Wydawca: Burda Książki Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kości - Mark Billingham

Cel uświęca środki

Tom Thorne wraca do służby w wydziale zabójstw, znowu jest detektywem inspektorem. Ale w jego powrocie do pracy jest pewien haczyk. Stuart Nicklin, psychopatyczny seryjny zabójca manipulujący ludźmi i nakłaniający ich do morderstw, dogadał się z policją i zapowiedział, że ujawni miejsce, gdzie dawno temu pogrzebał ciało swojej ofiary. Nicklin zażądał, aby to właśnie Thorne eskortował go na miejsce zbrodni sprzed lat, odludną wyspę Bardsey u wybrzeży Walii.

Thorne podejrzewa, że w jego żądaniu kryje się coś więcej, że sadysta ma jakiś ukryty plan, który zechce wprowadzić w życie, kiedy tylko dotrą na odciętą od świata wysepkę. Postanawia jednak wykonać zlecone zadanie. Plan Nicklina jest bardziej złożony, perfidny i sadystyczny, niż Thorne mógłby się spodziewać. Inspektor będzie miał przeciw sobie nie tylko niegościnną wyspę i siły natury, ale także swoje własne sumienie, gdy przyjdzie mu dokonać wyboru, jakiego się nie spodziewał i który podda w wątpliwość wszystko, w co do tej pory wierzył…

Thrillery zwykle odnoszą sukces lub ponoszą porażkę stawiając na czarne charaktery, jednak Nicklin z całą pewnością swoimi mentalnymi gierkami zmrozi wam krew w żyłach.

New York Times Book Review

Opinie o ebooku Kości - Mark Billingham

Fragment ebooka Kości - Mark Billingham

Tytuł oryginału: The Bones Beneath

Copyright © Mark Billingham Ltd 2014 All rights reserved. First published in Great Britain in 2014 by Little, Brown

Copyright for the Polish Edition © 2015 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Joanna Zioło-Werstler Korekta: Bronisława Dziedzic-Wesołowska Projekt okładki: Wioletta Wiśniewska Zdjęcie na okładce: Shutterstock Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-862-2

Skład i łamanie: Beata Rukat / Katka

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dla małej dziewczynki, która dorastała, widząc w oddali mrugające światło latarni po drugiej stronie Cardigan Bay, i nigdy tego nie zapomniała.

PROLOG

Pomyślał, że to włamywacze.

Biorąc pod uwagę okoliczności, było to racjonalne przypuszczenie. Jego oczy otworzyły się gwałtownie na straszny dźwięk tłuczonego szkła i chyłkiem zszedł na dół w szlafroku; dwie mroczne postacie w jego małej białej kuchni wyglądały zupełnie nie na miejscu.

Ich bezruch też wydawał się dziwny, stwierdził teraz, gdy myślał o tym z perspektywy czasu. Nie zdradzali żadnych oznak paniki i mieli ręce wsunięte do kieszeni, jakby im się nie spieszyło. Jakby na niego czekali.

I faktycznie tak było.

Wydawało mu się, że wie, o co im chodzi. Dostrzegł coś w ich płaskich rozszerzonych oczach i domyślił się, że mogli wiedzieć, czym się zajmuje. Być może spodziewali się, że ma w mieszkaniu ukryty jakiś towar.

– Jeżeli szukacie prochów, to jesteście idiotami – zawołał. – Niczego takiego nie trzymam w domu.

Postąpił krok w ich stronę, wchodząc w zasięg słabego zielonkawego światła, aby mieć pewność, że dobrze go widzą.

Elektroniczny zegar na jego nieskazitelnej chromowanej kuchence wskazywał 2.37.

– No jazda, spieprzajcie stąd, a ja wrócę do łóżka i udamy, że nic się nie wydarzyło, okej?

Wtedy dostrzegł cień uśmiechu na bladej, ocienionej czarnym kapturem twarzy wyższej osoby. Wychwycił spojrzenie i kiwnięcie głową niższej postaci z tej dwójki i z niejakim zdziwieniem zauważył zacięte, ostre rysy dziewczyny. Wystającą, wydatną kość policzkową, pełne usta i coś błyszczącego w skrzydełku nosa.

Na litość boską, to para ćpunów.

Tacy jak oni atakowali na chybił trafił.

Uznał, że może sobie z nimi poradzić, a przynajmniej postarać się ich przepłoszyć, i wrzeszcząc na całe gardło, rzucił się w ich stronę, próbując ataku z zaskoczenia, aby wytrącić z równowagi jedno z nich albo nawet obydwoje. Jego drogie japońskie noże powtykane w gładki drewniany blok były za daleko, sięgnął zatem po butelkę wina, którą opróżnił zaledwie parę godzin temu. Dłoń mocno zacisnęła się na jego przegubie. Chłopak wychylił się do przodu i pociągnął go ku sobie, a podeszwy sportowych butów zaskrzypiały na płytkach posadzki, gdy przesunięciu uległ ciężar ciała i równowaga została zachowana. Potem poczuł na twarzy ciepły oddech i spróbował odwrócić głowę dokładnie w tym momencie, gdy dłoń dziewczyny wysunęła się z kieszeni kurtki z kapturem, a szczupłe białe palce były zaciśnięte wokół rękojeści.

Połamane czarne paznokcie.

To nie był nóż, lecz coś innego…

Niemal leniwym gestem dziewczyna wyciągnęła rękę w jego stronę, a on przygotował się na uderzenie pięści, otwartej dłoni albo paznokci zakrzywionych w szpony. Tymczasem usłyszał trzask wyładowania elektrycznego i poczuł porażenie prądem tak silne, że powaliło go na kolana. Poprzez własny krzyk usłyszał, jak jedno z nich mówi:

– Zachowuj się, to nic ci nie zrobimy.

Mięśnie wciąż miał odrętwiałe po porażeniu prądem, gdy dłoń przycisnęła do jego twarzy wilgotną szmatę i chcąc, nie chcąc, musiał nabrać tchu, po czym niemal natychmiast zapadł się w cuchnącą ciemność.

Ile czasu upłynęło od tego wydarzenia? Dwadzieścia cztery godziny? Trzydzieści sześć?

W pokoju bez okien nie sposób było tego stwierdzić. Zasnął, ale czymś go odurzono, nie miał więc pojęcia, jak długo to trwa. Mógł się jedynie domyślać na podstawie tego, jak często przynoszono mu jedzenie, albo tego, jak zmieniały się odległe odgłosy ruchu ulicznego, to zamierające, to znowu przybierające na sile. Bądź na podstawie tego, ile razy jedno z nich wymachiwało paralizatorem, podczas gdy drugie odblokowywało obręcze kajdanek, aby mógł się odlać do plastikowego kubła.

To pomieszczenie piwniczne, co do tego nie ma wątpliwości. Czuć woń wilgoci bijącą ze starego, wyświechtanego dywanu, a ceglane ściany są pomalowane na szaro. Jest tu kilka rozchwierutanych krzeseł i komódka w kącie, ale większość miejsca w pomieszczeniu zajmuje pojedyncze łóżko, na którym leży rozciągnięty; kajdanki unieruchamiają mu kostki i przeguby, przypięte do metalowej ramy łóżka na obu końcach.

Przez większość czasu jest sam. Nie wie nawet, czy drzwi mają zamek. Zresztą to nieważne, bo przecież i tak nie da rady się uwolnić, więc nigdzie nie pójdzie, a tamci, jedno z nich albo drugie, dość często tu zaglądają. Nie bardzo wie, dlaczego to robią, ale jest im za to wdzięczny.

Chyba nie chcą, żeby umarł, i dlatego sprawdzają, czy nic mu się nie stało. Początkowo usta miał zaklejone taśmą, lecz chłopak ją zerwał i teraz, gdy przynoszą mu rybę z frytkami, herbatę i tosta czy cokolwiek innego, próbuje zagaić rozmowę.

Co ja tu robię?

Posłuchaj, macie nie tego faceta, przysięgam.

Myślicie, że kim jestem, do cholery?

Żadne z nich się nie odzywa, tylko raz chłopak pokręcił głową, jakby miał już tego wszystkiego dość, i kazał mu się zamknąć. A właściwie poprosił go, aby się zamknął, i nawet nie zakleił mu ponownie ust taśmą, choć przecież mógł to zrobić.

Zachowywali się wobec niego całkiem uprzejmie.

Zwykle zagląda do niego jedno albo drugie z nich, chyba że przynoszą tacę albo kubeł, więc kiedy tym razem zjawiają się oboje i siadają obok siebie na rozchwierutanych krzesłach, zaczyna podejrzewać, że coś się szykuje.

– Co się dzieje? – pyta.

Chłopak bębni palcami o kolano. Patrzy na dziewczynę, ale ona, choć wie, że się jej przygląda, dopiero po chwili odwraca głowę, aby na niego spojrzeć. Oczy chłopaka rozszerzają się. Chłopak kiwa głową, a dziewczyna w końcu wyjmuje rękę z kieszeni kurtki z kapturem.

On unosi głowę, leżąc na łóżku, i wytęża wzrok, próbując coś zobaczyć, i tym razem wyraźnie dostrzega przedmiot tkwiący w jej drobnych, szczupłych, białych palcach.

Doskonale wie, jak wygląda skalpel.

Dziewczyna podnosi się i przełyka ślinę. Bierze głęboki oddech. Jakby naprawdę bardzo starała się wyglądać groźnie. Żeby zaczął się jej bać.

