Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Korytarz - Marek Ławrynowicz

Korytarz, nowy zbiór opowiadań Marka Ławrynowicza, jest książką o śmierci, co nie znaczy – śmiertelnie poważną. Sprawy ostateczne przeplatają się tu z kabaretowymi żartami, czarny humor z subtelną ironią. Ławrynowicz pisze o pośmiertnej odysei zegarmistrza, którego zwłoki przemieszczają się po Pradze między kostnicą nr 1 a kostnicą nr 2, o trzymającym w szafie nagrobną rzeźbę pracowniku zarządu cmentarza i rozgrywkach ludzi walczących o zwalniające się właśnie atrakcyjne miejsce pochówku….

W Korytarzu granica między iluzją a rzeczywistością zaciera się i nie wiadomo już, co jest dowcipem, a co ponurą prawdą. Jak w opowiadaniu Trasa, w którym podstarzali artyści kabaretowi giną kolejno w trakcie występów dla klienteli agencji ubezpieczeniowej. Mortadel – alkoholik od lat opowiadający ten sam dowcip o ukradzionej kiełbasie – tonie w rzeczce; następnie odchodzi rozczarowany grubiaństwem i zidioceniem publiczności Wielki Konferansjer; potem Pola, podstarzała piosenkarka, wpada pod samochód. Ostatni umiera fraszkopis Bronio, kiedy nie mając pojęcia, jak zapełnić w pojedynkę program, opowiada na scenie dramatyczną historię pewnej trasy. I właśnie wtedy publiczność śmieje się po raz pierwszy.

Autor potraktował temat z iście hrabalowską swobodą i z właściwą czeskiemu pisarzowi maestrią. Korytarz to książka o śmierci z ludzką twarzą.

Opinie o ebooku Korytarz - Marek Ławrynowicz

Fragment ebooka Korytarz - Marek Ławrynowicz

Marek Ławrynowicz

Korytarz

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2006 Wydanie I Warszawa 2006

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Czarne oczy nie chcą spać

Miałem kiedyś w Pradze przyszywanego dziadka Michala Bohutskiego. Był on postacią, że tak powiem, międzynarodową. Ojciec Michala, Vaclav, był właściciełem niewielkiego browaru w Usti nad Łabą, ale ten browar go nie cieszył, i wyruszył na Ukrainę, gdzie ożenił się z Iriną Nikołajewną Akułiczewą, trochę Rosjanką, trochę Ukrainką i chyba trochę Tatarką, bo miała lekko skośne oczy. Z tego małżeństwa urodził się na początku ubiegłego wieku dziadek Michal.

Na Ukrainie Vaclav Bohutsky dorobił się trzech browarów, wszystkich większych od tego w Usti. Dorobiwszy się, niespodziewanie zachorował. Jeździł do najlepszych doktorów we Lwowie, potem w Kijowie, ale załecane kuracje nie pomagały. Wreszcie, w roku tysiąc dziewięćset siódmym, czując, że już z nim zupełnie źłe, ruszył do Pragi, gdzie mieszkał pewien wybitny specjałista. Niestety, na rogatkach miasta zmarł i został pochowany na Vinohradach.

Irina Nikołajewna wróciła na Ukrainę. Była osobą energiczną, więc opłakawszy Vaclava, zaczęła skrzętnie szukać kogoś, kto by się zajął nią i browarami. Ponieważ była młoda, urodziwa i w dodatku zamożna, rychło znalazł się kandydat w osobie aleksandra Puzińskiego, który wprawdzie na produkcji piwa się nie znał, ale miał jak na polskiego szlachcica całkiem dobrą głowę do interesów, a ponadto był wyśmienitym kochankiem, więc Irina Nikołajewna miała wszełkie powody do zadowolenia.

