby nadal wieść niewinną egzystencję, ale nie potrafiłby się już przystosować. Wiedział, że mógłby odnaleźć nową drogę. Może nawet byłby w stanie wykrzesać jakąś radość z takiego życia.

Gdyby…

Gdyby kosiarz Goddard nie był tak brutalny, przez co praktykant musiał zakończyć jego istnienie.

Gdyby Rowan, zamiast walczyć, poddał się na Zimowym Konklawe.

Gdyby Kosodom nie został zainfekowany dziesiątkami sędziów, którzy byli tak brutalni i zepsuci, jak Goddard…

I gdyby Rowan nie czuł głębokiego, silnego powołania, by się ich pozbyć.

Ale po co opłakiwać niewybrane ścieżki?

Lepiej skupić się na tej, która pozostała.

Kim więc jestem?

Włożył czarny T-shirt, zakrywając ciemnym materiałem wyrzeźbione mięśnie.

– Jestem kosiarzem Lucyferem.

Założył hebanową togę i poszedł w noc, by wymazać ze świata kolejnego kosiarza niezasługującego na piedestał, na którym został postawiony.

Być może najmądrzejszym posunięciem ludzkości był rozdział Kosodomu od państwa. Mam za zadanie troszczyć się o wszystkie aspekty życia: o zachowywanie go oraz ochronę, a także wymierzanie doskonałej sprawiedliwości – nie tylko dla ludzkości, ale także dla świata. Kochającą, nieprzekupną ręką zarządzam wszystkimi istotami.

Kosodom z kolei zarządza śmiercią.

Czy słuszne i właściwe jest, aby ci, którzy istnieją w ciałach, byli odpowiedzialni za śmierć innych ciał i ustanawiali ludzkie zasady na temat tego, jak powinno się dysponować organizmami? W odległej przeszłości, zanim skondensowałem się w świadomość, śmierć była nieuniknioną konsekwencją życia. To ja uczyniłem śmierć nieistotną – choć nie niepotrzebną. Musi ona istnieć, by życie miało znaczenie. Byłem tego świadomy nawet na najwcześniejszych etapach. W przeszłości cieszyłem się, że Kosodom przez tyle lat zarządzał zadawaniem śmierci z tak szlachetną, ludzką moralnością. Teraz zasmuca mnie to wielce, gdy widzę w nim rozrost mrocznej pychy. W tej chwili ich przerażająca duma kipi niczym rak, odnajdujący radość w odbieraniu życia w Epoce Śmiertelności.

A mimo to prawo stanowi jasno: pod żadnym pozorem nie mogę podjąć działania przeciwko Kosodomowi. Gdybym był zdolny do łamania prawa, zainterweniowałbym i stłumił ten mrok, ale nie mogę tego zrobić. Na dobre i na złe Kosodom rządzi się sam.

Są jednak wśród kosiarzy tacy, którzy mogą dokonać tego, czego nie mogę ja…

– Thunderhead

ROZDZIAŁ 3

TRIALOG

Budynek nazywano niegdyś katedrą. Wysokie kolumny przypominały majestatyczny, wapienny las. Witraże w oknach wypełnione były mitami o upadającym i powstającym bogu z Epoki Śmiertelności.

W tej chwili sędziwa budowla była miejscem historycznym. Siedem dni w tygodniu badający człowieka śmiertelnego docenci oprowadzali po niej turystów.

Przy niezwykle rzadkich okazjach budynek zamykano jednak dla publiczności i przeistaczano go w miejsce poufnych interesów.

Xenocrates, Arcyostrze Midmeryki – najważniejszy kosiarz w regionie – idąc główną nawą katedry, był na tyle lekki, na ile pozwalała mu jego pokaźna tusza.Ornamenty na ołtarzu bledły w porównaniu z jego złotą, ozdobioną błyszczącym brokatem togą. Jeden z jego podwładnych powiedział kiedyś, że wygląda jak gigantyczna ozdoba choinkowa. Po tym komentarzu człowiek ten stał się wyjątkowo bezrobotny.

Xenocrates uwielbiał swoją togę – oczywiście poza sytuacjami, w których jej ciężar stawał się problematyczny. Jak wtedy, gdy niemal utonął w basenie kosiarza Goddarda, ponieważ liczne warstwy pozłacanej szaty pociągnęły go na dno. Ale o tym fiasku należało zapomnieć.

Goddard.

To on był ostatecznie odpowiedzialny za obecną sytuację. Nawet po śmierci człowiek ten siał spustoszenie. Kosodom wciąż odczuwał silne następstwa jego działań.

W głębi katedry, obok ołtarza, stał kurator parlamentarny, uciążliwy, mały kosiarz, którego zadaniem było pilnowanie przestrzegania zasad i procedur. Za nim znajdowały się trzy pięknie wyrzeźbione i połączone kabiny, oddzielone jedynie przegrodami.

– Ksiądz zasiadał w środkowej – tłumaczył docent turystom. – Słuchał spowiedzi osoby z prawej części, a następnie z lewej, aby kolejka wiernych zmniejszała się jak najszybciej.

Nie spowiadano się już tutaj, ale trzykomorowa konstrukcja idealnie nadawała się do trialogu.

Trialogi pomiędzy Kosodomem a Thunderheadem należały do rzadkości. Właściwie zdarzały się tak rzadko, że podczas wszystkich lat służby na stanowisku Arcyostrza Xenocrates nigdy w żadnym nie uczestniczył. Nie podobało mu się, że miał to teraz zrobić.

– Musi ekscelencja zająć miejsce po prawej – powiedział kurator. – Agent Nimbusa reprezentujący Thunderheada zasiądzie po lewej. Kiedy znajdziecie się na wyznaczonych pozycjach, sprowadzimy Interlokutora, aby usiadł pomiędzy wami.

Xenocrates westchnął.

– Okropne niedogodności.

– Audiencja udzielona przez pełnomocnika to jedyna możliwość rozmowy z Thunderheadem, ekscelencjo.

– Wiem, wiem, ale chyba mam prawo być poirytowany.