– A teraz – mówi. – Teraz sprawimy ci ból…

DZIEŃ PIERWSZY

1

– Chcesz usłyszeć najpierw dobrą wiadomość czy złą?

Takie pytanie zadał mu nadinspektor Russell Brigstocke, zajadając biszkopty i wystawiając jego cierpliwość na ciężką próbę. Siedział na brzegu jego szpitalnego łóżka, jakby byli starymi przyjaciółmi gawędzącymi w najlepsze. Jakby Thorne nie otarł się o śmierć, gdy parę dni temu omal się nie wykrwawił. Jakby nie położył na szali tego, co drwiąco nazywał swoją karierą.

Brigstocke ogłaszał wyrok.

Dobra wiadomość. Zła wiadomość…

Teraz, sześć tygodni później, Tom Thorne spojrzał w lusterko wsteczne i zobaczył wielką metalową bramę zamykającą się za nim, gdy wjeżdżał na więzienny parking. Zatrzymał samochód na miejscu zarezerwowanym dla nich i popatrzył na Dave’a Hollanda siedzącego na fotelu pasażera. Dostrzegł niepokój na twarzy sierżanta. Wiedział, że obawa maluje się także na jego obliczu, bo poczuł lęk szarpiący mu wnętrzności, znacznie ostrzejszy niż wciąż dający mu się we znaki ból od rany postrzałowej, zepchnięty teraz na dalszy plan.

Jak wrzask zagłuszający długi, cichy jęk.

Czy z dobrą i złą wiadomością nie jest tak jak w tym starym dowcipie?

Dobra wiadomość: Będziesz sławny!

Zła wiadomość: Twoim imieniem nazwą wyjątkowo paskudną chorobę.

Cóż, zazwyczaj wszystko sprowadzało się do dowcipu…

Zła wiadomość: Na miejscu zbrodni odkryto ślady twojej krwi.

Dobra wiadomość: Masz obniżony poziom cholesterolu.

Thorne wyłączył silnik siedmiomiejscowego forda galaxy i otaksował wzrokiem zakład karny. Mury, druty i niebo barwy mokrego asfaltu. W tym miejscu o bezbożnej godzinie w poniedziałkowy ranek pierwszego tygodnia listopada trudno było o cokolwiek, co mogłoby poprawić humor. Nawet powód wizyty nie był ani odrobinę zabawny.

*

– Chce, żebyś to ty go tam zabrał – powiedział Brigstocke.

Jeszcze w szpitalu, sześć tygodni temu. Ból był wtedy o wiele bardziej dojmujący. Thorne miał wrażenie, że rozpalone do czerwoności ostrze wbiło mu się w bok, gdy usiadł prosto na wózku inwalidzkim.

– Ja?

– Tak, to musisz być ty. To jeden z jego warunków.

– On stawia warunki?

Brigstocke włożył do ust resztę herbatnika, a kiedy odpowiedział, parę okruszków wypadło mu z ust na koc.

– To… skomplikowane.

Kilka minut wcześniej nadinspektor oznajmił, że pomimo zdarzeń, do jakich doszło podczas śledztwa, które mogły bez trudu doprowadzić do wydalenia Thorne’a z policji, a może nawet do postawienia go w stan oskarżenia, został on ponownie wcielony do wydziału zabójstw. Jakimś cudem decyzja o jego nieformalnej degradacji i przeniesieniu do służby mundurowej została cofnięta i po czterech okropnych miesiącach pracy w południowym Londynie miał powrócić na właściwą stronę rzeki. Pozostanie inspektorem, ale do jego tytułu znów zostanie dołączone słówko, od którego tak bardzo starał się uwolnić.

Detektyw.

– Domyślam się, że to ta dobra wiadomość – rzekł Thorne.

Po potakującym ruchu głową Brigstocke’a nastała miła długa pauza, po czym nadinspektor, podejrzanie unikając wzroku Thorne’a, wyjaśniał mu niespodziewanie pomyślny obrót sytuacji. Gdy tylko padło nazwisko mężczyzny, Thorne próbował przerwać Brigstocke’owi, ale ten uniósł rękę. Potem, niemal krzycząc, zażądał, aby Thorne pozwolił mu przynajmniej wyjaśnić, o co chodzi, zanim ostatecznie wyrazi sprzeciw.

– To gra – skwitował Thorne, gdy Brigstocke zrobił wreszcie przerwę, by zaczerpnąć oddech. – Jak zwykle, gdy chodzi o niego.

– Wszystko się zgadza. I czas, i miejsce.

– Nie obchodzi mnie, co się zgadza. On coś kombinuje.

Żałując, że nie jest już podłączony do urządzenia podającego morfinę, Thorne podjechał na wózku pół metra do przodu, po czym się cofnął.

– Daj spokój, Russell, wiesz, jaki on jest. Co wam wszystkim strzeliło do głowy?

– Uważamy, że postawił nas przed faktem dokonanym – rzekł Brigstocke.

Thorne słuchał, gdy nadinspektor szczegółowo opowiadał o mężczyźnie, mordercy odsiadującym wyrok kilkakrotnego dożywocia bez możliwości wcześniejszego wyjścia na zwolnienie warunkowe, który pół roku temu skontaktował się z matką piętnastolatka zaginionego dwadzieścia pięć lat temu. Oznajmił, że znał tego chłopaka, że obaj byli rezydentami eksperymentalnego ośrodka dla trudnej młodzieży. Po kilku miesiącach prowadzenia korespondencji z tą kobietą w jednym z listów przyznał się, że zamordował jej syna i pogrzebał jego zwłoki.

– W to akurat jestem gotów uwierzyć – stwierdził Thorne. – Jak dotąd tylko to brzmi sensownie.

Brigstocke zignorował ten komentarz i kontynuując, opisał serię rozpaczliwych odwiedzin i telefonów, podczas których kobieta błagała mordercę, by ujawnił miejsce grobu jej syna. Powiedział, że skontaktowała się z prasą i napisała list do lokalnego parlamentarzysty z prośbą o interwencję, aż w końcu, wskutek zmasowanej kampanii, więzień zgodził się na współpracę, obiecał, że pokaże policji, gdzie został pogrzebany nastolatek.

Wreszcie Brigstocke nawiązał kontakt wzrokowy z Thorne’em, ale tylko na moment, i dodał:

– I chce, żebyś to ty go eskortował…

Ostra wymiana zdań trwała jeszcze przez dłuższą chwilę: Brigstocke chciał, żeby Thorne się zamknął i słuchał; Thorne więcej pokrzykiwał, niż słuchał; Brigstocke przestrzegł, że Thorne pozrywa sobie szwy, jeśli się nie uspokoi.

– Ale co mogliśmy zrobić, do cholery? – Nadinspektor dokończył herbatniki. Zmiął puste opakowanie i spróbował trafić nim do kosza na śmieci w kącie pokoju. – Sam powiedz, Tom. Pani komendant ma na karku tego parlamentarzystę. Rozpisują się o sprawie w gazetach. Ta kobieta musi dowiedzieć się, co spotkało jej syna… Trzeba zamknąć tę sprawę w ten czy inny sposób i w gruncie rzeczy nie widzę powodu, żebyśmy nie mieli tego zrobić.

– On – rzekł Thorne – jest powodem, dla którego nie powinniśmy tego robić.

– Jak już wspomniałem, sprawdziliśmy daty i archiwa i wygląda na to, że on mówi prawdę. – Brigstocke wstał, podniósł z podłogi zmięte w kulkę opakowanie po herbatnikach i wrzucił do kosza. – Na pewno tam był, gdy doszło do zdarzenia, i wtedy też po raz ostatni ktokolwiek widział tego zaginionego nastolatka.

Thorne podjechał na wózku w stronę łóżka.

– On nigdy nie robi niczego przypadkiem. A skoro robi, to znaczy, że tego chce. I musi mieć po temu ważny powód.

Podźwignął się płynnie z wózka i położył się na łóżku; odmówił pomocy Brigstocke’a, piorunując go wzrokiem.

– Nigdy…

*

– Jak pan sądzi, długo to potrwa? – zapytał Holland. Odpiął pas i odwrócił się w stronę siedzeń z tyłu, gdzie zostawił płaszcz i rękawiczki. – Parę dni, co nie?

– Tak – mruknął Thorne. Parę dni, dopóki nie znajdą ciała albo nie stanie się jasne, że wyszli na idiotów.

Sięgnął po kurtkę i aktówkę ze wszystkimi dokumentami.

– Przy odrobinie szczęścia.

– Miło będzie wybyć z Londynu – rzekł Holland.

– No, raczej.

– Oczywiście też wolałbym, żebyśmy robili coś mniej… sam pan wie.

*

Chcesz usłyszeć najpierw dobrą wiadomość czy złą?

W gabinecie Brigstocke’a w Becke House dzień po wypuszczeniu Thorne’a ze szpitala zaczęto wdrażać niezbędne procedury, wykonywano rutynowe działania, wypełniano potrzebne formularze.

Spór wciąż trwał.

– Omówimy jeszcze raz te „warunki”, dobrze? – Thorne przerzucił skórzaną kurtkę przez oparcie krzesła i usiadł, opierając się plecami o ścianę. – Tak dla pewności, żebym miał absolutną jasność, dlaczego to on dyktuje zasady.

Brigstocke wstał i wyszedł zza biurka.

– Tyle razy to przerabialiśmy.