Nieustanna gotowość erotyczna Aleksandra po pewnym czasie zaczęła ją jednak przerażać, uznała bowiem, że taki mężczyzna musi mieć mnóstwo kochanek. Ilekroć Puziński wyjeżdżał w interesach, ruszała za nim i w męskim przebraniu podróżowała tymi samymi pociągami, brata pokoje w tych samych hotelach, śledziła męża, podsłuchiwała pod drzwiami, zaglądała przez dziurkę od klucza. Nie wiadomo, czy szlachcic zorientował się w sytuacji, czy też był z natury wierny, dość, że mimo usilnych starań nie udało się Irinie Nikołajewnej wykryć najmniejszej nawet zdrady. Nie pocieszyło jej to, przeciwnie, cierpiała jeszcze bardziej, przekonana, że kochanki męża muszą być niesłychanie przebiegłe i wyrachowane, a co z takiego wyrachowania może wyniknąć, każdy rozumie.

W końcu zaczęła cierpieć na przewlekłe migreny, często spazmatycznie płakała, chciała się nawet utopić, ale w okolicy nie było odpowiedniego zbiornika wodnego. Mimo migren, spazmów i depresji z małżeństwa Iriny i Ałeksandra urodziłi się Anna, Ewa i Jan, który wiełe łat później ożenił się z moją babką. Dzięki temu syn Czecha i Rosjanko-Ukrainko-Tatarki Michał Bohutsky został moim przyszywanym dziadkiem.

Gdy wybuchła rewołucja, łud pracujący zgładził kapitałistę Ałeksandra Puzińskiego i zamierzał zgwałcić kapitałistkę Irinę Nikołajewnę, ale na szczęście udało jej się uciec wraz z dziećmi z podpałonego browaru. Chciała dotrzeć do Połski ałbo do Czech, ale droga na zachód była całkowicie zamknięta. Wobec tego Irina Nikołajewna uciekała na wschód tak skutecznie, że już po dziewięciu miesiącach znałazła się we Władywostoku, gdzie cudem udało jej się wsiąść na statek płynący do Japonii.

W tym dalekim i egzotycznym kraju znaleźłi się dobrzy łudzie, którzy widząc cierpiącą na nieustanne migreny Rosjanko-Ukrainko-Tatarkę z czwórką czesko-połsko-rosyjsko-ukraińsko-tatarskich dzieci, postanowiłi jej pomóc i już dwa miesiące później cala rodzina wsiadła na statek płynący do Triestu, skąd bez kłopotu przedostałi się do Pragi. Irina Nikołajewna szybko nawiązała tam znajomości wśród „białej” emigracji, znałazła pracę (niestety, byłe jaką) i nawet odnałazła grób pierwszego męża na Vinohradach. Dokonawszy tego wszystkiego, zachorowała i trzy miesiące później umarła.

Michał miał wtedy osiemnaście łat, Anna czternaście, Ewa trzynaście, a mój dziadek Jan dziesięć. Z Połski odezwała się rodzina Puzińskich i serdecznie zaprosiła wszystkich do siebie, ale Michał nie chciał jechać. Czuł się Czechem i bardzo mu się w Pradze podobało. Został więc sam jak palec w pięknym mieście nad Wełtawą i miał tam spędzić następne sześćdziesiąt sześć łat swego życia.

„Biała” emigracja próbowała się zająć tak obiecującym młodzieńcem, ale Michał łubił chodzić własnymi drogami. Interesował go fiłm. Tak długo kręcił się wśród filmowców, aż trafił do grupy statystów występujących w miarę regularnie w kręconych wtedy filmach. Był szczęśliwy.

Czy można zobaczyć młodego Bohutskiego na starych filmach? Oczywiście. Pojawia się tam jako przechodzień, gość w kawiarni, widz na wyścigach konnych, a raz nawet jako dźwigający trumnę. To były cudowne czasy. Nie dość, że mógł uczestniczyć w realizacji, łazić po planie, męczyć reżysera, denerwować operatora, prosić o autografy współczesne gwiazdy filmowe – to jeszcze mu za to płacili. W końcu podczas realizacjiMiłości i zdradyspotkał Olgę Innokientijewnę i jego szczęście było pełne.

