Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2004

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 52 min Lektor: Anna Apostolakis

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 6 godz. 52 min Lektor: Anna Apostolakis

Opis ebooka Korespondent - Grażyna Jagielska

Żona jednego z najważniejszych polskich reporterów w przejmującej opowieści o losie korespondenta.
Caroline i Adam Matyasowie po kolejnej reporterskiej wyprawie zatrzymują się w Delhi. Tam właśnie poznają historię francuskiego dziennikarza zaginionego przed laty w afgańskich górach. Gdy dociera do nich wieść o zajęciu Kabulu przez talibów, Caroline postanawia samotnie wyruszyć do Afganistanu. Czy uda jej się rozwikłać zagadkę zaginionego korespondenta?

Opinie o ebooku Korespondent - Grażyna Jagielska

Fragment ebooka Korespondent - Grażyna Jagielska

Grażyna Jagielska

Korespondent

Mojemu Ojcu

Część pierwsza PROLOG

Partyzanci Malika przyszli po nich tuż przed świtem, niemal w ostatniej chwili.

Od jeziora Dal ciągnął przenikliwy nocny chłód, kiedy Matyasowie schowali się w jednym z zaułków Starego Miasta, na tyłach meczetu, który wczoraj wskazał im Wysłannik. Teraz wszystko wyglądało inaczej niż za dnia, w słońcu. Nad wodą zawisła mgła i zaczęła się wciskać w uliczki, góry znikły zupełnie. Nie było też widać wieży telewizyjnej, która miała być punktem orientacyjnym, i Matyasowie zwątpili, czy czekają we właściwym miejscu.

Pachniało miastem stojącym nad wodą i kwiatami lotosu, które o tej porze roku zaczynały przekwitać. Jesień przyszła szybciej niż zwykle i była chłodna. Kaszmirczycy sami się temu dziwili, mówili, że jeszcze tydzień, dwa, i będzie po wszystkim, z zielonych, pachnących lotosowych upraw pozostanie wodne ściernisko. Zagajniki wokół jeziora już pobrązowiały, a woda nabrała barwy ostrego błękitu. Dolina starzała się w okamgnieniu, surowo, jakby chciała powiedzieć, że skoro to nieodwołalne, nie będzie się ze sobą cackać.

Tej nocy znów próbowali dostać się do dowódcy powstania, po raz trzeci w ciągu miesiąca.

– Zaraz zrobi się jasno, będzie za późno – powiedział Adam Matyas.

Pierwsze podejście, sprzed dwóch tygodni, było zupełnie nieudane. Nikt po nich nie przyszedł. Nie dowiedzieli się dlaczego, nie było kogo spytać. Wysłannik pojawił się ponownie dopiero po tygodniu i niczego nie wyjaśnił. Zawiózł ich tylko na miejsce następnego spotkania i z okna samochodu pokazał zakład tkacki, przed którym mieli czekać o tej złudnej, mętnej godzinie między nocą a dniem.

– Pełna konspiracja – zauważyła Caroline.

Widać było, że zaniepokojony jest nawet Opiekun, człowiek, który organizował dojście do Malika i od miesiąca przechowywał ich na hotelowej łodzi w północnej części jeziora, z dala od centrum. Hindusi nie zaglądali tam prawie nigdy. W ogóle bali się tego jeziora i tych gór, trzymali się śródmieścia i stałego lądu, tylko za dnia wypuszczając w miasto samochody z żołnierzami. Wieczorem urządzali obławy na partyzantów albo zaszywali się w bazach i za ulicznymi barykadami z worków.

– Sprawdzają was – hotelarz cmoknął z niezadowoleniem.

Tuż po północy przychodził do ich pokoju, żeby napalić w piecyku i jak zwykle przypomnieć, że śpią w tym samym łóżku, co Mick Jagger w osiemdziesiątym dziewiątym.

– Tylko sześć lat, sześć lat – powtarzał, pełen niedowierzania. – Strach, jak się wszystko zmieniło! Wtedy żyło się jeszcze normalnie, prowadziło jakieś interesy, a teraz? Trzecie powstanie mamy i jesteśmy jakby między młotem a kowadłem. Hindusi nas gnębią za współpracę z Frontem Wyzwolenia, do więzień wsadzają, a nie współpracować z mudżahedinami strach. Też potrafią zaleźć za skórę. No i jak tu żyć? Ludzie sami już nie wiedzą, co lepiej, czy żeby nas Pakistańczycy wzięli, czy Hindusi nam trochę odpuścili. Na razie to mamy okupację i tylko co rano trupy rzeką płyną – mówił, układając podpałkę na palenisku.

Palił w piecyku nocą, bo inaczej rano ubrania były mokre. Za dnia woził dziennikarzy szikarą1 po jeziorze, żeby łyknęli świeżego powietrza, ale wolał, jak siedzieli w hotelowej łodzi i nie rzucali się w oczy. Adam na próżno tłumaczył, że musi nawiązać kontakt z miastem, potrzebuje ludzi, nie krajobrazów. Opiekun tylko kręcił głową i mówił, że i tak nikt z nim nie będzie gadał, Kaszmirczycy od dawna nie rozmawiają z obcymi.

