Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Kopia doskonała ebook

Małgorzata Rogala  

4.05940594059406 (101)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 342 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kopia doskonała - Małgorzata Rogala

Nowa seria polskiej mistrzyni kryminału psychologicznego!

 

Dominika otrzymuje zlecenie wyjazdu do Lyonu w celu skopiowania jednego z obrazów. Po skończonej pracy obraz znika, a kopistka nie wraca do Polski. Gdy jej babcia otrzymuje zdjęcie wnuczki na tle słynnego lyońskiego muralu, jest przekonana, że to zakamuflowana wiadomość. Prosi o pomoc Celinę – początkującą prywatną detektyw.

 

Celina wie, że decydując się na pomoc, będzie zmuszona do walki ze swoimi fobiami i pokonania traumy, której doznała dwa lata wcześniej. Mimo to podąża śladami kopistki. Ciągle jednak ktoś jest o krok przed nią. Żeby tego było mało, śladem Celiny podąża pewien tajemniczy mężczyzna…

 

Śledcza, jakiej nie znajdziecie na kartach innych kryminałów!

Opinie o ebooku Kopia doskonała - Małgorzata Rogala

Fragment ebooka Kopia doskonała - Małgorzata Rogala

Copyright © Małgorzata Rogala, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktorzy prowadzący: Monika Długa, Szymon Langowski

Redakcja: Klaudia Bryła

Korekta: Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Mike Kemp/Blend Images/Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-7976-925-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Książkę dedykuję

Agnieszce i Bubbie.

Nie wiem, kto zaginął, one czy ja,

ale faktem jest, że to one mnie

znalazły, a nie odwrotnie.

(Mistrzyni drugiego planu)

ROZDZIAŁ 1

Czasem chodzi o kwadrans.

Przeszłość ma znaczenie.

Dobre uczynki nie uchodzą bezkarnie.

Kto mija się z prawdą?

Warszawa

Do zamknięcia sklepu wielobranżowego U Tadzia pozostało jeszcze dwadzieścia minut. Celina Stefańska, z koszykiem wypełnionym kilkoma przypadkowymi produktami, przemierzała sklepowe alejki, przyglądając się nielicznym o tej porze kupującym. Większość z nich stanowili pracownicy pobliskiego biurowca, którzy oderwali się od swoich komputerów, segregatorów i lampek oświetlających miejsca pracy, i wpadli w ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem, żeby zrobić niezbędne zakupy. Celina zatrzymała się przed półką z kosmetykami do pielęgnacji twarzy i, udając głęboki namysł, zerknęła kątem oka na kobietę stojącą nieopodal. Brunetka trzymała w ręce pudełko z kremem i ze skupieniem czytała informacje umieszczone na etykiecie. W pewnym momencie rozejrzała się i spokojnym ruchem wrzuciła kosmetyk do obszernej torby, która wisiała na jej ramieniu. Następnie zdjęła z półki zmywacz do paznokci i umieściła go w koszyku. Celina spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza czterdzieści pięć, do zamknięcia sklepu pozostał kwadrans. Jeśli zdemaskuje złodziejkę przy kasie, trzeba będzie wszcząć procedurę przewidzianą na wypadek kradzieży. Wtedy nie będzie szansy, żeby wróciła do domu przed dwudziestą trzecią. Stefańska, po krótkim wahaniu, zatrzymała odchodzącą kobietę.

– Zdaje się, że zapomniała pani odłożyć krem na półkę – powiedziała.

– Słucham? – Brunetka otworzyła szeroko oczy.

– Zakładam, że to przez nieuwagę.

Na twarz brunetki wypłynął rumieniec.

– Nie rozumiem.

– Rozumie pani. – Celina pokazała legitymację detektywa sklepowego. – Albo krem wraca na półkę, albo przekłada go pani do koszyka i płaci w kasie. Jeżeli dalej będzie się pani upierać, że nie wie, o co chodzi, wzywamy policję. Pani wybór.

– Dlaczego nie od razu ta policja? – spytała kobieta po długiej chwili wpatrywania się w twarz Stefańskiej.

– Jestem potwornie zmęczona, zaraz zamykamy i chcę wrócić szybko do domu. Pani nie chce?

Z głośników popłynął komunikat:

– Szanowni klienci, do zamknięcia sklepu pozostało dziesięć minut. Dziękujemy, że zrobiliście u nas zakupy i prosimy o kierowanie się do kas. – Celina rozpoznała głos Sylwii.

Złodziejka obrzuciła rozmówczynię spojrzeniem pełnym niedowierzania, po czym wyjęła z torby krem i odłożyła go na półkę. Odchodząc, zerknęła jeszcze raz na Celinę i wzruszyła ramionami. Stefańska odprowadziła ją wzrokiem, a następnie sprawdziła wszystkie alejki, by się upewnić, że pozostali klienci zareagowali na komunikat. Po wykonaniu ostatniego zadania stanęła przed drzwiami, które prowadziły na zaplecze sklepu, i zrobiła głęboki wdech. Celina nie lubiła wąskiego korytarza oświetlonego migoczącą jarzeniówką. Za każdym razem starała się jak najszybciej pokonać kilkunastometrowy odcinek, który prowadził do pomieszczeń biurowych i wyjścia dla personelu. Jeszcze raz zaczerpnęła powietrza i poszła na sztywnych nogach, próbując zapanować nad oddechem, który natychmiast przyspieszył i stał się świszczący. Mijając drzwi do magazynu, usłyszała dźwięk, którego nie potrafiła zidentyfikować. Znieruchomiała, a jej serce zaczęło mocniej bić. Przez chwilę nasłuchiwała, a potem ruszyła dalej. Strach miał wielkie oczy, ale największe wtedy, gdy Celina przebywała w ciasnych, zamkniętych przestrzeniach. Jeszcze tylko kilka metrów i otworzy drugie metalowe drzwi, za którymi znajdowały się pomieszczenia dla personelu, rozjaśnione łagodnym, rozproszonym światłem i oswojone obecnością szykujących się do wyjścia pracowników.