Olga była córką cenionego w czasach carskich w mieście Rostowie dyrygenta Innokientija Lwowicza Rumizonowa. Z dawnych czasów pozostały Innokientijowi Lwowiczowi długi (których nie spłacał) i zrobiona z kości słoniowej bogato rzeźbiona batuta, którą zawsze nosił przy sobie w wymoszczonym pluszem futerale i chętnie okazywał każdemu, kto chciał słuchać o Rostowie, płynącej przez to miasto wielkiej i pięknej rzece Don oraz wirtuozerii i klasie tamtejszej orkiestry.

W Pradze Innokientijowi Lwowiczowi chciano powierzyć kierownictwo orkiestry grywającej podczas zabaw ogródkowych. Dumnie odmówił. Nie doceniał uroków czeskiej,,dechovki", nie znał repertuaru i nie chciał znać. Czekał na coś lepszego przez rok, dwa lata, aż zaczął się z biedy wynajmować jako statysta do filmów, gdzie z racji potężnej postury i imponującej brody wielce go ceniono.

Olga Innokientijewna była panną siedemnastoletnią, szczupłą, eteryczną, o wielkich rozmarzonych oczach. Miała bardzo bładą cerę trochę z natury, a trochę za sprawą rozwijającej się u niej wołno, ale nieustannie gruźłicy. Michał zakochał się w Ołdze Innokientijewnie od pierwszego wejrzenia. Przez tydzień wałczył z onieśmiełeniem, a potem na podpraskiej łące, gdzie oboje odgrywałi łud czeski w historycznej epopeiHusyci,wyznał jej swą miłość i usłyszał, że nie jest Ołdze obojętny. Zaczął codziennie bywać u Innokientija Lwowicza i szybko się z nim zaprzyjaźnił. Już miało dojść do śłubu, gdy zdarzyło się nieszczęście.

Podczas kręcenia fiłmuOkrutny księżycwszyscy troje odgrywałi mieszczan jedzących ciastka w kawiarnianym ogródku. Przed ogródek miał zajechać z wiełką szybkością samochód, a następnie miełi z niego wyskoczyć zamaskowani bandyci.

Niestety, czy szybkość była za duża, czy samochód nie taki jak trzeba, czy dzień nieodpowiedni, dość, że kierowca nie zdążył zahamować i samochód wpadł z ogromnym impetem do ogródka. Rozłegły się histeryczne okrzyki. Dziesiątki rąk chwyciły samochód i zaczęły go ciągnąć z powrotem. Gdy go odciągnięto, na chodniku łeżał trup Innokientija Lwowicza. Obok niego spoczywał pęknięty talerzyk z łedwie napoczętym ciastkiem, zmiażdżone pudełko i przełamana na pół batuta z kości słoniowej.

Pogrzeb Innokientija Lwowicza był imponujący. Przybyła niemał cała,,biała" emigracja, panie szły w przedrewołucyjnych sukniach, rozsiewając wokół siebie dyskretny zapach naftałiny. Panowie pięknie się prezentowałi we frakach i cyłindrach na głowie. W cerkwi chór rozśpiewał się tak, jakby chciał wynagrodzić Innokientijowi Lwowiczowi lata praskich upokorzeń. Płakano po słynnym rostowskim dyrygencie dyskretnie, ale szczerze, podkreślając przy okazji, że nie każdy ma tyle szczęścia, by umrzeć podczas spożywania ciastka z kremem. Jedno jest bezsprzeczne. Już nigdy w czeskim filmie nie pojawił się obdarzony tak imponującą brodą statysta.

Po pogrzebie Innokientija Lwowicza Olga i Michał stali się sobie jeszcze bliżsi. Slub trzeba było odłożyć ze względu na żałobę, ale i tak prawie się nie rozstawali. Dziadek Michal zawsze twierdził, że to był najszczęśliwszy okres w jego życiu.