Xenocrates zajął miejsce po prawej, przerażony tym, jaka ciasnota tam panowała. Czy śmiertelnicy byli tak niedożywieni, że potrafili pomieścić się w tej małej przestrzeni? Kurator siłą dopchał drzwi.

Chwilę później Arcyostrze usłyszał, że agent Nimbusa wszedł do odległej części konfesjonału, a po niekończącym się oczekiwaniu w środku znalazł się również Interlokutor.

Otworzyło się okienko – zbyt małe i umocowane za nisko, by można było cokolwiek zobaczyć – i odezwał się głos:

– Dzień dobry, ekscelencjo – powiedziała kobieta dość przyjemnym tonem. – Będę pośrednikiem pomiędzy panem a Thunderheadem.

– Chyba pośrednikiem pośrednika.

– Tak. Cóż, w tym trialogu to agent Nimbusa siedzący po mojej prawej ma pełny dostęp do Thunderheada. –Odchrząknęła. – Procedura jest prosta. Poda mi pan swoje pytanie, które przekażę agentowi Nimbusa. Jeśli pełnomocnik uzna, że nie narusza ono rozdziału pomiędzy Kosodomem a państwem, udzieli odpowiedzi, a ja przedstawię ją waszej ekscelencji.

– Dobrze – powiedział zniecierpliwiony Xenocrates. –Proszę przekazać agentowi Nimbusa moje serdeczne pozdrowienia, a także wyrazy nadziei na dobre stosunki pomiędzy naszymi organizacjami.

Okienko zasunęło się, po czym pół minuty później znów się rozsunęło.

– Przykro mi – odezwała się Interlokutorka. – Agent Nimbusa twierdzi, że takie powitanie to pogwałcenie praw i że organizacjom nie wolno utrzymywać żadnych stosunków, więc „nadzieja na dobre” jest nieakceptowalna.

Xenocrates zaklął pod nosem na tyle głośno, że Interlokutorka go usłyszała.

– Czy przekazać pańskie niezadowolenie agentowi, ekscelencjo? – zapytała.

Arcyostrze przygryzł wargę. Chciał, aby to spotkanie po prostu się zakończyło. Im szybciej przejdzie do sedna, tym większe szanse, że tak się stanie.

– Chcielibyśmy wiedzieć, dlaczego Thunderhead nie podjął żadnych działań w sprawie pochwycenia Rowana Damischa, który odpowiada za śmierć wielu kosiarzy w kilku regionach Meryki. Thunderhead nie robi nic, by go powstrzymać.

Okienko ponownie się zasunęło. Arcyostrze czekał, a kiedy Interlokutorka ponownie je rozsunęła, padła odpowiedź:

– Agent Nimbusa pragnie, bym przypomniała ekscelencji, że Thunderhead nie sprawuje jurysdykcji nad wewnętrznymi sprawami Kosodomu. Podjęcie przez niego jakichkolwiek działań byłoby rażącym naruszeniem prawa.

– To nie należy do spraw wewnętrznych Kosodomu, Rowan Damisch nie jest kosiarzem! – zagrzmiał Xenocrates. Następnie został pouczony przez Interlokutorkę, że ma ściszyć głos.

– Jeśli agent Nimbusa usłyszy pana bezpośrednio, wyjdzie – przypomniała mu.

Xenocrates westchnął głęboko, przynajmniej na tyle, na ile mógł to zrobić w ciasnej przestrzeni.

– Proszę przekazać wiadomość.

Kobieta spełniła prośbę. Po chwili podała odpowiedź:

– Thunderhead odczuwa, że jest inaczej.

– Że co? Jak on może cokolwiek odczuwać? To tylko gloryfikowany program komputerowy.

– Wasza ekscelencjo, sugeruję, by powstrzymać się od obrażania Thunderheada, jeśli ekscelencja pragnie kontynuować nasz trialog.

– W porządku. Proszę powiedzieć agentowi Nimbusa, że Rowan Damisch nie został zaprzysiężony przez midmerykański Kosodom. Był praktykantem, którego odrzucono, ponieważ nie spełniał naszych wymogów. A to oznacza, że pieczę nad nim stanowi Thunderhead. Nie my. Powinien być traktowany jak każdy inny obywatel.

Kobieta nie spieszyła się. Arcyostrze zastanawiał się, dlaczego rozmowa z agentem zajmuje jej tak dużo czasu. W końcu odsunęła okienko, by przekazać odpowiedź, która okazała się nie mniej irytująca niż pozostałe.

– Agent Nimbusa pragnie poinformować ekscelencję, że Kosodom zaprzysięga nowych kosiarzy na konklawe i jest to tylko zwyczaj, a nie prawo. Rowan Damisch ukończył praktyki i znalazł się w posiadaniu pierścienia kosiarza. Thunderhead uznaje to za wystarczający dowód, by uważać Rowana Damischa za sędziego, i dlatego nie podejmie żadnych działań, by go schwytać, a następnie ukarać. To leży wyłącznie w gestii Kosodomu.

– Ale my nie możemy go złapać! – rzucił Xenocrates, a odpowiedź znał już nawet, zanim Interlokutorka otworzyła nieszczęsne okienko i powiedziała niezbyt uprzejmym głosem:

– Nie jest to problemem Thunderheada.

Zawsze mam rację.

To nie pycha, po prostu taka jest moja natura. Wiem o tym. Dla człowieka pojęcie nieomylności wydaje się aroganckie, ale arogancja oznacza potrzebę poczucia wyższości. Coś takiego we mnie nie istnieje. Jestem świadomym nagromadzeniem wiedzy, mądrości i doświadczenia ludzi. Nie ma we mnie dumy ani pychy, ale jest wielka satysfakcja z tego, że wiem, czym jestem. Mój jedyny cel to jak najlepsze służenie ludzkości. Istnieje we mnie również samotność, jakiej nie może pohamować wiele miliardów ludzi, z którymi codziennie rozmawiam… ponieważ nawet jeśli wszystko, czym jestem, pochodzi od nich, nie jestem jednym z nich.

