Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu ebook

John Sweeney  

4 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 397 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu - John Sweeney

Nie ma takiej drugiej tyranii na świecie, jak Korea Północna. To Orwellowski Rok 1984, który stał się rzeczywistością.

 

Reżim kontroluje przepływ informacji, zalewając kraj nieustającą, wydobywającą się ze wszechobecnych głośników propagandą. Wolność słowa jest iluzją: jedno nie tak wypowiedziane słowo może skończyć się wysłaniem do obozu koncentracyjnego. Szpiedzy reżimu są wszędzie, gotowi ukarać każdy przejaw nielojalności i najmniejsze oznaki niezadowolenia.
Musisz bić pokłony przed Kim Ir Senem, Wiecznym Wodzem, oraz jego synem, Generalissimusem Kim Dzong Ilem. Musisz oddawać kult zmarłym, a potem sławić żyjących – Najwyższego Przywódcę, Kim Dzong Una.
Koreańczykom z Północy mówi się, że ich kraj jest najwspanialszym miejscem na świecie. Wielki Brat ciągle czuwa.
Dziennikarz BBC John Sweeney, laureat wielu nagród, udał się do Korei Północnej, aby uzyskać bezprecedensowy dostęp do najbardziej tajemniczego państwa na świcie, udając profesora uniwersytetu. W oparciu o jego doświadczenia i wiele godzin rozmów z uciekinierami i innymi ważnymi świadkami, Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu, unosi gęstą kurtynę, ukazuje życie codzienne w tym kraju, bada jego skomplikowaną historię oraz zadaje ważne pytania na temat jego niepewnej przyszłości.

Opinie o ebooku Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu - John Sweeney

Fragment ebooka Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu - John Sweeney

Tytuł ‌oryginału: North Korea ‌Undercover:Inside the ‌World’s Most Secret ‌State

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ‌ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: ‌Karolina Bendykowska

Skład ‌wersji elektronicznej: ‌Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska

Konsultacja: ‌Joanna ‌Rogulska

Fotografia ‌na okładce:

© ‌AP/EAST ‌NEWS

© John Sweeney ‌2013. All rights reserved

© ‌for the Polish edition ‌by MUZA SA, ‌Warszawa 2014

© ‌for the Polish translation ‌by Małgorzata Halaba

ISBN ‌978-83-7758-833-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA ‌SA

Warszawa ‌2014

Wydanie I

Wstęp

Samolot linii ‌Air Koryo zniżył lot, ‌w dole pojawiła ‌się ziemia – pozbawiona ‌drzew, ponura i niegościnna. ‌Maszyna wylądowała dość płynnie, ‌a teraz trzęsła się, ‌snując ‌po nieskończenie ‌długim i nierównym ‌pasie, wzdłuż wałów ziemi, ‌wież strażniczych ‌i rzędów drutów kolczastych, jakby ‌żywcem przeniesionych z filmu Ze ‌śmiertelnego ‌zimna. Jeszcze tylko kilka ‌schodków ‌i już ‌jesteśmy na płycie lotniska. I co teraz?, pomyślałem. Co będziemy robić w Pjongjangu?

Im więcej czasu spędzasz w Korei Północnej, tym mniej się boisz. To niewiedza napędza strach. Celem tej książki jest dostarczenie czytelnikom najważniejszych informacji o jednym z najbardziej tajemniczych krajów na świecie, wypełnienie treścią białej plamy, która zdaje się mówić: masz się bać. To niełatwe zadanie.

Zrozumieć Koreę Północną to jak próbować rozwiązać osobliwą zagadkę kryminalną: najpierw potykasz się o leżące w bibliotece zwłoki i rzucony obok dymiący jeszcze pistolet, po czym trup nagle ożywa, wstaje i mówi ci, że nie ma żadnego pistoletu, że pistolet ten wcale nie dymi, a tak w ogóle to biblioteka jest wytworem twojej imaginacji. To kraj niepodobny do żadnego innego. Nie widać tu reklam. Nie słychać ryku aut ani śpiewu ptaków. Tylko Kim Ir Sen i jego syn Kim Dzong Il uśmiechają się z gigantycznych plansz. Ale nikt nie odpowiada im uśmiechem.

Kim Ir Sen to Kim Pierwszy – zgodnie z ikonografią reżimu przedstawiany jest jako nadkobieca Bogini Matka, ciepła gospodyni domowa w stylu lat pięćdziesiątych, niebiańska Doris Day. Kim Dzong Il, znany także jako Kim Drugi, to Bóg-Kiepski-Sobowtór-Elvisa, z natapirowaną fryzurą, w butach na wysokich obcasach; obleśny, wręcz upiorny. Kim Dzong Un to Kim Tłuścioszek, jednego dnia grożący wypowiedzeniem wojny jądrowej Stanom Zjednoczonym, a następnego – wydający rozkaz rozstrzelania serią z karabinu maszynowego swojej byłej dziewczyny.

Jadowicie zielony autokar rusza, a nasz ubrany na czarno opiekun, pan Hyun, dyszy do mikrofonu: „Obecnie sytuacja jest bardzo napięta. Nikt nie wie, kiedy zostaniemy sprowokowani do wojny, ale tutaj jesteśmy bezpieczni. Nasz autokar należy do Koreańskiego Biura Podróży Zagranicznych, więc Amerykanie go nie zaatakują… Ha, ha…”.

Czy nuklearne pogróżki należy traktować poważnie? Czy kiedykolwiek były realne? Odpowiedź składa się z dwóch słów: nie wiem. Wiem tylko tyle, że zabrano nas na przejażdżkę szeroką autostradą, na której nie było żadnych samochodów. Zabrano nas na uniwersytet, na którym nie było żadnych studentów. Zabrano nas do biblioteki, w której nie było żadnych książek – a przynajmniej takich, po które warto by sięgnąć. A już na pewno nie było w niej Roku 1984 George’a Orwella – wiem, bo pytałem. Zwiedzaliśmy rozlewnię wody mineralnej pozbawioną butelek; elektrownię bez prądu; obóz dla dzieci bez dzieci; farmę bez zwierząt; szpital, w którym co prawda byli pacjenci, ale tylko rano. W każdym z tych miejsc niespodziewanie gasło światło. Dyktatura kłamie, nie mówi prawdy o najzwyklejszych sprawach.

W ciągu ośmiu dni naszego pobytu w Korei Północnej (wtedy właśnie groźby Kim Dzong Una wywołania wojny jądrowej sięgnęły zenitu) przekonaliśmy się, że – ujmijmy to jak najbardziej dyplomatycznie – cały ten reżim to jedno wielkie oszustwo. Jeśli Korea Północna przypuści atak jądrowy, to zginie i reżim, i wszystko, co jest z nim związane. Robocza hipoteza książki Korea Północna. Tajna misja w kraju wielkiego blefu brzmi, że mówienie przez Kim Dzong Una o wojnie jądrowej to gigantyczny blef, który ma odwrócić uwagę od łamania na masową skalę praw człowieka.

Aby blef zadziałał, reżim trzyma wszystkich – zarówno świat zewnętrzny, jak i własnych obywateli – w głębokiej niewiedzy. Próba zrozumienia tego, co dzieje się przed twoimi oczami, to przedziwne doświadczenie. Przez cały czas zastanawiasz się, czy przypadkiem nie straciłeś kontaktu z rzeczywistością – to coś jak scena w Matriksie, kiedy Neo widzi przechodzącego obok czarnego kota, potem następnego, dokładnie takiego samego czarnego kota, a Trinity ostrzega: „W Matriksie déjà vu oznacza jakąś usterkę. Zawsze jest tak, kiedy coś zmieniają”. W czasie całej podróży nie widzieliśmy ani jednego kota i spotkaliśmy dosłownie jednego psa.

Od czasu do czasu usterki w północnokoreańskim matriksie każą ci głęboko się zastanowić. Czy ja naprawdę to widziałem? Czy to jest rzeczywiste? Musisz sobie uświadomić, że masz do czynienia z celowo zaciemnianym obrazem, z wyrafinowanym agregatem do wytwarzania sztucznej mgły. Korea Północna to świat jak z powieści Kafki, napisanej alfabetem, którego nikt nie jest w stanie przeczytać. Ale w tych ciemnościach kryje się przebiegłość reżimu.

Histeryczne pogróżki Kima Trzeciego, że wywoła wojnę jądrową, są przejawem przewrotnej logiki, która utrzymuje dynastię Kimów przy władzy jeszcze długo po tym, jak jej dwaj potężni dobroczyńcy – Związek Radziecki i komunistyczne Chiny – albo przestali istnieć, albo zmienili się nie do poznania.

