Korona kłamstw. Duet. Tom 1 - Pepper Winters - ebook
lub
Opis

Zaskakująca, pełna tajemnic i zwrotów akcji historia uzależniającej miłości

Elle Charlston jest dziedziczką rodowej fortuny, którą od najmłodszych lat uczono zarządzania wielomilionową firmą. Wychowana w złotej klatce dziewczyna nigdy nie miała przyjaciół i nie zaznała zwykłego życia. W dniu dziewiętnastych urodzin Elle wymyka się na ulice Nowego Jorku, aby przez chwilę poczuć się jak normalna nastolatka.

Dziewczyna zostaje napadnięta przez zbirów, którzy chcą ją skrzywdzić. Niespodziewanie ratuje ją tajemniczy mężczyzna, który później zgadza się odprowadzić ją do domu. Nocny spacer po mieście kończy się tragicznym rozdzieleniem pary, ale bohater pozostaje na zawsze w pamięci Elle.

Przez lata dziewczyna będzie próbowała go bezskutecznie odszukać. Kiedy ojciec przedstawia jej Penna, który sugeruje, że ma zostać jej mężem, Elle jest wściekła. To arogancki drań, który zachowuje się tak, jakby była jego własnością. Wkrótce dziewczyna ze zdumieniem odkrywa , że czuje do niego nie tylko gniew.

Czy to możliwe, że Penn jest związany z przeszłością dziewczyny i mężczyzną, który zniknął z jej życia trzy lata temu?

__

O autorce

Pepper Winters to pełnoetatowa pisarka, która swój warsztat szkoliła w „The New York Times” i „Wall Steet Journal”. Wielokrotnie nagradzana za najlepsze Dark Romance, najlepszego Bohatera czy serię BDSM. Wydała już dwadzieścia książek, a "Łzy Tess" to pierwsza z nich.

Urodzona i wychowana w Hongkongu czerpie ze swoich angielskich korzeni podczas pisania. Jej bohaterowie to złożone osobowości, które charakteryzują się autentycznością i głębią.

Pisarka ma fanów na całym świecie, a jej książki zostały przetłumaczone na wiele języków. Uwielbia czytać, pisać i biegać. Przyznaje się do uzależnienia od podróży i crème brûlée.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 446

Popularność


Spotkałam mężczyznę moich snów.

Ale potem zniknął i w moim życiu pojawił się

inny mężczyzna. Ojciec go zaakceptował,

moi znajomi mi gratulowali, a za zamkniętymi

drzwiami brał mnie obcy człowiek.

Noelle Charlston wiedzie bajkowe życie: ma kochającego ojca, świetną pracę i zapewnioną stabilność finansową.

Ale dwa spotkania z dwoma mężczyznami zmieniają ją na zawsze. Najpierw spotyka mężczyznę, który sprawia, że jej serce zaczyna śpiewać z radości. A potem spotyka mężczyznę, który sprawia, że jej krew zaczyna wrzeć.

Noelle traci władzę nad swą wolnością. Teraz należy do obcego mężczyzny, który zdaniem ojca jest dla niej idealnym partnerem. Obcego mężczyzny, który pokrywa kłamstwami wszystko, czego dotknie.

Łącznie z nią.

Uwiedziona i zmanipulowana Noelle poddaje się tajemniczemu Pennowi Everettowi. Sieć kłamstw, którą przędzie, prawda, którą ukrywa, i aura tajemniczości, którą wokół siebie roztacza – wszystko to sprawia, że Noelle staje się inną kobietą.

Aż wreszcie przeszłość zderza się z przyszłością.

I nadchodzi pora, by to Noelle okłamała.

Wszystkich… łącznie z samą sobą.

Prolog

W życiu każdej dziewczyny istnieje zdrada.

Zdrada ze strony ukochanych osób, nieznajomych i tych, których sobie wybieramy. Ale tam, gdzie oszustwo, tam i zaufanie. A czasami obie te rzeczy wzajemnie się kryją i naśladują.

To właśnie uczynił on.

Mężczyzna, który najpierw ukradł moje ciało, a potem moje serce. Był prawdziwym czarodziejem kłamstw.

Wydaje mi się, że jakaś część mnie od zawsze wiedziała, co skrywał. Zawsze podejrzewałam, że to właśnie dlatego – mimo jego oszustw – się w nim zakochałam.

Ale potem wszystkie kłamstwa wyszły na jaw.

I to do mnie należała decyzja, czy zechcę okazać mu zaufanie, czy zdradę.

Rozdział 1

– Joe, w weekendy nie wolno ci przyprowadzać córki do pracy.

– Kto tak powiedział?

Steve skrzyżował ręce na piersi i spróbował zrobić surową minę, ale mu nie wyszło.

– Ty.

Objęłam się w pasie, łapiąc falbanki sukienki, i odwracałam głowę to w stronę taty, to mężczyzny, który pomagał mu w prowadzeniu firmy. Spięłam się, czekając na podniesione głosy i wybuch złości, ale ich twarze pozostawały uśmiechnięte.

Od czterech lat, od czasu śmierci mamy, byłam wrażliwa na wybuchy różnych emocji. Nienawidziłam, gdy tata podnosił głos albo kiedy ktoś publicznie wszczynał kłótnie.

Tata objął mnie chudymi ramionami i przyciągnął do siebie.

– Steve, kiedy ja powiedziałem, że nie mogę przyprowadzać mojej kochanej córki w sobotę do pracy?

Steve puścił do mnie oko. Miał krótko przycięte włosy w kolorze ciemny blond i krzaczaste wąsy.

– Joe, umieściłeś tę zasadę w naszym regulaminie. I kazałeś podkreślić.

Wiedziałam, że żartują – prowadzili grę, której nie rozumiałam. Przecież bywałam w biurze codziennie, łącznie z sobotami i niedzielami. Ponieważ jednak spodziewali się, że dam się w to wciągnąć, to się wciągnęłam.

Pozwoliłam sobie zachowywać się, jakbym była młodsza – chociaż nadal byłam dzieckiem i nie powinnam się jeszcze czepiać wieku i mej dojrzałości.

Śmierć mamy i wejście w świat pracy w dość wrażliwym wieku sprawiły, że miałam dwa ideały, do których dążyłam: dorosłość i dojrzewanie. Przez większość czasu byłam traktowana jak dorosła, i tak reagowałam, dzisiaj jednak nie miałam nic przeciwko udawaniu młodszej, bo dla odmiany chciałam się poczuć młodziej.

Chciałam móc płakać, ponieważ ów dzień stał się dla mnie ogromnym rozczarowaniem i jako dziecko mogłabym okazać moje uczucia. Gdybym była dorosła, musiałabym udawać, że wszystko jest w porządku.

Mój smutek został zapoczątkowany przez coś bardzo głupiego. Nie powinno mnie to obchodzić – zwłaszcza że wiedziałam, co się stało. Ale tata zawiódł mnie i zapomniał o głupiej urodzinowej tradycji, a ja nie wiedziałam, jak mu przekazać, że jestem smutna, i jednocześnie nie wyjść na nadąsane dziecko, które nie docenia tego, co ma.

– Regulamin? – powiedziałam i spojrzałam na tatę. – Napisałeś regulamin tak jak w szkole? Czy jest bardzo formalny i skupia się na nieważnych sprawach, takich jak długość skarpet i mundurek? – Zmarszczyłam nos i spojrzałam na pogniecioną koszulę i wymięte spodnie Steve’a. – Jeśli tak, to dlaczego włożyliście takie ubrania?

Tata miał na sobie spodnie w kancik, szarą kamizelkę i sweter z granatową lamówką na rękawach. Każdy mankiet, wszystkie fałdki znajdowały się na swoim miejscu.

Nie wyglądał tak jak pozostali eleganccy mężczyźni w tym wysokim budynku, a już na pewno nie jak Steve i jego pognieciona koszula.

Ale to przecież nic nowego, bo tata zawsze był nienagannie ubrany – odkąd tylko pamiętałam. Nawet na zdjęciach, na których trzymał mnie – noworodka – w szpitalu, miał na sobie trzyczęściowy garnitur z chryzantemą (ulubionym kwiatem mojej mamy) w klapie.

Steve się zaśmiał.

– Elle, w twojej szkole nosi się mundurki?

Przecież doskonale o tym wiedział. Widział mnie tutaj po szkole w moim znienawidzonym mundurku w szkocką kratę.

Kiwnęłam głową.

– Nienawidzę go. Jest uszyty z drapiącego i grubego materiału.

– Ale Dzwoneczku, tak uroczo w nim wyglądasz. – Tata przytulił mnie jeszcze mocniej. Skrycie uwielbiałam te przytulanki (zwłaszcza teraz, gdy mieliśmy już tylko siebie), musiałam jednak bronić swej reputacji dwunastolatki.

Nadal grając w ich grę, powiedziałam:

– Taa-too. Obiecałeś, że nie będziesz mnie już tak nazywać. – Wzdrygnął się dramatycznie.

– Ups! Zapomniałem. – Popukał się w skroń. – Elle, jestem już starszym panem. Nie daję rady wszystkiego zapamiętać.

Szturchnęłam go ramieniem.

– Tak jak zapomniałeś, że napisałeś kiedyś regulamin mówiący, że w weekendy nie wolno przyprowadzać swoich córek do pracy.

– Właśnie. – Teraz już promieniał ze szczęścia.

– I tak jak zapomniałeś o moich urodzinach?