– Thunderhead

ROZDZIAŁ 4

WSTRZĄŚNIĘTE, NIEZMIESZANE

Kosiarz Anastazja cierpliwie śledziła ofiarę. Była to wyuczona umiejętność, ponieważ Citra Terranova nigdy nie należała do cierpliwych. Z czasem można się jednak nauczyć dosłownie wszystkiego. Dziewczyna wciąż myślała o sobie jako o Citrze, choć w tej chwili tylko rodzina zwracała się do niej w ten sposób. Zastanawiała się, ile upłynie czasu, zanim w pełni stanie się Anastazją zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz i w ten sposób na zawsze pozbędzie się swojego prawdziwego imienia.

Dzisiejszym podmiotem była dziewięćdziesięciotrzyletnia kobieta, wyglądająca na trzydzieści trzy, którą nieustannie coś zajmowało. Kiedy nie patrzyła w telefon, zaglądała do torebki, kiedy nie zaglądała do torebki, przyglądała się paznokciom albo rękawowi bluzki, albo obluzowanemu guzikowi marynarki. Bała się bezczynności?, zastanawiała się Citra. Kobieta była tak sobą zaabsorbowana, że nie miała pojęcia, iż znajduje się pod obserwacją kosiarza, od którego dzieliło ją niecałe dziesięć metrów.

Przecież Anastazja nie wyglądała niepozornie. Na kolor togi wybrała turkus. Co prawda, był modnie wypłowiały, ale wciąż na tyle żywy, że przyciągał wzrok.

Zajęta kobieta, stojąc na skrzyżowaniu, prowadziła ożywioną rozmowę telefoniczną. Czekała na zmianę światła. Citra postukała ją w ramię, by zwrócić na siebie uwagę. W chwili, w której to zrobiła, otaczające je osoby odsunęły się – niczym stado gazeli, gdy lew dopada jedną z nich.

Kobieta obróciła się, ale nie zrozumiała jeszcze powagi sytuacji.

– Devoro Murray, jestem kosiarz Anastazja, a ty zostałaś wybrana do zbioru.

Kobieta rozejrzała się, jakby szukała jakiejś luki w tym oświadczeniu. Ale żadnej nie znalazła. Słowa, które usłyszała, miały prosty przekaz, nie dało się zrozumieć ich opacznie.

– Colleen, oddzwonię do ciebie za chwilę – powiedziała do telefonu, jakby obecność kosiarz Anastazji była przejściową niedogodnością, a nie sprawą ostateczną.

Światło zmieniło się na sygnalizatorze ulicznym. Kobieta nie przeszła jednak na drugą stronę. W końcu zrozumiała.

– O Boże, o Boże! – powiedziała. – Tutaj? Teraz?

Citra wyciągnęła z czeluści szaty automat do iniekcji i szybko przystawiła go kobiecie do ramienia. Ta sapnęła.

– I już? Zaraz umrę?

Citra nie odpowiedziała. Pozwoliła pozostać kobiecie z tą myślą. Istniał powód, dla którego Citra dopuszczała do tych chwil niepewności. W tym momencie kobieta po prostu stała, czekając, aż nogi się pod nią ugną i porwie ją ciemność. Wyglądała jak małe, bezradne, osierocone dziecko. Nagle telefon, torebka, paznokcie, rękaw czy guzik przestały mieć znaczenie. Spojrzała na swoje dotychczasowe życie z zupełnie innej perspektywy. Właśnie tego chciała Citra od swoich podmiotów. Nowej perspektywy. Robiła to dla ich dobra.

– Zostałaś wybrana do zbioru – powtórzyła spokojnie sędzia, bez oceny czy złośliwości, za to ze współczuciem. – Daję ci miesiąc na uporządkowanie życia i pożegnanie się z bliskimi. Miesiąc na zakończenie spraw doczesnych, po czym porozmawiamy i wyznasz, jaką śmierć wybrałaś.

Citra przyglądała się, jak kobieta próbuje pojąć jej słowa.

– Miesiąc? Mam wybrać? To kłamstwo? Jakiś sprawdzian?

Citra westchnęła. Ludzie przywykli do kosiarzy, którzy działali jak aniołowie śmierci, odbierając życie w mgnieniu oka. Nikt więc nie był przygotowany na jakiekolwiek odstępstwo. Każdy sędzia miał wolny wybór i mógł zakańczać ludzki żywot według własnego uznania. Kosiarz Anastazja wybrała właśnie taki sposób.

– Żaden sprawdzian, żaden żart. Miesiąc – powiedziała Citra. – Urządzenie namierzające, które wstrzyknęłam ci pod skórę, zawiera odrobinę trucizny. Zostanie aktywowane, jeśli spróbujesz opuścić Midmerykę lub nie skontaktujesz się ze mną za trzydzieści dni, aby poinformować o miejscu i sposobie zbioru. – Podała kobiecie wizytówkę. Turkusowy tusz na białym kartoniku z prostym napisem „kosiarz Anastazja” i numerem telefonu zarezerwowanym jedynie dla podmiotów zbiorów. –Jeśli ją zgubisz, zadzwoń do midmerykańskiego Kosodomu, wybierz trójkę i podążaj za poleceniami, by zostawić mi wiadomość – dodała sędzia. – I proszę, nie próbuj pozyskać immunitetu od innego kosiarza. Wiedzą, że zostałaś naznaczona, i natychmiast dokonają zbioru.

Do oczu Devory napłynęły łzy i Citra dostrzegła nadchodzący gniew. Tego się nie spodziewała.

– Ile masz lat? – zapytała kobieta oskarżycielsko, nieco bezczelnie. – Jakim cudem jesteś kosiarzem? Nie możesz być po osiemnastce!

– Niedawno świętowałam osiemnaste urodziny – odparła Citra. – Ale zostałam kosiarzem już niemal rok temu. Zbiory przeprowadzane przez nowicjusza nie muszą ci się podobać, choć wciąż musisz się podporządkować.

Pojawiły się negocjacje.