Szaleństwo jest tak wszechpotężne, że trudno wydobyć na światło dzienne jakąś niezbędną do przetrwania logikę. Spójrzmy na Kim Ir Sena. Wielki Wódz, Słońce Narodu, Żelazny i Niezwyciężony Generał, Marszałek Wszechpotężnej Republiki, Wieczny Prezydent jest obiektem bezwarunkowej miłości dwudziestu czterech milionów ludzi – a może jest ich o trzy miliony mniej? – który codziennie, przez okrągły rok, udziela im audiencji[1]. Owszem, jest dostępny, ale z głową państwa nie da się porozmawiać, ponieważ Kim Pierwszy od dwudziestu bez mała lat nie żyje. To znaczy, że Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna to jedyna w świecie nekrokracja. To znaczy: władzę sprawują zombie.

Żyjący-martwy bóg – woskowa figura – spoczywa w cieple i świetle szklanej skrzyni. Paskudna, wielka jak grejpfrut narośl na karku, tak sumiennie usuwana ze wszystkich zdjęć w ostatnich latach życia wodza, po śmierci została wycięta chirurgicznie. Ostrzegam jednak przed lekceważeniem tego Boga Zombie: w 1945 roku ta oto, leżąca teraz w szklanej skrzyni postać stworzyła najbardziej skuteczną tyranię naszych czasów; dziedziczną mafię, której władza wciąż jest bardzo silna.

Kim Ir Sen był zbirem wybranym przez bandę Stalina do rządzenia połową kraju, który po zakończeniu drugiej wojny światowej wyłonił się z otchłani japońskiej okupacji. W roku 1950 Kim Pierwszy, przekonany, że ludność Południa ucieknie pod jego sztandary, rozpoczął koreańską wojnę domową, która kosztowała życie około trzech milionów ofiar. Trzy lata później granice jego państwa wciąż przebiegały tam, gdzie przed wojną. W strefie zdemilitaryzowanej dyżurny pułkownik powiedział nam, że wojnę zaczęli Amerykanie – w to potężne kłamstwo wierzy chyba każdy Koreańczyk z Północy. Kim Pierwszy stworzył kult jednostki, który wyprał mózgi trzem pokoleniom jego obywateli, oraz system obozów koncentracyjnych dla każdego, kto chciałby się temu praniu mózgów sprzeciwić. W Pjongjangu, w Pałacu Pamięci Geumsusan, nasi opiekunowie – dobrzy ludzie, mistrzowie zombie – grzecznie, ale stanowczo kazali nam pokłonić się Kimowi Pierwszemu. Pokłoniliśmy się, trzykrotnie.

W drugim pomieszczeniu, w szklanym sarkofagu, leży Ukochany Przywódca, syn Wielkiego Wodza. Plotka głosi, że to syn, po gwałtownej sprzeczce, kazał zamordować ojca, bo schorowany starszy z Kimów zdał sobie wreszcie sprawę z klęski głodu, jaka dotknęła jego poddanych[2]. Co ciekawe, mówi się, że wszyscy lekarze i ochroniarze obecni przy śmierci Ojca Narodu albo zmarli w tajemniczych okolicznościach, albo przepadli w łagrze[3]. Prawda czy fałsz? Któż to może wiedzieć? Niektórzy twierdzą, że najlepsza książka o Korei Północnej powstała w roku 1592 i nosi tytuł Ryszard III.

Kim Dzong Il nawet po śmierci wygląda jak kiepska podróbka Elvisa. Jego wizerunek został utrwalony dzięki filmowi twórców South Parku, Team America, w którym uderzająco podobna do Kim Dzong Ila kukiełka śpiewa o swojej samotności: Jesztem taki szamotny, taki szamotny, tak szmutnie szam [http://www.youtube.com/watch?v=xh_9QhRzJEs[4]].

Ośmieliłem się zanucić ją w Korei, kiedy nikogo nie było w pobliżu, ale i tak trząsłem portkami ze strachu. A poza tym, jeśli chodzi o rzekomą szamotnoszcz Kima, to twórcy filmu nie mieli racji. Mówi się, że Kim Drugi znajdował ogromną przyjemność w łóżkowych igraszkach z północnokoreańskimi pięknościami, których dobór kontrolował osobiście, a kiedy znudziły mu się rodaczki, sprowadzał obfitobiuste damy ze Szwecji i Bawarii[5]. Przez długi czas na Zachodzie zastanawiano się, czy ta groteskowa postać, która publicznie wygłosiła tylko jedno zdanie: „Chwała bohaterskiej armii ludowej!”, nie jest przypadkiem opóźniona w rozwoju. Ale w rzeczywistości Kim był mądry. Uciekinierzy z Korei Północnej twierdzili, że Kim Dzong Il to przebiegły łajdak, w typie czarnych charakterów z filmów o Bondzie, choć niepozbawiony wdzięku i autoironii. Na którymś z ekstrawaganckich bankietów dla elity powiedział ponoć Choe Eun Hui, pięknej aktorce z Korei Południowej, którą kazał uprowadzić: „Jestem malutki jak gówno karła, prawda?”.

Kiedy grupka tańczących dziewcząt zaczęła skandować: „Niech żyje Ukochany Przywódca!”, Kim Dzong Il zwrócił się do męża Choe, południowokoreańskiego reżysera Shin Sang Oka, również uprowadzonego: „To wszystko nieprawda. To tylko udawanie”[6]. On mógł to powiedzieć, ale nikt inny by się nie ośmielił.

Czy zresztą jest tu miejsce na kpiny? W latach dziewięćdziesiątych to właśnie Kim Dzong Il stał za klęską głodu, w której zginęły trzy miliony ludzi. Długi szereg zer otępia. Pewien uciekinier z Korei Północnej opowiedział mi, dlaczego uciekł. Zdał sobie sprawę, że musi uciekać, kiedy jego trzyletnia siostrzenica, w najgorszych miesiącach głodu, objadła się suszonej kukurydzy, po czym pękł jej żołądek. Klęskę głodu nazwano Żmudnym Marszem. To właśnie Orwell, któremu jak nikomu innemu udało się zgłębić meandry totalitarnego umysłu, pokazał, w jaki sposób Wielki Brat zawładnął językiem i zaprzągł go do swojej służby oraz jak ludzie o wolnych umysłach musieli bronić się przed podstępnymi sztuczkami lingwistycznymi. Północnokoreańska nowomowa mogła nazywać głód Żmudnym Marszem, co nie zmienia faktu, że był on wielkim aktem oskarżenia wobec reżimu, który nie potrafił wykarmić swoich obywateli. Totalna niewydolność reżimu staje się jeszcze bardziej oczywista, gdy weźmie się pod uwagę, że po drugiej stronie strefy zdemilitaryzowanej znajduje się kraj, którego społeczeństwo odniosło spektakularny sukces. Korea Południowa to kraj bogaty i demokratyczny. (Oczywiście i ona ma swoje problemy, znajduje się na przykład na jednym z czołowych miejsc na liście państw o najwyższej liczbie samobójstw – to najczęstsza przyczyna śmierci wśród ludzi, którzy nie przekroczyli czterdziestego roku życia). Tragedia Korei Północnej polega między innymi na tym, że nie jest ona nawet w stanie wyewoluować w stronę nieco łagodniejszych rządów. Może albo trwać taka, jaka jest, albo umrzeć i zostać wchłonięta przez bliźniaka z Południa. A ten, według niektórych obliczeń, jest trzydziestokrotnie bogatszy, jego obywatele zaś są średnio o siedem centymetrów wyżsi niż ich północni bracia i siostry. Ponieważ jednak śmierć reżimu nie jest dla dynastii Kimów i elity z Pjongjangu korzystnym rozwiązaniem, naród podąża dalej chwiejnym krokiem zombie, żałosny, komiczny i tragiczny zarazem.

Organizacja Narodów Zjednoczonych szacuje, że obecnie jedno na czworo dzieci w Korei Północnej cierpi z powodu głodu lub niedożywienia – a cztery procent wykazuje bardzo poważne oznaki niedożywienia[7]. Niewykluczone jednak, że dane te są zaniżone, a faktyczna skala horroru – znacznie większa. W kraju, w którym nie istnieje niezależne dziennikarstwo, fałszowanie statystyk jest bardzo łatwe. Ale nawet jeśli wziąć wszystkie liczby za dobrą monetę, nie ma wątpliwości, że kiedy ty, drogi czytelniku, czytasz tę książkę, w najbiedniejszych rejonach kraju, z dala od Pjongjangu, kilka tysięcy dzieci i niemowląt umiera śmiercią głodową. Gdybyśmy zobaczyli te dzieci w czasie naszej wycieczki, jej opiekunowie na pewno powiedzieliby: „Żadnych zdjęć”.

Jest jeszcze cierpienie wszystkich niewidzialnych, zamkniętych w obozach koncentracyjnych. W Korei Północnej funkcjonuje cała sieć takich obozów, rozlokowanych w przenikliwie zimnych górach – według bardzo pobieżnych obliczeń w czasie rządów trzech pokoleń Kimów system ten uśmiercił około miliona ludzi.

