Kosmyk - Jakub Tomkiewicz - ebook

Kosmyk ebook

Jakub Tomkiewicz

0,0

Opis

Kosmyk to oniryczne opowiadanie o zgłębianiu ludzkiej podświadomości oraz o tym, co można w niej napotkać, a czego czasem wolelibyśmy nie wiedzieć. Gdy Ev spotyka w pensjonacie Skrybiusza, nie ma pojęcia, jaki wpływ będzie to mieć na jej życie. Psychopaci, wiedźmy i poetyckie dialogi, przeniosą nas w świat depresyjnego, ale i pięknego wnętrza ludzi skazanych na samotność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 164

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Jakub Tomkiewicz

Kosmyk

© Jakub Tomkiewicz, 2017

Kosmyk to oniryczne opowiadanie o zgłębianiu ludzkiej podświadomości oraz o tym, co można w niej napotkać, a czego czasem wolelibyśmy nie wiedzieć.

Gdy Ev spotyka w pensjonacie Skrybiusza, nie ma pojęcia, jaki wpływ będzie to mieć na jej życie. Psychopaci, wiedźmy i poetyckie dialogi, przeniosą nas w świat depresyjnego, ale i pięknego wnętrza ludzi skazanych na samotność.

ISBN 978-83-8104-449-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

1

Starzy, często pozbawieni świadomości, balansują na granicy urojeń i atmosfery obłędu wypełniającej tutejszy salon. Siwe włosy, dłonie drżą od Parkinsona, wielu mówi coś bez składnie.

Nie często napotyka się tutaj osoby prowadzące dialog, większość pacjentów pogrążona jest w świecie wyobraźni, będąc całkowicie odizolowaną od rzeczywistości.

Ev stara się z niektórymi porozmawiać uśmiechając się przy tym, rzadko jednak otrzymuje odpowiedź, która mogłaby zachęcić do dalszej konwersacji. Staruszkowie resztkami sił wymachują szczupłymi dłońmi jak rozgoryczone dzieci. Kościste figury, wygięte w artretyzmie, próbują ukazać, iż wciąż są żywe.

Trzy tygodnie temu zmarła pani Wiszerhar, leciwa, z mętnym błękitem oczu zwiastującym całkowitą ślepotę. Zajmowała pokój na trzecim piętrze. Puste teraz pomieszczenie, od jutra ma zając nowy pensjonariusz.

Wcześniej Ev przeglądnęła jego teczkę, w której zawarto informację na temat wieku oraz dolegliwości. Lekarze orzekli iż jest niemową, nie jest to wada związana z biologiczną dysfunkcją, a psychiczny uraz, bądź trauma.

Patrząc na jego zdjęcie czuła jakby ktoś podwijał jej duszę jak letnią sukienkę, dłonią muskając delikatną skórę uda. Przez chwilę zapragnęła, by otworzył usta, przemówił do niej uciszając nieprzyjemne dźwięki w głowie, które towarzyszą jej od śmierci pani Wiszerhar.

Będąc teraz w pokoju, by zmienić pościel i sprawdzić, czy wszystko jest przygotowane, wciąż miała gęsią skórkę. W nozdrzach poczuła zgniły aromat wydobywający się ze szczęki staruszki. Gdzieś z tyłu głowy dźwięczały słowa wymieszane z jej ciężkim oddechem. Najmocniej w pamięci utkwił jej bełkotliwy ton, którym staruszka ostrzegała przed omenem, ogniem, który ukaże przed nią sekrety jej życia, odzierając dziewczynę z sumienia.

Za oknem wzmógł się wiatr, gałęzi drzewa uderzyły o szybę, kilka ptaków wzbiło się w powietrze, w nagłym impulsie, Ev poczuła jak przyśpiesza jej serce, dłoń zadrżała. Usiadła na chwilę na łóżku, łapiąc oddech. Poddenerwowana, poprawiła jeszcze poduszkę i szybko wyszła z pokoju, głośno zamykając drzwi.

Zmęczona, udała się na czwarte piętro, które zajmowały wraz z matką — dyrektorką pensjonatu. Weszła do swojej sypialni, siadając na łóżku z podkulonymi nogami, plecy opierała o ścianę. Wpatrzona w czubki palców u stóp, coraz mocniej przytulała poduszkę, by ją ogrzać, licząc, że ta, wkrótce odwdzięczy się tym samym. Nie mogła odpędzić od siebie słów pani Wiszerhar:

— „A gdy chmury mają się ku deszczowi, nawet ziemia nie może im się przeciwstawić” Czuła się jak mgła, niespodziewanie rozdarta podmuchem wiatru, powoli traciła siebie i spokojną taflę przygaszonej zieleni. Otoczona przez własne strzępy, nie mogła uchwycić żadnego z nich, ulegając powolnej degradacji osobowej.

Nie gasząc światła, położyła się na plecach, pozwalając, by Morfeusz pocałunkiem w czoło, pozwolił przeminąć wszystkich nieprzychylnością, ofiarowują odrobinę snu.

2

Kilka minut po dziewiątej przetarła ciężkie od zmęczenia powieki, leżąc w łóżku, policzkiem głaskała poduszkę, coraz mocniej czując, że sen ustępuje miejsca rzeczywistości.