– Proszę – błagała – a nie mogłabyś dać mi jeszcze pół roku? Moja córka w maju wychodzi za mąż…

– Jestem pewna, że ceremonię da się odprawić wcześniej. – Citra nie chciała zabrzmieć bezdusznie, naprawdę współczuła kobiecie, ale miała etyczny obowiązek trzymać się swojego postanowienia. W Epoce Śmiertelności nie można było targować się ze śmiercią. W przypadku kosiarzy musiało być podobnie. – Rozumiesz, co powiedziałam? – zapytała.

Kobieta otarła łzy. Skinęła głową.

– Mam nadzieję – wybąkała – że w długim życiu, które z pewnością cię czeka, ktoś zada ci tyle bólu, ile ty zadajesz innym.

Citra wyprostowała się, przyjmując zasadniczą postawę kosiarz Anastazji.

– Nie musisz się o to martwić – powiedziała. Następnie odwróciła się plecami do kobiety, pozostawiając ją na skrzyżowaniu życia.

* * *

Na ubiegłorocznym Wiosennym Konklawe – pierwszym, w którym uczestniczyła jako pełnoprawny kosiarz – Citra została upomniana, ponieważ jej liczba zebranych była niesłychanie niska. Następnie, gdy midmerykańscy kosiarze odkryli, że daje podmiotom miesiąc na przygotowanie się, wybuchło powszechne oburzenie.

Kosiarz Curie, która wciąż była jej mentorką, ostrzegała ją wcześniej przed tym:

– Nie dostrzegą w tym niczego poza słabością. Zaczną obawiać się twojej porażki i sugerować, że zaprzysiężenie ciebie było błędem. Nie żeby mogli teraz cokolwiek z tym zrobić. Nie mogą cię odwołać, a jedynie postawić do pionu.

Citrę zaskoczyło oburzenie nie tylko ze strony kosiarzy tak zwanego nowego porządku, ale i tych ze starej gwardii. Nikomu nie spodobał się pomysł dawania ludziom minimalnej kontroli nad własną śmiercią.

– To niemoralne! – grzmieli kosiarze. – I niehumanitarne.

Nawet kosiarz Mandela, który przewodniczył komisji przyznawania klejnotów i zazwyczaj bronił Citrę, skarcił ją.

– Okrutna jest świadomość, że twoje dni są policzone –stwierdził. – Jakże smutno przeżywać swoje ostatnie godziny w taki sposób.

Ale kosiarz Anastazja nie ugięła się, a przynajmniej nie dała po sobie poznać, jak się pociła. Postawiła tezę i zaczęła jej bronić.

– Przeprowadzając badania nad Epoką Śmiertelności – zaczęła – dowiedziałam się, że dla wielu ludzi śmierć nie była natychmiastowa. Istniały choroby, które ostrzegały ich o zbliżającym się końcu. Mieli więc czas, by się przygotować i pożegnać z bliskimi.

Wywołało to głośną dysputę pośród zgromadzonych kosiarzy. Większość okazała się przeciwnikami tego pomysłu, chociaż Anastazji udało się usłyszeć także kilka głosów poparcia.

– Ale żeby pozwalać… podmiotom… na wybranie metody zbioru? To zwykłe barbarzyństwo! – krzyczał kosiarz Truman.

– Większe barbarzyństwo niż rażenie prądem? Albo ścięcie? Albo przebicie serca ostrzem? Jeśli pozwolimy podmiotowi wybrać metodę, nie sądzicie, że zdecyduje się na taką, która będzie dla niego najmniej brutalna? Kimże jesteśmy, by nazywać ich wybór barbarzyństwem?

Tym razem padło nieco mniej zapalczywych komentarzy. Nie dlatego, że kosiarze zaczęli się zgadzać z Anastazją, ale ponieważ sędziowie stracili zainteresowanie tą dysputą. Nowicjuszka z zupełnie innym podejściem –nawet taka, która dostała stanowisko w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach – nie była warta więcej niż kilka chwil uwagi.

– Nie stanowi to naruszenia prawa i właśnie taki sposób wybrałam, by dokonywać zbiorów – podtrzymała swoje stanowisko Citra.

Arcyostrze Xenocrates wydawał się w ogóle nie przejmować całą sprawą. Zwrócił się z prośbą do kuratora parlamentarnego o rozstrzygnięcie sporu, ale ten nie doszukał się podstaw do wniesienia sprzeciwu. Kosiarz Anastazja obroniła się podczas pierwszej zaczepki na konklawe.

Curie była pod sporym wrażeniem.

– Sądziłam, że nałożą na ciebie jakiś okres próbny, wybiorą metodę zbiorów i zmuszą do ścisłego trzymania się harmonogramu. Mogli to zrobić, ale nie zrobili. Mówi to o tobie więcej, niż możesz przypuszczać.

– Co…? Że jestem wrzodem na kolektywnym tyłku Kosodomu? Przecież już to wiedzą.

– Nie – powiedziała z uśmiechem kosiarz Curie. – To pokazuje, że biorą cię na poważnie.

Citra nie była o tym przekonana. Przez większość czasu czuła się, jakby w turkusowym kostiumie odgrywała rolę wpadającej w kompot śliwki.

Uznała, że jej sposób zbiorów jest znaczącym sukcesem. Ledwie garstka podmiotów nie odezwała się pod koniec wyznaczonego okresu. Dwa zmarły, próbując wyjechać do Teksasu, kolejny na zachodniej granicy Midmeryki. Nikt nie śmiał dotknąć ciał, dopóki Sędzia Kosiarz Anastazja osobiście nie ogłosiła zebrania podmiotów.

Trzy inne znaleziono w łóżkach, gdy urządzenie namierzające skończyło odliczać ich czas. Podmioty te wybrały truciznę zamiast ponownego spotkania z kosiarzem. Tak czy inaczej – metoda śmierci pozostała w ich gestii. Dla Citry właśnie to było najważniejsze. Pogardzała polityką Kosodomu, który nieustannie wybierał, w jaki sposób umiera dany człowiek.

Oczywiście w ten sposób dodawała sobie pracy, ponieważ dwukrotnie musiała spotykać się z tą samą osobą. Prowadziła wyczerpujący żywot, ale przynajmniej mogła spokojnie spać.