Ups. Nie chciałam tego powiedzieć, ale zbierało się to we mnie przez cały poranek. Z całych sił starałam się, by słowa te zabrzmiały jak żart, nie potrafiłam jednak ukryć swego rozgoryczenia. Zawsze pamiętał o moich urodzinach. Zawsze budził mnie jakimś głupiutkim prezentem, a potem robiliśmy to, co chciałam.

Dzisiaj było inaczej.

Skończyłam dwanaście lat, ale nie dostałam żadnego tortu ani świec – ani nawet urodzinowego przytulasa.

Zamiast tego tata zrobił mi tosty, kazał mi się elegancko ubrać, a potem zaciągnął mnie ze sobą do pracy. Często zabierał mnie do biura, miałam jednak nadzieję, że dzisiaj pójdziemy razem do Central Parku albo przynajmniej na lunch do mojej ulubionej tajskiej restauracji.

Czyżby nie wolno mi już było się bawić?

Czy teraz, gdy byłam już starsza, musiałam na siebie zarabiać, tak jak tata cały czas mi powtarzał? Czy nadeszła pora na zastosowanie w praktyce tego, czego się nauczyłam podczas tych kilku lat w szkole?

Myślałam, że nie mówił poważnie…

Ale przecież teraz, odgrywając swoją rolę ze Steve’em, również żartował. Z całych sił próbowałam zrozumieć, co się wokół mnie dzieje.

Steve sapnął.

– Zapomniałeś o urodzinach własnej córki? – Cmoknął z niezadowoleniem i pokręcił głową. – Wstydź się, Joe.

– Uważaj sobie. Nadal mogę cię zwolnić. – Tata skrzywił się, walcząc z chęcią wybuchnięcia śmiechem. Po chwili się poddał i kąciki jego ust wysoko się uniosły. – To właśnie dlatego złamałem zasady i przyprowadziłem moją córkę do pracy w sobotę.

Zamarłam.

Nie potrafiłam powstrzymać gwałtownie narastającego poczucia szczęścia. Zaraz… czy to oznacza, że on nie zapomniał?

– Co…? Żeby zmusić ją do harówki? – Steve otworzył szeroko oczy. – Mogłeś poczekać, aż skończy co najmniej trzynaście lat. – Puścił do mnie oko. – Niech zobaczy trochę świata, zanim utknie w tym miejscu na dobre.

– Będzie miała na to jeszcze mnóstwo czasu. – Tato mocno mnie przytulił, a potem ruszył do przodu i pociągnął mnie za sobą. – Chodź, Dzwoneczku.

Przewróciłam oczami.

– I znowu ten Dzwoneczek.

– Przyzwyczaj się do tego. – Zaśmiał się. Neonowe światła szerokiego korytarza, którym właśnie szliśmy, odbijały się w jego siwiejących włosach. Z okien rozpościerał się widok na centrum Manhattanu. Znajdujące się na czterdziestym siódmym piętrze biura zarządu i kierowników Belle Elle nigdy nie przestały robić na mnie ogromnego wrażenia i jednocześnie mnie przerażać. Tata był właścicielem tego i kilku innych budynków. Według plotek szerzonych przez dziewczyny w szkole był nadziany – ale ja wiedziałam, ile czasu i energii poświęcał tej firmie, i byłam z niego bardzo dumna. Bałam się jednak, czego będzie ode mnie oczekiwać, gdy dorosnę.

Kilka lat temu sytuacja zaczęła się zmieniać. Moje dzieciństwo skończyło się dwa miesiące po śmierci mamy; okazało się, że od tej pory nasze życie będzie wyglądało zupełnie inaczej. Żadnych bajek na dobranoc, żadnego czytania książek przed snem.

Żadnego Aladyna czyPięknej i Bestii.

Żadnego „na niby”.

Zamiast tego tata czytał mi księgi rachunkowe i pokazywał nowe katalogi odzieżowe. W ramach pracy domowej miałam się uczyć zarządzania naszą stroną internetową, dowiedziałam się również, jak ocenić, czy kupienie sukienki za dwa dolary miało sens, jeśli sprzedawaliśmy ją za dziewiętnaście. Musiałam rozliczyć czynsz, podatki, wynagrodzenie pracowników i inne koszty, żeby sprawdzić, czy ta sukienka przyniesie nam jakiś zarobek (okazało się, że zarobiłabym na niej zaledwie dwadzieścia centów, co było zbyt niską kwotą, tak więc kupno tej sukienki było nieopłacalne).

Od dzieciństwa żyłam tym miejscem, oddychałam nim. A teraz wyglądało na to, że przejęło ono kontrolę nawet nad moimi urodzinami.

Tata zatrzymał się przy swoim gabinecie i przytrzymał mi szeroko otwarte drzwi, żebym mogła przez nie wejść. Gdy je zamknął, ja stałam już przy jego biurku. Uwielbiałam jego biurko. Przypominało mi bardzo stare drzewo, które rosło przed naszym domem przez wiele lat, aż wreszcie zostało ścięte.

Rzuciłam się na wygodne skórzane krzesło taty, odwróciłam się i kopnęłam w szuflady, by mój drugi obrót miał większy impet.

– Elle. – Przy kolejnym obrocie sylwetka taty stała się niewyraźna. Nie był na mnie zły. Zaczął się śmiać. – Zrobi ci się niedobrze.

Położyłam dłonie na biurku i gwałtownie się zatrzymałam.

– Nie, nie zrobi mi się. Lekcje baletu, na które mnie posyłałeś, pomogły mi nauczyć się zachować równowagę, pamiętasz?

Kiwnął głową.

– Tak. Byłaś cudownym łabędziem w Księżniczce łabędzi.

Uśmiechnęłam się i wybaczyłam mu zapomnienie o moich urodzinach, bo tak naprawdę jedynym, czego potrzebowałam, było spędzenie z nim czasu. Tu czy tam, nieważne, dopóki on i ja to my.

– Mam przymierzyć dzisiaj jakieś dziecięce ubrania? – Wyciągnęłam się na krześle. – Pomóc zaprojektować wystawę z dziewczęcego punktu widzenia? – Nauczyłam się, jak to robić, i byłam w tym niezła.

Firma Belle Elle znajdowała się w rękach taty, odkąd pamiętałam. Jeden z moich prapradziadków nazwał swój mały sklepik Belle Elle po swej żonie, Elizabeth Eleanor, której pseudonim brzmiał właśnie Belle Elle. Wiedziałam o tym, ponieważ istniało wiele informacji na temat mojego pochodzenia i mnóstwo artykułów w gazetach. To był kolejny element mojej pracy domowej: miałam jak najwięcej dowiedzieć się o naszej spuściźnie, ponieważ w tym świecie – a Stany Zjednoczone nie miały rodziny królewskiej – w niektórych kręgach uważano, że płynie w nas błękitna krew.

Wcześniej mieszkali tutaj obywatele imperium, które istniało od czasów kolonizacji, my zaś byliśmy ich potomkami. Firma powoli się rozrastała i dostarczała coraz więcej produktów – od prostych płaszczy i kapeluszy, parasolek i szali dla kobiet po wszystkie elementy garderoby, artykuły gospodarstwa domowego i biżuterię dla osób w każdym wieku.

Sieć Belle Elle była największą siecią sprzedażową w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie i kiedyś będzie moja.

Byłam małą dwunastoletnią dziewczynką, która uwielbiała przebierać dziecięce manekiny po wyjściu klientów, pomagała pracownikom w dekorowaniu wystaw i od czasu do czasu mogła zabierać świecidełka do domu, a tata odpisywał ze stanu jedną czy dwie sztuki. I strasznie podobała mi się myśl, że kiedyś to wszystko będzie moje. Jednak powoli rozwijająca się we mnie kobieta – ta, która była szykowana na swą przyszłość – odczuwała obawy.

Czy mam cechy niezbędne do przejęcia kontroli nad takim miejscem?

Czy właśnie to chcę zrobić z moim przyszłym życiem?

– Nie zapomniałem o twoich urodzinach. – Tata splótł dłonie na kamizelce. – Ale ty przecież doskonale o tym wiesz, bo jesteś moją córką i najmądrzejszą dziewczynką na świecie.

Uśmiechnęłam się i zawstydzona spuściłam głowę. Jego pochwały zawsze były dla mnie pocieszeniem. Nie przyznałabym mu się, że zaczynałam się martwić.

Naprawdę myślałam, że zapomniałeś.

Mówił dalej:

– Dzisiejszy dzień jest wyjątkowy i to nie tylko ze względu na twoje urodziny. – Zdjął z marynarki pojedynczą nitkę. Wyglądał bardziej jak jakiś potężny prezes niż ojciec, którego znałam.

Niezależnie od tego, dokąd szliśmy, on zawsze miał na sobie garnitur. Mnie również kazał wkładać wyszukane ubrania: dokładnie wyprasowane bluzki, sukienki i eleganckie spodnie. Nigdy nie miałam dżinsów.

Może to właśnie będzie mój prezent?

Siedziałam cicho, grzecznie i czekałam na dalszy ciąg jego wywodu.

– Przyprowadziłem cię do pracy, żeby dać ci dwa prezenty.

Raju, rzeczywiście nie zapomniał.

Próbowałam ukryć mój entuzjazm. Wiedziałam, jak skrywać prawdziwe uczucia. Może i byłam dzieckiem, ale urodziłam się jako następczyni tronu i nauczono mnie zachowywania dystansu w każdej sytuacji – i tej dobrej, i tej złej.

