Kosmopolska i Kosmopolacy. W poszukiwaniu europejskiego domu. Eseje - Artur Becker - ebook

Kosmopolska i Kosmopolacy. W poszukiwaniu europejskiego domu. Eseje ebook

Becker Artur

0,0

Opis

,,Kosmopolska i Kosmopolacy. W poszukiwaniu europejskiego domu to nie wtłoczona między okładki silva rerum, lecz przy całej różnorodności podejmowanych w niej tematów książka wewnętrznie spójna, zrodzona mianowicie z jednego podstawowego pragnienia (wy)tłumaczenia niemieckim czytelnikom polskich kodów kulturowych, historiozoficznych wizji i narodowych mitologii, mentalnych dyspozycji Polaków, ich idiosynkrazji, co autor czyni, dobrze wiedząc o tym, że samo geograficzne sąsiedztwo nie gwarantuje jeszcze skutecznej komunikacji.
Artur Becker znajduje „miejsce duchowej harmonii” będącej podstawą spełnienia w życiu, w mitycznej Kosmopolsce, gdzie może stać się „obywatelem świata”. To propozycja człowieka wolnego dla ludzi wolnych, otwartych, pozbawionych potrzeb odgradzania się od innych i narodowych kompleksów.
I na koniec – last but not least: to książka bardzo dzisiaj aktualna w Polsce, gdzie trwa bezpardonowa walka o naszą tożsamość: narodową, religijną, a nawet płciową. Oświeceniowa wersja polskości, bo również za taką można uznać ofertę kosmopolskości Artura Beckera, polskości otwartej, przyjaznej ludziom innych nacji i religii, mądrej dorobkiem myśli europejskiej jest projektem – i naszą szansą na XXI wiek''.
Prof. Marek Zybura – fragment Wstępu
Artur Becker urodził się w 1968 r. w Bartoszycach. W 1985 r. wyjechał na stałe do Niemiec. Pisze w języku niemieckim powieści, opowiadania, wiersze i eseje, regularnie publikuje we „Frankfurter Rundschau”, także tłumaczy. Większość jego powieści związana jest tematycznie z Warmią i Mazurami. W Niemczech opublikował do tej pory kilkanaście powieści, nowele oraz tomiki wierszy. Ostatnio ukazały się: Kosmopolen. Auf der Suche nach einem europäischen ZuhauseEssays (weissbooks.w, Frankfurt am Main 2016), Der unsterbliche Mr. LindleyHotelroman (weissbooks.w, Frankfurt am Main 2018), Drang nach OstenRoman (weissbooks.w, Frankfurt am Main 2019). W Polsce ukazały się dotychczas  dwie z jego powieści:  Kino Muza (Borussia, Olsztyn 2009) oraz Nóż w wódzie. Pieśń o topielcach (Borussia, Olsztyn 2013). Artur Becker jest członkiem niemieckiego PEN Clubu, wielokrotnie nagradzanym za swoją twórczość, m.in. prestiżową nagrodą im. Adelberta von Chamisso oraz nagrodą DIALOG.
arturbecker.de
Zdanie „Gdyby nie było Artura Beckera, należałoby go wymyślić” jest mało oryginalne, ale mimo to wydaje mi się odpowiednie, aby docenić publicystyczną i eseistyczną twórczość Artura Beckera.
Artur Becker znany był nam dotychczas jako autor opowiadań i powieści. Jednakże ten niezwyczajny wędrowiec – pomiędzy swoją niegdysiejszą ojczyzną Polską a nową – Niemcami, obdarowuje nas od lat nie tylko swoimi wierszami i prozą, ale także tuzinami recenzji oraz esejów, w których stara się przekazać swoim czytelnikom polskie dziedzictwo. Nie, nie przekazać. Artur Becker jest misjonarzem przekonanym i niemalże opętanym zadaniem uświadomienia swoim niemieckim czytelnikom, iż ich wizja świata pozostanie niepełna, jeśli nie przyjmą do wiadomości doświadczeń swoich polskich sąsiadów i nie włączą ich do swojej wizji świata. Realizując tę misję, udaje się on na zaminowany teren polsko-niemieckiej pamięci odnoszącej się do historii. Suwerennie i odważnie pokazuje zarówno Niemcom, jak i Polakom wyjście z domniemanej wrogości przekazywanej z pokolenia na pokolenie i odwołuje się do tego, co wspólne, do tego, co łączy ponad narodowym zaślepieniem pamięci.
Manfred Mack.
Niemiecki Instytut Spraw Polskich, Darmstadt

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 640

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Niektóre teksty z tego zbioru były publikowane – przeważnie między 2006 a 2015 rokiem – w prasie codziennej, głównie we „Frankfurter Rundschau”.

Autor dziękuje swemu przyjacielowi i redaktorowi Berndowi Gosauowi.

Autor dziękuje także swoim przyjaciołom Bogusławowi Chrabocie i Dorocie Chrabocie za życzliwe wsparcie druku niniejszej książki.

Specjalne podziękowania należą się pani Magdalenie Kardach za opiekę nad publikacją.

Szczególne podziękowania należą się Instytutowi Goethego, którego życzliwe wsparcie umożliwiło przekład na język polski niniejszego zbioru esejów.

W wydaniu polskim dołączono za zgodą autora cztery eseje:

Nasza kosmopolis

Człowiek jako surowiec

Karawana poezji w Chile

Pocztówka z Rovigo

Dla Magdaleny

„Zgubiło się pokolenie. Także miasta. Narody.

Ale to trochę później. Tymczasem w oknie jaskółka

Odprawia obrzęd sekundy. Ten chłopiec, czy już podejrzewa,

Że piękność zawsze nie tu i zawsze kłamliwa?”

Czesław Miłosz, II. Pamiętnik naturalisty,

w: Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada (1974)

„Jest to jeden z najstraszniejszych błędów szarego człowieka,

wierzyć w ostateczność życia

i od poczucia niewoli życia uwolnić się w śmierci”

Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy (1934)

Wstęp

Marek Zybura

Zbieranie tekstów, różnych, bo pisanychw różnych latachi z różnych okazji, a przy tym różnych swoją substancjalną wagą, w jedną książkę jest przedsięwzięciem ryzykownym, jeżeli nie ma być to jedynie tom, o którego książkowym statusie świadczyć będą tylko okładki. Muszę od tego zastrzeżenia wyjść, skoro Kosmopolskai Kosmopolacy są tomem dokumentującym pisarską aktywność autora – tę nieznaną nam z jego powieści, opowiadań i wierszy – na łamach prasyw dekadzie lat poprzedzającej jej niemieckie wydanie w 2016 roku. A skoro mowa o spektrum uprawianej przez autora twórczości, to zanim wrócimy do Kosmopolskii Kosmopolaków, zatrzymajmy się przez chwilę przy nim samym.

Artur Becker, urodzony i socjalizowanyw Polsce, niewątpliwie jednaz najbardziej rozpoznawalnych postaci w krajobrazie współczesnej literatury niemieckiej, którą obdarzył już blisko dwudziestoma książkami, ma status w Polscei w Niemczech szczególny. W Polsce przedziwną rzeczy koleją nie zaistniał dotąd tak, jak zasługiwałaby na to ranga, a przede wszystkim problematyka jego pisarstwa. Płodny pisarz znany jest tu raptem z dwóch powieści: Kina Muza (2009) i Noża w wódzie (2013) – i to wydanych w niszowym raczej Wydawnictwie Borussia, choć ze względu na pochodzenie autora z pogranicza Warmii i Mazur, wydawałoby się w pierwszej chwili, że jak najbardziej odpowiednim. Ale już inny emigrant z Polski (który osiadł nie w Niemczech, a w Austrii) Radek Knapp, o daleko skromniejszym dorobku literackim, wydawany jednak przez rzutkie wydawnictwo Sonia Draga, jest w kraju pochodzenia autorem daleko szerzej znanym, dyskutowanym przez krytykę literacką, ekranizowanym. Cóż, habent sua fata libelli, w których to losach mają swój udział nie tylko wydawnictwa, ale i na przykład kunszt tłumaczy...

W obszarze języka niemieckiego (bo przecież nie tylko w Niemczech) Artur Becker funkcjonuje jako pisarz w ramach zjawiska określanego przez krytykę literacką, a zwłaszcza uniwersytecką germanistykę rozmaicie, dzisiaj najczęściej jako literatura (i)migracyjna, co oznacza twórczość autorów z tak zwanym tłem migracyjnym, których jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych (kiedy wyjeżdżał do Niemiec) nazywano tam dosyć nieporadnie „literackimi gastarbeiterami” (Gastarbeiterliteratur). Może tow pierwszej chwili dziwić, bo w odróżnieniu do Polski, dzisiaj literacko homogenicznej (konia z rzędem temu, kto urodzony tu po 1989 roku będzie wiedział, że był w Polscepo wojnie poczytny polski pisarz nazwiskiem Nikos Chadzinikolau), mają współczesne literatury niemieckojęzyczne trwałe już oblicze interkulturowe, więc takie rozróżnianie między literaturą niemiecką (austriacką, niemiecko-szwajcarską) a literaturą piszących tampo niemiecku imigrantów przypomina trochę dzielenie włosa na czworo. Nie mają z tym problemów czytelnicy Beckera w krajach niemieckich, rozchwytujący każdą nową książkę pisarza i tłumnie szturmujący spotkania autorskie z nim. Biedzą się z nazwaniem tego zjawiska i jego pojęciową analizą jedynie „uczeni w piśmie”, wspomniani literaturoznawcy i krytycy, którzy z rzadka tylko piszą o nim wprost jako o „pisarzu niemieckim”, określając go daleko częściej jako „pisarza niemieckiego polskiego pochodzenia” lub zajmując politycznie, w swoim mniemaniu, bardziej poprawne stanowisko – jako „autora niemiecko-polskiego”.

Sam Artur Becker zajmuje w tej materii jasne stanowisko, deklarując się jako „polski pisarz piszący po niemiecku”. I nie przeszkadza mu, że podchwytujący tę deklarację krytycy dodają niekiedy: ale ze „słowiańskim flairem”..., co jedni uważają za mankament, drudzyza zaletę. Takie stanowisko pisarza (któremu słowiański „flair” czy „ton” nie przeszkadza) bierze się z faktu, że jak wyznaje, jego „bogowie byli polscy – Miłosz, Gombrowicz”... I bogom tym (a tak naprawdę całemu ich polskiemu panteonowi, o czym świadczy niniejszy tom) dochowuje wierności do dzisiaj. Stąd nie przeszkadza mu wpisywanie jego twórczości przez krytykę w kontekst literatury (i)migracyjnej – „innej literatury niemieckiej”, jak się ją dzisiaj dyplomatyczniej nazywa (choć brzmi to dziwacznie) – czy jeszcze inaczej: w „literaturę (po)mostów” (Brückenliteratur). Akurat tej ostatniej atrybucji Artur Becker nie uważa za stereotypową etykietkę, lecz traktuje ją całkiem serio jako swój program pisarza i intelektualisty, który świadomie wchodziw rolę tłumacza-pośrednika (w rozumieniu Richarda Rorty’ego) w literacko-kulturowym dialogu świata swoich polskich bogów z niemieckim kręgiem językowym, w którym żyje i tworzy. I tak, jako „łącznik między Polską a Niemcami”, jestw swojej drugiej ojczyźnie postrzegany. Podobnie zresztą jak odbierani są tam inni pisarscy pośrednicy: Gino Carmine Chiellino w odniesieniu do Włoch czy do Turcji Zafer Şenocak.