– Wiem – mruknął Thorne. – Parlamentarzysta, pogrążona w smutku matka, sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy. – Pokręcił głową. – Chce czegoś jeszcze? Może konkretny model i markę samochodu? Coś specjalnego do kanapek?

– Nic się nie zmieniło.

– No to do rzeczy. Warunki…

– Po pierwsze ty. To oczywiste.

– Tak, ja. – Thorne wydął policzki. – Zastanawiałeś się nad tym? – Spojrzał na Brigstocke’a w geście udawanego zdziwienia. – Bo dla mnie to wciąż ciekawostka.

– Ty go schwytałeś – rzekł Brigstocke. – Żywi wobec ciebie dziwny szacunek. Może ci ufa.

– Chce ze mną zadrzeć – odparł Thorne. – Oto co próbuje zrobić.

– Zabierzesz go, znajdziecie ciało, a potem przywieziesz go z powrotem. – Brigstocke oparł się o biurko. – To wszystko.

Thorne wlepił wzrok w dywan i przez chwilę dotykał koniuszkami palców prostej blizny przy podbródku.

– A co ma do prasy? – zapytał.

– Po prostu nie chce, żeby dziennikarze tam byli. I tyle.

– Wcześniej mu nie przeszkadzali – burknął Thorne. – Cieszyły go te wszystkie książki i pieprzone filmy dokumentalne. Ma w celi całą masę powyklejanych wycinków z gazet na swój temat.

Brigstocke wzruszył ramionami.

– Posłuchaj, on wie, że prasa zwietrzyła sensację, odkąd matka chłopca skontaktowała się z redakcją jednej z gazet. Nie chce, żeby w powietrzu bez przerwy latały helikoptery jak wtedy, gdy zabrano Brady’ego na moczary.

Thorne parsknął cicho.

– Damy prasie znać, że ruszyliśmy sprawę z miejsca, żeby mieć spokój z pismakami, ale nie zdradzimy żadnych szczegółów, gdzie i kiedy zamierzamy to zrobić.

Brigstocke zaczął obgryzać kawałek zadartego paznokcia.

– To nie powinno stanowić problemu, jeśli usłużny rzecznik prasowy policji zda im relację o wszystkim. Kiedy będzie już po sprawie.

– Opowiedz mi o jego przyjacielu.

Brigstocke wypluł kawałek paznokcia.

– Cóż, twierdzi, że będzie się czuł o wiele bezpieczniej, jeżeli zabierze ze sobą innego więźnia. Dzięki temu po drodze lub na miejscu nie przydarzy mu się „nieszczęśliwy wypadek”. Jego zdaniem zbyt wielu spośród nas wciąż nie zapomniało o Sarah McEvoy.

– Bzdury.

– Tak twierdzi.

Thorne na pewno nie zapomniał tej policjantki. Zginęła podczas zatrzymania mężczyzny, o którego żądaniach właśnie rozmawiali. Pamiętał krew rozlewającą się po asfalcie. Pamiętał wyraz uniesienia na twarzy mężczyzny na moment przed tym, gdy Thorne brutalnie go z niej starł.

– To co? Ten koleś to jego panienka?

– Być może – odrzekł Brigstocke.

– Cóż, niezależnie od powodu, dla którego zabiera go ze sobą, chcę wiedzieć wszystko, co mamy na jego temat.

– Oczywiście…

W kieszeni Brigstocke’a zaświergotała komórka. Nadinspektor wyjął telefon, odrzucił połączenie, po czym schował aparat. Albo ta rozmowa mogła zaczekać, albo nie chciał, żeby Thorne był jej świadkiem.

– Posłuchaj, Tom, wiem, że to nietypowa sprawa. Normalne procedury nie będą tu miały zastosowania. Zacznijmy od tego kretyńskiego miejsca, do którego masz go zabrać. Już samo to stanowi prawdziwy koszmar logistyczny, więc chcę jedynie powiedzieć, że być może będziesz musiał improwizować.

Thorne pokiwał głową i sięgnął po kurtkę.

– Ja też mam kilka warunków – oznajmił.

Brigstocke czekał.

– Osobiście wybiorę resztę zespołu. – Thorne wstał. – Nie ty ani nie nadkomisarz. A jeśli ja lub ktokolwiek inny uznamy, że na miejscu nie ma żadnego ciała, które moglibyśmy znaleźć, że on wszystkich nas wkręca i coś kombinuje, od razu zabiorę jego i jego kolesia i odtransportuję z powrotem do pudła. Zgoda?

Brigstocke otworzył usta, ale Thorne jeszcze nie skończył. Idąc już w stronę drzwi, dodał:

– I nie chcę słyszeć, czego to pani komendant musi się nasłuchać od pismaków z „Sun” albo „Daily Mail”. Mam gdzieś parlamentarzystów, nie obchodzą mnie pogrążone w żałobie matki i naprawdę wisi mi, że daliśmy się wmanipulować w całą tę sytuację…

*

– Jezu, jak zimno – powiedział Holland. Zaczął klaskać dłońmi w rękawiczkach, gdy powoli obchodził samochód. Wtulił głowę w ramiona i skinął w stronę wejścia do więzienia. – Mam nadzieję, że ktoś tam już wstawił wodę na herbatę.

Thorne mruknął potakująco. Mógłby nawet powiedzieć, że on też na to liczy, ale jego głowę zaprzątał powód, dla którego zerwał się wcześnie po bezsennej nocy i oglądał wschód słońca, pokonując samochodem sto sześćdziesiąt kilometrów do Zakładu Karnego Long Lartin. Nie mógł myśleć o niczym innym, jak tylko o człowieku, który go tu ściągnął.

Ruszyli w stronę pierwszej z wielu bram; odgłosy ich kroków niosły się po asfalcie, a z ich ust i nosów wypływały obłoki pary.

Thorne myślał o mężczyźnie, który cierpliwie czekał na nich za murami.

Sięgnęli równocześnie po legitymacje.

O mężczyźnie, który sprawiał, że Thorne czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.

– No to zaczynajmy – powiedział Holland.

Złą wiadomością dla Thorne’a był Stuart Nicklin.

2

Była i herbata, i herbatniki w fikuśnym blaszanym pudełku, których skwapliwie skosztowali, choć poczęstunek można uznać za czysto kurtuazyjny. Holland próbował się uśmiechać, ale zrobiło mu się głupio i odwracając się, skrzywił się do Thorne’a. Podszedł z herbatą do niewielkiej kanapy na drugim końcu długiego wąskiego gabinetu, pozostawiając Thorne’a przy biurku, aby zajął się załatwieniem papierkowej roboty i rozmówił z odpowiedzialną za tę sprawę kobietą.

Thorne nie wydawał się bardziej od niej zadowolony z tego, że przydzielono mu to zadanie.

Zachowanie zastępcy naczelnika Zakładu Karnego Long Lartin można by w najlepszym razie określić mianem postawy biznesowej, ale Thorne czuł, że zarówno osadzeni, jak i strażnicy nazywali je inaczej. Poza tym, że nie wydawała się drażliwą kobietą, szybko stało się jasne, że Theresie Colquhoun nigdzie się nie spieszyło. Naczelnik wydał jej polecenie uporania się z formalnościami niezbędnymi do przekazania więźnia. To oznaczało konieczność wypełnienia stosu formularzy, które trzeba było starannie przeczytać, żeby wszystko zgadzało się z „protokołem przejęcia” i nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Zastępca naczelnika miała swoje zdanie na temat ugody, jaką policja londyńska zawarła z zarządem Zakładu Karnego JKM, i nie wahała się go wyjawić Thorne’owi, nalewając sobie herbaty. Mimo to była zdecydowana wypełnić swoje obowiązki z sumiennością graniczącą według Thorne’a z obsesją.

– Ta sprawa i tak jest dostatecznie porąbana – powiedziała. Postukała wypielęgnowanym paznokciem w zdjęcie Stuarta Nicklina przypięte do pliku akt. – Nie chcemy popełnić błędu, zanim w ogóle na dobre zaczniemy, prawda?

Colquhoun była mocno po pięćdziesiątce. Wysoka, kanciasta, wyraźnie starała się unikać wszystkiego, co mogłoby złagodzić jej wizerunek. Siwiejące włosy spięła gładko z tyłu, miała też skromny makijaż. Tylko jej głos nie pasował do wrażenia, jakie wywoływała czy raczej pragnęła wywołać. Był kompletnie bezbarwny, a w dodatku kobieta mówiła tak cicho, że Thorne dwa razy musiał poprosić ją o powtórzenie tego, co powiedziała.

Rozmowa nie była szczególnie zajmująca.

Niemniej wypełnienie formularzy, po jednym dla każdego z więźniów, było celebrowane krótką przerwą na pogawędkę. A konkretnie rzuconymi jakby mimochodem pytaniami na temat podróży Thorne’a i Hollanda tego ranka z Londynu. Pytaniami o drogę, korki i warunki pogodowe na kolejnych etapach drogi.

A potem powrót do zleconego zadania.

Pani naczelnik powiedziała:

– Nawet gdy osadzeni znajdą się pod pańską opieką i opuści pan teren Long Lartin, wciąż będą więźniami, a tym samym odpowiedzialność za nich nadal będzie spoczywać na mnie. Nie muszę chyba wspominać, że wolałabym mieć ich tu z powrotem na koniec każdego dnia, ale geografia to uniemożliwia i konieczne będzie eskortowanie ich pod nadzorem do wyznaczonego miejsca.