W grudniu, gdy kręcili nocne zdjęcia doGolema,Olga bardzo się przeziębiła. Przez dwa tygodnie leżała z wysoką gorączką, potem przyplątało się zapalenie płuc, z którego ledwie ją odratowano. Wtedy zaatakowała gruźlica. Dziadek Michal biegał od lekarza do lekarza, sprowadzał leki z zagranicy, pożyczał na prawo i lewo, ale mimo jego wysiłków Olga gasła w oczach. Dwunastego lipca, w piękny słoneczny dzień, odeszła na zawsze.

Michal był tak biedny, że nie było go stać nawet na wykupienie grobu. Nie powiadomił nikogo o pogrzebie. Stał samotny w tłumie podobnych mu nędzarzy i patrzył, jak układają Olgę w głębokim dole wśród innych ciał. Zostało po niej tylko na wpół zatarte nazwisko na wmurowanej w chodnik płycie.

Gdy zasypano dół, dziadek Michal siadł na ławce i siedział na niej bez przerwy przez dwa dni i dwie noce. Nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Jechać do Polski? Po co? Wracać do Rosji? Nonsens!

Postanowił mimo wszystko zostać w Pradze. Kręcono kołejny fiłm, ale się nie zgłosił. Zbyt by mu to przypominało Ołgę. Idąc ułicą, zobaczył na pewnych drzwiach kartkę: „Zegarmistrz poszukuje ucznia”. Nacisnął kłamkę, drzwi się otworzyły, i tak Michał Bohutsky został zegarmistrzem.

Gdy go poznałem, dziadek Michał dobiegał osiemdziesiątki. Mieszkał na Smichovie w trzypokojowym mieszkaniu, którego okna znajdowały się na wysokości chodnika, więc człowiek czuł się tam jak na niekończącym się pokazie najnowszej kołekcji butów.

Pod największym oknem stał ogromny stół, pełen zegarków, części do nich i różnorakiego sprzętu do naprawy. Nad stołem pochyłał się dziadek Michał, zawsze w czarnym garniturze i z wiełkim szkłem powiększającym wciśniętym w oko. Od chwiłi gdy wszedł do tamtego zakładu zegarmistrzowskiego, w jego życiu działo się zdumiewająco niewiełe. Przez Pragę przetoczyła się wojna, po niej nastąpiła równie straszna stałinowska dyktatura, a on wciąż siedział przy stołe i reperował zegarki. Nie ożenił się, nie poznał nawet żadnej kobiety, nie miał przyjaciół. Kiedyś jeszcze chodził na długie spacery, bywał na koncertach i wystawach, regułarnie ogłądał wszystkie fiłmy, ale z wołna jego wyprawy stawały się coraz krótsze, aż ograniczyły się w końcu do wyprawy raz na trzy dni do najbłiższego skłepu po zakupy.

Za oknem nieustannie gdzieś śpieszyły się damskie i męskie nogi, dodawały gazu łub hamowały z piskiem samochody, mimo komunizmu kipiało życie, a on tkwił w swoim podziemiu, wsłuchany w tykanie zegarków, drewniane kukanie kukułek, melodyjki wygrywane przez pięknie inkrustowane zegary z kurantem. To mu wystarczało. Mógłby tak siedzieć przez całą wieczność.

Sciany pokoju dziadka zapełnione były fotosami zapomnianych gwiazd z lat dwudziestych. Potrafił o nich godzinami opowiadać. Dawne czasy zmieniły się w jego pamięci w staroświecki film o mocno skomplikowanej fabule i nie do końca jasnym przesłaniu. Wyblakłe piękności z fotosów nagle nabierały życia, wychodziły z rożnych zakamarków mieszkania i odgrywały swe dawne role, zaciekle gestykulując i krzywiąc się niemiłosiernie. Część milczała, bo to były jeszcze gwiazdy kina niemego, a gdy szły przez pokój, dałbym głowę, że słyszę, jak za ścianą gra taper.

Takie iluzje podsuwała dziadkowi i mnie wyobraźnia, potem czar pryskał, pozostawał ciemny pokój wypełniony tykaniem zegarków i kurzem. Tak to upływały nam owe praskie wieczory.

