Kontra - Wojtek Miłoszewski - ebook + audiobook
  • Wydawca: WAB
  • Kategoria: Kryminał
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2019
Opis

Kontynuacja bestsellerowych powieści Inwazja i FARBA.

Władimir Putin, który obwołał się carem i postanawia reaktywować Imperium Rosyjskie, posuwa się za daleko. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence nie zamierza czekać, aż totalitarne plany rosyjskiego władcy pochłoną pozostałą część Europy Zachodniej. Rozpoczyna się uderzenie amerykańskich wojsk, które ma na celu zniszczenie imperialnej armii. Kontra.

Także Polska przeżywa kolejny zwrot i ponownie staje się teatrem działań wojennych. Znowu wybucha chaos, a pozbawieni reguł i aparatu państwowego ludzie muszą radzić sobie na własną rękę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 470

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 21 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


Wojtek Miłoszewski

KONTRA

Copyright © by Wojtek Miłoszewski, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Dla moich synów

Historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną.

John Enoch Powell

Rozdział I

1.

Strach. Każdy człowiek nienawidzi tego uczucia. Bez niego trudno byłoby jednak przetrwać miliony lat ewolucji. To przerażenie nakazywało pierwotnemu człowiekowi nocną porą wdrapywać się na drzewo. Wtedy, kiedy był niemal bezbronny wobec dzikich zwierząt, przewyższających jego skromny gatunek rozstawem szczęk oraz siłą mięśni. Car Władimir I słuchał nagrania dostarczonego przez służby specjalne i dziwił się, że mówiący zignorował instynkt samozachowawczy. Zszedł z drzewa i podążył w ciemność, na spotkanie z największym drapieżnikiem w okolicy. Z samym Władimirem Władimirowiczem Putinem.

Oczywiście nawet władca Rosji się bał. Mieszane wieści z frontu sprawiały, że czuł nieprawdopodobne wręcz napięcie. Wykładowcy z KGB zawsze twierdzili, że wygrywa nie ten, który się nie boi, ale ten, kto panuje nad strachem. Władimir I miał jednak na to jeszcze inną receptę. Uważał, że prawdziwym zwycięzcą jest ten, kto strach wywołuje. Rozejrzał się po surowym wnętrzu bunkra mieszczącego się kilka kondygnacji pod Kremlem. Czy stary dobry Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili również tu bywał? Całkiem możliwe. To właśnie Stalinowi przypisywano słowa: „Wolę, gdy ludzie popierają mnie ze strachu niż z przekonania. Przekonania są zmienne, strach zawsze jest ten sam”. Współczesny władca Rosji nie mógł się nie zgodzić ze swoim słynnym poprzednikiem.

Ale w takim razie dlaczego? Putin zmarszczył brwi, skupiając zmęczony wzrok na głośnikach, z których płynęły słowa próbującego przekonać wojskowych dowódców, że wywołana wojna to czyste szaleństwo i że doprowadzi naród rosyjski do zguby. Czyżby strach był jednak zbyt słaby? Tak, to chyba dlatego. Musiał więc wzmóc terror tak, aby na samą myśl o swoim carze ludzie bledli ze strachu. Uśmiechnął się złowieszczo. Głos rozlegający się w pomieszczeniu należał do szefa sztabu rosyjskiej armii. Świetnego i doświadczonego generała, Wasyla Aleksandrowicza Sorokina. Kiedy ucichł, Władisław Surkow, prawa ręka rosyjskiego władcy, wyłączył nagranie, a ten spytał cichym głosem:

– Czy ktoś zgłosił sprawę?

– Merinow. I to jeszcze zanim nasze służby przeanalizowały materiał.

– Jego w takim razie oszczędzić.

– Zostawić w czynnej służbie?

– Gdzie! Wyślijcie go na daleki wschód, pozbawcie dystynkcji i niech tam do śmierci wiedzie zasrany żywot biedaka. Reszta do wora. – Władimir Putin uświadomił sobie, że dawno nie używał tego zwrotu. Ostatnio chyba jeszcze w czasach urzędowania w petersburskim merostwie.

– A Sorokin? – spytał Surkow.

– Chcę przy tym być.

Nad centrum Moskwy rozpadało się na dobre. Do kuchni Sofii Michajłownej gwałtownym podmuchem wdarło się chłodniejsze powietrze. Zamknęła okno i włączyła światło.

– Mama, zrobisz naleśniki?

Odwróciła się i uśmiechnęła do sześcioletniego Maksa. Miał na sobie żółtą koszulkę z Yodą z Gwiezdnych Wojen.

– W porządku, Maksik. – W domu wszyscy tak się zwracali do malca. – A pomożesz mi?

– Jasne! – Roześmiał się.

Sonia szybko wyjęła z lodówki jajka i mleko, a Maksik otworzył jedną z szafek, bezbłędnie odnajdując mąkę. Potem przysunął sobie niewielki plastikowy stopień, na który się wdrapał, dzięki czemu zyskał lepszy dostęp do stołu. Będzie szefem kuchni, na pewno, pomyślała Sonia. Od zawsze z taką chęcią przygotowuje ze mną posiłki i w ogóle nie boi się nowych smaków. Jej mąż przez całe życie nie tknął owoców morza, a Maksik uwielbiał krewetki. Gdy byli we Francji, nie wystraszył się ostryg ani langusty, tylko zjadał je ze smakiem.

– Pamiętasz składniki ciasta? – spytała.

– Pewnie. Mleko, mąka, jajka, trochę soli i oleju. No i woda gazowana, żeby były takie fajne dziurki! – Buzia chłopca wyraźnie pojaśniała. – Tylko musisz mi przypomnieć, ile czego dać, bo to trochę zapomniałem.

– Dobrze. Zaraz mi pomożesz. Biegnij tylko spytać Wierę, czy też zje.

Maksik kiwnął głową i wybiegł z kuchni. Jego starsza o cztery lata siostra miała pokój na początku holu. Chłopiec zmierzał w tamtym kierunku, gdy drzwi wejściowe eksplodowały drzazgami i rzucone jakąś potężną siłą, z łoskotem przesunęły się po drewnianym parkiecie. Maks stanął jak wryty, ale dębowe elementy podcięły mu nogi. Potłukł się przy tym i krzyknął z bólu.

Sofia Michajłowna wypadła przerażona z kuchni. Najpierw dostrzegła leżące dziecko, potem wchodzących do środka ludzi w czarno-białych mundurach. Na twarzach mieli kominiarki. Chciała krzyknąć, wzywając pomocy, ale głos uwiązł jej w gardle. Pierwszy z napastników chwycił ją dłonią w skórzanej rękawiczce za szyję, a drugą podniósł Maksika za koszulkę niczym szczenię za skórę na karku.

– Won, suko pierdolona! Ale już! – wysapał i powlókł oboje do wyjścia.

W salonie generał Wasyl Sorokin odrzucił gazetę i zerwał się z fotela, żeby wybiec na korytarz, ale zamarł w pół kroku. Do środka wszedł car Władimir I z obstawą. Po chwili w salonie znalazło się jeszcze ośmiu generałów w galowych mundurach.

– Cześć, Wasyl – mruknął Putin. – Nie gniewasz się, że wpadliśmy bez zapowiedzi?

Pomieszczenie wypełniło się ludźmi w mundurach. W dużym pośpiechu i fachowo opróżniali pokój z mebli. W całym mieszkaniu huczało od wizgu wiertarek i wkrętarek rozmontowujących dekoracje. Z klatki schodowej dobiegał opętańczy, przerażający wrzask Sofii Michajłownej.

Bardzo dobrze, skwitował w myślach Władimir I. Takie było polecenie. Wszyscy mają wiedzieć. Ta pokazowa degradacja miała być na ustach całego Arbatu, całej Moskwy, całej Rosji wreszcie. Mieli o tym mówić długo. I przede wszystkim nigdy nie zapomnieć. Tak kończą zdrajcy.

– Jestem odpowiedzialny za Rosjan – powiedział bardzo cicho Sorokin. – Sto pięćdziesiąt milionów. Zginą przez tę twoją zasraną wojnę!

– Nie wszyscy. – Putin wzruszył ramionami. – Przestań histeryzować.

W korytarzu mignęła twarz przerażonej Wiery, niesionej przez jednego z żołnierzy. Dziewczynka, widząc ojca, krzyknęła rozpaczliwie:

– Papa! Pomóż!

Sorokin ruszył gwałtownie do drzwi, ale dwóch mężczyzn z obstawy cara powaliło go na ziemię, wykręcając ręce. Rozległ się suchy trzask kości, generał zawył z bólu, a stojących w półkolu wojskowych przeszedł lekki dreszcz. Byli nowymi oficerami sztabu, mieli zastąpić tych, którzy stracili już zaufanie władcy Rosji i właśnie kończyli kariery w bezimiennych mogiłach – swoistym znaku rozpoznawczym najnowszej rosyjskiej historii.

W kącie stał niewysoki, chudy i łysiejący mężczyzna o żywym, inteligentnym spojrzeniu. Generał Igor Nikołajewicz Petrow, nowy szef sztabu rosyjskiej armii. Był doświadczonym dowódcą i nieraz dał się poznać od najlepszej strony, zwłaszcza podczas ostatnich wojen w Syrii i na Ukrainie. Ale nie miał wątpliwości, dlaczego to właśnie jemu car powierzył tak odpowiedzialne stanowisko. Od zawsze szczerze nie cierpiał generała Sorokina. Co nie znaczyło, że mu teraz nie współczuł. I sam się nie bał. Jak rozumiał, taki efekt chciał osiągnąć Władimir Putin. Udało mu się znakomicie.

Człowiek z obstawy chciał zarzucić leżącemu na głowę czarny foliowy worek, car Władimir I jednak mu go odebrał. Potem klęknął i splunął Sorokinowi w twarz.

– Będziesz się smażył w piekle – wychrypiał tamten.

– Bardzo możliwe. – Władimir Putin uśmiechnął się zimno. – Ale ty najpierw.

Sam wciągnął mu worek na głowę, a potem skręcił mocno brzegi, pozbawiając go powietrza. Nie lubił tego robić, ale wiedział, że teraz musi. Z satysfakcją patrzył na przerażone twarze stojących wokół generałów. Sorokin zaczął wierzgać i młócić nogami dywan, który po kilku sekundach został spod niego wyszarpnięty, zrolowany i wyniesiony przez ekipę czyścicieli. Dźwięki łamania i rozkręcania mebli rozbrzmiewały coraz rzadziej. W salonie zostały tylko kaloryfery, łomotanie butów Sorokina po parkiecie odbijało się od gołych ścian złowieszczym echem.