Wydanaw 2016 roku książka Kosmopolen (copo niemiecku może oznaczać i Kosmopolskę, i Kosmopolaków) ten jego status w Niemczech wyraziście podkreśliła i ugruntowała. Publikowane przez lata tu i tam teksty dopiero zebrane razem uświadomiły zaskoczonym czytelnikom, że znany powieściopisarz i poeta to także wytrawny eseista, którego „eseje czyta się ze zdumieniem i zawszez przyjemnością”, jak to odnotował pisarz Steffen Kopetzky. Okazało się przede wszystkim, że Kosmopolska i Kosmopolacy. W poszukiwaniu europejskiego domu to nie wtłoczona między okładki silva rerum, lecz przy całej różnorodności podejmowanych w niej tematów książka wewnętrznie spójna, zrodzona mianowicie z jednego podstawowego pragnienia (wy)tłumaczenia niemieckim czytelnikom polskich kodów kulturowych, historiozoficznych wizji i narodowych mitologii, mentalnych dyspozycji Polaków, ich idiosynkrazji, co autor czyni, dobrze wiedząc o tym, że samo geograficzne sąsiedztwo nie gwarantuje jeszcze skutecznej komunikacji. Książkę przyjęto w Niemczechz entuzjazmem, którego miarą było kilkadziesiąt recenzjii wieńcząca je puenta Manfreda Macka z Deutsches Polen-Institut w Darmstadt: „Gdyby Artura Beckera nie było, to należałoby go wymyślić”.

„Zdumienie” Steffena Kopetzky’ego (nie jego jednego zresztą przy tej lekturze) bierze się z faktu asymetrii w zainteresowaniu sobą przez Niemców i Polaków (będącej rezultatem wspomnianych trudności komunikacyjnych), z powodu której elementy kulturowego habitusu Polaka – wydawałoby się, że oczywiste – wymagają po drugiej stronie Odry informacji i wyjaśniania. Stąd Artur Becker wyjaśnia je z namiętnością graniczącą czasem niemal z misyjnym zapałem sprawiającym, że naeseje te nakłada się miejscami firnis politycznej nieledwie publicystyki – w czym nie widzę ich wady, lecz przejaw nieliczącego się z wymogami tak zwanej politycznej poprawności pisarskiego temperamentu autora. À propos: czekać teraz będę na następny tom jego esejów, ciekawy, jak skomentuje zmieniające Polskę (powoli, ale bezsprzecznie) – taką, jaką w swojej książce tłumaczy niemieckim czytelnikom – rządy jedynie „prawej i sprawiedliwej partii”, o której wyborczy sukces z 2015 roku zdążył w niej jedynie zahaczyć...

Życie w przeciągu kultur, języków i narodów może rodzić tożsamościowe problemy, nawet jeśli egzystencjalną sytuację funkcjonowania „między / dwoma / światami” usiłuje się wygrać do przerzucania mostów między nimi, bowiem to bycie pomiędzy może być także czasem „środkiem / nieskończonej / samotności” – gdy „most pęka / może mnie rozerwać / na pół”, jak pisze o tym w swoim wierszu Brzemię dwóch światów inny niemiecki pisarz z tłem migracyjnym, Nevfel Cumart (tłum. Dorota Zimecka). Szukając wyjścia z tego przeciągu, Artur Becker znajduje „miejsce duchowej harmonii” będącej podstawą spełnienia w życiu, w mitycznej Kosmopolsce, gdzie może stać się „obywatelem świata”. Nawiązując do idei Andrzeja Bobkowskiego, rozwija propozycję „budowania nowej tożsamości na emigracji”, odrzucając narodowe przyporządkowania, choć „bez wyrzekania się kraju ojczystego i wypierania się swego pochodzenia”. To propozycja człowieka wolnego dla ludzi wolnych, otwartych, pozbawionych potrzeb odgradzania się od innych i narodowych kompleksów. Czyż nie jest tak, że wczasach naszego współczesnego nomadyzmu odkrywamy, iż „narodowe literatury są nonsensem”, jak trochę z radykalną przekorą stwierdza pisarz? Bo jak na przykład w kategoriach narodowych sklasyfikować twórczość Aysel Özakin, która mieszkając w Turcji, pisała po turecku, w Niemczechpo niemiecku, a teraz, mieszkając w Anglii, piszepo angielsku? Kosmopolska – oferta Artura Beckera – jest otwarta: Polak może nie być Kosmopolakiem, a może zostać nim Niemiec. Pisarz Eric Giebel stwierdził po lekturze książki: ta „próba zlokalizowania Kosmopolski, w której można wieść spełnione życie, budzi we mnie pragnienie, aby przez filtr tego osobliwego kraju przyjrzeć się swojej własnej tożsamości jako człowiek, Niemiec i pisarz. Propozycja Beckera to zaproszenie”. I tak oto Kosmopolska zdobywa nowych obywateli.

Dobrze się stało,że książka podejmująca tak ważne w twórczości autoraDer Dadajsee zagadnienie tożsamości ukazuje się przed polskimi wydaniami jego pozostałych utworów, których wspomniane na początku dwie powieści są na razie skromną zapowiedzią. Lektura tych esejów przygotuje intelektualnie czytelników na odbiór powieści i opowiadań, których akcja rozgrywa się najczęściej w kulturowo-narodowymi językowym tyglu polsko-niemieckiego pogranicza ziem Warmii i Mazur lub w środowisku emigrantów z tej Itaki pisarza.

I na koniec – last but not least: to książka bardzo dzisiaj aktualna w Polsce, gdzie trwa bezpardonowa walka o naszą tożsamość: narodową, religijną, a nawet płciową. Oświeceniowa wersja polskości, bo również za taką można uznać ofertę kosmopolskości Artura Beckera, polskości otwartej, przyjaznej ludziom innych nacji i religii, mądrej dorobkiem myśli europejskiej, jest projektem – i naszą szansą na XXI wiek. Bodajże jedyną, bowiem jeśli wróci tu wieszczony przez populistycznych polityków NARÓD, czyli zrealizowany zostanie ich polityczny, generowany popłuczynami romantycznego mesjanizmu sen o potędze etnicznej, to sami wypchniemy się z orbity Europy – i to definitywnie. Jak pisze Yuval Noah Harari, którego Homo deus. Krótka historia jutra także ukazuje się właśnie w Polsce: „Narody to [tylko] historie wymyślone przez ludzi do zrealizowania konkretnych celów w określonych warunkach technologicznych”. Opowieści narodowe odchodzą w przeszłość, którego to procesu można oczywiście z rozmysłem nie dostrzegać, ale nie da się go powstrzymać. Trzy wieki temu polski „naród szlachecki” też nie przyjmował do wiadomości – z wiadomym dla Rzeczypospolitej skutkiem – że „absolutum dominium” to nie polityczny Belzebub, lecz monarchiczna forma rządów, do której będzie należeć przyszłość w tej części Europy.

Jakże przenikliwai aktualna jawi się dzisiaj refleksja Fryderyka Nietzschego z Poza dobrem i złem (1886), myśliciela, z którym Artur Becker dyskutuje często i chętnie, notującego wówczas w obliczu agresywnych narodowych szowinizmów: „Wskutek patologicznego wyobcowania, jakie nacjonalistyczny obłęd zrodził i wciąż jeszcze rodzi wśród ludów Europy, dzięki krótkowzrocznym, ale szybkim w działaniach politykom, których obłęd ten wyniósł do władzy, a którzy w ogóle nie przeczuwają, że uprawiana przez nich odśrodkowa polityka pozostać musi z konieczności tylko polityką tymczasową – wskutek tego wszystkiego (i innych jeszcze rzeczy, o których mówić dzisiaj nie sposób) ignorowane są teraz z rozmysłem, lub kłamliwie przeinaczane, jak najbardziej jednoznaczne oznaki dowodzące, że Europa pragnie stać się jednością. Wszystkie głębsze umysły tego stulecia, obdarzone rozleglejszymi horyzontami, skupiały tajemną pracę swoich dusz na tym jednym wspólnym zadaniu, aby wypracować drogę do owej nowej syntezy”. Taką syntezę, czego Nietzsche już nie doczekał, Europejczycy wypracowali w drugiej połowie XX wieku i nie wolno nam jej teraz zaprzepaścić.

2018

I.

Zapis podróży

Pociągiem przez Niemcy

Przełożył Dariusz Muszer

„Nie kochaj żadnego kraju: kraje łatwo giną”

Czesław Miłosz

Latem 1951 roku polski poeta Czesław Miłosz (1911–2004) wyruszył w drogę z Paryża do La Combe-de-Lancey w Alpach, pewnej mieściny niedaleko Grenoble, aby odwiedzić zamieszkałego tam Stanisława Vincenza (1888–1971), innego wielkiego uchodźcę, a przede wszystkim starego i mądrego człowieka. Miłosz bowiem jeszcze na początku tegoż roku, dając za wygraną, rzucił ręcznik na ring w polskiej ambasadzie w Paryżu i zamieszkał w siedzibie emigracyjnego pisma „Kultura”, przeniesionego jeszcze w 1947 roku z Rzymu na paryskie przedmieścia, do Maisons-Laffitte. Można by powiedzieć: poeta ten stał się świeżo upieczonym Kosmopolakiem i – szczególnie z punktu widzenia komunistycznych władców – zdrajcą.

To jego wydawca, publicysta Jerzy Giedroyc (1906–2000), wpadł na pomysł, aby czterdziestolatka wyprawić do Vincenza, jako że Miłosz i tak nigdzie nie mógł zagrzać miejsca: był kłębkiem nerwów i terroryzował swoją rozpaczą oraz czarnowidztwem nie tylko samego Giedroycia, lecz również wszystkich pozostałych współpracowników i przyjaciół „Kultury”, jak na przykład Józefa Czapskiego czy Zofię Hertz. Janina, żona Miłosza, przebywała nadal z Piotrem, wspólnym synem pary, w Stanach Zjednoczonych, gdzie wcześniej jej mąż przez pięć długich lat pracował w służbie dyplomatycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, a sam poeta czynił sobie wyrzuty, że wpędził rodzinę w poważne tarapaty, jako że nie dysponował teraz żadnym stałym dochodem. Swojej ucieczki ku wolności – do zachodniego azylu – nie odczuwał jako wyzwolenia, a polityczne, literackie i egzystencjalne konsekwencje tej decyzji spędzały mu sen z oczu.

