Wydawca: Buchmann Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 457 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Korona szaleńca - Chris Kuzneski

Słynny władca Bawarii Ludwik II, zwany też Łabędzim Królem, rządził przez dwadzieścia dwa lata. Uważany za szaleńca, był miłośnikiem sztuki i wybudował wiele ekstrawaganckich zamków. Legenda głosi, że Ludwik II Bawarski zgromadził niewyobrażalną fortunę – kufry pełne złota i diamentów. Od czasów śmierci króla w 1886 roku nic nie potwierdziło prawdziwości tego podania. Aż do teraz...W przypadkowo odkrytym tajnym bunkrze z okresu drugiej wojny światowej znajduje się kilkadziesiąt skrzyń. W jaki sposób trafiły tam trzy obrazy van Gogha, skąd pochodzą sztaby złota z symbolem łabędzia? Dwaj specjaliści Johathon Payne i David Jones muszą rozwikłać tę zagadkę i poznać sekret śmierci Ludwika II.

Opinie o ebooku Korona szaleńca - Chris Kuzneski

Fragment ebooka Korona szaleńca - Chris Kuzneski

KO­RO­NA SZA­LEŃ­CA

CHRIS KU­ZNE­SKI

Prze­ło­żył

Pa­weł Lip­szyc

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Se­cret Crown

Co­py­ri­ght © by Chris Ku­zne­ski

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Pa­weł Lip­szyc, MMXII

Prze­kład Pa­weł Lip­szyc

Re­dak­cja Ita Tu­ro­wicz

Ko­rek­ta Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik, Mag­da­le­na Goł­da­now­ska

MapaKa­ro­li­na Iwasz­kie­wicz

Pro­jekt okład­ki Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Skład i ła­ma­nie TYPO

ISBN 978-83-7881-074-2

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

wab.com.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Ewa Kra­jew­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

PROLOG13 CZERWCA 1886 Jezioro Starnberg Berg, Bawaria

Przez lata pła­co­no mu za ochro­nę kró­la. Te­raz otrzy­mał roz­kaz, by go za­bić.

Na­le­ża­ło to zro­bić dzi­siaj.

Bez świad­ków. Bez ran. Za­nim zdą­ży się wy­mknąć.

Wy­tro­piw­szy cel po­śród po­bli­skich drzew, pa­trzył, jak Lu­dwik opusz­cza te­ren zam­ko­wy i spa­ce­ru­je wzdłuż brze­gu. Król, odzia­ny w płaszcz, trzy­mał pa­ra­sol ma­ją­cy go osło­nić przed groź­nym nie­bem, za­chmu­rzo­nym przez znacz­ną część dnia. Za­zwy­czaj słoń­ce za­cho­dzi­ło do­pie­ro kwa­drans po dzie­wią­tej, ale nad­cią­ga­ją­ca bu­rza spra­wi­ła, że zmierzch za­padł wcze­śnie.

Bu­rza mia­ła zmyć wszel­kie śla­dy zbrod­ni.

Za­bój­ca spoj­rzał na ze­ga­rek i za­pa­mię­tał go­dzi­nę. Za dzie­sięć siód­ma. Ko­la­cję po­da­dzą o ósmej, ani chwi­li wcze­śniej. Je­śli jego cel się spóź­ni, ogło­szą alarm i za­rzą­dzą po­szu­ki­wa­nia. Tego mógł być pe­wien. W Ba­wa­rii na­sta­ły burz­li­we cza­sy, z Lu­dwi­kiem jako cen­tral­ną po­sta­cią, bu­dzą­cą za­rów­no mi­łość, jak nie­na­wiść.

Jed­ni wi­dzie­li w nim bo­ha­te­ra, bły­sko­tli­we­go wi­zjo­ne­ra, któ­ry nie mógł zro­bić fał­szy­we­go ru­chu. Dla in­nych był pa­ra­no­idal­nym sza­leń­cem, któ­ry swo­ją nie­okieł­zna­ną wy­obraź­nią do­pro­wa­dził ro­dzi­nę do ru­iny. Za­bój­ca zda­wał so­bie spra­wę, że praw­da le­ża­ła pew­nie gdzieś po­środ­ku, ale za grosz nie dbał o po­li­ty­kę. On miał wy­ko­nać zle­ce­nie, i zro­bi to bez li­to­ści.

– Idź na przy­stań – szep­nął do part­ne­ra. – Daj mi znać, kie­dy bę­dzie­my sami.

Wspól­nik ski­nął gło­wą, po czym za­czął bez­gło­śnie skra­dać się przez las. Za­ję­li po­zy­cje na pół­noc­no-wschod­nim krań­cu je­zio­ra Starn­berg, czwar­te­go co do wiel­ko­ści je­zio­ra w ce­sar­stwie nie­miec­kim. Utwo­rzo­ne przez lo­dow­ce, roz­cią­ga­ło się dwa­dzie­ścia dwa ki­lo­me­try z pół­no­cy na po­łu­dnie i trzy ze wscho­du na za­chód. O tej po­rze roku woda była zbyt zim­na na ką­piel, przez co Lu­dwik zo­sta­nie za­pę­dzo­ny na brze­gu w pu­łap­kę bez wyj­ścia.

Czło­wie­ko­wi bez ło­dzi je­zio­ro nie ofe­ro­wa­ło żad­ne­go schro­nie­nia.

Je­śli nie zda­rzy się cud, przed za­pad­nię­ciem zmro­ku Lu­dwik bę­dzie mar­twy.

Za­bój­ca uśmiech­nął się, pe­wien, że po­do­ła. Ostat­nio kró­lo­wi to­wa­rzy­szy­li straż­ni­cy, ma­ją­cy chro­nić go nie tyl­ko przez wro­ga­mi, ale i przed nim sa­mym. Tej nocy sy­tu­acja przed­sta­wia­ła się jed­nak in­a­czej. Ła­pów­ki i usta­le­nia za­gwa­ran­to­wa­ły, że król zna­lazł się sam. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niem je­dy­ną prze­szko­dę sta­no­wił psy­chia­tra Lu­dwi­ka, czło­wiek w po­de­szłym wie­ku, któ­ry opie­ko­wał się swo­im pa­cjen­tem. Naj­pierw za­bój­ca ude­rzy w psy­chia­trę. Po­tem zaj­mie się Lu­dwi­kiem, sław­nym Kró­lem Ła­bę­dzim.

Za­bój­ca zer­k­nął w stro­nę dom­ku na przy­sta­ni, cze­ka­jąc na sy­gnał to­wa­rzy­sza. Kie­dy tyl­ko go zo­ba­czył, za­jął miej­sce za dwo­ma ce­la­mi, od­ci­na­jąc ich od bez­piecz­nych te­re­nów zam­ko­wych. Zro­bił to bez­gło­śnie, pil­nu­jąc, by nie zdra­dzić swo­je­go po­ło­że­nia, do chwi­li gdy znaj­dzie się wy­star­cza­ją­co bli­sko, by ude­rzyć. W cią­gu kil­ku se­kund zre­du­ko­wał od­le­głość do sied­miu me­trów.

Po­tem do pię­ciu.

Do trzech.

Zmniej­szyw­szy dy­stans do pół­to­ra me­tra, spoj­rzał na trzy­ma­ną w dło­ni pry­mi­tyw­ną broń. Ka­mień znad je­zio­ra był bru­nat­ny, nie­rów­ny i za­bło­co­ny.

Po chwi­li był tak­że za­krwa­wio­ny.

Le­karz upadł na­tych­miast, stra­ciw­szy przy­tom­ność, nim jesz­cze do­tknął zie­mi. Ude­rze­nie zmiaż­dży­ło mu czasz­kę, upa­dek po­ła­mał że­bra. Mimo to żad­ne z tych ob­ra­żeń nie oka­za­ło się śmier­tel­ne. Le­karz wy­dał ostat­nie tchnie­nie do­pie­ro kil­ka mi­nut póź­niej, kie­dy jego bez­wład­ne cia­ło za­wle­czo­no do zim­ne­go je­zio­ra. Uto­nął, uka­ra­ny za rolę ode­gra­ną w spi­sku.

Za­bój­ca miał tym­cza­sem waż­niej­sze spra­wy na gło­wie. Za­nim opu­ścił pa­łac kró­lew­ski w Mo­na­chium, po­wie­rzo­no mu nie­co­dzien­ne za­da­nie. Przed po­wro­tem do domu mu­siał wy­ko­nać jesz­cze dwie rze­czy. Dwie rze­czy, któ­re oca­lą kró­le­stwo przed ru­iną i za­bez­pie­czą przy­szłość na całe dzie­się­cio­le­cia. Dwie rze­czy, któ­re nie na­le­ża­ły do ła­twych.

Zmu­sić Lu­dwi­ka do mó­wie­nia, a na­stęp­nie uci­szyć na za­wsze.

1WSPÓŁCZEŚNIE15 WRZEŚNIA, ŚRODAAlpy Bawarskie, Niemcy(98 kilometrów na południowy zachód od Monachium)

Nie chcąc zwra­cać na sie­bie uwa­gi, Klaus Bec­ker stał nie­ru­cho­mo i ob­ser­wo­wał cel z kry­jów­ki na po­bli­skim drze­wie. Mniej do­świad­czo­ny strze­lec po­słu­żył­by się ce­low­ni­kiem woj­sko­wym, któ­ry z tej od­le­gło­ści za­pew­nił­by cel­ny strzał, ale gdzie w tym ry­wa­li­za­cja? Bec­ke­ra nie in­te­re­so­wa­ła wal­ka, je­śli ofia­ra nie mia­ła szans.

Wła­śnie taki ko­deks mu przy­świe­cał, tego na­uczył go oj­ciec.

Pew­ne­go dnia miał na­dzie­ję wpo­ić ten ko­deks swo­im dzie­ciom.

Nie­ste­ty, taki dzień nie miał nig­dy na­dejść, po­nie­waż Klau­sa cze­ka­ła ry­chła śmierć.

Nie­świa­do­my zbli­ża­ją­ce­go się prze­zna­cze­nia, czter­dzie­sto­la­tek prze­krzy­wił gło­wę i mru­żąc oczy, spoj­rzał wzdłuż lufy strzel­by. Na­gle cały świat roz­mył się we mgle, li­czył się tyl­ko wiel­ki cel, któ­ry zna­lazł się na li­nii ognia. Wa­żą­cy dwie­ście pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów dzik miał dwa za­bój­cze kły trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wej dłu­go­ści. Bar­dzo in­te­li­gent­ne, czę­sto ka­pry­śne, dzi­ki wy­stę­po­wa­ły licz­nie w Eu­ro­pie Środ­ko­wej, ale rzad­ko osią­ga­ły po­dob­ne roz­mia­ry. Tyl­ko do­ro­słe sam­ce w naj­bar­dziej su­ro­wym kli­ma­cie by­wa­ły tak wiel­kie, i wła­śnie z tego po­wo­du Bec­ker za­pu­ścił się w te stro­ny na kil­ku­dnio­we po­lo­wa­nie.

Chciał upo­lo­wać spo­rą sztu­kę.

Na za­cho­dzie wzno­sił się ośnie­żo­ny szczyt Zug­spit­ze, naj­wyż­szej góry w Niem­czech. Góra na­le­ża­ła do łań­cu­cha Alp Ba­war­skich, bie­gną­cych przez te te­re­ny ni­czym ma­syw­ny mur i wy­zna­cza­ją­cych na­tu­ral­ną gra­ni­cę z Au­strią na po­łu­dniu. Na po­szar­pa­ny szczyt da­wa­ło się wejść kil­ko­ma tra­sa­mi z do­li­ny, gdzie le­ża­ło mia­stecz­ko Gra­inau, ale żad­na z tych tras nie in­te­re­so­wa­ła Bec­ke­ra. Jako do­świad­czo­ny my­śli­wy wie­dział, że dzi­ki ryją w po­szu­ki­wa­niu po­ży­wie­nia w gę­stych za­ro­ślach po­ni­żej li­nii drzew – naj­więk­szej wy­so­ko­ści, na któ­rej mogą ro­snąć drze­wa i inne ro­śli­ny – to­też za­jął po­zy­cję w głę­bi lasu, z dala od szla­ków tu­ry­stycz­nych i in­tru­zów.

Tu­taj ry­wa­li­zo­wa­li ze sobą tyl­ko Bec­ker i dzik.

Do­kład­nie na to li­czył.

Bio­rąc głę­bo­ki wdech, Bec­ker wy­ce­lo­wał i po­cią­gnął za spust. Lufa mau­se­ra M98 za­grzmia­ła, kol­ba ude­rzy­ła go w ra­mię. Uła­mek se­kun­dy póź­niej dzik kwik­nął z bólu, gdy po­cisk ka­li­bru 9,3 × 64 mm wbił mu się w lewy bok i utkwił głę­bo­ko w płu­cu. O dzi­wo, dzik nadal stał. In­stynkt prze­trwa­nia na­tych­miast ka­zał mu się rzu­cić do uciecz­ki. Po­nie­waż strzał padł z jego le­wej stro­ny, zwie­rzę skrę­ci­ło w pra­wo i zni­kło w le­śnym po­szy­ciu.

– Sche­iße! – za­klął Bec­ker i ze­sko­czył z kry­jów­ki na drze­wie.

Aby do­bić ofia­rę, mu­siał ją wy­tro­pić pie­szo.

Idąc po krwa­wych śla­dach, Klaus po­ru­szał się ener­gicz­nie. Mimo po­tęż­nych roz­mia­rów dzi­ki nie były tłu­ste jak świ­nie do­mo­we i po­tra­fi­ły po­ru­szać się z szyb­ko­ścią dwu­dzie­stu pię­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Obar­czo­ny strzel­bą, w stro­ju my­śliw­skim, Bec­ker nie zdo­łał­by je­chać tak szyb­ko na ro­we­rze. Bio­rąc jed­nak pod uwa­gę ilość krwi na gór­skim zbo­czu, wie­dział, że w koń­cu wy­gra ten po­ścig.

