Opis

Druga część bestselleowej TRYLOGII ZŁA Trypolis, lata 60. XX wieku. Młodość niespokojnego Michele Balistreriego jest burzliwa jak ghibli, wiatr siekący wybrzeże tumanami pustynnego piasku. Młodzieńcze lata Mike’a naznaczają dwie okrutne śmierci, których przyczyny pozostają tajemnicą, dwie niemożliwe do pogodzenia miłości, udział w spisku przeciwko Kadafiemu i przymierze krwi, które naznaczy nie tylko ciała, ale i dusze czterech przyjaciół. Rzym, wrzesień 1982. Młody komisarz Balistreri nocami znieczula się seksem, pokerem i alkoholem, a za dnia bez przekonania prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Anity, południowoamerykańskiej studentki zamordowanej dzień po przyjeździe do włoskiej stolicy. Zaciągnięty dług wdzięczności każe mu też czuwać nad Claudią Teodori, dziewczyną stawiającą pierwsze kroki w show-businessie. Okazuje się jednak, że niewidzialna nić łączy współczesne zbrodnie z dawnymi. Idąc jej śladem, Michele Balistreri będzie zmuszony zanurzyć się w najmroczniejsze epizody swojej przeszłości, wrócić do czasów „piasku i krwi”, z którymi nigdy się do końca nie rozliczył. Na tej drodze miłość, przyjaźń i ideały zderzą się z poszukiwaniem bolesnej prawdy i niemożnością odróżnienia kto jest zdrajcą, a kto został zdradzony. Dopiero rozpaczliwy heroizm pewnej dziewczyny poprowadzi go za rękę do źródeł zła. „Jedna z tych powieści, które sprawiają, że chce się jak najszybciej wrócić do domu, by kontynuować lekturę”. il Venerdi di Repubblica „Powiedzieć, że to jest najlepszy kryminał sezonu to za mało. Tak dobrze napisanej i tak pełnej pasji powieści nie było od czasów Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet Stiega Larssona”. 24 Ore „Komisarz Balistreri jest jedną z najbardziej niezwykłych postaci współczesnej literatury kryminalnej”. La Repubblica

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 761

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 23 godz. 20 min

Lektor: Adam Bauman

Popularność

Kolekcje



Tytuł oryginału: ALLE RADICI DEL MALE

Copyright © 2012 by Marsilio Editori S.p.A. in Venezia

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Vavoq (Wojciech Wawoczny)

Zdjęcia na okładce: Shutterstock/Jiri Hera

Shutterstock/ Henryk Sadura

Shutterstock/TonelloPhotography

Zdjęcie autora: © Giliola Chistè

Konsultacja arabistyczna: prof. Marek M. Dziekan

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Aneta Iwan, Marta Chmarzyńska, Agnieszka Majewska

Ta książka jest powieścią, a nie pracą historyczną. Nie rościłem sobie pretensji do zrekonstruowania historycznej prawdy, lecz wyobrażałem sobie sytuacje możliwe. W konsekwencji nawiązania do postaci rzeczywiście istniejących i faktów historycznych, jak również sposób przedstawienia niektórych miejsc, zwłaszcza w Trypolisie, służyły wymaganiom świata przedstawionego. Wszystkie inne postaci i opisywane sytuacje z ich udziałem są czystą fikcją literacką.

ISBN: 978-83-8110-058-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Wilmy i Ulderika

Dla wolnego ludu Libii

Like a bird on the wire

Like a drunk in a midnight choir

I have tried in my way to be free

Jak ptak na drucie

Jak pijak w nocnym chórze

Próbowałem na swój sposób

Być wolny

L. Cohen (przeł. M. Karpiński i M. Zembaty)

1969

Gibli, wiatr południowo-wschodni, wydmuchiwał jej prosto w twarz całe gorąco pustyni. Nadia al-Bakri zasłaniała rąbkiem zawoju półprzymknięte oczy, chroniąc je przed gorącymi ziarenkami piasku i oszalałymi muchami. Szła na pamięć. Przechodziła tędy codziennie i jej bose stopy znały każdy kamień na ścieżce.

Wśród skowytów wiatru dosłyszała rechot żab i zrozumiała, że jest już prawie na miejscu. Na dużym zakręcie tuż obok niewielkiego stawu, za którym wznosiła się willa Balistrerich.

Nie tyle go zobaczyła, ile wyczuła jego obecność. Jakieś trzydzieści metrów od niej, pod eukaliptusem, stał nieruchomo w tumanach drobnego piasku rozmywającego kontur sylwetki. Nie było żadnego powodu, by miał tam stać, i Nadia przez moment czuła niepokój. Potem uśmiechnęła się do niego i zrobiła niepewny krok naprzód.

W bladym świetle słońca przebijającego się z trudem przez kurzawę nie dostrzegła błysku noża.

1982

– Jest pan policjantem, Balistreri. Powinien pan szukać mordercy, a nie zdrajcy czy osobistego wroga.

– To jedno i to samo, senatorze. Dzisiejszymi Włochami rządzi klasa polityczna, która narodziła się, zdradzając własny kraj podczas wojny. Daliście przykład wszystkim Włochom. To od was się nauczyli, że osobisty interes jest ważniejszy od lojalności.

– Nie wiem, co to ma wspólnego z zamordowaniem tych dziewczyn, Balistreri. To tylko człowiek, który morduje za pomocą noża.

– Myli się pan. Morderca zabija za pomocą umysłu. Ze względu na osobisty interes. Tak, jak wyście go nauczyli.

Prolog

Sobota, 1 lutego 1958

Moskitiera pomiędzy salonem willi a tarasem wychodzącym na wielki ogród jest rozsunięta. Mimo ciepła w Trypolisie o tej porze roku nie ma komarów.

Z zewnątrz dobiega tylko głos żab rechoczących wśród cichej afrykańskiej nocy.

Jest finałowy wieczór festiwalu w San Remo. Zebraliśmy się wszyscy w salonie. Trzy rodziny.

Sześcioro Libijczyków: głowa rodu Muhammad al-Bakri, jego czterej synowie, Farid, Salim, Ahmad i Karim, i najmłodsza córka Nadia. Dwie żony Muhammada jak zawsze zostały w ich baraku.

Troje Amerykanów: William Hunt, jego żona Marlene i ich mała Laura.

I my, pięcioro Włochów: dziadek Giuseppe Bruseghin, mój ojciec Salvatore Balistreri, moja matka Italia, mój brat Alberto i ja, Michele. Zdrobniale: Michelino.

Na ekranie czarno-białego telewizora marki Marelli Domenico Modugno śpiewa zwycięską piosenkę festiwalu. Siedzę na trzyosobowej sofie pomiędzy dwiema kobietami mojego życia. Z jednej się urodziłem, z drugą będę kiedyś żył. Życie jest piękne i całe przede mną.

Myślę, że taki sen nigdy więcej nie wróci

Pomalowałem sobie ręce i twarz na niebiesko

Potem nagle porwał mnie gwałtowny wiatr

i zacząłem lecieć w bezkresne niebo

Volare… o, o

Cantare… o, o, o, o!

CZĘŚĆ PIERWSZA

Stoję wyprostowana. Tunika lepi mi się do ciała, po którym spływa pot przerażenia. Nagie stopy opierają się o drewnianą powierzchnię, to stół przystawiony do betonowej ściany. Metr niżej widzę gliniane klepisko. Na stół włazi karaluch. Stopy mam wolne, podobnie jak prawą rękę, ale lewy nadgarstek ściśnięty obręczą kajdanek. Drugą obręcz przykuto do metalowej rury biegnącej pionowo przy ścianie. Po rurze wspina się karaluch. Na szyi mam sznur, czuję dotyk grubego węzła na karku. Ściska mnie, ale nie na tyle, bym nie mogła oddychać. Pod warunkiem, że stoję wyprostowana. Bo jeśli spróbuję choćby tylko kolana zgiąć, pętla mnie zadusi.

Piątek, 25 maja 1962

Dwaj kowboje stają naprzeciwko siebie na ubitej ziemi, pod gorącym spojrzeniem błękitnego nieba. Rewolwery w kaburach, ręce gotowe, by je wyciągnąć. Na pojedynek patrzy wmieszana w tłum dziewczyna, która najpierw kochała Kirka, potem Rocka, a teraz to już nie wiadomo kogo.

W mroku sali kina Alhambra słychać tylko terkot projektora. Patrzę na kamienną twarz dziadka Giuseppe, kiedy Rock Hudson i Kirk Douglas wymieniają ostatnie spojrzenia.

– Dziadku, ale kto zwycięży? Kto będzie szybszy?

Giuseppe Bruseghin, rocznik 1899, to mój dziadek. Wenecki wieśniak wierny piemonckiemu królowi po klęsce pod Kobaridem1 należał do nielicznych, którzy nie porzucili broni i munduru, by schronić się w jakimś gospodarstwie. Nie lubi broni ani pojedynków. Znosi westerny tylko dlatego, że przepada za mną.

– Michelino, w życiu nie zawsze zwycięża ten, kto pierwszy wystrzeli.

Lekko mierzwi mi włosy. Uchylam się, nie podoba mi się ta odpowiedź.

Kirk jest szybszy, Rock strzela zaraz po nim. Bardzo długa niema scena, spojrzenia Rocka i Kirka spotykają się po raz ostatni. Potem Kirk patrzy na dziewczynę i pada na ziemię. Dziewczyna biegnie do niego. Właśnie do niego, a nie do Rocka, który zwyciężył.

– Dziadku, ale czy dziewczyna nie zakochuje się zawsze w tym, który zwycięża?

Moje słowa giną w protestach widzów siedzących najbliżej nas.

Dziadek od czasu do czasu udaje, że jest głuchy. Ale ja wiem, że robi tak wtedy, kiedy nie chce mi odpowiedzieć. W 1940 roku jego syn Toni zapisał się do Gioventù Italiana del Littorio, Włoskiej Młodzieży Faszystowskiej, i poszedł na tę przeklętą wojnę. Zginął ostatniego dnia walki, do końca nosząc mundur faszystów, podczas gdy wszyscy inni uciekali z pola bitwy. Kiedy nagle ulotnił się król, jego syn oraz politycy, zostawiając żołnierzy między partyzantami z jednej a Niemcami z drugiej strony, kiedy faszyści uciekali na północ, Toni stawił czoło wrogowi2.