– Zostaw mnie… – dotarło do jej uszu. – Nie ujdzie… ci to… – Koniec zdania został stłumiony przez inny, niezidentyfikowany dźwięk.

Celina rozpoznała głos Sylwii, kierowniczki działu słodyczy, która kilka minut wcześniej informowała klientów o zbliżającej się godzinie zamknięcia sklepu. Najwyraźniej była w magazynie i potrzebowała pomocy. Celina, ze ściśniętym ze strachu gardłem, pchnęła ciężkie drzwi i zajrzała do środka. Odgłosy szarpaniny słychać już było wyraźnie. Stefańska weszła między półki z towarem i zobaczyła Sylwię, która leżała na palecie z kartonami, przygnieciona masywnym ciałem Marka Grudniaka, menedżera i siostrzeńca właściciela sklepu. Mężczyzna jedną ręką zakrywał swojej ofierze usta, a drugą wciskał pod jej spódnicę. Celina natychmiast odzyskała siły, osłabione przez dławiący strach. Niewiele myśląc, chwyciła Marka za włosy i szarpnęła. Z ust mężczyzny wyrwał się okrzyk bólu. Kobieta pociągnęła jeszcze mocniej, a potem puściła i obiema rękami zepchnęła go z koleżanki. Grudniak upadł na podłogę, a z sąsiedniej palety spadły na niego dwa kartony z towarem i przycisnęły jego twarz do betonowego podłoża. Celina usłyszała następny, tym razem stłumiony okrzyk bólu. Marek zrzucił z siebie kartony, podparł się jedną ręką, a drugą przyłożył do twarzy. Spomiędzy palców jego dłoni wypłynęła krew.

– Kurwa! Złamałaś mi nos! – zawył. – Złamałaś mi, kurwa, nos, pieprzona dziwko! Nie daruję ci tego!

Sylwia zwinęła się w kłębek i szlochała. Celina spojrzała na nią, a następnie ukucnęła przy Marku.

– To ja ci nie daruję, sukinsynu – powiedziała. – Jutro zawiadomimy, kogo trzeba, o próbie gwałtu i nawet twój wujek cię nie obroni. – Wstała i wyciągnęła rękę do Sylwii. – Chodź. – Pomogła jej wstać. – Jutro złożysz skargę na tego drania, a ja potwierdzę, co widziałam. To nie pierwszy taki przypadek, ale do tej pory dziewczyny nie miały świadków. Tym razem będzie inaczej. – Kopnęła w piszczel podnoszącego się z podłogi Marka. – Dostaniesz wreszcie za swoje, zboczeńcu. Nauczysz się trzymać te obleśne łapska przy sobie!

Wyprowadziła pociągającą nosem Sylwię, poszła z nią do strefy dla personelu i upewniła się, czy koleżanka da sobie radę. Potem spojrzała na zegarek i zobaczyła, że minęła dwudziesta druga.

W drodze do domu pomyślała, że to był bardzo długi dzień i przez chwilę poczuła radość na myśl o relaksującym spacerze z psem. W następnej chwili iskra radości zgasła, a Celinę ogarnął smutek. Hektor, czternastoletni owczarek niemiecki, którym kobieta opiekowała się po śmierci rodziców, odszedł miesiąc temu, a ona jeszcze nie przywykła do nowej rzeczywistości. Wciąż układała swoje plany, mając na uwadze zaspokojenie potrzeb zwierzaka, otwierała drzwi mieszkania z przekonaniem, że zaraz usłyszy radosne pomrukiwanie, a gdy dzwonił domofon, dziwiła się, że dźwiękowi nie towarzyszy szczekanie. Najgorsze były poranki i wieczory. Widok pustego miejsca przy łóżku, gdzie do tej pory leżało posłanie Hektora, wyciskał Celinie łzy z oczu.

Tak było i tym razem, gdy po powrocie do domu i krótkiej kąpieli wsunęła się pod kołdrę. Bezwiednie opuściła rękę, żeby na dobranoc pogłaskać psa, a jej dłoń, zamiast napotkać ciepłe, falujące pod wpływem oddechu ciało zwierzęcia, trafiła w próżnię.

Światło ulicznej latarni swobodnie przenikało przez nieosłonięte okno i wydobywało z ciemności kontury mebli: szafę, toaletkę z lustrem, komodę i wiszącą nad nią półkę z książkami. Celina leżała z otwartymi oczami i ślizgała się wzrokiem po sypialnianych meblach. To była jedna z tych nocy, gdy zamiast Morfeusza, brały ją w objęcia znajome demony. Dlatego musiała widzieć. Dlatego musiała mieć z obydwu stron łóżka nocne lampki. I dlatego zasłony w jej sypialni były tym dla okien, czym są włosy dla twarzy: tworzą obramowanie, ale jej nie zasłaniają.

Nieprzeniknioną ciemność Celina poznała kiedyś podczas pobytu w głuszy niedaleko Gietrzwałdu. Mieszkali tam ludzie, którzy kupili stare gospodarstwo z nieczynnym młynem i wynajmowali pokoje mieszczuchom, zmęczonym wielkomiejską cywilizacją. W miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, w sąsiedztwie lasu i łąki jedynym źródłem światła na zewnątrz wieczorową porą były jasne smugi wydostające się spomiędzy niedokładnie opuszczonych rolet w oknach oraz blask księżyca, jeśli ten akurat nie był w fazie nowiu lub nie zasłaniały go chmury. Nie było tam żadnej latarni, gospodarze nie zostawiali zapalonej żarówki na tarasie, a w promieniu kilku kilometrów nie było zabudowań, z których okien mogłaby się wydostawać jasna łuna rozpraszająca mrok. Gdy letnicy gasili światła, żeby zapaść w sen, wnętrza budynku spowijała ciemność tak gęsta, że nie widać było własnej ręki przysuniętej do nosa. Celina nakrywała się wtedy kołdrą pod brodę i zaciskała powieki w nadziei, że szybko zaśnie i obudzi się dopiero, gdy świt zacznie pukać do okien. Zwykle usypiała w ciągu kilkunastu minut, a zanim to nastąpiło, leżała spokojnie i wpatrywała się w ciemność bez lęku.