Każ­de ude­rze­nie ser­ca przy­bli­ża­ło dzi­ka do śmier­ci.

Bec­ker chciał, by na­stą­pi­ło to z jego przy­czy­ny.

Pięć mi­nut póź­niej do­go­nił zra­nio­ne­go dzi­ka w na­tu­ral­nym śle­pym za­ło­mie, utwo­rzo­nym przez stro­me zbo­cze oraz ster­tę ka­mie­ni i prze­wa­lo­nych drzew. Wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie na­uczy­ło Bec­ke­ra, jak nie­bez­piecz­ne po­tra­fią być ran­ne zwie­rzę­ta, zwłasz­cza za­pę­dzo­ne w pu­łap­kę. Do­brze wie­dział, że w ob­li­czu za­gro­że­nia ata­ko­wa­ły reszt­ka­mi sił. Po­nie­waż Bec­ker nie chciał zo­stać stra­to­wa­ny przez roz­pę­dzo­ną ćwierć­to­no­wą kulę z ostry­mi kła­mi, za­trzy­mał się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści i uniósł strzel­bę, by do­ko­nać dzie­ła.

– Spo­koj­nie – szep­nął po nie­miec­ku. – Nie zro­bię ci krzyw­dy.

Dzik par­sk­nął gło­śno, spoj­rzał na Bec­ke­ra ma­ły­mi oczka­mi, z gar­dła do­by­wał się ci­chy char­kot. Czu­jąc nie­bez­pie­czeń­stwo, dzik po­sta­no­wił oka­zać agre­sję. Na­gle, bez ostrze­że­nia, po­chy­lił łeb i ru­szył do ata­ku, po kil­ku kro­kach osią­ga­jąc mak­sy­mal­ną szyb­kość. Bec­ker do­kład­nie tego się spo­dzie­wał, wy­ce­lo­wał więc, bio­rąc po­praw­kę na szyb­kość dzi­ka i zmniej­sza­ją­cą się od­le­głość mię­dzy nimi. Bez zmru­że­nia, nie uska­ku­jąc na bok, Bec­ker spo­koj­nie po­cią­gnął za spust, pe­wien, że nie chy­bi.

Na swo­je szczę­ście do­brze wy­ce­lo­wał.

Kula wbi­ła się w czasz­kę dzi­ka i roz­ora­ła mózg, na­tych­miast go za­bi­ja­jąc. W jed­nej chwi­li na­cie­rał na Bec­ke­ra, w na­stęp­nej śli­zgał się na brzu­chu, jak­by ktoś odłą­czył mu pi­lo­tem za­si­la­nie. Na wszel­ki wy­pa­dek Bec­ker jesz­cze raz strze­lił mu w mózg i do­pie­ro wte­dy pod­szedł, by le­piej przyj­rzeć się zdo­by­czy.

Cho­ciaż w cza­so­pi­smach my­śliw­skich wi­dział wie­le zdjęć dzi­ków, żad­ne nie od­da­wa­ło po­tę­gi tego zwie­rzę­cia. Be­stia była ogrom­na. Po­kry­ta sztyw­ną bru­nat­ną szcze­ci­ną, mia­ła duży ryj, ostre kły i mu­sku­lar­ny tu­łów. Bec­ker dwu­krot­nie ob­szedł dzi­ka do­oko­ła, sztur­cha­jąc go strzel­bą, aby upew­nić się, że nie żyje. Ostat­nią rze­czą, ja­kiej pra­gnął, było zo­stać prze­bi­tym przez kły ko­na­ją­ce­go zwie­rzę­cia. Szyb­ko zdał so­bie spra­wę, że ten dzik nie zgo­tu­je mu ta­kie­go losu.

W koń­cu mo­gąc się roz­luź­nić, Bec­ker od­sta­wił strzel­bę i do­tknął dzi­ka go­ły­mi dłoń­mi. Coś obec­ne­go w świe­żo ubi­tej zwie­rzy­nie – kie­dy cia­ło było jesz­cze cie­płe, a krew nie zdą­ży­ła za­schnąć – da­wa­ło Bec­ke­ro­wi głę­bo­kie za­do­wo­le­nie, od­po­wia­da­ło na pier­wot­ny po­pęd, za­pi­sa­ny w jego DNA przez przod­ków, któ­rzy po­lo­wa­li nie dla roz­ryw­ki, ale dla po­ży­wie­nia. Nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi­ło o ad­re­na­li­nę wy­wo­ła­ną po­ści­giem, czy po­czu­cie mocy, ja­kie ogar­nia­ło go, gdy od­bie­rał ży­cie, tyl­ko na po­lo­wa­niu czuł, że na­praw­dę żyje.

Iro­nia losu spra­wi­ła, że wła­śnie po­lo­wa­nie spro­wa­dzi­ło na nie­go śmierć.

Kie­dy Bec­ker usły­szał od­głos, w pierw­szej chwi­li nie wie­dział, skąd po­cho­dzi. Na chwi­lę za­marł, zlu­stro­wał wzro­kiem oko­li­cę, by upew­nić się, czy inne zwie­rzę nie zwę­szy­ło krwi i nie przy­szło się po­si­lić. Bec­ker wie­dział, że te góry ob­fi­tu­ją w wil­ki, niedź­wie­dzie i kil­ka in­nych stwo­rzeń, któ­re chęt­nie za­to­pi­ły­by zęby w świe­żym mię­sie – dzi­ka lub my­śli­we­go. Bec­ker był go­tów bro­nić swo­jej po­zy­cji.

Na coś ta­kie­go nie był jed­nak przy­go­to­wa­ny.

Za­nim zdą­żył po­de­rwać się do bie­gu, sko­czyć czy za­re­ago­wać w inny spo­sób, wy­da­rzy­ło się coś nie­wia­ry­god­ne­go. Pod jego sto­pa­mi roz­war­ła się duża szcze­li­na i zie­mia na­gle się roz­stą­pi­ła. Bec­ker ru­nął do wy­ko­pa­nej ludz­ką ręką ja­ski­ni pod le­śnym po­szy­ciem. W ślad za nim po­le­cia­ły zie­mia, piach, a na ko­niec dzik. Gdy­by ko­lej­ność była inna, Bec­ker by prze­żył, od­no­sząc za­le­d­wie tro­chę ran i si­nia­ków, po­nie­waż dzik zła­go­dził­by upa­dek. Cza­sa­mi jed­nak wszech­świat prze­ja­wia zło­śli­we po­czu­cie hu­mo­ru i w naj­bar­dziej iro­nicz­ny spo­sób na­pra­wia krzyw­dy. Tak się sta­ło tym ra­zem.

Uła­mek se­kun­dy po tym, jak Bec­ker padł na zie­mię, dzik wy­lą­do­wał na nim.

Dwa kły, a za nimi ćwierć tony mię­sa.

Gdy­by Bec­ker prze­żył upa­dek, od­kry­cie uczy­ni­ło­by go za­moż­nym czło­wie­kiem i bo­ha­te­rem w oj­czy­stych Niem­czech. Po­nie­waż jed­nak zgi­nął, sze­reg osób mia­ło stra­cić ży­cie w wy­ści­gu do od­kry­cia tego, co spo­czy­wa­ło w Al­pach Ba­war­skich, za­po­mnia­ne przez czas.

218 WRZEŚNIA, SOBOTAPittsburgh, Pensylwania

Dzie­sięć me­trów pod po­wierzch­nią rze­ki Ohio męż­czy­zna ba­dał dno, w na­dziei że znaj­dzie przed­miot, za­nim brak tle­nu zmu­si go do wy­nu­rze­nia się. Od po­nad czte­rech mi­nut szu­kał wśród ka­mie­ni, co sta­no­wi­ło nad­zwy­czaj­ny wy­nik prze­by­wa­nia pod wodą bez po­wie­trza, zwłasz­cza bio­rąc pod uwa­gę trud­ne wa­run­ki.

Z po­wo­du bu­rzy, jaka prze­szła w po­ło­wie ty­go­dnia, po­wo­du­jąc nie­wiel­ką po­wódź, nurt rze­ki był nad­zwy­czaj wart­ki. Szar­pał nur­ka za ra­mio­na jak nie­wi­dzial­na zja­wa. Chcąc się utrzy­mać w miej­scu, mu­siał moc­no pły­nąć, pom­pu­jąc rę­ko­ma i no­ga­mi jak ze­sta­wem tło­ków. Ru­chy wzbu­rzy­ły muł, któ­ry prze­sło­nił rzecz­ne dno ciem­ną za­sło­ną.

W jed­nej chwi­li woda była przej­rzy­sta jak wód­ka, w na­stęp­nej wy­glą­da­ła jak piwo.

W oku­la­rach, któ­re nie­wie­le po­ma­ga­ły, ma­cał muł w po­szu­ki­wa­niu błysz­czą­ce­go przed­mio­tu. Owszem, zna­lazł pu­stą pusz­kę, kil­ka mo­net, ale nie to, cze­go szu­kał. Mimo to nie ule­gał fru­stra­cji. Brak po­wo­dze­nia tyl­ko wy­ostrzał jego czuj­ność i wzma­gał de­ter­mi­na­cję. Tę ce­chę miał od dzie­ciń­stwa – nie­ugię­te­go du­cha, któ­ry po­zwa­lał mu kon­ty­nu­ować tam, gdzie po­śled­niej­si du­chem lu­dzie by się pod­da­li. Wła­śnie ta ce­cha po­zwo­li­ła mu wzbić się na wy­ży­ny swe­go fa­chu.

Ta ce­cha czy­ni­ła go nie­bez­piecz­nym.

Za nim, w mro­ku coś otar­ło się o jego sto­py. Męż­czy­zna od­wró­cił się szyb­ko w po­szu­ki­wa­niu spraw­cy. Bli­sko dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wy sum, dłu­gi pra­wie na metr, miał na py­sku czte­ry pary wą­sów. Sum, sły­ną­cy z brzy­do­ty i nie­wy­bred­ne­go ape­ty­tu, pły­wał obok nie­go przez chwi­lę, wresz­cie śmi­gnął w dal. Nu­rek nie prze­sta­wał się za­sta­na­wiać, czy ryba po­łknę­ła jego za­to­pio­ny skarb i przy­pły­nę­ła tyl­ko po to, żeby się z nim dro­czyć. Pod­czas służ­by w jed­nost­kach spe­cjal­nych od lu­dzi z ma­ry­nar­ki wo­jen­nej na­słu­chał się tylu hi­sto­rii o ry­bach, że sam już nie wie­dział, w co wie­rzyć. Na­wet je­śli je­den pro­cent tych opo­wie­ści był praw­dzi­wy, pod wodą wszyst­ko mo­gło się wy­da­rzyć.

Kie­dy sum prze­stał go roz­pra­szać, nu­rek po­now­nie pod­jął po­szu­ki­wa­nia. Pie­ką­ce płu­ca ostrze­ga­ły go, że za nie­speł­na mi­nu­tę bę­dzie mu­siał się wy­nu­rzyć, a nie chciał tego ro­bić z pu­sty­mi rę­ka­mi. Po­tęż­nym kop­nię­ciem zbli­żył się do rzecz­ne­go dna, uwa­ża­jąc, by nie za­dra­snąć się o gła­zy. Po­słu­gu­jąc się ko­twi­cą jako punk­tem orien­ta­cyj­nym, po­zwo­lił, by prąd niósł go przez kil­ka se­kund; w ten spo­sób osza­co­wał jego moc. Sko­ro prąd był na tyle sil­ny, że po­ru­szał nim, bli­sko stu­ki­lo­wym męż­czy­zną, nie spo­sób było prze­wi­dzieć, jak da­le­ko mógł unieść przed­miot. Trzy me­try? Sie­dem? Może na­wet pięt­na­ście?

A może roz­mia­ry i kształt przed­mio­tu spra­wi­ły, że wca­le nie zmie­nił po­ło­że­nia?

Nu­rek wie­dział z do­świad­cze­nia, że broń za­pa­da­ła się pro­sto w wodę bez wzglę­du na siłę rzecz­ne­go nur­tu. Je­śli wrzu­ci­łeś do wody pi­sto­let czy nóż, szedł pro­sto na dno, na­wet przy moc­nym nur­cie. Ale coś tak ma­łe­go? Nie miał po­ję­cia, gdzie mo­gło wy­lą­do­wać ani jak się za­cho­wać po opad­nię­ciu na dno.

Osta­tecz­nie był ska­za­ny na do­my­sły; po­zo­sta­wa­ła na­dzie­ja, że się uda.

Sta­ra­jąc się nie wzbu­rzać wię­cej mułu, po­zwo­lił pro­wa­dzić się rze­ce, w na­dziei że po­wie­dzie go we wła­ści­wym kie­run­ku; mo­dlił się, by za­pro­wa­dzi­ła go do skar­bu. Z każ­dą se­kun­dą płu­ca pa­li­ły go bar­dziej, aż po­czuł się tak, jak­by wdy­chał pło­mień.

Czas się koń­czył, a nu­rek do­brze o tym wie­dział.

Je­śli nie zre­zy­gnu­je, wkrót­ce zgi­nie.