Moją babkę niedługo po Tonim zabrał tyfus, a może złamane serce. Dziadek musiał sam wychowywać Italię, nastoletnią córkę, która rozczytywała się w Nietzschem i żyła legendą Mussoliniego i swojego brata.

Kiedy zanadto przypominam mu Toniego, dziadek udaje, że nie słyszy, i nie odpowiada.

A na ekranie kinowym właśnie się okazuje, że Kirk poszedł na pojedynek z celowo rozładowanym rewolwerem. Zupełnie stropiony patrzę na napisy końcowe. Skoro Kirk wiedział, że nie ma nabojów w rewolwerze, coś musiało być w jego spojrzeniu, zanim padły strzały. Coś, co mi umknęło.

Ruchomy dach kina Alhambra rozsuwa się, otwiera na błękitne niebo nad Trypolisem. Czuć zapach eukaliptusów i końskiego nawozu, słychać terkot wozów i lament muezzina wzywającego do popołudniowej modlitwy.

Skończył się pierwszy seans, ten o drugiej po południu. Pracownik kina przechodzi z napojami i przekąskami, dziadek kupuje mi jeszcze jedną porcję cacawii, prażonych orzeszków, i wstaje do wyjścia.

– Dziadku, proszę, obejrzyjmy to jeszcze raz.

Jest już przyzwyczajony do takich próśb, nie po raz pierwszy je słyszy. Wie, że w domu się zanudzę. Piątek to muzułmański dzień święty, moi najlepsi przyjaciele Ahmad i Karim są razem z ojcem w meczecie. I tak nie będę się uczyć, w soboty i niedziele nie ma zajęć w szkole.

– Dobrze, Michelino, ale jeszcze tylko jeden raz, nie dwa, jak ostatnim razem.

Mieszkamy przy Sidi al-Masri, zaraz za Trypolisem, dziesięć kilometrów od piazza Castello, centralnego placu miasta, do którego jedzie się od nas wzdłuż szari Ibn Aszur, przez Città Giardino3 i obok pałacu królewskiego. Sidi al-Masri jest wysadzaną eukaliptusami, długą aleją, przy której aż do bliźniaczych willi należących do naszej rodziny nie ma ani jednego domu.

Dwie wille, które kazał zbudować dziadek, stoją po tej samej stronie alei. Otacza je wysokie na dwa metry murowane ogrodzenie, a droga z asfaltowej szosy do środka prowadzi przez wielką bramę z kutego żelaza. Bramę zdobią inicjały imion taty i mamy, Salvatore i Italii, splecione ze sobą w kształt dziwnie przypominający symbol amerykańskiego dolara. Moja matka nienawidzi tych splecionych liter. Ale ojcu się podobają, zależy mu na nich, zresztą wykucie ich to był jego pomysł, bo przypomina nam, że prawdziwa rodzina jest zawsze jednością.

Za willami w ogrodzeniu jest niewielka furtka. Prowadzi na pola i do gaju oliwnego dziadka. Zaraz za nią jest mały staw z żabami, a potem dwukilometrowa żwirowa ścieżka prowadząca przez szczere pole aż do baraku Al-Bakrich, w którym mieszkają Ahmad i Karim. Tuż obok okropnie cuchnącego zbiornika na nieczystości.

Tam zaczyna się długa na kilometr żwirowa droga, po której z trudnością przejedzie samochód, prowadząca wzdłuż gaju oliwnego Bruseghinów. Pasterze wypasają tam kozy i mają swoje szałasy. Droga łączy się z aleją między willami a Trypolisem, kawałek przed stacją benzynową Esso położoną bliżej miasta.

Obie wille znajdują się parę kilometrów od pastwisk i gaju oliwnego, ale i tak dociera do nich tamten zapach. Zwłaszcza smród szamba, które obsługuje wszystkie trypolitańskie baraki po tej stronie miasta i jednocześnie jest rezerwuarem nawozu dla drzewek oliwnych.

Kocham ten zapach ziemi, eukaliptusów i oliwek. Jestem bardzo dumny z gaju oliwnego dziadka. Giuseppe Bruseghin po zakończeniu pierwszej wojny światowej ożenił się i uzyskał dyplom geometry. Wraz z żoną i dziećmi przybył do Libii w 1932 roku, sześć lat przed masową kolonizacją „czwartego wybrzeża”4. Jego zawodowe umiejętności przydały się przy budowie wsi założonych z rozkazu Itala Balba5: Castel Benito, D’Annunzio, Mameli, Bianchi, Garibaldi, Crispi, Breviglieri. W nagrodę otrzymał kawałek ziemi kilka kilometrów od Trypolisu. Oraz tysiąc gotowych sadzonek oliwki.

Ziemia była właściwie jedną wielką połacią piasku. Dziadek wziął ze sobą libijskich robotników, wyrównali cały teren i wznieśli bariery, by trzymać w ryzach wydmy. W ten sposób zatrzymali przeklęty wiatr gibli wiejący z pustyni.

Potem dokopali się do warstwy wodonośnej, zbudowali studnię i kanały irygacyjne. Na koniec dziadek zasadził drzewka oliwne. Wiedział, że trzeba wielu lat, by zaczęły obficie owocować, więc cały czas utrzymywał się z pracy geometry, pomagając budować domy dla osadników. Dzięki temu długiemu, pełnemu wyrzeczeń okresowi dziadek ma dziś największą w Libii plantację oliwek.

Ale mój ojciec nie lubi zapachu oliwek. Przypominają mu dzieciństwo w Palermo, dwoje rodziców i pięciu synów w jednej izbie, i ubikację dzieloną z trzema innymi rodzinami.

Zapach ubóstwa.

Jeszcze raz obejrzeliśmy cały film. Kiedy Kirk Douglas wychodził na pojedynek z rozładowanym rewolwerem, uważnie przyglądałem się jego twarzy.

Teraz zrozumiałem.

Dziadek przywiózł mnie do willi swoim fiatem seicento i o szóstej jem podwieczorek złożony z chleba, masła, marmolady, cacawii i daktyli. Siadam okrakiem na balustradzie werandy, jakieś półtora metra nad ziemią. Mabruka, arabska gosposia, nie pozwala mi na to, ale akurat teraz pilnuje kucharki przygotowującej kuskus. Ogrodnik udaje, że nic nie widzi, a mój ojciec jest w pracy w mieście, w swoim biurze przy piazza Italia, niedaleko Cytadeli. Jet, pies bokser z tym swoim spłaszczonym pyskiem, wpatruje się we mnie wiernymi oczami. Zawsze ma takie, kiedy chce wyglądać ładniej i dostać daktyla. Ode mnie zawsze by go dostał, ale mój brat Alberto mówi, że mu szkodzą.

Ta balustrada jest moim wierzchowcem, a ja jestem Kirkiem Douglasem. Mam rewolwery, kapelusz i buty z ostrogami, które dostałem na Boże Narodzenie. Wiem, że to prezent od mamy i taty. A od dziadka dostałem kostium Zorro. Sprawia mu przyjemność myślenie, że wciąż jeszcze wierzę w Świętego Mikołaja.

Wściekle galopuję, może trochę za bardzo. Tacie nie spodobają się ślady po butach na białym tynku balustrady. Dla niego to oznaki, że bujam w obłokach. Zawsze mi powtarza, żebym myślał o rzeczywistości, skupił się na odrabianiu zadań szkolnych, tak jak mój starszy brat.

Na szczęście tato jest w mieście. W pracy, jak zawsze. Z tym antypatycznym młodym człowiekiem, który przyjechał z Italii i kilka dni temu był u nas na kolacji. Nazywa się Emilio Busi.

Jest bardzo gorąco. Po szyi spływa mi pot, mrówka biegnie po ramieniu, piekielnie hałasują wróble. Zgniatam mrówkę, z wróblami policzę się później za pomocą wiatrówki diana 50.

Ahmad właśnie wrócił z meczetu i czeka na pojedynek ze mną. Stoi pośrodku wielkiego piaszczystego placu ubrany po kowbojsku w rzeczy, które dostałem w poprzednich latach i przestałem nosić.

Ahmad jest gotów umrzeć, tak jest zawsze w naszych pojedynkach. Poważny w swojej roli, tak samo jak w życiu. Wysoki, śniady, o czarnych, nieco kręconych włosach i mrocznym, ale przenikliwym spojrzeniu. Taki sam jak jego młodszy brat Karim i siostra Nadia. Urodę odziedziczyli po matce Dżamili, drugiej żonie Muhammada. Są piękni. I arabscy.

Ahmad jest małym obdartusem, jak nazywają Libijczyków moi włoscy rówieśnicy. Ja jestem dzieckiem jednej z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w Trypolisie, a jednak właśnie jego wybrałem na najlepszego przyjaciela. Nie trzeba o tym mówić i żaden z nas nie lubi rozmawiać o przyjaźni, to typowe dla bab. Ale jest oczywiste, że wszystkie popołudnia wolę spędzać z nim, zamiast jeździć do ekskluzywnych klubów nad morzem, żeby się tam bawić z włoskimi, angielskimi czy amerykańskimi dzieciakami.

Scenariusz naszych zabaw jest niezmienny: ja wygrywam, on przegrywa. To milczący pakt, który zazwyczaj nie dopuszcza wyjątków. Ale dzisiaj to się zmienia.

Laura siedzi w cieniu eukaliptusa i rozmawia z Karimem, swoim rówieśnikiem. On nie chce odgrywać filmu, jest bardzo religijny i mówi, że westerny są dobre dla niewiernych. Laura zawsze mówi, że Karim jest przystojny, że wygląda jak syn księcia Alego granego przez Omara Sharifa w tym filmie, który właśnie wszedł na ekrany, Lawrence z Arabii.

Jakby Ahmad też nie był przystojny. Przecież są do siebie podobni jak dwie krople wody.

Laura bierze udział w naszej zabawie, żeby zrobić mi przyjemność, ale bez szczególnego entuzjazmu. Ma prawie dwa lata mniej ode mnie i Ahmada i wyraźnie widać, że mnie lubi, ale nie chce mnie słuchać.

Mógłbym zastąpić ją Nadią, ot tak, żeby jej zrobić przykrość. Nadia jest zawsze gotowa bawić się ze mną, bardzo chętnie by zagrała w naszym filmie. Ale wiem, że na Laurze nie zrobiłoby żadnego wrażenia, gdybym ją zastąpił. Poza tym Arabki nie grają w filmach, nawet w tych na niby. Ahmad i Karim by się obrazili.