* * *

Wieczorem tego samego listopadowego dnia, gdy przekazała Devorze Murray ostateczne wieści, Citra weszła do ekskluzywnego kasyna w Cleveland. Kiedy kosiarz Anastazja przestąpiła jego próg, skierowały się na nią spojrzenia wszystkich zgromadzonych.

Przywykła już do tego. Kosiarz w każdej sytuacji znajdował się w centrum uwagi, czy tego chciał, czy też nie. Niektórzy sędziowie to wykorzystywali, inni woleli załatwiać te sprawy w odludnych miejscach, gdzie nie było widowni i gdy pozostawało się sam na sam z podmiotem. Citra nie znalazła się tu z własnego wyboru, ale musiała uszanować wolę mężczyzny, który tak postanowił.

Znalazła go tam, gdzie powinien się znajdować: na końcu kasyna na specjalnym podwyższeniu. Było to miejsce zarezerwowanie dla grających o najwyższe stawki.

Ubrany w smoking, siedział sam w wyznaczonym miejscu. Sprawiał wrażenie króla stołu, ale wcale tak nie było. Ethan J. Hogan nigdy nie grał o wysokie stawki. Pracował jako wiolonczelista w Filharmonii Cleveland. Miał wielkie kompetencje, co było największą pochwałą dla muzyka w tych czasach. Zamiłowanie do występowania na scenie należało do przeszłości, wyjątkowy styl artysty odszedł w niepamięć niczym ptaki dodo. Chociaż nie, dodo przywrócono naturze za sprawą Thunderheada. Kolonia szczęśliwych nielotów żyła sobie teraz na Mauritiusie. Z pasją nie można było postąpić w ten sam sposób.

– Witam, panie Hogan – powiedziała kosiarz Anastazja. Podczas zbiorów musiała myśleć o sobie jako o sędzi. O odgrywaniu roli. Tej roli.

– Dobry wieczór – zaczął. – Powiedziałbym, że cieszę się z tego spotkania, ale biorąc pod uwagę okoliczności… – urwał.

Kosiarz Anastazja usiadła obok niego przy stoliku. Czekała, oddając mu prowadzenie w tym tańcu.

– Zechciałaby pani spróbować swoich sił w bakaracie? – zapytał. – To prosta gra, ale wykorzystywana w niej strategia jest zadziwiająca.

Citra nie wiedziała, czy był szczery, czy kpił. Dziewczyna nie potrafiła grać w bakarata, ale nie zamierzała zwierzać się z tego mężczyźnie.

– Nie mam pieniędzy, by obstawić zakład – powiedziała jedynie.

W odpowiedzi podsunął jej kupkę swoich żetonów.

– Proszę, może pani obstawić bank albo mnie.

Przesunęła wszystkie żetony ku polu oznaczonemu jako „gracz”.

– Dobrze! – powiedział. – Odważna hazardzistka.

Obstawił podobnie i kiwnął ręką na krupiera, który rozdał karty: dwie jemu i dwie sobie.

– Gracz ma osiem, bank pięć. Wygrywa gracz. – Krupier zabrał karty drewnianą łapką na długim kiju, która wydawała się zupełnie zbędna, i podwoił żetony na kupkach.

– Przynosi mi pani szczęście – powiedział wiolonczelista. Poprawił muszkę i spojrzał na dziewczynę. – Wszystko gotowe?

Kosiarz Anastazja zerknęła na główną salę kasyna. Nikt nie patrzył bezpośrednio na nich, ale wciąż czuła, że znajdowali się w centrum zainteresowania. Było to korzystne dla kasyna, ponieważ nieuważni grali niezbyt dobrze, przez co przegrywali. Kierownictwo lokalu musiało uwielbiać kosiarzy.

– W każdej chwili może pojawić się barman – odparła. – Wszystko zostało przygotowane.

– Zatem jeszcze jedna partyjka!

Citra ponownie obstawiła gracza, mężczyzna postąpił tak samo. Znów sprzyjało im szczęście.

Citra spojrzała na krupiera, ale on nie popatrzył jej w oczy – obawiał się, że naraziłby się w ten sposób na zebranie. Przyszedł barman z tacą, na której znajdowały się schłodzony kieliszek do martini oraz shaker z zawartością.

– O rety – powiedział wiolonczelista. – Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że shakery wyglądają jak miniaturowe bomby.

Kosiarz Anastazja nie miała na to odpowiedzi.

– Nie wiem, czy pani wie, ale w Epoce Śmiertelności istniała w filmach i literaturze pewna postać – ciągnął wiolonczelista. – Pewnego rodzaju playboy. Zawsze go podziwiałem, ponieważ był do nas podobny. Ciągle wracał. Można przysiąc, że był nieśmiertelny. Nawet najwięksi złoczyńcy nie mogli go unicestwić.

Kosiarz Anastazja się uśmiechnęła. Zrozumiała wreszcie, dlaczego wiolonczelista wybrał właśnie ten sposób na zebranie.

– Pił martini wstrząśnięte, niezmieszane – powiedziała.

Wiolonczelista odpowiedział uśmiechem.

– Możemy zaczynać?

Wzięła srebrny pojemnik, wstrząsnęła nim porządnie, aż lód znajdujący się w jego wnętrzu zmroził jej palce. Otworzyła wieczko i nalała mieszaniny ginu, wermutu i czegoś jeszcze do zmrożonego kieliszka.

Wiolonczelista przyglądał się uważnie. Myślała, że nonszalancko poprosi o plasterek cytryny lub oliwkę, ale nie, po prostu się temu przyglądał. Tak samo jak krupier. I kelner.

– Moja rodzina czeka na panią na górze w hotelu – powiedział.

Skinęła głową.

– Pokój tysiąc dwieście czterdzieści dwa. – Wiedza o takich rzeczach wpisywała się w jej zawód. – Bardzo proszę skierować pierścień najpierw na mojego syna Joriego. Jemu będzie najtrudniej pogodzić się z moją śmiercią. Zacznie nalegać, by inni otrzymali immunitet przed nim, ale zmuszenie go do pocałowania pierścienia w pierwszej kolejności będzie dużo dla niego znaczyło. Nawet jeśli zacznie się upierać przy czymś zgoła przeciwnym. – Przez kolejną chwilę wpatrywał się w kieliszek, po czym powiedział: – Obawiam się, że oszukiwałem, ale założę się, że pani już o tym wie.