Giedroyc postąpił mądrze, postanawiając wysłać swego autora do Mistrza Vincenza, znawcy Huculszczyzny w Karpatach i miłośnika antyku, gawędziarza i sokratyka, specjalisty od Homera i eseisty, tłumacza Dostojewskiego i filozofa. Starszy o dwadzieścia trzy lata Vincenz był prawdziwym pasterzem i namiętnym wielbicielem natury, używającym przedchrześcijańskiej literatury i filozofii jako broni przeciwko nowoczesnemu nihilizmowi, człowiekiem głoszącym pochwałę życia i jego piękna.

Odkąd Miłosz wybrał wolność, uciekając przed indoktrynacją komunistów i ich „nową wiarą”, sprawiał wrażenie, jakby złożyła go ciężka choroba. Myślał nawet o samobójstwie i czuł się jak renegat; poecie nie wolno wszak zostawiać własnego narodu na pastwę losu, co też jego, człowieka o wyostrzonym poczuciu obowiązku, mocno przygnębiało.

Lewica we Francji – przykładowo Jean-Paul Sartre czy później Pablo Neruda – odrzucała kategorycznie Miłosza. Decydującą przyczyną tej dezaprobaty było niewątpliwie opublikowanie przez niego słynnego tomu esejów Zniewolony umysł, w którym to przeprowadzona została bezlitosna wiwisekcja psychologicznych zachowań intelektualistów w okresie stalinizmu. Dystrybucję książki zręcznie zakłócał Gallimard, co spowodowało, że Miłosz nigdy już więcej nie chciał drukować czegokolwiek w tymże wydawnictwie. Ze strony Polaków skupionych wokół rządu emigracyjnego w Londynie zdrajcę Miłosza spotkało to samo co ze strony komunistów – tylko słowa pogardy; napisano o nim w tym czasie mnóstwo paszkwili, co oznacza, że zarówno marksiści, jak i antykomuniści – choćby taki Sergiusz Piasecki (1901–1964) – rozglądali się za kijem, aby przyłożyć nim urodzonemu na Litwie byłemu dyplomacie stalinowskiego reżimu, który przeszedł na stronę wroga, pomimo że pozostawał on dla wielu jednym z najważniejszych polskich poetów ówczesnej doby. W każdym razie z Miłoszem łączono nadzieje na bliski powrót wielkiej polskiej poezji narodowej, porównywalnej z tą, jaką niegdyś tworzył Adam Mickiewicz.

Ostatecznie wydarzył się cud: dzięki wizytom u Vincenza i wymianie z nim listów Miłosz rzeczywiście odzyskał spokój; wygnaniec i ścigany powrócił z wolna do swej dawnej kondycji pisarskiej, aczkolwiek w tych burzliwych dla niego latach pięćdziesiątych częstokroć nie był w stanie pisać wierszy. Proza i eseje wychodziły jak zwykle lekko spod jego pióra, liryka jednakże przez nieomal całe dziesięciolecie broniła się niezachwianie. W tym ciężkim okresie autorowi Zniewolonego umysłu wiersze udawało się tworzyć tylko z ogromnym trudem.

Jakież to lekarstwo zastosował ten stary człowiek, nazywany przez Miłosza z rosyjska prafiesorem, zapraszający do siebie do domu młodych ludzi w celu wspólnego studiowania tekstów Platona, aby uleczyć udręczoną duszę swojego pacjenta?

„Chciałabym bardzo, żeby Bóg Ojciec był podobny do Stanisława Vincenza. Czułabym się wtedy bezpieczna wszędzie, a nie tylko w jego domu, gdzie zawsze sypiałam mocniej niż gdziekolwiek indziej” – powiedziała kiedyś filozofka Jeanne Hersch, uczennica Karla Jaspersa, z którą Miłosza łączyła nie tylko długoletnia przyjaźń intelektualna, ale także romans. Ten stary człowiek mógłby zatem swojemu wybitnie uzdolnionemu pacjentowi dać na drogę na przykład coś takiego: „Każdy człowiek powinien mieć jakiś dom! Miłosz, pan musisz poszukać sobie jakiegoś miejsca, gdzie będziesz pan w domu. I jeszcze jedno: widzisz pan tamte wzgórza? I kamienie? I trawę, co tutaj rośnie? Niechże pan nigdy nie zapomina: to nie są żadne francuskie wzgórza i kamienie, a także trawa ta nie jest wcale francuska! Natura nie należy ani do narodów, ani do żadnego człowieka...”. Balsam tej filozofii, a nie tylko słowa pociechy Vincenza, zadziałał świetnie; Miłosz, stracony poeta, cierpiący na emigracji z powodu wyobcowania mocniej niż ktokolwiek inny, napisał jeszcze w 1951 roku wiersz Mittelbergheim, a później ontologicznie kongenialny Notatnik: Bon nad Lemanem. Moment wieczny oraz stoicki spokój bezimiennego wędrowca stojącego na brzegu rzeki i przypatrującego się, jak upływa czas, jak przemija jedna historia i jak powstaje nowa, zostały w końcu odnalezione.

Dlaczego jednak opowiadam o tym wszystkim? Spróbuję to wyjaśnić.

*

Podobno wykorzenienie jest jednym z najgorszych niebezpieczeństw dla naszej duszy, a C.G. Jung utrzymywał nawet, że człowiek bez religii popada w chorobę – musi mieć coś, w co mógłby wierzyć. Naturalnie, że istnieją tacy bogowie, którym lepiej wcale nie ufać. Należy stale dokładnie sprawdzać, w kogo i w co się wierzy. Każdy jest przy tym oczywiście wolny i może robić, co mu się żywnie podoba. Bowiem wolność, obok miłości, jest najsilniejszą bronią człowieka przeciwko każdemu egzystencjalnemu zwątpieniu, i nie na darmo Nikołaj A. Bierdiajew (1874–1948) wydał opinię o antropocentrycznej literaturze Dostojewskiego, twierdząc, że przede wszystkim zajmuje się ona roztrząsaniem pojęcia wolności na wszystkich możliwych poziomach. Wolność funkcjonuje u Dostojewskiego jako początek zarówno zła, jak i dobra. To jednostka podejmuje decyzję, w którą stronę pójdzie.

Antropocentryzm Dostojewskiego był dla psychologii i filozofii XX wieku nie lada gratką, czymś w rodzaju żerowiska. Stąd też Sartre’owi przyszło dość łatwo stwierdzenie, że człowiek jest skazany na wolność, przez co uczynił go, człowieka, kowalem swego losu. Wtedy już bez trudu można było odważyć się na zrobienie następnego kroku i wypowiedzenie słów: „Piekło to inni”.

I tak to ateiści wierzą w nauki Bertranda Russella czy Richarda Dawkinsa, w darwinizm i w niewzruszony logos człowieka, który według nich nie potrzebuje brodatego Ojca w niebie, ponieważ homo sapiens sam z siebie dobrze wie, co przystoi, a co nie, przez co staje się jasne, że dłużej nie powinien pozostawać więźniem szafarza i stwórcy światów. Ateiści twierdzą, że historia człowieczego ducha i świadomości zaczęła się w punkcie zerowym i że od tego czasu stale się poszerza i rozwija, stąd też możemy dowiadywać się coraz więcej o jestestwie, o bycie w uniwersum. Jest to progresywny sposób postrzegania historii, spotykany także u heretyckich teologów, na przykład u Orygenesa lub Teilharda de Chardin, którzy ludzkiemu duchowi i Stworzeniu przepowiadali nieustanny postęp, aż do osiągnięcia doskonałości, a tym samym zbawienia.

Lecz nawet ateiści muszą w coś wierzyć (co z kolei mnie nieco uspokaja).

A w co wierzę ja? I co trzyma mnie przy życiu? Niekiedy wierzę w Boga, innym razem nigdzie nie mogę Go odnaleźć. Wtedy jestem zagubiony, staję się ateistą. W takich chwilach zaczynam na nowo czytać teologiczne dzieła. Albo sięgam bardzo głęboko do tajemniczej skrzyni ze skarbami naszej historii kultury i wydobywam z niej Swedenborga, Jakuba Böhme albo gnostyczne pisma. Od czasu do czasu bywam z kolei w stu procentach pewny, że zbawienie istnieje i że logos w naszym świecie pochodzi od Boga. Gdy ma to miejsce, myślę od razu, że nie ma już potrzeby łamać sobie głowy tym, co przyniesie nam przyszłość. Ból, wynikający z tego, że nie jesteśmy nawet w stanie wyobrazić sobie nieskończoności czy wieczności, natychmiast znika.

Byłem, tak czy owak, zawsze przekonany o tym, że gdzieś w uniwersum – a być może tylko w nas samych – musi istnieć jakieś miejsce, gdzie nie złorzeczy się już Stworzeniu, nie uskarża się na nie. W tymże to miejscu choroby i śmierć nie mają oczywiście nic do szukania, a dialektyka dobra i zła (problem teodycei) jest tam wreszcie pozbawiona racji bytu. Zdarzają się w moim życiu takie chwile, kiedy mam wrażenie, że bardzo dobrze znam to miejsce, miejsce duchowej harmonii. W rzeczy samej, nawet je odwiedzam, a właściwie jest ono moim domem – mieszkam tam.

To miejsce, tę niezwykłą krainę nazywam Kosmopolską. Sam pomysł zawdzięczam Andrzejowi Bobkowskiemu (1913–1961), pisarzowi, innemu wielkiemu polskiemu uchodźcy, który stworzył neologizm Kosmopolacy na określenie siebie i jemu podobnych. Chodzi o to, w jaki sposób żyjący na obczyźnie Polak i intelektualista znad Wisły może stać się nieustraszonym obywatelem świata. Budowanie nowej tożsamości na emigracji, bez wyrzekania się kraju ojczystego i wypierania się swego pochodzenia, jest bez wątpienia trudnym zadaniem; można ponieść klęskę. Albo też zmienia się kompletnie skórę oraz język i człowiek staje się poniekąd nowo narodzonym. Joseph Conrad był, według Bobkowskiego, doskonałym, wzorcowym przykładem Kosmopolaka. Pisarz ten, dzięki językowi angielskiemu, przybrał nową literacką tożsamość, a kiedy szuka się w jego książkach polskich śladów, to z pewnością można je znaleźć tam, gdzie stykamy się z cechami charakteru jego romantycznych bohaterów, dajmy na to Lorda Jima lub Willemsa z Wyrzutka.

Spotykamy różnorakie formy kosmopolizmu. Niektórzy ludzie nawet o tym nie wiedzą, że są Kosmopolakami, pomimo że nimi de facto są. Inni nie mają z Polską nic do czynienia i nigdy nie emigrowali – mimo to należą do Kosmopolaków. A z kolei jeszcze inni mieszkają już dawno w tej mitycznej krainie, ale nie jest to dla nich wcale takie jasne. I wreszcie bywają też tacy, co to zakładają T-shirty, przez które ostentacyjnie przyznają się do bycia Kosmopolakami.

A kiedy ja sam rozpoznałem, że jestem jednym z nich?