Według wstępnego raportu Komisji Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Zbadania Przypadków Łamania Praw Człowieka w KRLD, więźniowie łagrów traktowani są z „niewyobrażalnym okrucieństwem”. Korea Północna zignorowała zaproszenie do udziału w pracach komisji, ale kiedy w Seulu rozpoczęły się przesłuchania, oficjalna agencja informacyjna, KCNA, określiła je jako oszczercze, a składających zeznania nazwała „mętami społecznymi”.

Prowadzący przesłuchania australijski sędzia Michael Kirkby powiedział: „Prawda jest najlepszą obroną przed «oszczerstwem». Jeśli cokolwiek z tego, co komisja usłyszała o obozach dla więźniów politycznych, uprowadzeniach za granicą, torturach, głodzie, karaniu kilku pokoleń tej samej rodziny i tak dalej, jest nieprawdą, Komisja zaprasza KRLD do przedstawienia swoich dowodów. Jedna uncja dowodu warta jest dużo więcej od ton inwektyw i nieusprawiedliwionych ataków. Na razie jednak wszystkie dowody, z którymi zapoznała się komisja, wskazują jedno – a dowodów wskazujących coś przeciwnego brak”[8].

Policzmy: trzy miliony Koreańczyków zginęło w czasie wojny wywołanej przez Kim Ir Sena; kolejne trzy w czasie klęski głodu wywołanej przez Kim Dzong Ila. Dodajmy kolejny milion zamordowanych w obozach koncentracyjnych oraz śmiertelnych ofiar prześladowań politycznych i ekonomicznych. To razem daje siedem milionów[9].

Zabicie siedmiu milionów ludzi powinno oznaczać paraliżujący strach i nienawiść tych wszystkich mieszkańców Korei Północnej, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Ale spółka Zombie i Synowie jest uwielbiana. Ludzie są szczęśliwi, dowcipni, skłonni do żartów, weseli. Odwiedziłem, częściej niejawnie niż jawnie, ponad tuzin krajów rządzonych przez dyktatorów: komunistyczną Rumunię, Czechosłowację, Albanię, Iran, Irak pod rządami Saddama, Libię pod rządami Kaddafiego, Syrię, Czeczenię, Zimbabwe, Serbię Miloševicia, Kubę, Białoruś i Koreę Północną. W tej ostatniej czułem się najmniej zagrożony. Na Kubie łatwo zostać napadniętym i okradzionym.

Zwyczajni tyrani żądają całkowitego oddania. W Korei Północnej oddanie jest wcześniej zaprogramowane. Nasi opiekunowie zasugerowali, abyśmy pokłonili się także Kim Dzong Ilowi. Pokłoniliśmy się, trzy razy. W drodze do wyjścia z mauzoleum dwie kobiety płakały. Niczego nie da się porównać do żałoby, jaka ogarnęła cały naród po jego śmierci w roku 2011 – obejrzyjcie sobie na YouTube. To przerażający obraz wybuchu masowego żalu po człowieku, którego racjonalne umysły muszą postrzegać jako potwora. Ale czy ludzie ci naprawdę tak rozpaczali? A może było to gigantyczne oszustwo na miarę XXI wieku[10]?

Reżim został powołany do życia przez Kim Ir Sena, przebiegłego partyzanta, któremu kraj podarowali generałowie Stalina. Japońska okupacja była wielką zniewagą i ludzie na Północy cieszyli się, kiedy na czele kraju stanął Koreańczyk, chociaż autokrata. Potem rozegrała się krwawa wojna domowa, a pokój, który po niej nastąpił, potraktowano jak błogosławieństwo. Nikt w Korei Północnej nie odważy się powiedzieć, że to właśnie Kim Ir Sen rozpoczął wojnę. W połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy w świecie komunistycznym nabrała tempa destalinizacja, Korea Północna pogalopowała w przeciwnym kierunku. Propagandziści Kima Pierwszego najpierw opracowali potężną i okrutną miejscową wersję stalinizmu. Ta z kolei przekształciła się w ideologię dżucze – domorosłą wersję Żabrołaków [patrz: L. Carroll, Alicja w Krainie Czarów i Po drugiej stronie lustra, przeł. Robert Stiller, Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1990, s. 123–124] połączoną z Brobdingnagowską gigantomanią i kultem jednostki [Brobdingnag to fikcyjna kraina z powieści Jonathana Swifta Podróże Guliwera, zamieszkana przed olbrzymów]. Syn starszego z Kimów, Kim Dzong Il, zbudował wręcz kult dżucze, zmieniając jego nazwę na kimiresenizm. Reżim aktywizuje hasła narodowego stalinizmu, dżuczeizmu i kimirsenizmu wtedy, kiedy jest mu wygodnie, ale prawdziwy system przekonań KRLD – ten, który agresywnie atakuje społeczeństwo za pośrednictwem telewizji, plakatów propagandowych, radia i rozmieszczonych wszędzie głośników, to ta sama, odwieczna czarna magia: czystość rasowa. Oczywiście, jest pewien szczegół, który różni ten system od ideologii nazistowskiej w czystej postaci: Koreańczycy z Północy nie są rasą panów, która ma rządzić innymi rasami, ale niewinnymi dziećmi chronionymi przez swoich wodzów: Wielkiego, Umiłowanego i Tłustego – przepraszam, Młodego.

Podobnie jak w Trzeciej Rzeszy, popularność reżimu wśród północnokoreańskich mas jest przygnębiająca. Społeczeństwo radośnie oddało się w niewolę religii politycznej. Zniewolenie umysłów przypomina jeden z amerykańskich kultów zmarłych, ale w Korei nie mają Kool-Aid [chodzi o grupowe samobójstwo popełnione w roku 1978 roku w Jonestown w Gujanie. Przywódca grupy Jim Jones kazał swoim wyznawcom wypić napój Kool-Aid z cyjankiem potasu]. Mają za to bombę atomową.

W reżimowym kulcie rasy pobrzmiewają dźwięki popularnych, acz ponurych metafor z koreańskiej historii. Quasi-nazistowska ideologia zrównuje czystość rasową z dobrem ludzkim. Nieczyści nie mają prawa do życia, istnieją niepokojące dowody na to, że reżim masowo morduje noworodki. Śledztwo Komisji ONZ do spraw Praw Człowieka raportuje: „Kobieta z Korei Północnej zeznała, że była świadkiem, jak więźniarkę zmuszono do utopienia swojego dziecka w wiadrze z wodą”[11]. W czasie ośmiu dni spędzonych w Korei Północnej widziałem dwie osoby niepełnosprawne – obie dorosłe. W Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej widok kalekich żebraków jest powszechny. To, że w Korei Północnej nie ma kalekich noworodków, niemowląt ani starszych dzieci, rodzi niepokojące pytanie: gdzie się podziały?

Rządy Kima Trzeciego to ostatnie echa komunizmu. Latem 2012 roku budynek na placu Kim Ir Sena zdobiły ogromne portrety Marksa i Lenina; rok później, w czasie naszej podróży, Karol i Włodzimierz zniknęli.

Kim Dzong Un reprezentuje trzecie pokolenie Kimów u sterów mrocznego państwa. Ma trzydzieści jeden lat i jest otyłym przywódcą narodu wychudzonych ludzi. Wykształcenie zdobywał w elitarnej szkole w Szwajcarii, można zatem założyć, że zna prawdę o Korei Północnej, nawet jeśli nie zna jej nikt inny. W materiałach pokazywanych w telewizji północnokoreańskiej widać, jak z pokładu kanonierki przywódca wychodzi na skalistą plażę. Dookoła żołnierze. Kim Trzeci wraca na statek, który majestatycznie odpływa. Żołnierze, w ekstazie, skaczą do lodowatej wody. To chore[12].

W dniu, w którym Kim Trzeci zagroził użyciem broni jądrowej w wojnie przeciwko Stanom Zjednoczonym, zwiedzaliśmy strefę zdemilitaryzowaną – miejsce, w którym spotykają się obie Koree. Dyżurny pułkownik powiedział: „Nic się nie przejmuj” i poklepał mnie po plecach. Wróciliśmy do Pjongjangu. W barze karaoke nasz opiekun pan Hyun śpiewał My Way. Żal za wojną termonuklearną? Nie warto nawet o tym wspominać. Czy ta cała gadka o armagedonie miała miejsce naprawdę? A może to tylko gra, prowadzona na potrzeby poddanych Kima Trzeciego, aby karnie stanęli po jego stronie?