Nie­chęt­nie pod­ku­lił nogi, go­tów ode­pchnąć się od dna, kie­dy po­czuł pod sto­pą me­tal. Nie pa­trząc tam, się­gnął w dół, chwy­cił przed­miot i wresz­cie ru­szył w kie­run­ku po­wierzch­ni. Czas sta­nął w miej­scu, kie­dy prze­ci­nał męt­ną wodę, nie ma­jąc pew­no­ści, gdzie się znaj­du­je ani jak da­le­ko od celu. Wresz­cie wy­nu­rzył się, łap­czy­wie za­czerp­nął po­wie­trza i od­dy­chał, aż pie­cze­nie usta­ło. Te­raz wie­dział, że prze­żył.

Do­pie­ro wte­dy za­uwa­żył ota­cza­ją­cy go świat.

Mia­sto Pit­ts­burgh na wscho­dzie. Sta­dion pił­kar­ski na pół­no­cy.

Łódź peł­ną lu­dzi, cze­ka­ją­cych na jego po­wrót.

– No i? – rzu­cił ktoś. – Zna­la­złeś?

Zbyt zmę­czo­ny, by mó­wić, Jo­na­thon Pay­ne uniósł w górę otwie­racz. Go­ście mo­men­tal­nie za­czę­li wi­wa­to­wać – nie tyl­ko będą mo­gli otwie­rać po­zo­sta­łe bu­tel­ki piwa, ale więk­szość z nich po­ro­bi­ła za­kła­dy o po­wo­dze­nie jego mi­sji.

– Cho­le­ra! – krzyk­nął Da­vid Jo­nes, po­nie­waż suk­ces jego naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la ozna­czał, że on sam prze­grał spo­rą sumę pie­nię­dzy. Cho­ciaż DJ słu­żył z Pay­ne’em w woj­sku i wie­dział, do cze­go jest zdol­ny, nie wie­rzył, by kto­kol­wiek mógł zna­leźć tak mały przed­miot przy pierw­szym nur­ko­wa­niu w mu­li­stej rze­ce. – Po­każ! Chcę to na­tych­miast zo­ba­czyć.

Pay­ne pod­pły­nął wol­no do ło­dzi i wrę­czył otwie­racz Jo­ne­so­wi.

– Pro­szę cię, nie upuść go zno­wu.

– Jak to zno­wu? Prze­cież to nie ja go upu­ści­łem.

– Jed­nak ktoś to zro­bił, a sta­ło się to pod­czas two­jej wach­ty.

– Mo­jej wach­ty? Dla­cze­go to ma być moja wach­ta? To two­ja łódź.

Pay­ne wspiął się po dra­bin­ce z wody na jacht. Zgod­nie z tra­dy­cją w ostat­ni week­end lata urzą­dzał przy­ję­cie na po­kła­dzie na za­koń­cze­nie se­zo­nu wod­niac­kie­go. Od ju­tra jacht cze­kał wie­lo­mie­sięcz­ny po­byt w su­chym doku.

– Jako ka­pi­tan tej jed­nost­ki mia­nu­ję cię od­po­wie­dzial­nym za otwie­racz do kap­sli.

– A je­śli od­mó­wię? – spy­tał Jo­nes, po­da­jąc mu ręcz­nik.

– Wte­dy bę­dziesz od­po­wia­dał za sprzą­ta­nie.

– Ja cię krę­cę! Nie ba­bram się w bru­dach. Będę chro­nił tego otwie­ra­cza za cenę ży­cia.

– Ja­sne – stęk­nął Pay­ne. – Spo­dzie­wa­łem się ta­kiej od­po­wie­dzi.

Dla po­stron­nych ob­ser­wa­to­rów ci dwaj nie mie­li ze sobą wie­le wspól­ne­go, ale to wra­że­nie opie­ra­ło się wy­łącz­nie na wy­glą­dzie ze­wnętrz­nym. Ma­syw­ny Pay­ne miał metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu. Bia­łą skó­rę jego mu­sku­lar­ne­go cia­ła po­kry­wa­ły bli­zny po ku­lach i ra­nach cię­tych; brą­zo­we wło­sy miał w do­sko­na­łym nie­ła­dzie. Jo­na­thon wy­glą­dał jak le­gen­da fut­bo­lu, były spor­to­wiec, któ­ry żył peł­nią ży­cia, cho­ciaż wciąż po­zo­sta­ły mu te­re­ny do zdo­by­cia. W czep­ku uro­dzo­ny, nie za­do­wo­lił się wy­god­nym luk­su­sem. Kil­ka lat słu­żył w woj­sku, a po śmier­ci dziad­ka prze­jął za­rzą­dza­nie ro­dzin­ną kor­po­ra­cją.

Nie­ste­ty, od tam­tej pory nie opusz­czał go głód przy­gód.

Jo­nes też był uza­leż­nio­ny od ad­re­na­li­ny, cho­ciaż z wy­glą­du przy­po­mi­nał bar­dziej urzęd­ni­ka niż ofi­ce­ra. Zna­ny ra­czej z in­te­li­gen­cji niż siły, miał ży­la­stą bu­do­wę gwiaz­do­ra bież­ni, ko­goś, kto nie po­cąc się, mógł prze­biec ma­ra­ton, ale zu­peł­nie nie wy­róż­niał się z tłu­mu. Mimo że ka­wo­wa skó­ra i ła­god­ne rysy twa­rzy nada­wa­ły mu de­li­kat­ny wy­gląd, Jo­nes, któ­ry za­li­czył ta­kie samo szko­le­nie woj­sko­we jak Pay­ne, był w wal­ce za­bój­czy.

Daw­niej Pay­ne i Jo­nes do­wo­dzi­li eli­tar­ną jed­nost­ką MA­NIAC, zło­żo­ną z naj­lep­szych żoł­nie­rzy pie­cho­ty mor­skiej, re­gu­lar­nej ar­mii, ma­ry­nar­ki, wy­wia­du, lot­nic­twa i stra­ży przy­brzeż­nej. Nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi­ło o od­bi­ja­nie jeń­ców, wal­kę nie­kon­wen­cjo­nal­ną czy sa­bo­taż w woj­nie par­ty­zanc­kiej MA­NIAC byli naj­lep­si. O tych lu­dziach z cie­nia się nie mó­wi­ło. Taj­na broń rzą­du. Cho­ciaż obaj przy­ja­cie­le kil­ka lat temu prze­szli w stan spo­czyn­ku, nadal sta­no­wi­li za­bój­czy duet.

– Tak przy oka­zji – po­wie­dział Jo­nes. – Kie­dy by­łeś pod wodą, sły­sza­łem, jak dzwo­nił te­le­fon. Co za bo­ski sy­gnał. Czy to pio­sen­ka Me­nu­do?

Pay­ne wark­nął i z iry­ta­cją po­trzą­snął gło­wą. Kil­ka ty­go­dni temu ktoś na­uczył się bez­prze­wo­do­wo zmie­niać dzwo­nek w jego ko­mór­ce. Mimo usil­nych sta­rań Pay­ne’a, by po­wstrzy­mać żar­tow­ni­sia – ku­pił na­wet nowy te­le­fon i zmie­nił nu­mer – tam­ten ścią­gał naj­bar­dziej że­nu­ją­ce me­lo­die. Naj­wy­raź­niej naj­now­sza była pio­sen­ką Me­nu­do, por­to­ry­kań­skie­go ze­spo­łu chło­pię­ce­go, z któ­re­go wy­wo­dzi­ło się wie­le gwiazd popu.

– Ode­bra­łeś? – spy­tał Pay­ne, pe­wien, że żar­tow­ni­siem jest Jo­nes.

– Oczy­wi­ście, że nie – za­śmiał się Jo­nes. – W ży­ciu nie tknął­bym two­jej ko­mór­ki.

3

Pit­ts­burgh leży u zbie­gu trzech rzek, co po­ma­ga wy­ja­śnić, dla­cze­go jest tam wię­cej mo­stów (czte­ry­sta czter­dzie­ści sześć) niż w ja­kim­kol­wiek in­nym mie­ście świa­ta, łącz­nie z We­ne­cją, do nie­daw­na zaj­mu­ją­cą pierw­sze miej­sce. Z po­kła­du jach­tu Gre­ek Gold Pay­ne wi­dział na pół­no­cy rze­kę Al­le­ghe­ny, na po­łu­dniu zaś Mo­non­ga­he­lę. Oba szla­ki wod­ne zbie­ga­ły się w po­bli­żu ogrom­nej fon­tan­ny w par­ku Po­int Sta­te. Ten po­czą­tek rze­ki Ohio sta­no­wił po­pu­lar­ne miej­sce spo­tkań lu­dzi wszyst­kich po­ko­leń, szcze­gól­nie la­tem.

Jako na­sto­la­tek Pay­ne od­wie­dzał ten park z dziad­kiem, któ­ry za­ło­żył Pay­ne In­du­stries i wy­bu­do­wał głów­ną sie­dzi­bę fir­my na szczy­cie ma­low­ni­czej góry Wa­shing­ton. Mimo licz­nych obo­wiąz­ków dzia­dek zna­lazł czas, by wy­cho­wać Jona po śmier­ci jego ro­dzi­ców w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. W tam­tych cza­sach, gdy prze­mysł sta­lo­wy wciąż sta­no­wił siłę na­pę­do­wą miej­sco­wej go­spo­dar­ki, a brud­ne rze­ki nie nada­wa­ły się do pły­wa­nia, ba­wi­li się w ber­ka nad wodą nie­opo­dal Sta­dio­nu Trzech Rzek. Pa­trząc te­raz na od­no­wio­ny pół­noc­ny brzeg, Pay­ne wi­dział dwa naj­bar­dziej ma­low­ni­cze obiek­ty spor­to­we, Car­ne­gie Scien­ce Cen­ter, okręt pod­wod­ny z cza­su dru­giej woj­ny świa­to­wej (USS Re­qu­in) oraz świe­żo otwar­te Ri­vers Ca­si­no.

Nic dziw­ne­go, że re­spon­den­ci an­kie­ty uzna­li Pit­ts­burgh za naj­lep­sze do ży­cia mia­sto w Ame­ry­ce.

Wciąż mo­kry po nur­ko­wa­niu, Pay­ne po­wo­li prze­szedł przez roz­ba­wio­ny tłum, przyj­mu­jąc gra­tu­la­cje. Po­ło­wę go­ści sta­no­wi­li lu­dzie z pra­cy, głów­nie pra­cow­ni­cy niż­sze­go szcze­bla z Pay­ne In­du­stries, któ­rych na­gro­dzo­no za wy­ni­ki. Dru­ga po­ło­wa skła­da­ła się z kon­tak­tów biz­ne­so­wych i ich go­ści. Pay­ne był hoj­nym go­spo­da­rzem, po­tra­fił się po­ro­zu­mieć pra­wie z każ­dym, ale rzad­ko czuł się na miej­scu. Z wy­jąt­kiem Jo­ne­sa, ni­ko­go na po­kła­dzie nie mógł­by na­zwać przy­ja­cie­lem. W po­ło­wie na­le­żąc do kla­sy wyż­szej, w po­ło­wie do ro­bot­ni­czej, czuł się za­wie­szo­ny mię­dzy oby­dwo­ma świa­ta­mi, nie po­tra­fiąc na­wią­zać peł­ne­go kon­tak­tu z żad­nym z nich. By­najm­niej się nie skar­żył. Pay­ne ko­chał swo­je ży­cie, do­ce­niał to, co miał. Mimo to część jego na­tu­ry tę­sk­ni­ła za tym, z cze­go zre­zy­gno­wał po ob­ję­ciu fir­my ro­dzin­nej.

Bra­ko­wa­ło mu przy­gód, ak­cji, za­gro­że­nia.

Wszyst­kie­go, cze­go nie da­wa­ło mu obec­ne ży­cie.

Zer­k­nąw­szy na ko­mór­kę, Pay­ne zo­ba­czył, że dzwo­nio­no z za­strze­żo­ne­go nu­me­ru. Do­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło mu, że to ktoś z daw­ne­go ży­cia. Lu­dzie ze świa­ta biz­ne­su, zwłasz­cza dzwo­nią­cy do pre­ze­sa rady nad­zor­czej du­żej kor­po­ra­cji, chcie­li, by mógł ich roz­po­znać po nu­me­rze. In­a­czej rzecz się mia­ła z per­so­ne­lem woj­sko­wym, zwłasz­cza z ludź­mi, z któ­ry­mi Pay­ne ze­tknął się w MA­NIAC.

Tym lu­dziom bar­dziej za­le­ża­ło na chro­nie­niu in­for­ma­cji niż na ich do­star­cza­niu.

– Kto to był? – za­in­te­re­so­wał się Jo­nes.

Pay­ne wzru­szył ra­mio­na­mi i wstu­kał ha­sło, by od­blo­ko­wać te­le­fon.

– Nie wiem. Ktoś dzwo­nił z za­strze­żo­ne­go nu­me­ru.

– Może Ric­ky Mar­tin? – Jo­nes uniósł brew.

Igno­ru­jąc alu­zję do ze­spo­łu Me­nu­do, Pay­ne spraw­dził pocz­tę gło­so­wą.

– Na­wet się nie uśmiech­niesz? No, da­lej, sta­ry. To było za­baw­ne.

Pay­ne za­tkał ucho dło­nią i od­wró­cił się, żeby od­słu­chać wia­do­mość. Przy­ję­cie za jego ple­ca­mi hu­cza­ło gło­śniej, niż po­win­no. Mu­zy­ka dud­ni­ła z gło­śni­ków. Lu­dzie śmia­li się, tań­czy­li, roz­ła­do­wy­wa­li na­pię­cie. Drob­ne fale li­za­ły bur­tę jach­tu, a jego naj­lep­szy przy­ja­ciel ja­zgo­tał mu nad uchem. Mimo to Pay­ne usły­szał wia­do­mość. Lata tre­nin­gu wy­ostrzy­ły jego uwa­gę.