– Laura, nie gadaj, masz obserwować pojedynek.

Karim bierze ją w obronę:

– To moja wina, przepraszam.

On zawsze trzyma stronę Laury.

Schodzę z wierzchowca-balustrady i zbliżam się do Ahmada. Jet już tam jest, liże go po ręce. Wieczorem, kiedy chce wyjść i biegać jak oszalały po polach, my dwaj go wyprowadzamy. Ale to Ahmad za nim biega.

– W ten sposób mam go na oku. Za dużo wściekłych suk w okolicy – powiada.

Zbliżam się. Z rękami wciśniętymi za pas rewolwerowca.

– Dzisiaj ty wygrywasz – szepczę mu do ucha. Czuję jego zaskoczenie.

Ahmad kręci głową, patrzy na mnie. Nie lubi niespodzianek, woli, jak wszystko idzie zgodnie z planem.

– Mike, wolę przegrać jak zwykle.

– Spokojnie, Ahmad, tym razem też przegrywasz. Ale to ja umieram, ty zostajesz na nogach. Teraz odchodzimy dziesięć kroków.

Oddalamy się powoli plecami do siebie. Karim liczy kroki, to rola, którą rezerwuję dla niego. Następnie odwracamy się i patrzymy sobie w oczy.

Laura jest nieuważna, przypatruje się motylowi. A może pogrąża się we własnych myślach, które są nieco dziwne. Raz powiedziała, że nie lubi ani słońca, ani mroku, że podoba jej się pogoda szybka, ale niezmienna. Ahmad mówi, że jest szalona, Karim – że genialna.

I oto padają dwa strzały. Kilka sekund zawieszenia akcji. Potem pod Kirkiem Douglasem uginają się kolana. Chwytam się ręką za serce i padam na ziemię. Przez przymknięte oczy widzę Ahmada-Rocka Hudsona stojącego nieruchomo. Oniemiałego, niemal przerażonego tym niesłychanym zakończeniem.

Nareszcie Laura i Karim patrzą uważnie. Są zaskoczeni. Pierwszy raz przegrywam w pojedynku. Ahmad jest blady i milczący. Podchodzą do mnie, do zwłok Kirka Douglasa. Teraz Laura powinna podbiec do Ahmada-Rocka, zwycięskiego rywala. Ale nie robi tego. Stoi w miejscu i w zamyśleniu patrzy na moje zwłoki.

W tej chwili Jet liże mnie po ręce. Pewnie wyczuł na niej resztki marmolady. Słyszę, jak Karim zaczyna się śmiać, z wściekłością otwieram oczy.

– Wybacz – mówi Karim – ale pogubiliśmy się, przecież to ty zawsze zwyciężasz.

Wyjaśniam nowość sytuacji, mówię o rewolwerze, który ja, Kirk Douglas, przed pojedynkiem opróżniłem z naboi. Żeby nie zabić Rocka Hudsona, mojego największego przyjaciela.

Teraz Laura uśmiecha się do mnie, przytakuje i chwali:

– Brawo, Mike. Ten, kto zawsze wygrywa, robi się antypatyczny.

Ahmad jest jeszcze zagubiony.

– Wolałem grać tego, który umiera.

Laura rzuca mu spojrzenie.

– Ty nie dałbyś się zabić z nienaładowanym rewolwerem. Nawet przez Mike’a.

Ahmad krzywo na nią patrzy. Wygląda na obrażonego. Widać, że oboje nie żywią do siebie sympatii. Boi się, że kiedyś będę wolał Laurę od niego.

Wtrąca się Karim:

– Ja bym się nie dał za was zabić. Za Laurę tak.

Fizycznie jest taki sam jak Ahmad. Mają identyczne twarze, ale całkiem inne charaktery. Karim żyje ideałami, Ahmad rzeczywistością.

Ahmad głaszcze psa. Patrzy na mnie.

– Weźmiemy Jeta na spacer, Mike?

Stoję prosto jak unieruchomiona w potrzasku. Nie mogę nic zrobić, zupełnie nic. Tylko wytrwać, nie pozwalać, by ugięły się pode mną nogi i pętla zacisnęła się na szyi. Jestem cała w jego mocy, a dla niego życie innych ludzi nie ma żadnego znaczenia.

Drugi koniec stryczka prowadzi w górę. Mogę go dotknąć wolną lewą ręką. Próbuję wymacać palcami, dokąd prowadzi, i dotykam swojej głowy. Jest łysa, zupełnie ogolona. Moje włosy, moje wspaniałe czarne włosy znikły. W półmroku prowadzę wzrokiem wzdłuż sznura. Idzie w górę, przechodzi nad jeszcze jedną grubą metalową rurą. Z łatwością utrzymałaby mój ciężar. Sznur ciągnie się dalej, potem schodzi w dół. Ale jedyne okno w pomieszczeniu daje zbyt mało światła. Nie widzę, gdzie jest drugi koniec liny. Widzę za to karalucha, który wspiął się na sufit nade mną.

Sobota, 26 maja 1962

W każdą sobotę przyjeżdża do nas mnóstwo ludzi i plac przed willami zapełnia się samochodami gości. Włosi, Amerykanie, Libijczycy, same ważne osobistości. Właściciele ziemscy, przedsiębiorcy, dyrektorzy z AGIP, włoskiej agencji paliwowej, albo z Banku Rzymu, dyplomaci, amerykańscy oficerowie z bazy Wheelus Field6, libijscy dygnitarze i królewscy ministrowie.

Podczas tych wieczorów na zmianę podaje się dania kuchni arabskiej, włoskiej i amerykańskiej. Tym razem jest wieczór amerykański. Hamburgery i kiełbaski przyrządzone na grillu przez Williama Hunta. Plus coca-cola i prażona kukurydza kupione przez jego żonę Marlene. Ponieważ mama Laury nie lubi gotować.

Z koszem pełnym popcornu i butelkami coca-coli idę razem z Laurą na tyły willi. William Hunt kazał tam zbudować wiatę, by chronić swoje samochody przed słońcem. Siadamy pod nią, żeby porozmawiać. Po dziecięcemu, ona ma dziesięć lat, ja dwanaście.

– Twoja mama też nie gotuje, Mike?

– Nigdy. Dlatego dziadek mówił, że nigdy nie wyjdzie za mąż.

– A tymczasem…

– Kiedy miała osiemnaście lat, poznała tatę. Był już wtedy inżynierem.

– I jest przystojny jak Clark Gable.

Patrzę na nią ze zdumieniem. Ta dziewczynka czasami jest crazy, jak mówi Ahmad.

– Co ty opowiadasz?

Śmieje się.

– Tak mówi Marlene, dla żartów. Twój tato jest Sycylijczykiem?

– Tak, piątym synem szewca i kelnerki, ma czterech starszych braci. Wychował się w jednej z najbiedniejszych dzielnic Palermo i jako jedyny z braci studiował na uniwersytecie.

– Dlaczego on studiował, a inni nie?

– Tato jest z tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego roku. Był za młody, żeby iść na wojnę. A jego czterej bracia poszli i już potem nie studiowali. A później pomogli wojsku amerykańskiemu wylądować na Sycylii.

Kiedy mówię ostatnie zdanie, krzywię się. Ona to zauważa.

– Nie lubisz nas, Amerykanów?

– Nie lubię Włochów. Zawsze zdradzają.

Patrzy na mnie niepewnym wzrokiem. Potem postanawia zmienić temat.

– A skąd twój tata miał pieniądze na studia?

– Pracował jako pomocnik fryzjera i po nocach uczył się angielskiego.

– A potem poznał twoją mamę.

– W czterdziestym ósmym skończył studia i przyjechał do Trypolisu pracować dla sycylijskiej firmy. Poznał mamę i szybko się pobrali. Rok później urodził się Alberto, a w kolejnym roku ja.

– Twoja mama jest bardzo bogata, prawda?

Taki właśnie ma sposób mówienia. Wprost, bezpośrednio. Inaczej niż reszta ludzi.

– Dziadek jest bogaty. Obie wille i gaj oliwny należą do niego. Mama wydaje się niezbyt sympatyczna, ale jest tylko bardzo nieśmiała. Mówi niewiele, za to czyta bardzo dużo. Zwłaszcza historii i filozofii.

– I jest faszystką?

Znów ta bezpośredniość. Tacie Laura nie spodobałaby się jako moja narzeczona.

Patrzę na nią.

– To też powiedziała ci twoja mama?

– Nie, to powiedział tato. Mówi, że to wielka szkoda, bo twoja mama jest jak królowa.

– Królowa?

– Tak. Tato mówi, że gdyby twoja mama urodziła się w szesnastym wieku, zostałaby królową.

Nie chciałem już więcej mówić o moich rodzicach.

– Opowiedz mi o swoim tacie i mamie. Jak się poznali?

– To piękna historia, Mike. Było całkiem odwrotnie niż u twoich rodziców. Tą biedną i piękną była moja mama. Tato pochodzi z rodziny teksańskich magnatów naftowych.

– No i jest bohaterem wojennym. Mama mi powiedziała.

Laura nie wydaje się dumna z tego powodu. Nie tak, jak ja byłbym dumny.

– Dali mu medal, kiedy służył w Korei. Był w marines. Teraz jest kimś w rodzaju ambasadora, z tym że nie jest ambasadorem. Niby pracuje w bazie lotniczej Wheelus Field, ale ciągle jest w podróży, w misjach, jak mówi. I zostawia mnie samą z Marlene.

– Twoja mama jest przepiękna!

Mówię to ze szczerym entuzjazmem i Laura się uśmiecha.

– Mama ma dwadzieścia siedem lat, o piętnaście mniej od taty. Urodziła się w Kalifornii i już jako noworodek była taka piękna, że rodzice dali jej na imię Marlene, bo mieli nadzieję, że stanie się sławna jak Marlene Dietrich.

– Mój tato mówi, że przypomina bardziej tę słynną amerykańską aktorkę, która tak mu się podoba, nazywa się Ava Gardner. A jak się poznali twoi rodzice?

– Marlene nie miała szesnastu lat, jak opuściła dom. Wyjechała do Hollywood uczyć się aktorstwa. Żeby zapłacić za pokój, pracowała w restauracji szybkiej obsługi.