*

16 marca 1985 roku wsiadłem w Poznaniu do pociągu jadącego do Hanoweru. Na peronie stała moja poznańska dziewczyna, a pożegnanie było straszne dla tych dwojga zakochanych nastolatków, którymi byliśmy w połowie lat osiemdziesiątych. Wiedziałem jednak, że nic i nikt nas nie rozłączy, nas i naszej miłości: ani zimna wojna, ani też nasi rodzice. Byłem zaprawionym spryciarzem, przez niespełna rok żyłem przecież sam w Polsce, czekając na otrzymanie paszportu. Moi rodzice mieszkali już wtedy w Rajchu, jak to chętnie określaliśmy drwiąco, gdy była mowa o kapitalistycznym RFN-ie.

Wydoroślały przybyłem do swoich rodziców, osiadłych w Verden nad Allerą; z poetyckim i politycznym doświadczeniem wkroczyłem do Niemiec, nadal pozostając dzieckiem, szesnastoletnim i głodnym, potwornie głodnym. Półki socjalistycznych sklepów spożywczych, świecące wówczas zazwyczaj pustkami, uczyniły mnie nienasyconym i łakomym.

Ten pociąg do Niemiec powiedział mi jeszcze w Poznaniu, kim byłem: dzieckiem Europy, i jednocześnie wyczuwałem, co musiał myśleć Zbigniew Herbert, kiedy ze stoma dolarami w portfelu wyruszał na swoje pierwsze stypendium na Zachód: barbarzyńcą byłem w tym dla mnie obcym ogrodzie, gdzie zachodni Niemcy i Francuzi rozmawiali ze sobą wspólnym językiem. Ich ubrania, ich perfumy i ich pieniądze mówiły mi, gdzie przebiegała granica między nimi a mną. Oni żyli w społeczeństwie otwartym. Wolno im było, na przykład, taki marksizm interpretować według własnego wyobrażenia, jak również tak samo wcielać go w czyn. Jako teolodzy Nowej Wiary mogli przynajmniej stanowić o marksistowskiej doktrynie. Dziwnym i znamiennym trafem, kiedy zachodnioniemieccy kombatanci pokolenia 1968 roku opowiadali mi podczas naszych rozmów o swoim romansie z marksizmem, podkreślali, że koniec końców ponosili zawsze klęskę z powodu autorytarnego stylu sprawowania władzy przez ich mówców, wodzów i komitety. Ten dyktatorski „tik” jest chorobą zarówno lewicowców, jak i prawicowców, a spojrzenie z lotu ptaka na psychologiczne studium tych wiecznych antagonistów jawi się jako nader pomocne i owocne; zewnętrznie ich metody postępowania są bowiem do siebie podobne, chociaż to właśnie oni sami są w pierwszym rzędzie odpowiedzialni za ten podział na czarne i białe – na lewicę i prawicę – jak to w jednym ze swoich esejów zauważył Leszek Kołakowski (1927–2009), polski filozof i krytyk marksizmu.

Potem nastąpił przewlekły postój w Berlinie Wschodnim, gdzie do pociągu doczepiano kolejne wagony albo może świeżą lokomotywę. I nigdy nie zapomnę tego, jak despotycznie zachowywali się dedeerowscy pogranicznicy: czułem się jak przestępca, gdy przekazałem im swój paszport i walizkę – im, tym sługom strachu, i ich owczarkom niemieckim. Honecker był podobno jedynym pośród wszystkich sędziwych sekretarzy partii Układu Warszawskiego, który w 1981, w roku wprowadzenia stanu wojennego, zapragnął ze swoimi żołnierzami wkroczyć do Polski, aby przerwać niekończące się strajki i demonstracje Solidarności. Tą paranoiczną ideą dowiódł, że nie miał za grosz wyczucia historii, żadnej historycznej elegancji: buty niemieckich żołnierzy po raz kolejny na polskiej ziemi? To mogło się skończyć tylko tragicznie. A tak w ogóle: fatalne u lewicowców i marksistów jest to, że przeceniają swój intuicyjny zmysł do historycznych wydarzeń i konfliktów. Kołakowski powiedziałby, że w swojej negacji rzeczywistości i w swojej wierze w moc utopii popadają w niebezpieczeństwo moralizowania.

Lewicowcy postępują przede wszystkim emocjonalnie, gdyż wierzą, że historię mają po swojej stronie. W końcu jest ona, jak uważają, służebnicą ich laickiej eschatologii, pewnego dnia bowiem, w bardzo nieodległej przyszłości, świat będzie wolny od złych wyzyskiwaczy w społeczeństwach industrialnych. A swoją drogą, do dziś pozostaje dla mnie zagadką, jakim to sposobem Bierdiajew miał zamiar wyswatać marksizm z rosyjskim prawosławnym chrześcijaństwem. Cenię sobie jego filozofię religii, a przede wszystkim jego interpretacje figur z powieści Dostojewskiego, bo to wyśmienite prace. Jednakże idea, że dwie tak przeciwstawne eschatologie, jakimi pozostają marksizm i chrześcijaństwo, mogłyby mieć jakiś wspólny cel, jest – delikatnie mówiąc – absurdalna. Poza tym gdybym miał wybierać między religią a jakąś polityczną ideologią, zawsze wybrałbym religię.

Odetchnąć z ulgą mogłem dopiero w Helmstedt. Wraz z zakończeniem odprawy paszportowej prysł nagle, jak bańka mydlana, cały strach przed wilczurami, strażnikami i Sowietami. Wreszcie dotarłem na ten Zachód, do ukochanej wolności, pomyślałem, i to wcale nie naiwnie, tylko jak najbardziej realnopolitycznie. Helmstedt pozostaje dla mnie poetyckim punktem o głębokiej symbolice historycznej, i kiedy współcześnie jadę do Polski, to mijając miejsce pamięci w Helmstedt, muszę zawsze myśleć o moim wyjeździe za granicę sprzed lat oraz o Giordano Bruno, a nie tylko o Solidarności czy o demonstracjach w Lipsku.

Tylko nieliczni wiedzą, że w Helmstedt znajdował się kiedyś uniwersytet i że jednym z jego najsłynniejszych profesorów gościnnych był właśnie Giordano Bruno. Za swoje heretyckie poglądy został on w 1600 roku spalony w Rzymie na Campo de’ Fiori. Filiżanka espresso na tym przepięknym rynku, na którym nadal można kupić pomarańcze, opisane przez Miłosza w wierszu Campo di Fiori, kosztuje majątek. Byłem tam już wiele razy i kocham tę nieśmiertelną piazzę: kocham ją być może dlatego, że dla mnie leży ona w mitycznej krainie Kosmopolska, czyli wcale nie w Rzymie. Jest to kraina, w której mieszkałem już jako dziecko, nie będąc jeszcze tego świadomym. Między niebem a ziemią mieści się ta przestrzeń, gdzie nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, jest tylko teraźniejszość. I można tam ich wszystkich spotkać: i Giordano Bruno, i Czesława Miłosza, i Stanisława Vincenza, i naturalnie także wszystkie inne dzieci, które pływają w tej odwiecznej rzece „tu i teraz”, nie mając – Bogu dzięki! – pojęcia o znikomości tego świata i ludzi, nie wiedząc jeszcze, że śmierć naprawdę istnieje.

W Kosmopolsce spotyka się pozbawionych ojczyzny poetów i filozofów, spotyka się tam jednak także ludzi naiwnych i nieświadomych, wychodzących z założenia, że etyczna szczerość ochroni ich przed każdym możliwym niebezpieczeństwem. I, niestety, natykamy się tam również na stworzenia zagubione, takie, które nie potrafią odnaleźć dla siebie miejsca w tym świecie, pomimo że intuicyjnie przeczuwają, iż gdzieś przecież musi być jakaś ojczyzna dla ich zrozpaczonych dusz, która je uzdrowi.

Sądzę, że nawet sam Stanisław Vincenz, który wyleczył Miłosza z choroby wyobcowania i utraty tożsamości i który temu trudnemu pacjentowi zwrócił planetę Ziemię pod jego nogi i dla jego pisania, znacznie później – a mianowicie dopiero podczas pobytu na emigracji we Francji – potrafił wreszcie odkryć, że nigdy nie żył w żadnym innym kraju, jak tylko właśnie w Kosmopolsce. Narody, swymi granicami i swymi językami ojczystymi, gwałcą i rozcinają Ziemię niczym arbuza. I kosztują z tego słodkiego owocu, nie wiedząc o tym, że popełniają grzech. Są zaborcze i mają z natury rzeczy skłonności do materializmu: kupują i sprzedają krainy oraz prowadzą w ich imieniu wojny plemienne. Tymczasem w rzeczywistości Ziemia należy tylko do siebie samej, a człowiek jest na niej jedynie gościem.

Niemniej jednak w Kosmopolsce nie zawsze panuje sielanka niczym w raju, w którym to człowiek nie wbił się jeszcze zębami w jabłko, aby krótko potem – po tym uleczeniu, a nie kuszeniu – stać się świadomym własnego głosu i wypowiedzieć słowa: Cogito, ergo sum oraz Carpe diem.

Kosmpolska to także niebezpieczny kraj, ponieważ można się tam ukryć przed światem: przed rzeczywistością i matriksem naszych państw i społeczeństw. W dzieciństwie długo żyłem w tej krainie wolności i snów, nie mając bladego pojęcia, co to właściwie oznacza, i nawet polskie pociągi, które woziły mnie z Bartoszyc przez Korsze na Mazurach do Magdaleny w Poznaniu, pochodziły z Kosmopolski. Wszystkie moje podróże – a mogłem je odbywać tylko dlatego, że okłamywałem swoich rodziców – prowadziły mnie w owym czasie do wielkich miast: do Gdańska, Sopotu, Poznania, Warszawy, Katowic, Sosnowca i do Krakowa. Wiele zimowych i letnich nocy spędziłem w tych pociągach; w Katowicach widziałem wtedy po raz pierwszy słynną halę widowiskową Spodek, UFO ze szkła i betonu, architektoniczne arcydzieło socjalizmu. W Spodku występowali moi bohaterowie, moje grupy rockowe, a na plażach Gdańska słuchałem z radiomagnetofonu jazzu i rocka, pisałem do mojej Magdaleny listy i wiersze, a także prowadziłem rozmowy z Anglikami lub Niemcami, którzy chodzili na plażę dla nudystów. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że na świecie istnieje śmierć. Kiedy dowiedziałem się o tym po raz pierwszy? W pociągu do Niemiec, 16 marca 1985 roku? Być może.

*

Nie boję się zarzutu, że zachowuję się patetycznie i gloryfikuję kraj swego pochodzenia, gdyż, prawdę powiedziawszy, sam jestem jeszcze bardziej sceptyczny niż moi krytycy. Lecz to właśnie emigracja zadbała w mym życiu o jasność sytuacji. Wiem, że prawda jest chwiejnym i kruchym produktem i że może mieć wielu ojców. A mimo to jedna prawda pozostaje dla mnie niezbita: moje serce znajduje się w Polsce, mój intelekt w Europie, a ciało moje należy do Gai, naszej wspólnej Matki Ziemi; tak było już od zawsze, a ten podział na trzy części zawdzięczam mojej polskiej ojczyźnie i rodzicom – Mazurom oraz historii XX wieku. Trzy nazwiska (Bäcker – do 1945, Bekier – po drugiej wojnie światowej, Becker – po wyjeździe za granicę w 1985 roku) zafundował naszej rodzinie ten jakże krwawy wiek.