Musi wstać i wziąć prysznic. O 10.30 przyjeżdża nowy pensjonariusz. Zajmuje się ich przyjmowaniem oraz przekazywaniem niezbędnych informacji, chociaż to raczej sucha formalność, niż powinność, większość obowiązków spełnia personel sanitarny, wiele zajęć Ev sprowadza się do kwestii papierkowych, wypełniania kartotek, porządkowania ich, pomocy matce. Podopiecznymi zajmuje się jako wolontariuszka, oficjalnie jednak, mieszka tutaj z matką, dlatego równie dobrze mogłaby cały dzień spędzać w pokoju, ale w obawie przed bezczynnością i natręctwem myśli, lubi krzątać się po pomieszczeniach.

Wstając z łóżka, zaglądnęła do szuflady z bielizną i udała się do łazienki. Odkręciła wodę, odwracając się plecami do ciepłego strumienia, który ożywił ją na chwilę, by jeszcze bardziej rozleniwić nadmiarem gorąca. Kabina prysznicowa szybko wypełniła się parą. Uwielbiała brać gorący prysznic, by wbiec do pokoju z otwartym oknem tak jak jak została stworzona. Wtedy dopiero zakłada na siebie coś zwiewnego starając się ukryć ciężar duszy pod lekkimi ubraniami, których dotyk sprawiał przyjemność.

Odświeżona, schodząc na dół, podeszła do drzwi pokoju z nr 46. Nie otwierała ich, przystanęła na

chwilę i dotknęła tylko klamki. Nic się nie wydarzyło, poszła więc dalej.

Na parterze pani Manis od rana skrzeczy swój recital, w wypłowiałej pidżamie, jak co dzień staje na stoliku w salonie i słabym głosem śpiewa o martwych dzieciach zabitych przez brak wiosny. O sobie jako jesieni i o tym, że lato ją uśmierca i tego roku na pewno umrze. Powtarza to od kilku lat, jej przepowiednia jednak się nie sprawdza. Co roku ubolewa nad gorącem i falą beztroski, która przypomina jej o zmarnowanym życiu i o fakcie jego ułomności oraz przypadkowości. Wszystkie wspomnienia rozsypuje w pokoju, nie próbując ich już nawet układać w logiczną całość.

Pan Henri jak każdego dnia, stoi w oknie z przeszklonymi oczyma i coraz słabszą nadzieją, Chwilami tylko ściskając dłonie ze stanowczością, że to na co czeka, na pewno się wydarzy. Jednak od trzech lat pozostaje mu tylko nadzieja.

Był alkoholikiem przez dwie dekady. Rodzina odwróciła się od niego, pozostawiając go w ciasnym morzu nałogu. Sam nie mógł wyjść z butelki. Trafił na przymusowe leczenie, a potem, jako pozbawionego chęci do życia człowieka, przywieziono go tutaj.

Napisał kilka listów do córki, ale na żaden nie otrzymał odpowiedzi. W każdym mówił o wakacjach, gdy siedzieli razem nad jeziorkiem. Ona opowiadała mu o pierwszej miłości, a on z mieszanymi uczuciami, po części współczując, po części czując gniew do amanta, który pozostawił smutek w jej oczach, cieszył się jej bliskością. Patrzył wtedy na kruchą nastolatkę z żółtawymi oczyma i jasnymi włosami, dla niego wciąż małą dziewczynkę, która uczyła się żyć i czuć, tracić i poszukiwać, być kwiatem i kolcem. Wtedy jego serce drżało z miłości, gdy obok siebie czuł jej niepewne ciepło. Wciąż wierzy, że jego córeczka przyjedzie do niego, by go odwiedzić, a on posłucha jak z przebiśniegu stała się różanym krzewem. Pozostawił drzazgę w jej sercu tak głęboką i nawet miłość nie potrafiła jej wyciągnąć.

Stał zatem codziennie wpatrzony w dal, może wracając do tego ciepłego, letniego dnia, a może płacząc w głębi duszy nad życiem, którego nigdy nie przeżył.

Dochodziła 10:25, na podjazd podjechał czerwony opel, panu Henriemu mocniej zabiło serce, by zaraz niemal całkowicie ucichnąć. Z samochodu wysiadł rosły mężczyzna około czterdziestki i pojmujący znaczenia podeszłego wieku jegomość w czarnych kantach i białej koszuli. W ręce trzymał brązową aktówkę, w drugiej marynarkę. Młodszy wyciągnął z bagażnika niewielką torbę podróżną. Ev, widząc ich przez okno, wyszła na zewnątrz, by powitać nowego pensjonariusza. Była dziwnie podekscytowana, próbowała stłamsić to uczucie, ale nie potrafiła go uciszyć, tak samo jak wielu innych tonów.

— Witaj Max, jak się miewasz? — rozpoczęła, wyciągając po przyjacielsku filigranową dłoń.

— W porządku, a ty?

— Wciąż udaję pracowitość -powiedziała z lekkim uśmiechem.