– Trochę tak jak mój tato.

– Aha. Wiosną pięćdziesiątego pierwszego podawała mojemu tacie befsztyk. On przyjechał tam na weekend, w tym czasie robił jakiś kurs w Langley, gdzieś w Wirginii.

– A potem ty się urodziłaś.

– No, dzieci nie rodzą się tak od razu, zaraz po pocałunku. Tato skończył ten kurs w Langley i ożenił się z mamą. I w końcu kwietnia pięćdziesiątego drugiego roku urodziłam się ja.

– Jesteś bardzo podobna do mamy. Ale karnację i oczy masz po tacie.

– Rodzice mówią, że charakter też.

– To znaczy, że zabijasz nieprzyjaciół?

Spojrzała na mnie nieco nadąsana.

– Mam nadzieję, że tata nigdy nikogo nie zabił. A jeśli nawet, to tylko w obronie innych.

– Zanim tu przyjechaliście, mieszkaliście w Ameryce?

– Nie. W Londynie, Paryżu, Rzymie. Tato dużo podróżował, a mama chodziła na przyjęcia. I po trzech latach w Rzymie znaleźliśmy się tutaj.

– Twojej mamie podoba się w Libii?

– Ani trochę. Mówi, że to wielka piaskownica. Ale żeby ją przekonać, tato zrobił jej piękny prezent, nowy samochód. Jutro przyjeżdża, nazywa się ferrari.

Musiały minąć całe godziny. Na zewnątrz panuje cisza. Jest noc. W pomieszczeniu słychać jakieś dziwne odgłosy, których nie rozumiem. Jestem przerażona. Myślę o karaluchach i robi mi się niedobrze. Napęczniał mi żołądek i pęcherz. Nie potrafię się już powstrzymać, muszę zrobić pod siebie. Kiedy wróci, będzie ze mnie drwił. Teraz z zewnątrz dochodzi jakiś znajomy dźwięk. Pianie koguta, beczenie kozy. Przez okienko przebija się blade światło świtu. Stoję tu od co najmniej dwunastu godzin. Niemal bez ruchu. Uda mam jak z kamienia. Na blacie stołu moje odchody, wokół nich zbierają się karaluchy. Brzask sprawia, że we wnętrzu widać nieco więcej. Na ziemi przy stole ten drań zostawił butelkę wody. Pokusa. Zejdź, moja droga, jeśli jesteś spragniona. I powieś się.

Niedziela, 27 maja 1962

Ognistoczerwone ferrari 250 california to dwudrzwiowy kabriolet. Dzień po rozmowie z Laurą widzę go przed willą Huntów.

W każdą niedzielę wraz z Albertem jesteśmy ich gośćmi na amerykańskim śniadaniu: płatki kukurydziane, tost, jajka na bekonie. I czerwone ferrari właśnie tam stoi.

W niedzielę nie jemy śniadania z rodziną. Tato idzie na siódmą do kościoła, a potem siada na tarasie hotelu Al-Waddan, żeby przeczytać bieżące wydanie „Giornale di Tripoli”. Później przenosi się na plebanię przy parafii Świętego Anzelma, do księdza Eugenia, u którego zbierają się wszyscy liczący się w mieście Włosi. Mama zajmuje się swoimi sprawami i wydaje mi się, że nie lubi pani Hunt. Nie wiem dlaczego.

Alberto próbuje tylko parę kęsów tego, czym jest częstowany. Pyta pana Hunta, jak zbudowano drapacze chmur w Stanach Zjednoczonych Ameryki, tym dalekim, wielkim kraju. Pyta o nowego młodego prezydenta, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. William Hunt mówi, że za nim nie przepada.

Ja przysłuchuję się im, a jednocześnie nie daję się prosić i biorę się do jedzenia wszystkiego, co mi smakuje. Wcinam płatki kukurydziane, tosty, naleśniki z syropem klonowym. Mama Laury mnie lubi, mówi: „Michelino, take it all”.

Marlene już wcześniej wypiła szklankę soku z grejpfruta i zjadła kromkę przaśnego chleba, a teraz wyszła na swój obowiązkowy codzienny jogging. Biegnie zawsze ścieżką, która zaczyna się za willami, dwa kilometry po suchych polach aż do baraku Ahmada i zbiornika na nieczystości. Dwa razy w tę i z powrotem. Codziennie osiem kilometrów. W czasie znacznie krótszym od godziny.

– Kiedy zajmie mi ponad godzinę, będzie to znaczyło, że jestem stara – mówi.

Oto i wraca, zdyszana i promienna, pot przylepia jej koszulkę do ciała i spływa po długich nogach. Mój ojciec ma rację, przypomina Avę Gardner, tylko że jest jeszcze piękniejsza.

Marlene lekko mierzwi czuprynę Alberta, całuje Laurę i uśmiecha się do mnie. Do męża nie. Idzie pod prysznic. Po powrocie ma na sobie różową koszulkę bez niczego pod spodem i dżinsowe szorty.

– Dzieci, zabieram was w ferrari nad morze, co wy na to? – proponuje.

Biegnę do domu po kąpielówki i klapki.

– Jedziemy nad morze. Powiedz dziadkowi – mówię do Mabruki.

Wskakujemy do ferrari. Marlene i Laura z przodu, ja i Alberto z tyłu. Śmigamy wzdłuż Sidi al-Masri do Trypolisu, wyprzedzając nieliczne stare fiaty, hillmany i morrisy. Wiatr smaga nas po twarzy, eukaliptusy po obu stronach drogi zlewają się w jedno.

– Too fast? – pyta nas Marlene, przekrzykując wiatr i ryk silnika.

Ale ja bym chciał, żeby jechała jeszcze szybciej.

W ciągu dwóch minut pokonujemy całą Sidi al-Masri i jesteśmy u wrót Trypolisu. Marlene zatrzymuje się, żeby zatankować na stacji Esso.

Vito Gerace, pracownik stacji, ma pod pięćdziesiątkę i jest Sycylijczykiem. Pochodzi z tej samej biednej dzielnicy Palermo co mój ojciec. Jest jego protegowanym. Szorstki typ o bujnych włosach i krzaczastych, zrośniętych brwiach. Ludzie mówią, że co sobota upija się w burdelu.

Rodzina Geracego przybyła z Palermo do Libii razem z inżynierem Balistrerim. Żona Vita, Santuzza, jest daleką kuzynką mojego ojca. Piękna, skromna, lecz wesoła kobieta, która zarabia jako krawcowa, szyjąc ubrania dla Włochów i bogatych Amerykanów.

Ich syn Nico jest moim rówieśnikiem, kolegą z klasy i z ławki. Regularne rysy twarzy ma po matce, ale kręcone włosy, gęste brwi i włosy na rękach i łydkach po ojcu, podobnie jak wyraźną wadę wymowy, co sprawia, że jest niepewny siebie i zakompleksiony.

Vito Gerace marszczy czarne brwi i najpierw wpatruje się w ferrari, a potem wybałusza oczy na Marlene Hunt. Mnóstwo czasu zajmuje mu czyszczenie szyby, co wykorzystuje, by przyglądać się jej opalonym nogom.

Także Nico patrzy na nią z podziwem. Wie, że Marlene grała w Hollywood, a on ma bzika na punkcie aktorek filmowych i telewizyjnych. Pod swoją ławką w klasie poprzyklejał fotografie gwiazd: Rity Hayworth, Avy Gardner, Marylin Monroe, Brigitte Bardot, Sophii Loren. Wszystkie razem do jego dyspozycji.

Wjeżdżamy do Trypolisu od strony Città Giardino i Marlene musi zwolnić. Skręcamy obok pałacu królewskiego zwieńczonego złotymi kopułami i mijamy plac, przy którym stoi katedra i zbudowany w czasach faszyzmu prostokątny budynek urzędu pocztowego. Samochodów jest niewiele, za to mnóstwo wozów, ciągniętych przez osły wózków, a także rowerów i pieszych idących środkiem drogi.

Nasza trasa prowadzi wzdłuż ulicy, którą my nazywamy corso Vittorio Emanuele, a Libijczycy szari Istiklal. Włoskie sklepy pod arkadami są pozamykane, ponieważ jest niedziela, za to otwarte są żydowskie i arabskie. I otwarta jest nasza ulubiona lodziarnia Girus.

Marlene parkuje ferrari pomiędzy osłem a fiatem seicento i wysiadamy. Wszyscy, ale to wszyscy na nas patrzą. Nie na nas, dzieci, lecz na ferrari california i na Marlene Hunt, piękną niczym bogini.

Po lodach jedziemy w dół corso Vittorio aż do piazza Italia z arkadami zbudowanymi w czasach faszyzmu. Objeżdżamy fontannę i skręcamy w corso Sicilia, ulicę, której nawet sami Libijczycy nie nazywają szari Umar al-Muchtar. Wyjeżdżamy z centrum, znów się rozpędzamy i jedziemy ku plażom. Nie interesują nas te bardziej popularne i ogólnodostępne, Lido i Łaźnie Siarkowe z charakterystycznym zapachem niesionym przez Wadi Madżanin. My kierujemy się do najbardziej ekskluzywnych, tam, gdzie są prywatne kluby. Do Beach i Underwater.

Dojeżdżamy do Underwater w ciągu dziesięciu minut. Mamy już stroje kąpielowe na sobie, więc wskakujemy do basenu z morską wodą. Pan Hunt dołącza do nas później swoim land roverem. Jest kompletnie ubrany, siedzi w cieniu na tarasie i pali cygaro.

Ten wysoki blondyn o stalowoniebieskich oczach jest Teksańczykiem. W Libii bardziej sobie ceni pustynię niż morze. I ropę naftową, o której tyle się mówi.

Marlene przepływa swoje zwykłe pięćdziesiąt basenów, potem wychodzi, rozściela ręcznik i kładzie się na słońcu.

Naprawdę jest boginią, wystarczy na nią popatrzeć. Zdaję sobie z tego sprawę, chociaż mam dopiero dwanaście lat. To jej spojrzenie, które czujesz w środku, kruczoczarne, falujące włosy spływające do połowy pleców, szczupłe nogi. Górna część bikini rozwiązana, żeby opalenizna była bez zarzutu, dolna nieco opuszczona aż do tej granicy, za którą nieodwołalnie kończy się przyzwoitość.