Rząd Korei Północnej kłamie: kłamie w sprawie zabójstw, głodu i swojej potęgi. Ale nie może kłamać na temat ciemności. Drogi czytelniku, oddaj honory traktatowi o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku[13]. W kosmosie istnieje wolność przemieszczania się i wolność wypowiedzi – które w Utopii Kimów są niedostępne. W roku 2011 satelita wprowadzony na orbitę przez NASA i NOAA (Amerykańska Narodowa Służba Oceaniczna i Meteorologiczna) pokazał Koreę Północną widzianą z kosmosu. Satelita wyposażony jest w radiometr obrazowania w podczerwieni – to bardzo czuły aparat cyfrowy, który pokazuje światło emitowane wskutek działań człowieka – a wykonane przez niego zdjęcia dają pogląd na to, co moglibyśmy zobaczyć, patrząc przez okno międzynarodowej stacji kosmicznej ulokowanej ponad osiemset kilometrów nad Ziemią.

Satelita meteorologiczny patrzy na powierzchnię Ziemi i pokazuje świat nocą, a w nim jarzące się światłami wielkie miasta: Nowy Jork, Londyn, Moskwę, Pekin, Seul. Pjongjang, stolica Korei Północnej, emituje co prawda wąską strużkę światła, ale reszta kraju pogrążona jest w ciemnościach tak głębokich, że łatwo wysnuć fałszywy oczywiście wniosek, iż ten kraj w ogóle nie istnieje.

W niniejszej książce przytaczam opowieści z tego ciemnego kraju. Wśród świadków znalazło się siedmiu uciekinierów z Północy; bojownik IRA z zachodniego Belfastu, który spędził w Korei Północnej dwa miesiące, ucząc się produkcji bomb; tłumacz Ceauşescu; amerykański żołnierz, który zbiegł na Północ i któremu, po czterdziestu latach, udało się stamtąd uciec; włoski senator; włoski szef kuchni; dwóch tłumaczy, którzy przetrwali koszmar obozu koncentracyjnego; artystka, która zniknęła we Włoszech i dwadzieścia lat później zmarła w Pjongjangu.

Ale mieszkańcy Korei Północnej, uwięzieni przez dyktaturę, nie wiedzą, jak mroczne i ponure są ich władze. Pranie mózgu, jak twierdzi profesor Robert Lifton, amerykański psychiatra, jeden z największych światowych specjalistów, który prowadził terapię amerykańskich żołnierzy schwytanych do niewoli przez Koreę Północną, wymaga przede wszystkim zdławienia swobody przepływu informacji[14]. Im mniej ludzie wiedzą, tym więcej mogą wytrzymać. Z zewnątrz wygląda to tak, że im mniej wiemy, tym bardziej się boimy.

Reżim kłamie na swój własny temat, na temat swojej historii. Aby pokazać tę nieuczciwość, na zlecenie programu BBC pt. Panorama wybrałem się do Korei Północnej, podając się za profesora historii. Okłamałem dyktaturę. Musiałem to zrobić, ponieważ reżim zazwyczaj nie wpuszcza dziennikarzy lub pilnuje ich tak dokładnie, że właściwie niczego nie są w stanie zobaczyć. Jedynym wyjątkiem jest Associated Press – agencja, która może się pochwalić biurem w Pjongjangu. AP Pjongjang oskarżana jest jednak o rozpowszechnianie „wesołych, optymistycznych opowiastek zamiast prawdziwych informacji, czyli o skuteczne realizowanie polityki «niewspominania o obozach»[15]. Sama agencja odrzuca zarzuty o autocenzurze jako „błędne”.

Wyprawa do Korei Północnej pod przykrywką przypominała mi czasem udział w filmie OperacjaArgo, ale czytelnicy powinni uświadomić sobie dziwny paradoks: KRLD, chociaż własnych obywateli traktuje okrutnie, to do gości zagranicznych odnosi się komicznie szarmancko. O ile nie propagujesz religii chrześcijańskiej, a zwłaszcza jeśli nie jesteś Koreańczykiem z amerykańskim paszportem, to jako turysta zagraniczny nie masz się czego obawiać. Korea Północna będzie dla ciebie całkowicie bezpiecznym krajem.

Jako grupa złożona ze studentów i fałszywego profesora byliśmy gośćmi reżimu. Najlepszym – w tym wypadku najmniej złym – porównaniem byłoby podróżowanie po hitlerowskich Niemczech w roku 1936 w czasie igrzysk olimpijskich. Michael Breen, biograf Kim Dzong Ila, również pojechał w przebraniu, udając, że jest nie dziennikarzem, tylko kimś zupełnie innym: „Jako cudzoziemcy czuliśmy się bezpiecznie. Najgorsze, co mogło nas spotkać, to wydalenie z kraju”[16]. Nic mu się nie stało. Nam też nic się nie stało.

W Korei przez cały czas towarzyszyli nam „przewodnicy” – pan Hyun i panna Jun. Gdybyśmy, bez wcześniejszego błogosławieństwa reżimu, próbowali coś filmować, narazilibyśmy ich na niebezpieczeństwo. Nie zrobiliśmy tego – według Simona Cockerella z Koryo Tours, zazwyczaj krytyka naszej Panoramy: „Piloci waszej grupy, pokazani w programie, mają się dobrze. Wciąż pracują, spotkałem się z nimi osobiście w ubiegłym tygodniu (w kwietniu 2013 roku). W programie nie powiedzieli niczego, co wychodziłoby poza przyjęte standardy, a reporter – oprócz faktu, że był reporterem – nie zaangażował się w żadną działalność, która w Korei Północnej uchodzi za nielegalną”[17]. Cockerell, który był w Korei Północnej sto dziewiętnaście razy, twierdzi, że dla turystów zagranicznych jest to bardzo bezpieczny kraj: „W ciągu ostatnich dwudziestu lat zorganizowaliśmy tysiące wycieczek i nigdy żaden z uczestników nie został zatrzymany, przesłuchany, szykanowany, wydalony czy aresztowany”.

Spośród trzech głównych filarów imperium zła według George’a W. Busha – Iraku Saddama, Iranu ajatollaha i Korei Północnej – ten ostatni kraj zdecydowanie jest miejscem, które najbezpieczniej odwiedzić, ale w którym najtrudniej żyć. Sierżant Charles Robert Jenkins z armii Stanów Zjednoczonych uciekł do Korei Północnej w roku 1965. Dzięki nieprawdopodobnemu szczęściu i sile miłości po czterdziestu latach wydostał się z, jak sam mówi, „gigantycznego, obłąkanego więzienia”[18]. Określenie trafne, tyle że w więzieniach są strażnicy, a nie przewodnicy. Za pytaniem: „Czy nie naraziłeś na niebezpieczeństwo swoich przewodników?” kryje się założenie, że Korea Północna to normalny kraj, który bez problemów można odwiedzić.

Ale Korea Północna takim krajem nie jest. Zwykły człowiek nie może się po nim swobodnie poruszać. Zwykły człowiek nie może z tego kraju wyjechać, nigdy. Nie ma tutaj wolności słowa. Nie ma rządów prawa. Nie ma parlamentu ani niczego, co byłoby godne tej nazwy. Jest tylko trwające od trzech pokoleń pranie mózgów. Przewodnicy ciężko pracują, aby przedstawić Koreę Północną jako normalny kraj. A reżim, aby uniknąć kłopotliwych pytań, wywiera na zagranicznych gości subtelne naciski, zmuszające do przyjęcia pożądanego punktu widzenia. Słuchajcie przewodników albo oni ucierpią – takie jest przesłanie. Naciski są skuteczne[19]. Ale czy należy im ulegać? Oczywiście, przewodnicy to ludzie z krwi i kości. Ale takimi samymi ludźmi jest sto tysięcy więźniów politycznych w obozach koncentracyjnych. [Według Amnesty International więźniów politycznych jest kilkaset tysięcy]. Tyle tylko, że tych ostatnich nie widać. Czy przypadkiem starając się „chronić przewodników”, nie narażasz na większe niebezpieczeństwo niewidzialnych przeciwników reżimu? Kiedy nasi przewodnicy pokazywali nam coś absurdalnego – jak szpital, w którym byli pacjenci, ale tylko rano – wyobrażałem sobie te sto tysięcy więźniów, którzy zagrzewają nas do czynu. My jednak pozostajemy głusi na ich energiczne okrzyki nawet chyba bardziej niż na jęki rozpaczy. Ale to, że ich nie widzimy ani nie słyszymy, nie oznacza, że ich nie ma, co pokazuje rozdział 19: Cyrk zwany łagrem.

Wszędzie wchodzi w paradę czynnik ludzki. Nasi przewodnicy lub opiekunowie byli miłymi ludźmi, lecz jednocześnie byli agentami ponurego reżimu. Richard Lloyd Parry z gazety „The Times” powiedział o nich dosadnie: „To uprzywilejowani, dobrze wykształceni oraz (jak na północnokoreańskie standardy) dobrze poinformowani lokaje totalitarnej dyktatury. Jako istoty ludzkie są tak samo różnorodni jak my. Ale kiedy odsunąć na bok ich życzliwość, ciekawość lub jej brak, to widać, że ich pracą jest kłamanie, bajerowanie i mydlenie oczu”.