Dwa lata temu wszystko się zmieniło.

***

Zazwyczaj, gdy wzrok przywyknie do ciemności, ona rozprasza się i odkrywa przed patrzącym szczegóły otaczającej go przestrzeni. Tym razem było inaczej. Celina ocknęła się z głębokiego snu i od razu poczuła niepokój. Jej serce trzepotało niespokojnie, poruszone niewyraźnymi wspomnieniami zdarzeń. Ból głowy utrudniał zebranie myśli, ale obrazy, które pojawiały się w wyobraźni, stopniowo stawały się coraz wyraźniejsze. Ktoś ją zaskoczył, gdy wieczorem wracała do domu. Chwycił od tyłu, unieruchomił i przycisnął coś do jej twarzy. Coś, co spowodowało, że Celina straciła przytomność i odpłynęła w niebyt. Przypomniała sobie zapach substancji, którą nasączono tkaninę, oraz to, że próbowała się wyrwać z uścisku napastnika.

Pod wpływem myśli i napływających obrazów Celina poczuła, że jej oddech przyspieszył, a serce biło jeszcze mocniej. Wytężyła zmysły, ale ciemność wciąż pozostawała nieprzenikniona dla wzroku, a do uszu nie dochodziły żadne dźwięki. Miała nadzieję, że gdzieś w pobliżu znajduje się nocna lampka, której blask pomoże zorientować się w sytuacji. Kobieta przekręciła się na bok, podparła na łokciu i uderzyła się w głowę. Syknęła z bólu, wyciągnęła rękę i znieruchomiała. Po omacku, z narastającym uczuciem paniki, zaczęła badać otoczenie. Gdy zdała sobie sprawę, że znajduje się w obszernej, podłużnej skrzyni, przywodzącej na myśl trumnę, zaczęła krzyczeć i uderzać w ściany swojego więzienia. Wtedy nad jej twarzą rozbłysły dwa świetlne punkty, które rozjaśniły mrok, ale również potwierdziły przypuszczenia Celiny, że tkwi zamknięta w skrzyni, która co prawda nie była trumną, ale niewiele się od niej różniła. Brakowało tylko atłasowej wyściółki i poduszki. Na chwilę przestała krzyczeć, ale jej ciało drżało od szlochu. Spuchniętymi od łez oczami spojrzała na świecące nad jej głową punkty i wtedy zauważyła, że między nimi tkwi oko kamery. Dotarło do niej, że tam, po drugiej stronie, jest ktoś, kto zapalił światło wewnątrz skrzyni i teraz obserwuje Celinę. Zaczęła płakać i prosić, żeby ją wypuścił. Składała obietnice, oferowała pieniądze, przysięgała, że będzie milczeć. Gdy nie doczekała się żadnej reakcji, znów zaczęła krzyczeć i miotać się, uderzać dłońmi i kopać do czasu, aż opadła z sił. Wtedy porywacz otworzył wieko i pozwolił jej wyjść ze skrzyni. Nie była to jednak taka wolność, jakiej się spodziewała.

***

Za każdym razem koszmar, który śniła Celina, z detalami odzwierciedlał rzeczywistość, która stała się jej udziałem, i za każdym razem ze snu wybudzał ją własny krzyk. Leżała na wznak z rozłożonymi szeroko ramionami, miała zapłakaną twarz i wilgotną od potu piżamę. Tym razem do krzyku dołączyła melodyjka dzwoniącego telefonu.

– Halo? – Celina wygładziła prześcieradło i podciągnęła wiszącą nad podłogą kołdrę.

– Szef chce z tobą porozmawiać – zabrzmiał w słuchawce głos sekretarki właściciela sklepu, Tadeusza Bąka.

– Mam dziś wolne – zaprotestowała Stefańska. – Jest świt, pół nocy nie spałam.

– Jest dziewiąta – sprostowała rozmówczyni. – Uprzedzając twoje pytania, od razu mówię, że nie wiem, o co chodzi. Masz przyjść i tyle. Na razie.

– Zaczekaj! – Celina usiadła na łóżku i odgarnęła włosy z twarzy. – Czy z Sylwią też rozmawiał?

– Nie wiem, dopiero przyszłam i od razu usłyszałam, że mam cię wezwać. Szef jest wkurzony, nie będę tam włazić i się narażać. Cześć, bo drugi telefon dzwoni. – Rozłączyła się, zanim Celina zdążyła odpowiedzieć.

Stefańska opadła na poduszkę i wróciła myślami do minionego wieczoru. Leżała przez kilka minut, wyświetlając na ekranie wyobraźni kadry z zajścia w magazynie sklepu, a później wstała. Podeszła do okna z widokiem na ursynowską Kopę Cwila i rozłożyła ramiona, rozciągając skurczone mięśnie. Sprawdziła temperaturę powietrza i przez chwilę obserwowała, co się dzieje na zewnątrz. Odprowadziła wzrokiem starszą panią z yorkiem Irysem, który przepadał za Hektorem. Jego właścicielka często mówiła ze śmiechem, że Irys jest dumny, że ma takiego dużego przyjaciela. Gdy dowiedziała się o śmierci owczarka, nie mogła powstrzymać łez. Celina zamrugała powiekami i przeniosła wzrok na budkę ochrony osiedla, a następnie spojrzała przed siebie, na niewielkie, pokryte trawą i kępami kwiatów wzgórze, z którego w zimie dzieciaki zjeżdżały na sankach. Doszła do wniosku, że Sylwia sama złożyła skargę na zachowanie Marka i pewnie wspomniała o udziale Celiny w zajściu. Dlatego szef chciał z nią porozmawiać. Utwierdzając się w przekonaniu, że tak właśnie było, poszła do łazienki. Wzięła szybki prysznic, zjadła śniadanie i na rowerze pojechała na Poleczki, gdzie mieścił się sklep U Tadzia.