– Nie musiała pani tego mówić – rzekł Thorne.

– Jak już wspomniałam, wolę, żeby wszystko było z góry jasne.

– Będziemy mieć na nich oko.

Colquhoun zaczęła mówić o procedurach, na wypadek gdyby któryś z więźniów zachorował, a wtedy rozległ się sygnał komórki oznaczający, że Holland dostał właśnie SMS. Kobieta spojrzała na niego jak poirytowana bibliotekarka. Holland przeczytał wiadomość.

– Jest już samochód ze wsparciem – powiedział.

– Przekaż im, że niedługo będziemy – odrzekł Thorne, nie odrywając wzroku od pani wicenaczelnik.

Nie próbował utrudniać postępowania, ale Colquhoun czuła, że Thorne coraz bardziej się niecierpliwi, pragnąc jak najszybciej wyruszyć w drogę.

– Moi funkcjonariusze już szykują więźniów – rzekła. Uśmiechnęła się, nie pokazując zębów, i zaczęła układać starannie dokumenty. – Z oczywistych powodów powiedzieliśmy im, że zostaną poinformowani o opuszczeniu zakładu karnego dopiero w ostatniej chwili.

– Jasne – mruknął Thorne.

– Naturalnie byłoby miło, gdyby obaj byli zawczasu przyszykowani na pańskie przybycie i gotowi do drogi, ale byłoby to jawne narażanie na szwank procedur bezpieczeństwa, nie uważa pan?

– Oczywiście…

W rzeczywistości Thorne uważał już od kilku tygodni, że protokoły bezpieczeństwa, takie jak te tutaj, stanowiły dla osób pokroju Stuarta Nicklina tylko jeszcze jedno z wielu wyzwań. Rzecz jasna nie należało informować więźniów o pewnych sprawach, aby nie mogli przekazać nikomu wiadomości o tym, kiedy i jak długo będą pozostawać poza zakładem karnym. Niestety system ten miał pewne wady, a Nicklin nie był zwyczajnym więźniem. Przez lata, jakie spędził za kratami, wykazał się niepokojącą umiejętnością gromadzenia informacji. Co sugerowało, że dysponował sporą liczbą życzliwych mu osób, do których mógłby się zwrócić we właściwym momencie.

Kiedy Thorne widział Nicklina po raz ostatni pięć lat temu, ten radził mu, aby poszerzył horyzonty w kwestii zakupów, także rzeczy do domu, i uważał na przeciągi. Sugerował też, aby nie ograniczał swojej diety do hinduskiej kuchni na wynos. „Chyba znam cię już całkiem nieźle” – skwitował.

Posłanie jakiegoś rzezimieszka, aby przetrząsnął zawartość jego kosza na śmieci, to żadna filozofia, ale Nicklin zdołał także zdobyć numery telefonów, adresy i pewne osobiste szczegóły, żeby monitorować poczynania osób, które go interesowały.

Mając to wszystko na uwadze, trudno było pokładać całkowitą ufność w najwyższym poziomie bezpieczeństwa, jaki powinien obowiązywać podczas tej operacji. W administracji więziennej na pewno było wiele osób, które od wielu dni znały szczegóły transferu i wiedziały, kiedy Thorne zjawi się po Stuarta Nicklina. Funkcjonariusze różnych służb zostali wcześniej powiadomieni, otrzymując rysopisy i aktualne zdjęcia osadzonych.

Było wiele… źródeł.

Na szczęście robota papierkowa zajęła kilka minut, a gdy było już po wszystkim, Colquhoun przywołała jednego ze swoich funkcjonariuszy i pospiesznie się z nim rozmówiła. Następnie wyjaśniła Thorne’owi, że więźniowie zostaną wkrótce doprowadzeni do pojazdów, po czym wstała, wyszła zza biurka i podała mu rękę. Był to niezręczny gest, jakby życzyła mu powodzenia. Jakby uważała, że będzie mu potrzebne.

Holland podszedł do Colquhoun. Podziękował za herbatę i herbatniki.

Odwróciła się i podsunęła blaszaną puszkę w jego stronę.

– Proszę się poczęstować. Weźcie je na drogę – powiedziała.

Holland zawahał się przez chwilę trochę zaskoczony taką szczodrością, ale wziął herbatniki.

– Ile czasu to zajmie? Trzy, cztery godziny? – zapytała.

– Raczej około pięciu – rzekł Thorne. – To zależy.

– Sporo czasu, aby lepiej się poznać. – Pani wicenaczelnik popatrzyła na Thorne’a. W jej spojrzeniu pojawiło się współczucie, którego nie było w stanie ukryć szczere zaciekawienie. – Choć myślę, że pan i Nicklin…

– Taa – mruknął Thorne.

Chyba znam cię już całkiem nieźle.

– A więc to wszystko dla nas? – Uśmiechając się, Holland pomachał pudełkiem z herbatnikami pod nosem Thorne’a. – Czy może będziemy musieli się podzielić?

– Cóż, jestem pewna, że moi funkcjonariusze nie odmówią – powiedziała pani wicenaczelnik.

Wróciła za swoje biurko i usiadła. Poprawiła stojące na blacie oprawne w ramki zdjęcie, którego Thorne z miejsca, gdzie stał, nie mógł zobaczyć.

– Ale więźniowie będą z oczywistych powodów skuci, więc decyzja należy do was.

Popatrzyła na Dave’a Hollanda, a na jej twarzy pojawił się pierwszy tego dnia absolutnie szczery uśmiech.

– Czy naprawdę ma pan ochotę karmić ręką Stuarta Nicklina maślanymi herbatnikami?

3

Jeffrey Batchelor uniósł rękę, przytknął nos do grubego brązowego swetra i go powąchał. Po chwili w pełni ubrany przejrzał się w niewielkim lustrze po wewnętrznej stronie drzwi, a następnie spojrzał na starszego funkcjonariusza więziennego, który skończył jego kontrolę osobistą pięć minut temu.

– Dziwne uczucie – stwierdził.

– Nic w tym dziwnego – odrzekł Alan Jenks. – Pierwszy raz masz na sobie te same ciuchy, w których tu trafiłeś, zgadza się?

Batchelor pokiwał głową.

– Chyba tak.

Po raz pierwszy od ośmiu miesięcy. A dokładnie od dwustu trzydziestu sześciu dni. Wskazał na Jenksa i zaśmiał się oschle.

– Po raz pierwszy nie widzę pana w mundurze.

Jenks przejrzał się w lustrze. Miał na sobie dżinsy, tak jak Batchelor, a do tego dżinsową koszulę i czarny sweter.

– Cóż, oni nie chcą, aby to było nazbyt oczywiste – powiedział Jenks. – Wolą, żeby to zrobić dyskretniej. – Ostatnie słowo wypowiedział, wykonując gest brania go w cudzysłów, po czym skinął w stronę drzwi i drugiego końca pomieszczenia, gdzie jego dwaj koledzy przygotowywali kolejnego osadzonego. – A w każdym razie on decyduje. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, on tym wszystkim kieruje. – Pokiwał głową i dodał cicho: – Nie uważasz?

Batchelor wzruszył ramionami, jakby to, co on sądzi, nie było warte uwagi. Owszem, miał opinię na ten temat, ale wiedział, że gdy chodzi o Stuarta Nicklina, lepiej trzymać język za zębami.

Nauczył się tego, zanim go poznał.

– Bądź co bądź jesteś jego kumplem – dodał Jenks.

– Nie bardzo.

– Czy jak to tam nazwać.

– Wcale nie – zaoponował Batchelor.

– Mnie to jest obojętne.

– To nie tak.

Jenks patrzył na więźnia przez kilka sekund, a potem, jakby nie do końca przekonany, uśmiechnął się i odwrócił. Sięgnął do otwartej metalowej szafki pod ścianą, by wyjąć z niej kajdanki. Odwrócił się i potrząsnął nimi.

– Choć gdy będziecie je nosić, raczej nici z dyskrecji.

– No raczej.

Jenks podszedł do Batchelora krokiem strażnika więziennego.

– Ale przecież nie wybieramy się na wycieczkę krajoznawczą.

Batchelor zamknął oczy i wyciągnął ręce.

Gdy poprzedniego wieczoru w skrzydle więziennym uniósł wzrok, zobaczył w drzwiach swojej celi Stuarta Nicklina. Lekkie machnięcie ręką, jakby nie było się czym przejmować, jakby tylko przechodził. Odłożył książkę, którą czytał, i wstał.

– Wszystko gra? – zapytał Nicklin.

Batchelor pokiwał głową, a w ustach poczuł nagłą suchość i nie był w stanie odpowiedzieć od razu.

– Chyba nie chcesz się wycofać? – kontynuował Nicklin.

– Trochę się denerwuję.

Nicklin zaśmiał się szorstko, ochryple, po czym przestąpił próg.

– Powinieneś się cieszyć, Jeffrey – stwierdził i zniżył głos do szeptu: – Wybieramy się na wakacje…

Batchelor skrzywił się i syknął, gdy zatrzaskujące się obręcze kajdanek przycięły mu skórę.

– Nic się nie stało, panie Jenks – odparł. – To nie pana wina.

Znów miał na rękach kajdanki, po raz pierwszy odkąd wysiadł z furgonetki więziennej dwieście trzydzieści sześć dni temu.