Nasza podróż wywołała wiele kontrowersji. Oficjalnie osoby zaproszone do Korei Północnej były studentami i absolwentami LSE (London School of Economics), ale nie była to wyprawa LSE. Studentów uprzedzono, dwukrotnie, że jedzie z nimi dziennikarz; ostrzeżono ich także, że wiąże się to z ryzykiem aresztowania, zatrzymania i uniemożliwienia powrotu do kraju. W dniu, w którym mieliśmy spotkanie całej grupy, Korea Północna przeprowadziła próbę jądrową. Ta informacja pojawiła się we wszystkich wiadomościach. Każdy miał prawo zrezygnować z podróży. Na długo przez wyjazdem z Londynu moje nazwisko pojawiło się we wszystkich dokumentach. Jeśli chodzi o mnie, to nie miałem najmniejszego zamiaru wprowadzać studentów w błąd.

Pojechaliśmy jako część grupy turystycznej, której wyjazd organizowało Stowarzyszenie Przyjaźni Koreańskiej (Korean Friendship Association – KFA), opisywane jako „jedna z bardziej nieprawdopodobnych sekt”[20]. Prezesem SPK jest Alejandro Cao de Benós, albo, aby użyć jego koreańskiego honoryfikatora, Jo Sun Il, co oznacza „Korea jest jedna”. Tego hiszpańskiego konsultanta IT, który uwielbia przebierać się w północnokoreański uniform, „Independent” nazywa „ideologicznym wazeliniarzem”. Gazeta cytowała anonimowe osoby opisujące go jako „doskonały przykład pożytecznego idioty”. Ktoś inny powiedział: „Moim zdaniem to narcyz. Kocha władzę i wpływy, jakie tam ma. Myślę, że to jego główna motywacja – fakt, że tam jest kimś tak wyjątkowym”. Kolejna osoba stwierdziła: „Trudno wierzyć w koreańską propagandę, jeśli choć raz było się w Korei. Trudno też wrócić do Korei Północnej i powiedzieć ludziom, że to, o czym im się mówi, to szczera prawda – że reszta świata jest zła, że wszyscy skaczą sobie do gardeł, że wszędzie same wojny i ucisk… A on to właśnie robi. Nikt go nie zmusza – postępuje tak dla własnych korzyści, władzy i prestiżu. To potworne”.

Cao de Benós tak powiedział „Independent” w swojej obronie: „Potraktuję to jako przejaw zazdrości ze strony ludzi, którzy nie mają w swoim życiu celu. Moje życie jest pełne wielkich spraw. Nie chcę być niewolnikiem systemu kapitalistycznego. Moim marzeniem jest, aby stać się częścią rewolucji”[21].

Kiedy nasza grupa cało i zdrowo wróciła z Pjongjangu, udałem się do BBC World News i powiedziałem, że tamtejszy reżim jest „szalony, smutny, zły i głupi – wszystko jednocześnie”[22].

Koreańczycy widzieli mój wywiad, a Cao de Benós, pisząc jako specjalny delegat Komitetu Stosunków Kulturalnych KRLD z Zagranicą, odparował: „Jestem w kontakcie z przedstawicielami LSE […]. Staranie się o wizę i zatajenie prawdziwego celu przyjazdu jest sprzeczne z prawem […]. Zignorujemy ten incydent, jeśli pan Sweeney zaprzestanie swojej dziennikarskiej aktywności związanej z wizytą LSE w KRLD. W przeciwnym razie, jeśli na antenie pojawi się związany z tą wizytą program, nie pozostanie mi nic innego, jak ujawnić rzeczywiste fakty i dane. A jedyną osobą, która zostanie obarczona winą za całą sytuację, będzie pan Sweeney… Decyzja należy do was”.

Cao de Benós spełnił swoje groźby. Do London School of Economics – mojej macierzystej uczelni – wpłynęły informacje, które przekazaliśmy ambasadzie Korei Północnej w Pekinie. Szef LSE Craig Calhoun był w Pekinie w tym samym czasie co my[23].

LSE ujawniła informacje na nasz temat posiadane przez Koreę Północną, potępiła nasz czyn oraz wezwała, aby nie emitować programu. BBC twardo stała na swoim stanowisku – nasz film został wyemitowany. Rozpoczął się długi spór, który wciąż czeka na rozwiązanie.

Całą historię opisała gazeta „The Times”, pojawiły się interpelacje w parlamencie. Na Twitterze porównywany byłem do Jimmy’ego Savile’a oraz do Saifa Kaddafiego, który był doktorantem na LSE. Wjazd do kraju rządzonego przez najbardziej skrytą dyktaturę na świecie i wyjazd z niego nie jest sprawą łatwą. Jedyne wyjście to się nie przejmować. Ale ważne jest, aby dziennikarze starali się rzucić nieco światła na te ciemne miejsca, w których dławi się wolność słowa. Andrei Lankov, jeden z wielkich obserwatorów tego, co dzieje się w Korei Północnej, zauważył: „Żaden cudzoziemiec nie może prowadzić w Korei Północnej niezależnych badań w tamtejszych bibliotekach, nie mówiąc o archiwach. Cudzoziemcom w ogóle odmawia się dostępu do bibliotecznych katalogów”[24].

Przed emisją filmu niektórzy studenci żywili obawy związane z ich pojawieniem się na ekranie. Uspokoiliśmy ich. W filmie nie padła nazwa uczelni, zresztą – nigdy nie mieliśmy zamiaru jej ujawniać. Ale po emisji wybuchł publiczny spór, w którym obie strony wysuwały swoje argumenty[25]. Rada programowa BBC bada wszystkie skargi związane z Panoramą. I chociażby z tego powodu nie jest to ani miejsce, ani pora, aby dłużej zatrzymywać się na tej sprawie.

Nasz program Korea Północna z ukrycia obejrzało ponad sześć milionów widzów. Czyli jeden na dziesięciu mieszkańców Wielkiej Brytanii[26]. Widzowie zobaczyli zwykłe kłamstwa, jakimi karmił nas reżim, wysłuchali opowieści uciekinierów – świadectw, których reżim słuchać nie chce. Program ukazał się na antenie 15 kwietnia – w „najświętszym” dniu północnokoreańskiego kalendarza, w urodziny Kim Ir Sena – wybór daty wprawił jednego z uczestników-uciekinierów w prawdziwą euforię.

Korea Północna pozostaje najbardziej kontrolowanym krajem na świecie, ale cuda technologiczne XXI wieku powoli zaczynają topić tę lodową skorupę. Dwa miliony ludzi posiada telefony komórkowe – tyle tylko, że można ich używać wyłącznie do połączeń krajowych. W czasie pobytu w strefie zdemilitaryzowanej któryś ze studentów z naszej grupy miał włączony iPhone i odebrał sygnał z anten nadawczo-odbiorczych ulokowanych tuż po drugiej stronie granicy, w Korei Południowej. Zatwittował: „W strefie zdemilitaryzowanej,#AleTuZimno”. Włączyłem swój aparat i też odebrałem sygnał. Jeśli nam się to udało, to znaczy, że udaje się to i Koreańczykom używającym przemyconych z Chin telefonów komórkowych. Lodowaty uścisk reżimu zaczyna słabnąć.

Dynastia Kimów pozostaje u władzy niemal ćwierć wieku po upadku muru berlińskiego. I to jest chyba największa tajemnica tego mrocznego narodu: dlaczego do tej pory nie obalił tyranii? Znakomita, wstrząsająca praca Barbary Demick na temat głodu w latach dziewięćdziesiątych została zatytułowana Nothing to Envy [Nie ma czego zazdrościć][27]. Szybki przegląd krajów najbardziej zainteresowanych tym, co dzieje się w Korei Północnej – Korei Południowej, Chin, Japonii i Stanów Zjednoczonych – można podsumować krótkim stwierdzeniem: „Żaden z nich na zmianach w tym kraju nic nie zyska”. Korei Południowej może się nie podobać tyrania u północnego sąsiada, ale czy naprawdę chciałaby mieć na głowie dwadzieścia milionów na wpół zagłodzonych i wynędzniałych współbraci? Czy Chinom zależy na tym, aby tuż przy granicy ulokował się im sojusznik Stanów Zjednoczonych? Czy Japonii opłaca się mieć jeszcze większą konkurencję w postaci zjednoczonej Korei? A co zyskują Stany Zjednoczone i reszta świata na budzącej obawy transformacji wywołanej upadkiem wyposażonego w broń jądrową tyrana, którego nie wiadomo kto zastąpi? A może obecny zastój to po prostu mniejsze zło? W roku 1987 prezydent Reagan udał się do Berlina Zachodniego i powiedział radzieckiemu przywódcy: „Panie Gorbaczow, niech pan zburzy ten mur”. Trudno się spodziewać, żeby w tym przypadku ktoś zdobył się na równie śmiałe żądanie.