Na jej widok sekretarka szefa odwróciła wzrok i podniosła słuchawkę.

– Przyszła Celina Stefańska… – powiedziała i przez chwilę słuchała. – Dobrze, panie dyrektorze. – Odłożyła słuchawkę i dopiero wtedy spojrzała na koleżankę. – Możesz wejść.

Tadeusz Bąk, właściciel sklepu i dyrektor w jednej osobie, siedział rozparty w fotelu, a jego okrągła postać z trudem mieściła się między bocznymi ściankami podłokietników. Gdy Celina weszła, zmierzył ją nieodgadnionym spojrzeniem.

– Pani Stefańska… Zapraszam. – Wykonał nieokreślony gest, który kobieta odebrała jako zachętę, by usiąść. – Dziś rano złożono skargę – zaczął bez wstępu.

– Tak myślałam – wtrąciła Celina, poprawiając się na krześle. – Mam nadzieję, że tym razem…

– Proszę wysłuchać mnie do końca – przerwał Bąk i zmroził ją spojrzeniem.

– Tak, oczywiście, przepraszam.

– Skarga została złożona na panią. Wczoraj wieczorem, tuż przed zamknięciem sklepu, zaatakowała pani menedżera Marka Grudniaka i złamała mu nos. Poszkodowany przebywa na zwolnieniu lekarskim.

– Więc tak to przedstawił? – Celina poczuła, że krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach. – A czy powiedział, dlaczego został… hmm… zaatakowany? – spytała.

Mogła się spodziewać, że sprawy przybiorą taki obrót, ponieważ do tej pory wszystkie nadużycia w stosunku do pracownic uchodziły Grudniakowi bezkarnie. Zwykle wyjaśniał, że jako atrakcyjny mężczyzna cieszy się względami płci przeciwnej i nie jest jego winą, że kobiety czasem źle rozumieją jego uprzejmość i życzliwość. Gdy jest zmuszony odrzucić ich zaloty, rozczarowane mszczą się, oskarżając go o molestowanie. Tak było do tej pory, ale tym razem ona, Celina, była świadkiem zajścia z jego udziałem i nie zamierzała niczego ukrywać.

– Więc przyznaje się pani do pobicia? – spytał Bąk.

– Oczywiście, że się przyznaję. – Celina wyprostowała się na krześle i spojrzała szefowi w oczy. – Stanęłam w obronie koleżanki, Sylwii Kosowskiej, którą Grudniak chciał zgwałcić. Nie pochwalił się? – spytała na widok uniesionych brwi szefa. – Proszę porozmawiać z poszkodowaną, która także wybiera się dziś do pana ze skargą. W tej sytuacji zachęcę ją również do zawiadomienia policji. – Celina nie posiadała się z oburzenia. – To nie pierwszy taki przypadek, że pana siostrzeniec… Tak, powiedzmy sobie szczerze, to i tak jest tajemnicą poliszynela… Pana siostrzeniec, wykorzystując zależność służbową, molestuje koleżanki z pracy i swoje podwładne. Na szczęście tym razem jest świadek, czyli ja, i nie ujdzie mu to na sucho. – Umilkła, ponieważ zabrakło jej powietrza.

– Rozmawiałem już z panią Sylwią Kosowską – odpowiedział spokojnie dyrektor i złożył dłonie w piramidkę. – Wcześniej Marek poinformował mnie, że pomagał jej załadować kartony na paletę. Śmiali się i żartowali, a pani wtargnęła do magazynu i pobiła mojego siostrzeńca, ponieważ coś się pani wydawało.

– Słucham?! – Brwi Celiny uniosły się i zrównały z linią ciemnej grzywki.

– Pani Kosowska potwierdziła wersję Marka.

– To nieprawda! – Stefańska poderwała się z krzesła. – Ona na pewno się wstydzi! Albo boi. Trudno się dziwić, ale było tak, jak mówię. Przechodziłam koło magazynu, usłyszałam odgłosy szarpaniny. Marek leżał na Sylwii, zatkał jej usta i wciskał rękę pod spódnicę. Pana zdaniem tak wygląda ładowanie kartonów na paletę? – Umilkła na chwilę i przyglądała się szefowi z niedowierzaniem. – Niech pan jeszcze raz porozmawia z Sylwią – podjęła wątek. – Może Grudniak ją zastraszył?

Celina nigdy nie miała dobrego zdania o przełożonym, ale nie przypuszczała, że jest zdolny do takiej podłości. Wpatrywała się w Bąka, czekając na odpowiedź, ale on milczał. Gorączkowo zastanawiała się, co zrobić i nagle w jej głowie błysnęła myśl.

– Monitoring! – wykrzyknęła. – W magazynie jest kamera. Proszę obejrzeć nagranie, wtedy zobaczy pan, kto mija się z prawdą. – Celina odzyskała pewność siebie.

– Oglądałem.

– I? – Stefańska zmarszczyła czoło.

– Nic się nie nagrało. Rozmawiałem z ochroniarzem z wczorajszej zmiany, mieli godzinną awarię pod koniec dnia i od dwudziestej pierwszej trzydzieści nic się nie zarejestrowało. W tej sytuacji chyba rozumie pani, że nie może tutaj dłużej pracować. Nie mogę tolerować zachowania pracownicy, która atakuje niewinnych ludzi i wysyła ich na zwolnienie lekarskie.