– A taki był z nas przyjacielski naród – dodawał z żalem. Wysłał ich na drugie i trzecie spotkanie z partyzantami, już bez większych nadziei, że ktoś po nich przyjdzie.

Przy drugiej próbie Hindusi zrobili nalot na miejską bazę mudżahedinów, wybuchły walki i nikt nie przyszedł pod zakład tkacki. Teraz znów robiło się za jasno.

Patrzyli bezradnie, jak mgła, ostatni sprzymierzeniec, umyka im spod nóg, różowieje i cofa się ku wodzie. Odsłoniła nadbrzeże i zobaczyli łodzie-widma po drugiej stronie ulicy, obrośnięte rzęsą, bo do Kaszmiru od dawna nie przyjeżdżali turyści. Hotele butwiały więc w bocznych odnogach jeziora.

Pięć, najwyżej dziesięć minut…

W głębi dzielnicy, za ich plecami rozległo się stuknięcie, jedno, drugie, potem rytmiczne poskrzypywanie pompy i chlupot wody przelewanej z wiadra do wiadra. W górze coś trzasnęło, jakby zbyt gwałtownie otwarta okiennica. Czuło się, że miasto już nie śpi i czeka tylko na koniec godziny policyjnej, żeby wrócić do codziennych zajęć. Nie było wątpliwości – wstawał dzień.

– Szlag by to trafił! – powiedział Matyas.

Opiekun czekał na świt w hotelowej łodzi na nadbrzeżu. Ze zrujnowanego salonu miał widok na dziedziniec meczetu z nieczynną fontanną i dziennikarzy czekających w napięciu po drugiej stronie ulicy. Przez pierwszą, drugą godzinę stali tak nieruchomo, że byli prawie niewidoczni na tle szarego muru. Potem zaczęli przestępować z nogi na nogę, przytupywać z coraz większym zniecierpliwieniem. Drżeli z zimna mimo koców i kubełków z węglem, jakie dał im na drogę. Bał się, że nie wytrzymają.

Tuż przed świtem znad jeziora nadciągnęła mgła i dziennikarze zniknęli mu z oczu. Pośród szarego wilgotnego tumanu on też stracił rozeznanie, sam zwątpił, czy to się może udać, ale na chwilę przed wschodem słońca ukazali się znowu, przy fontannie, tam gdzie widział ich przed opadnięciem mgły.

Też fach mieli ci ludzie!

Od świtu dzieliły ich minuty.

Matyasowie nawykli do czekania. Tak samo było w Sierra Leone w dziewięćdziesiątym trzecim, rok później w Czeczenii, w Sri Lance i wielu innych miejscach, już tyle razy, że nie spodziewali się niczego innego. Czekanie było nieodłączną częścią zawodu. Czekało się na przewodników, na wywiady, na akcję; w hotelach, sztabach, na dworcach autobusowych i na tyłach frontów. Niemal wszędzie, jakby ta wymuszona przerwa w pogoni za wydarzeniem była zaliczką za news. Płacili ją bez szemrania, jak wszyscy dziennikarze, którym zdobywanie informacji na pierwsze strony gazet i czołówki telewizyjnych serwisów weszło w krew, stając się narkotykiem. Wszystkich razem można było spotkać tylko tam, gdzie zdarzyła się wojna, trzęsienie ziemi, klęska. Potem znikali, rozpraszali się, zapodziewali gdzieś, by wypłynąć w innym punkcie świata, znów zjednoczeni w pościgu za newsem. Tworzyli zamknięty, elitarny klub, jak ludzie złączeni rzadką śmiertelną chorobą, z którą jednak trzeba żyć aż do końca. Czasem ktoś wypadał z gry – popełniał samobójstwo albo ginął, mniej lub bardziej bezsensownie. Bardzo rzadko ktoś rezygnował gnębiony zwątpieniem.

Od jakiegoś czasu, którego sam nie potrafiłby określic, Adam Matyas nie chciał należeć do tej grupy. Jadąc do Kaszmiru, tak oddalonego od dziennikarskich szlaków, pragnął odłączyć się od sfory, choć raz w życiu napisać o czymś, co nie będzie oczywistym Tematem. Szukał materiału, który nie byłby ulotną, powszechną zdobyczą, o żywocie tak krótkim jak serwis informacyjny. Marzył o zrobieniu czegoś prawdziwego.

Kaszmir miał mu to umożliwić i dlatego Adam był gotów czekać.

Wysłannik podjechał półciężarówką w chwili, gdy wysoko na niebie ukazał się zarys zachodnich Himalajów. Jakby na dany znak na jezioro wypłynęły pierwsze pasażerskie szikary i łodzie poławiaczy wodorostów. Ludzie stawali w progach domów, wychodzili na ulicę i wciągali głęboko powietrze, jeszcze przesiąknięte zapachem jeziora, próbując wyczuć zmiany, jakie zaszły przez noc.

Wysłannik wychylił się z okna i kazał Matyasom wsiadać, byle szybko i do szoferki, bo z tyłu ma ludzi i worki z jabłkami.