W końcu generał przestał się ruszać. Władimir Putin odczekał jeszcze pełne dwie minuty dla pewności i puścił worek, a dwóch ludzi z obstawy wywlekło trupa z salonu. Car podszedł do stojącego w kącie Petrowa. Mam nadzieję, że ten jest z innej gliny, pomyślał. Zmierzył go poważnym spojrzeniem i powiedział:

– Generale, liczę na pana.

– Tak jest! – Petrow wyprężył się na baczność i regulaminowo zasalutował. – Ku chwale ojczyzny!

Władimir Putin skinął głową i wyszedł ze swoją obstawą. Generał Petrow zdążył jeszcze zauważyć, jak mężczyźni w czarno-białych mundurach wynoszą dziecięce łóżeczko. Wiedział, że należało do maleńkiego Wadima, urodzonego niespełna sześć miesięcy temu. Wiedział też, że Wadim nie skończy nawet roku. Przekaz był jasny. Nie ma litości dla zdrajców ojczyzny i ich rodzin.

Car Władimir I wyszedł na ulicę i gwałtownym gestem odtrącił otwierające się nad nim parasole. Chciał, żeby na niego padało. Rozejrzał się po Arbacie. O tej porze ulicą powinny przelewać się tłumy, ale oprócz jego obstawy i żołnierzy ładujących meble na odkrytą ciężarówkę nie było nikogo. Migające w oddali światła policyjnych kogutów potwierdzały, że cały kwartał został odcięty na czas wizyty monarchy.

Szybko cały przemókł. Ale żaden z ochroniarzy nie zdecydował się na ponowne otwarcie parasola. Dobrze znali swego szefa. Ten myślał intensywnie o zbliżającej się awanturze. Tylu ludzi, tyle narodów i organizacji, a wszystkie próbują połączyć siły, aby przeciwstawić się właśnie jemu. Był w centrum wydarzeń. Był teraz bez wątpienia jedną z najważniejszych – jeśli nie najważniejszą – osobą na świecie. Czy był z siebie dumny? Zdecydowanie tak.

Ruszył do samochodu, a któryś z jego ludzi natychmiast otworzył tylne drzwi. Wsiadając do środka, car Władimir I rzucił jeszcze okiem na odjeżdżającą ciężarówkę, wypełnioną meblami z mieszkania Sorokina. Na jednym z krzeseł wisiała przemoczona żółta koszulka z Yodą.

2.

Nie modlił się. Nie użalał nad swoim losem. Zdegradowany do szeregowego Roman Gurski kierował się wieloma zasadami, ale ta była z nich chyba najważniejsza. Nie cierpiał bezproduktywnych zajęć, a do tych właśnie zaliczał mazgajstwo. Postanowił, że będzie walczył do samego końca. Był przekonany o tym, że generał Sawicki będzie chciał wykonać wyrok jak najszybciej.

Żywcem mnie nie wezmą, powtórzył w myślach po raz setny. Siedział na brzegu niewielkiej pryczy w kącie ciasnego pomieszczenia, a wszystkie mięśnie miał napięte do granic możliwości. Gotów zerwać się na nogi i zaatakować wchodzących, gdy tylko przekroczą próg. Nieopodal, na podłodze, stała taca z pozostałościami po kolacji. W poplamionej plastikowej zastawie brakowało łyżki. Tę Roman pieczołowicie spiłował na żelaznym rancie pryczy w taki sposób, żeby uzyskać niewielkie, ale bardzo mocne ostrze. Trzymał teraz tę prymitywną broń w zaciśniętej dłoni.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie zdoła uciec. Ale przynajmniej załatwi dwóch, a może i trzech skurwieli z FARBY. Snując takie niecne plany, poczuł nagle, że dzieje się coś dziwnego. Żołądek zrobił mu się niepokojąco lekki, a po chwili to wrażenie słabości rozlało się po całym ciele. Kompletnie bezwładny, zaczął powoli przechylać się na bok, by w końcu runąć w kierunku ziemi. Przytomność stracił milisekundę przed zetknięciem twarzy z posadzką.

Gdy tylko zaczął odzyskiwać świadomość, poczuł chłód podłogi rozchodzący się po czole. Nie rozumiał tylko, dlaczego chybotała się ona na boki i odbijała jego głowę niczym piłkę. Po chwili udało mu się otworzyć oczy i – gdy uzyskał już odpowiednią ostrość widzenia – stwierdził, że jego czoło opiera się jednak o samochodową szybę. Rozejrzał się po wnętrzu. Wojskowa terenówka jechała leśną drogą, podwozie ciężko pracowało na nierównej nawierzchni. Siedzący obok mężczyzna z berylem między kolanami rzucił od niechcenia:

– Panie generale.

Wtedy pasażer z przedniego fotela się odwrócił i Roman rozpoznał generała Sawickiego.

– Obudziła się nasza śpiąca królewna? Dzień dobry, szeregowy Gurski. Gotowi na wasz najważniejszy dzień?

Roman nie odpowiedział. Jak to, do kurwy nędzy, się stało, pomyślał, że wczoraj tak nagle usnąłem? W rozbitym nosie czuł zaschniętą krew, a w ustach suchość o dziwnym, chemicznym posmaku. Wreszcie zrozumiał. Wczorajsza kolacja od początku smakowała trochę dziwnie, ale uznał, że potrzebuje energii i nie ma co wydziwiać przed czekającą go walką. Skurwysyny. Podrzucili mu coś do żarcia i dlatego stracił przytomność.

Wyprostował się na siedzeniu. Ręce miał skute z tyłu kajdankami, a te dodatkowo połączone łańcuchem z drugim zestawem, spinającym nogi w kostkach. Ponadto przypięto go pasami bezpieczeństwa. Szybko orientował się w sytuacji. Jechali przez las, eskortowani przez jeszcze dwie terenówki, z przodu i z tyłu. Wieloletnie doświadczenie z wojsk desantowych ułatwiło mu błyskawiczne i precyzyjne określenie szans ucieczki. Zero.

– Nie wierzgajcie, Gurski. Dla was to już koniec – odezwał się Sawicki, jakby czytając w myślach swojego podkomendnego.

Ranek powoli zmieniał się w dzień, promienie słoneczne coraz śmielej przebijały się przez szpalery drzew. Samochody wyjechały na niewielką polanę i zatrzymały się pod potężną betonową konstrukcją. Wszyscy wysiedli, a Gurskiego wyszarpało z terenówki dwóch największych żołnierzy. Zmierzył wzrokiem okrągłą budowlę. Szarą, poznaczoną plamami betonową bryłę otaczały promieniście wąskie przypory, przypominające zwężające się ku górze skrzydła. Całość na tle ściany lasu wyglądała bardzo tajemniczo.

– To specjalnie na moją cześć? Wylaliście na szybko kilkaset ton cementu, żeby egzekucja była bardziej efektowna? – spytał lekko Gurski.

– Alfred Nobel Dynamit Aktien-Gesellschaft – odparł Sawicki. – Dawna fabryka amunicji.

Ciekawe, pomyślał Roman. Niemcy pozwolili mnie rozwalić na swoim terytorium… Dopiero po chwili uznał, że opuszczona fabryka musi się jednak znajdować w Polsce. Napis sprayem na ścianie nie pozostawiał wątpliwości: „Jestem wariat rozkurwię każdy komisariat”.

– Fajne miejsce. – Gurski wciągnął rześkie powietrze do płuc. – To teraz zjawią się pańscy kumple z tortem?

– Co?

– No, wie pan, z takim tortem nakrytym wafelkami. – Roman zauważył, że Sawicki ciągle nie zrozumiał nawiązania do przedwojennego incydentu, więc szybko dodał: – Tort, wafelki ułożone w swastykę. Mówi to coś panu?

– Zamknij mordę! – Generał stracił nad sobą panowanie i splunął Gurskiemu pod nogi. – Jak śmiesz porównywać nas do faszystów?

– Rozwałka, przepraszam, egzekucja z wyroku sądu wojskowego polskiej organizacji podziemnej w nazistowskiej fabryce amunicji. Faktycznie, za daleko się posunąłem w tych skojarzeniach.

Sawicki dał znak swoim ludziom, a ci brutalnie pociągnęli Romana do pancernego gmaszyska. Wdrapali się po zrujnowanych, porośniętych mchem stopniach na drugą kondygnację i weszli do olbrzymiej sali. W cementowej posadzce wydrążono tam sześć potężnych okrągłych otworów. Roman zaczął się właśnie zastanawiać, czy mogły służyć do montażu wielkich pocisków, gdy nagle zamarł.

Do prętów zbrojeniowych sterczących z jednej z pokruszonych ścian przywiązano pięciu mężczyzn. Rozpoznałby ich na środku oceanu podczas bezgwiezdnej nocy. Sierżant Jovan Lacević, kapral Daniel Seget, plutonowy Marek Bosak, kapral Mariusz Wójcik i kapral Tomasz Janik. Ludzie z jego plutonu. Wszyscy się uśmiechnęli na widok dawnego dowódcy. Bez komendy.

– Co oni tu robią!? – wysyczał do Sawickiego.

– Wierzę, że pozostaną w FARBIE. Chcę, żeby wiedzieli, jak kończą zdrajcy.

– Gościu naprawdę jest porządnie jebnięty – powiedział zniesmaczony Seget.

Gurski zdał sobie sprawę, że kapral, swego czasu świetny dowódca drużyny granatnika Mk 19, ma rację. Podczas służby Roman wielokrotnie dostrzegał w Sawickim cechy godne szczerego podziwu. Ale jakoś nigdy nie zauważył, że poza tym facet był po prostu psychopatą.

– Zabierzcie stąd tych ludzi. Przecież to ja mam wyrok – wyszeptał bezsilnie. Był tym wszystkim zmęczony.

– Romuś, nic się nie przejmuj. Nie takie rzeczy widywaliśmy! – Sierżant Lacević był niereformowalny. Przez całą służbę tylko raz się zwrócił do przełożonego w oficjalnej formie.

– W dupie byłeś, gówno widziałeś! – Roman się uśmiechnął. Mimo podbramkowej sytuacji widok jego ludzi na nowo rozpalił w nim płomyk nadziei.

– Ten dziadyga może nam naskoczyć!