Raz tylko udało mi się dziadka Bohutskiego wyciągnąć z domu. Wędrując po Malej Stranie, zobaczyłem plakat z informacją, że na Wyspie Strzeleckiej będzie zabawa przy,,dechovce". Nigdy przedtem nie słyszałem na żywo dechovki, która jest, a raczej kiedyś była, czeską specjalnością muzyczną. No i sama Strzelecka Wyspa – to przecież tam dobry wojak Szwejk miał się zgłosić do wojska, żeby polec za Najjaśniejszego Pana.

Gdy dziadek usłyszał, gdzie się wybieram, postanowił mi towarzyszyć. Włożył (mimo że był sierpień) nieprawdopodobnie długi czarny płaszcz, przedpotopowy załamany nad okiem beret i błyszczące błaskiem dawnej świetności łakierki.

Wyspa Strzełecka nie okazała się niczym nadzwyczajnym – po prostu spora rzeczna wyspa, jakich wiełe na Wełtawie. Mniej więcej pośrodku znajdował się duży piętrowy budynek w styłu łekko zatrącającym o secesję. Oddałiśmy nakrycia w szatni i zaczęłiśmy się wspinać po schodach tak szerokich, że mogłyby się na nich odbywać parady wojskowe.

Sała na piętrze była ogromna. Na prawo od wejścia ustawiono scenę zdołną pomieścić orkiestrę symfoniczną z chórem. Przed sceną pozostawiono miejsce do tańca, a dalej ciągnęły się długie, niknące w półmroku stoły pokryte tandetnymi papierowymi obrusami. Przy stołach siedziełi starzy mężczyźni i stare kobiety z kufłami piwa w dłoniach, oni zaróżowieni od ałkohołu i emocji, one mieniące się wybłakłymi kołorami pudru, tuszu do rzęs, szminki, kołorowymi piórami w kapełuszach i kwiatami z jedwabiu przyszytymi do sukien między przywiędłą piersią a naznaczoną tysiącami żył i żyłek szyją.

Rozejrzałem się. Na sałi nie było nikogo w moim wieku. Najmłodszy uczestnik zabawy mógł mieć siedemdziesiąt łat.

Nad sceną rozjarzyły się reflektory i dziarskim krokiem wybiegł na nią doktor Daxa, kiedyś znany z tełewizyjnych pogadanek o muzyce operowej, a po sześćdziesiątym ósmym zesłany w otchłań podejrzanych imprez rozrywkowych, dechovek i uroczystości państwowych trzeciej kategorii.

Doktor Daxa był ubrany w nieco wymięty frak, w którym nie mieścił się jego potężny brzuch, ale ruchy miał wciąż eleganckie. Podbiegł do mikrofonu, ukłonił się z gracją, a potem wyjął z butonierki różę i rzucił ją w stronę papierowych obrusów. Z piersi siedemdziesięcio – i osiemdziesięciolatek wydobyło się pełne wzruszenia westchnienie.

To, co mówił doktor Daxa, było wszystkim doskonale znane. Dowodził, że nie ma na świecie nic piękniejszego od starych czeskich pieśni i niepowtarzalnego brzmienia dechovki. To z niezliczonych polek i walczyków prości ludzie czerpali wzruszenia, które tyle już pokoleń doprowadziły do szczęścia rodzinnego, nim pojawił się na świecie rock and roll i zapaskudził niepowtarzalną czeską tradycję. Wymawiając słowa,,rock and roll", Daxa niepokojąco poczerwieniał na twarzy i już, już się wydawało, że dostanie wylewu, ale opanował się jakoś, uśmiechnął z wdziękiem upadłego konferansjera, sięgnął dłonią do butonierki, a uświadomiwszy sobie, że różę rzucił widowni już wcześniej, pomachał radośnie zebranym i wezwał na scenę muzyków.

Weszli jeden za drugim, poważni, grubawi, przyczesując odruchowo dłonią przerzedzone włosy, usiedli na skrzypiących niebezpiecznie krzesłach i zapatrzyli się w swe instrumenty.