– Spójrz w prawą stronę.

Posłusznie wykonałam polecenie i wyciągnęłam rękę, by dotknąć czarnego segregatora, który zawsze leżał w tym samym miejscu. Tata chował do niego ważne dokumenty, przynosił go do domu, a potem wkładał do niego jeszcze więcej ważnych dokumentów i zanosił z powrotem do pracy. Pod jego nieobecność nigdy nie wolno mi było go dotykać – mogłam to robić tylko, by mu go przynieść.

Zawahałam się, kiedy moje palce pogładziły miękką skórę.

Tata się uśmiechnął.

– No dalej, możesz go otworzyć.

Przyciągnęłam segregator do siebie i otworzyłam. Jego wnętrze wyglądało tak jak zwykle: śnieżnobiałe strony zapisane czarnymi liniami żargonu dorosłych.

– Co jest napisane na samej górze? – Tata odpiął środkowy guzik marynarki i stanął z boku biurka. Górował nade mną, ale nie w zły sposób, bardziej jak wierzba, pod którą miałam ochotę zwinąć się w kłębek i uciąć sobie drzemkę, tak jak w Central Parku podczas jednego z tych rzadkich dni, gdy tata miał wolne.

– „Ostatnia wola i testament Josepha Marka Charlstona”. – Natychmiast na niego spojrzałam.

– Tato… Ty chyba nie…

Poklepał mnie po dłoni.

– Nie, Dzwoneczku. Jeszcze nie. Ale zawsze trzeba zachować należytą ostrożność. Aż do zeszłego tygodnia w moim testamencie było napisane, że to Steve będzie zarządzać firmą do czasu, aż osiągniesz odpowiedni wiek. Nigdy jednak nie podobał mi się fakt, że przekazuję taką odpowiedzialność komuś spoza rodziny Charlstonów.

Przygryzłam wargę.

– Co masz na myśli?

Wyjął pióro z małego złotego pojemnika na biurku.

– Mam na myśli, że wszystko zmieniłem. Nie planuję wcześniej odejść z tego świata, więc się tym nie martw. A ty, moja droga, jesteś bardzo inteligentna jak na swój wiek, więc wiem, że przyjmiesz to wszystko bez mrugnięcia okiem. Przyśpieszymy szkolenia w zakresie procesów, fabryk i struktury pracowniczej, a kiedy będziesz gotowa, zostaniesz panią prezes, a ja ustąpię.

Otworzyłam usta. Przeraziłam się. Kiedy będę chodziła do szkoły i zawierała przyjaźnie inne niż z makijażystkami, do których szłam, gdy tata pracował do późna?

Jak jednak mogłabym mu odmówić? Miał tylko mnie. Ja miałam tylko jego. Musieliśmy się trzymać razem.

Zamarłam, potrzebowałam potwierdzenia, którego mimo swych zapewnień on nie miał zamiaru mi dać.

– Ale nie umierasz, prawda?

Pokręcił głową.

– Gdyby to ode mnie zależało, to nigdy bym nie umarł. Elle, tu nie chodzi o to, by cię przestraszyć, ale pokazać ci, jak bardzo jestem z ciebie dumny. Nie będę ukrywać, że chciałbym przekazać ci firmę wcześniej niż później, bo z całego serca wiem, że wprowadzisz ją na poziom, jakiego mnie nie udało się osiągnąć. – Podał mi pióro. – Zaparafuj każdą stronę i podpisz.

Mimo młodego wieku podpisałam już dostatecznie dużo umów, by wiedzieć, jak to robić. Podpisywałam stany magazynowe, umowę kupna domu w jakimś kraju, o którym nigdy nie słyszałam, a nawet kupna wyjątkowego obrazu, który przyleciał do nas z domu aukcyjnego w Anglii.

Pochyliłam się nad dokumentami, mocno zacisnęłam palce na piórze i zignorowałam nagłe drżenie w moim ciele. Musiałam zrobić to samo co przy innych dokumentach, a przecież było to o wiele więcej. To było moje życie. To coś istotniejszego niż dorastanie i świętowanie urodzin. To był każdy dzień, każda chwila, każde słowo, które będą rządziły moim życiem do czasu, aż osiągnę wiek taty. Nie miałam tego luksusu i nie mogłam sobie wybrać, czy chcę być lekarzem, czy astronomem. Nigdy nie pojadę na igrzyska olimpijskie jako pływaczka (chociaż mój instruktor powiedział, że bardziej przypominam skałę niż delfina). Nigdy nie będę nikim więcej niż tylko Noelle Charlston, dziedziczką Belle Elle.

Gdy przyłożyłam pióro do papieru, moje serce w dziwny sposób się ścisnęło.

– Och, chwileczkę. – Tata wcisnął guzik na interkomie i połączył się z recepcjonistką. – Margaret, możesz przyjść?

Do gabinetu natychmiast weszła ładna rudowłosa kobieta w średnim wieku. Podeszła bliżej. Weekendy w tej firmie wyglądały tak samo jak dni powszednie.

– Tak, panie Charlston?

– Musisz być świadkiem.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się do mnie, ale nic nie powiedziała, kiedy parafowałam każdą z siedemnastu stron, a potem nabrałam głęboko powietrza i złożyłam podpis. Gdy skończyłam, tata uśmiechnął się szeroko i podał Margaret dokument. – Twoja kolej. Podpisz, proszę, w miejscu dla świadka.

Podałam jej pióro.

Wzięła je i podpisała.

– Dziękuję, Elle.

Mój pseudonim (nie Dzwoneczek, którego powstanie pozostało tajemnicą, ale tata wspominał, że miało to coś wspólnego z moim dźwięcznym śmiechem) przypomniał mi, że nazywano mnie tak jak pierwszą kobietę w naszej firmie. Kobietę, która tworzyła imperium u boku męża do czasu, aż ten zmarł na zapalenie płuc, a ona rządziła firmą sama przez kolejne czterdzieści lat. Elizabeth Eleanor – prawdziwa Belle Elle.

Po podpisaniu Margaret przekazała umowę mojemu ojcu.

W największym skupieniu podpisał się na ostatniej kratce i odetchnął z ulgą.

– Czy to wszystko, panie Charlston? – spytała Margaret.

– Tak, dziękuję. – Tata kiwnął głową.

Margaret pomachała do mnie, a potem wyszła do znajdującego się obok biura. Ja i tata ponownie zostaliśmy sami.

Spojrzał na mnie znad dokumentu i nagle posmutniał.

– Co się stało? O co chodzi?

Wzruszyłam ramionami, z całych sił próbując wyglądać na beztroską i niezmartwioną tym, na jak wielkim tronie mnie właśnie posadzono.

– Nic się nie dzieje.

Ściągnął brwi.

– Wyglądasz na… przestraszoną.

Bo jestem przestraszona.

Boję się świata, w którym ciebie nie będzie, boję się dowodzić.

Boję się, że nie jestem taką córką, za jaką mnie masz.

Ale on przecież nie mógł się o tym dowiedzieć. Musiałam spełnić swój obowiązek. To było prawo przysługujące mi od urodzenia. Mój wiek ani doświadczenie się nie liczyły – od zawsze wiedziałam, że moim przeznaczeniem jest Belle Elle.

Uśmiechnęłam się.

– Nie. Po prostu mam taką minę.

Zachichotał.

– No dobrze. Ponieważ wziąłem pod uwagę fakt, że otrzymanie spadku na urodziny oraz zapewnienie ci bogactwa i stabilności do końca życia nie wywołają u ciebie zbytniej ekscytacji, zajrzyj pod biurko.

Przerażone ćmy w moim brzuchu zostały zastąpione przez radosne motyle.

– To znaczy… że jest coś więcej? – Jego oczy błyszczały z ojcowskiej miłości.

– Oczywiście, że jest coś więcej. A teraz tam zajrzyj.

Cofnęłam krzesło i zerknęłam między moje zwisające z niego nogi. Pod tylną ścianą biurka stało pudełko z wielką fioletowo-srebrną kokardą.

Strach przed odpowiedzialnością i przed tym, że moje życie zostało już zaplanowane, nagle zniknął. Podskoczyłam na krześle.

– Kupiłeś mi prezent!

Pochylił się i pocałował mnie w czubek głowy.

– Elle, jesteś całym moim światem. Nigdy nie zapomniałbym o dniu, w którym się zjawiłaś w moim życiu. I nigdy nie pozwoliłbym, żebyś wypełniła gruby plik dokumentów zamiast dostania czegoś fajnego na urodziny.

– Bardzo ci dziękuję! – Promieniałam ze szczęścia i niecierpliwie wyczekiwałam otwarcia prezentu.

– Przecież jeszcze nie wiesz, co to jest.

– Nieważne. Już mi się podoba. – Spojrzałam na pudełko, nie mogąc się doczekać, by się dowiedzieć, co jest w środku.

Wreszcie się nade mną ulitował.

– No dalej, otwórz.

Nie musiał powtarzać mi tego po raz drugi.

Zeskoczyłam z krzesła, na czworaka weszłam pod wielkie biurko i zaczęłam szarpać za kokardę. Odpadła na dywan. Zdjęłam wieczko i zajrzałam do środka.

Pod biurkiem ojca było ciemno, po chwili jednak zauważyłam małą szarą mordkę.