– Sierżancie! Liczcie się ze słowami. – Sawicki poczerwieniał na twarzy. – Przyjdzie pora, że jeszcze będziecie potrzebować mojej pomocy.

Lacević splunął lekceważąco i jak to miał w zwyczaju, udzielił zwięzłej, żołnierskiej odpowiedzi:

– Chuj w to wbijam.

– Przywołuję was do porządku! – Roman mrugnął porozumiewawczo. – Takie słownictwo nie przystoi oficerowi!

– Nic nie poradzę, że mam zdolności do języków. – Sierżant wzruszył skromnie ramionami. – A polski jest stworzony do klęcia. To jest kurwa piękne, do chuja wafla.

– Mądrego zawsze miło posłuchać.

Gurski uśmiechnął się do Jovana, a w ich spojrzeniach zawarła się cała trudna droga, jaką wspólnie przebyli podczas wojennej awantury. Uśmiechy jednak zaraz zgasły, nadając twarzom poważny wyraz. W ten sposób się żegnali. Wiedzieli, że sytuacja jest beznadziejna, a za chwilę jeden z nich przestanie istnieć.

Ludzie Sawickiego przy okrągłym otworze w podłodze rozwinęli grubą linę. Roman szarpnął się gwałtownie, przytrzymywany przez dwóch żołnierzy, i krzyknął:

– Kurwa, co jest!? Wyrok to śmierć przez rozstrzelanie!

– W tym kraju od wieków zdrajców się po prostu wiesza. – Sawicki roześmiał się nieprzyjemnie. – Szkoda pocisków na takie ścierwo jak ty. Gdyby odpalono ładunek, wszystko wyglądałoby inaczej.

– Gościu pierdoli jak w Matriksie – westchnął Lacević, po czym krzyknął: – Lepiej nas też powieście, bo jak zostawicie przy życiu, to wszystkich was zajebiemy!

Jeden z żołnierzy wymierzył mu silny cios kolbą. Sierżant zwiesił głowę i gdyby nie więzy trzymające go przy zbrojeniowych prętach, zwaliłby się na ziemię. Roman poczuł na szyi ciężar grubej, gryzącej liny, a żołnierze przyciągnęli go do krawędzi otworu, podczas gdy dwóch innych wiązało solidny węzeł na poprzecznej stalowej belce najeżonej nitami.

– Z wyroku podziemnej organizacji wojskowej… – zaczął patetycznie Sawicki.

– Pierdol się! – warknął Gurski.

Zniesmaczony generał dał znak i żołnierze pchnęli Romana nad dziurę. Zakołysał się łagodnie na linie i zaczął obracać wokół własnej osi. Choć wiedział, że to bezcelowe, bo pilnujący go na pewno by zareagowali, próbował skutymi nogami dosięgnąć krawędzi betonu. Bezskutecznie. Po niecałej minucie zrobiło mu się ciemno przed oczami. Mimo wszystko charkot dobywający się z jego własnych ust go zaskoczył. Gurski się dusił.

3.

Wszystko urządzono po rosyjsku. Pomysł całkiem dobry, plan trochę gorszy, ale jeszcze znośny, za to wykonanie kompletnie do dupy. Łuck to średniej wielkości miasto na zachodzie Ukrainy. Przed wojną dzieliło go od polskiej granicy może sto kilometrów. Gdy tylko rosyjskie wojska zajęły ukraińskie terytorium, rozpoczęły się prace na opuszczonym lotnisku na południe od miasta. Szybko powstały tam dwa pełnowymiarowe pasy startowe, hangary oraz park maszyn. Na pobliskiej równinie stanął gigantyczny obóz, w którego namiotach stłoczono blisko sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy.

Był to najlepszy dowód, że car Władimir I od początku planował dalszą ekspansję i marsz na zachód. Pomimo dobrych założeń w obozie i na lotnisku panował niewyobrażalny chaos. Lejtnant Paweł Gawriłow był tu już od trzech dni, ale gubił się za każdym razem, gdy miał wrócić na kwaterę. Wraz ze swoim nieodłącznym druhem, praporszczikiem Aleksandrem Kozłowem, zajmował kąt jednego z namiotów. Mieli tam podłogę z drewnianych palet i ścianki działowe z płyty pilśniowej. Prywatności dawały jednak niewiele, bo sięgały raptem dwóch metrów, więc i tak każdy słyszał, co działo się po drugiej stronie. Mimo wszystko był to jeden z bardziej luksusowych namiotów w łuckiej bazie. Prawa do tego lichego kawałka przestrzeni lejtnant Gawriłow nabył za półtora tysiąca dolarów.

– Ja pierdolę, gdzie to było? – mruknął do siebie, pokonując kolejny zakręt wąskiego zaułka.

Pieniądze zarobione w czasach prosperity, gdy szefował polskiemu Krajowemu Urzędowi Bezpieczeństwa Obywatelskiego, na razie pozwalały mu się jako tako urządzić, chociaż nie mógł zabrać całego majątku. Zastanawiał się wcześniej, czyby nie wysłać części pieniędzy do rodziny w Irkucku, ale uznał to za zbyt ryzykowne. Podskórnie czuł, że już niedługo ludzie będą tam jeść pałeczkami i hucznie obchodzić chiński Nowy Rok. Dlatego wybrał rozwiązanie znane już przed wiekami. Po prostu większość gotówki zgromadzonej podczas służby w KUBO zakopał w stalowej skrzyni jeszcze na terenie Polski i zapisał współrzędne geograficzne.

– To się tak robi!? Oni pojęcia zielonego nie mają! Suki! Na Szeremietiewie lachę by mi robili! To są procedury!? Kurwa, jebać!

Gawriłow usłyszał znajomy głos i odetchnął z ulgą. W końcu udało mu się znaleźć swoją kwaterę. Sąsiednią zajmował kontroler lotów, którego wcielono do wojska prosto z cywilnej służby. Nie mógł się pogodzić po pierwsze z wyprowadzką z Moskwy, a po drugie z burdelem panującym w armii. Dlatego poza służbą chlał do nieprzytomności i klął na czym świat stoi.

Jego niekończące się złorzeczenia zagłuszył samolot transportowy podchodzący do lądowania, a Gawriłow pchnął właściwe drzwi i znalazł się w klitce ledwo mieszczącej dwie prycze. Wylegujący się dotąd Kozłow usiadł na brzegu swojej.

– Już nie mogę słuchać tego wariata – westchnął, wskazując głową na ściankę, a potem przejechał palcem po gardle. – Może by go tak?

– Zostaw. Znalazłeś naszego człowieka?

– Tak jest. Nazywa się Sasza Daniłow.

– Jak sytuacja?

– Słabo. Do gościa praktycznie się nie da podejść. Jest niczym „Sokole Oko” z lornetką i noktowizorem w królestwie ślepców.

– Malownicze porównanie. Nie znałem was od tej strony. – Gawriłow pokręcił głową z niezadowoleniem i zapalił papierosa. Przy okazji poczęstował podwładnego.

– Chodzi mi o to, że ma zajebistą pozycję i trzeba by naprawdę pomachać grubą forsą.

Ciasna przestrzeń szybko wypełniła się dymem, a lejtnant uznał, że nie będzie tłumaczył Kozłowowi, że się domyślił za pierwszym razem, co ten miał na myśli. Gdy siedzieli w cieplutkim KUBO w Warszawie, wszystko wyglądało inaczej. On jako szef instytucji w randze pułkownika, jego podopieczny z perspektywą awansu na kapitana. Zasrany Władimir I, pomyślał z wściekłością Gawriłow. Gdyby nie zachciało mu się tej wojny, nie bylibyśmy teraz w ciemnej dupie. Lejtnant dobrze wiedział, że nie może dopuścić do tego, aby wysłano ich na front. Doskonale pamiętał, jak to było podczas polskiej kampanii. Na początku wszystko rozmyte i pogrążone w chaosie tak jak tutaj, w Łucku. Ale kiedy w końcu przydzielą ich do odpowiedniej jednostki i wyślą do walki, to nie będzie zmiłuj. Już się nie wykręcą.

– Dowiedziałeś się, gdzie nam będzie najlepiej? – Kozłow przerwał ciszę i zgasił papierosa w popielniczce z wypełnionej wodą połówki plastikowej butelki.

– Dwudziesta Dziewiąta Samodzielna Warszawska Brygada Kolejowa – odparł Gawriłow.

– Lejtnant to jednak ma sentyment do polskiej stolicy…

– Zabezpieczenie szlaków kolejowych, odbudowa i ochrona infrastruktury. Spokojna, tyłowa służba.

– Robota lekka, łatwa i przyjemna?

– Może nie aż tak – parsknął lejtnant. – Ale lepsze to niż selfie z własnymi jelitami.

– Tylko że aby się tam znaleźć, musimy dorwać szefa sekcji personalnej. Tego Saszę.

– Jak myślisz, ile nam to zajmie?

– Kilka dni co najmniej.

Niedobrze, pomyślał Gawriłow. Tyle czasu mogli już nie mieć. W bazie panował taki burdel, że ciągle nie znali swojego prawdziwego przydziału. A może tak naprawdę niepotrzebnie kombinowali? Lejtnant przypomniał sobie jeszcze o swoim poprzednim pomyśle. Dotyczył wojsk inżynieryjnych, ale do tego potrzebowaliby odpowiedniego wykształcenia.

– A jak wygląda sprawa naszych papierów, że nie tylko most, ale i rakietę w kosmos zbudujemy, jak będzie trzeba?

– Chcą pięć tysięcy papieru od łba.

– Ile, kurwa?! – Gawriłow wydarł się na całe gardło.

– Szefie, tu jest sześćdziesiąt tysięcy chłopa, a każdy myśli o jednym. Jak by się gdzieś zadekować.

Lejtnant westchnął ciężko, przeciągając dłonią po twarzy. Wiedział, że jego podwładny ma rację. Morale nigdy nie było najmocniejszą stroną armady, jak żołnierze nazywali między sobą rosyjską armię.

Ryk startujących i lądujących maszyn rozlegał się coraz częściej. Przez te trzy dni w obozie odnotowywali taką wzmożoną aktywność każdego popołudnia. Jednak tym razem hałas silników odrzutowych próbował przekrzyczeć jakiś tubalny, coraz lepiej słyszalny głos. Gawriłow i Kozłow wymienili zdziwione spojrzenia. Po krótkiej chwili drzwi do ich kanciapy odskoczyły gwałtownie, a w wejściu pojawiła się wściekła, kanciasta postać. Łysy intruz był purpurowy na twarzy. Pagony polowego munduru miał tak wymięte, że nie sposób było stwierdzić, czy był kapitanem, czy starszym lejtnantem. Niewątpliwie był za to pijany.