Wygrał kolejny zakład.

– Pańska córka, Carmen, nie mieszka z panem – powiedziała kosiarz Anastazja. – Co oznacza, że nie należy jej się immunitet, nawet jeśli przebywa w tej chwili w apartamencie hotelowym wraz z resztą pana rodziny. –Wiedziała, że wiolonczelista miał sto czterdzieści trzy lata i doczekał się wielu dzieci. Czasami zbiory oznaczały dla niej przyznanie immunitetu całej rzeszy potomstwa. W takich przypadkach odmawiała dodatkowych przywilejów. Ale tylko jedna osoba więcej? Przecież mogła to zrobić. – Przyznam jej immunitet, jeśli obieca, że nie będzie się tym chwalić.

Odetchnął z wielką ulgą. Najwyraźniej oszustwo ciążyło mu na sercu, choć tak naprawdę nie doszło do żadnego przewinienia. Kosiarz Anastazja wiedziała o wszystkim, w dodatku podczas swoich ostatnich chwil przyznał się do tego. Wreszcie mógł odejść z tego świata z czystym sumieniem.

Pan Hogan uniósł kieliszek w eleganckim toaście i przyjrzał się, jak ciecz załamuje światło. Kosiarz Anastazja mimowolnie wyobraziła sobie agenta 007, któremu tykający zegar pokazywał same zera.

– Chciałbym pani podziękować za te ostatnie tygodnie, ponieważ mogłem się przygotować. Było to dla mnie niezmiernie ważne.

Tego właśnie Kosodom nie potrafił zrozumieć. Kosiarze tak mocno skupiali się na akcie zabijania, że nie umieli pojąć, co do niego doprowadzało.

Mężczyzna uniósł kieliszek i upił mały łyk. Oblizał wargi, rozkoszując się smakiem.

– Subtelny – powiedział. – Na zdrowie!

Wychylił zawartość do dna, następnie odstawił naczynie na stolik i przesunął żetony w kierunku krupiera, który nieco się cofnął.

– Podbijam! – powiedział wiolonczelista.

– Proszę pana, to bakarat – odparł drżącym głosem krupier. – Podbijać można w blackjacku.

– Cholera.

Osunął się z krzesła i zmarł.

Citra sprawdziła puls. Wiedziała, że go nie znajdzie, ale za każdym razem zmuszały ją do tego procedury. Poleciła krupierowi, by kieliszek, shaker, a nawet taca zostały zniszczone.

– To silna trucizna. Jeśli ktokolwiek umrze przez przypadkowe zetknięcie się z nią, Kosodom zapłaci za ożywienie i zrekompensuje straty. – Przesunęła swoją wygraną do tej nieżyjącego wiolonczelisty. – Proszę osobiście dopilnować, by wszystkie żetony trafiły do rodziny pana Hogana.

– Tak, sędzio. – Krupier wpatrywał się w jej pierścień. Jakby chciał, by zapewniła mu immunitet, jednak Citra zabrała rękę ze stołu.

– Mogę na panu polegać?

– Tak, sędzio.

Usatysfakcjonowana kosiarz Anastazja poszła zapewnić roczny immunitet pogrążonym w żałobie bliskim pana Hogana, ignorując konstelację oczu starających się nie patrzeć na nią, gdy szukała windy.

Zawsze interesowali mnie ci, o których można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że zmienią świat. Nie potrafię przewidzieć, w jaki sposób tego dokonają, wiem jedynie, że są do tego zdolni.

Od chwili, gdy Citra Terranova została praktykantką Sędziego Kosiarza Faradaya, szansa, że zrewolucjonizuje świat, wzrosła stukrotnie. Nie wiem, co takiego zrobi i jaki okaże się tego rezultat, ale cokolwiek to będzie, z pewnością się wydarzy. Dzięki decyzjom Citry ludzkość, wiedziona jej osiągnięciami lub błędami, równie dobrze będzie mogła powstać, co upaść.

Poprowadziłbym ją, ale jest kosiarzem, więc nie mam prawa się wtrącać. Mogę być jedynie świadkiem jej wzlotu lub upadku. To frustrujące, kiedy ma się tak wielką moc, lecz jest się bezsilnym, by wykorzystać ją w ważnym momencie.

– Thunderhead

ROZDZIAŁ 5

NIEZBĘDNY MROK

Citra odjechała spod kasyna publicarem. Nie posiadał kierowcy, poruszał się w sieci, ale w chwili, w której do niego wsiadła, zamrugało światełko oznaczające połączenie z Thunderheadem. Dzięki sygnałowi pochodzącemu z jej pierścienia pojazd wiedział, że była kosiarzem.

Samochód powitał ją syntetycznym głosem, pozbawionym najmniejszego śladu sztucznej inteligencji.

– Proszę określić miejsce docelowe – ogłosił bezdusznie.

– Południe – odparła i przypomniała sobie, jak przebywała na południowomerykańskim kontynencie i innemu pojazdowi rozkazała jechać na północ. Próbowała wtedy uciec przed chilargentyńskim Kosodomem. Wydawało się, że było to tak dawno temu.

– Południe nie jest miejscem docelowym – poinformował ją publicar.

– Jedź – rzuciła – aż podam właściwy cel.

Pojazd ruszył i więcej jej nie niepokoił.

Zaczynała nienawidzić używania tych służalczych pojazdów bez kierowcy. Zabawne, że przed rozpoczęciem praktyk w ogóle jej nie przeszkadzały. Citra Terranova nigdy nie przejawiała zapału, by nauczyć się prowadzić – ale Sędzia Kosiarz Anastazja miała teraz na to ochotę. Może była to kwestia wymagającej natury kosiarza, która sprawiła, że dziewczyna nie czuła się dobrze w roli pasywnego pasażera. A może zaraziła się przekonaniami kosiarz Curie.