– Och! – Zaczęłam się trząść, wybuchły we mnie szczęście i uwielbienie. – Och! Och! – Sięgnęłam do pudełka i wyjęłam z niego najśliczniejszą puchową kulkę, jaką kiedykolwiek widziałam. Opadłam na pośladki i przytuliłam kociaka. – Kupiłeś mi kota?

Tata się do mnie pochylił.

– Tak.

– Ale przecież mówiłeś, że nie mogę mieć zwierząt. Mamy zbyt dużo pracy.

– No cóż, zmieniłem zdanie. – Zrobił poważną minę. – Elle, wiem, że obarczyłem cię dużą odpowiedzialnością. Wiem, że znajdujesz się na samym początku życia i trudno ci to wszystko pojąć. I przepraszam, że nie masz wolności, którą cieszą się twoi koledzy. Byłem dla ciebie wymagający, ale jesteś taką grzeczną dziewczynką. Pomyślałem, że dla odmiany powinienem dać ci coś, czego pragniesz.

Jeszcze mocniej przytuliłam do siebie kociaka. Nie próbował uciec ani mnie podrapać, tak jak kot w sklepie, do którego pewnego dnia zakradłam się, gdy tata nie widział. Ten kotek mruczał i wtulił łepek pod moją brodę.

Do oczu napłynęły mi łzy. Miłość przepełniała moje serce. Jakimś cudem pokochałam ten mały kłębuszek tak mocno jak tatę, a przecież dopiero co go dostałam.

Wdzięczność szybko przesłoniła owo nowe uczucie. Postawiłam kotka na podłodze, błyskawicznie podpełzłam do taty i rzuciłam mu się w ramiona.

– Dziękuję. – Pocałowałam go w szorstki policzek. – Dziękuję!

Zaczął się śmiać. Mocno mnie przytulił, poczułam pokrzepiający zapach lawendy. Mama robiła mydło o tym zapachu – w całym domu pachniało wtedy lawendą.

– Tak bardzo ci dziękuję. Kocham go!

Kociak poczłapał w naszą stronę i zaczął mi się wdrapywać na kolana.

Tata pokręcił głową.

– To dziewczynka. Ma dwanaście tygodni, tak jak ty masz dwanaście lat. – Wypuścił mnie z objęć, a ja podniosłam kociaka i zanurzyłam twarz w jego słodko pachnącym szarym futrze.

– Jak ją nazwiesz?

Zamarłam i poważnie zaczęłam się zastanawiać nad tym pytaniem.

– Srebrna?

– Srebrna?

Pocałowałam koci łepek.

– Bo jej futro wygląda jak ze srebra.

Tata się zaśmiał.

– No cóż, to idealne imię.

– Nie, poczekaj. Szałwia.

– Szałwia?

– Tak, chcę, żeby się nazywała Szałwia.

Pewnie nie wiedział, że cały czas pamiętałam nazwy większości ziół i olejków do aromaterapii, z których mama produkowała balsamy i mydła. Szałwia była ostatnim ziołem, o którym mnie uczyła, poza tym jej liście mają srebrny meszek. Gdy tylko przypominałam sobie ten dzień, mama zdawała mi się bliższa, a nie tak odległa, mieszkająca w niebie.

Stanowczo kiwnęłam głową.

– Tak, nazywa się Szałwia.

Przytulił mnie raz jeszcze i znowu pocałował w czubek głowy.

– To zależy tylko od ciebie. Mam nadzieję, że obie będziecie się sobą opiekowały.

Potarłam nosem mały, zimny i czarny nosek kociaka i zadrżałam pod wpływem nowego uczucia.

– Na pewno. Codziennie będę przywozić ją do pracy. – Skuliłam się, kołysząc moją nową najlepszą przyjaciółkę. – Może tak być? Mogę przychodzić z nią do pracy?

Tata znowu spoważniał. To, co powiedział, było prawdą. Był surowy nie tylko wobec mnie, ale także wobec siebie. Tęsknił za mamą tak samo jak ja. Czyżby sobie pomyślał, że teraz, gdy miałam własne zwierzątko, nie będę go już tak mocno kochać?

Dotknęłam jego szorstkiego policzka.

– Kocham cię.

Do jego szarych oczu powróciło światło. Mocno mnie do siebie przytulił; przez sekundę nasze trio się w siebie wtulało.

– Ja ciebie też kocham, Elle. I nie musisz pytać, czy możesz przynosić Szałwię do pracy. Jest twoja. Nie wolno jej tylko chodzić po sklepie, ale możesz zabierać ją do biur i wszędzie, gdzie tylko zechcesz.

Westchnęłam ze szczęścia, a Szałwia poruszyła się radośnie na moich kolanach.

– Jesteś najlepszym tatą na świecie.

Jego uśmiech zniknął, cudowna chwila przeminęła. Tata pokręcił głową.

– Nie jestem, Elle. Wiem, że nigdy nie zastąpię ci matki i że proszę cię o zbyt wiele, przekazując ci odpowiedzialność za firmę w tak młodym wieku, ale kocham cię nade wszystko i jestem wdzięczny losowi, że mam cię w swoim życiu.

Dwunastolatce trudno było zrozumieć jego słowa, były zbyt obciążające. Wiele lat później nadal czułam ich ciężar. Tamte urodziny zapadły mi w pamięć ze względu na dwa wydarzenia.

Po pierwsze, od tego dnia do mojego świata należała Szałwia i już nigdy nie miałam być samotna.

A po drugie, tata wiedział, na co mnie skazuje, a mimo wszystko to uczynił.

Myślałam, że Belle Elle już do mnie należy.

Myliłam się.

Rozdział 2

Siedem lat później

Kto by pomyślał, że dzień, w którym ukończę dziewiętnaście lat, będzie tak smutny?

Nosem wciągnęłam głupią łzę i wprowadziłam do arkusza dane z raportu finansowego na koniec miesiąca, żeby przygotować wszystko na PPP – Poranne Poniedziałkowe Podsumowanie.

Byłam w biurze od siódmej trzydzieści – tak jak co rano, odkąd porzuciłam liceum w wieku szesnastu lat. Uczyniłam to, bo poznałam już wszystkie sztuczki ułatwiające życie, jakie nauczyciele trzymali dla nas w zanadrzu, i nie miałam ani czasu, ani ochoty, by pójść na studia, zanim firma całkowicie mnie pochłonie.

Belle Elle była moim uniwersytetem, poświęcałam jej całe swoje życie, zarówno wieczory, jak i weekendy. Jeśli chodziło o wiedzę i umiejętności, to jeszcze przed dwudziestką byłam gotowa na przejęcie firmy.

Mój ojciec o to zadbał.

Nie byłam już samotną dziewczynką pragnącą takiej wolności, jaką cieszyli się jej rówieśnicy. Teraz stałam się zrezygnowaną młodą kobietą, dźwigającą na barkach utrzymanie tysięcy pracowników. To ja miałam zapewnić, żeby wszystko w Belle Elle działało bez zarzutu, żeby firma zarabiała i żeby nie trzeba było zwalniać pracowników.

Ciężka, wielogodzinna praca została nagrodzona pozytywnymi rezultatami i ekspansją Belle Elle. Czerpałam satysfakcję z nowych kontraktów i niższych kosztów produkcji. Nigdy nie byłam na żadnej imprezie ani nie realizowałam żadnych pasji, ponieważ bardzo szybko praca zaczęła wymagać ode mnie zostawania w firmie do późna w nocy.

Żyłam handlem i zestawieniami finansowymi.

Nie przeszkadza mi to.

Nie znałam innego życia. Nie miałam prawa czuć się jak w klatce. Miałam wspaniałego ojca, niesamowitą przyszłość przed sobą i wszystko, czego tylko mogłam zapragnąć. Dano mi tak dużo, ale ceną za to była rezygnacja z rzeczy, którymi nigdy nie zdążyłam się nacieszyć.

Nigdy nie miałam przyjaciół, bo kto chciałby się spotykać z nudziarą, która nie umiała się bawić? Nigdy nie chodziłam sama po mieście, ponieważ świat był zbyt niebezpieczny. Nigdy nie miałam żadnych kłopotów ani nie zrobiłam niczego nierozważnego. Byłam otoczona ochroniarzami, kierowcami i menedżerami. Dziewczyny ze szkoły tylko udawały, że mnie lubią, bo dawałam im zniżki na sukienki i buty. Tak naprawdę to na tydzień przed balem w szkole nagle stawałam się najpopularniejszą dziewczyną, a w przebieralniach Belle Elle słyszałam, jak moje koleżanki szepczą, ile zaoszczędziły dzięki temu, że nakłamały mi prosto w twarz o przyjaźni.

A chłopcy się mnie bali, ponieważ wyrażałam się jak dorosła i wolałam edytować arkusze kalkulacyjne w czasie rzeczywistym, niż rozwiązywać na tablicy podstawowe równania.

Nigdy nie byłam sama, ale zawsze byłam samotna.

Gdyby nie Szałwia, pewnie do tej pory uciekłabym z domu. Nie mogłam jej jednak zostawić, a już na pewno nie mogłam zostawić ojca.

Oboje mnie potrzebowali.

Wszyscy mnie potrzebowali.

Najwyraźniej ściągnęłam moją małą puszystą kulkę myślami, bo do mnie przyszła. Szczupła, piękna kocica wskoczyła na moje biurko i przewróciła pełne spinaczy do papieru pudełko po tic-tacach. Na dokładkę pacnęła je raz jeszcze.

I nagle zniknął stres całego dnia i ból w plecach wywołany zbyt długim siedzeniem przy biurku.