W trzech kawałkach przybyłem zatem do Niemiec i próbowałem tutaj, jak najszybciej, nawiązać emocjonalno-intelektualny kontakt z nowym krajem, w którym to już w 1989 roku – cztery lata po przyjeździe do rodziców do Verden – zacząłem pisać po niemiecku. Rozmyślałem o tym, że Miłosz, który przez całe swoje życie pozostał wierny językowi polskiemu, z pewnością potępiłby mnie za to na wieki, ale nie chciałem już więcej cierpieć. Ten, kto porzuca swój język ojczysty dla obcej poezji, musi się grubo ubrać i być gotowym na wszystko. Nie było mi wcale zimno, zapragnąłem jedynie, aby Peer, mój nowy przyjaciel, którego poznałem w 1989 roku podczas wspólnego odrabiania wojska w służbie zastępczej, dowiedział się, jakie to ja wiersze piszę. I tak to przetłumaczyłem je dla niego na niemiecki. Wkrótce kamienie potoczyły się już dalej same, a ja nie byłem w stanie powstrzymać tej niemieckiej lawiny.

Jedno przesłanie od Vincenza i jego pacjenta pojąłem jednak bardzo dobrze: musiałem poszukać dla siebie takiego miejsca, które należałoby wyłącznie do mnie, jeśli już nie na tym padole ziemskim, to przynajmniej w moich książkach, w literaturze, nad rzeką czasu. I wtedy szybko stało się jasne, że Kosmopolska to dla mnie jedyne rozwiązanie.

Wielu moich czytelników i gospodarzy różnych imprez, w których biorę udział, dziwi się, dlaczego mieszkam w takiej dziurze jak Verden nad Allerą, a nie, na przykład, w Berlinie. Nie rozumieją, że ja po prostu mieszkam w świecie. Nie wiedzą, że Verden po norwesku oznacza „świat” i że rzeka Aller symbolizuje dla mnie Drogę Mleczną1 – tak samo jak polska rzeka Łyna, która przepływa przez Bartoszyce, miejsce mojego urodzenia, i za czasów Prus Wschodnich nazywała się Alle.

Swoją drogą, tego symbolicznego podziału na trzy części nie wyzbyłem się do dziś.

Niemiecka kolej wiezie mnie przeciętnie trzydzieści do czterdziestu razy w roku do wszystkich możliwych miast tego kraju, w których czytam ze swoich książek albo też biorę udział w dyskusjach publicznych. Czy jednak z upływem czasu poznałem RFN tak dobrze jak swoją mazurską prowincję, czy naprawdę znam ten kraj? Czy objąłem go już wzrokiem? Jeśli tak, to dlaczego tak często nie mogę pozbyć się wrażenia, że w gruncie rzeczy opuszczam tylko od czasu do czasu pociąg z Poznania do Hanoweru, aby na kolejnym peronie kupić paczkę papierosów, gazetę lub kawę?

A mimo to bardzo dokładnie wiem, co w moim nowym kraju i we mnie samym jest niemieckie.

Niemiecka w moim ego jest samoświadomość, wywalczona w mozolnej walce dzięki emigracji. Nazywam tę metamorfozę niemiecką, gdyż miała ona miejsce w tym właśnie państwie, a nie gdzieś indziej. Samoświadomość, że w jakimś obcym języku potrafię powiedzieć dokładnie to, co dyktuje mi moje intymne, w Polsce zrodzone serce, jest cudownym prezentem.

*

Jednakże już po kilku latach nowego życia musiałem uwolnić się w Niemczech od siebie, od tego emigranta, a więc od swojej osobistej historii, i od Niemców; musiałem zapomnieć, czego nauczyłem się od Ernesta Gellnera o tożsamości i emancypacji narodów, a od Johanna Gottlieba Fichte o samoświadomości. Musiałem samodzielnie wypłynąć na szerokie wody i moje pokoje tak urządzić, żeby nikt nie był w stanie na pierwszy rzut oka ani mnie zidentyfikować, ani skatalogować. Poeta wie: kraje się rozpadają, a ten, kto kocha swoją ojczyznę, najpóźniej wraz ze śmiercią traci wszystko. Cena, jaką musimy płacić za spełnienie się ziemskiej miłości, jest zawsze wysoka, i jeśli pewnego dnia stracę Magdalenę na rzecz śmierci, będę strasznie cierpiał: aż do ewentualnego ponownego spotkania na tamtym świecie albo być może tylko w Kosmopolsce. Zatem uczucie, że moje pochodzenie stało się kruche i że w Republice Federalnej odgrywałem tylko rolę gościa, umocniło mnie w przekonaniu, aby pozostać na zawsze w Kosmopolsce, w tej krainie wolnomyślicieli, tudzież miłośników piękna i prawdy, lecz również krainie poszukujących i zrozpaczonych.

A jednak do dziś bywam błędnie rozumiany.

Sarah Elsing, pewna młoda dziennikarka, napisała we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” po wręczeniu mi w Monachium nagrody im. Adelberta von Chamisso za rok 2009, że niemiecki autor nigdy nie podziękowałby Niemcom za nagrodę literacką. Moje wystąpienie wydało się jej nazbyt patetyczne. Musiał jej jednak chyba umknąć kontekst, i przez to nie zrozumiała mojej wypowiedzi, o co nie mogę mieć wcale pretensji, gdyż skąd może ona tak dobrze jak ja orientować się w polskiej poezji i historii kultury?

Podziękowałem państwu niemieckiemu, to prawda, lecz także jednym tchem dodałem, że oto śmierć Baczyńskiego nie była nadaremna. Ten młody poeta – autor ponad pięciuset wierszy, wyjątkowy geniusz liryczny – zginął bowiem 4 sierpnia 1944 roku w Powstaniu Warszawskim: przeżył zaledwie dwadzieścia trzy lata, a jego żona Basia była o rok młodsza, gdy została zabita niedługo potem podczas walk na warszawskich ulicach.

Wspaniały poetycki talent Baczyńskiego został brutalnie unicestwiony – i to, że miały miejsce takie właśnie straty, jest prawdziwą zbrodnią: duchowy mord na narodzie i zabójstwo pary młodych kochanków.

Żonglerki historycznymi kulami, podania komuś piłki albo, jeśli trzeba, granatu ręcznego – tego musiałem się w Niemczech dopiero nauczyć. Niemcy, mądry i pomysłowy lud, chętnie obstają przy swoim zdaniu i, jak by to powiedział Gombrowicz, Niemiec pragnie górować nad Niemcem. Ten pedagogiczny zapęd moich nowych rodaków przestał być dla mnie zagadką – protestantyzm i filozofia (Luter i Kant, romantyzm i idealizm made in Germany) pozostają naturalnie mocnymi końmi pociągowymi Niemców. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przyjeżdżali oni w odwiedziny do Polski, ciągle jeszcze z przekonaniem, jakobyśmy potrzebowali pomocy przy wprowadzaniu demokracji, lecz my, Polacy, dziękowaliśmy im grzecznie, powtarzając stale, że sami damy sobie radę. Przed kilku laty, na konferencji Fundacji Konrada Adenauera w Rydze, o mało nie pękłem w duchu z wściekłości, będąc świadkiem tego, jak pewna niemiecka pani polityk podczas dyskusji upomniała Rosję za niedostateczny rozwój demokracji, przy czym jej karcące słowa i groźne spojrzenia skierowane były do rosyjskich uczestników konferencji. Nie wybrała właściwego momentu, a mnie mocno przeszkadzała pedagogiczna impertynencja Zachodu, którą już wtedy dobrze znałem. Dotknięty taką reprymendą pacjent ma za każdym razem wrażenie, że jest poślednim członkiem jakiegoś ekskluzywnego klubu. Dlaczego niektórzy niemieccy politycy nie zdają sobie sprawy z tego, jak olbrzymi wpływ wywarła rosyjska filozofia religii i rosyjska historia idei w XIX i XX wieku na zachodnioeuropejską myśl i piśmiennictwo? Myśli Dostojewskiego, Władimira S. Sołowjowa, Nikołaja Bierdiajewa czy Lwa Szestowa wzbogaciły i mniej lub bardziej wpłynęły na całe pokolenia w Europie, przede wszystkim na zachodnich egzystencjalistów, pisarzy i filozofów religii.

A ja nadal mam nadzieję, że śmierć Baczyńskiego nie była naprawdę daremna, choćby dlatego, że Republika Federalna zrozumiała, iż należy mnie oraz innym emigrantom z Polski robić odpowiednie prezenty: mam tu na myśli kulturowo-historyczne podarunki, i dlatego też w pewnym momencie byłem w stanie wyartykułować pełnym głosem albo wyraźne „tak”, albo wyraźne „nie”. „Tak” dla Karla Jaspersa i Tomasza Manna. „Nie” dla Carla Schmitta i Ernsta Jüngera. Wprawdzie niektóre teksty Jüngera przeczytałem z przyjemnością, na przykład fragmenty jego dzienników, potem jeszcze esej Der Waldgang (Leśna wędrówka) czy opowieść Na marmurowych skałach, i podobnie też odebrałem Schmitta Teorię partyzanta. Uwagi na marginesie „Pojęcia polityczności”, była to dobra lektura, lecz wcale nie mój Kosmos. Autorzy ci są dla mnie zbyt niemieccy – na wskroś niemieccy w swoim kulturowo-historycznym heroizmie: samotny wilk, protestując przeciwko światu, idzie do lasu, gdzie oddaje się rozmyślaniom o wyjątkowości stworzenia i niemieckiej nadzwyczajności – oto ich cały, wieczny germanocentryzm.

Umarłbym chyba z nienawiści, nie byłbym w stanie żyć w moim nowym gnieździe, gdybym paradował po Niemczech w mundurze Baczyńskiego, każdego dnia odziany w pobrudzony krwią uniform młodego żołnierza Armii Krajowej, który tak bohatersko walczył z nazistami.

Po dwudziestu sześciu latach spędzonych w RFN-ie mogę zatem powiedzieć, że to państwo należy również do mnie. Czuję się za nie tak samo odpowiedzialny jak za moją małą ojczyznę na Mazurach, za moją Polskę. Słowa uszczypliwych krytyków, którzy pragną zrobić ze mnie „rodowitego” anty-Polaka albo też brzydkiego kosmopolitę, spływają po mnie jak woda po kaczce. Sprowadzanie narodowej świadomości do jednego jedynego czynnika identyfikacyjnego jest nie tylko głupie, ale i nieodpowiedzialne. Podobnie też nie chciałbym smażyć się w czyśćcu za moją krytykę folklorystycznego i bezrefleksyjnego katolicyzmu. Katolicyzm nosi bowiem w moim kraju przydomek „polski”: to polski Chrystus stoi pod Świebodzinem, gigantomańska rzeźba, podobna do tej z Rio de Janeiro, i to polska Maryja, Matka Boska, jest czczona w kościołach w mojej ojczyźnie. Na samą myśl, że można zredukować kogoś wyłącznie do przynależności narodowej lub religijnej, przechodzą mnie ciarki, ponieważ z miejsca muszę myśleć o bożkach, półbogach, tyranach albo o okrutnych bóstwach. Dlatego też wciąż na nowo zadaję sobie pytanie: w czyim imieniu Brutus dobył noża, aby swemu wrogowi zadać śmiertelne pchnięcia? W imieniu rzymskiego ludu? Puczystów, którzy chcieli się pozbyć Cezara? W imieniu żądzy władzy? A może jednak w imieniu sprawiedliwości? A kiedy oglądam film historyczny Kazimierza Kutza z 1994 roku o masakrze popełnionej w kopalni „Wujek” na górnikach protestujących przeciwko stanowi wojennemu, natychmiast budzi się moja świadomość narodowa. Nagle czuję tę niesamowitą, kolektywną kipiel i już wiem, co znaczy ten kolektyw i jaką ma on w sobie siłę: wściekłość na morderców tych górników jednoczy mnie z moim polskim narodem. Wściekłość i bezsilność – te dwa uczucia dobrze znam z mojej ojczyzny.