Jej rodzice bardzo różnią się od siebie, mówi mi Laura. Marlene się nudzi. Chciałaby przynajmniej bywać na tych wszystkich przyjęciach w ambasadach, salonach luksusowych hoteli, na tarasach z widokiem na morze. Tych samych, które William nazywa z pogardą „publiczną pralnią cudzych spraw”.

Widzę, jak mężczyźni przez cały czas obmacują Marlene wzrokiem. Myślę, że pan Hunt o tym wie, musi wiedzieć. Tak samo Laura. Nie wiadomo, czy są zadowoleni.

Spędziwszy przedpołudnie nad morzem, wracamy do swoich domów. Po obiedzie przychodzą Ahmad i Karim. Uczęszczają do libijskiej szkoły przy szari Ibn Aszur i w niedzielę rano mają lekcje.

Gramy w piłkę na ubitej ziemi przed willami. Dwóch na dwóch, ja z Ahmadem i Alberto z Karimem. Piłka toczy się między karaluchami i jaszczurkami i nic takiego by się nie działo, ale sędziuje Laura, która interweniuje nie wiadomo kiedy i po co, dmucha w stary gwizdek, nic nie rozumiejąc z piłki nożnej. Z nią wszystkie mecze kończą się remisem. Dostosowujemy czas do włoskiej audycji radiowej „Wszystko o piłce minuta po minucie”. Kiedy kończy się mecz Juventusu, kończymy i my.

Laura czuje, że została jeszcze minuta. Karim potyka się o piłkę. Laura odgwizduje karnego. Ahmad się obraża.

– Jesteś kompletnie crazy, Laura.

Jet leży przed budą. Dyszy z gorąca, z pyska leci mu ślina. Dziś po południu przez całą godzinę z Ahmadem wyciągaliśmy z niego przeklęte kleszcze, które zagnieździły mu się za uszami.

– Idziemy pobiegać, Jet?

Patrzy na nas tymi swoimi oczyskami. Na ogół, kiedy tylko mówię te słowa, Jet zrywa się na wszystkie łapy. A teraz nic. Leży, ciężko dyszy i strasznie się ślini.

– Jest mu za gorąco – mówi Karim.

Ahmad kręci głową nieprzekonany.

– Jet biega nawet wtedy, kiedy wieje gibli.

Pies jest mój. Ale Ahmad uważa, że znajduje się pod jego szczególną opieką. Biada temu, kto go dotknie.

– Może po zachodzie słońca, Ahmad.

Wychodzimy przez bramkę z tyłu. Staw niemal zupełnie wysechł, słychać cichy, smutny rechot żab. Biegniemy ścieżką aż do baraku, w którym mieszkają Ahmad i Karim ze swoją wielką rodziną.

Stamtąd przechodzimy przez gaj oliwny Bruseghinów i mijamy baraki pasterzy, którzy wypasają kozy. Lepiej nie brać oliwek z ziemi. Można je łatwo pomylić z kozimi odchodami.

Zdążyliśmy na zachód słońca, to właściwa pora. Zaczyna się jatka. Ja z moją dianą 50 zajmuję się turkawkami siedzącymi na gałęziach eukaliptusów. Ahmad bierze się za skorpiony. Rzuca nożem. Dla uczciwości nigdy z odległości bliższej niż dwa metry.

Karim w tym nie uczestniczy. On czyta Koran, arabską poezję, historie o powieszonych przez Włochów libijskich bohaterach, takich jak Umar al-Muchtar. Dlatego nie zabija, tylko zbiera zakrwawiony łup.

Kiedy wracamy, by wziąć Jeta na spacer, widzimy dziadka przy psiej budzie. Obok niego młody mężczyzna, który jest doktorem od zwierząt, głaszcze psiaka po głowie dłonią w gumowej rękawiczce. Jet patrzy na nas smutnymi oczami, opiera pysk o ziemię. Dziadek kręci głową. Doktor odwraca się do niego.

– Bardzo mi przykro. Jet ma wściekliznę.

Dziadek, moi rodzice, Alberto i doktor zamykają się w salonie.

Ja, Ahmad i Karim pozostajemy na zewnątrz z Jetem. Ahmad mówi do niego po arabsku.

Po chwili z willi obok nadchodzą Huntowie. William i Marlene idą do naszego domu, pewnie moi rodzice ich zawołali. Laura podchodzi do nas.

– Ma ślad po ugryzieniu na boku – mówi, wskazując na ciemnobrązową sierść.

– To była jedna z tych bezpańskich suk stamtąd – odpowiada Ahmad. Wskazuje na ogrodzenie.

Rzeczywiście, od paru tygodni codziennie o zachodzie słońca słychać z tamtej strony ujadanie. Słychać je nawet teraz.

– Mają cieczkę – powiedziała mi Laura kilka dni wcześniej. A widząc, że nie rozumiem, wyjaśniła mi dokładnie, co ma na myśli. Tak jak zawsze, z lekkością i bezpośrednio, jak gdyby słowa nic nie ważyły, kiedy są szczere.

Wychodzi doktor, a za nim dziadek. Wyglądają tak smętnie, że słowa doktora są właściwie niepotrzebne.

– Jet ma wściekliznę. Zostały mu dwa, trzy dni. Trzeba go uśpić, inaczej będzie niepotrzebnie cierpiał.

Ahmad wstaje i odchodzi bez słowa.

– Niestety – ciągnie doktor – ślina Jeta jest zakażona. Jeśli was polizał, wystarczy maleńka rana, by…

– Musimy wszyscy się zaszczepić – ucina dziadek.

Czterdzieści zastrzyków. To nic w porównaniu z tym cierpieniem. Laura i Karim głaszczą Jeta. Mam jeszcze w ręku swoją wiatrówkę. Biegnę za wille, do furtki na zapleczu.

Kiedy wychodzę, szczekanie suk zamienia się w warczenie. Trzy z nich są przy Ahmadzie. W ręku ma dużą szarańczę, którą złapał. Psy ją uwielbiają. Uderza nią o mur. Jedna z suk, największa i najodważniejsza, podchodzi bliżej. Podejrzliwie węszy, potem nachyla się nad martwą szarańczą.

Ahmad ma już w ręku scyzoryk z wyciągniętym najdłuższym ostrzem, skacze okrakiem na sukę i wbija jej nóż w kark. Zwierzę wydaje z siebie straszliwy skowyt, próbuje wydostać się spod Ahmada. Ale on przyciska je do ziemi nogami, prawą ręką chwyta za gardło.

Lewą ręką – bo Ahmad jest mańkutem – wyciąga ostrze. Z rany wytryskuje krew, musiał trafić w tętnicę. Suka stara się go zrzucić, próbuje ugryźć.

Lecz Ahmad jest prędki, wbija nóż w prawe oko i okrężnym ruchem je wycina. W tym momencie dwie pozostałe suki rzucają się na Ahmada. Celuję z broni do bardziej agresywnej, w jej nos, tam, gdzie na pewno będzie bolało.

Ołowiana kulka z wiatrówki wystrzelona z odległości pięciu metrów potrafi naprawdę zrobić krzywdę. Suka skowyczy i ucieka. Ładuję ponownie, ale niepotrzebnie. Druga też ucieka.

Trzecia rozpaczliwie wyje. Obficie krwawi z karku i oka. Nie reaguje, nawet kiedy Ahmad znów siada na niej okrakiem i wbija jej nóż w gardło.

Widzę, jak ciągnie, ciągnie z całej siły, aż otwiera jej całe gardło i zwierzę pada na ziemię.

Wtedy Ahmad wyciąga nóż, wyciera go o trawę i zamyka, potem wkłada do kieszeni spodni.

– Dzięki, Mike – mówi.

Po czym odwraca się i rusza ścieżką w stronę swojego baraku.

Mijają godziny. Ten łajdak co jakiś czas się pojawia, na twarzy ma szyderczy uśmiech. Na zewnątrz słońce musi już stać wysoko. A może już zachodzi? Nawet tego nie jestem pewna. Widzę żółtawą zawiesinę w powietrzu. Pył, przez który biegnie światło słoneczne przecedzone przez brudną szybę okienka. Aby mi przypomnieć, że na zewnątrz jest wszystko, czego pragnę, jest życie. Teraz mogę zobaczyć, dokąd prowadzi sznur, którego jeden koniec oplata moją szyję, przechodzi nad grubą rurą pod sufitem i opada w dół. Śledzę jego bieg aż do drugiej wygolonej głowy, bardzo małej. Po drugiej stronie także jest pętla zaciśnięta na innej szyi.

Na szyi dziecka. Dziewczynki. Ma prawie dziesięć miesięcy. Waży jakieś dziewięć kilogramów. Ja sześćdziesiąt, ona dziewięć. Jeśli spróbuję się schylić albo usiąść na stole, sznur się napręży i udusimy się obie. Mała spokojnie śpi, pewnie dodał jej środek usypiający do mleka w butelce ze smoczkiem. To były te dziwne dźwięki, które słyszałam w nocy. Dźwięki wydawane przez moją córkę.

Poniedziałek, 28 maja 1962

Pochowaliśmy Jeta wczoraj wieczorem, a dzisiaj jestem w szkole. Na szczęście zbliżamy się do końca przeklętego roku szkolnego. Szkoła jest wielkim nowym budynkiem, ma długie korytarze i wysokie sufity chroniące przed duszącym upałem, który przynosi gibli.

Obok szkolnego budynku znajduje się betonowe boisko do gry w piłkę z pniami eukaliptusa znaczącymi linię autową. Ten, kto gra po tej stronie, musi uważać, by nie wpaść na drzewa, kiedy drybluje przeciwników.

Po jednej stronie boiska jest teren do gry w kule dla starszych. Po drugiej bar z piłkarzykami i ze stołem bilardowym, przy którym dorośli mogą grać kijami, a dzieci rzucają bilę rękami.

Mój brat Alberto właśnie kończy gimnazjum i jest szkolną gwiazdą. Ma najlepsze stopnie ze wszystkich przedmiotów i daje kolegom z klasy zadania domowe do odpisania, choć ryzykuje, że dostanie uwagę do dzienniczka. Za darmo udziela korepetycji najsłabszym uczniom.

Za to ja kuleję we wszystkich przedmiotach. Po prostu zupełnie nie mam chęci do nauki. I nie przepadam za kolegami z klasy, wolę Ahmada. Uczę się razem z nim, ale tylko sztuk walki. W tym jesteśmy naprawdę dobrzy.