*

Thorne stał przy drugim fordzie galaxy, identycznym z tym, którym mieli jechać on i Holland, i rozmawiał przez na wpół otwarte okno z detektywem sierżantem Samirem Karimem siedzącym za kierowcą oraz z kobietą zajmującą fotel pasażera. Gdy dotrą do celu, Karim zajmie się zbieraniem materiałów dowodowych, Wendy Markham zaś miała pełnić funkcję cywilnego technika zabezpieczającego miejsce zbrodni. Zakładając, że w ogóle znajdą miejsce zbrodni i będzie tam można zebrać jakiekolwiek materiały dowodowe.

– Twój domysł jest równie dobry jak mój – mruknął Thorne.

– Materiał dowodowy A… figa z makiem – rzekł Karim, uśmiechając się.

Thorne spojrzał na Markham, która wyglądała na zadowoloną. Może, podobnie jak Holland, chciała po prostu wyrwać się z miasta. Thorne nie wyobrażał sobie bardziej odległego miejsca, do którego można by się udać.

Karim zachichotał.

– Albo jeszcze lepiej: pieprzony materiał dowodowy A – figa z makiem, z pasternakiem!

Uzależniony od żenujących żartów Karim był równie chętny do zakładania się o różne rzeczy. Regularnie obstawiał czy to czas zgonu, czy długość wyroku i prowadził szczegółowe notatki dotyczące najokrutniejszych zbrodni, jakie rozpracowywano. Odkąd wcielono go do zespołu, nie przestawał paplać o szansach na odnalezienie zwłok, których mieli szukać, i o liczbie godzin, jakie przyjdzie im poświęcić na kopanie.

Na razie Thorne wolał raczej rozmawiać o drodze, którą mieli do pokonania.

Niepokoiły go kwestie bezpieczeństwa tej operacji, ale był przekonany, że przynajmniej ta część została odpowiednio zabezpieczona. Cały ich przejazd miał być monitorowany, oba pojazdy śledzone w czasie rzeczywistym przez satelitę, ale tak naprawdę tylko on i Karim wiedzieli, dokąd się udają. Omówili to jeszcze raz.

– Bez obaw, wszystko jest dopięte na ostatni guzik – rzekł Karim.

Postukał się w głowę, aby dać do zrozumienia, że zapamiętał wszystko, co powinien. Jakby nie potrzebował GPS-u i mógłby nawet zjeść mapę, którą dał mu Thorne, gdyby nie fakt, że jest zalaminowana.

Thorne spojrzał na zegarek.

– Jeżeli w ogóle wyruszymy. – Spędzili w zakładzie karnym już półtorej godziny. Chciał jak najszybciej stąd odjechać. – Nie wiem, dlaczego zrywaliśmy się o tak wczesnej porze.

– Może nadrobimy trochę w trasie – wtrącił Karim.

– Nic z tego – uciął Thorne. Samochody będą w stałym kontakcie radiowym, ale ważne było również, żeby załogi pojazdów nie traciły się nawzajem z oczu. – Gdzie się da, jedź wewnętrznym pasem, dobrze, Sam? Utrzymuj stałą prędkość, nie szarżuj i nie próbuj wyprzedzać na siłę innych aut. – Znów spojrzał na zegarek. – Trochę to potrwa, grunt, żeby dojechać na miejsce.

– Spokojnie – powiedział Karim. – W towarzystwie czas szybciej płynie.

– Skoro tak mówisz.

Gdy Thorne pomyślał, z kim ma podróżować on i Holland, uznał, że to właśnie im przypadła w udziale gorsza część tego układu. Już miał udać się do swojego forda, gdy wychwycił spojrzenie Wendy Markham. Zrozumiał przesłanie i uznał, że jednak mógł trafić gorzej. Po czterech, pięciu godzinach w jednym samochodzie z Samem Karimem pani ekspert od zabezpieczania miejsc zbrodni mogła stworzyć własne.

Siadając za kierownicą, Thorne cieszył się, że Holland nie wyłączył silnika. Zdjął rękawiczki, przechylił się i wrzucił je do schowka.

– Właściwie po to został zaprojektowany – rzekł Holland.

Zaczął właśnie pojadać herbatniki i podsunął puszkę w stronę Thorne’a, aby się poczęstował.

Thorne pokręcił głową. Był na nogach od ponad czterech godzin i choć wypił jedynie kubek herbaty – przemykając cichcem po mieszkaniu, aby nie obudzić Helen i Alfiego – wciąż nie czuł głodu. Wychwytując jakiś ruch po drugiej stronie placu, uniósł wzrok i dostrzegł funkcjonariusza służby więziennej obchodzącego teren i próbującego zapanować nad rwącym się ze smyczy, groźnie wyglądającym owczarkiem niemieckim. Patrzył, jak pies i jego opiekun mijają dwóch innych strażników, zmierzając w stronę budki, w której urządzono maleńką kawiarenkę dla personelu o wdzięcznej nazwie Duża Latté.

Holland wychylił się do przodu, aby ściszyć radio. W drodze z Londynu słuchali wiadomości i informacji sportowych na Kanale 5, a teraz na antenie trwała debata na żywo o tym, czy rodzina królewska warta jest pieniędzy, które zarabia. Zdaniem Johna z Ascot ściągnęła do Anglii wielu turystów, więc była warta każdego pensa. Frank z Halifaksu stwierdził, że to leniwe, próżniacze pasożyty, a jeśli to za mało, należy dodać, że to leniwe próżniacze niemieckie pasożyty.

– Musimy pomówić o muzyce – rzekł Holland.

– Musimy? – spytał Thorne.

– Cztery godziny przed nami.

– Może nawet pięć.

– Otóż to. Dlatego moim zdaniem wybór muzyki ma kluczowe znaczenie.

– Racja.

– W notatkach operacyjnych nie było ani słowa na ten temat.

– Zwyczajne przeoczenie.

– Trzy strony na temat szacowanego ryzyka… półtorej o procedurze zadbania o potrzeby fizjologiczne, ale na miłość boską ani słowa o tym, czego moglibyśmy posłuchać.

– Nie jestem pewien, czy w ogóle nadarzy się okazja. To nie jest wyjazd dla przyjemności.

– Znamy przecież procedury, gdyby do czegoś doszło.

– Pewnie po prostu podłączę moją komórkę.

– Z pańską muzyką?

– Mam sporo Johnny’ego Casha i Williego Nelsona – rzekł Thorne. – A składanka Hanka Williamsa wystarczyłaby nam aż do Walii.

Holland usiadł prosto i pokręcił głową.

– Jezu, wiem, że mówimy o ludziach, którzy zrobili straszne rzeczy, ale to więźniowie i mają swoje prawa, zdaje pan sobie z tego sprawę?

– Ale jesteśmy zabawni – burknął Thorne. Miał kamienną twarz, ale słowa sierżanta ubawiły go setnie. Kto wie, kiedy w najbliższej przyszłości będzie miał okazję się pośmiać.

Holland poczęstował się ostatnim herbatnikiem. Zamknął puszkę i postawił na podłodze przy nogach. Spojrzał na Thorne’a.

– Ale dlaczego pan? – zapytał.

To samo pytanie Thorne zadał Brigstocke’owi, a Helen Thorne’owi, gdy tylko powiedział jej, co się kroi. To samo pytanie Thorne stawiał sobie przez ostatnie sześć tygodni. Zanim miał okazję wyjaśnić Hollandowi, że nie potrafi podać ani jednego powodu, który nie wzbudziłby w nim przerażenia, brama otworzyła się i pojawił się jedyny mężczyzna, który znał odpowiedź.

Ten nieprzyjemny ucisk w dołku.

Jeffrey Batchelor szedł pierwszy, a obok niego strażnik więzienny ubrany po cywilnemu. Spojrzał w niebo, a potem przeniósł wzrok w stronę drzew za bramą, jakby trochę się dziwił, że wciąż tam są. Nicklin szedł o krok, dwa za nimi. Towarzyszący mu strażnik uniósł rękę, jakby ponaglając go do marszu, ale ani razu nie dotknął jego ramienia.

Thorne i Holland wysiedli z samochodu.

Nicklin uśmiechnął się na widok Thorne’a i pokiwał głową, jakby chciał powiedzieć: przepraszam za drobne spóźnienie, ale wiesz, jak to jest. Podchodząc do samochodu, przyspieszył kroku i uśmiechnął się szerzej. Gdyby nie to, że miał na rękach kajdanki, mogłoby się wydawać, że chciał rozłożyć szeroko ramiona i uściskać Thorne’a jak starego, dobrego, dawno niewidzianego przyjaciela.

4

Dopiero po przebyciu czterdziestu kilometrów mieli dotrzeć do pierwszej z kilku autostrad. Do tego czasu musieli podróżować wąskimi, krętymi drogami, na których innym użytkownikom niespecjalnie się spieszyło. Byli zdani na łaskę i niełaskę kierowców pojazdów rolniczych, a z policyjnych kogutów mogli korzystać tylko w wyjątkowej sytuacji. Ta część podróży budziła w Thornie największy lęk.

Właśnie teraz byli najbardziej narażeni na nieprzewidziane zdarzenia.

Wpatrywał się w lusterko boczne, obserwując drugiego forda galaxy.