– Praporszczik Kozłow i lejtnant Gawriłow! Są tu takie kurwy?!

Obaj zerwali się z prycz i stanęli na baczność.

– Melduję posłusznie, że kurew brak! – wrzasnął lejtnant. – Tylko żołnierze!

Oficer zmierzył go groźnym spojrzeniem i podszedł bliżej, a Gawriłow uświadomił sobie pomyłkę. On nie był pijany, ale po prostu pod wpływem alkoholu, co nie przeszkadzało mu jednak zachować bystrości umysłu. Prawdopodobnie funkcjonował tak na co dzień.

– Zostajecie wcieleni do Pierwszej Armii Pancernej! Dwudziesta Siódma Brygada Zmechanizowana, siódma kompania! – Łysy uśmiechnął się plugawie. – Moja kompania!

– To dla nas prawdziwy zaszczyt! – Lejtnant wyprężył się jeszcze bardziej. – Ale myślimy o innej ścieżce kariery.

– Co? – wychrypiał tamten.

– U nas są pieniądze, dolary. Ile?

Łysy pochylił głowę tak, że Gawriłow wyraźnie poczuł ostrą woń wódki i szybko się zorientował, że pomylił się jeszcze raz. Choć to niezwykłe w rosyjskich realiach, nie mieli do czynienia z łapownikiem.

– Pieniądze to nie problem. Ludzie… Z tymi gorzej. Jestem kapitan Siemion Pawłowicz Turczyn. Dla przyjaciół Turek, dla was kapitan Turczyn. Ale lepiej myślcie o mnie jako o diable, szatanie, demonie czy co tam. – Złapał obu mocno za włosy i szarpnął tak mocno, że zderzyli się głowami. – A jeśli któryś z was, skurwysyny, pójdzie na lewiznę, to z waszych jaj ukręcę linę i zaduszę jak psa! Mandżur w łapę i za dwie minuty na placu!

Dokładnie półtorej minuty zajęło praporszczikowi i lejtnantowi pobieżne rozmasowanie obolałych kręgów, szybkie zebranie dobytku i ustawienie się przed namiotem wśród innych żołnierzy. Całą brygadę zaczęto pakować w potwornym chaosie do ciężarówek i zdezelowanych autokarów. Gawriłow szybko uznał taki sposób podróżowania za wyjątkowo niekomfortowy i odżałował tysiąc dolarów. Dzięki temu jeden z oficerów nadzorujących transport pozwolił im wleźć do BTR-a, który wkrótce zniknął w trzewiach potężnego śmigłowca Mi-26.

Gdy tylko maszyna wzbiła się w powietrze, Gawriłow z Kozłowem otworzyli drzwi transportera i poszli powyglądać przez wąskie okienko transportowej maszyny. Kozłow pierwszy rozpoznał punkty orientacyjne i rzucił z przygnębieniem:

– Lecimy na zachód, na front. Mamy przejebane.

Lejtnant zlustrował wzrokiem rozciągający się w dole krajobraz, rozpaczliwie pragnąc udowodnić podwładnemu, że się myli. Na próżno. Do głowy przyszło mu tylko jedno słowo:

– Prawda.

Zauważył go w ostatniej chwili, gdy już miał wyjść na otwartą przestrzeń. Wycofał się ostrożnie i przykucnął za jednym z drzew. Wcześniej wyjątkowo długo i skrupulatnie obserwował okolicę stacji benzynowej. Nabrał przekonania, że nikt jej nie pilnuje, ale teraz go widział, choć ukrył się całkiem sprytnie. Po prawej, wśród porzuconych na placu samochodów, stała ciężarówka. Teraz, w świetle stojącego wysoko słońca Zenon Marczak widział dokładnie sylwetkę nachyloną nad kierownicą. Ani chybi właściciel stacji, pomyślał. Gdybym podszedł do dystrybutora, pewnie posłałby mi przez okno kulę albo dwie z myśliwskiej strzelby. Cholerny wieśniak.

Odczekał jeszcze chwilę, próbując przyłapać tamtego na choćby drobnej zmianie pozycji. Ale nie, nie poruszył się w ogóle. Marczak musiał. Korzystając z osłony gęstych drzew, uszedł dobry kilometr na północ, dopiero wtedy zdecydował się na przekroczenie drogi i ostrożny powrót. W kucki podkradł się od tyłu do potężnej naczepy. Wsunął się pod cielsko maszyny i podczołgał aż do kabiny, unikając kałuży przy prawym kole. Wyciągnął zza paska glocka. Wcześniej, gdy wrzucił nieprzytomną Danutę do terenówki, zatrzymał się przy martwym najemniku i zabrał mu ten pistolet. Niestety w magazynku były tylko dwa naboje.

Wychylił się ostrożnie zza koła i spojrzał w górę na drzwi kabiny. Zaklął w duchu, ganiąc się za bezmyślność. Kierowca mógł go zobaczyć w dolnej części potężnego lusterka. Nie tracąc czasu, wydostał się spod pojazdu, szarpnął za klamkę i wycelował do wnętrza. Uderzenie fetoru omal nie zwaliło go z nóg. Zenon odszedł kilka kroków z załzawionymi oczami i zgiął się wpół, opierając ręką o burtę naczepy. Siłą woli utrzymał w żołądku zjedzoną nad ranem konserwę. Wrócił, żeby się wspiąć po stopniach ciężarówki.

Trup za kierownicą był napuchnięty, a jego łuszcząca się skóra przybrała fioletowo-zielony odcień. Z szyi sterczał mu w bok sporych rozmiarów śrubokręt. Jeśli zamordowany był kiedyś strażnikiem stacji benzynowej, to zdecydowanie nie dźwignął zadania, pomyślał Zenon, a lustrując fotel pasażera, uznał, że chyba trafił nawet z tą strzelbą. Na siedzeniu leżało puste opakowanie po amunicji myśliwskiej. Niestety w kabinie nie było żadnej broni.

Z glockiem gotowym do strzału Zenon przeszukał też splądrowany budynek stacji. Po sklepie zostały w środku jedynie meble. Rozszabrowano wszystko, łącznie z kasą fiskalną i grzejnikami. Na zewnątrz przyjrzał się jeszcze jednemu nadpalonemu generatorowi stojącemu przy dystrybutorze. Ktoś podpiął agregat na krótko do pompy, żeby ściągnąć paliwo.

– Ciekawe, czy cokolwiek zostało w zbiornikach – mruknął do siebie Zenon z rezygnacją.

Pamiętał, że minęli Mikołów. Jakieś dwadzieścia kilometrów później w terenówce skończyło się paliwo. Ile mogli ujechać… Dwadzieścia, trzydzieści kilometrów? Wcześniej uznał, że nie ma sensu pchać się na zachód i przebijać na front. Stwierdził, że najlepiej przedostać się na południe, do Czech. Może by tak jednak na piechotę?

Rozważania przerwał mu łoskot nisko przelatujących myśliwców. Wkrótce potem po całej okolicy rozniosły się echa dalekich grzmotów eksplozji. Front się zbliżał. Zenon podjął decyzję, że musi chociaż spróbować zdobyć jakieś paliwo. Kłopot w tym, że przez całe życie tankował benzynę tak jak wszyscy. Podjeżdżał pod dystrybutor, nalewał i płacił w kasie. Gdzie się trzyma paliwo na stacji? Nie miał zielonego pojęcia, ale wytypował sporych rozmiarów żelazną klapę przed wjazdem pod dystrybutory.

Otworzył bez problemu oba skrzydła i spojrzał na wystający z ziemi cylinder przykryty deklem przymocowanym dużymi śrubami. Dwudziestki albo dziewiętnastki, oszacował i wrócił do ciężarówki z trupem. W schowkach przy kołach naczepy znalazł kilka kluczy nasadowych. Przy klapie okazało się, że pasuje ten w rozmiarze dwadzieścia sześć. Narzędzie w kształcie fajki umożliwiało zastosowanie dźwigni, ale Zenona i tak kosztowało bardzo wiele wysiłku, aby choć ruszyć pierwszą śrubę. Mocno dokręcone i zastałe, najlepiej byłoby pewnie poluzować kilkoma uderzeniami, uznał jednak, że krzesanie iskier podczas otwierania zbiornika z paliwem to kiepski pomysł.

Pół godziny później był zlany potem, a dłonie i plecy płonęły mu żywym ogniem. W tym czasie zdołał pokonać dziesięć śrub. Zostało jeszcze osiem. Wstał i rozprostował bolący kręgosłup. Strasznie chciało mu się pić. Przeszukał jeszcze raz budynek i nawet kontener ze śmieciami, ale nic nie znalazł. W końcu wczołgał się w desperacji pod ciężarówkę i wychłeptał trochę wody z kałuży jak pies. Potem wrócił do pracy.

Gdy uporał się z ostatnią śrubą, miał pozdzieraną z palców skórę, a obie dłonie mocno krwawiły. Naparł rękoma na pokrywę, a ta po dłuższej chwili ustąpiła z cichym sykiem. Powietrze wokół zafalowało od oparów benzyny. Odłożył ostrożnie pokrywę i odszedł kilka kroków, dając czas większości gazów na rozproszenie się w powietrzu. Po kilku minutach zajrzał do zbiornika i odetchnął z ulgą. Na dnie było jeszcze trochę benzyny.

Kanistra, rzecz jasna, nie znalazł nawet w ciężarówce. Za to czegoś innego w okolicy nie brakowało. Śmieci. Ulice były wprost zasypane niezniszczalnym plastikowym badziewiem w każdym możliwym rozmiarze i kolorze. Bez trudu wyszukał dwa odpowiednie baniaki i butelkę. Najwyraźniej szabrownicy nie pomyśleli jeszcze o kradzieży oświetlania, bo po rozpruciu podwieszanego sufitu pozyskał kilka metrów kabla.