– Ja też się cieszę na twój widok.

Miauknęła i zrobiła taką minę, jakby nie pochwalała faktu, że znowu pracuję po zmroku.

Odkąd dostałam ją od taty, nigdy nie opuściła mnie ani na krok. Nie brałam jej ze sobą tylko do szkoły, ale od czasu, gdy kilka lat wcześniej skończyłam naukę, była moim cichym srebrnym cieniem. Nosiłam ją na szyi niczym żywy szal albo chodziła za mną, kiedy prowadziłam spotkania z trzy razy starszymi ode mnie mężczyznami – którzy na początku moich rządów próbowali utrudniać mi życie i umniejszać moją rolę. Szybko jednak nauczyli się, że może i byłam młoda, ale znałam tę firmę lepiej niż oni.

Belle Elle była moją matką, najlepszą przyjaciółką i chłopakiem.

Była całym moim światem.

Zdjęłam okulary w czarnej oprawie, które zaczęłam nosić, by móc całymi godzinami wpatrywać się w ekran laptopa, złapałam Szałwię i posadziłam ją sobie na kolanach.

Zwinęła się na mojej piersi i zaczęła głośno mruczeć. Pocałowałam jej kark i wtuliłam się w futro, miękkie jak światło księżyca. Mruczenie kotki było jedynym, co pomagało mi pozbyć się ciągłego zdenerwowania i zniechęcenia.

– Wiesz, co czuję, prawda?

Zamruczała jeszcze głośniej.

– Czy to, że czuję się jak w potrzasku, robi ze mnie złą osobę?

Spojrzała na mnie badawczo.

– Robię wszystko, o co zostaję poproszona. Przyjmuję na siebie coraz więcej obowiązków. Kocham mojego ojca z całych sił. Poświęciłam swoje życie, żeby był ze mnie dumny. Mam poczucie własnej wartości, pieniądze i świadomość, że nigdy nie będę musiała nikogo o nic prosić. – Wtuliłam jeszcze mocniej twarz w jej futro, z całych sił starając się powstrzymać użalanie się nad sobą. – Szałwio, dlaczego więc czuję się taka zagubiona? Dlaczego nie potrafię się pozbyć wrażenia, że poza pracą czeka na mnie tyle rzeczy?

Miauknęła, zeskoczyła z moich rąk na biurko, podeszła do klawiatury i zaczęła po niej chodzić, wstukując litery w miejsca w arkuszu, w których powinny być tylko liczby. Chciałam być na nią zła, bo zapewniła mi dodatkowe dziesięć minut pracy – musiałam to wszystko poprawić i jeszcze raz sprawdzić wprowadzone dane.

Ale nie mogłam się na nią gniewać.

Ponieważ praca była moim życiem, a życie było moją pracą. Nie musiałam iść do innego miejsca, nie musiałam się z nikim spotykać – nikt niczego ode mnie nie wymagał. Nikt poza Belle Elle.

– Może to właśnie jest mój problem?

Szałwia machnęła ogonem.

– Może dla odmiany powinnam zapomnieć o pracy i zrobić coś zupełnie innego? – Wstałam, podeszłam do wielkich okien sięgających od sufitu do podłogi i spojrzałam na rozciągający się niżej Nowy Jork. Migoczące światła, samochody i piesi, którzy pojawiali się i znikali pod światłem latarni niczym robaczki – jedne większe, inne mniejsze – ale każdy z nich miał jakiś cel w życiu.

A gdyby tak znaleźć się wśród nich? Włożyć dżinsy (o raju) i zjeść coś w ulicznym barze (o, nie)? Być zdaną sama na siebie, a nie znajdować się pod ciągłą obserwacją kierowcy i ochroniarza?

Czy zanim poświęcę wszystko, nie zasługuję, by się dowiedzieć, co jest tam, na zewnątrz?

Dzisiaj skończyłam dziewiętnaście lat.

Byłam dostatecznie dorosła, by uprawiać seks, ale nie na tyle dorosła, aby pić alkohol. Byłam dostatecznie dorosła, żeby prowadzić firmę wartą miliard dolarów, ale nie na tyle dorosła, by chodzić samotnie po mieście obiecującym wielką przygodę.

Palcami dotknęłam szyi i pięknego naszyjnika z szafirową gwiazdą, podarowanego mi rano przez ojca. Żadne z nas nie miało zbyt wiele czasu, ale mimo to odesłał kucharkę i razem zrobiliśmy ciasto na naleśniki z jagodami, a potem dał mi prezent.

Był to cudowny poranek, doceniałam jego towarzystwo, naleśniki i naszyjnik, jednak nie potrafiłam się pozbyć wrażenia, że czegoś mi brakuje. Oczywiście brakowało mi mamy.

Ale czegoś jeszcze…

Kogoś jeszcze… Przyjaciela na dwóch nogach zamiast na czterech.

Spędziliśmy z tatą całą godzinę, a następnie pojechaliśmy do pracy i zatraciliśmy się w finansowych ramionach naszej kochanki.

Nie wiedziałam, czy ojciec nadal był w biurze, tak jak on nigdy by się nie dowiedział, gdybym ja wymknęła się z budynku i przez jedną noc udawała dziewczynę z innego życia.

Chwileczkę… co?

Ten pomysł naszedł mnie zupełnie znikąd. Taka zdrada, chęć wymknięcia się z budynku za plecami taty, była straszna i okropna. A mimo to… tak kusząco ekscytująca.

Mogłabyś to zrobić… tylko na jedną noc…

Zrobić co?

Pięć wierzchołków szafirowej gwiazdy wbijało mi się w palce, gdy ponownie spojrzałam na zatłoczoną ulicę.

Być jedną z nich.

Robić to, co oni.

Chodzić tam, gdzie oni.

Być wolną.

Serce waliło mi o żebra, gdy pomysł powoli zamieniał się w potencjał.

Jutro będzie kolejny dzień mojej przynależności do Belle Elle. Ale dzisiaj? Dziś były moje dziewiętnaste urodziny i chciałam podarować sobie prezent.

Czy mogłam to uczynić?

Czy miałam w sobie tyle odwagi, by porzucić mój świat i wszystko, co znałam, by posmakować tego, czego nigdy nie mogłam mieć?

Czy byłam w stanie poszukać tego, czego szukać nie potrafiłam?

Szałwia owinęła się wokół mojej kostki i z aprobatą uderzyła we mnie łbem. Albo ja potraktowałam to jako aprobatę, bo nagle nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tego nie zrobić.

Zardzewiałe bramy więzienia, w którym tkwiłam przez całe życie, zaskrzypiały nieprzychylnie i powoli się otworzyły. Miałam kilka krótkich godzin, zanim zegar wybije północ i zniknie czar moich urodzin.

Teraz albo nigdy.

Dzisiaj po raz pierwszy w życiu poddam się moim pragnieniom i potrzebie wolności.

A jutro skończę z tymi dziecinnymi smutkami i w pełni przyjmę koronę cesarzowej Belle Elle.

Rozdział 3

Pierwszy przystanek zrobiłam w sklepie Belle Elle.

W związku z tym, że znajdowałam się w naszej najważniejszej lokalizacji, sekcja sprzedaży zajmowała kilka poziomów drapacza chmur. Sprzedawaliśmy wszystko – od zaawansowanych technologicznie sprzętów po zabawki dla dzieci. Znałam każdy zakamarek tego miejsca. Większość swego życia spędziłam na pomaganiu w projektowaniu wystaw i rozwiązywaniu problemów ze stanami magazynowymi.

Ale nie dzisiaj.

Dzisiaj nie byłam tutaj w celach biznesowych.

Zjechałam windą poza biura, przyłożyłam kartę magnetyczną i wbiłam mój kod, by nie włączył się alarm. Sklep został zamknięty godzinę temu. Przywitał mnie cichy świat bawełny i jedwabiu.

W czerwonych szpilkach minęłam dział z kombinezonami i najmodniejszymi strojami i przeszłam do działu młodzieżowego. Odkąd podpisałam ostatnią wolę i testament taty – a nawet jeszcze wcześniej – ubierałam się jak kobieta. Nigdy nie miałam zwykłej koszulki ani dżinsów. Nigdy nie włożyłam ubrania ze znanym cytatem czy przekleństwem, jakie nosiły dzieciaki w mojej szkole. Nigdy nie miałam na sobie niczego wartego mniej niż czterysta dolarów.

I to się miało za chwilę zmienić.

Przejrzałam wieszaki, na których wisiały dżinsy wysadzane ozdobnymi kamieniami i koszulki z odkrytymi ramionami, i mimowolnie zaczęłam w myślach krytykować sposób, w jaki ubrano i rozstawiono manekiny.

Natychmiast przestań.

Teraz jesteś klientką, nie szefową.

Zmusiwszy się do wypuszczenia powietrza i rozluźnienia ramion, zatrzymałam się obok stołu z przecenionymi dżinsami. Wzięłam leżącą na wierzchu parę równo złożonych spodni i ją rozłożyłam. Jasnoniebieskie, sprane dżinsy były obcisłe, a na kieszeniach miały srebrne hafty.

Z całych sił próbowałam nie myśleć o kosztach ich kupna na Tajwanie. O tym, jak zamówiłam je na początku poprzedniego roku, żeby były na ten sezon. Jak na nich zarabialiśmy, nawet na wyprzedaży, bo tak właśnie działał ten biznes. Najpierw wysoka cena, a potem kolejne niewielkie obniżki tak długo, aż nic już nie będzie na stanie. Nasze marże powoli się obniżają, ale towar cały czas przynosi zysk.