Przez ostatnie kilka dni, a raczej nocy, miewał mroczne koszmary o traktorach pojawiających się znikąd, aby zablokować im drogę, ciężarówkach ustawionych w poprzek wąskiego pasa asfaltu i wyłaniających się zza naczepy mężczyznach ze strzelbami. Oczyma wyobraźni widział okrwawione wnętrze samochodu i wyszczerzone oblicze stracha na wróble, gdy nieznani napastnicy uwalniali więźniów. Taki przebieg wydarzeń byłby niemożliwy w terenie zabudowanym ani na autostradzie M54, gdyby jechali nią z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę. Jeżeli więc coś miało się stać, to właśnie tutaj. W samym środku cholernego pustkowia, niedaleko więzienia, ewentualnie później, gdy będą się zbliżać do celu: gdy znajdą się wiele kilometrów od najbliższej kamery monitoringu, na nieobjętej kontrolą elektroniczną wiejskiej drodze. Thorne wiedział doskonale, że nic takiego się nie wydarzy. To tylko dawała o sobie znać jego wybujała wyobraźnia. Ale oczywiście należało brać pod uwagę każdy, nawet najgorszy scenariusz.

Bo gdy chodziło o Stuarta Nicklina, Thorne brał pod uwagę przede wszystkim najgorszy scenariusz.

Spojrzał w lusterko wsteczne.

Nicklin siedział bezpośrednio za nim, na jednym z trzech foteli, puste miejsce oddzielało go od funkcjonariusza służby więziennej Chrisa Fletchera. Batchelor i starszy funkcjonariusz służby więziennej Alan Jenks siedzieli obok siebie w następnym rzędzie. Byli przypięci pasami, trzymali dłonie na kolanach; więźniowie pozostali skuci. Kajdanki, w jakie zaopatrzyło ich więzienie, miały specjalne sztywne zabezpieczenie: metalowy gruby pręt łączył dwie obręcze kajdanek w taki sposób, że przeguby osadzonych były umieszczone jeden nad drugim. Dzięki temu nie mogli zarzucić rąk na szyję osobie znajdującej się przed nimi, by ją udusić.

Dwadzieścia minut po opuszczeniu Long Lartin wciąż mieli wokół siebie sielski krajobraz Worcestershire. Dzień był bezchmurny, ale chłodny. Rozciągające się po obu stronach jak okiem sięgnąć pola bielił szron, mury i żywopłoty skrzyły się srebrzyście.

Dwadzieścia minut upłynęło w kompletnej ciszy, aż Nicklin przerwał w końcu milczenie, wychylając się do przodu tak gwałtownie, że wszyscy inni znajdujący się w samochodzie drgnęli. Wyciągnął głowę w stronę szczeliny pomiędzy przednimi fotelami.

– Milutko – powiedział.

Stuart Anthony Nicklin, który miał obecnie czterdzieści dwa lata, został wydalony ze szkoły w wieku szesnastu lat. Relegowano go wraz z chłopakiem nazwiskiem Martin Palmer w związku z incydentem noszącym znamiona przemocy, częściowo o podłożu seksualnym, dotyczącym kolegi ze szkoły, ale później wyszło na jaw, że mniej więcej w tym samym czasie Nicklin zamordował piętnastoletnią dziewczynkę. Wkrótce potem uciekł z domu i zniknął na niemal piętnaście lat.

– Ładny krajobraz – dodał. – I sceneria. – Nicklin spojrzał na Fletchera i odwrócił się w stronę Batchelora i Jenksa. – To wszystko.

Wrócił, będąc tuż po trzydziestce, jako inny człowiek, o nowej twarzy i nowym nazwisku, zupełnie nierozpoznawalny, nawet dla Martina Palmera, z którym wkrótce ponownie nawiązał kontakt. Pomimo upływu lat Nicklin nie stracił ani odrobiny z władzy, jaką miał nad swoim dawnym wspólnikiem w przestępstwie. Wprawnie manipulował Palmerem, zmuszając go do realizacji swoich pokrętnych planów i trwającej prawie trzy miesiące krwawej, zbrodniczej eskapady. Zamordowali co najmniej sześć osób, mężczyzn i kobiet – zasztyletowali ich, udusili, zastrzelili lub zatłukli na śmierć. Choć nie zawsze Nicklin miał w ręku nóż czy pistolet, nie ulegało wątpliwości, że to on stał za każdą z tych zbrodni.

I był chętny wziąć za nie odpowiedzialność.

Ich kres nastał na szkolnym boisku w pewne mroźne lutowe popołudnie. Mężczyzna, który został zastraszony i zmuszony do zabijania, oraz funkcjonariuszka policji ponieśli śmierć. Cztery miesiące później, po jednym z najgłośniejszych procesów we współczesnej historii, Nicklin rozpoczął nowe życie, tym razem jako jeden z najsłynniejszych seryjnych zabójców odsiadujących wyrok w Zakładzie Karnym JKM.

– Tego zawsze brakuje najbardziej. – Nicklin ruchem głowy wskazał za okno. – Zwykłych, najzwyklejszych rzeczy. Drzew, bezkresnego nieba i czarnej wstęgi szosy ciągnącej się przed tobą. – Usiadł prosto i zaśmiał się, unosząc skute dłonie, by podrapać się w nos. – A nawet smrodu krowiego łajna…

W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że prawie dziesięć lat przed tym, gdy on i Palmer zaczęli zabijać, Nicklin ożenił się i wiódł szczęśliwe życie. Znalazł też stałą pracę. Nie było jednak wiadomo, co robił przez wcześniejsze, „stracone”, lata. Później okazało się, że zaraz po ucieczce z domu jakiś czas pracował jako męska prostytutka na londyńskim West Endzie. To właśnie w tym okresie, gdy był wciąż nastolatkiem i nadal kreował siebie, po którymś z kolei zatrzymaniu za świadczenie usług seksualnych odesłano go do ośrodka dla młodocianych na małej wysepce u północno-zachodniego wybrzeża Walii.

Dom Przypływów był eksperymentem, który się nie powiódł.

Nie był to zakład poprawczy sensu stricto ani dom dziecka, ale coś pomiędzy jednym a drugim, coś innego, z naciskiem kładzionym dzień w dzień na duchowe przebudzenie i refleksje. Miejsce, w którym dzieciak o marnie zapowiadającej się przyszłości mógł dorosnąć, aby wszystko odmienić. Będący obiektem wiecznych ataków ze strony reakcyjnej prasy i parlamentu, Dom Przypływów zamknął swoje podwoje zaledwie trzy lata po otwarciu, pozostawiając niszczejące budynki i przerwane kariery ludzi, którzy w nim pracowali. To właśnie będąc tutaj, przed dwudziestu pięciu laty, Nicklin poznał Simona Milnera, piętnastolatka mającego na swoim koncie liczne wyroki za kradzieże samochodów.

Chłopca, którego ciała mieli teraz szukać.

– Ale będzie jeszcze ładniej, możecie mi wierzyć – zapewnił Nicklin. – Naprawdę. Jeśli lubicie ładne widoki, poczekajcie, aż dotrzemy na miejsce.

Thorne znów spojrzał w lusterko wsteczne. Nicklin przesunął się najdalej jak mógł w lewo, aby znaleźć się na linii wzroku Thorne’a. Aby ich spojrzenia wreszcie się spotkały.

– Nie jedziemy tam, aby podziwiać widoki – uciął Thorne.

Nicklin chrząknął i wzruszył ramionami.

– A co, wolałbyś przeszukiwać parcelę należącą do miasta, Tom? Omijać psie kupy, przekopując czyjś ogródek? A może osuszać stary kamieniołom?

Thorne zacisnął mocniej palce na kierownicy i zdał sobie sprawę, że robi to nie po raz ostatni. Wymienił spojrzenia z Hollandem, ale upomniał się, że zostało jeszcze dwadzieścia minut.

Rozległ się sygnał jego komórki, otrzymał SMS.

Sięgnął do uchwytu po telefon, wstukał kod i odczytał treść wiadomości od detektyw inspektor Yvonne Kitson.

jak leci? wybieram się na rozmowę z jego eks

Znów spojrzał w lusterko, gdy usłyszał dochodzące z tyłu trąbienie.

– Nie uważasz, Tom, że powinieneś raczej patrzeć na drogę? – Nicklin pokręcił głową i odwrócił się do Fletchera. – A co pan o tym myśli? – Strażnik nie odpowiedział. – Wlepiasz wzrok, aby odczytać wyjątkowo ważną wiadomość od kogoś tam, gdy nagle znikąd pojawia się traktor i zagradza nam drogę…

Thorne znów zaczął zaciskać palce na kierownicy i żeby się rozluźnić, musiał przywołać wspomnienie, które okazało się skuteczne. Cudowny, wyrazisty obraz, który sprawił, że z jego karku i barków zeszło napięcie, żuchwa się rozluźniła, kąciki ust lekko uniosły…

Przypomniał sobie pewne zimne lutowe popołudnie. Echo wystrzału wciąż rozbrzmiewało w powietrzu, a na rozbitej twarzy pojawił się grymas zdziwienia. Ta zastygła w pamięci cudowna chwila tuż po tym, gdy kolbą rewolweru roztrzaskał Nicklinowi usta. Pogruchotane zęby rozcinające dziąsła i pełne, nabrzmiałe usta, które pęczniały jak przejrzały owoc.

Rozszerzone oczy i strużki krwi przeciekające między palcami.

– Na miłość boską – odezwał się Nicklin, ponownie wychylając się do przodu. – Dojedźmy na miejsce w jednym kawałku, dobra?