– Nazywam się Abdul Rahman – powiedział. Namacał w półmroku ich dłonie, zlodowaciałe mimo kubełków z żarzącym się węglem. – Piorunem będziemy na miejscu. Jabłka są dla niepoznaki, nie będziemy ich teraz rozwozić.

Przykro mu, że tak długo się zeszło, powiedział, ale mają kupę roboty, bo trzy dni temu zdekonspirowano bazę i zakładają nową. – Tuż pod bokiem Hindusów – zaśmiał się. – Oni po jednej stronie ulicy, my po drugiej. Dobre miejsce.

– Duże ponieśliście straty? – zapytał Matyas.

Wyraźnie pojaśniało i mógł już dostrzec pucołowatą twarz Rahmana. Świt, którego przed chwilą tak się bał, teraz przyniósł odprężenie. Jechali ciężarówką z dostawą jabłek, na ulicach pospiesznie rozkładano stragany, ludzie pchali się do autobusów, załatwiali swoje sprawy. Deszcz wisiał w powietrzu.

– Gdzie? W starej bazie? – Abdul Rahman rzucił Matyasowi nieokreślone spojrzenie. Widać było, że sam nie wie, co o tym wszystkim sądzić. – Komendant kazał mi z wami rozmawiać – dodał prawie z pretensją i jakby na usprawiedliwienie.

Adam nie wiedział, jakiego komendanta Rahman ma na myśli, ale czuł, że może spłoszyć Wysłannika byle czym, dlatego nie pytał więcej. Długi czas jechali w milczeniu. Minęli pustą dzielnicę bazarową, domy spalone przez Hindusów w dziewięćdziesiątym trzecim po nieudanej pogoni za partyzantami. Z Wielkiego Meczetu odezwał się jękliwy głos muezina, wzywający do porannej modlitwy, stłumiony przez szyby i warkot silnika. Choć była dopiero szósta, poboczem drogi ciągnął już na północ, pod więzienie śledcze, długi pochód czarno ubranych kobiet. Przez cały dzień stały uczepione prętów ogrodzenia otaczającego dawny pałac maharadży, wyczekując wieści o aresztowanych, a wieczorem wracały do domu, by rano ruszyć z powrotem drogą wzdłuż rzeki. Matyasowie widzieli je kiedyś z łódki ukrytej w pływających ogrodach.

– Często się to zdarza? – spróbował Adam jeszcze raz.

W odpowiedzi Abdul Rahman uderzył pięścią w tylną ściankę szoferki, dając znak swoim ludziom pod budą, i przyhamował delikatnie przed bunkrem na skrzyżowaniu.

– Niby likwidacja bazy? – zapytał.

Powoli, prawie opieszale, objechał barykadę z worków i drucianych zasieków. Żołnierze chyba jeszcze spali, bo lufa karabinu wycelowana w jasne niebo, tuż pod dachem bunkra, nie powędrowała za samochodem. I wyglądało na to, że mimo wszystko nie będzie padać, dzień wstawał piękny.

– Tak, tak, likwidacja bazy – powtórzył Rahman. Adam zrozumiał, że niczego się od niego nie dowie, mimo przyzwolenia Komendanta. – Zresztą, zaraz będziemy na miejscu.

Jechali na północ. Domy, w starej dzielnicy upchane ciasno, rozstąpiły się, gdy tylko minęli wzgórze z więzieniem „Papa 2”, znikły również wojskowe posterunki. Dalej ciągnęły się pola, ogrody i jabłkowe sady. W niektórych pospiesznie kończono zbiory, w innych owijano już drzewka wiązkami słomy.

– Wyjątkowo wczesna jesień – powiedział Rahman. – Dawno takiej nie było. – Roześmiał się na znak, że rozumie, jakim jest niemiarodajnym źródłem. Miał dopiero dwadzieścia dwa lata, a ostatnich sześć spędził w więzieniu na wzgórzu, gdzie nie rozróżnia się pór roku. – Będziemy trochę kluczyć – wyjaśnił przepraszająco. – Tylko tak, żeby jakiego nieszczęścia nie było. Na wypadek, gdyby was Hindusi namierzyli. Rozumiesz, nowa baza. Prędzej czy później ją znajdą, ale jeszcze nie teraz. Chyba żeby przez was, cudzoziemców, bo się rzucacie w oczy.

Przejechali most na rzece znacznie węższej niż Dżhelum i odbili na zachód. Po prawej stronie ukazała się duża połać wody, która już nie mogła należeć do głównego jeziora, ale i ona uciekła w tył, kiedy Rahman skręcił w boczną drogę. Jechali nią bardzo długo, aż znów ukazały się zabudowania, a słońce zaczęło przypiekać przez szyby.

– Dużo wojska w mieście? – zapytał Matyas, żeby odgonić senność. W szoferce było duszno, pachniało zgnilizną. Jabłka musiały jeździć z Rahmanem od dawna.

– Czy dużo wojska w mieście? – powtórzył Wysłannik i uśmiechnął się krzywo. – Trochę jeszcze pojeździmy, na wszelki wypadek. Trzeba tyłów pilnować. Żebyście nam kogo na głowę nie ściągnęli – zachichotał.