Moim jedynym kolegą w klasie jest Nico Gerace, ten chłopak, który ma bzika na punkcie aktorek i piosenkarek. Syn krawcowej i pracownika stacji benzynowej, jedynych ubogich Włochów w całym Trypolisie. Gdyby nie pomagał im mój ojciec, umarliby z głodu. Nico jest ślamazarny, włochaty i na dodatek sepleni. Może właśnie dlatego się z nim koleguję.

Religii uczy nas ksiądz Eugenio, proboszcz z kościoła Świętego Anzelma, który stoi niedaleko szkoły.

Ksiądz przyjaźni się z moim ojcem, bywa u nas w każdą sobotę wieczorem, a ojciec jest u niego w każdą niedzielę. Nie na mszy, bo tato chodzi do katedry, tam może się bardziej pokazać. Po niej idzie na śniadanie do Al-Waddan, a potem na plebanię do księdza Eugenia.

Ksiądz Eugenio jest młody, nie skończył jeszcze trzydziestu lat. Ma gładką, pyzatą twarz jak u dziecka. Jego błękitne oczy patrzą łagodnie spod jasnych włosów, szeroki, dobroduszny uśmiech gości na zadbanej twarzy. Wygląda bardzo pokornie i zawsze nosi sutannę i sandały.

Choć skończył teologię, jest świetny z matematyki. Daje z niej korepetycje różnym dzieciakom, także mnie i Nicowi. Każe sobie płacić tylko bogatym rodzinom, Nico dostaje korepetycje gratis.

Tato mówi, że to najbardziej inteligentny ksiądz, jakiego zna. I najbardziej wspierający ubogich. Mówi, że ksiądz Eugenio doskonale zarządza pieniędzmi z jałmużny, inwestuje je z zyskiem. W ten sposób pomaga ubogim w Sudanie, Nigrze i Czadzie.

Ale jest coś jeszcze ważniejszego. Pod arkadami przy corso Vittorio Emanuele i w Klubie Włoskim mówi się, że wujem księdza Eugenia jest sam Alcide De Gasperi, współzałożyciel i pierwszy w historii sekretarz Chrześcijańskiej Demokracji oraz pierwszy powojenny szef rządu. Nikt nie wie, czy to prawda, czy nie, ale plotka głosi, że ksiądz Eugenio co miesiąc lata do Rzymu i że jest spowiednikiem Przewodniczącego, jednego z najbardziej wpływowych polityków w kraju.

Może właśnie dlatego wszyscy Włosi, którzy coś znaczą w Trypolisie, od właścicieli ziemskich po dyrektorów spółek, chodzą do niego do spowiedzi. I zbierają się w niedzielne popołudnia na plebanii przy parafii Świętego Anzelma, by wypić kawę, zagrać w tressette7 i omówić interesy. Wszyscy z wyjątkiem mojego dziadka.

W ławce siedzę z Nikiem. Dla reszty klasy Nico jest pariasem, praktycznie tylko ja z nim rozmawiam. Tylko ja nie nabijam się z niego i bronię go przed złośliwościami kolegów. Oni szydzą z jego zrośniętych brwi, kręconych włosów, które na próżno stara się wyprostować, z owłosionych rąk i łydek i z tego, że tak śmiesznie sepleni. Na dodatek zawsze śmierdzi benzyną. Ten zapach jego ojciec codziennie przynosi ze sobą do domu.

Nie wiem, dlaczego go bronię. Może tylko dlatego, żeby robić coś innego niż większość? Szczerze nienawidzę tego słowa: większość. Gdy je słyszę, czuję się zniewalany, przymuszany, by powiedzieć: „Tak, zgoda, oczywiście”.

Ksiądz Eugenio każe nam głośno czytać wybrany fragment podręcznika. Po jednym zdaniu, po kolei, zgodnie z tym, jak siedzimy w ławkach. I każdy z kolegów w milczeniu oblicza, które zdanie przypadnie Nicowi, i każdy ma nadzieję, że będzie wielokrotnie złożone i pełne liter „s”. Tematem lekcji są krucjaty, a jego zdanie do odczytania brzmi: „Termin assassino, asasyn, zabójca, wywodzi się od słowa hasziszijja, które stosowano na chrześcijańskim Zachodzie na określenie zwolenników imama Hasana ibn Sabbaha, i pochodzi albo od jego imienia, albo od słowa haszysz”.

Nico już dostrzegł to zdanie. Koszmarnie trudne. Patrzy na mnie wzrokiem cielęcia prowadzonego na rzeź. W tym samym czasie koledzy po kolei odczytują wcześniejsze zdania i już podnosi się w klasie podniecony chichot w oczekiwaniu na spektakl.

Ksiądz Eugenio nie słucha, wyłączył się i czyta książkę pod tytułem Rachunek ekonomiczny i bilans dóbr.

Kiedy przychodzi moja kolej, kończę swoje zdanie i kontynuuję jak gdyby nigdy nic:

– „Termin assassino, asasyn, zabójca, wywodzi się od słowa hasziszijja, które stosowano na chrześcijańskim Zachodzie…”

– Proszę księdza!

To Walter, przewodniczący klasy, najlepszy uczeń, ma najwyższe stopnie ze wszystkich przedmiotów.

Ksiądz podnosi głowę i patrzy pytająco.

– Tak, Walter, o co chodzi?

Walter powstaje. Jego czarny mundurek, w przeciwieństwie do mojego, jest zapięty na ostatni guzik, a biała kokarda niewystrzępiona i równo zawiązana.

– To zdanie miał przeczytać Nico, Michele już czytał swoje.

Krzywi się i patrzy na klasową publiczność. Nie ośmiela się spojrzeć mi w twarz. Wokół słychać tłumiony śmiech.

A potem słyszę własny głos, który bez udziału woli mówi:

– Walter, jesteś zwykłym chujkiem.

Ksiądz Eugenio wypuszcza z rąk książkę, która z łoskotem pada na ziemię. Jego różowa twarz nie zmienia barwy, błękitne oczy rozbłyskują jeden jedyny raz. W zapadłej ciszy słychać brzęczenie much.

Wstaje i zbliża się do mnie w milczeniu w tej swojej czarnej sukni. Z szerokim gestem, tak, by wszyscy widzieli i zapamiętali, palcem wskazującym i kciukiem chwyta za koniec ucha.

Ucha należącego do Nica, nie mojego. Powoli zaczyna je wykręcać. Powoli, stopniowo, bez wysiłku. Tymczasem ucho robi się coraz bardziej czerwone, a Nico walczy, by nie płakać z bólu i upokorzenia. Dla mnie ksiądz ma tylko karcące spojrzenie.

Ty jesteś synem inżyniera Balistreriego i nie mogę cię ruszyć.

Uwolnione wreszcie ucho Nica przez co najmniej dziesięć minut pozostaje ogniście czerwone. I przez te ciągnące się wieczność dziesięć minut, kiedy ksiądz Eugenio przerywa swoją lekturę i wraca do nauczania, dostrzegam spojrzenia, którymi koledzy obrzucają Nica. Niektóre szydercze, inne współczujące, ale ani jednego gestu solidarności. Zaczynam katalogować klasowych kolegów. Idioci, złośliwcy. Ci nieużyteczni, ci, których kiedyś zabiję.

Po lekcji ksiądz Eugenio zatrzymuje mnie i Nica. Wpisuje mi do dzienniczka uwagę, którą mają podpisać rodzice. Ale to mu nie wystarczy. Gestem przywołuje nas do katedry. Słucham go, intuicyjnie czuję, że lepiej wytrzymać w milczeniu. Nico obok mnie cały drży. Ksiądz z błękitnymi oczami i twarzą gładką jak pupa niemowlęcia uśmiecha się do nas.

– Zrobiłeś coś bardzo poważnego, Michelino, i to właśnie teraz, kiedy masz się stać sługą Pana. Brzydkich wyrazów używają tylko ludzie niewykształceni.

I patrzy na Nica. Który uczy się więcej ode mnie, ale jest dzieckiem niewykształconych ludzi.

Za dziesięć dni mam zacząć służyć do mszy, chociaż nikt mnie nie pytał o zdanie. Wybrał mnie ksiądz Eugenio, by przypodobać się mojemu ojcu, szczodremu ofiarodawcy wspierającemu remont jego kościoła. Tato chce, żebym służył do mszy, tak samo jak mój brat Alberto. Żeby wszyscy w Trypolisie, a nawet w Rzymie wiedzieli, że rodzina Balistrerich opiera się o zdrowe katolickie wartości.

– Nie będę więcej mówił brzydkich wyrazów, proszę księdza.

Obiecuję to bez wielkiego przekonania. Chcę iść na przerwę, nie podoba mi się, że stoję tu tak zamknięty razem z nim. Nico opowiedział mi, sepleniąc przez łzy, że kilka dni wcześniej, kiedy zrobił zbyt dużo błędów podczas korepetycji z matematyki, ksiądz Eugenio za karę kazał mu spuścić portki i przetrzepał mu skórę.

– Jasne, że nie będziesz więcej mówił brzydkich wyrazów, Michelino, to oczywiste.

Ksiądz Eugenio odgania muchę, która brzęczy przy twarzy Nica, potem głaszcze go po kręconych niesfornych włosach. Spod groteskowo krzaczastych brwi Nico patrzy na mnie przerażonymi oczyma. Powstrzymuję wściekłość, gryzę białą kokardę znienawidzonego czarnego szkolnego fartucha, gryzę jej koniuszek zużyty i postrzępiony przez moje niepokoje. Boję się, ale nie wiem, co mogę zrobić, w końcu to nauczyciel.

– Żeby być ministrantem, musisz być czysty, Michelino. Pamiętaj, że Bóg widzi wszystko, a na końcu każdego czeka sąd ostateczny.

Nic nie odpowiadam. On się waha, jego ręka zatrzymuje się na włosach Nica. Patrzy na mnie swymi chabrowymi oczyma, kto wie, co chce ze mną zrobić. Nie zauważa, że zaciskam pięści, napinam kolana, zgrzytam zębami. Nie czyta mi w myślach, inaczej uciekłby jak najdalej stąd.

Tylko myśl o moim ojcu zatrzymuje jego rękę. Uśmiecha się do mnie.

– Teraz możesz iść zagrać w piłkę, Michelino.