— To ja zaniosę bagaż do holu, abyś się nie przemęczyła. To jest pan Skrybiusz, wskazał na mężczyznę z walizeczką w ręce

Ev chciała się przywitać, ale nie zwrócił na nią uwagi, wpatrzony gdzieś w błękit nieba zmieszany z koronami drzew, szukał w myślach dźwięk nowego miejsca. Ze smutkiem stwierdził, że otoczenie emanuje przydrożnym rowem, a pstrokata różnorodność barw napawa go zniesmaczeniem.

Popatrzył z lekkim pytaniem w oczy Ev. Ujrzała brązowe plamki zażenowania i chęć opuszczenia tego miejsca. Jednak był lepszym mówcą niż większość ludzi.

— Zaprowadzę pana do pokoju, proszę pójść ze mną — powiedziała.

Starszy pan wziął torbę z holu i poszedł za młodą kobietą. Cały pensjonat kojarzył mu się z poczekalnią do śmierci. Dobrodziejstwo dwudziestego pierwszego wieku — humanitarność. Gdyby ktoś z mieszkających tutaj miał umierać na ulicy, nikt by się tym nie przejął, ale nowoczesność zabrania umierać w miejscach publicznych. To brak taktu, lepiej, gdy konających zabierze się do stęchłego od urojeń domku na peryferiach. Może lżej im będzie odchodzić na łóżku niż na bruku, o ile ma to dla nich znaczenie i potrafiliby odróżnić łóżko od chodnika.

Z drugiej strony, smuciło go, że trafiają tutaj, popatrzył na szpetne twarze, pomyślał o brudnych ulicach, o groteskowości, w myślach przewinęła się mała dziewczynka z watą cukrową, a obok staruszka dogorywająca w ostatniej chwili życia. W innym miejscu pomyślał o dwojgu zakochanych i wpatrzonych w siebie, ławka w parku, nieopodal staruszek szukający w majtkach utraconej potencji. Mógł narzekać na brak estetyki, ale z pewnością nie mógł narzekać na brak powodów do ironii oraz groteski. Szybko jednak znużył się myślami o ludziach. Weszli na trzecie piętro, a Ev przekręciła klamkę, stali już w środku.

Po lewej stronie łóżko z białą i wykrochmaloną pościelą. Na przeciwko wejścia okno z widokiem na las. Po prawej stolik, lampka nocna, szafa i dwa krzesła. W kącie umywalka z lustrem.

— Powiedziano mi, że lubi pan samotność- zaczęła Ev, gdy weszli do pokoju — Dlatego, jeśli ma pan ochotę, może pan spędzać większość dnia u siebie. Raczej zabraniamy wychodzić na zewnątrz. Teren dookoła to zielona pustelnia, gdyby ktoś się zgubił, trzeba byłoby zrobić zamieszanie z policją, by ów osobę odnaleźć. Na dole jest salon, kuchnia, mogę pana oprowadzić — powiedziała, patrząc na jego profil.

Nawet nie spojrzał w jej stronę, otworzył aktówkę, wyciągnął kilka zeszytów, dwie książki „Mistrz i Małgorzata” oraz „Fausta cz. I i II”, położył je na stoliku. Obok ustawił blok i przybory do rysowania. Położył się na łóżko, założył ręce za głowę i zamknął oczy.

Popatrzyła na niego i pomyślała „No to mamy arogancika do kolekcji”. Nie wiele zostało w niej z dziewczęcego uczucia, jakie wczoraj doznała. Nikt już nie podwijał jej sukienki, a nie ładnie ignorował jej dobre chęci. Uczuła lekki zawód. Odwróciła się i wyszła. Zamykając drzwi, wydawało jej się, że słyszała jak ktoś mówi

— „Ciekawość można zaspokoić na wiele sposób”.

Przez kilka dni przynosiła mu posiłki, nie jadał z innymi, pokój opuszczał dopiero nocą, by udać się pod prysznic na drugim piętrze, zejść na parter, przespacerować się po holu, odwiedzić salon i wrócić z powrotem do swojego pokoju.

Musiał jednak prosić przełożoną, by nie zamykano jego pokoju, codziennie o godzinie ósmej trzydzieści, gdy pensjonariusze zasypiali, zamykano kluczem ich drzwi od zewnątrz, tak, by nikt nie opuszczał pokoju po zmroku. Chociaż wielu podawano po kolacji środki nasenne, wolano uważać, by nikt nie pałętał się po ośrodku, gdy personel śpi.

Była pora kolacji, popołudniowy deszcze podsycił mgłę, która czołgała się powoli między drzewami. Kładąc tacę z jedzeniem, na stole zobaczyła swój portret narysowany ołówkiem. U dołu był dopisek- „Czy zechciała by się Pani ze mną przejść po okolicy? S.”. Spojrzała na niego, a on z lekkim pytaniem zerknął w jej oczy.

(może reakcja wewnętrzna Ev?

Poczuła niepewność oraz pokusę. Rysunek wywołał u niej skryty zachwyt i jednoczesny podziw dla Skrybiusza, wzbudził ciekawość jego osobą, obawiała się tego pomysłu, nie wiedząc, kim jest. Spacery były zabronione. Przestronny salon na dole był oszklony, gdy pogoda temu sprzyjała, otwierano okna, by pensjonariusze mogli zaczerpnąć powietrza. Wielu było na tyle schorowanych, iż nie mogło się poruszać, przewożono ich na wózkach, bądź zostawiano w pokoju, gdzie dogorywali.