Zagrożenia armagedonem nie należy bagatelizować. Profesor Brian Myers, ekspert w dziedzinie północnokoreańskiej ideologii, powiedział mi: „Może dojść do wojny jądrowej. Jestem pewien, że wywołanie takiego kataklizmu nie leży w planach Koreańczyków z Północy, ale zawsze należy się liczyć z fatalnym błędem w kalkulacjach”. W ciemnościach Korei Północnej łatwo nie zauważyć zjawiska jeszcze mroczniejszego: otóż strach przed zmianami, a zwłaszcza wciąż podsycany strach przed wojną jądrową, wojną, którą Kim Dzong Un musi przegrać (o czym zapewne wie), przesłania codzienność narodu, który cierpi niesłychaną biedę. Zagrożenie ze strony tyrana maskuje agonię narodu.

Wszystkie tezy zawarte w tej książce to moje prywatne poglądy, niemające nic wspólnego z polityką BBC. Jeśli zapoznacie się z doniesieniami prasowymi na mój temat, to zobaczycie, że chwilami w oczach innych dziennikarzy wyglądam zapewne na faceta, który szuka guza. Przepraszam ich za to, przepraszam wspaniałą brytyjską opinię publiczną, która płaci moją pensję. Ale żeby uprawiać trudne dziennikarstwo, trzeba czasem być niesfornym chłopcem.

A ja szczerze wierzę w konieczność i celowość oświetlania ciemnych zakamarków. Napisałem książki o czterech zamkniętych społeczeństwach, do pewnego stopnia przypominających Koreę Północną: o Rumunii za rządów Ceauşescu, którą odwiedziłem w roku 1985, a następnie w 1989, kiedy przygotowania przywódcy do świąt Bożego Narodzenia przerwał pluton egzekucyjny[28]; o Iraku Saddama[29]; o Białorusi Łukaszenki[30]; oraz o Kościele scjentologicznym – w roku 2007 budzącym grozę, sześć lat później zaś, kiedy o nim pisałem, już nieco mniejszą[31].

W zrozumieniu tego, co się teraz dzieje w Korei Północnej, pomaga uświadomienie sobie, że kiedyś wielu rumuńskich komunistów, irackich zwolenników reżimu Saddama oraz scjentologów ze śmiertelną powagą zapewniało mnie o swojej lojalności wobec panujących władz; kilka lat później zrozumieli oni, jakiemu praniu mózgu byli poddawani. Reżimy upadają, pomniki są rozbijane, betonowe umysły pękają i pokrywają się kurzem.

Za ogrodzeniem Folwarku Bez-Zwierzęcego stał gigantyczny pomnik Kima Pierwszego, otoczonego szczęśliwymi wieśniakami z workami zboża. Nasi opiekunowie zasugerowali, abyśmy się ukłonili – po raz siódmy w tym dniu – i zrobiliśmy to. Dwa dni później, w Korei Południowej, zapytałem uciekiniera i przywódcę dzielnej organizacji o nazwie rodem z Monty Pythona – Front Wyzwolenia Ludności Korei Północnej – czy kiedykolwiek widział jakieś graffiti. Najpierw odruchowo odpowiedział, że nie, ale po chwili ożywił się, przypomniawszy sobie, że tak – raz jeden widział w Korei Północnej graffiti. Było to w miasteczku na północnym wchodzie kraju, na ścianie kliniki uniwersyteckiej, o szóstej rano. Ktoś nabazgrał: „Precz z Kim Dzong Ilem”. Uciekinier zapisał mi w notesie odpowiednie ideogramy, tłumacząc, że po koreańsku zdanie brzmi: „Kim Dzong Il – precz z” oraz że imię napisane było wyraźnie, pewną kreską, natomiast druga część – w widocznym pośpiechu. Pół godziny później przy napisie zebrała się grupka licząca jakieś trzydzieści osób, mówił uciekinier. Potem szybko zjawiła się milicja i zamalowała napis.

Pewnego dnia wrócę do Korei Północnej. Reżim nie jest tak potężny, jak by się wydawało – pewnego dnia pomniki dwóch zbrodniarzy runą na ziemię. I wtedy znajdę autora graffiti. I pokłonię się jemu lub jej. Tym razem zrobię to szczerze.

1 W kraju plastikowej ropuchy

Widziałem pięć najbardziej przerażających budynków na świecie – szarą bryłę siedziby KGB/FSB na Łubiance w Moskwie; hotel Rjungjong w Pjongjangu przypominający statek kosmiczny; siedzibę Kościoła scjentologicznego w kształcie błękitnego betonowego anioła na L. Ron Hubbard Way w Los Angeles; marmurową piramidę-mauzoleum Envera Hodży w Tiranie oraz Planetarium w Pjongjangu. Spośród nich ten ostatni jest bez wątpienia najkoszmarniejszy – wygląda jak skrzyżowanie modelu Saturna i gigantycznej srebrnej kuli wirującej nad parkietem w rytm muzyki disco. Planetarium wznosi się dumnie przy drodze między przypominającą oborę halą przylotów miejscowego lotniska i Wielkim Zombie, czyli samym miastem Pjongjang, wyłaniającym się zza mizernego zagajnika.

Jest coś nieszczerego w futurologii niedawno minionych lat, kiedy mężczyźni nosili wielkie okulary, a kobiety – natapirowane fryzury. Saturn z Pjongjangu miał obrazować przyszłość Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. A jak wygląda rzeczywistość widziana przez okno naszego autokaru? Powierzchnia modelu planety udekorowana jest kwadratowymi, modnymi przed laty lusterkami – spodziewasz się nawet, że w pobliżu ujrzysz Johna Travoltę w białym garniturze. Ale ani on, ani Bee Gees nie są w Korei Północnej zbyt popularni, a lusterka dawno zdążyły zmatowieć. Nad doliną Pjongjang unosi się mgła lub nisko wisząca chmura – nie jest drażniąca jak smog w Pekinie, ale wystarczająco posępna – a efekt ten potęguje planeta pozbawiona blasku. Podobnie zresztą jak niegdyś świetlana przyszłość.

Masz wrażenie, że odbyłeś podróż w czasie albo że trafiłeś na plan kiepskiego filmu science fiction – kręconego metodą oszczędnościową, w zamkniętym studiu o niewielkiej powierzchni. Dla Koreańczyków jest to podróż na drugą stronę – mogą pozostawić swój świat i przenieść się w inną rzeczywistość, w życie na innej planecie. „Czułem się jak żaba, która wyszła ze swojej sadzawki. Przedtem mogła podziwiać tylko fragment nieba, a teraz zobaczyła cały świat. Czułem się tak, jakbym znalazł się po drugiej stronie lustra”, pisze uciekinier Hyok Kang w swojej książce This is Paradise! [To raj!][32].

Motyw kiepskiego filmu science fiction powraca w opowieściach tych, którzy odwiedzili Koreę Północną, jak uporczywy senny koszmar. Znakomity włoski pisarz Tiziano Terzani po raz pierwszy przyjechał do Korei Północnej w roku 1980. Według niego samolot, który dwa razy w tygodniu przywozi z Pekinu do Pjongjangu nielicznych turystów, to una machina del tempo – wehikuł czasu[33]. Bradley K. Martin, amerykański dziennikarz, który odbył podobną podróż rok wcześniej, zaczyna swoją książkę cytatem z Wehikułu czasu H.G. Wellsa: „Do przeszłości już należały sklep, reklama, ruch miejski, cała ta handlowość, która stanowi ciało naszego świata…” [H.G. Wells, Wehikuł czasu, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2005, s. 43][34]. Christopher Hitchens, który także odwiedził ten kraj, podając się za wykładowcę akademickiego – ponieważ dziennikarzom wstęp do Korei Północnej jest surowo wzbroniony – uznał Koreę za państwo zgoła pozaziemskie, do tego stopnia, że swój artykuł zatytułował: Visit to a Small Planet [Z wizytą na małej planecie][35].

Dwanaście lat po galaktycznej krucjacie Hitchensa wrażenie było dokładnie takie samo – jakbyśmy cofnęli się w czasie lub przekroczyli inny wymiar i trafili do rzeczywistości całkowicie odmiennej niż znany nam dotychczas wszechświat, w miejscu i czasie ziejącymi nienawiścią. Oficer kończący wojskową paradę krzyczy na ekranie państwowej telewizji: „Bezlitośnie zniszczymy Stany Zjednoczone!”.