Cierpliwie spuszczał półtoralitrową butelkę do zbiornika i korzystając z tego, że kabel był dosyć sztywny, wpychał ją pod powierzchnię i nabierał trochę benzyny. Potem wyciągał butelkę i przelewał zawartość do baniaka. Gdy napełnił pierwszy i po raz kolejny posyłał butelkę na dół, kabel zahaczył o leżący obok klucz nasadowy. Zenon rzucił się gwałtownie w przód, uderzając boleśnie czołem o krawędź włazu, i wyciągnął rękę. Złapał klucz w ostatniej chwili, ale po sekundzie ten wyślizgnął się ze spoconych palców. Zenonowi w mgnieniu oka przeleciały przez głowę obrazy z ostatniego roku: początek wojny, praca u starego Wojnarowicza, okrutna rana zadana przez jego siostrę, wreszcie niebezpieczna gra z Gawriłowem i KUBO. A teraz zginę przy szabrowaniu wachy, pomyślał, gdy klucz wpadł z pluskiem do paliwa i stuknął w dno zbiornika.

Nic się nie stało. Zenon uświadomił sobie, że przecież wybuchają opary, a nie sama benzyna. I nie od szturchnięcia zwykłym kluczem, tylko od iskry.

Gdy w połowie wypełnił drugi baniak, usłyszał daleki pomruk silnika. Przesunął pokrywę na miejsce, zakręcił naczynie i ruszył z oboma biegiem w kierunku lasu. Niecałe osiem litrów powinno mu starczyć do granicy, a może nawet do Ostrawy, bo terenówka przy oszczędnej jeździe paliła jakieś dziesięć litrów na sto kilometrów. Miał tylko dwa pociski i nie chciał ryzykować spotkania z jakimiś maruderami.

Już pod osłoną drzew odstawił na chwilę baniaki i odwrócił się w stronę stacji. Pod dystrybutory podjechało niewielkie kombi, z którego wysiadł mężczyzna. Nawet z tej odległości Zenon widział, że w aucie została kobieta z dwójką dzieci. Kierowca wymienił z nią kilka zdań, a potem wyciągnął z bagażnika łom. Gdy tylko podszedł do włazu i wziął solidny zamach, Zenon padł na ziemię, nakrywając głowę rękoma. Nie mógł zobaczyć iskry skrzesanej uderzeniem. Potężny huk niemal rozerwał mu bębenki w uszach.

4.

Natalia przysiadła na krześle. Zmęczona, ale zadowolona. Cały ranek szorowała kuchnię i efekt był więcej niż zadowalający. Wcześniej ten kąt ich skromnego mieszkania lepił się od brudu, a teraz jako tako przypominał miejsce do gotowania posiłków dla cywilizowanych ludzi. Gdy tylko odsapnęła trochę, podniosła z obrzydzeniem stojącą na podłodze miskę z piwem, w której w nocy potopiło się kilkanaście karaluchów, i wylała zawartość do sedesu. Smutny twierdził, że to jeden z lepszych sposobów, aby choć trochę przetrzebić szeregi robactwa. Pułapka zdała egzamin, pomyślała Natalia, ale żeby na dobre pozbyć się tych obrzydliwych owadów, trzeba by pewnie spryskać czymś cały blok.

Gdy tylko Smutny dowiedział się, że jego brat zaginął bez wieści w rosyjskiej stolicy, natychmiast zaczął szukać dla nich mieszkania. Niestety ich finanse, mówiąc delikatnie, były dość ograniczone. Mimo to dosyć szybko wprowadzili się do ciasnego lokum na Butowie, jednej z południowych dzielnic Moskwy. Zresztą nie mieli innej możliwości. Powrót do Irkucka był niemożliwy, bo na Smutnego czyhali tam bandyci, a Natalia z matką też obawiały się konsekwencji. W końcu ktoś mógł oskarżyć ich o wywołanie pożaru w nadbajkalskim domu. Na nic mogły się zdać tłumaczenia, że Dima, u którego mieszkały, był po prostu szaleńcem.

Ich obecne mieszkanie kiedyś było większe, ale właściciel podzielił je na kilka klitek, żeby zmaksymalizować zysk. Do dyspozycji mieli jedno pomieszczenie z dwiema rozkładanymi kanapami, masywnym stołem i kuchnią w kącie. Za harmonijkowymi drzwiami znajdowały się toaleta i bardzo ciasny prysznic.

Natalia zerknęła na zegarek i wstawiła wodę na makaron. Zorientowała się, że Basia, leżąca na kanapie, ma otwarte oczy.

– Cześć, mamo. Jak się czujesz?

Ta nie odpowiedziała, tylko kiwnęła nieznacznie głową. Piotruś, przytulony do jej piersi, nadal spał, oddychając głęboko. Natalia zauważyła, że od przeprowadzki na Butowo mama dziwnie przygasła. Nie odzywała się, nie komentowała ich rozmów ze Smutnym. Zapadła się w sobie, wykonywała jedynie konieczne przy niemowlaku czynności, a i to jak automat. Natalia naprawdę się o nią martwiła.

– Niedługo wróci Smutny. Pomożesz mi z obiadem? – spytała.

– Jestem zmęczona. – Basia zamknęła oczy.

Natalia westchnęła, stawiając patelnie na ogniu. Trochę była zła na matkę. Od wczoraj musiała sama sprzątać ich nowe mieszkanie (a wbrew pozorom było co sprzątać) i szykować posiłki. Liczyła na pomoc Basi, ale na razie nie chciała poruszać tego tematu. Postanowiła dać jej trochę czasu.

Kiedy usmażyła kurczaka i odcedziła makaron, wyjrzała przez wąskie okno. Cały ranek padał deszcz, ale teraz słońce zaczęło się przebijać przez chmury, zalewając blaskiem mokre ulice. Ta część Butowa zabudowana była dziesięciopiętrowymi blokami połączonymi w fantazyjne łamańce, między którymi mieściło się trochę zieleni. Ich blok był akurat nieco niższy i nie łączył się z innymi. Kwadratowy klocek niczym rozbitek pośród kanciastych fal pozostałych, pozrastanych ze sobą budynków.

Zauważyła Smutnego, który się nachylał do okna zdezelowanego czarnego mercedesa. Rozmawiał z kierowcą dłuższą chwilę. Potem wymienił z nim uścisk dłoni i wręczył kilka banknotów. Mercedes odjechał, a Smutny ruszył w kierunku budynku.

– Mamo, zjesz coś?

– Może później – mruknęła niechętnie Basia.

Natalia nałożyła dwie porcje kurczaka i makaronu, który posypała obficie startym żółtym serem. Gdy tylko postawiła talerze na stole, do mieszkania wszedł Smutny.

– Priwiet! – Uśmiechnął się i pocałował Natalię.

– Cześć. Obiad gotowy.

– Dzięki! Tylko ręce umyję.

Coraz lepiej radziła sobie z rosyjskim i w tego typu prostych rozmowach nie musiała już używać telefonu. Cyrylica ciągle jednak stanowiła dla niej zagadkę. Smutny wyszedł z łazienki i usiedli przy stole.

– Pyszne – powiedział z pełnymi ustami, pochłaniając błyskawicznie makaron.

– Zrobiłam z tego, co kupiłeś wczoraj…

– Nie martw się, niedługo będzie więcej jedzenia. – Mrugnął do niej. – Jak mama?

– Dobrze. Musimy jej dać trochę czasu. Kto to był?

– Co?

– Ten czarny mercedes.

– Lokalny z Butowa. Opłaciłem cały miesiąc.

Natalia zmarszczyła brwi. Była obecna podczas wynajmu mieszkania i przysłuchiwała się targom Smutnego z właścicielem. Mogłaby przysiąc, że to nie był ten sam mężczyzna.

– Jak to? To był ten od mieszkania?

– Nie. – Tempo Smutnego było naprawdę ekspresowe. Już kończył. – Temu zapłaciłem, żebyśmy mieli spokój.

– Nie rozumiem.

– Boże… – Smutny się skrzywił. – A chcesz, żeby ci torebkę wyrwali? W łeb dali? Drzwi nam podpalili?

– To trzeba za to płacić?

Skończył jeść i odsunął talerz, kręcąc głową z niedowierzaniem, że trzeba tłumaczyć takie proste rzeczy. W Moskwie wiele dzielnic i osiedli tak działało. Zwłaszcza tych biedniejszych, takich jak Butowo. Oczywiście na razie nie mieli dużo pieniędzy, ale Smutny postanowił sobie, że to się wkrótce zmieni. Dlatego wolał mieć spokój. Za cienką ścianką z karton-gipsu rozległy się krzyki w obcym języku. Smutny posłuchał chwilę i się uśmiechnął.

– To Kirgizi. Wrócili z pracy i kłócą się o pieniądze.

Awantura za ścianą szybko się przeistoczyła w bójkę, a cienkie przepierzenie zatrzęsło się, gdy ktoś po drugiej stronie w nie rąbnął.

– Nic się nie martw. – Smutny wyciągnął niewielki telefon starego typu i położył na stole. – Tu masz zapisane dwa numery. Jeden do mnie, a drugi do Wowy.

– Kto to? – spytała, oglądając aparat.

– Człowiek z mercedesa. Jakby były jakieś kłopoty, to dzwonisz. Do mnie albo do niego.

– Kłopoty? – Natalia zrobiła wystraszoną minę.

– To tylko tak na wszelki wypadek. Nie martw się. Mam dla ciebie prezent.

– Naprawdę!?

Smutny wstał, sięgnął do kurtki na wieszaku i położył na stole książkę. Na okładce wiekowego wydania dziewczynka i chłopiec stali za dużą literą A, w środku której siedział uśmiechnięty żółty miś.

– Bukwar – powiedział Smutny.

– Co? – Natalia zaczęła wertować strony i szybko się zorientowała, co to takiego. – A, elementarz!

– Czas, żebyś poznała litery. Wydaje mi się, że na razie tu zostaniecie. Oczywiście, o ile będziecie chciały… – Smutny się zmieszał.

– Dziękuję! – Wstała i pocałowała go w policzek.

– Jest trochę stary, ale to jeden z najlepszych. Popatrz tutaj!

Przerzucił dwie pierwsze strony z wypisanym alfabetem i pokazał jej trzy słowa wydrukowane grubszą czcionką: мама, Родина, Ленин.

– Tu jest napisane, że po raz pierwszy napiszesz sama trzy najdroższe dla ciebie i wszystkich innych słowa.

– Pierwsze to mama?

– To było łatwe. Teraz tak: to jest „r”, „o” tak samo jak u was, to „i”, to „n”, a „a” też tak samo.

– Rodina… Rodzina!

– Ojczyzna. Ale dobrze ci poszło. A to jest najlepsze! – Smutny się roześmiał. – „E” tak samo, a to pierwsze to „L”, resztę już wiesz.

– Lenin? – Natalia zmarszczyła brwi i po chwili również się roześmiała. – Lenin!?