Dochodziło południe, kiedy Matyasowi rzeczywistość wymknęła się z rąk niby zbyt ciężki worek i przestał walczyć z Rahmanem. Caroline spała od dawna. Przez chwilę wydawało mu się, że są w pokoju, na łodzi Opiekuna, który pali w piecu i mówi, że mudżahedini ich sprawdzają, potem mignął mu jeszcze kawałek doliny z meczetem Hazratbal, białym i lśniącym na tle ośnieżonych gór, ale to musiało być złudzenie, ponieważ znajdował się z zupełnie innej strony jeziora. Chciał powiedzieć Rahmanowi, że nie musi tak kluczyć, bo Opiekun trzymał ich z dala od miasta, nie potrafiliby odnaleźć w nim żadnego miejsca, ale już nie zdążył.

Przez długi czas Matyas rozróżniał w mroku jedynie siwą czuprynę doktora Firhoza, szefa sztabu, i tych mudżahedinów, którzy mieli na głowach białe chusty. Potem ktoś otworzył drzwi i w świetle z podwórka zobaczył, że izba jest pełna ludzi. Wszyscy siedzieli pod ścianami; Adam między doktorem a grubym mężczyzną w panterce, Caroline po drugiej stronie izby.

Nowa baza składała się z kilku zwykłych kamienic, które nie spełniały wymogów militarnych i trzeba je było przebudować. Partyzanci wybijali furtki w murach otaczających podwórka, kiedy więc drzwi sztabu się otwierały, słychać było uderzenia młotów i chrobot kruszonych cegieł.

Wchodziło coraz więcej ludzi, dużo też musiało wychodzić, ponieważ środek izby ciągle pozostawał pusty. Błyski światła następowały teraz co parę minut i Adam zaczął rozpoznawać kolory zawojów okręconych wokół twarzy tak ściśle, że odznaczał się kształt czoła, nosa i ust. Długi czas pod ścianą naprzeciwko siedział starszy mężczyzna w biało-czarnej chuście, potem zmienił go ktoś o znacznie młodszych oczach, ale zniknął przy następnym otwarciu drzwi.

Podczas krótkich dopływów światła Adam szukał Wysłannika. Długo był przekonany, że Rahman siedzi po drugiej stronie doktora Firhoza, kiedy to jednak sprawdził, okazało się, że miejsce jest puste. Milczenie w izbie się przeciągało, szef sztabu nie odzywał się nawet wtedy, gdy składano mu szeptem meldunki. Adam nie mógł sam zacząć rozmowy, czekał więc i myślał, że i tak jest lepiej, niż się spodziewał.

Co parę minut dyżurny mudżahedin w biało-czarnej chuście przechodził przez pokój, nachylał się nad Firhozem i coś do niego mówił, ale nie otrzymywał odpowiedzi. Wracał do drzwi, zamykał je za sobą i znów wszyscy milczeli. Z zewnątrz dochodziło zgrzytanie wiertła.

Matyas zastanawiał się, czy na spotkanie przyjdzie przywódca powstania, a jeżeli nie, jak o niego zapytać. Mógł siedzieć i milczeć, jak długo życzyli sobie gospodarze, ale potrzebował podstawowych informacji, punktu zaczepienia.

– Macie tu remont – odezwał się, do nikogo w szczególności.

– Ano – przyświadczył mężczyzna w panterce.

Wszedł partyzant z meldunkiem. Powiedział parę słów, nie otrzymał odpowiedzi i zawrócił do drzwi.

Najwyraźniej nadal ich sprawdzano, a może powstańcy tak właśnie wyobrażali sobie udzielanie wywiadu. Matyas zaczął się bać, że zaraz odstawią ich ciężarówką pod stary meczet i tyle z tego będzie. Ale właśnie wtedy szef sztabu podniósł się, mówiąc, że pora ruszać na stypę do Starego Szejka. Za nim wstali inni i wyszli na rozsłonecznione podwórko, gdzie partyzanci ładowali gruz na taczki.

Chwilę później stało się jasne, że Wysłannik Abdul, choć tak się starał, nie upilnował tyłów; sześć lat w więzieniu na wzgórzu musiało przytępić jego instynkt konspiratora. Doprowadził wroga pod samą bazę, jak pierwszy lepszy żółtodziób, i nigdy nie zrozumiał, gdzie popełnił błąd.

Atak nastąpił zaraz po tym, jak wyruszyli na stypę; zdążyli przejść dwa podwórka, kiedy wybuchła strzelanina. Bojownicy rozproszyli się, znikając wśród murów. Matyasowie przykucnęli na środku ulicy niczym kaczki wystawione na cel. Ale bitwa poszła bokiem, zatoczyła krótki łuk i znalazła się niemal przed nimi. Opanowali odruch, który kazał przylgnąć do ziemi, i ruszyli w stronę przeciwną do odgłosów, skrajem ulicy, szukając otwartej bramy. Wszystkie były zamknięte. Dzielnica zasklepiła się jak małż w skorupie, udając, że od dawna nie widziała nikogo obcego, tak zacięła się w swojej ciszy, że kiedy strzały ucichły, Matyasowie wychwycili szum głównego bulwaru, daleko, niemal w drugim końcu miasta. Poszli w tamtą stronę, unikając większych ulic, bazarowych placów, gdzie kręciła się tajna policja. Po jakimś czasie w luce między budynkami ukazała się wieża telewizyjna. Byli prawie w domu. Nie wyszli jednak na bulwar; zaułkami dotarli na tyły nieczynnego od lat kina „Wolność”. Stąd był już żabi skok do przystani wodnych taksówek, a dalej, na drugim brzegu majaczyła łódź Opiekuna, lśniąca złociście w popołudniowym słońcu. Na przystani stały dwa wojskowe dżipy wyładowane żołnierzami.