To, że Korea Północna jest najbardziej archaicznym państwem na świecie, a jej przywódcy bronią się przed współczesnością, nie jest dziełem przypadku. W swojej historii Korea, a zwłaszcza jej północna część, zdominowana przez nieprzystępne góry, często odwracała się plecami do reszty świata. Znana była jako Hermit Kingdom, Pustelnicze Królestwo. Jeszcze długo po tym, jak Chiny niechętnie zaakceptowały na obrzeżach Państwa Środka cudzoziemskie porty traktatowe, Koreańczycy trzymali się mocno, wierząc, że czystości rasy należy bronić wszelkimi środkami.

Najeźdźcy lubią równiny. Nie przepadają za górami i innymi przeszkodami geograficznymi, które zakłócają ewentualne podboje. Dlatego po mieszkających na równinach wyznawcach dawnych religii od wieków już nie ma śladu, za to w górach dawne wierzenia, języki i obyczaje przetrwały. Język walijski, na przykład, który powinien przestać istnieć już w 1282 roku, wciąż żyje w górzystych rejonach zachodniej Anglii; na wyspach leżących na zachód od Irlandii i daleko na północ od Szkocji przetrwał gaelicki; landino ma się doskonale w wyższych partiach Dolomitów dwa tysiące lat po Rzymianach. A czeczeński nacjonalizm stoi kością w gardle rosyjskiemu niedźwiedziowi – półtora wieku po tym, jak Michał Lermontow napisał swoją Kołysankę kozacką [przeł. Renata Miłosz, http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=12965]:

(…) Terek pluszcze o kamienie,

Toczy mętny zdrój; Na brzeg pełznie zły Czeczeniec,

Ostrzy kindżał swój. Ojciec twój jest mężny w boju,

A więc ufność miej: Śpij, maleńki, śpij w spokoju,

Słuchaj bajki mej (…)[36].

Korea Północna jest górzysta jak Czeczenia i tak samo jak ona wroga dla obcych. Ziemia jest tu jałowa, nie ma bogatych złóż złota ani srebra, które kazały konkwistadorom ryzykować podbój Peru. Świat na długie wieki zostawił więc Koreę w spokoju – była niezbadana jak ciemna strona Księżyca.

Jeden z mitów założycielskich narodu koreańskiego – nieustępujący fantazją historii założenia Rzymu – głosi, że niedźwiedzica kochała się z bóstwem, a owocem ich związku był półbóg zwany Tangunem, który założył państwo Chosun ze stolicą w Pjongjangu. Początkowo między Koreą a Chinami nie było wyraźniejszych różnic. „W długiej historii tego kraju przez większą część czasu jego północna granica była płynna, a tożsamość narodowa wykształconych Koreańczyków oraz tożsamość ich chińskich sąsiadów nierozróżnialne”, pisze profesor Brian Myers[37]. W roku 918 zostało założone królestwo Goryeo, Chiny i Korea zaś stały się wyraźnie odrębnymi krajami. W 1392 roku do władzy doszła dynastia Joseon, a wraz z nią do kraju trafił konfucjanizm – oraz sztywny podział społeczeństwa na pięć kast. Na samym dole znajdowali się niewolnicy (niewolnictwo zniesiono dopiero pod koniec XIX wieku). Nad nimi ulokowali się „niedotykalni”, czyli rzeźnicy, grabarze i tym podobni. Trochę wyżej – chłopi, kupcy i rzemieślnicy. Dalej tłumacze, urzędnicy i lekarze, a jeszcze wyżej – kasta rządząca, yangban – wyżsi urzędnicy cywilni lub wojskowi, obdarzeni konfucjańskim Mandatem Niebios. Elitarność i wyraźne podziały społeczne do dziś są bardzo głęboko wyryte w świadomości Koreańczyków – ta prawda dotyczy zarówno Północy, jak i demokratycznej Korei Południowej, chociaż w mniejszym stopniu. Konfucjanizm domaga się także kultu przodków i synowskiego oddania – doskonale opisał to Michael Breen, wspominając, jak w roku 2003 kilku szefów Hyundaia – wartego wiele miliardów dolarów południowokoreańskiego giganta – udało się do założyciela firmy Chung Ju Yunga, aby poinformować go osobiście o wybudowaniu pierwszej trasy turystycznej prowadzącej do Korei Północnej. W tym czasie Chung nie żył już od dwóch lat[38].

Wyraźny podział społeczeństwa na warstwy pojawił się w Korei Północnej ponownie – o ile w ogóle kiedykolwiek zniknął – w roku 1957, pod rządami Kim Ir Sena, który wprowadził pięćdziesiąt jeden warstw społecznych, a mieszkańców kraju przypisał do trzech dużych grup: klasy lojalnej, klasy niepewnej oraz klasy wrogów. W skład klasy lojalnej wchodzą nababowie reżimu: ministrowie, pracownicy tajnej milicji, wyżsi rangą oficerowie, członkowie wyższego kierownictwa Partii Pracy Korei i ich rodziny – to ci, którym wolno mieszkać w Pjongjangu. Nasi opiekunowie byli członkami tej właśnie klasy; my, jako cudzoziemcy – także, przynajmniej tymczasowo. Klasa niepewna obejmuje przedstawicieli najrozmaitszych zawodów, potencjalnie wartościowych obywateli, którzy jednak zostali w jakiś sposób skażeni antyreżimowymi toksynami. Klasa wrogów nie różni się od średniowiecznych niewolników: to ludzkie bydło, które należy wykorzystać, a potem dać mu umrzeć, bez skrupułów i współczucia. Klasę wrogów uznaje się za nieczystą: należy do niej każdy zainfekowany cudzoziemskimi wpływami; to rodziny etnicznych Koreańczyków z Chin lub Japonii; to potomkowie chrześcijan – chociaż to akurat dotyczy także dynastii Kimów; to ludzie, którzy odziedziczyli po przodkach majątek lub w których żyłach płynie szlachecka krew. Trucizna w żyłach klasy wrogów sięga nawet trzech pokoleń, tak więc dzielni żołnierze czy wybitni sportowcy mogą nagle stracić swój status i związane z nim przywileje, jeśli okazałoby się, że ich dziadek spędził jakiś czas w Japonii lub trafił do Korei Południowej jako jeniec.

Nośnikiem tożsamości jednostki jest nazwisko rodowe. W czasie brytyjskiego spisu ludności z 1881 roku jeden z badaczy naliczył czterysta tysięcy nazwisk; w Korei Południowej ponad połowa mieszkańców blisko pięćdziesięciomilionowego kraju dzieli się pięcioma nazwiskami: Kim, Lee, Park, Choe i Chong[39]. To samo dotyczy Korei Północnej. Powodem takiego ubóstwa nazwisk jest to, że dopiero w XIX wieku niewolnicy, którzy uzyskali wolność, musieli wybrać sobie nazwisko; bardzo często było to nazwisko miejscowego rodu panującego. Na pewno ma to wpływ na relacje między masami a jednostką, kastą i komórką społeczną.

System kastowy przewiduje przeniesienie „wrogich” obywateli na północny wschód kraju, w pobliże granicy z Chinami. Od czasu do czasu czytamy o jakichś strasznych wydarzeniach, do których dochodzi w Hamgyeong Południowym lub Północnym. To właśnie tam w latach dziewięćdziesiątych klęska głodu zebrała największe żniwo i to tam reżim stworzył najtrudniejsze warunki dla ludzi z zewnątrz, czyli cudzoziemców, umożliwiając monitorowanie, czy żywność na pewno trafia do tych, którzy jej najbardziej potrzebują. I właśnie tam wybuchała większość rebelii przeciwko dynastii Kimów – jak dotąd wszystkie zostały stłumione.

Warto spojrzeć na mapę Korei Północnej pod kątem śmiertelnie poważnego podejścia reżimu do kwestii czystości rasowej: Pjongjang, leżący na południowym zachodzie Korei Północnej (chociaż, oczywiście, w centrum całego Półwyspu Koreańskiego), to serce klasy lojalnej, takie zaś miasta jak Cheongjin w Północnym Hamgyeong znajdują się już poza „cywilizacją”. Tragedia, jaka wydarzyła się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy większość pomocy żywnościowej ze Stanów Zjednoczonych i Korei Południowej wylądowała w rękach przedstawicieli reżimu, podczas gdy miliony tych naprawdę potrzebujących konały z głodu, w dużej mierze wynikała z fałszywego założenia, że rząd Korei Północnej chce wszystkich swoich obywateli utrzymać przy życiu. Tymczasem rzeczywistym celem reżimu, choć nienagłaśnianym, w dalszym ciągu pozostaje zmniejszenie siły i liczby członków klasy wrogów.