– A Nico?

Spojrzenie chabrowych oczu przenosi się na mojego kolegę.

– Nico musi się nauczyć, że nie wolno oszukiwać. Że ma czytać, kiedy jest jego kolej. Teraz mu to wyjaśnię, a jutro przyjdzie na plebanię do spowiedzi.

Kiedy wychodzę z klasy, czuję na plecach rozpaczliwy wzrok Nica.

To ja powinienem być na jego miejscu.

– Gdzie usłyszałeś to słowo, Michelino?

Ojciec czyta w dzienniczku uwagę od księdza i krzywi się. Alberto w milczeniu przypatruje się scenie. Italia czyta książkę i pali papierosa. Dziadek jest w mieście, gra w kule.

Nic nie odpowiadam. Po chwili ojciec powtarza pytanie:

– Gdzie je słyszałeś?

Patrzę mu prosto w oczy.

– Od ciebie, tato.

Alberto uśmiecha się do mnie. Brat zawsze bierze moją stronę. Czasem otwarcie, kiedy indziej w sposób bardziej subtelny.

Tato wzdryga się ledwo dostrzegalnie. Długo na mnie patrzy, zastanawiając się, czy nie kłamię. Mógłby zaprzeczyć, użyć ojcowskiego autorytetu. Ale ja go znam. On zawsze potrafi zostawić sobie furtkę. I nie unosi się. A jeśli nawet, to nie widać tego po nim.

– A kiedyż powiedziałem to słowo, Michelino?

– Kilka dni temu razem z mamą słuchaliście radia w sypialni. Drzwi były otwarte.

– Podsłuchiwałeś, Michelino?

Wtrąca się Alberto:

– Ja też tam byłem z Mikiem, tato. W radiu mówili, że wybrano nowego prezydenta Włoch. Mówiłeś mamie, że ten cały Segni wygrał głosami faszystów i tych chorych na umyśle, którzy chcieli znowu króla.

Niewiarygodne! W oczach ojca widzę cień szacunku dla mnie. Jak wtedy, kiedy trafiłem moją pierwszą turkawkę z wiatrówki diana 30, zanim jeszcze przeszedłem do wersji diana 50.

Teraz, z Albertem u boku, jestem spokojny. I mówię:

– Potem dodałeś: „Zresztą ten Segni to zwykły chujek i nie utrzyma się za długo na urzędzie”.

Tata uśmiecha się do nas. Jest trochę zakłopotany, ale w gruncie rzeczy cieszy go solidarność obu synów. Tak od siebie różnych, a jednak zjednoczonych. A dla niego rodzina musi być zjednoczona. Zawsze i w każdym wypadku. Powtarza nam to do znudzenia. Tak go uczono od dziecka, jeszcze na Sycylii. Uczyli go rodzice, czterej starsi bracia, przyjaciele rodziców, którzy pożyczali im pieniądze, kiedy z pracy szewca nie starczało na jedzenie.

Rodzina musi być zawsze zjednoczona.

Tato się uśmiecha.

– Naprawdę tak powiedziałem? Cóż, nie powinienem był. Pewnych słów nie należy mówić. Również dlatego, że prezydent Segni jest dobrym katolikiem i został wybrany przez parlament. Dzięki Bogu mamy teraz we Włoszech wolną demokrację.

Demokracja. Często powtarza to słowo. I zawsze łączy je z drugim: wolna, które wygląda tak, jakby demokracja była usprawiedliwieniem dla czegoś złego. Jak nieproszone tłumaczenie.

Teraz przyjmuje ugodowy i protekcjonalny zarazem wyraz twarzy. I uśmiech, który upodabnia go do Clarka Gable’a.

– Michelino, na pewno twojej matce się nie podoba, że wyrażasz się jak ulicznik.

Jak ulicznik. Powiedziane z pogardą przez kogoś, kto sam wychował się w najmroczniejszych zaułkach Palermo.

Moja matka odkłada książkę, gasi papierosa, rzuca przelotne spojrzenie na ojca.

– Michelino, brzydkie wyrazy zostaw niewykształconym. Masz problemy z księdzem Eugeniem?

Ona rozumie wszystko, tak jak chcę, bez jednego słowa.

Tacie nie podoba się to pytanie.

– Nie rozumiem jakie problemy może mieć Michelino z księdzem Eugeniem, który jest filarem naszej wspólnoty i dobroczyńcą.

Matka nie odpowiada. Z powrotem bierze książkę, zapala kolejnego papierosa, dolewa sobie jeszcze odrobinę złotego płynu o ostrym zapachu. Ojciec nazywa to trucizną.

Na koniec tato każe mi przeprosić za brzydki wyraz, wyspowiadać się u księdza Eugenia i uczyć się katechizmu, żebym mógł służyć do mszy.

W zamian mogę zapisać się na siłownię w Szkole Sztuk i Rzemiosł, na kurs sztuk walki. I zabierać ze sobą Ahmada na koszt ojca. Nie rozumie co prawda, do czego to ma się przydać, ale zawsze znajduje sposób, by wszyscy byli zadowoleni. Nie przypuszcza, że zdobędziemy czarny pas i że korzystając z tae i kwon8, będziemy torować sobie drogę.

Naszą drogę.

Tego wieczoru wielki ogród oświetlają jedynie lampki na murze okalającym posiadłość. Podniósł się gibli, południowy wiatr, który niesie do miasta piasek Sahary.

Nico, Ahmad, Karim i ja chronimy się w najciemniejszym kącie, za willą Huntów, obok tylnej furtki. Wiata, którą William Hunt kazał zbudować, by zapewnić cień dla land rovera i ferrari, tylko częściowo chroni nas przed gwałtownym wiatrem i siekącym piaskiem.

Alberta z nami nie ma, uczy się. A Laura jest z rodzicami w Wheelus Field na meczu bejsbolowym. Możemy więc rozmawiać bardziej swobodnie.

Nico mówi, że kiedy sobie poszedłem, ksiądz Eugenio kazał mu spuścić portki i znów przetrzepał mu skórę. I że kazał mu jutro po lekcjach przyjść na plebanię do spowiedzi.

Wychodzę z siebie z wściekłości. Patrzę na Ahmada. Mam przed oczami, jak wycina suce oko i podrzyna jej gardło.

– Musimy powstrzymać tę świnię. Mam plan.

Piasek wdziera się nam za ubrania, wszyscy słuchają mnie z uwagą. Karim patrzy na mnie z podziwem, Ahmad potakuje w milczeniu, ale Nico nie chce się zgodzić.

– Nie potrafię. Boję się − mówi.

Dodaję mu odwagi:

– Jeśli tego nie zrobisz, już zawsze będziesz się go bał, Nico. A on może dalej ci to robić. Jeśli mnie posłuchasz, nie będziesz się więcej bał ani jego, ani niczego.

– Mike, nie możesz zrobić tego za mnie?

Sepleni ze strachu mocniej niż zwykle.

Nie, Nico. Ja jestem synem inżyniera Salvatore Balistreriego. Don Eugenio nie ośmieliłby się. To ty jesteś pariasem.

– My jesteśmy Libijczykami, Mike – wtrąca Karim. – Co będzie, jak ksiądz Eugenio każe nas aresztować?

– Ja was ochronię. Jeśli oskarży was, będzie musiał oskarżyć także mnie. Tego nigdy nie zrobi.

Ahmad wyciąga scyzoryk, którym zabił sukę. To ja mu go podarowałem na urodziny.

– Jeśli to nie wystarczy, ja się zajmę tym księdzem.

Patrzę na moich trzech przyjaciół. Gibli skowycze pod wiatą, piasek wdziera się nam nawet do oczu.

– Zawrzyjmy we czwórkę przymierze – proponuję.

Każę Ahmadowi, by dał mi scyzoryk.

Chronimy się między land roverem a ferrari. Ale nawet tam piasek nie daje nam spokoju.

W milczeniu nacinam sobie wierzch lewego nadgarstka, krople krwi kapią z rany.

Kolej na Nica. Teraz uśmiecha się radośnie. Nacina sobie nadgarstek, z zadowoleniem patrzy na krew. Dla niego zaszczytem jest robić to samo co ja.

Karim jest mniej entuzjastyczny, nie podoba się mu mieszanie krwi z dwoma chrześcijanami. Z jego rany wypływa niewiele krwi, spogląda na nią z zakłopotaniem.

Potem podaje nóż Ahmadowi, który patrzy nam w oczy, poważny jak zawsze. Nie boi się, jemu ten pomysł się podoba. Chwyta nóż lewą ręką. W milczeniu robi nacięcie znacznie dłuższe i głębsze od naszego, krew obficie spływa z jego prawego nadgarstka.

Jedyna lampa zawieszona pod wiatą Huntów, pokryta żółtym piaskiem, daje drżące, rozproszone światło. Czuć zapach oleju i benzyny. Słyszymy, jak świszcze gibli, jak uderzają o siebie palmowe liście, jak drżą eukaliptusy.

Cztery nadgarstki zbliżają się do siebie i nasza krew miesza się z piaskiem.

Piasek i krew. Na zawsze.

Kolejne godziny. Wziął wyplatane krzesło i siedzi sobie przed nami. Nożem ostrzy jakiś kij, od czasu do czasu rzuca znudzone spojrzenie na mnie i na dziecko. Jeśli osłabnę na tym stole, umrzemy. Ja i moja maleńka. W tym jego przeklętym języku pytam go dlaczego. Nawet na mnie nie patrzy. Teraz naprawdę czuję przerażenie, nogi mi drżą, strużki potu żłobią lodowato zimne ścieżki na plecach, uryna ścieka po nogach, łzy płyną niepowstrzymanie. Muszę tylko przez cały czas mieć otwarte oczy. Wpatruję się w smugę światła, którą przepuszcza niedomknięta roleta, w te kilka milimetrów dzielących życie od śmierci. Nie mogę się poddać. Muszę tylko mieć cały czas otwarte oczy. To proste.

Wtorek, 29 maja 1962

Przygotowaliśmy się dobrze. Każdy miał wyznaczone zadanie. Nico jest ofiarą, Karim fotografem, Ahmad tym, który zastrasza, a ja tym, którego nie można oskarżyć.

Czterech małych drani na jednego dużego. Damy radę.

Po lekcjach Nico mówi księdzu, że jest gotowy do spowiedzi.