Przez dłuższą chwilę Matyasowie dreptali bezradnie pod zabitą deskami kinową kasą. Potem cofnęli się aż do rzeki, gdzie cumowały łodzie poławiaczy wodorostów.

Nie zeszli do portu od razu. Pośród mydlanych oparów nadrzecznej pralni czekali, aż szikary ruszą na ostatni przed nocą połów. W końcu wybrali starego Kaszmirczyka, przesiąkniętego na wylot zapachem wodorostów, i z nim wypłynęli.

Ze środka jeziora patrzyli na hotelowe łodzie Opiekuna. Stały przytulone do siebie burtami, nieruchome jak wodne ptaki na żerowisku. Starsza miała przeszło sto lat, pradziadek hotelarza podejmował na niej księcia Walii, jednak nie różniła się niczym od innych łodzi zacumowanych rzędem przy nadbrzeżu. Może tylko bardziej zapadła się w wodę i ponieważ zbudowano ją z drewna sandałowego, ze starości poczerwieniała. Mimo to nawet teraz zdawała się podpierać nową łódź z rzeźbionego drewna, białego za dnia, różowego o zmierzchu i z rana, kiedy światło kładło się tuż przy wodzie. Ukośne promienie wydobywały ukrytą w słojach zapowiedź starczego wieku, wyłuskiwały rzeźbione kwiaty lotosu i zwoje bluszczu, które o innych porach chowały się jakby w zakamarkach. Nową łódź zaczął budować ojciec Opiekuna w czasach, gdy hotelarski interes kwitł i nic nie zapowiadało klęski wojny narodowowyzwoleńczej. Miała być najpiękniejsza na jeziorze Dal, i taka była, nawet jeśli nikt na niej nie nocował. Powstała z najlepszego drewna, a rzeźbili ją najwięksi artyści Doliny. Była organiczną częścią Opiekuna; spoglądał na nią nawet wtedy, gdy rozmawiał z Matyasami, umykając wzrokiem ku ścianom, sufitowi, zdobionym kolumnom. Lubił powtarzać, że to jego dziedzictwo. Ale teraz, schodząc z górnej werandy, nie na nią patrzył. Spojrzał wprost na Matyasa, choć nie mógł go widzieć; krew z rozciętego łuku brwiowego zalewała mu oczy. Nie trafił do schodków prowadzących na dolny pokład, a przecież znał swoją łódź na pamięć. Żołnierz idący za nim musiał go chwycić za ramiona i ustawić pod właściwym kątem do trapu. Na dole, ocierając się o burtę z himalajskich cedrów, czekała na Opiekuna wojskowa motorówka.

Łódź opłynęła ich lewą stroną, zostawiając za sobą długie, posuwiste fale. Malutka, przeciekająca szikara podskakiwała na nich przez chwilę, potem wszystko się uspokoiło.

Matyasowie pozostali na środku jeziora, chłonąc cichy, nieruchomy krajobraz po bitwie. Tajemnicza ręka zmiotła z tafli sklepikarzy, rybaków i wodne taksówki, jezioro było puste i nieme jak przedtem ostrzelane ulice w starej części Śrinagaru. Umilkły dalekie pokrzykiwania i śmiechy, przestały nawet naszczekiwać psy.

Kiedy tak dryfowali na dziurawej łodzi poławiacza, który drzemał z rudą brodą na piersiach, Adam powoli oswajał się z myślą, że jest po wszystkim, dla nich Kaszmir się skończył. Zwykle w takiej chwili doznawał ulgi, nawet radości, teraz z niechęcią myślał o powrocie.

Zmęczenie dopadło go niczym stary wróg, wystarczyło, że na chwilę przestał się pilnować. Słyszał trzask migawki aparatu, Caroline pracowała jeszcze, nie wiadomo po co. Nie był w stanie poprosić, żeby przestała. Nie miał nawet siły szturchnąć poławiacza, obudzić go, zanim łódź nabierze więcej wody i zacznie tonąć. Siedział nieruchomo pośród resztek wodorostów, ciągle mając wrażenie, że biegnie. Przebiegł tysiące okrążeń i biegnie nawet teraz, gdy szikara, popychana łagodnym prądem, leniwie zmierza ku pływającym ogrodom. Hotelowa łódź Opiekuna, złocista plama pośród butwiejących lotosowych upraw, malała coraz bardziej.

Ostatni przed godziną policyjną autobus pędził w dół, dzwoniąc wszystkimi luźnymi częściami. Śpiewał wysoko, to znów wył głucho, pnąc się w górę. Adamowi też dzwoniło, zgrzytało w głowie. Caroline drzemała, wyczerpana wydarzeniami dnia. Patrzył, jak śpi, nieczuła na dźwięki i ruch, kolebie się i obija o szybę.