– Tak! A tutaj jeszcze taki drobiazg dla ciebie, żeby nie było, że daję same nudne prezenty.

Pomiędzy palcami Smutnego zamigotał łańcuszek z malutkim kluczykiem i kłódką w kształcie serca.

– Dziękuję, jest piękny – szepnęła Natalia, wzruszona.

– Daj, założę ci. – Smutny rozpiął zapięcie i po chwili łańcuszek wisiał na szyi dziewczyny, mieniąc się w ostrych promieniach słońca wpadających przez okno. – To białe złoto.

– Naprawdę? Musiał być drogi. To przesada, może idź, oddaj do sklepu.

Na słowo „sklep” twarz Smutnego przeciął ironiczny, blady uśmiech. Spoważniał zaraz i powiedział:

– Cieszę się, że ci się podoba. Muszę teraz jechać do centrum.

– Po co?

– Robotę trzeba znaleźć.

Mrugnął do niej szelmowsko, ucałował mocno w usta, złapał kurtkę i po chwili był już na zewnątrz. Natalia ciągle oglądała prezent, uśmiechając się do siebie. W końcu podeszła do rozłożonej kanapy i nachyliła się nad Basią.

– Mamo, patrz. Dostałam prezent od Smutnego. Białe złoto.

Basia otworzyła jedno oko, zerknęła przelotnie na mieniący się łańcuszek i powiedziała:

– Ciekawe, z kogo to ściągnął?

– Jak możesz go tak oskarżać!? Po tym wszystkim, co dla nas zrobił!?

Natalia odwróciła się na pięcie i zaczęła sprzątać po obiedzie, trzaskając głośno naczyniami. Była zła na matkę. Czy naprawdę nie mogła powiedzieć choć jednego dobrego słowa? Nie może się cieszyć, że mimo wszystko ona jest choć trochę zadowolona? Leży tylko z tym niemowlakiem przy piersi i gapi się w ścianę. Żałosne! Nie to co Smutny, który coś robi, próbuje. Natalia naprawdę mocno wierzyła, że chłopak szybko znajdzie pracę. Kiedy tylko pomyślała o Smutnym, humor jej się poprawił, a gdy zaczęła zmywać talerze, nuciła już lekko pod nosem, uśmiechając się do swoich myśli. Była zakochana.

Michał Barański ocknął się z suchą szmatą w ustach. Obrócił się na bok i stęknął, czując przeszywający ból w lewej nodze. Próbował zwymiotować, ale nie mógł z powodu szmaty. Sięgnął do twarzy i zorientował się, że to jednak duszący pył, a nie tkanina. Wygrzebał palcem drobny niczym mąka proszek, potem wydmuchał nos. Pomogło, ale do komfortu oddychania było jeszcze daleko.

Przypomniał sobie, jak kiedyś podczas wesela, mocno już podcięty, zgłosił się do konkursu. Musiał zjeść kieliszek bułki tartej bez popijania. Strasznie się wtedy namęczył, ale to i tak było nic w porównaniu z tym, co czuł teraz. Starał się oddychać jak najpłycej. Ciągle leżąc, obmacał powoli całe ciało. Wychodziło na to, że oprócz bólu w lewym udzie i zaschniętego już rozcięcia na czubku głowy nic mu się nie stało. W oddali widział bladą poświatę, sączącą się z góry na zwały pogruchotanych elementów betonowych konstrukcji. Tu, gdzie leżał, panowała totalna ciemność.

– Jurek! Jurek, słyszysz mnie?! Jurek! – zawołał chrapliwie. Tak głośno, jak tylko pozwalał mu zalepiający gardło pył.

Ile mogłem tu przeleżeć, zastanowił się. Dzień? Dwa? Chciał się podnieść, ale dał sobie spokój, gdy namacał kawał betonu raptem kilkanaście centymetrów od swojej twarzy. Ziemia zadrżała kilka razy. Najpierw usłyszał szelest sypiącego się tynku, a potem dalekie, stłumione grzmoty. Nie miał wątpliwości. Na zewnątrz toczyły się ciężkie walki.

– Jurek! Jurek! Juuuurek!

Nawoływał tak dobre kilka minut, aż w gardle poczuł palący ogień. Nie miał siły. Leżał, ciężko oddychając, kompletnie zrezygnowany. To koniec, myślał. Ale może to i lepiej? Wreszcie się skończy ta cholerna męczarnia… Nagle wściekł się na samego siebie za to żałosne użalanie się nad sobą. A potem przeniósł tę złość na ślepy los. Dlaczego, do kurwy nędzy, nie zabił mnie jakiś kawał betonu, pomyślał. Teraz zdechnę tu z głodu.

Podniósł się na łokciu i obmacał drugą ręką najbliższe otoczenie. Z popękanych fragmentów konstrukcji sterczały tu i tam ostro zakończone pręty. Zaczął się zastanawiać, czy gdyby nadział się gwałtownie na któryś z nich okiem, to wystarczyłoby, aby uszkodzić mózg i choć trochę skrócić cierpienia… Przestań się mazać, nakazał sobie w duchu. Obrócił się na brzuch i kawałek przeczołgał po omacku. Szybko odkrył, że jego więzienie ma góra osiem metrów kwadratowych powierzchni i w żadnym miejscu nie było nawet co marzyć o tym, aby uklęknąć. W jednym kącie trafił na coś miękkiego, a gdy jego dłoń powędrowała wyżej, palce zanurzyły się z mlaśnięciem w czymś grząskim i zimnym. Jego pierwszą, absurdalną myślą był miąższ rozbitego grejpfruta – przynajmniej dopóty, dopóki nie namacał ostrych krawędzi wokół. Cofnął z obrzydzeniem rękę.

– Tata, tata…

Michał zastygł, nasłuchując. Usłyszał ten słaby szept tylko dlatego, że stłumione wybuchy, dochodzące z zewnątrz, na chwilę ustały. Kanonada zaraz rozpoczęła się na nowo, ale gdy po kilkudziesięciu sekundach jeszcze raz ucichła, znowu usłyszał:

– Tata, tata, nie… Nie!

– Jurek! Jurek, słyszysz mnie!? – zawołał mocnym głosem, przekrzykując kolejne wybuchy. – Idę do ciebie, słyszysz!? Trzymaj się!

Dochodzący z daleka głos syna momentalnie pobudził Michała do działania. Musiał coś zrobić. I to natychmiast! Na początek rozejrzeć się po tej ciemnicy. Tylko jak? Walcząc z obrzydzeniem, podczołgał się do trupa, któremu wcześniej włożył dłoń w rozłupaną czaszkę. Przeszukał go, ale nie znalazł niczego poza listkiem jakichś tabletek. Dobre i to, pomyślał, chowając go do kieszeni. Szybko uznał, że trup musiał być pacjentem umieralni, jak nazywano wcześniej piwnicę.

Jeszcze raz, o wiele skrupulatniej zbadał ciasną przestrzeń i w przeoczonym wcześniej zakamarku wymacał nogę w wojskowym bucie. Gdy szarpał się z ciałem, zdał sobie sprawę, że opinała je kamizelka kuloodporna. To musiał być jeden z najemników, którzy pilnowali terenu. Michał wsunął rękę pod kevlar i z kieszeni polowego munduru wydobył pogniecioną paczkę papierosów. Podekscytowany, wyciągnął ze środka zapalniczkę i gdy tylko się zorientował, że to porządna, benzynowa konstrukcja, z radością krzyknął:

– Jest!

Jasny płomyk rozświetlił najbliższe otoczenie. Zanim jednak Michał przesunął zapalniczkę, by lepiej się przyjrzeć zwałom betonu, za przegub chwyciła go jakaś ręka. Z gardła natychmiast wyrwał mu się okrzyk przerażenia, a światełko zgasło. Walczył przez krótką chwilę z żelaznym uściskiem, ale nie miał szans. Sięgnął do kółka zapalniczki drugą ręką i chybotliwy płomień znowu się pojawił. Palce zaciśnięte na przegubie niewątpliwie należały do najemnika. Żywego, bo niemożliwe, aby taki efekt wywołało stężenie pośmiertne. Wśród pogruchotanych szczątków betonu Michał dostrzegł błysk oka. Część głowy mężczyzny była zmiażdżona, jednak ten ciągle żył. Jakim cudem?!

– Pomóż – rozległ się stłumiony, chrapliwy głos.

Michał poczuł w nadgarstku pulsujący ból i przestraszył się, że zaraz wypuści zapalniczkę. Instynktownie wraził palec wskazujący prosto we wpatrzone w niego oko. Najemnik zawył przeciągle i puścił rękę Michała, a ten szybko się odczołgał poza zasięg jego ramion.

– Synek! Synek, słyszysz mnie!? Idę do ciebie!

W słabym świetle zapalniczki wszystko wyglądało inaczej. Dopiero teraz spostrzegł, że w niektórych miejscach mógł się przeczołgać dalej nad kawałem pokruszonego betonu. Pokonywał kolejną przeszkodę, gdy usłyszał głośniejsze tym razem słowa:

– Mama! Mama, uważaj! Oni tam są!

Z zadowoleniem uznał, że szczęśliwie podąża we właściwym kierunku. Wykrzyczane słowa napawały go jednak lękiem. Mogły znaczyć, że Jurek bredzi, śniąc jakiś koszmar w malignie.

Nagle Michał zatrzymał się, wpatrzony w przedmiot leżący przed nim na zapylonej posadzce. Trochę odrapany, ale wciąż cały, razem z tkwiącą w klamce zawleczką. Granat ręczny.

Bardzo delikatnym i ostrożnym ruchem sięgnął po pocisk i przełożył go w zagłębienie pod betonowym słupem. Potem poczołgał się dalej, aż w świetle płomienia zapalniczki zobaczył w końcu Jurka. Chłopiec był szary od pyłu, ale jakimś cudem nie został niczym przywalony.

– Synek, Jureczku. To ja, tata…

Jurek wybełkotał coś niezrozumiale, a Michał położył dłoń na czole chłopca. Od razu wyczuł, że dziecko trawi gorączka. Musiało mieć to związek z ręką. Jurek złamał ją podczas wypadku samochodowego, gdy uciekali przed rosyjskimi żołnierzami.

– Nic się nie martw, wyciągnę cię stąd – powiedział Michał i ucałował syna w rozpalone czoło. Potem poczołgał się dalej wśród gruzów, próbując dotrzeć do klatki schodowej. Kiedyś słyszał, że wszystkie budynku konstruowane są tak, aby właśnie ten element był najmocniejszy i odporny na zawalenie. Niestety. Schody były całkowicie zasypane gruzem.