Nie, patriotyzm rozumiem inaczej! Pragnę służyć swojemu krajowi, ale on ze swojej strony musi mi zagwarantować wolność. Powiedziałbym to tak: „Pozwólcie mi być Kosmopolakiem!”.

Z innych jednak powodów jestem dumny z Polski: czuję się szczęśliwy, że w drugiej połowie XX wieku mogliśmy dać światu Witolda Gombrowicza, Czesława Miłosza, Jerzego Andrzejewskiego, Zbigniewa Herberta, Wisławę Szymborską, Tadeusza Różewicza, Leszka Kołakowskiego i Zygmunta Baumana oraz że zawsze potrafiliśmy stawić czoło materializmowi. Trzy rozbiory kraju w XVIII wieku, dwie wojny światowe i reżim komunistyczny nie przeszkodziły nam wcale w rozwinięciu w każdej z epok kwitnącego pod kątem kulturowo-historycznym życia – we wzbogaceniu Europy i Ameryki poprzez nowe idee i książki.

Państwu niemieckiemu zawdzięczam natomiast coś zupełnie innego, ale tak samo ważnego i drogocennego, coś, co mój sposób myślenia całkowicie postawiło na głowie. Nie dowierzam wpisom w paszportach, a jednocześnie wiem, że tylko w mojej Kosmopolsce mogę być szczęśliwy. Ci Niemcy, którzy dla innych Niemców chcą być zawsze jedynie Niemcami – jak wszyscy inni tubylcy między sobą – nawet nie wiedzą, jak mocno wzajemnie się ograniczają. Robią to, jak wspomniałem, wszyscy, którzy własne ubranie i odbicie własnej twarzy w lustrze uważają za swoje jedyne prawdziwe oblicze. Innymi słowy: emigracja do Niemiec przypomniała mi o tym, że jestem Ziemianinem, kimś takim, kto pochodzi z uniwersum. Akt wygnania z raju – w moim przypadku z Mazur i szczęśliwie tam spędzonego dzieciństwa – przeżyłem jako pewnego rodzaju olśnienie: naraz pojąłem, że przestrzeń i czas spełniają funkcje sakralne i że ontologiczna dialektyka naszego bytu może być rozpatrywana i zrozumiana wyłącznie z holistycznej perspektywy. Symbolika miejsc naszego urodzenia i naszego pobytu jest ważniejsza od każdej patologicznej, zacienionej strony społeczeństwa, w którym nie tylko jako dzieci, lecz także jako dorośli musimy odnaleźć swoje miejsce.

Ostatecznie zawsze będziemy musieli i tak powracać do Stanisława Vincenza, a ja w moim nowym kraju faktycznie nie czuję się już obco, gdyż kraj ten należy w pierwszym rzędzie do ludzi w nim żyjących, a nie wyłącznie do jednego narodu, którego zresztą pewnego dnia i tak nie będzie, tak samo jak nie ma dzisiaj Egipcjan z czasów faraonów. Baalbek w Libanie jest miastem bez imienia, niczym Wilno Miłosza, Lwów Adama Zagajewskiego czy moje Bartoszyce.

I nikt nie powinien być tak nieszczęśliwy i samotny jak kiedyś Miłosz. W jednym z wierszy pisze o swoim kalifornijskim odosobnieniu nad Zatoką San Francisco – drugiej, po Francji, jego emigracji – że o trawiącym go bólu musi opowiadać białym mewom, gdyż nie ma nikogo, kto byłby go w stanie zrozumieć i wysłuchać. Wiem, co takiego pragnął wyrazić tymi wersami. W Niemczech również i ja spotkałem się z samotnością ustronia, w którym żyję. Jako że naprawdę żyję niczym eremita w moim pokoju do pracy nad rzeką Allerą, a kiedy wsiadam do pociągów, ci wszyscy pstrokaci mieszkańcy Republiki Federalnej zadziwiają mnie: miliony małych planet koegzystujących pokojowo tuż pod moim nosem. Pozostaję naturalnie czujny duchem i bacznie obserwuję, historia mojej ojczyzny nauczyła mnie tego: stoję na warcie, ale nie ma już we mnie tego strachu, jaki czułem kiedyś przed Związkiem Radzieckim, nie cierpiąc jednakowoż nigdy na tak typową dla Polaków rusofobię. Nie martwię się już nawet o XXI wiek, o przyszłość, pomimo że jeszcze w 1989 roku opowiadałem swoim przyjaciołom, iż Zachód przeżyje niebawem podobną transformację ekonomiczną i społeczną jak były blok wschodni – zachodnia kultura nie znajduje się obecnie na początku tych przemian, tylko w samym środku.

*

Jestem w drodze do Stuttgartu, jadę na 150 rocznicę urodzin Roberta Boscha – co za przedsiębiorca! Bosch to nie Krupp; ten światowej sławy założyciel firmy zabiegał o pojednanie z Francją, przeciwstawiał się nazistom i również w kwestiach socjalnych daleko wyprzedzał pod względem etycznym swoje czasy. Stacjami dalszych imprez z moim udziałem będą w najbliższych dniach kolejno: Hamm, Chemnitz, Kolonia, Bochum, Wuppertal, Remscheid i Drezno. Koleje Niemieckie, stale krytykowane przez zawodowych gderaczy, a mianowicie przez samych Niemców, zbierają u mnie punkty dodatnie. Niemiecka omnipotencja była mi od zawsze solą w oku, bo nie wszystko musi przecież funkcjonować perfekcyjnie, nie na każde pytanie znajdzie się odpowiedź.

Nie wolno mi kłamać. Mój stosunek do Niemiec nie jest oczywiście wcale taki prosty, chociaż chętnie żyję w tym państwie i odczuwam miłość do swoich przyjaciół. Wprawdzie nigdy nie chciałem zostać niemieckim autorem, ale teraz, bijąc się pięściami po głowie, przyznaję się do winy i mówię: „A jednak się nim stałem...”. Czy poddałem się Niemcom? Mojemu losowi, mojemu przeznaczeniu? Zawsze było dla mnie wspaniałomyślne. Niemiecka teozofia na przykład, ta wynagrodziła mnie nader hojnie: zakochałem się w teozoficznych dziełach szewca, Jakuba Böhmego. A kazania Mistrza Eckharta należą dla mnie do najwspanialszych rzeczy, jakie wydała cywilizacja zachodnia, podobnie jak Myśli Pascala czy Przeczucia przedchrześcijańskie Simone Weil.

Czyżbyśmy zatem musieli, drodzy Niemcy, zawrzeć wreszcie pokój? Musimy, robimy to, aczkolwiek i tak nigdy nie zrozumiem, dlaczego Polska została przez was napadnięta 1 września 1939 roku. To w każdym razie było jedno z moich pierwszych pytań, jakie często stawiałem po przyjeździe do RFN-u: „Jak coś takiego mogło się wydarzyć?”. Kolejne pytanie brzmiało: „Dlaczego tak mało zrobiliście przeciwko waszemu reżimowi?”. Pewien starszy kolega pisarz, który podczas drugiej wojny światowej był nastolatkiem, pragnąc w końcu wyjść trochę naprzeciw temu pytaniu, udzielił mi po latach następującej odpowiedzi: „Wszyscy musieliśmy brać w tym udział, gdyż baliśmy się – baliśmy się, że zostaniemy wykluczeni ze społeczności, że wylądujemy w więzieniu, że wsadzą nas do obozu koncentracyjnego...”.

Dziękuję. Taką odpowiedź to rozumiem.

*

W drodze do Stuttgartu spotykam na hanowerskim dworcu głównym Wiglafa Droste, satyryka i publicystę. Są koledzy, autorzy, na których ciągle się natykam podczas swoich kosmopolskich podróży. Wygląda na to, że „pokrewieństwa z wyboru” powstają całkiem automatycznie. Za każdym razem, kiedy widzę Drostego – swoją drogą, człowieka o nieskazitelnych manierach, co w przypadku pisarzy, niestety, nie jest takie częste – zadaję sobie pytanie, czy Günter Grass kiedykolwiek przeczytał jakiś jego utwór. Lubię trafny i poetycko elegancki język Drostego, a także lubię, że ma on w RFN-ie kilku wiernych wrogów. Kto pozwala sobie zbyt długo unosić się na falach peanów pochwalnych, ten pewnego dnia staje się ślepy na nieszczęścia dziejące się przed jego drzwiami.

W RFN-ie nauczyłem się, że należy wytrwale bronić swego poglądu. Podoba mi się, w jaki sposób prowadzone są dyskursy w Niemczech: przynajmniej człowieka słuchają, a po werbalnej bitwie można nawet z przeciwnikiem napić się piwa przy barze. Konsens nie jest wcale taką łatwą sprawą, to dla mnie jasne jak słońce, lecz nie zawsze musimy dochodzić do porozumienia. Dzięki emigracji pojąłem, jak ważne są nasze odmienne historyczne perspektywy: nasze spojrzenia od wewnątrz i z zewnątrz na Europę i na nas samych oraz na naszych sąsiadów.

Synowie pisarzy zaczynają najczęściej pewnego dnia sami pisać, nie inaczej było też z Andrzejem Vincenzem, synem Stanisława Vincenza, który żyje dzisiaj jako emerytowany profesor slawistyki w Heidelbergu2. Na początku lat dziewięćdziesiątych powiedział on w wywiadzie dla emigracyjnego pisma „Kultura”, że dopiero w Niemczech, czyli na wychodźstwie, stało się dla niego jasne, że jego rodacy mają zupełnie inny stosunek do Śląska niż Niemcy. Tego, że byli tam, na Śląsku, Polacy i miały miejsce polskie powstania, Niemcy nie będą właściwie w stanie nigdy pojąć. Będą się pytać: jacy Polacy? Dlaczego? Ślązacy – owszem, to był ich kraj, ale co tam Polacy mieli do szukania? Skąd się tam nagle wzięli? Coś podobnego przeżyłem już nieraz podczas moich erefenowskich dyskusji i podróży. Te różne historyczne perspektywy powinny nas w każdym razie skłonić do refleksji.