Raz jeszcze zerknęła na Skrybiusza, uśmiechał się lekko, patrząc z niewinnym pytaniem w jej oczy. Przemogła ją dobroć i ciekawość:

— Proszę zjeść, a potem ciepło się ubrać. Wyszła z pokoju.

Schodząc po schodach czuła lekkie mrowienie w brzuchu.

Gdy mieszkańcy dostali swoje sny w tabletkach, poszła ubrać płaszcz. Potem wróciła do pokoju nr 46 i zastała Skrybiusza w palto, z twarzą zatopioną w lekkim świetle księżyca. Stał oparty ramieniem o ścianę, z rękoma w kieszeni. Wzrok miał wyraźny, z odbiciem łuny, która tworzyła spokojną toń chłodu w jego źrenicach. Uśmiechnął się gorzko i jakby niezdarnie. Podszedł do niej, lekko palcami dotykając jej tułowia i wskazał ręką wyjście. Wyszła przodem a on za nią.

Doszli do skraju lasu, starszy pan oparł się o drzewo i pochylił głowę ku ziemi, a młoda kobieta lekko podnosząc oczy, zerkała to na gwiazdy, to na jegomościa. Zdziwiła się, gdy ten wyciągnął srebrną papierośnicę o odpalił papierosa, zaciągnął się dwukrotnie, podniósł głowę ku górze i spoglądał w niebo. Chciała mu coś powiedzieć, ale otaczała go dziwna aura intymności, prywatności, zdawało się jej, że odmłodniał. Być może był to dla niego rytuał, jakaś mała, cicha wyjątkowość, dlatego nie chcąc mu przeszkadzać w tej chwili, zerkała na niego od czasu do czasu.

Czuła pustkę emanującą spod zakrytych cieniem oczu. Ciężar słów, który zwarł usta tak mocno, że nie są w stanie przemówić. Melancholia kobiecej wrażliwości, ta czułość, na złamane skrzydła duszy, nalegała, by objąć swym nikłym ciepłem ten zgorzkniały owoc. Wyczuł jej wzrok na sobie i z wykrzywionym uśmiechem, popatrzył na nią jakby z pokusą.

— Ciekawość można zaspokoić na wiele sposobów, nieprawdaż Ev?

Zdziwiona nagłym głosem ludzkim, szerzej otworzyła oczy, nie mogąc dobrać słów.

— Przepraszam, nie wiedziałam, że potrafi pan mówić.

— Hemingway- „Ludzie uczą się dwa lata mówić, a pięćdziesiąt milczeć”. Ja chyba potrzebowałem dwóch lat, by nauczyć się milczeć i pięćdziesięciu, by nauczyć się mówić. Obawiam się jednak, że życia mi braknie, by po prostu nauczyć się żyć… A ty potrafisz istnieć sobą?

— Zawsze tak niespodziewanie przemawia pan do ludzi?

— Tylko gdy człowiek zrodzi we mnie taką pokusę, dlatego, powiedź Ev, kto zawiesił na twojej twarzy chustę? Od wiatru już przetarta, a ty jej nie zdejmujesz.

— Wracajmy panie Skrybiuszu, moja matka mogłaby się pogniewać, ze w ogóle pan wychodzi na zewnątrz.

— …Tak, na wiele sposobów. Wracajmy zatem, aby nie miała pani nieprzyjemności. Wdzięczny jestem, że zechciałaś mi towarzyszyć, twoja dusza tak lekka, że chwilami czułem tylko własną ramę, bez całego obrazu opływającego w wypukłości formy.

— Czym się pan zajmował, jest pan dobrym oratorem.

— Jeśli milczenie nie nauczyło cię słów, znaczy, że tyko zaniemówiłeś — powiedział z uśmiechem.

Nie rozmawiali w drodze powrotnej. Chwilami zdawało jej się, że ich dialog nie miał miejsca. Zerkała wtedy na niego, a on z przymrożonymi oczyma patrzył na nią spojrzeniem, w którym smutek bił się z ciekawością. Odprowadziła go do pokoju, powiedziała dobranoc i wyszła.

Idąc na górę miała wrażenie, że Skrybiusz wciąż przygląda się jej oczom, idzie za plecami, spoglądając na nerwowe i chaotyczne ruchy. Niepewne kroki, pochyloną głowę, postać coraz wolniej zmierzającą na górę. Gdy pokonała ostatni stopień, usiadła z podkulonymi nogami, oparła się o ścianę i pozwoliła, by rękawy płaszcza ocierały jej policzki z łez.

Po chwili podniosła głowę do góry i powiedziała do siebie:

— Weź się w garść dziewczyno.

Weszła do swojego pokoju, by przygotować się do snu. Miała nadzieję, że uda jej się całkowicie wyzwolić myśli spod ciężaru minionych dni…

Stała koło starej szafy, z której wydobywał się dym. Nie wzlatywał ku górze, ale powoli pełznąc po podłodze zbliżał się do jej stóp. Była sparaliżowana strachem, gryzące ciepło dotknęło jej palców, w nozdrza wdzierał się duszący zapach.