Och, przestań wreszcie.

Dzisiaj nie jesteś spadkobierczynią. Dzisiaj jesteś po prostu Elle. Dziewiętnastolatką, która właśnie ma zamiar złamać wszystkie zasady i wyjść na miasto.

Co powie mój kierowca, David, jeśli w ciągu kilku godzin do niego nie zadzwonię i nie poproszę, żeby zabrał mnie do domu? Co powiedziałby mój ojciec, gdybym się bawiła dzisiaj tak świetnie, że nie wróciłabym do domu aż do świtu?

Czy to ma jakieś znaczenie?

Musisz to zrobić dla siebie samej.

Jesteś dorosła.

Uczepiwszy się tej myśli, ukradłam dżinsy, a z wieszaka obok zdjęłam kremowo-czarną bluzkę bez rękawów. Zabrałam też koronkowy czarny szal z najnowszej dostawy i przeszłam z działu odzieżowego do obuwniczego.

Jeśli miałam chodzić po Nowym Jorku aż do północy, potrzebowałam wygodnych butów.

Musiałam się pożegnać z krwistoczerwonymi szpilkami.

Popatrzyłam na niedawno zamówione trampki i zdecydowałam się na białe z różowo-złotą lamówką – jako prezesce miliardowej firmy nigdy nie wolno by mi było ich włożyć.

Odkąd pamiętałam, nosiłam szpilki. Jedyną różnicą było to, że w dzieciństwie obcasy były niskie, a teraz wysokie.

Zaniosłam mój nowy strój do jednej z przymierzalni i ponownie przyłapałam się na ocenianiu zamków w drzwiach i nierównego lustra z kiepskiego szkła. A przecież na naszym dziale sprzedaży nie powinno być żadnych skaz.

Zapamiętałam sobie, by podczas kolejnego przeglądu tego działu wymienić wszystkie lustra.

Zdjęłam ołówkową spódnicę i czarną bluzkę, zwinęłam pończochy i zmarszczyłam czoło na widok mojej sylwetki w bieliźnie. Czarny stanik podpierał dość obfite miseczki B, ale czy z wystającymi spod topu ramiączkami nie będę wyglądać jak dziwka?

Nie miałam doświadczenia w ubieraniu się w ten sposób, chociaż wiele razy byłam na pokazach mody i osobiście wybierałam najmodniejsze zestawy.

Uspokój się i przestań to odwlekać.

Włożyłam obcisłe dżinsy i koszulkę, owinęłam szyję koronkowym szalem. Upewniłam się, żeby zwisał luźno i nie zakrywał niebieskiej gwiazdy połyskującej na mojej skórze.

Och, nie.

Ściągnęłam szal i rzuciłam go na podłogę.

Nie potrzebowałam go.

Dotknęłam szafirowej gwiazdy. Mój ojciec umarłby ze zgryzoty, gdyby się dowiedział, jak bardzo nieszczęśliwa byłam po tym, jak dał mi wszystko. Nigdy nie potrafiłabym wyjaśnić mu przyczyn mojej wewnętrznej pustki, skoro na zewnątrz miałam wszystko, czego zapragnęłam. No i nie wolno mi było przyznać, że słyszałam, jak pewnego dnia omawiał ze Steve’em moje życie uczuciowe. Jak zastanawiali się, czy nadszedł już czas, by zaprezentować mnie najlepszym kawalerom Nowego Jorku, żeby znaleźć odpowiednią prawą rękę, która poprowadziłaby Belle Elle.

Zadrżałam i zamieniłam szpilki na białe trampki. Poświęcenie życia firmie, która istniała od zawsze, to jedno. Ale myśl o tym, że miałabym dzielić życie z mężczyzną, który nigdy by mnie nie zrozumiał, była przerażająca.

Usłyszałam miauknięcie, a potem zobaczyłam plamę srebrnego futra, gdy pod drzwiami przebieralni pojawiła się Szałwia.

Skrzywiłam się.

– Co ty tutaj robisz?

Pożałowałam, że nauczyłam ją podskakiwania i wciskania guzików w windzie. Ze swoją umiejętnością odnalezienia mnie w każdym zakamarku budynku była niczym Houdini.

– Przecież wiesz, że nie wolno ci wchodzić do działu sprzedaży.

Machnęła ogonem i wskoczyła na niewielki taboret, na którym położyłam ołówkową spódnicę. Miauknęła raz jeszcze, a potem zaczęła lizać sobie łapę.

– I wiesz, że nie możesz dzisiaj ze mną pójść, prawda?

Szarpnęła łbem, jakbym wypowiedziała jakieś straszliwe przekleństwo.

Rozcapierzyła pazury i zaczęła się lizać między nimi, wyzywając mnie, bym wypowiedziała owo bluźnierstwo ponownie.

Zignorowałam jej wyraźne kocie niezadowolenie i zepchnęłam ją ze stołka.

– Szałwio, słyszałaś, co powiedziałam. Nie udawaj, że nie. – Złożyłam ubrania, po raz ostatni zerknęłam w lustro i doszłam do wniosku, że wyglądam dostatecznie młodzieżowo. Z całą pewnością nie przypominałam szefowej Belle Elle.

– Dobrze. – Kiwnęłam głową i poprawiłam sięgające mi do pasa blond włosy. Tata cały czas marudził, żebym je ścięła, ale to był mój sposób na bunt. Długość włosów nie była praktyczna. Z reguły pozwalałam im wyschnąć na powietrzu, przez co tworzyły potargane fale. Była to jedyna dzika część przestrzegającej wszelkich zasad pani prezes.

Udałam się z powrotem do sklepu, wyjęłam torbę na zakupy spod jednej z kas i włożyłam do niej moje drogie ubrania. Potem schowałam błyszczącą reklamówkę do szafki obok kasy. Położyłam ją na teczkach z dziennymi zadaniami i listami rzeczy do zrobienia.

Jeszcze dwie rzeczy i będę gotowa do wyjścia.

Potrzebowałam jakiegoś płaszcza, na wypadek, gdyby się ochłodziło, i gotówki.

Nie przyniosłam swojej torebki z biura, chociaż nawet gdybym to zrobiła, nie miałoby to większego znaczenia, bo i tak nie posiadałam gotówki. Gdy czegoś potrzebowałam, kupowała mi to moja asystentka. Ja miałam tylko kartę kredytową do wykorzystania w sytuacji awaryjnej (jeszcze nigdy nią nie płaciłam) i identyfikator, by móc wejść do zamkniętych części budynku.

Szałwia wyszła ze mną z przebieralni i poszła alejką. Zwróciła moją uwagę na niewielki stolik z wystrzałowymi portfelami. Zważywszy na fakt, że ukradłam już spodnie, koszulkę i buty, zabranie portfela nie miało chyba większego znaczenia.

I – do diabła – równie dobrze mogłam wziąć sobie trochę pieniędzy na przyjemności, przecież nie było już tutaj nikogo, kto mógłby mi cokolwiek kupić.

Przy użyciu klucza uniwersalnego, wiszącego na smyczy obok identyfikatora, otworzyłam kasę i spojrzałam na drobniaki. W szufladzie nie było banknotów o większych nominałach, tylko pieniądze na wydawanie reszty, naszykowane na kolejny dzień. Utarg został już policzony, związany i umieszczony w naszym skarbcu, skąd miał być przetransportowany do banku. Nieważne.

Trzysta dolarów w banknotach dwudziestodolarowych mi przecież wystarczy.

Wzięłam plik i szybko nabazgrałam na kartce: „Noelle Charlston pożyczyła 300 dolarów, proszę się skontaktować z jej asystentką Fleur Hemmings, nr wewn. #4456, w celu zwrotu pieniędzy”.

Położyłam kartkę w miejscu, w którym znajdowały się banknoty (by nikt nie miał kłopotów z powodu brakujących pieniędzy), zamknęłam kasę i ruszyłam w stronę portfeli. Wybrałam czarny z nadrukiem czaszki i schowałam do niego pieniądze. Samotność i osobliwe zagubienie powoli znikały, zamieniały się w strach i podekscytowanie.

Machnęłam kopertówką w stronę Szałwii.

– Widzisz, jak chcę, potrafię się zbuntować.

Oblizała pyszczek, jej wąsy zadrżały.

Ominęłam ją i ruszyłam w stronę ostatniej rzeczy na mojej liście.

Jeszcze nigdy nie nosiłam kurtki ani płaszcza wartych mniej niż tysiąc dolarów. Dzisiaj to się zmieni…

Zaczęłam bębnić palcami, próbując dokonać wyboru.

Dziś włożę bomberkę z lakierowanej skóry ekologicznej za dziewiętnaście dolarów i dziewięćdziesiąt centów.

Zdjęłam ją z wieszaka i pogładziłam tani materiał. Zawsze chciałam coś takiego włożyć. Gdy ją przymierzyłam, opanowały mnie dwie emocje: przerażenie i gwałtowne pragnienie zwrócenia wszystkich ubrań tam, gdzie było ich miejsce, oraz chęć odkrycia Wielkiego Jabłka.

Bałam się.

Byłam podekscytowana.

Miałam już dość ciągłej ochrony i faktu, że byłam dobra tylko w jednej dziedzinie.

Nadeszła pora, by się to zmieniło.