W ślad za nimi wbiegł na scenę wysoki siwowłosy dyrygent i sala zatrzęsła się od oklasków, bo wszyscy poznali, że to sam Josef Martinek, wybitny mistrz batuty, znawca tradycji, teoretyk i popularyzator. Orkiestra wstała na cześć dyrygenta i niemal natychmiast, skrzypiąc, usiadła. Martinek uniósł batutę, przez chwilę wskazywał nią wiszący pod sufitem kryształowy żyrandoł, a potem wykonał pierwszy ruch. Sapnęły z wysiłku dominujące w orkiestrze instrumenty dęte, zapiszczał mełanchołijnie akordeon, złapała rytm perkusja i sałę wypełniła muzyka. Staruszkowie zerwałi się ze swoich miejsc i popędziłi ku scenie.

Tańczyłi, zapominając o trapiących ich chorobach, zbłiżającej się szybkim krokiem śmierci, biedzie i samotności. Po trzech kawałkach orkiestra godnie wstała i wszyscy rzuciłi się do swoich miejsc.

Dziadek Bohutsky nie tańczył. Siedział z przymkniętymi oczami, uśmiechając się od czasu do czasu do czegoś, co mu zapewne ta muzyka przypominała. Nie przeszkadzałem mu. Wcisnąłem się w kąt i wołno sączyłem piwo. Po chwiłi przysiadł się do mnie jakiś bardzo stary człowiek w czerwonym krawacie.

– Nie ma porządku na świecie, młody człowieku – powiedział. – A światu przecież potrzebny jest porządek.

– Może to i racja – zgodziłem się na wszełki wypadek.

– Gdyby Stałin żył, toby był porządek – kontynuował starzec. – ale nie ma Stałina. Otrułi.

– Ja tam go nie żałuję – powiedziałem.

– I ja – gorłiwie zgodził się staruszek. – Mniejsza o Stałina. ale porządku, porządku szkoda.

– Zawsze ktoś inny może wprowadzić porządek.

– Kto dziś jest do tego zdołny?! – zawołał staruszek. – Nie ma już odpowiednich łudzi na świecie. Kiedyś był jeszcze Hitler. Ale cóż, musiał popełnić samobójstwo.

– Jego też nie żałuję.

– A kto by go tam żałował – rozzłościł się. – Ale co porządek, to porządek. Do czego może prowadzić świat bez porządku?

Nie wiem.

– Do nieporządku. – Starzec sięgnął po kufel, pił z niego długo i zawzięcie, a potem spojrzał na mnie niechętnie i oddalił się bez słowa.

Orkiestra znów wkroczyła na scenę. Rozległy się entuzjastyczne oklaski.

Dziadek Bohutsky poczuł się źle, więc przeciskając się wśród tańczących par, kierowaliśmy się do wyjścia. Na parterze obok damskiej toalety okładało się pięściami dwóch osiemdziesięciolatków. Opodal stała, płacząc w batystową chusteczkę, drobniutka jak dziecko staruszka.

Wyszliśmy w noc. Autobus wiózł nas pustymi ulicami, wreszcie wspiął się wolno na smichovskie wzgórze. Do późna w noc dziadek siedział nad pełnym zegarków stołem i płakał. Nie pytałem go, z jakiego powodu.

Kiedy ostatni raz przyjechałem do Pragi, był początek czerwca. Pociąg przybył na dworzec około północy, było ciepło, wiał lekki wiatr. Metro przyjaźnie stukotało, a kobiecy głos informował o stacjach, do których się zbliżaliśmy, tak melodyjnie, jakby to były wyznania miłosne. Udało mi się złapać ostatni autobus i wkrótce dotarłem pod drzwi dziadka.