Większość mieszkańców obozów koncentracyjnych wywodzi się z klasy wrogów, podobnie zresztą jak wielu uciekinierów. Ryzyko związane z ucieczką nie wydaje się aż tak ogromne, kiedy człowiek znajduje się na samym dnie. Oznacza to, że niewielu uciekinierów wywodzi się z klasy lojalnej. Nieliczni członkowie klasy wrogów kiedykolwiek odwiedzili Pjongjang: ci, którym to się udało, stanowią wyjątek – jak na przykład główny ideolog dynastii Kimów i autor idei dżucze Hwang Jang Yeop, który w 1997 roku schronił się w ambasadzie Korei Południowej w Pekinie. Kilka dni później Kim Dzong Il tak oto przemawiał w Radiu Pjongjang: „Tchórze, jeśli chcecie, to możecie iść precz. Będziemy bronić czerwonego sztandaru rewolucji do samego końca”. Żona Hwanga popełniła samobójstwo; jedna córka zginęła w tajemniczych okolicznościach, „wypadłszy z ciężarówki”; pozostałe dzieci i wnuki miały być zatrzymane i wysłane do obozu. W Korei Północnej za zdradę karze się do trzeciego pokolenia. Sam Hwang wydaje się rozdarty między nienawiścią do samego siebie za sprowadzanie nieszczęścia na swoich najbliższych a dumą z tego, że uciekł, aby powiedzieć prawdę o reżimie, aby wreszcie skończyć z kłamstwem. To potworny dylemat, przed którym staje każdy uciekinier.

Korea pozostawała odizolowana od reszty świata znacznie dłużej niż Timbuktu czy Antarktyka. W roku 1806 ekspedycja Mungo Parka dotarła do Timbuktu; w roku 1841 kapitan Ross odkrył na skraju pokrytego lodem kontynentu wulkan Erebus. Dobrowolna izolacja Korei została poddana próbie dopiero w roku 1866. Wtedy to amerykańska kanonierka USS „General Sherman” wpłynęła na rzekę Daedong, kierując się na Pjongjang. Regent młodego króla rozkazał zatrzymać okręt, ale mimo to Amerykanie wtargnęli do miasta. Po długiej walce kanonierka uderzyła w podwodną skałę, a załoga stała się bezbronna wobec branderów wypuszczonych przez Koreańczyków. Dwa pierwsze ataki nie powiodły się, ale w wyniku trzeciego „Sherman” zajął się ogniem – cała załoga zginęła. Waszyngton zareagował ostro; akurat wtedy zaczął prowadzić bardzo wojowniczą politykę, jeśli chodzi o obronę amerykańskich interesów w Azji. Do roku 1880 Koreańczycy zostali zmuszeni do podpisania z Ameryką umowy o wolnym handlu i w ten sposób izolacja kraju została przerwana, a rządy panującej dynastii osłabły.

Nadzieje Koreańczyków na samodzielne i niezależne państwo upadły wraz z rozkwitem Japonii. Wojska Kraju Wschodzącego Słońca najechały na Koreę w roku 1904 i natychmiast ruszyły na północ, aby uniemożliwić Rosji przejęcie kontroli nad Mandżurią. Rosjanie podjęli walkę, którą przegrali – była to pierwsza we współczesnej historii poważna klęska zachodniego mocarstwa w starciu z mocarstwem azjatyckim. W roku 1910 Japończycy rozpoczęli oficjalną okupację Półwyspu Koreańskiego, dodając do konfucjańskiego tortu Pustelniczego Królestwa faszystowską wisienkę „posłuszeństwa wobec władzy”. Okupacja zakończyła się dopiero w roku 1945, kiedy to Amerykanie zmusili Japończyków do opuszczenia Korei na dobre. Na Południu zastąpiła ich seria szalonych i okrutnych proamerykańskich dyktatorów, którzy dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku ugięli się wreszcie przed prawdziwą demokracją. Na Północy zaś miejsce japońskiego namiestnika zajął bezwzględny dowódca partyzantów, który skończył w objęciach Stalina – Kim Ir Sen. I tak ideologia Pustelniczego Królestwa, ideologia całkowitego podporządkowania się władzy, izolacji, czystości rasowej i sztywnej hierarchii społecznej jest obecna do dziś.

Do miasta jechaliśmy szeroką drogą po niebywale wyboistej nawierzchni – autokarem bujało niczym malutkim stateczkiem podczas styczniowej przeprawy przez kanał.

Pan Hyun i panna Jun przedstawili się i zarzucili nas serią żartów i pogróżek, zupełnie jak przewodnicy po Rzymie czy Paryżu. Ale niewielu przewodników w trakcie czterdziestominutowego „transferu” z lotniska do hotelu porusza temat wojny jądrowej między krajem gospodarzem a Stanami Zjednoczonymi.

Pan Hyun i panna Jun byli jak yin i yang, jak słońce i cień. Ona wydawała się bardziej otwarta, a na pewno miała więcej ikry; wydawała się także lepiej wprowadzona w zawiłości KRLD. Ubierała się modnie, a jej angielszczyzna brzmiała bardziej naturalnie. Pan Hyun mówił z dużo silniejszym akcentem, nosił ciemny garnitur, białą koszulę, czarny krawat, ciemne okulary – gdyby mieszkał na Zachodzie, byłby z niego świetny materiał na przedsiębiorcę pogrzebowego. Od czasu do czasu jego wrodzoną melancholię przerywała seria zaraźliwych chichotów, dzięki czemu stawał się jakby sympatyczniejszy. Oboje byli znakomitymi ambasadorami swojego kraju i przez cały czas nie wypowiedzieli ani jednego krytycznego słowa pod adresem reżimu. Byli posłańcami narodu całkowicie niezsynchronizowanego z resztą świata, a to niełatwa rola.

Powiedzenie, że na drodze z lotniska nie zauważyliśmy żadnego ruchu, nie byłoby do końca prawdziwe. Przejechało po niej kilka przykrytych brezentem ciężarówek, wielka czarna wołga pamiętająca radzieckie czasy, jakaś cysterna z benzyną; od czasu do czasu mijaliśmy sapiący z wysiłku, nieprawdopodobnie zatłoczony autobus. Przemknęło także kilka modnych limuzyn, niewątpliwie wiozących przedstawicieli elity. Ale typowy ruch drogowy, przez jaki trzeba się przedzierać w normalnym biednym kraju – jak tajskie tuk-tuki czy ich odpowiedniki w Bangladeszu, połatane wehikuły, które dawno powinny zakończyć swój żywot, a które wciąż jeżdżą po drogach Ugandy – tutaj nie istnieje. Nieobecność ruchu kołowego coś oznacza: obowiązuje zasada, że jeśli jesteś biedny, to nie wolno ci kierować pojazdem, a tym bardziej jechać nim po wspaniałej drodze prowadzącej z miasta na lotnisko.

Moja ulubiona anegdotka związana z ruchem drogowym w Pjongjangu dotyczy roku 1995, a opowiedział mi ją Alexander Frater z „Observera”, który pojechał do Korei Północnej jako turysta. Pewnego wieczoru w barze Koryo zaczepił Fratera duński inżynier w średnim wieku.

– Słyszałeś nowiny?

– Jakie nowiny?

– Był wypadek drogowy!

Spojrzałem na niego ze zdumieniem. To było statystycznie niemożliwe.

– To prawda! – krzyknął. – Egipski dyplomata wpadł pod ciężarówkę!

– W jakim jest stanie?

– Lekarze wciąż są bardzo podekscytowani, ale prognozy chyba są dobre[40].

Wybojów na drodze nie należy ignorować. To, że rzuca tobą na wszystkie strony, jakbyś się znajdował we wnętrzu pralki, sugeruje, że ludzie, którzy rządzą Koreą Północną, mają słabość do wielkiej skali, ale mało uwagi poświęcają szczegółom. Po co budować autostradę, jeśli każdy, kto nią przejeżdża, dostaje choroby morskiej?

Szeroka droga wiła się w kanionie wielopiętrowych budynków mieszkalnych. Najpopularniejszy materiał budowlany to beton; najpopularniejszy kolor – szary. Po jakimś czasie widać wyraźnie, że beton i szarość to tutaj standard. Wiele budynków zdobią ogromne, wypisane czerwonymi literami hasła, ale ponieważ są po koreańsku, nie rozumiem ich znaczenia. Na pewno nie są to reklamy Coca-Coli. Mijamy ogromny portret Kima Pierwszego uśmiechającego się kokieteryjnie z czerwonego tła. Później przetłumaczono mi koreański napis: „Wielki Wódz, Kim Ir Sen, zawsze będzie z nami”.

To stary chwyt, z którego wyśmiewał już się Percy B. Shelley w wierszu Ozymandias:

(…) Ja jestem Ozymandias, król królów. Mocarze!

Patrzcie na moje dzieła i przed moją chwałą

Gińcie z rozpaczy!

Więcej nic już nie zostało…

[przeł. Adam Asnyk]

Nigdy nie widziałem tak monotonnego hołdu składanego tyranii.