– Wszystkiego najlepszego, Elle. – Schowałam portfel do kieszeni bomberki, podniosłam Szałwię z podłogi i potarłam nosem o jej nos. – Kocham cię, ale nie możesz ze mną pójść.

Zrobiła obrażoną minę.

– Nie patrz tak na mnie. To nie potrwa długo.

Miauknęła cicho.

Ścisnęło mi się serce, ale pozbyłam się wyrzutów sumienia i ruszyłam w stronę wind. Poruszanie się w trampkach było o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze niż w szpilkach. Nic dziwnego, że ludzie woleli chodzić w takim obuwiu, niż być modnymi.

– Przepraszam. Ale to tylko jeden wieczór, Szałwio. – Jedną ręką mocno ją złapałam, a potem wcisnęłam guzik, by przywołać dwie windy.

Jedną na górę, a drugą na dół.

Najpierw przyjechała ta na górę. Wsadziłam do niej kota. Uśmiechnęłam się do niego i wcisnęłam guzik piętra, na którym znajdował się mój gabinet.

– Wracaj na górę. Zwiń się w swoim koszyku. Nawet nie zauważysz mojej nieobecności.

Gdy drzwi zaczęły się powoli zamykać, Szałwia ponownie miauknęła.

– Nie patrz tak na mnie – szepnęłam. – Za bardzo mnie to boli.

Kiedy zniknęła, objęłam się rękami w pasie, odczuwając samotność i przerażenie.

Dlaczego to robię?

Powinnam o tym zapomnieć i jechać do domu.

Wtedy jednak przyjechała moja winda. Czekała, aż wykażę się odwagą i popełnię przestępstwo, polegające na spędzeniu jednego wieczoru bez Belle Elle.

Z wahaniem i strachem weszłam do środka i przygotowałam się na bycie kimś innym.

Kimś wolnym.

Rozdział 4

Wszystko zdawało się zupełnie inne.

Wszystko jest inne.

Powietrze miało bogatszy zapach. Ruch uliczny był głośniejszy. Panował większy chłód. Nawet dotyk taniego materiału na ramionach był inny, trampki stały się niespotykanie wygodne.

Był to pierwszy raz od dziewiętnastu lat, gdy wyszłam do ludzi, nie przestrzegając żadnych zasad uniemożliwiających mi normalne życie.

Nabrałam głęboko powietrza i zakasłałam, gdy taksówka wyrzuciła spaliny przez rurę wydechową. Pieczenie w gardle było tak obce – w Belle Elle powietrze poddawano filtracji – że uśmiechnęłam się, zamiast się krzywić.

Pieniądze w kopertówce szeptały, by je wydać, identyfikator pozostał schowany głęboko w kieszeni, żeby przypominać mi, kim jestem i jak nieodpowiedzialnie się zachowuję.

Nie miałam telefonu, na który mógłby zadzwonić tata. Nie miałam jak wezwać pomocy, gdybym się zgubiła albo wpadła w jakieś tarapaty.

Wystawiłam się na ryzyko, bo chciałam poczuć życie, posmakować czegoś innego od tego, co miałam na co dzień.

Nie mogłam skłamać i powiedzieć, że nie było to ekscytujące – ale jednocześnie przerażające.

Zrobienie kilku kroków poza granice Belle Elle odczuwałam jako fizyczny ból. Ucisk w piersi wywołany tym, że sprawiam zawód ojcu, dręczył mnie tak bardzo, że nie mogła go zastąpić nawet radość z tego, że robię coś nowego.

Kilka razy prawie się rozmyśliłam i chciałam wrócić. Zatrzymywałam się i patrzyłam na ogromny budynek, w którym znajdował się wielki sklep.

Potem jednak przypominałam sobie, że jeśli tego nie uczynię, nigdy się nie dowiem, jak to jest być normalnym. Zignorowałam więc wyrzuty sumienia i stawiałam stopę przed stopą, powoli wchodząc na teren centrum Nowego Jorku.

Obcy ludzie na mnie wpadali, turyści prosili, żebym robiła im zdjęcia, a uliczni handlarze wychwalali swoje towary, krzycząc mi prosto w twarz.

Moje zmysły szybko stały się przeciążone, zniknęło również poczucie wstydu wywołane ucieczką. Zmusiłam się do zwracania uwagi na każdy szczegół.

Szłam przez kilka godzin.

Patrzyłam.

Wdychałam.

Dla odmiany pozwalałam, by życie zaprowadzało mnie tam, gdzie chce. Nie miałam pojęcia, dokąd idę ani jak wrócę do domu, nogi niosły mnie przed siebie, bo wiedziałam, że mam pieniądze na taksówkę. Znałam swój adres – moja złota klatka nie była aż tak szczelna. Stać mnie było, żeby pójść sobie, dokąd chciałam, a pod koniec przygody mogłam wskoczyć do taksówki i wrócić do domu z nową głębią w moim życiu. I tajemnicą, którą będę radośnie skrywać do końca swych dni.

W którymś momencie musiałam zrobić kółko i wróciłam w to samo miejsce, tak więc przy Times Square zamiast skręcać w lewo, skręciłam w prawo i pozwoliłam, by miasto dalej pokazywało mi to, czego tak bardzo mi brakowało.

Migoczące billboardy przekonywały mnie, że potrzebuję najnowszego jeepa i hummera. Gwiazdy i gwiazdki Hollywood lśniły w świetle LED, leciały urywki najnowszych filmów. Madame Tussaud obiecywała cuda zamknięte w wosku, a seria Ripley’s Wierzcie lub Nie! namawiała do obejrzenia rzeczy niespotykanych w codziennym życiu.

Gdy mijałam sklep z pamiątkami, na małych zegarkach trzymanych przez miniaturowe Statuy Wolności zobaczyłam, która godzina.

Dziesiąta wieczorem, co oznaczało, że trochę już tak wędrowałam.

Gdybym o tej porze robiła to, co zwykle, właśnie byłabym po bieżni i prysznicu. Odpowiedziałabym na kilka maili z ostatniej chwili i poszłabym do łóżka, by poczytać jakiś najnowszy romans, a potem oczy same by mi się zamknęły, a czytnik e-booków uderzyłby mnie w głowę.

Ale dzisiaj jest inaczej.

Dzisiaj uśmiechali się do mnie obcy – w zależności od tego, czy chcieli, żebym coś dla nich zrobiła, czy miałam zejść im z drogi. Szłam albo za szybko, albo za wolno, nie potrafiłam się dopasować do rytmu tłumu. W kurtce robiło mi się zbyt ciepło, widok spoconych ludzi wywoływał we mnie klaustrofobię. Miałam płaskie stopy i pusty żołądek.

Nic jednak nie mogło odwrócić mojej uwagi od poczucia wolności i zachwytu wywoływanego przez każde doświadczenie.

Skręciłam za róg i dostrzegłam food trucka, obiecującego najlepsze meksykańskie jedzenie po tej stronie granicy. Czy na mojej liście rzeczy do zrobienia nie znajdowało się zjedzenie czegoś na ulicy?

Możesz się rozchorować.

Owszem. Ale zatrucie pokarmowe byłoby kolejną przygodą, której przeżycia do tej pory mi odmawiano. Wyjęłam portfel z kieszeni i stanęłam w kolejce. Gdy byłam już z przodu, wyciągnęłam szyję, by spojrzeć na wychylającego się z okienka gościa w zatłuszczonym fartuchu.

– Co podać? – Żuł gumę, w palcach niecierpliwie obracał ołówek.

Zmrużyłam oczy, wpatrując się w znajdujące się za nim menu.

– Eee, a co pan poleca?

Zaczął ze mnie drwić:

– Poleca? Paniusiu, czy ja wyglądam, jakbym miał czas na zajmowanie się pierdołami? – Ołówkiem wskazał zgromadzony za mną tłum. – Pośpiesz się. Płacą mi za karmienie ludzi.

Otworzyłam portfel i wyjęłam banknot dwudziestodolarowy.

– Poproszę coś z kurczakiem. – Podałam mu pieniądze. – Aha, i żeby nie było pikantne. Nie lubię ostrego.

– Rozumiem. – Parsknął. – Chcesz mdłego kurczaka. Nudne zamówienie dla nudnej dziewczyny.

Zesztywniałam.

– Słucham?

Popatrzył na mnie z góry do dołu.

– Spokojnie, księżniczko. Twoje zamówienie będzie gotowe za pięć minut. Odbierz je przy okienku z tyłu trucka. – Rzucił mi banknot dziesięciodolarowy. – Oto reszta.

Zacisnęłam palce na pieniądzach, byłam poirytowana i zrobiło mi się przykro. Jeszcze nikt nigdy nie mówił do mnie w ten sposób. Nikt nie śmiał.

A już najbardziej wkurzył mnie fakt, że nazwał mnie nudną. Bo się z nim zgadzałam. Zwinęłam pieniądze i rzuciłam nimi w niego.

– Wiesz co? Dorzuć do tego zamówienia jakąś wołowinę albo coś w tym stylu. I żeby było to bardzo ostre.

Ruszyłam w stronę okienka odbioru zamówień, zanim mężczyzna zdążył mnie obrazić jeszcze bardziej.

Rozdział 5

Wołowina była kiepskim pomysłem.

Po odebraniu kolacji ruszyłam w stronę Times Square, gdzie ustawiono kilka stolików i krzeseł. Stół był brudny, krzesło się chwiało, ale jeszcze nigdy nie byłam tak głodna.