– Pan żartuje? – Celina miała wrażenie, że rozmowa nie toczy się naprawdę. To musiał być dalszy ciąg koszmaru, który nękał ją ostatniej nocy i sprawił, że obudziła się z krzykiem.

– Nie. Napisze pani prośbę o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, a ja nie będę robić problemów.

– A jeśli nie napiszę?

– Zwolnię panią dyscyplinarnie.

– Pójdę do sądu pracy.

– Mam pobitego człowieka i świadka pobicia. Naprawdę uważa pani, że ma szansę?

– W sądzie Marek i Sylwia będą musieli powiedzieć prawdę.

– Czyją prawdę? – spytał szef, podsuwając Celinie kartkę i długopis.

Kobieta spojrzała w zmrużone oczy mężczyzny, które patrzyły na nią zimno i beznamiętnie. Następnie napisała to, czego od niej oczekiwał.

– Sekretarka ma dla pani dokumenty do podpisania. Oczywiście nie ma pani obowiązku świadczenia pracy w okresie wypowiedzenia.

Celina przeszła z gabinetu szefa do sekretariatu, załatwiła wszystkie formalności i wyszła, z trudem powstrzymując się od trzaśnięcia drzwiami. Ruszyła w stronę hali i odnalazła Sylwię. Kobieta na jej widok oblała się rumieńcem.

– Przepraszam – bąknęła, uciekając wzrokiem, zanim Celina zdążyła się odezwać.

– Przepraszasz? – zdziwiła się Stefańska. – Zostałam zwolniona, rozumiesz? Uratowałam cię przed gwałtem! Gdyby nie ja, Grudniak przeleciałby cię na kartonach jak tanią dziwkę! Możesz mi to wytłumaczyć? Zastraszyli cię, tak? Możemy jeszcze wszystko odkręcić, pójdę z tobą na policję…

– Celina, przepraszam – powtórzyła Kosowska. – Jestem samotną matką, nie mogę sobie pozwolić na utratę pracy.

– A ja mogę?! – Celina podniosła głos. – Gdybyś powiedziała prawdę, obie byśmy ją miały, a dyrektor może wreszcie powstrzymałby zapędy swojego siostrzeńca.

– Nie ma nagrania z kamery. – W oczach Sylwii błysnęły łzy. – Podobno była awaria. Marek przyszedł do mnie rano i powiedział, że jeśli pisnę słowo, tak zaaranżuje sytuację, że wylecę z hukiem, bez prawa do odwołania.

– I ty mu uwierzyłaś? Przecież jestem twoim świadkiem.

– Nie jest trudno podrzucić komuś coś do torby czy kieszeni, a potem zrobić pokazowe przeszukanie… Marek zagroził, że powie wujowi, że chciałam zrobić z niego nowego tatusia dla swojego dziecka, on mnie nie chciał, więc się zemściłam i wszystko wymyśliłam.

– To nie może dziać się naprawdę. – Celina pokręciła głową z niedowierzaniem. – Powiedz, że to ukryta kamera, albo coś.

– Naprawdę przepraszam. Boję się. Aty na pewno znajdziesz pracę, przecież sklepy potrzebują detektywów sklepowych, bo ludzie kradną coraz więcej.

Celina nabrała powietrza do płuc i chciała odpowiedzieć, że w tej historii o co innego chodzi, ale po chwili uznała, że rozmowa z Sylwią mija się z celem. Odwróciła się i skierowała w stronę wyjścia na zaplecze. Przy drzwiach rzuciła przez ramię:

– Grudniak dalej będzie cię obmacywać, a pewnego dnia zgwałci i nikt mu nie przeszkodzi. Ciebie albo inną.

Nie czekając na odpowiedź, weszła wprzestrzeń wąskiego korytarza, który dziś wydał się jej dłuższy niż zwykle. Świetlówka zamigotała i na chwilę zgasła. Celina poczuła, że zaczyna kręcić się jej w głowie. Stanęła, zrobiła wdech i spokojny wydech, a potem ruszyła dalej. Gdy dochodziła do magazynu, ktoś otworzył drzwi. Świetlówka znów na chwilę zgasła, a gdy ponownie rozbłysła, Stefańska ujrzała znajomą postać.

– Ooo, co za spotkanie! – Marek zastąpił jej drogę. – Warto było ze mną zadzierać? – Popchnął ją na ścianę.

Celina chciała spytać, skąd się tu wziął, skoro przebywa na zwolnieniu lekarskim, ale tylko zdołała bezgłośnie poruszyć ustami. Jej serce biło w szalonym tempie, ana wysokości obojczyków pojawiła się przeszkoda uniemożliwiająca zaczerpnięcie powietrza. Świetlówka migotała bez przerwy, a ściany wąskiego korytarza zbliżały się do siebie, stopniowo zmniejszając wąską przestrzeń. Celina miała wrażenie, że są już blisko, że zaraz zaczną napierać na jej ramiona, a następnie zmiażdżą ją w swoich betonowych objęciach. Twarz Marka straciła ostrość i zanurzyła się w ciemnościach. Celina poczuła, że osuwa się po ścianie na podłogę.

DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ.

ROZDZIAŁ 2

Portret pamięciowy. Czy Robert Czarny ma jakiś sekret? Agencja detektywistyczna – to proste! Co się stało z obrazem? Ucieczka.

Lyon

Dominika Wojtowicz podeszła z wypełnionym koszykiem do kasy i wyłożyła zakupy na taśmę. Mężczyzna, który stał przed nią, najpierw klepał się po kieszeniach w poszukiwaniu karty płatniczej, a teraz próbował przypomnieć sobie właściwy numer PIN. Czekając na swoją kolej, Dominika prześlizgnęła się wzrokiem po znajdujących się tuż przy kasie półkach ze słodyczami i gumami do żucia, a potem przeniosła spojrzenie na stojący nieopodal stojak z prasą.