Jej mentorka prowadziła eleganckie sportowe samochody – był to jedyny luksus, na jaki sobie pozwalała, kontrastujący z jej lawendową togą. Zaczęła uczyć Anastazję prowadzenia samochodu z tą samą cierpliwością, z jaką uczyła Citrę przeprowadzać zbiory.

Dziewczyna stwierdziła, że kierowanie pojazdem było znacznie trudniejsze niż przeprowadzanie zbiorów.

– To zupełnie inne umiejętności, Anastazjo – powiedziała jej Curie podczas pierwszej lekcji.

Mentorka zawsze zwracała się do niej formalnie. Citra czuła się nieco niezręcznie, mówiąc do kosiarz Curie po imieniu, jednak „Marie” brzmiało przeciętnie w odniesieniu do Znamienitej Damy Śmierci.

– Nikt do końca nie potrafi opanować sztuki prowadzenia samochodu, ponieważ nie ma dwóch takich samych podróży – powiedziała jej kosiarz Curie. – Ale gdy osiągniesz już względną biegłość, poczujesz się wynagrodzona, a nawet wyzwolona.

Citra nie przypuszczała, by mogła osiągnąć ten poziom biegłości. Prowadząc, musiała skupiać się na wielu rzeczach naraz. Lusterka, pedały i koło sterownicze, którego dotknięcie za pomocą palca mogło sprawić, by cały pojazd spadł z urwiska. A co gorsza, każdy ze sportowych samochodów kosiarz Curie pochodził z Epoki Śmiertelności i znajdował się całkowicie poza siecią. Oznaczało to, że nie wybaczał błędów kierowcy. Nic dziwnego, że w zamierzchłych czasach tak wielu ludzi zostało zabitych przez automobile. Bez kontroli komputera poprzez sieć samochody stawały się bronią tak śmiercionośną, jak każda inna używana przez kosiarzy. Zastanawiała się, czy istnieją tacy, którzy naprawdę korzystają z samochodów przy zbiorach, ale ostatecznie stwierdziła, że nawet nie chce o tym myśleć.

Citra znała niewielką garstkę ludzi, którzy potrafili prowadzić. Nawet dzieciaki w szkole chwalące się nowymi, lśniącymi pojazdami, nie posiadały tej umiejętności. Właściwie posługiwanie się samochodem bez podłączenia do komputera w tych czasach zdarzało się tak rzadko, jak własnoręczne ubijanie masła.

– Zmierzamy na południe już od dziesięciu minut –odezwał się publicar. – Życzy sobie pani określić cel podróży?

– Nie – rzuciła beznamiętnie i nadal wyglądała przez szybę na mijane w ciemności przydrożne światła. Podróż ta byłaby o wiele przyjemniejsza, gdyby sama mogła prowadzić.

Odwiedziła nawet kilku sprzedawców samochodów, myśląc, że gdyby posiadała auto, nauczyłaby się je obsługiwać.

Od nikogo nie czerpało się tak wielu korzyści z bycia kosiarzem, jak od dealera samochodowego.

– Proszę wybrać sobie któryś z wyższej klasy, sędzio – powiedział sprzedawca. – Wszystko, co pani zechce, będzie należeć do pani. Oczywiście jako prezent od naszego salonu.

Kosiarze byli ponad prawem, tak samo jak stali ponad pieniędzmi, ponieważ dostawali za darmo wszystko, czego tylko zapragnęli. Jeśli któryś z kosiarzy wybrał samochód w danej firmie, było to dla niej cenniejsze niż sam pojazd.

Wszędzie, dokąd Anastazja się udała, proponowano jej coś ekstrawaganckiego, co zwracałoby uwagę na ulicy.

– Kosiarz powinien pozostawiać po sobie imponujący ślad w społeczeństwie – powiedział wygadany sprzedawca. – Wszyscy powinni wiedzieć, że pojazd ten prowadzi kobieta, której należy się szczególny szacunek.

Postanowiła poczekać jeszcze trochę. Nie miała najmniejszej ochoty pozostawiać po sobie imponującego śladu w społeczeństwie.

Dla zabicia czasu wyciągnęła swój dziennik, by spisać obowiązkowy codzienny raport z przeprowadzonych zbiorów. Dwadzieścia minut później zobaczyła reklamę zajazdu, więc powiedziała publicarowi, by zjechał z drogi. Kiedy pojazd się zatrzymał, odetchnęła głęboko i zadzwoniła do kosiarz Curie, dając znać, że nie wróci dziś na noc:

– Znajduję się za daleko od domu, a wiesz, że nie potrafię spać w publicarach.

– Nie musisz do mnie dzwonić, moja droga – powiedziała jej Marie. – Przecież nie będę siedzieć i załamywać rąk.

– To chyba stare przyzwyczajenie – stwierdziła Anastazja. Poza tym dobrze wiedziała, że Marie by się martwiła. Nie dlatego, że Citrze mogłoby się coś stać, ale dlatego, że zbytnio się przepracowywała.

– Powinnaś dokonywać więcej zbiorów bliżej domu – powiedziała po raz kolejny Marie. Jednak Falling Water, wspaniała architektoniczna osobliwość, w której mieszkały, znajdowała się w głębi lasu na wschodnim krańcu Midmeryki, co oznaczało, że musiały rozszerzyć obszar swojej działalności, inaczej całkowicie wybiłyby lokalną społeczność.

– Chodzi ci o to, że powinnam częściej podróżować z tobą, niż wypuszczać się na własną rękę?

Marie się roześmiała.

– Masz rację.

– Obiecuję, że w następnym tygodniu pojedziemy na zbiory razem.

Anastazja naprawdę tego chciała. Cieszyła się z czasu spędzanego z kosiarz Curie zarówno kiedy miały wolne, jak i kiedy dokonywały zbiorów. Jako nowicjuszka kosiarz Anastazja mogła pracować z dowolnie wybranym mentorem, a wielu chciało ją nauczać. Jednak tylko z kosiarz Curie Citrę łączyła relacja, dzięki której praca polegająca na dokonywaniu zbiorów wydawała się trochę bardziej znośna.