Już odpoczywa, pomyślał. Zwykle tak reagowała na zakończenie pracy; zapadała w głęboki, regenerujący sen i spała dwa dni lub tydzień, budząc się tylko na posiłki. Wiedział, że prześpi całą drogę do Delhi, półtorej doby w podrygującym autobusie, a niewykluczone, że będzie spała dalej na miejscu. Jego czekały długie bezsenne godziny, próżne dyskusje z samym sobą, obrachunki, rozważanie niewykorzystanych możliwości. A potem, niedługo, może za parę godzin, zacznie zmagania z materiałem, który wieźli w laptopie i aparatach fotograficznych. Już teraz wiedział, że to jest rzetelny news, jeden z najlepszych, jakie kiedykolwiek zdobyli, mimo braku wywiadu z przywódcą Malikiem. Bez trudu mógłby zrobić z tego materiał na pierwszą stronę, obraz prosty, z samych faktów, niemal prawdziwy. Obumieranie kaszmirskiego powstania. Szybkie, dobitne frazy, krótkie pociągnięcia pędzlem, wyraźne linie bez ukrytych znaczeń. Szlachetna prostota. Takie rzeczy robiło się prawie z niczego, a teraz miał całkiem dobry podkład. Mógłby wykonać tę sztuczkę po raz kolejny i nikt by się nie domyślił, jak niewiele się za tym kryje. Mógłby, gdyby jeszcze chciał.

Nie po to jednak czekał cztery tygodnie na łodzi Opiekuna i słuchał o Micku Jaggerze, nie tym razem. Ale Kaszmir wystrychnął go na dudka – dał mu tylko to samo, co Adam zdobywał od dziesięciu lat.

Teraz jednak nie myślał o tym. W połowie górzystej drogi między Śrinagarem a Delhi, udręczony szaleństwem autobusu, chciał tylko dotrzeć do celu, położyć gdzieś Caroline. W Delhi spojrzy na wszystko inaczej, tam przestanie nękać go myśl o nieokreślonej porażce, jaka kryła się w obiecującym, dramatycznym materiale o bazie miejskich partyzantów i końcu Opiekuna. Zajmie się czymś, co nie będzie miało nic wspólnego z powstaniem kaszmirskim, z wojną, liczeniem głosów w wyborach, z agonią rewolucji, narodzinami dyktatur. Czymś, co przywróci mu zdolność do pracy, utraconą szybkość reagowania, dawną łapczywość. Musi doładować akumulatory.

Pomyślał o niezaczętej wciąż historii Gospodarzy, o swoim Żywocie prawdziwym Gopalów, odkładanym, zdradzanym od lat. Osiądzie na jakiś czas w Delhi i może tym razem spróbuje go napisać. Wymaże z pamięci obraz Opiekuna schodzącego z górnego pokładu łodzi.

Na razie mógł tylko jechać naprzód.

1 szikara – podobna do gondoli łódź, używana na kaszmirskich jeziorach

Część druga ADAM

1

U Gopalów od kilku dni panowała żałoba, choć śmierci dopiero się spodziewano.

Tego ranka, kiedy zniknął Malarz, Caroline wybrała się jak zwykle nad rzekę robić zdjęcia, Adam wszedł na dach, żeby popatrzeć z góry na dławione smogiem miasto. Spod warstwy spalin i dymu dochodziły odgłosy życia: wycie klaksonów, wieczne, nieustępliwe podzwanianie riksz, warkot i klekot, wysokie, napastliwe pokrzykiwania. Na północy, między budynkiem telewizji i pocztą główną, chmura gęstniała, rozlana szeroko nad centrum, a potem posuwała się, rzednąc, w stronę dzielnicy rezydencji. Jeszcze dalej wolna, niemal czysta połać nieba wskazywała ogrody Lodi, a całkiem na zachodzie było widać wąskie, szare słupy dymu z uliczek Starego Miasta.

Miasto budziło się zawsze jednakowo, od razu przytomne i krzykliwe, tak samo zachłanne, jakby wczorajszy dzień się nie liczył, jakby nic na nim nie zyskało. I równie nagle zasypiało, zwalone z nóg, a wtedy spało w nim wszystko, ludzie i zwierzęta. Ciszę w wietrzne noce mącił tylko szelest przeganianych ulicami papierów. To miasto nie miało czasu na zaspokojenie.

– Ani chwili nasycenia – powiedział Adam do siebie, odnajdując wzrokiem odległą brunatną bryłę Wielkiego Meczetu. Z dachu domu Gopala było to możliwe tylko wcześnie rano, kiedy dym znad Starego Delhi jeszcze się nie rozpełzł na całe miasto. O tej porze roku, wczesną jesienią, już koło południa Delhi osnuwała równomiernie mgiełka i czasem nie było widać nawet minaretów dzielnicowego meczetu, dwieście kroków dalej.