Od czasu do czasu próbuję zmienić skórę i kąt widzenia. Na przykład dowcipów o Żydach nie jestem już w stanie słuchać, gdyż zbyt długo mieszkam w Niemczech i zostałem zaszczepiony przeciwko pewnym formom powierzchowności i wulgarności. Erika Steinbach i jej protegowani zdziwiliby się, gdyby usłyszeli, że powojenne cierpienia mieszkańców Prus Wschodnich i Śląska pozostają historycznie i indywidualnie w mej pamięci nadal tak samo żywe, jak codzienna gehenna Polaków podczas nazistowskiej okupacji. Tak czy owak, każdemu dobrze to zrobi, gdy chociaż przez pięć sekund spojrzy na świat z obcej perspektywy, nawet jeśli uważałby ją za odrażającą i nie do przyjęcia.

*

Na urodzinach Roberta Boscha spotkałem starych przyjaciół i poznałem pewne sympatyczne małżeństwo ze Stuttgartu, które siedziało ze mną przy stoliku: dwójkę niemieckich Kosmopolaków, oboje w połowie czterdziestki, podobnie jak ja – on pracuje na stanowisku dyrektora w dużym wydawnictwie, ona jest adwokatką. Z miejsca dobrze się rozumieliśmy, krytykowaliśmy życzliwie mowy urodzinowe wygłaszane przez prominentnych gości, rozmawialiśmy o powieściach Michela Houellebecqa i Philipa Rotha (a tym samym o duchu dzisiejszych czasów), a także o ogólnoświatowym kryzysie ekonomicznym. W końcu konwersacja skupiła się na Europie Wschodniej, bardzo dobrze znanej moim nowo poznanym Kosmopolakom dzięki ich licznym prywatnym i zawodowym podróżom. My, Kosmopolacy, mamy wspólny język, gdyż staliśmy się nomadami w tej naszej Europie. I kochamy żyć tak, jakbyśmy znajdowali się stale w podróży – z jednej strony; z drugiej natomiast strony jesteśmy szczęśliwi w naszym erefenowskim domu, który odbieramy jako liberalny i otwarty. Nie mamy kompleksów, a o granicach państwowych, które nas kiedyś dzieliły, dawno już zapomnieliśmy. Możemy pozwolić sobie na ten kulturowo-historyczny luksus wcale nie dlatego, że zajmujemy w społeczeństwie uprzywilejowane pozycje. Nie, nasza europejska świadomość jest wolna od prastarych uprzedzeń, a oboje moi rozmówcy również bardzo dobrze znali z własnego doświadczenia Kosmopolskę, kraj, w którym każdy może się swobodnie rozwijać zgodnie ze swoją duchową kondycją, bez przeszkód ze strony innych i bez gróźb. Takie nieoczekiwane spotkania lubię najbardziej. Pokazują mi one, że należy być ciekawym świata oraz że nie wolno obawiać się ryzyka rozczarowania. Dobrze potrafię zrozumieć, dlaczego w Bochum znajduje się międzynarodowe stowarzyszenie kulturalne o nazwie „Kosmopolen” (Kosmopolacy) i dlaczego wałęsają się tam ludzie o wszelakiej maści poglądach i językach, realizując rozliczne projekty. W Bochum nie chodzi wyłącznie o starą tradycję polskiej emigracji, o Polonię w Zagłębiu Ruhry. Poznałem w tym stowarzyszeniu również wielu Polaków, których doświadczenia biograficzne są podobne do moich. Stali się oni częścią zglobalizowanego społeczeństwa i cieszy mnie to, że w swoim erefenowskim sukcesie nie wyparli się polskiej mowy i polskiego pochodzenia. Wiedzą o natarczywej powierzchowności facebookowej komunikacji, jak również o znaczeniu regionów i małych ojczyzn w tutejszym systemie federalnym. Wiedzą, że tylko oni sami mogą coś zmienić i osiągnąć w naszym społeczeństwie.

Dwaj moi przyjaciele, którzy wcale nie przyznają się do przynależności do Kosmopolaków, chociaż w literaturze sekundarnej lub w prywatnych rozmowach często tak właśnie bywają określani, są, jak ja, pisarzami. Dariusz Muszer (ur. 1959), autor Homepage Boga (2007), żyje w Hanowerze i pisze w dwóch językach: po polsku i po niemiecku. Jest także tłumaczem, podczas gdy Krzysztof Niewrzęda (ur. 1964), berlińczyk z wyboru, tworzy swoją literaturę wyłącznie po polsku – ostatnio opublikował książkę Zamęt (2013). Podobnie jak Muszer, żyje on już od ponad dwudziestu lat w RFN-ie i tę naszą literacką przyjaźń można by ze względu na dość żywą wymianę określić jako pewnego rodzaju trójkąt magiczny. Najważniejsze, że na tej polsko-niemieckiej wyspie nie mieszkamy sami, w każdej chwili możemy wyspowiadać się przed sobą z naszych grzechów, niepowodzeń i planów na przyszłość.

Mimo wszystkich tych budujących i pozytywnych wiadomości z Kosmopolski nie wolno mi jednak zejść z mojej własnej, raz przeze mnie obranej – bezsprzecznie nieco porywczo i z ciekawości – drogi. Nadal muszę znaleźć dla siebie samego literackie, ontologiczne i kulturowo-historyczne rozwiązanie problemu czasu i przestrzeni. Z tego też powodu poszukiwanie trwałej i uniwersalnej tożsamości jest dla mnie ważniejsze od wzniosłej, lecz mozolnej walki z chwastami w jakiejś kolonii ogródków działkowych, która podczas następnego potopu zniknie na wieczne czasy z powierzchni Ziemi.

2012

1 Allw języku niemieckim to „wszechświat” (przyp. tłum.).

2 Andrzej Vincenz zmarł w 2014 roku (przyp. tłum.).

II.

W państwie ducha

Niezgoda na śmierć

Część 1: UniwersalnaOstatnia deska ratunku

„Każdy, kto umiera nie poznawszy tego,

co nieprzemijające,

umiera w stanie żałosnym;

ale ci, którzy poznali to, co nie przemija,

osiągają nieśmiertelność,

kiedy umierając opuszczają ciało”

Upaniszada Brihadaranjaka

Przez całe życie – tymczasem to już ponad czterdzieści lat, które mniej lub bardziej przeciekły mi przez palce – zajmowała mnie zagadka, dlaczego w moim otoczeniu jest tak wielu ludzi, którzy nie korzystają z mądrości naszych przodków, zwłaszcza w pewnym szczególnym przypadku, mianowicie walki ze śmiercią. Nigdy nie pogodziłem się z poglądem, jakoby jedynym rozwiązaniem był epikurejski styl życia: trochę seksu, trochę pieniędzy i metafizyki, trochę cierpienia, które trzeba przetrzymać – i do piachu, a tam być może czeka nas wielkie nic albo miła niespodzianka. Zaś ateizm jest mi tak obcy, że do dziś nader niechętnie wdaję się w rozważania nad filozoficznymi pokusami egzystencjalizmu. Co komuś mocno przekonanemu, że istnieją reinkarnacje i wieczny powrót wszystkich rzeczy, dać mogą dzieła Sartre’a czy jakichkolwiek ateistów? Mnie, choć chętnie czytam teksty Sartre’a i inne z tej samej półki, dają właściwie żałośnie mało, bo dla złagodzenia cierpień fizycznych i psychicznych nie muszę się buntować ani celebrować prywatnej rewolty przeciw znikomości egzystencji i próżności naszego ego. Wiem, że jesteśmy nieśmiertelni i że gdzieś tam daleko jest jakiś komputer, na którego twardym dysku zapisywane są wszystkie uczynki i dokonania natury i każdego pojedynczego człowieka. Nie mam na to, oczywiście, żadnych dowodów, które można by sprawdzić metodą obserwacji i eksperymentu i z których by wynikało, że nieśmiertelność i wieczna, żywa pamięć naszych czynów faktycznie istnieją. Teoria wielu światów, jaką na gruncie mechaniki kwantowej rozwinął amerykański uczony Hugh Everett III, nie jest ostatecznie niczym nowym, bowiem w licznych tekstach dawnych religii znaleźć można tyle opisów rozmaitych poziomów i wymiarów duchowości, że całe to prowokujące bogactwo uniwersum przyprawia o zawrót głowy – a któż potrafi zrozumieć, o co w szczegółach chodzi w fizyce kwantowej? Nie jestem przyrodnikiem i mogę jedynie wyrażać przypuszczenia, ale też nie potrzebuję żadnych dowodów. Wiem tylko, że nic nie ulega zatracie, nie popada w niepamięć i niczego nie da się na zawsze unicestwić. Wiedza o powtarzającym się wiecznie tańcu natury i człowieka jest odwieczna i mogłem ją sobie przyswoić tylko dlatego, że nie żyję w odosobnieniu. Od lat bowiem prowadzę dyskurs z naszymi przodkami, którzy dawno temu postawili najważniejsze dla nas pytania, przynajmniej co się tyczy tego i tamtego świata. Budda, Kryszna, Gilgamesz, Ezechiel, Jezus, Zaratustra, Mani, Mahomet, Sokrates, Seneka, Luter, Giordano Bruno i wielu innych buntowników, bezimienni szamani z Syberii lub Australii, nieznani poeci uliczni i zapomniani artyści życia – entuzjaści istnienia. Po co żyli na tym świecie? Dlaczego było dla nich tak ważne, by nam, mieszkańcom Ziemi, przynieść światło i nadzieję, że nie na próżno pomrzemy? Przecież wszyscy mniej lub bardziej narażali się na śmieszność. Wyobraźmy sobie choćby Jezusa Chrystusa, który w ogrodzie oliwnym Getsemani w noc przed ukrzyżowaniem prowadzi gorączkowe i absurdalne monologi – zlany potem i osamotniony, ekstatyczny i „oderwany od rzeczywistości”. Dziś tego pobożnego sympatyka esseńczyków uznano by za chorego umysłowo i oddano pod opiekę psychiatrów.

Wiem, że w toku wieloletniej lektury książek filozoficznych, świętych i heretyckich, skleciłem sobie własną religię z wielu cegiełek, które na pierwszy rzut oka nie miały prawa do siebie pasować. Można jednak powiedzieć, że dla autora, który nie ma ochoty czekać na Godota, jedynym rozwiązaniem jest synkretyzm. Poza tym zbyt głęboko tkwi we mnie doświadczenie socjalizmu i katolicyzmu wyniesione z prowincji, z polskich Mazur, choć byłem wtedy zaledwie piętnastolatkiem, żebym mógł z otwartymi ramionami wpaść w sidła jakiejkolwiek ideologii czy ortodoksji. Dlatego tak trudno mi pójść w niedzielę do polskiego, wiejskiego kościoła, aby w chóralnej pieśni chwalić Pana. Nie ufam panującemu tam spokojowi i zaraz wydaje mi się, że ksiądz może mi skraść duszę. Nie chcę zostać jego niewolnikiem, nie chcę, żeby ktoś, kto twierdzi, że został powołany i ma urzędowe uprawnienia do głoszenia kazań, zmuszał mnie do wiary w Boga. Ich Bóg, którego uwięzili w zimnych kościołach, jest w rzeczywistości nadzorcą niewolników, wymyślonym przez kastę kapłanów i władców. Podejrzana wydaje mi się wszelka hierarchizacja, choć chyba nigdy nie pojmę, jak myśli i czuje ptak albo drzewo. Pakt przyjaźni ptaka z naturą wydaje mi się niesamowity – ale do tajemnicy jego duszy nie znajduję dostępu. Co on wie i co go wprawia w ruch? Całkiem możliwe, że jest nawet mądrzejszy i szczęśliwszy niż człowiek, który chce zawładnąć swoim otoczeniem. Naszą planetę i wszystko, co na niej istnieje, zawsze pojmowałem jako objawienie boskości.