Odszukał drogę do punktu oświetlonego nikłym światłem z góry. Widział stamtąd sporych rozmiarów otwór i nawet wieczorne niebo, zasnute chmurami. Niestety dostęp do wyjścia blokował potężny metalowy słup, który wcześniej pewnie podpierał strop. Teraz leżał pod kątem, opierając się w połowie na popękanym betonowym bloku.

Gdyby się tylko udało jakoś podnieść ten słup, choćby o kilkanaście centymetrów, pomyślał Michał. Zgasił zapalniczkę, poczekał, aż ostygnie, a potem po omacku chwycił za żelastwo i spróbował je przesunąć choćby o milimetr, ale ani drgnęło. Bez sensu, przecież to musi ważyć kilka ton, stwierdził w duchu z rezygnacją. Zapalił ponownie zapalniczkę i jeszcze raz ocenił sytuację. Naprzeciw końca filaru dostrzegł fragment masywnej betonowej ściany, który stał na krawędzi, przekrzywiony wyraźnie na jeden bok. Gdyby Michał zdołał go wytrącić z równowagi, to być może jego nacisk uniósłby drugi koniec słupa. Tylko jak to zrobić?

Michałowi przypomniał się znaleziony granat. Chyba cię popierdoliło, zganił się w duchu. Inżynierowie uczą się takich sztuczek latami, a potem i tak burzenie budynków nie zawsze przebiega tak, jak zaplanowali. Lepiej poczekać na pomoc. Tak, zaczekają, aż się zjawią odpowiednie służby i przeszukają gruzowisko z psami. Zresztą po co psy? Jeśli podczołga się pod filar i krzyknie w kierunku otworu, na pewno go usłyszą.

Gdzieś niedaleko doszło do potężnej eksplozji, a rumowisko się zatrzęsło, sypiąc hojnie drobnym pyłem. Michał niemal roześmiał się do swoich myśli. Jakie służby? Ile było teraz takich miejsc w Polsce? Sto? Tysiąc? Przed wojną to byłaby katastrofa jedyna w swoim rodzaju, relacjonowana przez wszystkie stacje. Ale teraz? To było szaleństwo, ale musiał spróbować.

Postanowił nie marnować benzyny w zapalniczce. Nie wiedział, na ile jeszcze może wystarczyć. Po omacku przeciągnął Jurka za betonowy zawał, mający osłonić go przed wybuchem. Wydarł ze swojej koszuli kilka pasków materiału, nasączył je śliną, a następnie wetknął sobie i chłopcu w uszy. Potem odnalazł granat i przyświecając sobie zapalniczką, ułożył go pod odłupaną ścianą tak, jak mu się wydawało, że będzie najlepiej. Wreszcie wyciągnął zawleczkę i odczołgał w tempie, które – jeśli gdzieś na świecie organizowano w tym zawody – niewątpliwie zapewniłoby mu miejsce w czołówce. W niecałe trzy sekundy znalazł się przy Jurku i nakrył go własnym ciałem.

Rumowiskiem wstrząsnęła potężna eksplozja. Michał niemal od razu zapalił zapalniczkę i przeczołgał się przez duszący pył, ciągnąc za sobą Jurka, aż pod żelazny słup. Niewiele widział, chwycił więc syna pod pachy i pchając go przed sobą, zaczął powolną wspinaczkę ku górze. Nie miał pojęcia, czy w wyniku wywołanej przez niego eksplozji słup się przesunął, zadarł, a może obsunął. Grunt, że ostatecznie zdołali przecisnąć się przez otwór i wkrótce Michał mógł zaczerpnąć świeżego, wolnego od pyłu powietrza.

Gdy pociągnął chłopca w górę rumowiska, pod nimi rozległo się głuche tąpnięcie i nagle zwały cegieł i betonu ożyły. Zaczęły się zapadać, skręcając niczym wir, a środek leja powolnie, ale bezlitośnie ściągał ich do siebie.

– Nie! Nieeeee! – ryknął Michał.

Przytrzymując Jurka, wściekle młócił gruz wolną ręką i nogami, jakby płynął przez wzburzone fale. Jego rozpaczliwa walka przyniosła skutek i w końcu dotarł z synem na szczyt rumowiska. Ciężko dysząc, rozejrzał się stamtąd po okolicy.

Po zabudowaniach lotniska nie było śladu, a cały pas startowy zasłany był szczątkami pojazdów, samolotów i gruzem. Dookoła – bliżej i w oddali – widać było setki pożarów, a słupy dymu gęsto znaczyły niebo, rozpalone zachodzącym słońcem. Uderzony nagle w tył głowy, Michał osunął się na gruzowisko. Zanim zemdlał, zdążył jeszcze zobaczyć postać nachylającą się nad Jurkiem i usłyszeć:

– Dzieciak długo nie pociągnie.

5.

Budził się wcześniej raz po raz, ale potem znowu zapadał w sen. Wreszcie Roman Gurski na dobre odzyskał przytomność. Rozejrzał się po pomieszczeniu oświetlonym jasnymi, jarzeniowymi lampami. Oprócz niego w sali leżało jeszcze dwóch nieprzytomnych mężczyzn. Drzwi się otworzyły i usłyszał głuchy odgłos kroków po metalowej powierzchni pociągniętej linoleum. Znał ten dźwięk. Kontener, pomyślał z zaskoczeniem. Jestem w kontenerze.

Nachyliła się nad nim kobieta o południowej urodzie z ciasno związanymi, czarnymi jak węgiel włosami.

– Do you speak english? – spytała z uśmiechem.

– Tak – odparł Roman, zdziwiony, że jego głos brzmi tak chrapliwie. Dopiero teraz przypomniał sobie ostatnie wydarzenia. Opuszczoną fabrykę amunicji i Sawickiego. Przed oczami stanął mu obraz ludzi z jego dawnego plutonu, którzy musieli się bezradnie przyglądać, jak go wieszają.

– Jak się pan czuje?

– Całkiem nieźle. Biorąc pod uwagę, że jestem martwy.

– Nie jest pan martwy.

– Poważnie? – wychrypiał Roman, a jego wzrok powędrował na bluzę polowego munduru, ciasno opinającego biust kobiety.

– Błagam, tylko bez tekstów, że musi pan być w niebie, bo właśnie spotkał anioła.

– Skąd pani wiedziała? – Uśmiechnął się i zaraz skrzywił, gdy poczuł pulsujący ból szyi. – To było tak oczywiste?

– Służę w Nurse Corps od ośmiu lat. Jak pan myśli, ile razy to słyszałam?

– Pewnie z tysiąc. To może: ma pani piękny uśmiech.

– Lepiej, ale ciągle daleko od listy zatytułowanej „oryginalność”.

Uśmiechnęła się delikatnie i zapisała coś na karcie pacjenta, a ten zauważył na prawym rękawie munduru amerykańską flagę.

– Mogę chociaż wiedzieć, kto się mną tak wspaniale zaopiekował?

– Porucznik Mary Lopez.

– Roman Gurski, miło mi poznać. Dziękuję.

– Naprawdę nie ma za co. I proszę się nie martwić, nic panu nie będzie.

Chciał odpowiedzieć, że wcale się nie martwi, ale nie zdążył. Porucznik Lopez znów się uśmiechnęła i wyszła z pomieszczenia, a do środka wszedł sierżant Jovan Lacević. Przystawił sobie taboret do łóżka Gurskiego i robiąc zbolałą minę, powiedział:

– Ja pierdolę. Ale nieszczęście…

– Co się stało? – Roman zaniepokoił się. – Coś z chłopakami?

– Nie, z nimi wszystko w porządku, ale ty znowu przeżyłeś. To znaczy, że dalej będziemy musieli znosić twoje chujowe poczucie humoru i marne dowodzenie.

– Nie sądziłem, że jesteś we mnie aż tak zakochany. – Gurski posłał mu buziaka. – Dowodzenie raczej należy do przeszłości. To prawda, co mówiła ta porucznik? Nie naderwało mi żadnych kręgów ani nic?

– Nie, bo nie zrzucili cię z wysokości, tylko zepchnęli. Mówią, że wtedy byś nie przeżył. Fajna dupa, co nie? Podobno jeśli dasz jej sto dolców, to zrobi…

– Błagam – parsknął Gurski i znowu poczuł ból szyi. – To, że właśnie uniknąłem śmierci przez powieszenie, nie znaczy, że dam się nabrać na taki chamski numer.

– Warto było spróbować. – Jovan się wyszczerzył.

– Co z chłopakami?

– Wszyscy cali i zdrowi, relaksujemy się, korzystając z amerykańskich zapasów. W ciągu jednego dnia każdy chyba przybrał z pięć kilo.

– Dobra. To teraz mi powiedz, gdzie jesteśmy i dlaczego, do kurwy nędzy, ja ciągle żyję?

– Jesteśmy w bazie US Army w okolicach bydgoskiego Szwederowa. A ty konkretnie: w ich szpitalu polowym.

– Okej. A jak się tu znalazłem?

– Dyndałeś sobie wesoło, gdy do fabryki wpadło kilku rangersów. Spacyfikowali Sawickiego oraz jego chłoptasiów i bez zbędnych dyskusji postanowili przeciąć sznur. Nas przerzucili tu chinookiem, a ty miałeś prywatną taryfę, black hawka. Kurwa, fajnie, co? – Jovan znowu błysnął zębami. – Jak na filmach.

– Skąd oni się tam wzięli?

Zanim Lacević zdążył udzielić odpowiedzi, do środka wszedł niski, lekko siwiejący mężczyzna w amerykańskim mundurze polowym. Jovan wstał natychmiast i powiedział do Romana po angielsku:

– Pułkownik Rogers. To dzięki niemu możemy się cieszyć amerykańską gościnnością. – Następnie zwrócił się do tamtego: – Panie pułkowniku, kapitan Gurski, o którym rozmawialiśmy.

– Świetnie. Może nas pan zostawić samych?

– Oczywiście.

Jovan kiwnął głową i wyszedł bez słowa. Pułkownik odprowadził go spojrzeniem, a potem przeniósł je na Romana.

– Cieszę się, że odzyskał pan przytomność.

– Dzięki pańskim ludziom. Dziękuję.