– Mówi Ka­iser – roz­legł się głos w ko­mór­ce. – Od­dzwoń na­tych­miast.

Żad­nych zbęd­nych słów. Żad­nych zbęd­nych sy­lab.

Od­dzwoń na­tych­miast.

Pay­ne za­klął pod no­sem. To nie były do­bre wie­ści. Nie mo­gły być.

Je­śli dzwo­nił Ka­iser, wy­da­rzy­ło się coś nie­do­bre­go.

Pay­ne i Jo­nes zna­li Ka­ise­ra od dzie­się­ciu lat, ale tak na­praw­dę nig­dy do­brze go nie po­zna­li.

Nie zna­li jego praw­dzi­we­go na­zwi­ska. Nie wie­dzie­li, gdzie miesz­ka ani czy ma ro­dzi­nę. Je­śli jed­nak po­trze­bo­wa­li cze­go­kol­wiek z czar­ne­go ryn­ku, wła­śnie z nim na­le­ża­ło się skon­tak­to­wać.

Le­gen­da gło­si­ła, że Ka­iser, były sier­żant za­opa­trze­nia, wy­stą­pił z ar­mii ame­ry­kań­skiej, zro­zu­miaw­szy, że wię­cej za­ro­bi na wła­sną rękę. Dzia­łal­ność roz­po­czął w Niem­czech, w po­bli­żu mia­stecz­ka woj­sko­we­go Ka­iser­slau­tern, naj­więk­szej ame­ry­kań­skiej spo­łecz­no­ści woj­sko­wej poza gra­ni­ca­mi Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W mia­stecz­ku, zna­nym jako K-Town, miesz­ka bli­sko pięć­dzie­siąt ty­się­cy lu­dzi. Po­cząt­ko­wo Ka­iser do­star­czał tym wy­gnań­com pro­ste to­wa­ry z oj­czy­zny, któ­rych nie mo­gli zdo­być sami. Je­dze­nie, odzież, fil­my, książ­ki – wszyst­ko po roz­sąd­nej ce­nie.

Póź­niej po­ja­wił się In­ter­net, kon­ku­ren­cja dla in­te­re­sów Ka­ise­ra, zmu­sza­jąc go do roz­sze­rze­nia dzia­łal­no­ści na inne ob­sza­ry: broń, prze­myt, fał­szy­we do­wo­dy toż­sa­mo­ści. Prak­tycz­nie wszyst­ko, z wy­jąt­kiem nar­ko­ty­ków.

Na prze­strze­ni lat Pay­ne i Jo­nes tak czę­sto ro­bi­li in­te­re­sy z Ka­ise­rem, że w koń­cu, chcąc oka­zać wdzięcz­ność, za­pro­sił ich na ko­la­cję. W świe­cie trans­ak­cji Ka­ise­ra spo­tka­nia twa­rzą w twarz na­le­ża­ły do rzad­ko­ści, ale do­brze wie­dział, że gdy­by Pay­ne czy Jo­nes ze­chcie­li go wy­tro­pić, nie za­ję­ło­by im to wię­cej niż ty­dzień. Nie z po­wo­du nie­dba­ło­ści czy nie­ostroż­no­ści Ka­ise­ra, ale po­nie­waż ci dwaj byli tak świet­ny­mi fa­chow­ca­mi. Ka­iser uwa­żał, że sko­ro po­tra­fi­li na­mie­rzyć i zli­kwi­do­wać bazy ter­ro­ry­stycz­ne w gó­rach Afga­ni­sta­nu, z pew­no­ścią wy­tro­pi­li­by go w Niem­czech.

Ma­jąc to na uwa­dze, ro­bił, co w jego mocy, żeby stać po ich stro­nie.

Mimo to jesz­cze nig­dy nie dzwo­nił do nich do Sta­nów.

Jo­nes do­strzegł tro­skę na twa­rzy Pay­ne’a.

– Co się sta­ło?

– Nic się nie sta­ło.

– Je­steś pe­wien?

– Nie­zu­peł­nie.

– Kto dzwo­nił? – szep­nął Jo­nes.

Pay­ne mi­mo­wol­nie obej­rzał się przez ra­mię.

– Ka­iser.

– Ka­iser? Od­dzwa­niał po two­im te­le­fo­nie?

– Nie.

– W ta­kim ra­zie coś jest nie tak. W prze­ciw­nym ra­zie Ka­iser by nie za­dzwo­nił.

– Nie­ko­niecz­nie. Może jest w Sta­nach i chce się za­ła­pać na ko­la­cję.

– Czy po­wie­dział, że chce się za­ła­pać na ko­la­cję? – skrzy­wił się Jo­nes.

– Nie tymi sło­wa­mi.

– Wo­bec tego co po­wie­dział?

Pay­ne od­chrząk­nął i od­parł:

– Mówi Ka­iser. Od­dzwoń na­tych­miast.

– Do­bry Boże! Ktoś zgi­nął.

– Spo­koj­nie, księż­nicz­ko. – Pay­ne nie mógł po­ha­mo­wać śmie­chu. – Jesz­cze tego nie wie­my.

– Mów za sie­bie. Ja do­brze to czu­ję. Ktoś zgi­nął.

– Coś ci pod­su­nę. Może naj­pierw do nie­go za­dzwoń, za­nim wpad­niesz w pa­ni­kę?

– Ja nie pa­ni­ku­ję. Ja prze­wi­du­ję.

– Cóż, dla mnie to brzmi jak pa­ni­ka.

– Daj spo­kój, Jon. Wiesz do­brze, że jest in­a­czej. Je­śli już, pod­nie­ca­ją mnie ry­su­ją­ce się moż­li­wo­ści. Przy­glą­da­nie się, jak nur­ku­jesz po sprzęt ku­chen­ny, ra­czej mnie nie raj­cu­je.

– Bar­dzo śmiesz­ne. Ja­koś nie przy­po­mi­nam so­bie, że­byś sam za­pro­po­no­wał, że sko­czysz.

– To dla­te­go, że nie nur­ku­ję po al­ko­ho­lu.

– Tra­fio­ny – uśmiech­nął się Pay­ne.

– Zresz­tą, na­wet gdy­bym nur­ko­wał, w ży­ciu nie sko­czył­bym do tej wody. Spójrz­my praw­dzie w oczy: przez resz­tę week­en­du bę­dziesz cuch­nął jak ryba.

Pay­ne po­wą­chał ręcz­nik, owi­nię­ty wo­kół szyi.

– Pro­szę cię, po­wiedz, że żar­tu­jesz.

Jo­nes po­trzą­snął gło­wą.

– Uj­mij­my to na­stę­pu­ją­co. Je­steś przy­stoj­nym mi­liar­de­rem, ale od wyj­ścia z wody nie flir­to­wa­ła z tobą żad­na ko­bie­ta. Co ci to mówi?

– To mi mówi, że we­dług cie­bie je­stem przy­stoj­ny.

– Co ta­kie­go? Nie to mia­łem na my­śli.

– Wo­bec tego co mia­łeś na my­śli? Czy to było freu­dow­skie prze­ję­zy­cze­nie?

– Nie, Jon. Mia­łem na my­śli to, że cuch­niesz.

– W po­rów­na­niu z tym, jak pach­nę za­zwy­czaj?

– Otóż to.

– In­ny­mi sło­wy, za­zwy­czaj po­do­ba ci się mój za­pach? – do­cie­kał Pay­ne.

– Co?

– Uwa­żasz, że je­stem przy­stoj­nym, przy­jem­nie pach­ną­cym fa­ce­tem.

– Prze­stań! Nie wkła­daj mi słów w usta.

– Ni­cze­go nie wkła­dam ci w usta, ko­le­go.

Jo­nes ob­lał się ru­mień­cem, oba­wia­jąc się, że ktoś z go­ści mógł usły­szeć sło­wa Pay­ne’a. Po­cząt­ko­wo za­mie­rzał ri­po­sto­wać, ale zre­zy­gno­wał. Bez wzglę­du na to, co po­wie, jego sło­wa zo­sta­ną wy­rwa­ne z kon­tek­stu i uży­te prze­ciw­ko nie­mu. W mil­cze­niu cze­kał więc, aż Pay­ne mu od­pu­ści. Jed­nak Pay­ne nie skoń­czył ze słow­ny­mi utarcz­ka­mi.

– Co się sta­ło, DJ? Za­że­no­wa­łem cię? A może je­steś za­zdro­sny?

– Za­zdro­sny? O co?

– Że dzwo­nił do mnie inny fa­cet. Przy­się­gam, tyl­ko się przy­jaź­ni­my.

Jo­nes za­śmiał się, zdzi­wio­ny, że Pay­ne nadal się na nim wy­ży­wa. Z nich dwóch to on za­zwy­czaj za­cho­wy­wał się dzie­cin­nie, żar­to­wał w nie­od­po­wied­nich mo­men­tach, na­to­miast Pay­ne był tym do­ro­słym. Na­gła zmia­na ról ka­za­ła Jo­ne­so­wi się za­sta­no­wić, czy przy­ja­ciel nie prze­by­wał tro­chę za dłu­go pod wodą.

– To do­bry mo­ment, żeby się na­pić – po­wie­dział.

Pay­ne uśmiech­nął się trium­fal­nie, ale nie mógł so­bie da­ro­wać no­kau­tu­ją­ce­go cio­su.

– Chy­ba skoń­czy­ło się już da­iqu­iri, ale je­śli chcesz, za­ła­twi­my ci ró­żo­wą pa­ra­so­lecz­kę do piwa.

4

Mimo pro­te­stu­ją­cych ję­ków go­ści Pay­ne ści­szył mu­zy­kę – na tyle, by od­dzwo­nić do Ka­ise­ra, ale nie dość, by moż­na go było pod­słu­chać – po czym prze­szedł do od­da­lo­ne­go za­kąt­ka jach­tu. Ktoś mógł­by go uznać za pa­ra­no­ika, ale nie Jo­nes. Wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie prze­ko­na­ło ich o war­to­ści dys­kre­cji. Je­den z ich prze­ło­żo­nych w Pen­ta­go­nie zwykł ma­wiać, że „naj­więk­sze stat­ki mogą za­to­nąć z po­wo­du naj­mniej­sze­go prze­cie­ku”, a przy­ja­cie­le wie­dzie­li, że to praw­da.

W ich świe­cie drob­ne prze­cie­ki nie­rzad­ko za­ty­ka­ło się ku­la­mi.

Po­słu­gu­jąc się ko­do­wa­nym te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym, Pay­ne wy­brał 0-1-1, na­stęp­nie nu­mer kie­run­ko­wy Nie­miec, wresz­cie nu­mer Ka­ise­ra. Po chwi­li roz­ma­wiał z czło­wie­kiem, któ­ry kie­ro­wał naj­więk­szą w Eu­ro­pie sie­cią czar­no­ryn­ko­we­go han­dlu.

– Dzię­ki, że tak szyb­ko od­dzwa­niasz – po­wie­dział Ka­iser. – Nie by­łem pe­wien, czy czło­wiek two­je­go po­kro­ju ode­zwie się do ko­goś ta­kie­go jak ja.

– Cze­mu nie? – uśmiech­nął się Pay­ne. – Nie­ustan­nie ga­dam z dup­ka­mi. W tym z DJ-em.

Ka­iser wy­buch­nął śmie­chem. Nie­wie­lu lu­dzi mia­ło od­wa­gę się z nim dro­czyć, jesz­cze mniej­szej licz­bie on sam na to po­zwa­lał. Pay­ne na­le­żał do nie­licz­nych wy­brań­ców.

– Ile to już lat? Dwa, może trzy?

– Rany, mam na­dzie­ję, że nie aż tyle – od­parł Pay­ne, żar­tu­jąc. – W prze­ciw­nym ra­zie ozna­cza­ło­by to, że obaj się ostro sta­rze­je­my.

– W moim biz­ne­sie nie ma sta­rze­nia się. Czło­wiek albo żyje, albo nie.

– Cho­le­ra, Ka­iser, ależ to przy­gnę­bia­ją­ce! I dzi­wisz się, że do cie­bie nie dzwo­nię?

Ka­iser uśmiech­nął się, za­do­wo­lo­ny, że mimo upły­wu cza­su nadal do­brze się po­ro­zu­mie­wa­ją. Gdy­by było in­a­czej, nie ujaw­nił­by po­wo­du, dla któ­re­go te­le­fo­no­wał.

– Po­wiedz, co sły­chać w świe­cie kor­po­ra­cyj­nym?

– Wie­je nudą. A co u cie­bie? Jak po­sa­da… hm… do­zor­cy?

– Lu­kra­tyw­na.

– Na­wet pod­czas re­ce­sji?

– Zwłasz­cza pod­czas re­ce­sji.

– Miło to sły­szeć – stwier­dził Pay­ne, ani tro­chę nie zdzi­wio­ny.

– Co u DJ-a? Jak się mie­wa?

Pay­ne zer­k­nął na Jo­ne­sa, po­pi­ja­ją­ce­go piwo nie­opo­dal.

– Ak­tu­al­nie pra­cu­je nad opa­le­ni­zną. Je­śli chcesz, mogę go za­wo­łać.

– Wła­ści­wie, czy mógł­bym po­roz­ma­wiać z wami jed­no­cze­śnie? – spy­tał Ka­iser. – Tak by­ło­by pro­ściej.

– Ża­den pro­blem. Nie roz­łą­czaj się, a ja do nie­go za­dzwo­nię. Mo­że­my urzą­dzić jed­ną z tych roz­mó­wek kon­fe­ren­cyj­nych.

– Słu­cham?

– No wiesz, roz­mo­wę w trój­kę.