Dom miał dobrą lokalizację – na ulicy Głównej, między starym a nowym miastem. Adam zatrzymywał się w nim za każdą bytnością w Delhi. Lubił Pahargandż, dzielnicę drobnych kupców, podróżników, biznesmenów i przemytników, jego wieczne mrowienie się, jego rozchełstanie, zapach murów pleśniejących w porze deszczowej, ciasne kafejki i uliczne smażalnie. Było stąd pięć minut rikszą do centrum, dziesięć piechotą na dworzec kolejowy. Matyas kupował tu dobry haszysz i zdobywał namiary na partyzantów Malika. Wystarczyło posiedzieć parę godzin na kozetce w biurze podróży „Radża” i wypić kilka filiżanek herbaty z mlekiem, żeby załatwić wywiad z kaszmirskim dysydentem albo widzenie w więzieniu miejskim. W zaułkach zaś, z dala od Głównej, kryli się uchodźcy, którzy zawsze chętnie opowiadali o okropnościach kaszmirskiej wojny.

Tak, dom stał w dobrym punkcie, więc żona starego Gopala nigdy nie miała kłopotów ze znalezieniem lokatorów, mimo że kanalizacja była w marnym stanie, a w sieni na parterze rezydował mocno już zdziwaczały Gopal. Tej jesieni interes szedł tak dobrze, że cała rodzina, to znaczy Gopalowie i ich siostrzenica Kamala, sprowadziła się na parter, odnajmując resztę kamienicy. I mogło być tak dalej, gdyby nie dżuma w Suracie.

– A przecież do Suratu będzie z półtora dnia koleją – mówił Gopal, który wieczorem przytomniał.

Adam od lat przychodził do niego na pogawędkę, żeby wysłuchać takiego czy innego fragmentu życiorysu starego matematyka; opowieści o przeprowadzce do Delhi, o pradziadku i jego badaniach nad sanskrytem albo jeszcze wcześniejszą, o Wielkim Pogromie. Od dwóch dni jednak Gopal mówił wyłącznie o epidemii w Suracie i wuju Radżiwie.

– Powtarzam, że to nie żadna zaraza, tylko zwykła przypadłość rodzinna. Wuj miał to samo! – krzyczał.

Według rodzinnej legendy przed trzydziestoma laty wuj Radżiw odrodził się jako jedenaste wcielenie boga Wisznu, i to właśnie w tym Gopal upatrywał przyczynę choroby siostrzenicy. Tuż przed odrodzeniem wuj miał akurat takie objawy, jak ona teraz.

Przypomniał też sobie, że w czterdziestym siódmym, zaraz po uzyskaniu niepodległości, pojechał ciężarówką do Suratu z zamówieniem na książki i manuskrypty do pracowni dziadka. Mówił to z triumfem w głosie, jakby tamta podróż wykluczała obecną epidemię. Z Delhi było do Suratu daleko „,najmarniej półtora dnia koleją”, choć nie mógł zaprzeczyć, że Wielka Zaraza w dziewięćdziesiątym czwartym roku rozprzestrzeniła się po kraju w tydzień, właśnie koleją. Nie do wiary!

– Przez luki w kordonie – tłumaczył mu Matyas, który relacjonował wtedy przebieg epidemii dla gazety. – Otoczyli szpital, a i tak ludzie uciekali. Codziennie po kilkanaście osób.

– Kordony! – mówił lekceważąco Gopal.

– I zła diagnostyka – dodawał Adam. – Trochę trwało, zanim się lekarze zorientowali, z czym mają do czynienia. Dopiero ordynator szpitala miejskiego postawiła diagnozę.

– Pan opowie, jak to było – domagał się Gospodarz codziennie, bo po wylewie cierpiał na zaniki pamięci. Lepiej pamiętał wydarzenia sprzed czterdziestu lat niż to, co usłyszał wczoraj.

– Ludzie wylegali na ulice, domy stały puste – mówił Adam posłusznie, a Gopalowa wyglądała z kuchni, zła, że znów zaczynają. – Krzyczeli, zbijali się w tłum, demolowali, co popadło, albo znikali i na ulicach nie było żywego ducha.

W dziewięćdziesiątym czwartym Matyas trafił już na sam koniec epidemii, kiedy w Suracie truto gazem szczury i odkażano morowe dzielnice. Miasto żyło własnym, nierównym rytmem. Czasem wpadało w letarg, czasem w gorączkowe podniecenie. Przyjechał za późno i te cykle przypływów i odpływów energii były dla niego niezrozumiałe. W okresach ciszy wędrował ulicami, pośród zadeptanych ognisk, spalonych straganów i wybebeszonych walizek, nie wiedząc, dokąd iść, żeby znaleźć jakieś wytłumaczenie. Ludzie zachowywali się inaczej niż w czasie kryzysów czy katastrof, jakby teraz mogli istnieć tylko w gromadzie. Zastanawiał się, czy to jest typowe, czy każde miasto reagowałoby po swojemu.

– Lekarze zbiegli, a ci, którzy zostali, szukali zarażonych w pociągach, autobusach, wszędzie – ciągnął Adam, udając, że nie widzi skrawka zielonego sari w uchylonych drzwiach kuchni. Gopalowa słuchała równie zachłannie jak jej mąż. – Na drogach ustawiono posterunki sanitarne, a i tak wydostało się trzysta tysięcy ludzi. I cały ten tłum ruszył do Bombaju i Delhi, żeby tam szukać ratunku. Tak wyglądał koniec, początku nie widziałem…

Tego roku – strzeżonego Pan Bóg strzeże – zamknięto Surat o wiele wcześniej niż w dziewięćdziesiątym czwartym i Adam znów nie zdążył.