Audacieux vol de tableau dans une galerie

d’art privée à Lyon!

Zuchwała kradzież obrazu z prywatnej galerii w Lyonie! – tytuł artykułu, zamieszczonego na pierwszej stronie francuskiego dziennika o krajowym zasięgu, przyciągał wzrok powiększoną czcionką. Dominika poczuła ukłucie w sercu. Wyjęła egzemplarz ze stojaka i zerknęła na kasjerkę, która powiedziała coś szybko do klienta. Mężczyzna schował kartę i znów zaczął penetrować kieszenie, tym razem w poszukiwaniu gotówki. Dominika pochyliła głowę nad gazetą. Słabo mówiła po francusku, ale zachęcana przez babcię Józefinę, opanowała bierną znajomość wielu słów i zwrotów.

Najprawdopodobniej kilka dni temu dokonano zuchwałej kradzieży obrazu polskiego malarza Józefa Pankiewicza Targ na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy w Warszawie z 1889, który znajdował się w kolekcji prywatnej galerii sztuki w Lyonie. Sprawca ukradł oryginał wart sto pięćdziesiąt tysięcy euro – tyle niedawno oferowano właścicielowi galerii, żeby nakłonić go do sprzedaży – i na jego miejscu powiesił falsyfikat.

Dominika oderwała wzrok od gazety i odbiegła myślami do swojej wizyty w Muzeum Narodowym w Poznaniu, gdzie znajdowała się pierwsza wersja Targu na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy w Warszawie, namalowana przez Pankiewicza w 1888 roku. Dziewczyna pojechała do Poznania dwa tygodnie przed wyjazdem do Francji, żeby jeszcze raz obejrzeć dzieło, które niedługo po namalowaniu zdobyło srebrny medal na światowej wystawie w Paryżu, a następnie zostało kupione przez zamożnego kolekcjonera Ignacego Korwin-Milewskiego. Kwota uzyskana ze sprzedaży obrazu umożliwiła Pankiewiczowi wyjazd do Paryża i artystyczny rozwój. Tam, olśniony malarstwem Claude’a Moneta, zaczął eksperymentować z techniką impresjonistyczną, ale zanim to nastąpiło, artysta namalował drugą, mniejszą wersję Targu na jarzyny, którą również udało mu się sprzedać, w przeciwieństwie do pozostałych prac stworzonych w stolicy Francji. Druga wersja dzieła przez ponad sto lat przechodziła z rąk do rąk, do czasu gdy dekadę temu zawisła na ścianie prywatnej galerii w Lyonie.

Naszemu reporterowi udało się dowiedzieć, że kopia obrazu została bardzo starannie wykonana, z zastosowaniem technik postarzania. Ramie też nie można było niczego zarzucić. Właściciel tego maleńkiego, niezwykłego muzeum wczoraj zorientował się, że na ścianie wisi kopia, a nie oryginał. Natychmiast zawiadomił policję, ale nie był w stanie powiedzieć, kiedy obrazy mogły zostać zamienione. Galeria jest wyposażona w alarm, który uruchamiany jest w nocy, w dzień zaś niewielkiej kolekcji ulokowanej w pięciu salach strzegą pracownicy. Policji udało się ustalić, że obrazem interesowała się młoda kobieta, najprawdopodobniej cudzoziemka, która miesiąc wcześniej przychodziła przez kilka dni do muzeum i spędzała czas na szkicowaniu obrazów. Na podstawie zeznań jednego z pracowników sporządzono portret pamięciowy młodej kobiety. Policja prosi o kontakt wszystkie osoby, które mogłyby pomóc ustalić tożsamość malarki. Podajemy numer telefonu…

Dominika zerknęła na zamieszczony rysunek i poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Gdyby nie była pewna, czy dobrze zrozumiała treść artykułu, portret pamięciowy rozwiewał wszelkie wątpliwości. Dominika zacisnęła dłonie na obudowie stanowiska kasowego. Obraz stracił ostrość, jego kontury zaczynały się rozmywać, a przed oczami dziewczyny zamigotały czarne punkty. Pochyliła głowę i próbowała spokojnie odetchnąć.

– Madame, s’il vous plaît…

Spojrzała nieprzytomnie na kasjerkę i zorientowała się, że mężczyzna stojący przed nią już odszedł, a jej zakupy zostały przełożone na boczny blat stanowiska kasowego, gdzie mogła je spakować. Pracownica sklepu czekała na zapłatę. Dominika położyła gazetę na taśmie w taki sposób, żeby rysunek znalazł się pod spodem. Nie podnosząc głowy i unikając spojrzenia kasjerki, zapłaciła za produkty i szybko wyszła ze sklepu. Przeszła kilkadziesiąt metrów dalej i usiadła na ławce. Jeszcze raz przeczytała artykuł i przyjrzała się portretowi. Z narastającym uczuciem paniki musiała przyznać, że był dość wierny, oddawał najważniejsze cechy jej twarzy. Ktoś był dobrym obserwatorem, pomyślała. I miał dobrą pamięć, biorąc pod uwagę, że muzeum odwiedzała miesiąc wcześniej i od tamtego czasu przewinęły się przez jego sale dziesiątki osób. Niewątpliwie jednak rzucała się w oczy. Inni ludzie przechadzali się niespiesznie od obrazu do obrazu, a ona jedna siedziała na ławce ze szkicownikiem na kolanach. Marną pociechą w tej sytuacji była myśl, że w galerii nie zainstalowano kamer, w przeciwnym razie w gazecie znalazłoby się jej zdjęcie, a nie rysunek. O co tutaj chodzi?, zastanowiła się Dominika. W jej głowie pojawiło się kilka pytań, na które nie znajdowała teraz odpowiedzi, ale miała wrażenie, że one są tuż-tuż, na wyciągnięcie ręki. Na przykład dlaczego nie mogła wzorować się na obrazie w poznańskim muzeum? Był znacznie większy, a przez to łatwiejszy do kopiowania, i nie musiałaby wyjeżdżać z Polski. Rysując, potrafiła zmniejszyć lub powiększyć format obrazu czy zdjęcia w stosunku do oryginału, z zachowaniem proporcji i detali. Nie stanowiło to dla niej problemu. Dlaczego więc musiała kopiować w Lyonie? I dlaczego nie zadała tego pytania, zanim przyjęła zlecenie?