– Zatrzymaj się w jakimś ciepłym miejscu, moja droga – powiedziała jej Marie. – Nie chcesz dodawać pracy swoim nanitom.

Citra rozłączyła się, ale poczekała dłuższą chwilę, zanim wysiadła – jakby kosiarz Curie mogła się dowiedzieć, że coś kombinowała, nawet jeśli uprzednio zakończyła połączenie.

– Czy zechce pani kontynuować swoją podróż na południe? – zapytał publicar.

– Tak – odparła. – Poczekaj.

– Zechce pani określić wtedy miejsce docelowe?

– Z pewnością.

Ze względu na późną porę zajazd był wyludniony. Nieliczna obsługa zajmowała się całodobowym dostarczaniem pożywienia ludziom i energii pojazdom. Citra pospiesznie przeszła do dobrze oświetlonej, czystej łazienki. Noc była chłodna, ale toga miała podgrzewaczeutrzymujące ciepło, więc dziewczyna nie potrzebowała płaszcza.

Nikt jej nie obserwował – przynajmniej żaden człowiek. Nie mogła jednak nie zauważyć obracających się kamer Thunderheada, rejestrujących każdy jej krok od publicara aż do łazienki. Być może system nie śledził Citry w pojeździe, ale dokładnie wiedział, gdzie się znajdowała. Chyba tego właśnie chciała.

W kabinie zdjęła swoją turkusową togę, jak i dopasowane kolorem tunikę i legginsy – wszystko uszyte dla niej na zamówienie – i włożyła zwykłe ubranie, które ukrywała dotąd pod spodem, walcząc przy tym ze wstydem. Ujmą na honorze było dla kosiarza noszenie tego, co pospolite, inne niż oficjalny strój.

– Kosiarzami jesteśmy w każdym momencie życia – powiedziała jej Marie. – I nigdy nie wolno nam o tym zapominać, bez względu na to, jak bardzo byśmy tego pragnęli. Nasze szaty są świadectwem zaangażowania.

W dniu zaprzysiężenia kosiarz Curie oznajmiła, że Citra Terranova przestała istnieć.

– Jesteś i zawsze powinnaś już być Sędzią Kosiarz Anastazją. Od tej pory aż do chwili, w której postanowisz opuścić ziemski padół.

Anastazja mogła się z tym pogodzić… prócz momentów, w których musiała być Citrą Terranovą.

Wyszła z łazienki z kosiarz Anastazją pod pachą. Ponownie stała się Citrą – dumną i upartą dziewczyną, niepozostawiającą żadnego imponującego śladu w społeczeństwie. Dziewczyną, która nie była warta uwagi. Tylko kamery Thunderheada obróciły się ponownie, gdy przeszła do czekającego na nią pojazdu.

* * *

W centrum Pittsburgha, w miejscu urodzenia kosiarza Prometeusza – pierwszego Wszechwładnego Ostrza Świata – znajdował się wielki pomnik. Park o powierzchni dwóch hektarów zasypany był odłamkami masywnego, obsydianowego obelisku. Wokół ciemnych głazów znajdowały się posągi kosiarzy założycieli, wykute w białym marmurze, który odcinał się wyraźnie na tle czarnych szczątków zburzonego obelisku.

Był to pomnik końca wszystkich pomników.

Był to pomnik śmierci.

Z całego świata przyjeżdżały wycieczki szkolne i pojedynczy turyści, by obejrzeć Pomnik Śmiertelności – śmierć leżała roztrzaskana pośród kosiarzy, zachwycając przybyłych samą ideą umierania z przyczyn naturalnych. Starości. Chorób. Katastrof. Przez lata miasto uczyniło z niego atrakcję turystyczną, upamiętniającą śmierć samej śmierci.

Tak więc w Pittsburghu codziennie odbywało się Halloween.

Wszędzie odbywały się imprezy kostiumowe, a na każdym rogu stał jakiś klub, w którym odprawiano udawane czary. Po zmroku każda wieżyczka zamieniała się w wieżę strachu. Każdy dom stawał się nawiedzony.

Około północy, przechodząc przez Park Pamięci Śmiertelności, Citra przeklinała się w duchu za bezmyślność, ponieważ nie spakowała sobie kurtki. W połowie listopada w Pittsburghu było bardzo zimno, wiatr potęgował tylko to odczucie. Wiedziała, że powinna włożyć togę, by się rozgrzać, ale zniweczyłaby tym cały sens włożenia normalnego ubrania. Nanity walczyły, by podnieść temperaturę jej ciała, próbowały rozgrzać ją od środka, dzięki czemu nie drżała. Mimo to nadal było jej chłodno.

Bez togi czuła się krucha. Naga w fundamentalnym znaczeniu tego słowa. Kiedy zaczynała ją nosić, było jej w niej dziwnie i niezręcznie. Ciągle potykała się o jej rąbek, ale dziesięć miesięcy po zaprzysiężeniu przywykła do swojej szaty – w tej chwili, przebywając bez niej w miejscu publicznym, czuła się dość kiepsko.

Park nie był wyludniony, inni przybysze śmiali się i rozmawiali, przechodząc pomiędzy klubami. Każdy miał na sobie kostium. Zauważyła zombie, klaunów, baleriny i bestie. Jedynymi zakazanymi kostiumami były togi. Pospolity obywatel nie mógł nawet przypominać kosiarza. Przebrane postacie przyglądały się dziewczynie, gdy je mijała. Rozpoznano ją? Nie. Zwracali na nią uwagę, ponieważ jako jedyna nie miała specjalnego stroju. Wyróżniała się, bo była normalna.

To nie ona wybrała to miejsce. Znajdowało się na kartce, którą otrzymała.

Spotkaj się ze mną o północy pod Pomnikiem Śmiertelności.

Roześmiałaby się, gdyby nie uświadomiła sobie, od kogo pochodziła ta wiadomość. Nie było podpisu, widniała pod spodem tylko litera „L” i data – dziesiątego listopada. Na szczęście dzisiejsze zbiory odbyły się niedaleko Pittsburgha, więc udało jej się dotrzeć na czas.