Wieść, że zaraza, której oczekiwało ze strachem całe miasto, jest u Gopalów, wzięła się nie wiadomo skąd i trochę po czasie, bo nowa epidemia suracka miała się już ku końcowi. Dla Gospodyni jej prawdziwym początkiem była tamta podsłuchana rozmowa, właściwie nie pierwsza, o dżumę Gopal kłócił się z Dziennikarzem już trzeci dzień. Gopal mówił, że nie dojdzie, Dziennikarz, że tylko jej patrzeć. Jednak dopiero w środę rano skojarzyła ją z chorobą siostrzenicy. A przecież codziennie bazar obiegała wieść o nowym przypadku, to w starej dzielnicy, to w nadrzecznych slumsach. Ludzie się szykowali, mówili, że skoro epidemia doszła do Delhi dwa lata temu, przyjdzie i teraz. Wywożono śmiecio wiele częściej niż zwykle, przetykano rynsztoki, usuwając gnijące resztki. Mimo to Gospodyni nigdy nie wierzyła, że może trafić na nich, właśnie przez to zapobiegawcze sprzątanie.

Pierwsi zareagowali lokatorzy, na wiele godzin przed nią.

Zaraz po wizycie bramina, którego wezwała do chorej, wyniósł się referent z Ministerstwa Przemysłu, który od czterech lat zajmował pokój frontowy, z oknami na kino „Imperialne” i galeryjką. Spakował walizki, zostawiając meble, etażerkę i biurko, i dlatego Gospodyni jakoś przełknęła stratę. Pomyślała tylko, że też sobie wybrał moment, akurat gdy choroba w domu.

Jeszcze tego samego dnia przyszedł lekarz internistai orzekł neurozę okresu dojrzewania, czego już nikt nie wziął poważnie, Gopalowa najmniej. Lekarza należało wezwać, więc go wezwano, nie rezygnując z żadnych sposobów ratunku, także z tych najmniej wiarygodnych. Z góry jednak było wiadomo, że leczeniem siostrzenicy, cokolwiek jej dolega, zajmie się ktoś inny. Staremu Gopalowi to też się nie podobało.

– Bramińskie nasienie! – wrzeszczał ze swojego siennika, waląc pięścią w pierwszy stopień schodów, aż się niosło po domu. – Dziecko na zmarnowanie!

Tego roku skończył siedemdziesiąt pięć lat, nie miał już sił sam wejść na piętro i naurągać żonie.

Przychodziła do niego dopiero, gdy słabł, cichł i umysł zaczynał mu mrocznieć.

Kiedy późnym popołudniem wyniósł się lokator spod trójki, Gopalowej zaświtała myśl, że to nie może być przypadek. Powiedział wprawdzie, że nie rezygnuje z najmu, tylko jedzie odwiedzić rodzinę na wsi, ale uciekał oczami na boki. Gospodyni żałowała go nie mniej niż referenta, nawet bardziej, bo teraz już wiedziała, że rujnuje ją epidemia w Suracie, a z czymś takim człowiekowi trudno walczyć.

Niemniej poszła do świątyni Lakszmi, swojej patronki, by złożyć ofiarę, bardziej jednak niż zmiłowania spodziewała się wymówienia stypendystki z trzeciego piętra. Kiedy Szwedka przeniosła się do akademika, Gospodyni tylko kiwnęła głową, jakby dopełniał się los, a sprawy szły z góry ustalonym torem. Co do stanu siostrzenicy, zależał on od orzeczenia bramina Rao i od dwóch tysięcy rupii, których potrzebował, aby je wydać. Dopóki to się nie stanie, Gopalowa nie pozwalała sobie nawet podążać myślą w tym samym kierunku co mędrzec Rao.

2

Kiedy trzeciego dnia ogłoszono, że epidemia w Suracie została opanowana i nie ma więcej zachorowań, w kamienicy Gopalów mieszkali już tylko Bob Nelson, Matyasowie i Malarz.

O Malarzu trudno było nawet powiedzieć, że mieszka. Zjawiał się od czasu do czasu, a od roku w ogóle się nie pokazał. Jedynie Gospodyni rozumiała dlaczego, mimo że pozbywa się kolejnych powiązań ze światem, najpierw zachodnim, a potem także tym, który poznał w Indiach, Malarz nadal regularnie płaci czynsz. Nie wyzbył się jeszcze potrzeby posiadania stałego adresu, nawet jeśli nocował na ulicy; dla Gospodyni było to całkiem naturalne. Rozumiała go w tym sensie, że uznawała jego prawo do kolejnych przemian. Po prostu został sannjasinem1, Tym, Który Poszukuje Prawdy, jednostką wyższą. W Kerali, skąd pochodziła, sannjasinowie byli czymś oczywistym, każda wieś miała własnych, stałych lub dochodzących. Tu, w mieście, prawdziwi Poszukiwacze trafiali się coraz rzadziej.