Jezus mówi, że dom Stwórcy możemy znaleźć przede wszystkim w nas samych, nie zaś w monumentalnych, bombastycznych budowlach z martwych kamieni, martwej symboliki i poezji, również nie w księgach teologicznych, których papier żółknie i rozsypuje się w proch. Moja polska babcia od strony matki, Natalia Frankowska (1913–1999), prosta kobieta, a zarazem gorliwa, zatwardziała katoliczka, rzeczywiście kochała swego Boga, do którego modliła się w kościele parafialnym w Bartoszycach. Nie były to tylko czcze deklaracje wiary, mimo że na koniec w szpitalu, już na łożu śmierci, majacząc, miała jeszcze tyle sił, żeby złorzeczyć Jezusowi i Maryi i winić ich za wszystko, co jej się w życiu nie udało. Zwątpienie w obliczu śmierci, jakiemu dała upust babcia, jest nam doskonale znane, przykładem sam Jezus, który na krzyżu odezwał się donośnym głosem, pytając z wyrzutem: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Wiemy, że tymi słowami zaczyna się Psalm 22, żydowska modlitwa za umierających, ale Jezus, ostry krytyk drżących o swą władzę żydowskich kapłanów i uczonych w Piśmie, swe zwątpienie na krzyżu wyraził już w imieniu nowoczesnego człowieka: stąd był już tylko mały krok do egzystencjalizmu i sekularyzacji problemów eschatologicznych.

Bardzo dobrze rozumiem, że człowiek dopiero w syzyfowym buncie przeciw śmierci staje się naprawdę człowiekiem i dzięki temu nadal może żyć i przeżyć na tym świecie – ale mimo to w walce ze śmiercią potrzebuję innego opium, innej lektury. Musi mnie ona wzbogacać i nie wolno jej prowadzić mnie do rozbratu ze światem i innymi ludźmi.

Mam świadomość, że my, pisarze i artyści, wciąż musimy wcielać się w rozmaite role. Robimy to, aby chronić siebie – nas, nasze dzieła i naszą postawę estetyczną. I robimy to z pewnością nie po to, żeby zapewnić sobie możliwie przyjemne życie i przeżycie w świecie nieustannego ludożerstwa. Esej Leszka Kołakowskiego Błazen i kapłanz 1959 roku często jest dla mnie ostatnią deską ratunku, bo w obu tych rolach doskonale mogę rozpoznać siebie.

Ale w dni, kiedy jestem komediantem i niedowiarkiem, przegrywam walkę ze śmiercią. Moja afirmacja dzieła stworzenia, wiara, że ma ono jakiś głęboki, ukryty sens, jest w takie dni skazana na klęskę. Przypominam sobie wówczas, że smutne chwile zwątpienia przeminą.

Największym wrogiem wiary i nadziei na odnowienie czasu, co obiecują na przykład Nowy Testament czy starochrześcijańska teologia Orygenesa, jest jednak nasze tajemnicze ciało. Na łożu śmierci, kiedy zżera człowieka nowotwór, każdy nagle uświadamia sobie, że koniec jest nieuchronny i nadchodzi moment rozliczenia. Ateista będzie musiał zmierzyć się z wielką nicością, której oczekuje; wierzącego ogarnia trwoga przed sądem, który ma się nad nim odbyć. A człowiek, którego świadomość zaznała głębokich cierpień nienasycenia w trakcie gromadzenia pieniędzy i dóbr materialnych, raz jeszcze rzuci się do ucieczki – nadaremnie, bo każda próba przedłużenia umowy dzierżawy naszego ciała jest samooszukiwaniem. Prędzej czy później również ta gra dobiegnie końca.

Lęk przed naturą, która może jawić się jako bezlitosna i zła, bo każdy z nas pewnego dnia musi umrzeć, odkryłem już wcześnie. Moja pierwsza erekcja i zadziwienie pożądaniem seksualnym pokazały mi, jak obce może stać się własne ciało. To mam być ja? – pytałem sam siebie – to uzewnętrznione pobudzenie, idące z ciała i krwi? Odkrycie seksualności jest pierwszym krokiem do piekła, powiedziałaby z pewnością moja świętej pamięci babcia Frankowska. Nie była pruderyjna, ale miała jasne wyobrażenie o tym, co jest grzechem. Wiedziała bowiem, że niektóre grzechy i głupstwa są konieczne, żebyśmy mogli się rozwijać i dzięki temu robić postępy. I trwożyła ją ta myśl i to odkrycie, ponieważ w konsekwencji to, co w nas mroczne – w jej wyobrażeniu był to sam szatan – musiałoby posiadać ważną funkcję i być równorzędne temu, co jasne, Jezusowi Chrystusowi. Ten manichejski dualizm zawdzięczam mojej polskiej babci. Z jednej strony często jako dziecko przeżywałem moje ciało w głębokiej ekstazie szczęścia, z drugiej zadawałem sobie niekiedy pytanie, dlaczego w przyszłości miałbym starać się utrzymać je w zdrowiu, tę tykającą bombę zegarową: „Po co majstrować przy samochodzie, mówiłem sobie, jeśli tak czy owak trzeba go będzie pewnego dnia wyrejestrować”. Budziło to we mnie, kiedy byłem dzieckiem, ogromny strach, że teoretycznie i praktycznie zamieszkuję w nakręconym zegarku, który w każdej chwili może się zatrzymać i już nigdy nie da się go naprawić.

Jestem szczęśliwy, że urodziłem się i dorastałem pośród dziewiczej przyrody – to kraj mojego dzieciństwa i „trzech tysięcy jezior”, Warmia i Mazury. Nie było tam przemysłu ciężkiego, zatrutych chmur i wód ani smug kondensacyjnych. Szeroki świat, neony amerykańskich metropolii, pustynie z betonu i szkła, pstrokate kawiarnie i supermarkety Zachodu znałem jako dziecko tylko z kina. Filmy King Kongi Trzy dni Kondora wywołały we mnie wówczas, w połowie lat siedemdziesiątych minionego wieku, szok kulturowy, bo nagle pojawił się i wtargnął do mojej dziecięcej świadomości ten moloch, Babilon naszych czasów, Nowy Jork, niewyobrażalny dla zwykłego śmiertelnika z Bartoszyc. A co robiłem na tej mojej prowincji? Poszedłem do pierwszej komunii, każdego 1 maja maszerowałem do placu Komunistów, w Święto Pracy recytowałem do mikrofonu wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, skrycie obserwowałem urocze siostry, przyjaciółki i uczennice mojej mamy i jeździłem z rodzicami nad jezioro Dadaj, gdzie ojciec na zlecenie zakładów dziewiarskich z Bartoszyc kierował ośrodkiem wypoczynkowym.

Letnie wakacje spędzałem na studiowaniu przyrody, nie wiedząc, że nie ucieleśnia ona ani zła, ani dobra, choć narastało we mnie powoli jakieś niepokojące przeczucie: przecież świerszcz polny, myślałem, przeżywa tysiąckrotną śmierć, kiedy pożera go kos. Podskakujące mojej mamie na patelni dzwonko węgorza przemawiało do mnie jak żywa ryba. Mrówki w lesie nad jeziorem Dadaj wpadały w popłoch i panikę, kiedy burzyłem kijem ich siedlisko, a ja chciałem się tylko dowiedzieć, gdzie mieszka królowa. Kiedy siekierą obdzierałem korę, z której potem wycinałem łódki, z pnia sosny wyciekała pachnąca żywica. A na deskach przystani mocnym uderzeniem w głowę zabijałem wiercące się płotki, które nie miały już czym oddychać – pełen dumy, że jestem dobrym wędkarzem. Jeziora mazurskie zaludniają topielcy – przychodzili wówczas też do mnie, dziecka prowincji. Każdego ranka, kiedy budziłem się nad jeziorem Dadaj, czułem się jak poszukiwacz przygód, który musi walczyć o przetrwanie w głuszy. Wyobrażałem sobie, że noszę czarne sombrero, byłem Old Shatterhandem i dzielnym Ernestem Nemeczkiem z Chłopców z Placu Broni. Jeśli całymi dniami padało, my, dzieci, graliśmy w ping-ponga w świetlicy ośrodka wypoczynkowego. Nasi rodzice kłócili się, zdradzali i pili wódkę. Polskie, rosyjskie i niemieckie piosenki, które śpiewała przy ognisku moja mama Irena razem ze swą siostrą Krystyną, wyciskały starszym mężczyznom łzy z oczu, a smarkacze szczerzyli zęby i śnili nocą o długich, czarnych włosach Ireny i jej siostry. Ale każdego dnia wzywał nas las; grzyby i jagody, które zbieraliśmy i wieczorem jedliśmy, wołały: „Hej, ludzie! Nie zapomnijcie o nas! Nie zostawiajcie nas samych!”.

Moje dzieciństwo było jednym wielkim uniesieniem i, co dziwne, jako młody chłopak nigdy nie miałem poczucia, że czas jest bezlitosny i nieuchronnie zniszczy wszystko, co mu stanie na drodze. Dla mnie istniał wówczas tylko jeden czas i nazywał się „teraz”. A przy tym zewnętrzne warunki mojego dzieciństwa były jak najgorsze. Socjalizm coraz bardziej się degenerował, nasi rodzice żyli w świecie moralnie spustoszonym, określanym przez wynaturzoną estetykę radzieckiej ideologii i mentalności. W tym sztucznie stworzonym kosmosie mało było nadziei; w życiu codziennym dominowały kompleksy, przesądy i nieufność. Przyroda natomiast jawiła się jako wybawienie z opresji. Nie rozumiałem wtedy, że przyroda ze swym niepojętym pięknem tylko odgrywa zręcznie rolę kusicielki. Oczy dziecka nie widzą, że zwodzi je emanujący niewinnością bursztyn, w którym zatopiony jest ładny komar. Natura jest okrutna, ponieważ na początku naszego ziemskiego bytowania nowo przybyłym na świat, że tak powiem: swojej własnej rodzinie, stwarza pozory ciepła i bezpieczeństwa – później jednak, kiedy podopieczni dorośleją, ujawnia swe prawdziwe oblicze: oblicze obojętności. Paradoksalne w tej obojętności jest to, że wszechświatowi, w którym żyjemy, pracujemy i działamy, nie możemy nawet postawić zarzutu, że