Thorne nie odrywał wzroku od szosy, a na jego ustach wciąż błąkał się cień uśmiechu.

– Postaram się – odpowiedział.

5

Może to znak czasów, ale mimo że była gustownie ubraną kobietą po czterdziestce, czuła się nieswojo, kręcąc się w pobliżu szkoły podstawowej. Czy lepiej czekać w jednym miejscu, czy trochę pospacerować? Co mniej kojarzyło się z czajeniem się? Yvonne Kitson była przekonana, że nie wzbudza takich podejrzeń jak mężczyzna i na pewno nie zwraca na siebie uwagi jak didżej z lat siedemdziesiątych albo prowadzący program dla dzieci.

A jednak czuła się niezręcznie.

Przez piętnaście minut, jakie tu spędziła, została otaksowana wzrokiem przez parę w średnim wieku, kobietę z wózkiem dziecięcym i nauczyciela, który stał przez pół minuty i gapił się na nią zza siatki przy boisku. Kitson również na niego popatrzyła. Miała ochotę podejść do parkanu, pokazać facetowi legitymację i wrzasnąć mu prosto w twarz: A poza tym jestem matką trójki dzieci, ty pokręcony durniu.

Kuszące, ale skrajnie głupie i nieuzasadnione.

Głupie, bo z pewnością straciłaby szansę na spotkanie, które było celem jej przyjścia tutaj. Poza tym wiedziała, że nauczyciel wykonywał tylko swoją pracę. Ci, którzy polowali na dzieci, mieli różne oblicza i nie wszyscy byli tak rozpoznawalni jak Jimmy Savile.

Albo tak jak on dobrze się maskowali, że trudno ich było rozpoznać.

Co za ironia, pomyślała Kitson, że mężczyzna, który przez wiele dekad był jednym z najbardziej aktywnych pedofilów w kraju i potrafił to ukryć, nie wyglądał jak stereotypowe wyobrażenie drapieżnika gustującego w dzieciach.

Minęło jeszcze parę minut i kobieta, dla której Kitson tu przyszła, opuściła budynek szkoły, aby przejść w jej stronę przez całe boisko. Przystanęła na kilka sekund przy bramie, żeby wyjąć paczkę papierosów, i skinęła głową w stronę niewielkiego parku po drugiej stronie ulicy. A potem cicho, jakby do siebie, powiedziała:

– Tam.

Kitson odczekała pół minuty, po czym poszła w stronę ławeczki i usiadła na jednym jej końcu, podczas gdy kobieta siedząca na drugim zapaliła papierosa. Wyglądała poważniej niż na trzydzieści dziewięć lat. Miała brązowe włosy do ramion i okulary w grubych czarnych oprawkach. Tak jak Kitson była ubrana w ciemną spódnicę i żakiet. Obie mogły być nauczycielkami. Albo policjantkami.

– Długo pani czeka?

– Jakiś kwadrans – odparła Kitson.

Kobieta najwyraźniej nie zamierzała przepraszać Kitson, że kazała jej czekać. Paliła papierosa przez pół minuty.

– Patrol antypedofilski już panią wypatrzył? – zapytała. – Niski nauczyciel z nalaną twarzą?

– Tak – odparła z uśmiechem Kitson.

– Zapali pani? – Kobieta podsunęła paczkę w jej stronę.

Kitson pokręciła głową.

– Nie, ale dziękuję za to, co pani robi. Że zgodziła się pani ze mną porozmawiać.

– A miałam wybór? Nie chcę niepotrzebnych kłopotów. – Spojrzała na Kitson i zaciągnęła się głęboko dymem z papierosa. – Wystarczy jeden durny glina popijający w pubie, jedno rzucone przypadkiem nazwisko i wszystko może się sypnąć.

– Właściwie tak – przyznała Kitson.

– Dziesięć lat zajęło mi zbudowanie tego wszystkiego.

Kitson skinęła głową w stronę szkoły.

– Myślą, że gdzie pani poszła?

Kobieta machnęła trzymanym w ręku papierosem.

– Na fajkę, jak zwykle. Co znaczy, że mam jakieś pięć minut i bardzo dobrze, bo nie mam ochoty rozmawiać z panią dłużej. – Przyłożyła papierosa do ust i zaraz znów opuściła rękę. – Nie mam ochoty rozmawiać o nim nawet przez pięć sekund.

– Ładnie tu – powiedziała Kitson. Szkoła znajdowała się na obrzeżach Huntington w Cambridgeshire, ponad sto kilometrów od Londynu. Dostatecznie daleko. – Dużo zieleni.

Kobieta pokiwała głową, spokojnie paląc papierosa.

– Dzieciaki są miłe? – dopytywała Kitson.

Kolejne skinienie.

– Szczęście mi dopisało – odparła kobieta, a potem parsknęła, rozbawiona absurdalnością tego stwierdzenia.

Kobieta, która kiedyś nazywała się Caroline Cookson, wciąż wykonywała tę samą pracę co dziesięć lat temu, kiedy jej życie zmieniło się nie do poznania. Ale cała reszta się zmieniła. Nazwisko, akcent, kolor włosów, nawet fryzura. Kobieta została przeniesiona do innej miejscowości i otrzymała nową tożsamość, gdy wyszły na jaw najokrutniejsze szczegóły zbrodni, jakiej dopuścił się jej mąż. Mężczyzna, który wtedy używał nazwiska Cookson, choć w rzeczywistości nazywał się Stuart Nicklin.

– Nie wiem, jak mam się do pani zwracać – rzekła Kitson.

– Claire Richardson. Nazywam się Claire Richardson.

Funkcjonariusze zajmujący się zapewnieniem Caroline Cookson nowej tożsamości w ramach programu ochrony świadków, podali Kitson nazwisko, numer telefonu oraz adres szkoły, w której uczyła „Claire Richardson”. Poza tym Kitson nie wiedziała nic więcej na jej temat. Czy wyszła ponownie za mąż? Czy miała dzieci?

Zapytała o to.

– Nie mam dzieci. Przez parę lat miałam chłopaka.

– To dobrze.

– Cóż, na razie nikogo nie zabił, więc… rozumie pani… to pewien plus. – Kobieta zaciągnęła się jeszcze dymem, upuściła niedopałek i zdeptała go butem. – Chociaż poprzednim razem nie miałam pojęcia o tym, co się działo, zgadza się?

Kitson zaśmiała się, bo uznała, że powinna.

Claire Richardson spojrzała na nią. Znów sięgnęła po papierosa.

– O niczym nie wiedziałam, naprawdę. Niektóre bulwarówki sugerowały, że wiedziałam, ale to nieprawda. Wciąż mnie mdli na myśl o tym, co on zrobił.

Kitson zapewniła, że wierzy, bo uznała, że takiej odpowiedzi powinna udzielić.

Patrząc, jak kobieta zapala następnego papierosa i usiłuje zatuszować drobne drżenie palców, Kitson powiedziała, o czym chciała porozmawiać. Wyjaśniła, że właśnie wdrażana jest procedura eskorty i przewozu więźnia i dlatego musiała zaczekać z tą i kilkoma innymi rozmowami, które polecono jej przeprowadzić.

– Staramy się zminimalizować ryzyko przecieku informacji – podsumowała.

– To czego właściwie pani ode mnie chce?

– Czemu on to robi?

Claire Richardson odwróciła się, popatrzyła i pokręciła głową.

– Skąd pani przyszło na myśl, że mogłabym to wiedzieć?

– Po prostu uznaliśmy, że może mieć pani jakieś podejrzenia, to wszystko – odparła Kitson. – Ponieważ on pisze do pani. Kierownictwo zakładu karnego poinformowało nas o listach, które do pani wysyła, dlatego zastanawialiśmy się, czy nie wspomniał o tej sprawie niejako przy okazji.

– Nie odbieram żadnych listów. Mam umowę z zespołem programu ochrony świadków i to oni przechwytują wszystkie listy, które są potem niszczone. – Wydmuchnęła smużkę dymu kącikiem ust. – A przynajmniej mówią, że je niszczą. Może czytają je dla zabawy. Albo wystawiają je na eBayu, aby zarobić parę dodatkowych funtów na boku. Wisi mi to, szczerze mówiąc. Nie obchodzi mnie nic, co on chciałby mi powiedzieć.

– Jak pani sądzi, co jest w tych listach?

– Mówiłam pani, nie obchodzi mnie to.

– Nie jest pani ani trochę ciekawa?

– Ani trochę. – Richardson znów odwróciła się, by popatrzeć na Kitson. – Tylko raz byłam z nim na widzeniu. Pięć, może sześć lat temu. Jakiś dziennikarz zaczął pisać książkę i wiedziałam, że zaczną mnie szukać. Chciałam mieć pewność, że do tego nie dojdzie, i wiedziałam, że tylko on może to wszystko powstrzymać, że może wywrzeć na tego dziennikarza presję czy coś takiego. To był jedyny raz. – Przełknęła ślinę i zaciągnęła się głęboko dymem z papierosa. – Naprawdę jedyny.

– Co powiedział? – spytała Kitson.

– Próbował powiedzieć, że nadal mnie kocha. – Claire Richardson powoli wychyliła się do przodu i wsunęła stopy pod ławkę. Wyglądała na zniesmaczoną. – Że za mną tęskni. O tak, zanim stamtąd wyszłam, powiedział, że seks ze mną był dla niego atrakcyjniejszy tuż po tym, gdy kogoś zamordował. Wyjaśnił, że kiedy rozmyślał o tym, co zrobił, o tych wszystkich cudownych szczegółach, gdy był ze mną, miał silniejszy wzwód, a wyznał mi to, bo uważał, że to mnie nakręci. Bo jego to rajcowało, nawet tam, w pokoju widzeń. – Upuściła na wpół wypalonego papierosa i wstała. – A więc nie. Nie jestem ciekawa. Ani trochę.