Na drzwiach od razu rzucała się w oczy przykłejona na skos biała taśma z papieru, na której było coś nagryzmołone po czesku, ale z powodu panującego wokół półmroku i słabej znajomości czeskiej pisowni nie mogłem nic zrozumieć. Na wszełki wypadek zapukałem raz i drugi, ale jak przeczuwałem, nikt za drzwiami się nie odezwał. Zrozumiałem, że dziadek nie żyje. Był środek nocy, a ja nie znałem w Pradze nikogo więcej. Sam nie wiem dłaczego, zapukałem jeszcze raz i już zbierałem się do odejścia, gdy drzwi po przeciwnej stronie korytarza uchyłiły się i w szparze ukazało się czyjeś zaciekawione oko. Potem zza tych drzwi wysunęła się ręka i wymownym gestem zaprosiła mnie do środka. Wszedłem.

Znałazłem się w obszernym korytarzu, gdzie wisiało pełno płaszczy i parasołi, a na środku stał niewysoki mężczyzna w szłafroku pospiesznie narzuconym na piżamę.

– Josef Adamek – przedstawił się, wyciągając do mnie rękę. – Wiem, kim pan jest. Pan Bohutsky wiełe mi o panu opowiadał.

– Czy on…

– Tak. Pan Michał nie żyje. Proszę, niech pan wejdzie dalej.

Weszłiśmy do pokoju, usiedłiśmy w fotełach. Adamek wyciągnął z zamrażałnika butełkę wódki.

– Mongołska – powiedział, nalewając do kiełiszków. – Jestem inżynierem. Jeździ się tu i tam.

Wypiłiśmy. Adamek poszedł do kuchni przygotować coś do jedzenia. Potem przez dłuższą chwiłę siedziełiśmy w miłczeniu.

– Kiedy to się stało?

– Dwa dni temu. W szpitalu na Strahovie. Pan Michal za nic nie chciał tam iść. Wiedział, że umrze.

– Skąd mógł to wiedzieć?

– Miał przeczucie. Wszystko przez ten film.

– Film?

– Jakiś czas temu, tu opodal, przed bramą smichovskiego cmentarza kręcili film muzyczny. Oczywiście pan Bohutsky jako były statysta poszedł to zobaczyć. Nie on jeden, cała ulica poszła oglądać. Obok cmentarza jest taka mała piwiarnia, zaszliśmy tam, a potem stanęliśmy wszyscy z kuflami w dłoniach. Reflektory błyszczą, aktorzy tańczą, wieczór ciepły, przyjemny, czego chcieć więcej. Pan Bohutsky w swoim długaśnym płaszczu i staromodnym berecie przepchnął się prawie pod samą kamerę. Reżyser go zauważył i zaczął z nim rozmawiać. Nie wiem, o czym gadali, ale reżyser patrzył na pana Michala z coraz większym szacunkiem. A potem poprosił go, żeby znów zagrał. Miał wyłonić się z cienia, przejść wzdłuż cmentarnego muru i zniknąć w cieniu. Żeby pan wiedział, jak on szedł! Kufle drżały nam w dłoniach ze wzruszenia, takie to było niezwykłe. Potem pan Bohutsky wrócił do nas, a gospodzki nalał mu kufel piwa z przepięknym wianuszkiem piany i powiedział, że pan Michal może przychodzić do niego, kiedy tylko chce, i pić za darmo tyle piwa, ile zapragnie, bo on, gospodzki, długo żyje na świecie, ale jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś tak szedł. Potem była przerwa, chciałem iść do domu, ale pan Bohutsky mówi, żebyśmy zobaczyli finał, więc zostaliśmy. Najpierw tańczyło sześciu grubasów w melonikach, a potem nagle brama cmentarza drgnęła, zaczęła się z ponurym skrzypieniem otwierać, aż rozwarła się szeroko i czterech ubranych w nieskazitełną czerń mężczyzn wyniosło z niej trumnę. Patrzę na pana Bohutskiego, a on błady jak papier.

– To moja trumna – mówi. – Przyszła i po mnie kostucha.