Nie mogła zrobić kroku w tył, zaczęła więc iść przed siebie. Otworzyła drzwi, ujrzała tam panią Wiszerhar, która głaskała jej głowę, z palącymi się włosami. Mocny zapach wdarł się przez nos do umysłu, tak, że poczuła omdlenie. Upadając na podłogę usłyszała tylko głos staruszki:

— Grzechy nie mają ceny, bo ta jest płacą za nagrodę. Ale kary mają swoją wartość…

Dochodziła czwarta nad ranem, gdy zerwała się z łóżka cała rozdygotana. Nie mogła pozbyć się wspomnień o ostatnim spotkaniu z tą nawiedzoną kobieciną. Od pogrzebu, który odbył się miesiąc temu, coraz bardziej zastanawia się, czy z nią wszystko w porządku. Bała się porozmawiać z matką, gdyż ta mogłaby ją wysłać na badania psychiatryczne, a wiedziała dobrze, że tam łatwiej o diagnozę niż uniewinnienie i spokój.

Chciała gdzieś wyjechać, ale od czterech lat ten dom dla obłąkanych był miejscem dla jej duszy. Nie utrzymywała z nikim stałego kontaktu, sporadycznie odzywała się do dawnych znajomych. Pięćdziesiąt trzy miesiące bez życia, choć w ciągłym istnieniu.

3

Zmęczonym ruchem dłoni wzięła tacę ze śniadaniem, by zanieść ją panu Skrybiuszowi. Zastała go leżącego w tej samej pozycji, co zawsze. Z rękoma założonymi za głowę i zamkniętymi oczyma. Ubrany w białą koszulę, czarne kanty, zdawał się ignorować ją z premedytacją.

Położyła posiłek na stoliku, wychodząc miała wrażenie, że usłyszała jak do niej mówi:

— To nie koszmary nas tworzą, a my je kreujemy, Ev.

Zamknęła drzwi udając się do pokoi na pierwszym piętrze, by wymienić pościel. Co prawda, pracowały tutaj dwie kobiety, zajmujące się czystością, ale musiała się czymś zająć. Patrzyła nieobecnym wzrokiem na biel prześcieradeł, pomagało jej to zachować pustkę w głowie.

Chwilami tylko nieświeże kołdry cuciły ją do rzeczywistości, umorusane kałem i uryną, czy innego rodzaju wydzielinami produkowanymi przez ciała staruszków. Nie przyznawała się samej sobie, ale w dziwny sposób, egoistyczny, polubiła ten odurzający aromat, jego intensywność. Lubiła go tym bardziej, o ile po skończonej pracy biegła na górę, by móc się odświeżyć, nałożyć pistacjowy krem tuż pod nozdrza, wdychać go, stanąć przed lustrem i cieszyć ze swojej młodości, gdy nie ma nikogo, kto mógłby jej młodość adorować. Gdy była w gorszej kondycji, dopadały ją myśli o przemijaniu, samotności, wyobraźnia podsuwała obrzydliwe wizje, szybko jednak odpędzała od siebie nieprzyjemny stan, odchylając głowę do tyłu i wirując dookoła. Już dawno spostrzegła, że zdziecinniała mieszkając tutaj, nauczyła się dzięki temu czerpać radość oraz przyjemność z prozaicznych rzeczy, na które w samotności mogła sobie pozwolić.

Dochodziła pora obiadu, schodząc na dół, Ev zdziwiła się nie zauważając pana Henriego. Zanim zeszła do kuchni, szybko wróciła na górę, by sprawdzić pokój staruszka. Był pusty.

Zbagatelizowała to jednak, udając się z powrotem do kuchni, by pomóc przy roznoszeniu posiłków.

Pani Matijas była dzisiaj nieznośna jak małe dziecko. Próbowała krzyczeć, ale zdławiona przez brak sił tylko szeptem okazywała swoje niezadowolenie. Rozdrażniona brakiem zainteresowania zaczęła wypluwać jedzenie z ust, brudząc się przy tym. Jedna z dziewcząt podeszła, by pomóc jej dokończyć posiłek. Nikt jednak nie zauważył pana Henriego. Ev idąc na górę uczuła lekki niepokój, że ów staruszek mógł gdzieś wyjść niepostrzeżenie, chociaż drzwi wejściowe były zamknięte.

Wchodząc do pokoju pana Skrybiusza, spotkała tam pana Henriego. Ze łzami na policzkach, trzymał w ręku portret czternastoletniej dziewczyny z niewinnym spojrzeniem, podobnym do woni kwiatów.

Szeroko otwarte oczy nastolatki, pytające, czy to działo się naprawdę, czy było tylko złym snem o rzeczywistości. Uchwycona w chwili oczekiwania na odpowiedź od kogoś, kogo kocha i komu ufa.

Pan Henri podnosząc się z krzesła, powiedział:

— To był tylko sen, córeczko — po czym wyszedł z pokoju.

Gdy zatrzasnął za sobą drzwi, Ev przelotnie spojrzała na pana Skrybiusza, czując jednoczesną ekscytację oraz coś z pogranicza fascynacji i ciekawości. Niestety, leżał jak zwykle, z maską obojętności na twarzy. Zastanawiała się, czym są bliski smutki w jego oczach, które chwilami można dostrzec.