Wiemy, gdzie ksiądz go zaprowadzi. Do parafii Świętego Anzelma, niedaleko stąd. Na plebanię, do pokoju na pierwszym piętrze, w którym ksiądz Eugenio daje korepetycje z matematyki. Stoi tam także mały konfesjonał.

Kiedy przychodzą, my już tam jesteśmy. Dobrze ukryci.

Ksiądz wprowadza chłopaka i zamyka drzwi na klucz. Potem wchodzi do konfesjonału. Nico klęka na zewnątrz.

Natychmiast zaczyna grać swoją rolę, wyraźnie sepleni:

– Dotykaliśmy się. Ja, Mike, Ahmad i Karim.

– W jaki sposób? Muszę wiedzieć wszystko, żeby wyznaczyć właściwą pokutę.

– Ściągnęliśmy slipki, wszyscy czterej. Potem mierzyliśmy sobie siusiaki.

Sepleniące „s” świszczy bardziej niż zwykle. Karim, Ahmad i ja jesteśmy ukryci pod biurkiem i musimy jeszcze czekać. I nie wolno nam się śmiać.

– Musisz mi pokazać, jak to robiliście, Nico. Wstań.

Ksiądz wychodzi z konfesjonału. Jasnobłękitne oczy wpatrują się w chłopca. Dobroduszny uśmiech księdza Eugenia przypomina teraz obsceniczny grymas.

– Jak nisko opuściliście majtki? Pokaż.

Nico drży. Wie, że ukrywamy się tuż obok. Dlaczego jeszcze nie interweniujemy?

Bo to by nie wystarczyło, Nico. Musimy posunąć się dalej. Ty musisz posunąć się dalej.

Nico z zamkniętymi oczami wypełnia polecenie, portki i majtki opuszcza do kolan. Jest taki śmieszny! Uda ma tak samo owłosione jak łydki. A przecież ma tylko dwanaście lat.

Karim wychodzi spod ławki za plecami księdza. Słysząc klik migawki starego kodaka, ksiądz Eugenio podskakuje. Obraca się i patrzy z zaskoczeniem na Karima i Nica.

– Jak śmiesz, Nico! Każę ekskomunikować ciebie i całą twoją rodzinę! A co do ciebie, żałosny smarkaczu…

Ja także wychodzę spod ławki. Ksiądz Eugenio milknie. Ja jestem dla niego prawdziwym problemem. Co powie mój ojciec?

Ale to nie wystarczy, o czym dobrze wiemy. Wychodzi Ahmad i staje pomiędzy Nikiem a księdzem. Ma w ręku scyzoryk, ten od przymierza krwi, ten, którym zabija skorpiony i podrzyna gardło wściekłym sukom.

Ksiądz Eugenio blednie. Nie potrafi się zdecydować, czy uderzyć, czy się poddać.

Ahmad rozstrzyga wszystkie jego wątpliwości: naciska czubkiem noża na grdykę księdza. Wypływa kropla krwi.

Pierwsza kropla wielkiego strumienia krwi.

Nie wiem, czemu tak pomyślałem.

– Nic nie powiemy. Ale mamy zdjęcie – mówię do księdza.

Ta groźba jednak nie wystarcza Ahmadowi.

– Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojego przyjaciela, poderżnę ci gardło. Zrozumiałeś, gawwad? – mówi cicho. – Zrozumiałeś, pedale?

I już wiem, dlaczego to pomyślałem.

Bo Ahmad naprawdę gotów to zrobić.

Od paru miesięcy Marlene uczy Laurę fotografować. W willi mają ciemnię w komórce i Laura potrafi już sama wywoływać klisze. Musimy z konieczności zwrócić się do niej. Mówimy o fotografii zrobionej księdzu Eugeniowi. Nie wspominamy o nożu przystawionym mu do gardła.

Tak jak przypuszczałem, nie podoba jej się to, cośmy zrobili.

– Nawet ty, Karim?

Jakbyśmy my trzej byli zatwardziałymi złoczyńcami, a Karim jakimś świętym.

Karim patrzy w inną stronę.

Przechodzę do rzeczy:

– Teraz musimy je wywołać.

Krzywi się do mnie z rozbawieniem.

– Naprawdę? A gdzie macie zamiar je wywołać? U fotografa naprzeciwko katedry?

– Musimy chronić Nica – mówi Karim.

Dziewczynka się zastanawia. Z nas wszystkich Karim jest najbardziej wiarygodny. Może mamy rację.

– Pobiliście księdza Eugenia? – pyta.

– Nie, absolutnie nie, przysięgam – zarzeka się Nico, podnosząc dwa palce jak do przysięgi.

Potem robi znak krzyża. Pod wpływem sepleniącego „s” Laura się uśmiecha. Rozczula ją i sprawia, że robi się łagodniejsza.

Patrzy na mnie.

– Jeśli będziesz się zadawał z Ahmadem, staniesz się taki sam jak on, Mike.

Mówi to smutnym głosem, martwi się o mnie. Wiem, co ma na myśli.

Staniesz się bandytą, gangsterem.

Ahmad patrzy na nią chłodnym wzrokiem i nic nie mówi. Wreszcie Laura decyduje. Wiem, że robi to dla Nica.

– Dobrze, pomogę wam. Daj mi film, Mike. Wywołam te zdjęcia.

Ahmad kręci głową.

– Nie wierz jej, Mike. To dziewczynka. I jest crazy.

Laura odwraca się, by odejść. Zatrzymuję ją, chwytając za ramię. Błyskawicznym ruchem strąca z siebie moją rękę. Jasne oczy, które ma po ojcu, zasłania jej kosmyk włosów. Teraz jest wściekła.

– Jesteś kretynem, Michele Balistreri. Słuchaj dalej swojego Ahmada, a zostaniesz bandytą jak bohaterowie twoich ulubionych filmów.

Daję jej rolkę ze zdjęciami do wywołania. Nikt nie mówi ani słowa, Laura odchodzi.

Wpatruję się w tę smugę światła pod roletą, w te kilka milimetrów oddzielające życie od śmierci. Ile godzin minęło? Już nie wiem, straciłam rachubę czasu. To koniec, moje nogi zaraz ulegną, oczy zamkną się we śnie. Ale dopiero teraz widzę, o co w tym wszystkim chodzi. Teraz rozumiem, dlaczego zostawił mi wolną prawą rękę. Żebym wyciągnęła ją w stronę wody. Jak się postaram, to dosięgnę. Sześćdziesiąt kilo przeciw dziewięciu, dam radę. Właśnie na to czeka ten łajdak. Żebym poświęciła życie córki w zamian za zwilżenie sobie ust. Takie przedstawienie sobie wyreżyserował. Ale ja się nie poddaję.

Środa, 30 maja 1962

Jestem sam w ogrodzie, kiedy przychodzi Laura z kopertą zaklejoną taśmą.

– Oglądałaś je? – pytam, unikając jej wzroku.

Jej grymas zdradza powściągany uśmiech.

– To konieczne przy wywoływaniu. Ale patrzyłam tylko tyle, ile było konieczne.

– Nie jesteśmy pedałami, przysięgam.

Śliczne usta, takie same jak u Marlene, wyginają się w uśmiechu.

– Może. Kto wie. Zobaczymy.

Potem wybucha śmiechem i biegnie się schronić w willi Huntów.

Ahmad ma rację. Laura jest na wpół crazy.

Wieczorem znów jestem sam w ogrodzie. Po kursie sztuk walki Ahmad wrócił do swojego baraku, a Laura jest w domu.

W głosie taty dobiegającym przez otwarte drzwi balkonowe brzmi wyraźne rozczarowanie:

– Italio, ambasador i jego żona się obrażą. Poprzednio też cię nie było.

– Powiedz, że mam migrenę.

– Tej wymówki już użyłaś.

– No to znajdź inną. Przecież jesteś dobry w wymyślaniu różnych rzeczy.

– Słuchaj, Italio, ta twoja niechęć do przyjęć jest absurdalna. Dla moich interesów życie towarzyskie jest kluczowe. Dopiero co kupiłem wyspę Moneta, buduję tam willę do przyjęć i…

– Salvo, ja chętnie tam pojadę, żeby sobie spokojnie poczytać. Ale nie po to, by robić za panią domu i zajmować się twoimi relacjami towarzyskimi.

– Przestałaś już nawet zapraszać na kolację naszych sąsiadów!

– O tak, tobie przydałaby się przyjaźń z Williamem Huntem. Ale ja nie mam ochoty na towarzystwo niespełnionych hollywoodzkich aktoreczek.

– Jesteś niesprawiedliwa, Italio. O Marlene plotkują tylko dlatego, że jest piękna, a jej mąż to ważna figura.

– Doprawdy, Salvatore? Tak dobrze ją znasz?

– Italio, ale jak można nie rozmawiać z sąsiadami?

– Kiedy trzeba, rozmawiam. Z nim, kiedy tu w ogóle bywa, bo jest poważnym człowiekiem. I z Laurą, bo jest rozkoszną dziewczynką, piękną jak matka, ale porządną jak ojciec. A z Marlene Hunt sam sobie rozmawiaj, skoro tak ci zależy.

Wszystko zostało powiedziane półgłosem. Ale właśnie to najbardziej mnie przeraża. Żal ściska mi serce. Ojciec, który pewnie chce, bym był inny, niż jestem, mimo to wciąż pozostaje moim wzorem. Przystojny mężczyzna, który studiował, ponosząc wielkie ofiary, lubiany przez wszystkich i mający powodzenie w interesach. Kocham go.

Jeśli jednak sprawia cierpienie mojej matce, to już zupełnie inna sprawa. Bo matkę kocham bardziej niż kogokolwiek na świecie. Ona to sama czystość, jest jak dziadek, jak wuj Toni, który samotnie walczył z wrogiem, kiedy faszyści uciekali w popłochu, jest jak Kirk Douglas wychodzący na pojedynek z rozładowanym rewolwerem.

Jestem taki jak ty, mamo.

Jest noc, ale nie mogę zasnąć. Z jednej strony jestem podekscytowany tym, jak sobie poradziliśmy z księdzem Eugeniem, z drugiej niepokoi mnie podsłuchana rozmowa rodziców. Patrzę na puste łóżko brata, który jest w Londynie, żeby uczyć się angielskiego i nawiązywać pożyteczne znajomości.

Nauczyć się kraść legalnie, jak mówi mama do taty.