– Za­baw­ne – za­śmiał się Ka­iser. – Po­sta­ram się to za­pa­mię­tać.

– Wierz mi, cze­goś ta­kie­go ła­two się nie za­po­mi­na – za­żar­to­wał Pay­ne.

– Cze­go on chciał? – spy­tał zdez­o­rien­to­wa­ny Jo­nes.

– Jesz­cze nie wiem – wzru­szył ra­mio­na­mi Pay­ne. – Chce roz­ma­wiać z nami obo­ma.

– O czym?

– Nie mam po­ję­cia. Ale jest w do­brym hu­mo­rze. To ra­czej nic wiel­kie­go.

– Za­ło­żę się o do­la­ra, że ktoś zgi­nął.

– O ca­łe­go do­la­ra? – uśmiech­nął się Pay­ne. – Je­steś pe­wien, że cię stać?

– Do­bra! Sta­wiam stó­wę. W ten spo­sób za two­je pie­nią­dze spła­cę za­kła­dy, któ­re prze­gra­łem na two­im nur­ko­wa­niu. My­ślę, że jest w tym ja­kaś spra­wie­dli­wość.

– Chcę do­brze zro­zu­mieć: za po­mo­cą ha­zar­du spła­casz dłu­gi ha­zar­do­we? To mi wy­glą­da na plan do­sko­na­ły.

Jo­nes udał obu­rze­nie.

– Daj spo­kój, Jon. Nie po­trze­bu­ję wspar­cia. Za­ło­żę się o dwa­dzie­ścia do­lców, że nie je­stem uza­leż­nio­ny od ha­zar­du.

Pay­ne za­śmiał się i wy­brał nu­mer Ka­ise­ra.

– Od­bierz te­le­fon, że­by­śmy mo­gli po­roz­ma­wiać z Ka­ise­rem. Cie­ka­we, z czym dzwo­ni.

Po chwi­li cała trój­ka wspo­mi­na­ła daw­ne cza­sy.

– Je­śli mnie pa­mięć nie myli, ostat­nio spo­tka­li­śmy się przed wa­szą po­dró­żą do Gre­cji. Wy­glą­da na to, że wy­pra­wa so­wi­cie się wam opła­ci­ła.

– Owszem – po­twier­dził Jo­nes z po­kła­du jach­tu na­zwa­ne­go na cześć tam­tej grec­kiej przy­go­dy. – Moż­na tak po­wie­dzieć.

Pay­ne i Jo­nes, po­ma­ga­jąc ame­ry­kań­skie­mu stu­den­to­wi, któ­ry utknął w Ro­sji, za­plą­ta­li się w ogól­no­świa­to­wy spi­sek, obej­mu­ją­cy za­bój­ców, Spar­tan i kil­ku mar­twych mni­chów. Cen­tral­nym punk­tem przy­go­dy był za­by­tek ze sta­ro­żyt­nej Gre­cji oraz skarb, któ­re­go nikt nie zdo­łał­by prze­pu­ścić w cią­gu ży­cia. Cho­ciaż przy­ja­cie­le go od­kry­li, z po­wo­du in­ter­wen­cji rzą­du i pra­wa mię­dzy­na­ro­do­we­go nie mo­gli prze­jąć go na wła­sność. Mimo to za­in­te­re­so­wa­ne kra­je wy­pła­ci­ły im zna­leź­ne z więk­szą licz­bą cyfr, niż szejk ma żon.

Ro­zu­mie się samo przez się, że Pay­ne i Jo­nes tra­fi­li na łamy mię­dzy­na­ro­do­wej pra­sy.

– Co było bar­dziej pod­nie­ca­ją­ce? – spy­tał Ka­iser. – Po­szu­ki­wa­nie skar­bu czy na­gro­da?

– Po­szu­ki­wa­nie, sta­now­czo po­szu­ki­wa­nie – od­parł na­tych­miast Pay­ne.

– Ła­two ci mó­wić – włą­czył się Jo­nes. – Ty już by­łeś bo­ga­ty.

– Bar­dzo słusz­na uwa­ga – uśmiech­nął się Pay­ne.

– Czy to zna­czy, że się nie zga­dzasz? – spy­tał Ka­iser.

– Wła­ści­wie nie – przy­znał Jo­nes. – Po pro­stu lu­bię się dro­czyć z Jo­nem.

– In­ny­mi sło­wy, po­szu­ki­wa­nie spra­wi­ło ci fraj­dę?

– Moż­na tak po­wie­dzieć – przy­tak­nął Jo­nes.

– Zna­ko­mi­cie! Miło mi to sły­szeć.

Pay­ne za­sta­na­wiał się, do­kąd wła­ści­wie zmie­rza roz­mo­wa.

– Do­bra, Ka­iser. Dość gry wstęp­nej. Co jest gra­ne?

– Wła­śnie – do­rzu­cił Jo­nes. – Czy ktoś zgi­nął?

– Czy ktoś zgi­nął? – po­wtó­rzył Ka­iser. – Cze­mu o to py­tasz?

– Bez po­wo­du. Po pro­stu prze­czu­cie.

– Cóż. – Ka­iser za­wa­hał się w po­szu­ki­wa­niu naj­wła­ściw­szej od­po­wie­dzi. – Tak się skła­da, że ktoś fak­tycz­nie zgi­nął, ale jego śmierć oka­za­ła się po­myśl­na.

– Nie dla nie­go – za­uwa­żył Pay­ne.

– Istot­nie, ale dla nas tak.

– Trud­no mi się nie zgo­dzić – uśmiech­nął się Jo­nes trium­fal­nie.

Ka­iser czuł, że coś mu umy­ka, może pry­wat­ny żart, ale nie tra­cił cza­su, by za­py­tać. Wie­dział, że staw­ką może być ma­ją­tek, a czas pły­nął.

– Tak z cie­ka­wo­ści: czy któ­ryś z was był kie­dyś w Mo­na­chium?

– W Mo­na­chium? – po­wtó­rzy­li chó­rem.

– Tak. To sto­li­ca Ba­wa­rii.

– Ra­czej so­bie nie przy­po­mi­nam – po­krę­cił gło­wą Pay­ne.

– Ja też nie.

– To cu­dow­ne mia­sto, może moje naj­ulu­bień­sze w ca­łych Niem­czech – cią­gnął Ka­iser. – Sta­no­wi cie­ka­wą mie­szan­kę sta­re­go i no­we­go, a we­is­swurst jest po pro­stu wy­bor­na.

– Co zna­czy wurst? – spy­tał Jo­nes.

– We­is­swurst – po­wtó­rzył Ka­iser. – Bia­ła kieł­ba­sa. Ba­war­ska spe­cjal­ność.

Pay­ne i Jo­nes z tru­dem stłu­mi­li śmiech. Pod­czas ostat­niej ko­la­cji z Ka­ise­rem słu­cha­li jego nie­koń­czą­cych się pe­anów na cześć kieł­ba­sy. Ten czło­wiek miał dzie­siąt­ki wro­gów w Eu­ro­pie Środ­ko­wej, ale ist­nia­ło duże praw­do­po­do­bień­stwo, że ser­ce za­ła­twi go szyb­ciej niż któ­ry­kol­wiek z nich. Mię­dzy jed­nym kę­sem mię­si­wa a dru­gim Ka­iser przy­zna­wał, że tak się pew­nie sta­nie.

– Za­nim za­czniesz nam po­da­wać prze­pis na ten przy­smak, chciał­bym tro­chę cof­nąć czas – za­żą­dał Pay­ne. – Opo­wiedz nam wię­cej o tym go­ściu, któ­ry zgi­nął.

– Wo­lał­bym nie po­da­wać szcze­gó­łów przez te­le­fon – od­parł wy­mi­ja­ją­co Ka­iser. – Mogę tyl­ko za­pew­nić, że nie przy­ło­ży­łem ręki do jego śmier­ci, je­śli to mia­łeś na my­śli.

– A jed­nak jego śmierć jest dla nas po­myśl­na. Są­dzę, że tak to ują­łeś.

– Owszem, tak to ują­łem. I owszem, jest po­myśl­na.

– Ze­chciał­byś to wy­ja­śnić?

– Z ra­do­ścią, ale nie przez te­le­fon. Aby po­znać do­dat­ko­we szcze­gó­ły, mu­si­cie tu przy­je­chać.

– Tu, czy­li gdzie? – spy­tał Jo­nes.

– Do Mo­na­chium. Są­dzi­łem, że to ja­sne.

– Wiesz, w tej roz­mo­wie nic nie jest ja­sne – za­śmiał się gło­śno Pay­ne.

– Chy­ba masz ra­cję – od­parł Ka­iser po chwi­li za­sta­no­wie­nia. – Za­pew­niam was jed­nak, że mam po­wo­dy, by za­cho­wy­wać ostroż­ność. Im mniej osób o tym wie, tym dla nas le­piej.

– Na ra­zie nie­źle ci idzie za­cho­wy­wa­nie dys­kre­cji. Ga­wę­dzi­my tak so­bie już od pię­ciu mi­nut, a ża­den z nas nie ma po­ję­cia, o co ci cho­dzi.

Ka­iser spró­bo­wał ugryźć te­mat z in­nej stro­ny.

– Jon, czy ty mi ufasz? Je­śli tak, przy­jedź do Mo­na­chium. Obie­cu­ję, że ci się opła­ci.

Pay­ne po­trzą­snął gło­wą.

– To ra­czej ty, Ka­iser, mu­sisz nam za­ufać. Je­śli nie chcesz wy­krztu­sić, o co cho­dzi, nie ma mowy, że­by­śmy się mie­sza­li. Na ra­zie wie­my tyl­ko, że ktoś zgi­nął i że lu­bisz we­is­swurst. To tro­chę za mało.

Wy­czu­wa­jąc na­pię­cie, Jo­nes po­now­nie włą­czył się do roz­mo­wy.

– Sko­ro mowa o we­is­swurst, nic dziw­ne­go, że bia­łą kieł­ba­sę wy­my­śli­li wła­śnie Niem­cy. Co to za ra­si­stow­skie bred­nie?

Ka­iser się za­śmiał. Naj­pierw ci­cho, po­tem znacz­nie gło­śniej. Po chwi­li sta­ło się ja­sne, że nie śmie­je się z Jo­ne­sa, ale z sie­bie.

– Masz ra­cję, Jon. Oczy­wi­ście, że masz ra­cję. Za­dzwo­ni­łem do cie­bie nie­spo­dzie­wa­nie, ocze­ku­jąc zbyt du­że­go za­ufa­nia. Gdy­by role się od­wró­ci­ły, też bym się na­je­żył.

Ka­iser wziął głę­bo­ki wdech i po­sta­no­wił za­cząć od po­cząt­ku.

– Co chcie­li­by­ście wie­dzieć?

– Za­cznij­my od pod­staw. Dla­cze­go w ogó­le do nas za­dzwo­ni­łeś?

– Dla­cze­go? Bo je­ste­ście je­dy­ny­mi zna­ny­mi mi ludź­mi z do­świad­cze­niem w tej dzie­dzi­nie.

– Se­rio? A co to za dzie­dzi­na?

– Ukry­te skar­by – od­parł z uśmie­chem Ka­iser.

519 WRZEŚNIA, NIEDZIELAMonachium, Niemcy

Pay­ne i Jo­nes nie uwa­ża­li się za po­szu­ki­wa­czy skar­bów. Na­praw­dę. Jed­nak z po­wo­du od­kry­tej w Gre­cji for­tu­ny oraz kil­ku nie­daw­nych przy­gód świat tak ich wła­śnie po­strze­gał, czy im się to po­do­ba­ło, czy nie. W isto­cie ża­den z nich nie dys­po­no­wał przy­zwo­itą wie­dzą z hi­sto­rii, ar­che­olo­gii czy po­krew­nych dzie­dzin, ale ów brak re­kom­pen­so­wa­li w inny spo­sób. Oby­dwaj byli świet­nie wy­szko­lo­ny­mi fa­chow­ca­mi, ob­da­rzo­ny­mi wy­so­ką in­te­li­gen­cją i nie­ustan­nie szu­ka­ją­cy­mi no­wych wy­zwań.

Obiet­ni­ca no­wej mi­sji sta­no­wi­ła dla nich naj­lep­szą przy­nę­tę.

Aby osło­dzić układ, na dzie­wię­cio­go­dzin­ny lot do Nie­miec Ka­iser wy­na­jął luk­su­so­wy od­rzu­to­wiec. Ze wzglę­du na sze­ścio­go­dzin­ną róż­ni­cę cza­su gul­fstre­am V wy­star­to­wał z pry­wat­ne­go lot­ni­ska tuż przed pół­no­cą, a w Mo­na­chium wy­lą­do­wał o czter­na­stej pięć­dzie­siąt. Po­dróż prze­bie­gła przy­jem­nie. Pay­ne i Jo­nes spa­li wy­god­nie w roz­kła­da­nych skó­rza­nych fo­te­lach. Przez resz­tę cza­su gra­li w kar­ty i oglą­da­li fil­my na wiel­kim pla­zmo­wym ekra­nie. Dzię­ki lo­dów­ce peł­nej prze­ką­sek głód im nie do­skwie­rał. Nie bra­ko­wa­ło na­po­jów i bu­tel­ko­wa­nej wody. W cią­gu wie­lu lat od­by­li wy­star­cza­ją­co dużo mi­sji, by do­pro­wa­dzić do per­fek­cji sztu­kę po­dró­żo­wa­nia. Wie­dzie­li, kie­dy jeść, kie­dy spać i co ze sobą za­brać. Ni­czym brze­mien­ne ko­bie­ty, po­ło­ży­li tor­by przy drzwiach, na wy­pa­dek gdy­by mu­sie­li się ewa­ku­ować w środ­ku nocy i nie mie­li cza­su się spa­ko­wać.