Gdy odwinęłam folię aluminiową z burrito, zaczęło parować. Powąchałam je, ładnie pachniało przyprawami. Chcąc udowodnić mężczyźnie w zatłuszczonym fartuchu, że się myli, ugryzłam kawałek burrito z wołowiną, przeżułam i uśmiechnęłam się złośliwie.

Nie jest tak źle.

A potem zaczęło mnie piec.

Język mi usechł.

Meksykańskie jedzenie dało mi niezłego kopa. W moich ustach robiło się coraz pikantniej, przestałam się uśmiechać i zaczęłam gwałtownie łapać powietrze i dyszeć.

Wody!

O mój Boże, muszę się napić.

W oczach stanęły mi łzy, złapałam oba burrito, wstałam od stolika i pobiegłam w stronę sklepu spożywczego, na którym wisiały reklamy lodowatej wody i coli.

Wpadłam do środka, gwałtownym ruchem otworzyłam lodówkę o szklanych drzwiach, złapałam butelkę z wodą i szybko ją odkręciłam. Wypiłam jej zawartość w trzy sekundy. A mimo to ogień na moim języku wciąż płonął.

Dysząc, sięgnęłam po mleko czekoladowe.

Trochę walczyłam z zakrętką, ale wreszcie udało mi się je otworzyć i wziąć kilka chciwych łyków. Pełnotłuste mleko pomogło trochę złagodzić pieczenie. Odetchnęłam z ulgą.

– Mam nadzieję, że za to zapłacisz. – Pracująca w sklepie dziewczyna o różowych włosach uniosła brew.

Otarłam usta wierzchem dłoni (w moim prawdziwym świecie nigdy bym sobie na to nie pozwoliła), kiwnęłam głową i wyjęłam kolejną butelkę wody, jakimś cudem nadal trzymając moje niemal nietknięte burrito.

– Tak, przepraszam. Stopień ostrości mnie zaskoczył.

Uśmiechnęła się szeroko.

– Och, czyżbyś wkurzyła Pete’a?

– Pete’a? – Postawiłam na taśmie dwie butelki (jedną pustą, jedną pełną) i na wpół wypite mleko czekoladowe.

Sprzedawczyni zeskanowała je i wbiła na kasę.

– Tak, gościa, który sprzedaje meksykańskie żarcie na ulicy. – Zachichotała. – Robi pyszne tacos, ale, ludzie, nie żałuje ostrego sosu.

Przejechałam językiem po ustach, które nadal mnie piekły.

– Chyba sama się o to prosiłam. – Wzruszyłam ramionami i się uśmiechnęłam. – Rzadko wychodzę z domu. Nie wiedziałam, że nie wolno denerwować sprzedawców jedzenia.

Zapakowała moje zakupy do reklamówki.

– Tak, wszyscy o tym wiedzą. Nie wolno wkurzać królów ulicy.

Sięgnęłam do portfela i wyciągnęłam kolejny dwudziestodolarowy banknot. Wzięła go ode mnie, otworzyła kasę, a potem wydała mi resztę. Fakt, że rozmawiała ze mną bez napięcia w głosie ani troski, sprawił, że trochę się uspokoiłam.

Byłam przyzwyczajona do rozmawiania z kobietami z pozycji władzy. W mojej obecności nikt nie żartował. A gdy ktoś próbował się ze mną zaprzyjaźnić, robił to tylko po to, by dostać awans albo podwyżkę.

Wyczuwałam fałsz na odległość.

Uśmiechnęłyśmy się do siebie raz jeszcze, a potem zrobiło się niezręcznie. Nie wiedziałam, w jaki sposób zakończyć przyjazną rozmowę ani nawet jak wyjść ze sklepu po zrobieniu zakupów.

Dziewczyna mnie ocaliła, inaczej stałabym tam jak idiotka.

– No cóż, dobrej nocy. I nie wkurzaj już więcej ludzi, słyszysz?

Kiwnęłam głową.

– Tak. Dzięki za pomoc.

– Nie ma sprawy. – Pomachała do mnie, a potem odeszła od kasy, żeby skończyć układanie chipsów na półce.

Upewniłam się, że mam oba ratujące życie napoje, dzięki którym będę się mogła uporać z zemstą Pete’a, wyszłam ze sklepu i ponownie wkroczyłam w maniakalny świat sprzedawców i turystów.

Zgarbiona lawirowałam wśród tłumu, chciałam usiąść i zjeść burrito z kurczakiem, ale okazało się, że mój stolik i krzesło zostały już zajęte przez rodzinę z trojgiem małych dzieci, które miały szkliste oczy i ze zmęczenia powoli mrugały w jasnym neonowym świetle.

Pozostałe stoliki również były zajęte.

No trudno.

Nic się nie stało, mogę przecież jeść i iść.

Nagle usłyszałam jakiś śmiech. Spojrzałam na miejsce dwa stoliki dalej, gdzie siedziały cztery nastolatki. Już miałam ochotę zacząć się śmiać razem z nimi, gdy dostrzegłam, co tak je rozbawiło. Ogarnęło mnie przerażenie.

Prychały i chichotały na widok starszego bezdomnego mężczyzny, który zbierał aluminiowe puszki do reklamówki.

Zrobiło mi się przykro, widziałam, że znajduje się w beznadziejnej sytuacji. Był w pełni świadomy żartów i szeptów i z całych sił próbował zignorować dziewczyny, gdy musiał pobiec za puszką, którą ciągle unosił wiatr.

Przez całe życie znajdowałam się po przeciwnej stronie bezdomności. Moja pozycja miała mi zapewnić to, że nigdy nie poznam chłodu ani głodu. Otrzymałam tak dużo i co z tym zrobiłam? Uciekłam z domu niczym niewdzięczna nastolatka.

Co ja sobie myślałam?

Ogarnął mnie wstyd. Nie byłam w stanie patrzeć na wyniesione z Belle Elle ubrania i jedzenie kupione za pieniądze, które zabrałam z kasy. Miałam całkowite prawo korzystać z tych rzeczy, cały czas jednak czułam, że je ukradłam i zawiodłam zaufanie ojca.

Dziewczyny zaśmiewały się, gdy puszka wypadła bezdomnemu przez rozdarte dno reklamówki.

Miałam ochotę pobić je za ich niedojrzałość i brak empatii. Chciałam zapomnieć, że kiedykolwiek pragnęłam być zwyczajną dziewczyną, a nie tym, kim tak naprawdę byłam: zdolną młodą kobietą, która nigdy nie będzie się biernie przypatrywać czyjemuś nieszczęściu.

Ruszyłam w stronę bezdomnego, który dobiegał pięćdziesiątki (tak jak tata), miał niechlujną siwą brodę i dziurawą czapkę. Zatrzymałam się i podniosłam puszkę.

– Proszę.

Zamarł. Popatrzył na mnie ze strachem, był podejrzliwy. Ścisnęło mi się serce. Całe jego ciało czekało na cios, bał się, że sprowadzę na niego kolejne nieszczęście.

– W porządku. – Gestem wskazałam, żeby wziął podniszczoną puszkę.

Z wahaniem to uczynił.

Gdy schował ją do reklamówki, popatrzyłam na jego wychudzoną sylwetkę i sposób, w jaki oblizywał usta, zerkając na moje burrito.

Mój głód nagle zniknął.

– Proszę. – Wepchnęłam mu do ręki reklamówkę z wodą i mlekiem czekoladowym, a potem podałam burrito. – Weź je. Ugryzłam tylko raz. Przysięgam, że nie jestem na nic chora.

Otworzył szeroko usta i przytulił do siebie zimne napoje i gorące jedzenie.

Zapadła niezręczna cisza, z jakiegoś powodu w oczach stanęły mi łzy. Jego spojrzenie było pełne zaskoczenia i bezdennej wdzięczności. Szybko schował jedzenie do workowatych kieszeni kurtki i wypił mleko czekoladowe. Otarł usta wierzchem dłoni i wymruczał:

– Dziękuję.

Uśmiechnęłam się.

– Bardzo proszę.

Wiedziałam, że nadeszła pora, by stąd odejść. Ale jeszcze nie mogłam tego zrobić.

Wyjęłam portfel, wyciągnęłam wszystkie pieniądze minus osiemdziesiąt dolarów na ewentualny powrót do domu i jakieś nieprzewidziane wydatki i włożyłam mu je do ręki.

– Proszę wziąć również to. Proszę się najeść i spędzić noc w jakimś hotelu.

Mocno złapał pieniądze.

– Nie wiem, co powiedzieć.

– Proszę nic nie mówić. – Odsunęłam się. – Miłej nocy. I przepraszam za te dziewczyny, które się z pana śmiały. To strasznie niegrzeczne. Nastolatki wcale takie nie są.

Zamrugał, jakby właśnie wyszedł z fugi dysocjacyjnej.

– Do widzenia. – Odeszłam, czując się lepszą i szczęśliwszą niż… no dobrze, jeszcze nigdy się tak nie czułam.

Rozdział 6

O jedenastej wieczorem tłum na ulicy zaczął rzednąć.

Nie chciałam wydawać kolejnych pieniędzy na jedzenie – na wypadek gdyby taksówka kosztowała ponad osiemdziesiąt dolarów. Nie miałam pojęcia, ile kosztuje transport do domu.

Od przejścia tylu kilometrów bolały mnie stopy. Czułam także ból w plecach, nieprzyzwyczajonych do tak długiego stania. Z czasem ludzie robili się coraz mniej przyjaźni i bardziej bezładni.