Kładąc tacę z posiłkiem, ujrzała swój portret na stole. Wyglądała jak ktoś, kto jest w trakcie koszmaru, z którego nie może się wyrwać.

Zaczęła zastanawiać się, czy tak wygląda podczas snu, przemknęło jej przez myśl, że może pan Skrybiusz podglądał ją w nocy, szybko ochłonęła, przecież zawsze zamyka drzwi na klucz.

Niżej rysunku był dopisek: Ev, nie martw się, moja wyobraźnia i obserwacja pozwalają mi na wiele. Zechciałabyś uspokoić swoje myśli podczas wieczornego spaceru? Dzisiaj jest pełnia, obfitość łuny wycisza serce, S.”

Popatrzyła na jego twarz, a on jakby znając odpowiedź, lekko wykrzywił kąciki ust na wzór uśmiechu, po czym dodał cicho:

— Będę czekał na ciebie przy drzwiach wyjściowych.

Zamknął oczy i przestał zwracać uwagę na cokolwiek. Wyszła, cicho zamykając drzwi.

4

Wieczór był chłodny, zbliżał się listopad. Nocne, atramentowe niebo miejscami przyprószone gwiazdami, Ev szła przodem, ubrana w matowy płaszcz. Z rękoma w kieszeni, swobodnym krokiem kierowała się przed siebie, czasem tylko spoglądając do tyłu, by zerknąć, by Skrybiusz również za nią podąża. Rzadko zdarzało się, by wychodziła na spacer, czasami siadała tylko na ławce przed pensjonatem, chcąc się przewietrzyć, nigdy jednak nie oddalała się od ośrodka.

Walcząc chwile z samą sobą oraz rosnącą w niej ciekawością, odwróciła się w stronę Skrybiusza z figlarnym uśmiechem, odezwała się niewinnym głosem:

— W pana kartotece napisano, że jest pan niemową.

— Milczenie wychodzi mi najlepiej — odpowiedział bezbarwnym tonem

— A jednak, rozmawiamy teraz razem, musiał pan również rozmawiać z panem Henrim.

— To on pragnął porozmawiać ze mną, panno Ev, jak wielu ludzi. Nie potrzeba nam tak bardzo słów, co uszu. Patrzę na ludzi tutaj, widzę stare szafy, niedomknięte, dookoła rozrzucone ubrania jak pamiątki, fotografie, zniszczone ramki, szkło, łatwo skaleczyć się w stopę, ale oni już są nieczuli na tak małostkowy ból.

Patrzę również na Ciebie Ev, widzę biała szkatułkę z kości słoniowej, delikatną, subtelną. Czarna nic wystająca z niej, nie pozwala domknąć się wieku. Intrygujesz mnie Ev — powiedział, uśmiechając się szarmancko — wracajmy, nim się zaziębimy — dodał po chwili swoim beznamiętnym, lekko znudzonym głosem.

Wracali w ciszy, zamyśleni. On pogrążony w swojej obojętności, z którą łączył talent poznawczy i analityczne skłonności, Ev rozpamiętywała ich krótką rozmowę, poruszona dogłębnie. W pamięci utkwił uśmiech, który dziwnie wkomponowywał się w chłód jego spojrzenia.

Powolnym krokiem wchodzili na górę, Skrybiusz skręcił w stronę swojego pokoju, odwracając się, powiedział do niej:

— Niewypowiedziana rzeczywistość przemawia w koszmarach, Ev. Nie pokrusz się we własnych snach droga, jesteś dla mnie jak lodowa róża z płatkami ze szronu. Boję się ciebie dotknąć, byś nie zamieniła się w puch… Ale tobie bliżej do popiołu. Dobrej nocy moja miła.

Dziewczyna nic nie odpowiedziała, patrząc przez chwilę na zamknięte drzwi do jego pokoju. Czasami napadał ją nagły lęk przed tym człowiekiem, jakby intuicja szeptała do niej, by uciec od niego, nigdy się nie pokazać, nie zbliżać się. W jej głębi było jednak coś, co bardzo pragnęło poznać bliżej Skrybiusza, niemal wyrywało się w stronę jego opanowania, ignorancji i nieobecności, przy jednoczesnej bystrości, którą skrywał w kącikach oczu.

Będąc na czwartym piętrze, przekroczyła próg pokoju, na chwilę spojrzała na prawo, na drzwi do gabinetu matki, zatrzasnęła drzwi. W łazience zdjęcia ubrania i zmęczonym krokiem udała się do łóżka. Sen szybko nadszedł, wypełniając umysł dziwnego rodzaju wizjami.

Śniła o cmentarzu. Księżyc odbija się w marmurowych nagrobkach, czarne tablice, wąskie alejki.

Stoi nad grobem pani Wiszerhar, w rękach trzyma łopatę. Wyczuwa czyjąś obecność, po prawej stronie postać przypominająca cień, nonszalancki uśmiech, podobny do Skrybiusza.

Zachrypnięty głos, podniecony, lubieżny, mówi do niej:

— Ciekawość można zaspokoić na wiele sposób, Ev.

Coś zmusza ją do rozkopania grobu, usypanego z ziemi i otoczonego kwiatami. Po dłuższej chwili, walce z samą sobą i niewidzialną siłą, uderza o drewniane wieko trumny. Znów słyszy ten sam, chłodny i zachrypnięty głos:

— Oni woleli mówić, posłuchaj staruszki Wiszerhar, posłuchaj co mają do powiedzenia jej karty.