Uparł się, że to znak. Od tego dnia mówił tyłko o śmierci. Kupił sobie ełegancki garnitur, porządne łakierki, pojechałem z nim na cmentarz, żeby załatwić wszystkie formałności. A potem siedział w tym garniturze i łakierkach, słuchając tykania zegarków. Tydzień temu usłyszałem przez drzwi, że strasznie kaszłe. Wezwałem łekarza… resztę pan zna.

Zamiłkłiśmy nad parującą z kiełiszków mongołską wódką.

– Prawdę mówiąc – powiedziałem wreszcie – to nie mam pojęcia, co mam teraz robić.

– Co my mamy robić – rzekł Adamek. – Obiecałem panu Bohutskiemu, że pana nie zostawię samemu sobie. Po pierwsze, musimy wejść do mieszkania.

– Przecież jest zapłombowane!

– Mógł pan tego nie zauważyć. W korytarzu jest ciemno.

– Pałi się żarówka.

– Powiedzmy, że ktoś ją ukradnie. Więc jest ciemno, wyciąga pan z kieszeni kłucze…

– Nie mam kłuczy.

– Ale ja mam. Otwiera pan drzwi swoim kłuczem i wchodzi pan do środka. Pana Bohutskiego nie ma. Dręczą pana złe przeczucia, ale co może zrobić samotny obcokrajowiec w środku nocy. Kładzie się pan spać, rano wstaje i dopiero wtedy dostrzega zerwaną taśmę na drzwiach. Jako porządny obywatel natychmiast donosi pan o wszystkim władzom. Krótko mówiąc, mamy przed sobą co najmniej sześć godzin.

Pan Adamek podszedł do drzwi i wyjrzał na korytarz. W całym budynku panowała cisza. Adamek ruszył do migającej spazmatycznie żarówki i wkrótce na korytarzu zapadła ciemność. Usłyszalem zgrzyt klucza w zamku, ciche skrzypnięcie drzwi. Weszliśmy do mieszkania dziadka.

Paląca się w głębi ulicy latarnia sprawiała, że do wnętrza docierało nieco światła. Pan Adamek zamknął starannie drzwi i zaczęliśmy rozglądać się wokół.

– Najpierw obluzowana klepka pod dywanem – szeptał Adamek. – Pod nią są ukryte pieniądze na pogrzeb.

– Ale pod którym dywanem? Tu jest pełno dywanów.

Wyjął z kieszeni maleńką latarkę, zapalił i zaraz zgasił.

– Chyba chodzi o dywan w salonie. Ja zacznę go podwijać od strony okna, a pan od strony szafy.

Przez dłuższą chwilę męczyliśmy się z dywanem.

– Ma pan coś?

– Nie, a pan?

– Też nic.

Przesunąłem się nieco do przodu i nagle poczułem, że klepka pod moją ręką drgnęła.

– Chyba coś tu jest.

Zaczęliśmy razem podważać klepkę.

– To koperta – rzekł Adamek. – W środku powinny być pieniądze.

– Wygłąda, jakby miała z pięćdziesiąt łat.

– Pieniądze są na pewno nowe. Pan Bohutsky wybierał je przy mnie z banku.

Schowalem kopertę do kieszeni i ruszyłem do wyjścia.

– To nie wszystko – powstrzymał mnie Adamek. – Na stołe łeży zegarek. Jest pański.

– Jego przedpotopowy zegarek?

– Stara, precyzyjna szwajcarska robota. Pan Bohutsky uważał, że ma ogromną wartość.

Przez dłuższy czas grzebalem wśród zegarmistrzowskich narzędzi, nim trafiłem na zegarek.

– Ma pan też zabrać dła swoich dzieci fotosy aktorów, z którymi pan Bohutsky grywał w fiłmach.

– Na diabła komu te fotosy?

– Życzenie zmarłego rzecz święta.

Latarnia w głębi ułicy niespodziewanie zgasła. Przez dobre pół godziny obijałiśmy się o mebłe, szukając tych przekłętych fotosów. Wreszcie Adamek znałazł je w szufladzie sekretarzyka. W samą porę, bo za oknem wstawał już świt.

Niewiele