Dominika schowała gazetę do płóciennej torby i ostrożnie się rozejrzała. Przechodnie nie zwracali na nią uwagi. Może nie przeczytali jeszcze porannej prasy? Wbiła wzrok w chodnik i ruszyła w powrotną drogę.

Mieszkanie, w którym przebywała podczas pobytu w Lyonie, było dwupoziomowe i mieściło się na ostatnich piętrach. Na górze urządzono obszerną pracownię z przeszklonymi ścianami, żeby zapewnić malarce jak najlepszy dostęp dziennego światła, wyposażoną w materiały, przybory i odczynniki, które znalazły się na przygotowanej przez Dominikę liście. To tam dziewczyna namalowała kopię obrazu Targ na jarzyny na Placu Żelaznej Bramy w Warszawie. Artur Fabisiak, mężczyzna, który załatwił jej zlecenie malarskie, zajmował mieszkanie po sąsiedzku. Dochodząc do budynku, utwierdziła się w przekonaniu, że ona i Artur padli ofiarą oszusta i przestępcy. Musiała natychmiast pokazać mężczyźnie gazetę i naradzić się z nim, co robić. Tylko on znał zleceniodawcę i mógł ujawnić jego tożsamość.

Minęła więc drzwi mieszkania, które zajmowała, i zapukała do Fabisiaka. Czekała dość długo i już miała zrezygnować, gdy usłyszała szczęk zamka i w drzwiach stanął Artur. Biodra miał owinięte ręcznikiem, a na jego skórze lśniły krople wody.

– Wejdź. – Cofnął się.

– Muszę ci coś powiedzieć – zaczęła, zatrzymując się na środku przedpokoju.

– Daj mi kilka minut, zaraz do ciebie przyjdę – przerwał jej i zniknął w łazience. – Zrobisz coś do jedzenia? – Zza drzwi dobiegł jego głos.

Dominika, walcząc z targającymi nią emocjami, rozpakowała zakupy i przygotowała śniadanie. Pokroiła bagietkę, ułożyła na talerzu croissanty, wyjęła z lodówki słoik z konfiturą. Uruchomiła ekspres i już po chwili kuchnię wypełnił aromat kawy.

– Jestem. – Artur pojawił się tak nagle, że Dominika drgnęła i z jej ręki wypadła pusta filiżanka, roztrzaskując się z hałasem o terakotę.

– Musisz się tak skradać? – podniosła głos i schyliła się, żeby pozbierać szkło. Skaleczyła się, chwytając wyszczerbione naczynie drżącą ręką. – Szlag! – syknęła i wsunęła krwawiący palec do ust.

– Usiądź, dam ci plaster. – Artur wziął ją za ramiona. – Co się z tobą dzieje? – Posadził dziewczynę na krześle i wyjął z apteczki opatrunek. Przemył ranę wodą utlenioną i zakleił plastrem. – Gotowe. – Oparł się pośladkami o blat. – Co z tobą? – powtórzył.

– Zobacz. – Dominika podała mu gazetę. – Przeczytaj i powiedz, że to nie jest to, co myślę.

Fabisiakowi przeczytanie notatki zajęło krótką chwilę. W przeciwieństwie do dziewczyny, biegle władał nie tylko francuskim, ale również angielskim i rosyjskim. Przebiegł wzrokiem kilkanaście linijek tekstu, opatrzonych rzucającym się w oczy tytułem, i obejrzał portret pamięciowy. Potem odłożył gazetę bez komentarza.

– Nic nie powiesz?! – Dominika nie wytrzymała. – Do cholery, Artur, jestem poszukiwana przez policję! Za trzy dni miałam wracać do Polski. – Dziewczyna poczuła pieczenie pod powiekami. – Mój portret pewnie jest na każdym lotnisku we Francji. W co my się wplątaliśmy? Mówiłeś, że to kolekcjoner, znawca sztuki, a to pospolity przestępca. Złodziej!

– Dominika… – Artur zajął miejsce naprzeciwko niej i sięgnął po dzbanek z kawą. – Zjedzmy śniadanie i daj mi spokojnie pomyśleć. – Napełnił filiżanki i wziął croissanta. Ułamał kawałek i wsunął do ust. – Jedz.

– Straciłam apetyt. – Dominika, próbując wstrzymać napływające do oczu łzy, upiła łyk kawy. – Jak mam jeść, skoro w każdej chwili mogę zostać aresztowana?! Czy ty nie rozumiesz, że oni pewnie podejrzewają mnie o kradzież tego obrazu? Masz pojęcie, jaka jest jego wartość? Piszą, że sto pięćdziesiąt tysięcy euro, widziałeś! Boże… – Włożyła rękę do torby w poszukiwaniu chusteczek do nosa. – Musimy iść na policję i wszystko opowiedzieć – zdecydowała, wycierając oczy. – Jakie to szczęście, że mówisz biegle po francusku. – Poderwała się z miejsca.

– Usiądź. – Artur wziął ją za nadgarstek. – Obiecuję ci, że zajmę się wszystkim po śniadaniu, tylko się uspokój. Emocje nie są dobrym doradcą. – Puścił jej rękę. Posmarował kawałek bagietki konfiturą truskawkową, ugryzł i żuł z apetytem.