Odwróciła się i wstając, popatrzyła na Kitson.

– Przepraszam, że zmarnowała pani czas.

– Nic nie szkodzi – odparła Kitson. – To część mojej pracy. Taki mi wypadł dzień. Czasu mam pod dostatkiem. Wyświadczam jedynie przysługę… albo raczej kilka przysług policjantowi, którego obarczono zadaniem eskortowania pani byłego męża w tamto miejsce w celu odnalezienia ukrytych przez niego zwłok. Temu samemu policjantowi, który go schwytał, nawiasem mówiąc.

– Thorne’owi.

Kitson trochę się zdziwiła, ale zaraz uświadomiła sobie, że ta kobieta musiała wiedzieć, kim jest Tom Thorne.

– Zgadza się – przyznała.

– Spotkałam się z nim właściwie tylko raz. Po aresztowaniu przesłuchiwał mnie inny policjant, ale wtedy zjawił się on i zapytał, czy niczego mi nie trzeba. – Richardson zaczęła iść w stronę ulicy. – No i potem oczywiście widziałam go na procesie.

Kitson podążyła za nią.

– To na pewno nie było łatwe – rzuciła. – Siedzieć tam przez cały proces.

– Dla mnie to było łatwiejsze niż dla innych.

Kitson wiedziała, o co jej chodzi. Ktoś wspomniał, że do sali sądowej należałoby wstawić dodatkowe krzesła. Aby pomieściły się rodziny wszystkich ofiar.

– Nie wiem, co mam o nim myśleć – kontynuowała Claire Richardson. – O Thornie. To dziwne, bo chyba na swój sposób mnie ocalił, ale równocześnie zrujnował całe moje życie. Czy to zabrzmiało dziwnie?

– Nie za bardzo.

– Nie wiedziałam, czy powinnam go pokochać, czy raczej znienawidzić.

– Wiele osób ma wobec niego podobne odczucia – skwitowała Kitson.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

DZIEŃ DRUGI

WYSPA PRZYPŁYWÓW

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

DZIEŃ TRZECI

ZABÓJCZA POGODA

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

TRZY TYGODNIE PÓŹNIEJ

NAZNACZENI OD WEWNĄTRZ

Podziękowania

Jak zwykle jestem niezmiernie wdzięczny za wysiłek wszystkich osób z Little, Brown, a zwłaszcza mojego cudownego redaktora Davida Shelleya i jego zespołu. Mam ogromne szczęście, że wciąż mogę pracować z Robertem Manserem, Tamsin Kitson, Emmą Williams, Jo Wickham, Seanem Garrehym i Thalią Proctor. Oby moje szczęście trwało jeszcze długo. W Stanach Zjednoczonych w Grove Atlantic Morgan Entrekin, Peter Blackstock i Deb Seager wykazali się cenną dozą wiary i entuzjazmu, jeżeli chodzi o moje książki, i bardzo im za to dziękuję.

Mam wielki dług wdzięczności wobec Colin i Ernesta Evansów za ich niewiarygodną cierpliwość, rady oraz wskazówki i za to, że mnie tam zabrali. Bez nich ta książka by nie powstała. Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z tego, jak odmalowałem waszą wyspę…

Diolch o’r galon.

Za pomoc w dziedzinie antropologii sądowej muszę podziękować profesor Sue Black, dyrektor Centrum Anatomii i Identyfikacji Osób na Uniwersytecie Dundee, oraz profesor Lornie Dawson, specjalistce od badania i analiz gleby Grupy Nauk Środowiskowych i Biochemicznych z Instytutu Jamesa Huttona. Ich szczodrości i znajomości tematu dorównuje jedynie bezgraniczna cierpliwość przy udzielaniu odpowiedzi na głupie pytania.

www.hutton.ac.uk

www.milionforamorgue.com

Louise Butler była pomocna w sprawach procedur więziennych (dzięki, Lou), uwagi Wendy Lee i Tony’ego Fullera były jak zwykle mądre, no i nie mógłbym wyobrazić sobie wspanialszej, obdarowanej równie sokolim wzrokiem korektorki tekstu co Deborah Adams. Sarah Lutyens rządzi i pozostaje agentką, o jakiej może tylko pomarzyć każdy autor. Codziennie cieszę się, że jest właśnie moją agentką.

Nade wszystko jednak dziękuję Tobie, Claire. Za to, że zabrałaś mnie na wyspę Bardsey i że pomyślałaś, iż może to być ciekawe miejsce, dokąd warto byłoby wyekspediować Toma Thorne’a.

Od autora

Wyspa Bardsey (Ynys Enlli) leży zaledwie trzy kilometry od krańca półwyspu Lleyn. Ma nieco ponad dwa kilometry długości i trochę ponad osiemset metrów szerokości. Góra Mynydd Enlli wznosi się na wysokość 167 metrów. Niezależnie, czy są tam pogrzebane szczątki króla Artura i wspomnianych dwudziestu tysięcy świętych, jest ona tak niezwykłym i magicznym miejscem, jakim zaczyna je postrzegać Tom Thorne pod koniec niniejszej książki. Choć na potrzeby tej opowieści pozwoliłem sobie na dokonanie pewnych zmian w kwestii geografii wyspy, starałem się możliwie jak najwierniej oddać jej surowe piękno oraz atmosferę i mogę mieć tylko nadzieję, że przynajmniej u niektórych czytelników wzbudziłem dość ciekawości, aby zainteresowali się bliżej historią, mitologią oraz naukowymi walorami tego miejsca, o którym wzmianki zamieściłem w wielu miejscach w książce.

Gdyby ktokolwiek był zainteresowany i zechciał odwiedzić wyspę Bardsey, najlepiej zajrzeć na stronę: www.bardsey.org/english/bardsey/welcome.asp. Znajdziecie tam informacje o fundacji, która zajmuje się wyspą, a także o sztuce, archeologii i historii naturalnej tego miejsca. Dowiecie się również wszystkiego, co trzeba, o rezerwacji wycieczek jednodniowych i dłuższych, obejrzycie zdjęcia dostępnych na miejscu domków pod wynajem. Mogę zapewnić, że wszystkich, którzy chcieliby odbyć taką podróż, czeka niezapomniana przygoda; hotele na lądzie są fantastyczne, a domki letnie wcale nie są tak straszne jak ten, w którym przyszło spędzić noc Tomowi Thorne’owi.

www.bardsey.org/english/staying/staying_bardsey.htm

Bardsey to rezerwat państwowy i miejsce o szczególnym znaczeniu naukowym. Więcej szczegółów znajdziecie na www.bardsey.org/english/the_island/natural_history.htm.

Ci, których interesują zwłaszcza tutejsze ptaki, mogą śledzić szczegółowe codzienne raporty z obserwatorium ptaków i łąk, z cudownymi zdjęciami i aktualnymi informacjami o ponad 175 gatunkach, jakie mieszkają na wyspie: https://bbfo.blogspot.co.uk.

Ostatni król Bardsey, Love Pritchard, zmarł w 1926 roku i został pogrzebany niedaleko plaży na cmentarzu w Aberdaron. Wszystkiego o nim, o królach, którzy rządzili przed nim, i tym, co stało się z legendarną koroną z Bardsey, dowiecie się tutaj: www.bardsey.org/english/the_island/king.htm.

Latarnia morska na Bardsey, zbudowana w 1821 roku, ma nieco ponad trzydzieści metrów i w przeciwieństwie do niemal wszystkich innych latarni Trinity ma kwadratową podstawę. Szczyt latarni to jedyne miejsce na wyspie, gdzie udało mi się złapać jako taki sygnał w komórce, a nie cierpię wysokości, podobnie jak Tom Thorne.

www.trinityhouse.co.uk/lighthouses/lighthouse_list/bardsey.html

O religijnym znaczeniu Bardsey, jej historii jako miejsca pielgrzymek i historii dwudziestu tysięcy świętych możecie przeczytać tutaj: www.bardsey.org/english/the_island/pilgrims.htm.

Odległa i niemal bezludna wyspa, odcięta od lądu i pozbawiona zasięgu komórek, to rzecz jasna idealne miejsce dla rozwoju fabuły powieści kryminalnej. W rzeczywistości jednak nie pamiętam, żebym gdziekolwiek indziej spędził czas spokojniej niż na Ynys Enlli. Choć sam nie jestem osobą religijną, w pełni rozumiem jej znaczenie jako miejsca pielgrzymek i potrafię pojąć, dlaczego tak ukochali ją artyści, pisarze i przyrodnicy. Jeżeli choć jeden czytelnik, któremu spodobała się ta powieść, zapragnie odwiedzić Bardsey, usłyszeć nocą zew burzyka północnego, zobaczyć słońce zachodzące za niesamowitymi ruinami opactwa, uciec choć na kilka dni od szaleństwa i chaosu codziennego życia w mieście lub po prostu odnaleźć miejsce, gdzie Stuart Nicklin pogrzebał swoje ofiary, będę naprawdę bardzo szczęśliwym autorem.

Mark Billingham, Londyn, 2013