Oczy­wi­ście, ko­bie­ty w cią­ży rzad­ko za­bie­ra­ją ze sobą amu­ni­cję.

Mimo luk­su­so­we­go od­rzu­tow­ca i per­spek­ty­wy od­na­le­zie­nia skar­bu Pay­ne i Jo­nes nadal się opie­ra­li, aż do chwi­li gdy Ka­iser się­gnął po swo­ją taj­ną broń – naj­więk­szy fe­sti­wal świa­ta. Tak się skła­da­ło, że po­przed­nie­go dnia roz­po­czął się Okto­ber­fest, któ­ry miał trwać do trze­cie­go paź­dzier­ni­ka. Ten szes­na­sto­dnio­wy do­rocz­ny fe­sti­wal or­ga­ni­zo­wa­ny w Mo­na­chium ścią­gał po­nad sześć mi­lio­nów lu­dzi, któ­rzy dużo je­dli i jesz­cze wię­cej pili. Przy­ja­cie­le za­wsze chcie­li tam po­je­chać, ale nig­dy nie po­czy­ni­li w tym kie­run­ku żad­nych kro­ków. Bio­rąc pod uwa­gę nie­miec­kie kon­tak­ty Ka­ise­ra i jego szczo­drą pro­po­zy­cję, że za­fun­du­je im wstęp, Pay­ne i Jo­nes zda­li so­bie spra­wę, że to ide­al­ny mo­ment na od­by­cie po­dró­ży.

Naj­pierw spo­tka­nie, po­tem dwa dni za­ba­wy.

Co mo­gło się nie udać?

Ka­iser po­wi­tał ich w pry­wat­nym han­ga­rze pod lot­ni­skiem w Mo­na­chium. Jak zwy­kle miał na so­bie ko­szul­kę z krót­kim rę­ka­wem, nie­bie­skie dżin­sy i brą­zo­wą skó­rza­ną kurt­kę. Nic w jego wy­glą­dzie nie rzu­ca­ło się w oczy, nic też nie su­ge­ro­wa­ło za­gro­że­nia. Pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­ni męż­czy­zna miał gład­ko za­cze­sa­ne do tyłu siwe wło­sy i krza­cza­ste brwi, drga­ją­ce nad ciem­ny­mi ocza­mi. Kie­dy mó­wił, czę­sto się uśmie­chał, jak przy­ja­zny są­siad lub miej­sco­wy han­dlarz, któ­ry dba o swo­ich klien­tów.

I na­praw­dę o nich dbał.

Kie­dy Pay­ne i Jo­nes po­zna­li Ka­ise­ra dzie­sięć lat wcze­śniej, uzna­li, że jego do­bro­dusz­ność jest tyl­ko pozą. Są­dzi­li, że jest dla nich miły, żeby osią­gnąć prze­wa­gę w in­te­re­sach. Z cza­sem jed­nak zro­zu­mie­li, że jest in­a­czej. Ka­iser był po­rząd­nym, na po­zio­mie go­ściem, praw­dzi­wym fa­chow­cem w swo­jej dzie­dzi­nie. Nie kła­mał, nie kradł, nie sprze­da­wał nar­ko­ty­ków. Nie kan­to­wał. Pie­nią­dze za­ra­biał, zdo­by­wa­jąc rzad­kie to­wa­ry i sprze­da­jąc je po uczci­wej ce­nie. Per­so­nel woj­sko­wy sta­cjo­nu­ją­cy w Niem­czech nie uwa­żał Ka­ise­ra za kry­mi­na­li­stę, ale za biz­nes­me­na. Tyl­ko tyle i aż tyle.

Z dru­giej stro­ny, Pay­ne i Jo­nes sły­sze­li co pe­wien czas mniej po­chleb­ne hi­sto­rie o Ka­ise­rze. Naj­czę­ściej do­ty­czy­ły do­staw­ców, któ­rzy pró­bo­wa­li go wy­ki­wać, albo na­byw­ców, co nie do­trzy­ma­li sło­wa. W po­dob­nych sy­tu­acjach Ka­iser prze­sta­wał być do­bro­dusz­nym wu­jasz­kiem i sto­sow­nie trak­to­wał tych, któ­rzy we­szli mu w dro­gę. Sam lu­bił na­zy­wać to „ulicz­ną spra­wie­dli­wo­ścią”. Pay­ne i Jo­nes za­py­ta­li go raz o pew­ną po­gło­skę zwią­za­ną z prze­mo­cą, ale Ka­iser ani nie po­twier­dził, ani nie za­prze­czył, naj­wy­raź­niej cie­sząc się ze swo­jej re­pu­ta­cji. Po­tem po­wie­dział im coś, cze­go nig­dy nie za­po­mnie­li.

Nig­dy nie myl do­bro­ci ze sła­bo­ścią.

Po dziś dzień było to jed­no z ich ulu­bio­nych po­wie­dzeń.

Jak mi­nął lot? – spy­tał Ka­iser, ści­ska­jąc dłoń Pay­ne’a.

– Cu­dow­nie. Dzię­ki za kró­lew­skie wa­run­ki.

– Dla was tyl­ko to, co naj­lep­sze.

Jo­nes ser­decz­nie uści­skał Ka­ise­ra.

– Nie chcę być nie­grzecz­ny, ale czy na pew­no stać cię było na to?

– Cze­mu py­tasz? – zdzi­wił się Ka­iser.

– Bo od dzie­się­ciu lat no­sisz te same ciu­chy. Nie mają tu cen­trów han­dlo­wych? – Jo­nes spoj­rzał na Pay­ne’a. – Mu­si­my go za­brać na za­ku­py.

Ka­iser wy­buch­nął śmie­chem, z ra­do­ścią przyj­mu­jąc ser­decz­ne do­cin­ki.

– Mu­si­cie wie­dzieć, że w ze­szłym roku ku­pi­łem so­bie nową ko­szul­kę. Do koń­ca dzie­się­cio­le­cia je­stem usta­wio­ny.

– Daj spo­kój, czło­wie­ku – za­opo­no­wał Jo­nes. – Czło­wiek ro­bią­cy ta­kie in­te­re­sy po­wi­nien mieć styl. Mu­si­my ci ku­pić błysz­czą­cy gar­ni­tur i fi­ku­śną gang­ster­ską bi­żu­te­rię. Może na­wet ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem.

Pay­ne po­trzą­snął gło­wą z za­kło­po­ta­niem.

– Pro­szę, nie zwra­caj na nie­go uwa­gi. Po dłu­gim lo­cie ma w or­ga­ni­zmie za dużo ko­fe­iny. Po­zwól mu po­bie­gać dwa­dzie­ścia mi­nut po pa­sie star­to­wym, to doj­dzie do sie­bie.

– Bar­dzo bym chciał, ale czas goni – uśmiech­nął się Ka­iser. – Je­śli nie ru­szy­my na­tych­miast, nie do­trze­my na miej­sce przed zmro­kiem.

– Na ja­kie miej­sce? – spy­tał Pay­ne, wciąż nie ma­jąc pew­no­ści, co zna­lazł Ka­iser i cze­go od nich ocze­ki­wał. – Sko­ro już tu­taj je­ste­śmy, może wzbo­ga­cił­byś na­szą wie­dzę.

– Chęt­nie – od­parł Ka­iser, pod­no­sząc tor­bę Pay­ne’a. – Kie­dy tyl­ko wy­star­tu­je­my.

– Wy­star­tu­je­my?

Ka­iser ru­szył w stro­nę han­ga­ru.

– Nie wspo­mnia­łem o tym przez te­le­fon?

– O ni­czym nie wspo­mnia­łeś przez te­le­fon – po­wie­dział Pay­ne, śpie­sząc za nim.

– Se­rio? Mógł­bym przy­siąc, że to zro­bi­łem.

Pay­ne do­go­nił go i chwy­cił za ra­mię.

– Po­cze­kaj, Ka­iser. Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

– O czym? – Ka­iser od­wró­cił się z uśmie­chem.

– Po­słu­chaj, do­ce­niam twój en­tu­zjazm, ro­zu­miem, że czas na­gli, ale nie wsią­dzie­my do ko­lej­ne­go sa­mo­lo­tu, do­pó­ki nie po­wiesz nam, do­kąd le­ci­my.

– Nie do sa­mo­lo­tu – spro­sto­wał Ka­iser. – Do he­li­kop­te­ra.

– Su­per – wtrą­cił Jo­nes, do­ga­nia­jąc ich. – Uwiel­biam he­li­kop­te­ry. Mogę pro­wa­dzić?

– Przy­kro mi, ale już mamy pi­lo­ta – po­krę­cił gło­wą Ka­iser.

– Bez­na­dzie­ja. Z tyl­ne­go sie­dze­nia nic nie wi­dać.

– Cze­kaj. – Pay­ne rzu­cił przy­ja­cie­lo­wi złe spoj­rze­nie. – Nic cię tu nie nie­po­koi?

– Wła­ści­wie, sko­ro o tym wspo­mnia­łeś, to owszem. – Jo­nes wrę­czył tor­bę Ka­ise­ro­wi, któ­ry ocho­czo ją przy­jął. – Je­śli on nie­sie two­ją tor­bę, to może po­nieść i moją.

– Nie o tym mó­wi­łem – wark­nął Pay­ne.

– Na­praw­dę? W ta­kim ra­zie co cię gry­zie?

– Nie wie­my, do­kąd le­ci­my ani w co się pa­ku­je­my.

Jo­nes wes­tchnął gło­śno i spró­bo­wał tro­chę po­draż­nić przy­ja­cie­la.

– Świet­nie! Ka­iser pró­bu­je zro­bić nam nie­spo­dzian­kę, a ty upar­łeś się, żeby wszyst­ko ze­psuć.

Jo­nes zwró­cił się do Ka­ise­ra, któ­ry tłu­mił śmiech:

– Czy punkt do­ce­lo­wy leży w Niem­czech?

– Tak.

– Czy tam jest bez­piecz­nie?

– Tak.

– Czy mo­że­my za­brać broń?

– Je­śli chce­cie.

– Czy bę­dzie nam po­trzeb­na?

– Ra­czej nie.

– Czy je­ste­śmy od­po­wied­nio ubra­ni?

Ka­iser przyj­rzał się ubio­ro­wi przy­ja­ciół. Obaj mie­li na so­bie spodnie bo­jów­ki z du­ży­mi kie­sze­nia­mi na udach, ko­szu­le z dłu­gim rę­ka­wem i wy­god­ne obu­wie. Ide­al­nie na miej­sce, do­kąd le­cie­li.

– Tak.

– A co z prze­ką­ska­mi?

– Na miej­scu jest je­dze­nie.

Jo­nes ob­jął Pay­ne’a za ra­mię i uści­snął.

– Da­lej, Jon. Fa­cet ma prze­ką­ski. Nie może być źle.

6Garmisch-Partenkirchen, Niemcy (95 kilometrów na południowy zachód od Monachium)

Przez po­nad ty­siąc lat Gar­misch i Par­ten­kir­chen były od­ręb­ny mia­sta­mi, do­pó­ki Adolf Hi­tler nie zmu­sił ich do po­łą­cze­nia się z oka­zji zi­mo­wych igrzysk olim­pij­skich w ty­siąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym szó­stym roku. To ma­low­ni­cze mia­sto, li­czą­ce bli­sko trzy­dzie­ści ty­się­cy miesz­kań­ców, usy­tu­owa­ne nie­da­le­ko gra­ni­cy z Au­strią, leży u pod­nó­ża dwóch naj­wyż­szych gór w Niem­czech: Zug­spit­ze oraz Leu­tasch Dre­itor­spit­ze.

Przez kil­ka mi­nut he­li­kop­ter krą­żył nad do­li­ną, dzię­ki cze­mu Pay­ne i Jo­nes mo­gli przyj­rzeć się oko­li­cy z lotu pta­ka, wresz­cie osiadł na zie­lo­nym pa­stwi­sku na po­łu­dnio­wy za­chód od mia­sta. Na skra­ju łąki za­czy­nał się gę­sty las wy­so­kich so­sen, po­prze­ci­na­ny krę­ty­mi szla­ka­mi, jak­by Bogu za­bra­kło tra­wy i w tym wła­śnie miej­scu mu­siał zmie­nić kra­jo­braz. W ob­rę­bie za­le­d­wie trzech me­trów to­po­gra­fia prze­cho­dzi­ła z pła­skiej i tra­wia­stej w stro­mą i ska­li­stą.

Cho­ciaż słoń­ce świe­ci­ło i pa­no­wa­ła przy­jem­na po­go­da, Pay­ne i Jo­nes spę­dzi­li do­sta­tecz­nie dużo cza­su w gó­rach Afga­ni­sta­nu, by wie­dzieć, jak dra­stycz­nie wy­so­kość może wpły­nąć na kli­mat. W miej­scu, gdzie wy­lą­do­wał he­li­kop­ter, tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si­ła dwa­dzie­ścia stop­ni, ale wzno­szą­cy się przed nimi szczyt po­kry­wał śnieg. Wie­dzie­li, że za­leż­nie od dłu­go­ści mar­szu tem­pe­ra­tu­ra mo­gła znacz­nie spaść, zwłasz­cza po zmro­ku.

Jo­nes za­klął pod no­sem, bo ry­su­ją­ca się per­spek­ty­wa wca­le nie przy­pa­dła mu do gu­stu. Po­mi­mo wie­lo­let­niej za­pra­wy i se­tek mi­sji nie­wie­lu rze­czy bar­dziej nie­na­wi­dził niż chło­du. Pay­ne do­brze o tym wie­dział.