– Łatwo ci mówić, to nie twoją twarz ogląda dziś przy śniadaniu co drugi Francuz! – wybuchła. – To dlatego miałam przyjechać do Francji, zamiast malować w Polsce, tak? W muzeum w Poznaniu są kamery i odpowiednie zabezpieczenia, a tutaj? Ta galeria to właściwie dom, część budynku to mieszkanie właścicieli.

– Dominika… – Artur ponownie wbił zęby w chrupiące pieczywo.

– Nie. – Pokręciła głową. – Malować mogłam, to nie jest przestępstwo. Chodzi o coś innego. – Zapatrzyła się w ścianę. – W tej małej galerii nie ma kamer, dlatego jest portret pamięciowy, a nie zdjęcie! I pewnie są słabe zabezpieczenia. Słyszałam, że małe prywatne galerie często nie mają dotacji od państwa, tylko muszą same się utrzymać, więc… – Urwała, żeby zaczerpnąć powietrza, a po chwili podjęła wątek. – Ale to dalej nie wyjaśnia, dlaczego malowałam tutaj, a nie tam. – Wbiła spojrzenie w twarz Artura. – Ktoś nas wrobił, rozumiesz?

– Dominika, ja nas w to wplątałem, więc… – Fabisiak strzepnął z koszuli okruchy bułki. – Zajmę się tym. Zgoda?

Dziewczyna pokiwała głową i upiła łyk kawy.

– Dobrze.

– No to zjedz coś wreszcie – polecił.

Dominika posłusznie wzięła croissanta.

– Zadzwonię w jedno miejsce i zaraz wracam. – Artur wstał od stołu.

– Do kogo?

– Do kogoś, kto może nam pomóc – powiedział. – A ty dokończ śniadanie.

Dziewczyna wsunęła do ust kawałek rogalika. Dlaczego tutaj, a nie tam, zastanawiała się, żując. Jej wzrok padł na otwarty laptop. Przysunęła go do siebie i wpisała w wyszukiwarkę tytuł dzieła. Wyświetliła na ekranie zdjęcie pierwszej, dużej wersji obrazu i zawiesiła wzrok na kolorowych stosach warzyw. Potem przeniosła spojrzenie na handlarkę; dzięki temu, że kolory jej odzieży idealnie komponowały się z barwami produktów, wyglądała jak nieodłączny element straganu i widz w pierwszej chwili mógł przeoczyć jej obecność na obrazie. Dominika wstrzymała oddech. Wszystkie klocki układanki nagle wskoczyły na swoje miejsce. Kobieta na dużym obrazie nosiła na szyi i ramionach czerwoną chustę, na małym zaś tkanina miała kolor zgaszonej żółci. To dlatego obraz miał być namalowany w Lyonie. Skoro złodziej chciał na miejsce oryginału powiesić kopię, musiała ona być zgodna z tym oryginałem w każdym szczególe. Z pewnością złodziejowi chodziło o to, żeby jak najdłużej nie dostrzeżono zamiany. Czas miał działać na jego korzyść. Gdyby Dominika malowała w Poznaniu i ktoś poprosiłby ją o zmianę koloru detali, nie zgodziłaby się, a naleganie wzbudziłoby jej podejrzenia. Z pewnością złodziej chciał uniknąć najmniejszego ryzyka i niewygodnych pytań, dlatego wolał sfinansować jej pobyt we Francji.

Dominika uznała, że w tej sytuacji ona i Fabisiak powinni zawiadomić polski konsulat w Lyonie. Kto wie, czy policja ich nie zatrzyma, gdy się zgłoszą? Kilka lat temu, w Polsce, została zatrzymana, a nim sprawa się wyjaśniła, przeżyła koszmar. A co będzie, gdy to się powtórzy w obcym państwie? Dominika nie znała francuskiego prawa, nie wiedziała, co jej grozi i jak może zostać potraktowana jako osoba podejrzana o kradzież cennego dzieła sztuki. Odłożyła niedojedzonego croissanta i wyszła z kuchni. Mężczyzny w salonie nie było, ale zauważyła, że drzwi prowadzące na taras są otwarte. Podeszła i chciała zawołać, ale w tym momencie dobiegł ją głos Artura, wypowiadający jej imię.

– Mogliśmy poczekać, aż Dominika wyjedzie – powiedział do swojego telefonicznego rozmówcy. – Mówiłem. A teraz ona węszy i zadaje trudne pytania – dodał i słuchał przez chwilę. – Nie wiem, co poszło nie tak… Ona się czegoś domyśla, chce iść na policję. – Znów słuchał. – Nie mam zamiaru beknąć za to, że jesteś niecierpliwy… – odparł. – Wiem, że kupiec nalegał, sam z nim rozmawiałem, ale niepotrzebnie wpadłeś w panikę… Wiem, że potrzebujesz forsy, kto nie potrzebuje? Skoro czekał tyle czasu, mógł poczekać jeszcze kilka dni… – Znów umilkł i słuchał monologu rozmówcy. – Dobrze schowałem – odpowiedział po chwili. – Gdzie? Co cię to, kurwa, obchodzi?… Pod łóżkiem… Tak… Co? Wezmę ją na wycieczkę za miasto. – Artur się roześmiał. – Żartowałem. Trzeba poczekać do wieczora, teraz za widno, ludzie się kręcą… Tak, dam ci znać, na razie. – Zakończył rozmowę i odwrócił się w stronę wejścia prowadzącego z tarasu do mieszkania. Dominika stała w miejscu, niezdolna do ruchu, i z trudem dopuszczała do siebie znaczenie słów, które Artur wypowiedział.

– Słyszałaś. – Bardziej stwierdził niż zapytał.

Dziewczyna cofnęła się, a on wszedł do pokoju.

–