Ev uderza kilkukrotnie w wieko trumny, deski ustępują pod naporem łopaty. Spogląda na postać w niej umieszczoną. To ona, z talią kart i rękoma splecionymi na piersiach. Otwiera oczy, ona, która leży w trumnie, zaczyna mówić niespokojnym tonem:

— Niewypowiedziana rzeczywistość przemawia w koszmarach.

W nozdrza uderza zapach spalonych włosów. W głowie mają jej obrazy, miewa przebłyski czyjejś głowy, którą trzyma w dłoniach, mrok gęstnieje, czuje jego ciężar, nie potrafiąc przeciwstawić się grawitacji, upada na ziemię.

Wpół do czwartej, roztrzęsioną ręką odgarnęła z czoła mokre włosy. Zdezorientowana, zagubiona i samotna, próbowała zwalczyć uczucie nienawiści do samej siebie, które tak nagle pojawiło się w niej, zwalczyć obrzydzenie do pani Wiszerhar. Z mieszanymi odczuciami wspominała cień, który kazał rozkopać jej grób, uśmiechając się jak Skrybiusz.

Próbowała zasnąć, ale dysząc ciężko, przewracała się z boku na bok, gdy tylko zamykała oczy, powracał obraz niej samej, leżącej w trumnie. Dopiero około szóstej udało się jej zasnąć, ale już o ósmej zbudził ją sygnał budzika. Musiała wziąć prysznic, otrząsnąć się po nocnym koszmarze i zejść na dół, by pomóc przy wydawaniu posiłków.

Biorąc już tacę ze śniadaniem, zastanawiała się przez chwilę, czy na pewno chce zanieść ją Skrybiuszowi, czy na pewno chce go wiedzieć. Przemogła się jednak, zdobywając się w głębi na cała stanowczość oraz chłód, by pewnym i spokojnym krokiem wejść do jego pokoju. Poczuła irytację, patrząc po raz kolejny na sylwetkę mężczyzny leżącego na łóżku. Ręce założone za głowę, zamknięte oczy, teraz dodatkowo zauważyła ten dziwny, ledwo widoczny uśmiech szyderstwa na jego twarzy.

Jednak nie mogła zdusić w sobie ciekawości, często rozmyślała nad tym, co też dzieje się w umyśle Skrybiusza, pomimo całej ignorancji, którą na siebie zakładał, przemawiały przez niego mądrość, wyczucie, dziwny rodzaj dostojeństwa.

On natomiast przebywał w szklanym pomieszczeniu, czymś w rodzaju akwarium, na które napiera zielonkawa ciecz, dodatkowo podświetlona od dołu, nadając jej żółtawej poświaty. Siedział wewnątrz tej izolatki, dłonie opierając na fortepianie. Od dawna tutaj nie zaglądał, nie dotykał go, nie grał na nim.

Zrodziło się w nim pragnienie, by przychodzić tutaj codziennie, siadać w bezruchu, medytować, zaistnieć całą egzystencją w tym niewielkim pomieszczeniu, które jest azylem dla jego myśli.

Czuł się ludzki, jednak nie przez emocje, czy sentyment, a przez ich całkowity brak. Jednak wciąż pamiętał ciężar, który zgniótł go niegdyś, pozbawiając człowieczeństwa.

Otworzył oczy, przez chwilę oślepiło go światło, które padało do pokoju przez okno. Mrugnął dwa razy, przekręcił głowę w stronę Ev. Patrzyła na niego z błaganiem w oczach, zadrżała jej warga, policzki, chciała jakoś przebić się przez tą obojętność, teraz tak bardzo chciała by jej wysłuchał, by pozwolił jej mówić, a potem samemu coś doradził, to pragnienie wyrywało się z niej coraz mocniej.

— Cudownie byłoby się wybrać na poranny spacer, chociażby pojutrze — powiedział spokojnym głosem. Poczuć zapach jesieni, nagich drzew, wilgoci, namokniętych liści, które za niedługo przykryje śnieg. Mam nadzieję, że godzina szósta nie jest zbyt wczesna dla Ciebie, Ev.

— Nie wiem panie Skrybiuszu, przecież wie pan, że pensjonariuszom nie wolno opuszczać ośrodka — powiedziała zmęczonym głosem, czując jednocześnie, jakby opadła z niej jakaś kurtyna, zasłona. Zastanawiała się jak to możliwe, że wcześniej od razu zgadzała się na pomysły dotyczące spaceru, wybierała się z nim. Popatrzyła na niego badawczym wzrokiem. Równie dobrze mógłby uciec z ośrodka podczas przechadzki. Odwróciła się do niego plecami, czując, jak narasta w niej lęk do Skrybiusza, wyszła szybkim krokiem, nie zamykając nawet drzwi.

5

Było kilka minut po szóstej, gdy dwie postaci wyłoniły się zza drzwi od pensjonatu, pierwsza w jasnym, kobiecym płaszczu, czmychnęła pomiędzy filarami, by niepewnie stawiać kroki na kamienistym podjeździe. Druga, w czarnym prochowcu, spokojnym krokiem podążała za tą pierwszą. Kierowali się w stronę lasu.