– Wy­glą­da na to, że na gó­rze jest mróz. Mam na­dzie­ję, że za­bra­łeś mi­ten­ki – dro­czył się z przy­ja­cie­lem.

Jo­nes za­klął, tym ra­zem gło­śniej.

– Co ty ta­kie­go mó­wi­łeś, niech przy­po­mnę? „Fa­cet ma prze­ką­ski. Nie może być źle” – drwił Pay­ne. – Cóż, wkrót­ce się prze­ko­nasz.

Nie­za­do­wo­lo­ny z ob­ro­tu spra­wy, Jo­nes już miał blu­zgnąć prze­kleń­stwa­mi, ale Ka­iser nie do­pu­ścił go do gło­su.

– Słoń­ce za­cho­dzi oko­ło siód­mej, a tam, do­kąd zmie­rza­my, na­wet wcze­śniej. Drze­wa tłu­mią świa­tło.

Pay­ne ze zro­zu­mie­niem ski­nął gło­wą.

– W ta­kim ra­zie ru­szaj­my – po­wie­dział.

Ka­iser wy­jął z he­li­kop­te­ra tor­bę po­dróż­ną.

– Mam la­tar­ki i pod­sta­wo­we rze­czy. Cała resz­ta jest na miej­scu.

– Jak da­le­ko?

– Oko­ło trzy­dzie­stu mi­nut.

– Ża­den pro­blem – rzekł Pay­ne, lu­stru­jąc wzro­kiem las. Na skra­ju łąki za­czy­na­ła się wą­ska ścież­ka, bie­gną­ca pod górę i nik­ną­ca wśród drzew. – Tak z czy­stej cie­ka­wo­ści: kto jest wła­ści­cie­lem tego pola?

– Dla­cze­go oto py­tasz? – spy­tał Ka­iser, pod­cho­dząc do Jona.

– Dla­cze­go? Po­nie­waż wła­śnie wy­lą­do­wa­li­śmy na nim he­li­kop­te­rem. Poza tym je­śli mu­si­my zwieźć coś z góry, bę­dzie nam po­trzeb­na cię­ża­rów­ka.

– Nie martw się. Spra­wa jest za­ła­twio­na.

– To zna­czy?

– To zna­czy, że jest za­ła­twio­na – uśmiech­nął się Ka­iser. – Na­praw­dę po­wi­nie­neś się roz­luź­nić, Jon. Mu­sisz tyl­ko roz­pra­co­wać to, z czym mamy do czy­nie­nia.

Cho­ciaż Ka­iser do­trzy­mał sło­wa i pod­czas lotu z Mo­na­chium po­dał im nie­co in­for­ma­cji, Pay­ne’owi nie le­ża­ła rola kon­sul­tan­ta. Za­zwy­czaj to on do­wo­dził mi­sją, a nie za­da­wał py­ta­nia.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział Pay­ne. – Siła przy­zwy­cza­je­nia.

– Nie mu­sisz prze­pra­szać. Ani się przej­mo­wać. Mó­wię ci, Jon, to bę­dzie pro­sta spra­wa. Za­nim się obej­rzysz, bę­dziesz pił piwo na Okto­ber­fest.

– Brzmi do­brze – od­parł Pay­ne z wy­mu­szo­nym uśmie­chem, z na­dzie­ją, że Ka­iser się nie myli.

– Już czas, do cho­le­ry – wark­nął Jo­nes, mi­ja­jąc ich i ru­sza­jąc w kie­run­ku ścież­ki. – Im dłu­żej cze­ka­my, tym zim­niej się robi.

Ka­iser spoj­rzał na Pay­ne’a za­sko­czo­ny.

– Ma ja­kiś pro­blem? – spy­tał.

– Nie­ste­ty, jest ich zbyt wie­le, by je wy­mie­niać.

W su­mie wspi­nacz­ka oka­za­ła się ła­twa. Po­go­da była ła­god­na, zie­mia su­cha, ścież­ka wy­raź­na. Ktoś ozna­ko­wał dro­gę kre­dą, za­kre­śla­jąc na drze­wach zna­ki X. Co pe­wien czas mi­ja­li też kół­ka lub strzał­ki, wska­zu­ją­ce na lewo bądź na pra­wo, ale Ka­iser wy­ja­śnił, że te fał­szy­we zna­ki mia­ły na celu wpro­wa­dze­nie in­tru­zów w błąd. Pay­ne i Jo­nes nie mie­li pew­no­ści, kto miał­by iść za zna­ka­mi w środ­ku lasu – chy­ba że w mie­ście po­ja­wił się Ro­bert Lang­don – ale przy­ję­li wy­ja­śnie­nie. Do­pó­ki nie do­wie­dzą się, co wła­ści­wie od­kry­to, nie byli pew­ni, ja­kie środ­ki ostroż­no­ści fak­tycz­nie na­le­ża­ło pod­jąć.

– Je­ste­śmy pra­wie na miej­scu – za­pew­nił ich Ka­iser. Z tor­by wy­jął krót­ko­fa­lów­kę wy­po­sa­żo­ną w GPS. – Mu­szę ich za­wia­do­mić, że się zbli­ża­my.

– A gdy­byś tego nie zro­bił? – spy­tał Pay­ne.

– Za­strze­li­li­by nas.

Idą­cy na prze­dzie Jo­nes na­tych­miast sta­nął.

– Do­brze wie­dzieć.

Ka­iser włą­czył krót­ko­fa­lów­kę i wy­mam­ro­tał kil­ka słów po nie­miec­ku. Po chwi­li z gło­śni­ka roz­le­gła się krót­ka, prze­ry­wa­na trza­ska­mi od­po­wiedź.

– Do­bra, dro­ga wol­na – ski­nął gło­wą Ka­iser. – Przed nami ostat­nie wznie­sie­nie.

Jo­nes nie ru­szył się jed­nak z miej­sca.

– W po­rząd­ku. Ja po­cze­kam.

– Na co? – zdzi­wił się Ka­iser.

– Aż bia­ły obej­mie pro­wa­dze­nie.

– Ależ z cie­bie ra­si­sta – po­wie­dział Pay­ne, mi­ja­jąc Jo­ne­sa. Od­kąd się przy­jaź­ni­li, kwe­stie ra­so­we nig­dy nie sta­no­wi­ły pro­ble­mu, więc swo­bod­nie dro­czy­li się na ten te­mat. W ich przy­jaź­ni nie było tabu.

– Może i tak – mruk­nął Jo­nes. – Ale mój czar­ny ty­łek cią­gle żyje.

– To dla­te­go, że je­steś tchó­rzem. Zwy­kłym ra­si­stow­skim tchó­rzem.

– Tchó­rzem? – Jo­nes do­go­nił przy­ja­cie­la. – Na­zwa­łeś mnie tchó­rzem? Przy­się­gam, że gdy­bym tak cho­ler­nie się cie­bie nie bał, wal­nął­bym cię w zęby.

Pay­ne za­mie­rzał się da­lej dro­czyć, kie­dy do­strzegł coś wśród drzew. In­stynk­tow­nie za­trzy­mał się i wy­rzu­cił w górę pięść. W woj­sku taki sy­gnał ozna­czał: za­trzy­maj się i milcz, wy­kry­to za­gro­że­nie. Na wi­dok sy­gna­łu Jo­nes mo­men­tal­nie za­sto­so­wał się do po­le­ce­nia. Żad­nych py­tań, żad­nych dys­ku­sji. W ca­łej ka­rie­rze ten sy­gnał wie­lo­krot­nie ura­to­wał mu ży­cie. Te­raz nie za­mie­rzał się spie­rać.

– Co się sta­ło? – spy­tał Ka­iser.

Jo­nes od­wró­cił się i dał mu znak, by za­milkł. Po chwi­li Pay­ne wska­zał dło­nią na pra­wo, da­jąc im do zro­zu­mie­nia, gdzie cza­iło się nie­bez­pie­czeń­stwo. Jo­nes ski­nął gło­wą i wy­cią­gnął zza pa­ska broń. Sig sau­er spo­czy­wał na jego bio­drze. Pay­ne zro­bił to samo, do­by­wa­jąc bro­ni pew­ną ręką.

Przed chwi­lą prze­rzu­ca­li się żar­ta­mi. Te­raz byli go­to­wi za­bi­jać.

Zu­peł­nie jak­by ktoś prze­krę­cił prze­łącz­nik.

– Gdzie są twoi lu­dzie? – spy­tał Pay­ne, ku­ca­jąc.

– Na gó­rze, pil­nu­ją miej­sca.

– Wszy­scy?

– Nie wiem – przy­znał Ka­iser.

– Upew­nij się przez krót­ko­fa­lów­kę.

– Ale do­pie­ro co roz­ma­wia­łem…

– Lu­bisz swo­ich lu­dzi? – prze­rwał mu Pay­ne. – Je­śli tak, to ich prze­licz.

– Ale…

– Słu­chaj – wy­ja­śnił Pay­ne. – Je­śli po­ślę DJ-a w las, zdej­mie każ­de­go, kogo zo­ba­czy. Wierz mi, jest w tym bar­dzo do­bry.

– Je­stem jak nin­ja – za­pew­nił go Jo­nes.

– Dla­te­go, dla do­bra two­ich lu­dzi, za­py­taj ich, gdzie są. W prze­ciw­nym ra­zie zro­bi się brud­no.

Ka­iser przy­tak­nął, za­ra­zem za­tro­ska­ny, jak i pod­eks­cy­to­wa­ny. W prze­szło­ści sły­szał róż­ne hi­sto­rie o tych dwóch, ale nig­dy nie wi­dział ich w ak­cji. Te­raz był pod wra­że­niem ich za­cho­wa­nia.

– Nie ma pro­ble­mu. Za­raz się z nimi po­łą­czę.

Ka­iser za­czął szep­tać po nie­miec­ku do krót­ko­fa­lów­ki. Tym ra­zem jego wia­do­mość była dłuż­sza i wy­po­wie­dzia­na bar­dziej na­glą­cym to­nem. Po­dob­nie jak od­po­wiedź straż­ni­ków. Ka­iser słu­chał, a uśmiech zni­kał mu z ust.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – ode­tchnął z ulgą. – Rich­ter po­szedł się tyl­ko wy­si­kać.

– Wy­si­kać? – Jo­nes opu­ścił broń. – O mało nie przy­pła­cił tego fiu­tem.

– Na pew­no mu to po­wiem.

Mimo wy­ja­śnie­nia Pay­ne nadal za­cho­wy­wał czuj­ność; nie po­tra­fił w peł­ni się roz­luź­nić, póki nie wy­cią­gnął od Ka­ise­ra dal­szych in­for­ma­cji.

– Kim są twoi lu­dzie?

– Cze­mu cię to in­te­re­su­je? – Ka­iser zmarsz­czył brwi.

– Bo są uzbro­je­ni, a ja nic o nich nie wiem.

– Zgo­da. To lu­dzie, z któ­rych usług już ko­rzy­sta­łem. Lu­dzie, któ­rym ufam.

– Skąd po­cho­dzą?

– Z Nie­miec.

– Tyle sam się do­my­śli­łem.

– Co się sta­ło? – za­in­te­re­so­wał się Jo­nes.

– Nic się nie sta­ło – od­parł Pay­ne z wy­mu­szo­nym uśmie­chem. – Chcia­łem tyl­ko usta­lić, z kim mamy do czy­nie­nia. Strze­żo­ne­go Pan Bóg strze­że. Zga­dza się?

Jo­nes przy­glą­dał się bacz­nie przy­ja­cie­lo­wi.

– W po­rząd­ku?

– W po­rząd­ku – od­parł Pay­ne i bar­dzo wol­no ski­nął gło­wą.

– Świet­nie! – wy­krzyk­nął Ka­iser. – To na co cze­ka­my? Je­ste­śmy pra­wie na miej­scu.

7

Zbli­ża­jąc się do celu, Pay­ne i Jo­nes roz­glą­da­li się we wszyst­kich kie­run­kach. Nie tyl­ko dla­te­go, że uzbro­je­ni straż­ni­cy śle­dzi­li każ­dy ich ruch, ale rów­nież z tego wzglę­du, iż nadal nie wie­dzie­li, co ta­kie­go od­krył Ka­iser na tym le­śnym pust­ko­wiu. Nie wie­dzie­li też, po co zo­sta­li we­zwa­ni.

W cią­gu mi­nio­nej doby Ka­iser ską­pił in­for­ma­cji ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Tak przy­najm­niej utrzy­my­wał. Po­cząt­ko­wo przy­ja­cie­le go­dzi­li się na to z uwa­gi na do­świad­cze­nia z Ka­ise­rem. Ufa­li mu i wie­dzie­li, że nie spro­wa­dził­by ich do Nie­miec dla cze­goś bła­he­go czy nie­le­gal­ne­go. Ale im dłu­żej utrzy­my­wa­ły się ta­jem­ni­ce, im dłu­żej zwle­kał z wy­ja­śnie­niem, na czym po­le­ga­ła ich rola, tym bar­dziej sta­wa­li się po­dejrz­li­wi.

– Na dzie­sią­tej – szep­nął Pay­ne do Jo­ne­sa. – Za gła­za­mi.

Jo­nes spoj­rzał w tam­tym kie­run­ku i ski­nął gło­wą. Cho­ciaż lu­dzie Ka­ise­ra mie­li na so­bie stro­je ma­sku­ją­ce – w ko­lo­rach zie­lo­nym, bru­nat­nym i czar­nym, do­sko­na­le wta­pia­ją­cych się w te­ren – Pay­ne i Jo­nes wy­tro­pi­li czte­rech straż­ni­ków w nie­ca­łą mi­nu­tę. Nie­zwy­kły wy­czyn w sła­bym świe­tle.

– Nie­wia­ry­god­ne – za­chwy­cił się Ka­iser. – Zna­leź­li­ście ich wszyst­kich.

– Jesz­cze nie – od­parł Pay­ne, po czym wska­zał na wzgó­rze, wzno­szą­ce się na­prze­ciw­ko celu ich wę­drów­ki. – Na dwu­na­stej, na pół­ce skal­nej. Tam jest pta­sie gniaz­do.

„Pta­sie gniaz­do” było woj­sko­wym okre­śle­niem wy­so­ko po­ło­żo­ne­go sta­no­wi­ska snaj­per­skie­go.

– Ład­na miej­sców­ka – stwier­dził Jo­nes. – Do­bra ochro­na, sze­ro­ki za­sięg ra­że­nia. Poza tym dość wy­so­ko, by się zdrzem­nąć bez wie­dzy in­nych straż­ni­ków. Sam bym się tam za­ka­mu­flo­wał. Przy­tul­nie.

– Prze­pra­szam – rzekł Ka­iser, przy­glą­da­jąc się ska­łom. – Za­po­mnia­łem o nim.

– Ja­koś nie chce mi się w to wie­rzyć – po­dejrz­li­wie rzu­cił Pay­ne. – Ale je­śli tak, to za­czy­nam się za­sta­na­wiać.

– Nad czym?

– O czym jesz­cze za­po­mnia­łeś nam po­wie­dzieć.

Sły­sząc ton gło­su Pay­ne’a, Ka­iser się skrzy­wił. W żar­to­bli­wym za­zwy­czaj gło­sie Pay­ne’a dało się wy­czuć nutę nie­uf­no­ści.

– Za­po­mnia­łem? O ni­czym – po­wie­dział. – Po­mi­ną­łem? Wie­le. Ale przy­się­gam, w moim sza­leń­stwie jest me­to­da. Kie­dy zo­ba­czy­cie, co od­kry­li­śmy, zro­zu­mie­cie, po co was spro­wa­dzi­łem. Wręcz po­dzię­ku­je­cie mi za dys­kre­cję.

– My, czy­li kto? – spy­tał Pay­ne.

– Nie ro­zu­miem? – Ka­iser za­mru­gał ocza­mi.

– Po­wie­dzia­łeś: od­kry­li­śmy. Kogo mia­łeś na my­śli?

– Daj spo­kój, Jon. Na­praw­dę są­dzi­łeś, że zna­la­złem to miej­sce sam? Spójrz na mój brzuch. Wi­dzisz, jak się prze­le­wa przez pa­sek? Czy wy­glą­dam na czło­wie­ka, któ­ry w wol­nych chwi­lach wspi­na się po gó­rach?

– Chy­ba że są zro­bio­ne z kieł­ba­sy – do­ciął mu Jo­nes.

Pay­ne prze­wró­cił ocza­mi i za­py­tał:

– Kto wo­bec tego to zna­lazł?

– Przy­ja­ciel zmar­łe­go.

– A kie­dy ty się włą­czy­łeś?

– Tak się skła­da, że po­wia­do­mio­no mnie na­tych­miast po od­kry­ciu. Z po­wo­du że­nu­ją­cych oko­licz­no­ści śmier­ci my­śli­we­go – przy­gnie­cio­ne­go la­ta­ją­cą świ­nią – mo­je­mu zna­jo­me­mu za­pła­co­no so­wi­cie za prze­nie­sie­nie zwłok w inne, bar­dziej god­ne miej­sce. Mój zna­jo­my zor­ga­ni­zo­wał to tak, by wy­glą­da­ło, że my­śli­wy po­niósł śmierć w wy­ni­ku upad­ku.

– Czy ten zna­jo­my to twój wspól­nik?

Ka­iser po­trzą­snął gło­wą.

– Tak się szczę­śli­wie zło­ży­ło, że mój zna­jo­my miał wo­bec mnie dług, więc od­stą­pił mi pra­wa do zna­le­zi­ska. Uwa­żam, że ubi­łem do­bry in­te­res.

– Ufasz temu go­ścio­wi? – spy­tał Pay­ne.

– Nie cał­ko­wi­cie, ale mam na nie­go wy­star­cza­ją­co dużo ha­ków, by za­pew­nić so­bie jego mil­cze­nie.

– Cza­sa­mi to na­wet lep­sze niż za­ufa­nie – zgo­dził się Pay­ne.

Ka­iser wy­chwy­cił alu­zję, ale sta­rał się za­cho­wać spo­kój.

– Słu­chaj, ro­zu­miem two­ją fru­stra­cję. Na­praw­dę. Przy­le­cie­li­ście taki ka­wał dro­gi, a ja bez prze­rwy was zby­wam. Obie­cu­ję jed­nak, że to się zmie­ni. Daj­cie mi pięć mi­nut, jesz­cze tyl­ko pięć mi­nut. Tyl­ko tyle mi trze­ba. Po­tem wszyst­ko na­bie­rze dla was sen­su. Moja skry­tość, wa­sza rola, wszyst­ko!

– Le­piej, żeby tak się sta­ło, bo in­a­czej wy­jeż­dżam – ostrzegł Pay­ne.

Ka­iser uśmiech­nął się, pra­gnąc roz­luź­nić at­mos­fe­rę.

– Wierz mi, Jon, to, co zo­ba­czysz, spra­wi, że zo­sta­niesz. Gwa­ran­tu­ję.

Pay­ne spoj­rzał na ze­ga­rek. Po­nad dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny upły­nę­ły od pierw­sze­go te­le­fo­nu Ka­ise­ra. W tym cza­sie on i Jo­nes prze­mie­rzy­li sie­dem ty­się­cy dwie­ście ki­lo­me­trów z Pit­ts­bur­gha przez Mo­na­chium do Gar­misch-Par­ten­kir­chen. Te­raz, pod czuj­nym okiem pię­ciu uzbro­jo­nych straż­ni­ków, przy­ja­cie­le wspi­na­li się z prze­myt­ni­kiem na Zug­spit­ze, cho­ciaż nie wie­dzie­li po co. Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi było to pod­nie­ca­ją­ce.

– Masz pięć mi­nut. Pro­wadź.

Ka­iser po­słusz­nie po­wiódł ich w na­tu­ral­ny śle­py za­ułek, gdzie zo­stał za­strze­lo­ny dzik. Te­ren nie wy­róż­niał się ni­czym szcze­gól­nym, je­śli po­mi­nąć dużą wy­rwę w po­szy­ciu. Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa ob­wód ozna­czo­no drew­nia­ny­mi pa­li­ka­mi i ja­skra­wo­żół­tą liną. Lina, zo­sta­wia­jąc trzy­me­tro­wą stre­fę bu­fo­ro­wą, two­rzy­ła pół­ko­le, ze ska­łą po dru­giej stro­nie otwo­ru.

– Co my­śli­cie? – spy­tał Ka­iser.

Jo­nes ukląkł i z uda­ną po­wa­gą zba­dał za­bez­pie­cze­nie.

– Po­do­ba mi się ta lina. Ny­lo­no­wa?

– Mia­łem na my­śli to miej­sce.

– To jest wła­śnie to miej­sce? – skrzy­wił się Pay­ne.

– Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, jest to wej­ście, ale co o tym są­dzi­cie?

Pay­ne przy­sta­nął, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów.

– Wy­glą­da jak dziu­ra.

– Cóż, to jest dziu­ra. Ale dziu­ra w czym?

– W zie­mi – zga­dy­wał Pay­ne.

– Tak się skła­da, że jest to dziu­ra w da­chu – po­wie­dział Ka­iser, po­trzą­sa­jąc gło­wą.

– W da­chu cze­go? – zdzi­wił się Jo­nes.

– Taj­ne­go bun­kra – od­parł Ka­iser. – We­dług mnie zie­mia za­pa­dła się pod cię­ża­rem świ­ni. Mó­wię wam, to po­tęż­na sztu­ka. Waży co naj­mniej ćwierć tony.

– Duża świ­nia – gwizd­nął Jo­nes.

– Nie­ste­ty, nie zo­ba­czy­cie jej, ani nie po­wą­cha­cie. Jest o wie­le za duża, żeby unieść ją ręcz­nie. Aby prze­nieść całe to mię­cho, bę­dzie po­trzeb­ny ko­ło­wrót.

– Kie­dyś spo­ty­ka­łem się z dziew­czy­ną, któ­ra mó­wi­ła o mnie to samo – po­wie­dział Jo­nes, szcze­rząc zęby w uśmie­chu.

Ka­iser po­mi­nął ten dow­cip mil­cze­niem.

– Oczy­wi­ście mogę tu dla was spro­wa­dzić wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­je­cie – po­wie­dział. – Ale wię­cej sprzę­tu ozna­cza wię­cej pra­cow­ni­ków, a na tym eta­pie roz­gryw­ki uzna­łem, że waż­niej­sza jest dys­kre­cja.

– Wciąż ten sam sta­ry Ka­iser – uśmiech­nął się Pay­ne. – I ta jego skry­tość.

– Nie cho­dzi o moją skry­tość – po­pra­wił go Ka­iser. – Ro­bię to dla cie­bie.

– Dla mnie? – zdzi­wił się Pay­ne.

– Dla was wszyst­kich.

Cho­ciaż Pay­ne chciał, żeby Ka­iser mu wy­ja­śnił, te­raz uznał to za stra­tę cza­su. Po co za­do­wa­lać się dwu­znacz­ną od­po­wie­dzią, sko­ro znaj­do­wa­li się tak bli­sko od praw­dy? Ka­iser kil­ka­krot­nie po­wta­rzał, że wszyst­ko sta­nie się ja­sne, kie­dy zo­ba­czą zna­le­zi­sko. Za­da­wa­nie dal­szych py­tań wy­da­wa­ło się nie­mą­dre.

Oto sta­li trzy me­try od wej­ścia.

Nad­szedł czas, by zejść na dół.

8

Z uwa­gi na nie­sta­bil­ność grun­tu pię­cio­me­tro­wej roz­su­wa­nej dra­bi­ny nie opar­to bez­po­śred­nio na zie­mi, ale umo­co­wa­no do rusz­to­wa­nia na dnie bun­kra. Ostat­nią rze­czą, ja­kiej chcie­li, było spo­wo­do­wa­nie dal­sze­go osu­nię­cia się zie­mi i po­chło­nię­cia ko­lej­nej ofia­ry.

– Scho­dzę! – za­wo­łał Ka­iser i po chwi­li jego sto­py za­dzwo­ni­ły na alu­mi­nio­wych stop­niach. Na dole po­wi­tał go szó­sty straż­nik, umiesz­czo­ny pod zie­mią, na wy­pa­dek gdy­by in­tru­zi jed­nak się prze­kra­dli.

– Te­raz ty – po­wie­dział Pay­ne do Jo­ne­sa. – Ważę o dwa­dzie­ścia kilo wię­cej, a grunt jest nie­pew­ny.

Jo­nes ski­nął gło­wą i pod­szedł do otwo­ru. Ser­ce za­bi­ło mu moc­niej. Nie ze stra­chu przed nie­zna­nym, ale z po­wo­du ry­su­ją­cych się moż­li­wo­ści. Ostat­nio czuł się tak w Gre­cji tuż przed zna­le­zie­niem skar­bu, któ­ry na za­wsze od­mie­nił jego ży­cie. Przed­tem przy­zwo­icie za­ra­biał, pro­wa­dząc agen­cję de­tek­ty­wi­stycz­ną z sie­dzi­bą w bu­dyn­ku Pay­ne In­du­stries. Owszem, so­lid­ne ży­cie, ale nie tak eks­cy­tu­ją­ce, jak to so­bie wy­ma­rzył. Ale w koń­cu co mo­gło się rów­nać ze służ­bą w MA­NIAC? Pay­ne czuł się jak gwiaz­dor lek­ko­atle­ty­ki zmu­szo­ny do przej­ścia na eme­ry­tu­rę u szczy­tu ka­rie­ry. Bez wzglę­du na to, co ro­bił, by po­zo­stać bli­sko gry – tre­no­wał, po­zy­ski­wał lu­dzi czy pro­wa­dził dzia­łal­ność pro­mo­cyj­ną – nie czuł dresz­czy emo­cji jak za daw­ne­go ży­cia.

Ale mo­men­ty ta­kie jak ten były temu bli­skie.

Jo­nes chwy­cił dra­bi­nę pra­wą dło­nią, prze­ło­żył lewą nogę przez kra­wędź otwo­ru i oparł sto­pę na me­ta­lo­wym stop­niu. Po chwi­li to samo zro­bił z dru­gą sto­pą. Szczyt dra­bi­ny za­trząsł się i za­ko­ły­sał. Nie na tyle, by stwo­rzyć za­gro­że­nie, ale wy­star­cza­ją­co, by na­ka­zać mu czuj­ność. Cze­ka­jąc, aż dra­bi­na znie­ru­cho­mie­je, Jo­nes spoj­rzał w ciem­ną ot­chłań. W dole tań­czył snop świa­tła la­tar­ki, nie­wy­raź­nie uka­zu­jąc dno bun­kra. Sta­ry, za­ku­rzo­ny, przy­po­mi­nał gro­bo­wiec fa­ra­ona.

– Po­śpiesz się – po­na­glił przy­ja­cie­la Pay­ne. – Z każ­dą mi­nu­tą robi się ciem­niej.

– Uwierz mi, Jon, że to nie ma naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Tam w dole jest jak w czar­nej dziu­rze.

– Na co cze­kasz?

– Cze­kam, aż dra­bi­na się uspo­koi.

– I dzi­wisz się, cze­mu za­zwy­czaj ja idę pierw­szy? – spy­tał Pay­ne, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.