Milczenie przerwał głos mężczyzny:

— Ludzie są jak drzewa — zaczął zamyślonym tonem- Skryci za smukła poświatą, która nie ustępuje. Możesz łamać gałęzi, a drzewo wciąż będzie rosnąc, nawet, gdy pozostanie tylko pień jako kikut, pozbaw jednaj je korzeni, a upadnie, jak wszyscy.

Ev czuła lekką niepewność i obawę, może zawstydzenie. Czując, że Skrybiusz, przekazuje jej coś ważnego, ona nie miała pojęcia, co takiego do niej mówi, niepewnie zapytała:

— Dlaczego mi pan o tym mówi?

— Bo ty, moja droga, nie jesteś drzewem, a mgłą. Patrząc na ciebie, zastanawiam się, czy nie odczuwasz lęku przed mocnym podmuchem wiatru, który rozedrze cię na wszystkie strony, rozszarpie, a ty bezradna, patrzeć będziesz mogła na zlewające się z przestrzeni skrawki własnej osoby.

Zadrżała w środku, coraz bardziej tracąc pewność, szli obok siebie, a ona bała się na niego spojrzeć. Chwilami miała ogromną chęć porozmawiania, ale to Skrybiusz wybierał porę na spacer, tym samym, on decydował, kiedy będą rozmawiać. Wczoraj, wieczorem przygotowywała się na rozmowę z nim, chciała mu o czymś opowiedzieć, ale teraz czuła, że jest w rozsypce, by odwrócić temat od siebie, zapytała go:

— A pan kim jest?

— Ja jestem drzewem bez swojej mgły, a może samym już tylko pniem — powiedział gorzkim tonem.

— A kto obciął panu gałęzie?

— Czas podcina skrzydła, czas goi rany, czas nie zna litości, czas biegnie nieubłaganie. Ludzie zabijają czas, trwonią, wykorzystują. Potrafią zrobić z czasem wszystko, poza jednym, nie potrafią go zawrócić.

To nie upływ czasu nas przeraża, w działaniu paraliżuje nas to, że czas potrafi iść tylko do przodu,

a ludzie czasami lubią przystanąć. A my wracajmy, nim zrobi się widno i ktoś zacznie nas szukać.

— Pan chciałby cofnąć swój czas, zatrzymać go?

— Ja swojego już nie posiadam, droga Ev. Mój czas przestał istnieć, zostawiając mnie, zatrzaśniętego w tej przestrzeni, w wymiarze. Zostawił mnie tutaj, w rzeczywistości, samemu odchodząc i śmiejąc się szyderczym głosem. Wracajmy powoli — dorzucił, a Ev wydawało się, że widziała jak drżą mu źrenice, które skrył pod powiekami, może bał się uronić łzy?

Ciekawiło ją, co takiego miał na myśli, chwilami tylko mówiła sobie, że chociaż jest inteligentny, spora część jego życia i myśli, może być przejaskrawiona przez fantazję. Przecież jest mieszkańcem pensjonatu, musiał trafić tutaj z konkretnych przyczyn. Mógł być kiedyś artystą, wieść bujne życie, które go złamało, rzucając do tego kotła na spróchniałe człowieczeństwo.

Szli spokojnym krokiem nie odzywając się już do siebie. Ev czasem zerkała na jego twarz, ale znowu wydawała się obojętna, odległa, podobnie jak nieobecne było spojrzenie, chociaż wydawało się trzeźwe, przejrzyste.

Zbliżała się godzina siódma trzydzieści, Ev mijała trzecie piętro, by udać się do swojego pokoju, Skrybiusz wchodził do swojego, spojrzał na nią i powiedział głośniejszym tonem:

— Kiedyś potrafiłem utrzymać w mgłę w dłoniach, teraz już tylko mgła potrafi podtrzymać moje ręce — odwróciła głowę, na moment uchwyciła jego bezradne spojrzenie, które na nowo ustąpiło miejsca obojętności, zamknął drzwi, a ona, rozdarta i roztrzęsiona udała się do swojego pokoju.

Zastanawiała się, czy Skrybiusz ściągnie płaszcz, zawiesi go w szafie, po czym położy się na łóżku, by zastygnąć w ulubionej pozie.

On tymczasem otworzył jeden z zeszytów i zaczął coś notować. To miejsce pozwalało mu całkowicie poświęcić się zajęciom, którym hołdował. Ten domek na peryferiach był idealny. Po zapisaniu kilku rzeczy zamknął czy, pierwszy raz od dawna nie powracał do szklanej sali z fortepianem, udał się do starego gabinetu, gdzie szukał zapisków sprzed lat.

Po chwili przeglądania szuflady w ciemnobrązowym biurku, odnalazł to, co go interesowało.

Mógł spokojnie rozpocząć rysowanie portretu córki pana Henriego. Zastanawiał się, czy nie powinien wręczyć mu prezentu już teraz, ale stwierdził, że najpierw musi nieco pomóc Ev, powinna zrozumieć kilka rzeczy, które ułatwią jej dalszy powrót do swoich korzeni. Później porozmawia z panem Henrim, staruszek zapewne płakać będzie ze szczęścia.