– Muszę coś z panem zrobić, ale jeszcze nie do końca wiem co. – Pułkownik westchnął i usiadł na taborecie. – Wysyłam pluton swoich chłopaków, bo z satelity widzimy jakieś silosy między drzewami. No więc nie mamy pewności, czy to te zasrane iwany znowu czegoś nie wymyśliły. Moi chłopcy lądują na spadochronach, po czym informują mnie, że to tylko stara, poniemiecka fabryka. A w niej jakaś dziwaczna egzekucja. Potrzebuje pan tłumacza, żeby mi to wyjaśnić?

– Nie trzeba, poradzę sobie – odparł Roman.

A potem streścił swoją historię. Założył, że pułkownik Rogers, jak większość wojskowych, nie jest miłośnikiem kwiecistych opisów. Dlatego przedstawił wszystko tak zwięźle, jak tylko się dało. Początek rosyjskiej inwazji i przebieg walk. Zwłaszcza akcje z udziałem Romana wywarły na oficerze dowodzącym trzecim batalionem rangerów duże wrażenie. Gurski przeszedł gładko do kapitulacji i swoich działań w FARBIE, polskiej organizacji podziemnej. Zakończył smutnym opisem szaleńczego planu wysadzenia Alexanderplatz w Berlinie i własnej odmowy wypełnienia tego rozkazu.

– I za to chcieli cię powiesić, żołnierzu? – spytał Amerykanin.

– Tak jest.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka próbował wtargnąć generał Sawicki, powstrzymywany przez dwóch rosłych amerykańskich żandarmów.

– Zostawcie mnie! – krzyczał Sawicki po angielsku. – Żądam natychmiastowej rozmowy z panem pułkownikiem!

Powstrzymujący generała podoficerowie nie bardzo wiedzieli, jak reagować na jego wściekłość. Wyraźnie nie chcieli go uszkodzić ani też wpuścić do środka. W końcu pułkownik Rogers wybawił ich z opresji, wydając rozkaz:

– Wpuśćcie go.

Żandarmi posłusznie dali za wygraną, ale stanęli przy drzwiach, gotowi interweniować w potrzebie. Sawicki, purpurowy ze złości, podszedł do łóżka i wymierzył oskarżycielsko palec w Romana.

– Ten człowiek to zdrajca! Domagam się natychmiastowego dokończenia egzekucji. – Odwrócił się do Amerykanina. – Pan chyba wie, co to takiego sąd polowy?

– Owszem, wiem – odparł tamten spokojnie.

– U nas zdrajców się wiesza!

– W amerykańskiej armii ostatni zadyndał chyba jeszcze w latach sześćdziesiątych. Zdaje się gwałciciel. Czy to prawda, że ten oficer został odznaczony za akcje, które przeprowadzono pod jego dowództwem?

– Tak, ale to ja sam nadałem mu te odznaczenia – wycedził z pogardą Sawicki. – Popełniłem błąd.

– Na pewno przyjrzymy się tej sprawie. Zapewniam pana. – Pułkownik Rogers skinął elegancko głową.

– Wyrok już zapadł. Z tego, co mi wiadomo, Polska jest jeszcze niepodległym krajem.

– Z tego, co mi wiadomo, w każdym szanującym się niepodległym kraju obowiązują jakieś reguły i możliwości odwołania się od wyroku. – Amerykański oficer cierpko się uśmiechnął. – A Polska jest obecnie teatrem działań wojennych, prowadzonych między innymi przez amerykańskie wojsko. Decyzję podejmie dowódca Siódmej Armii, generał Frank Edwards.

– Pan chyba kpi!? – zapienił się Sawicki.

– Nie. I dobrze panu radzę, nie podnosić więcej głosu i przede wszystkim cieszyć się naszą gościnnością. Pan raczy wybaczyć, ale mam wrażenie, że w tej chwili jej nadużywa.

– A jak nie, to co?

– To spędzi pan noc w areszcie.

Pułkownik Rogers dał delikatnie znak żandarmom, a ci z szacunkiem, acz bardzo stanowczo wyprowadzili Sawickiego z pomieszczenia.

6.

Eksplozje. Wybuchy. Strzały. Huki. Grzmoty. Róża Popławska zdążyła się do nich dawno przyzwyczaić, ale również nauczyła rozróżniać ich poszczególne rodzaje. Na przykład wybuchy bomb lotniczych, poprzedzone rozmaitymi gwizdami, nie były tak naprawdę niebezpieczne. To znaczy były, jeśli pocisk spadł blisko. Ale nie należało się tym na zapas przejmować, bo tak naprawdę to nie człowiek był celem.

Co innego eksplozje na powierzchni albo pożary. Te zawsze zwiastowały ogromne zagrożenie. Może rosyjskie wojsko. A może polskich maruderów i dezerterów. To mogli wreszcie być zwykli bandyci. Róża, sprawna, ale dość uboga malarka, nie chciała mieć do czynienia z żadnymi z nich. Od początku wojny dwukrotnie ją obrabowano, pobito i trzy razy zgwałcono. Wiele się nauczyła w tym czasie i solidnie odrobiła lekcje. Dlatego, gdy tylko usłyszała potężny wybuch, natychmiast się ukryła z Helcią pomiędzy drzewami.

Ale teraz wiedziała już, że nic im nie grozi. Poznała po czarnych, gęstych słupach dymu. Widziała to już nie raz i nie dwa. Płonęła stacja benzynowa. Najwyraźniej znowu ktoś nieumiejętnie zabrał się za kradzież paliwa. To znaczyło, że kimkolwiek był, już nie stał im na drodze.

– Helcia, chodź. Możesz wyjść – powiedziała półgłosem.

Cisza. To była jedna z zasad, których się nauczyła podczas wędrówki. Nie wolno hałasować. Głośno się śmiać czy rozmawiać. Helcia wyszła na drogę, a Róża wyciągnęła z krzaków wózek sklepowy z ich dobytkiem. Wypchnęła go na drogę, a potem mechanicznym, nerwowym gestem wyciągnęła smar w sprayu i spryskała wszystkie kółka. Cisza.

Ruszyły drogą, obserwując uważnie okolicę. Kątem oka Róża zauważyła, że Helcia zatrzymała się przy terenówce stojącej na poboczu.

– Mamo, tu ktoś jest – odezwała się spokojnie.

Róża spotkała tę dziesięcioletnią dziewczynkę pół roku wcześniej i długo musiała ją uczyć, aby nie okazywała emocji i nie podnosiła głosu ani nie krzyczała bez potrzeby. Początkowo nie chciała również, aby mówiła do niej „mamo”, ale w końcu dała za wygraną. Przecież Róża straciła dzieci, a Helcia rodziców. Jakie to miało znaczenie?

Podeszła do samochodu i zajrzała przez okno. Na tylnym siedzeniu leżała związana i zakneblowana kobieta. Rozpaczliwie próbowała zwrócić na siebie uwagę. Róży Popławskiej nie interesowało, kto uwięził w samochodzie tę kobietę. Wiedziała, co to znaczy. Niebezpieczeństwo.

– Chodźmy stąd. Szybko – powiedziała bez emocji i mocno złapała Helcię za rękę.

– Ale mamo – zaprotestowała cicho dziewczynka. – Musimy jej pomóc. Pewnie ktoś ją porwał.

Pewnie tak, pomyślała Róża. Ale gorsze, że może zaraz wrócić. A nas nie może już tu wtedy być.

– To nie nasza sprawa. My musimy przeżyć, rozumiesz? – Spojrzała uważnie na dziewczynkę.

– A co, jak to ciebie by ktoś porwał? Nie chciałabyś, żeby ktoś ci pomógł?

Pewnie, że by chciała. Ale przez te kilka miesięcy wojny rzadko się spotykała z wyciągniętą, pomocną dłonią. Tak naprawdę to nie doświadczyła serdeczności lub dobroci ani razu.

– Tak nie wolno. Sama mówiłaś, że trzeba być dobrym. Nawet gdy inni są źli.

– Masz rację. – Róży łzy napłynęły do oczu. Schyliła się i pocałowała Helcię w czoło. – Masz rację.

Zastukała delikatnie w szybę tylnych drzwi i powiedziała:

– Proszę pani, zaraz panią uwolnimy. Proszę zamknąć oczy i odwrócić twarz.

Zenon nie ucierpiał w wybuchu, ale od samochodu dzieliła go dość spora odległość. Po drodze zaszedł jeszcze do dwóch supermarketów, żeby sprawdzić, czy się w nich nie ostało coś do jedzenia. Niestety. W jednym nie było nawet półek.

Gdy wrócił na drogę, stanął ze swoimi baniakami w rękach jak wryty. Przy terenówce stała siwa kobieta w dziwacznym, połatanym płaszczu, a obok niej dziewczynka w czapce i kurtce za dużej o dwa rozmiary. Obie wyglądały jak obdartusy, a wrażenia dopełniał wózek sklepowy ze skromnym dobytkiem. Siwa, jak określił ją w myślach Zenon, zamachnęła się i rozbiła kamieniem szybę w tylnych drzwiach, a potem je otworzyła. Odstawił baniaki i podszedł po cichu do auta.

Kobieta zauważyła go w ostatniej chwili i drgnęła. Spokojnie sięgnął po pistolet. Nie chciał im robić krzywdy, tylko pogrozić bronią i poradzić, aby pilnowały swojego nosa. Reakcja siwej była jednak dla niego kompletnym zaskoczeniem. Po prostu się na niego rzuciła, drapiąc wściekle paznokciami po twarzy. Zenon odepchnął ją, ale w tym samym momencie doskoczyła dziewczynka, wbiła mu w udo paralizator i nacisnęła spust. Ciałem Zenona szarpnął gwałtowny skurcz i powalił go na ziemię.

Przez kilka sekund nie mógł się ruszać i ze zgrozą tylko obserwował, jak siwa wyciąga spod połatanego płaszcza sporych rozmiarów maczetę. Ta diablica mnie zabije! Odrąbie mi głowę, pomyślał z przerażeniem. Kątem oka zauważył, że dziewczynka szykuje się do kolejnego ataku paralizatorem. Zmusił mięśnie do wysiłku i wyprostował gwałtownie nogę, kopiąc dziecko prosto w twarz. Mała krzyknęła i się przewróciła, wypuszczając urządzenie z ręki, a kobieta zawyła z furią i zamachnęła się maczetą. Rzucał się po drodze jak wariat, ostrze raz po raz krzesało na asfalcie iskry. Siwa młóciła nim z takim zapałem i taką energią, że Zenon nie mógł zmienić strategii, dopóki nie sturlał się z drogi na leżące gałęzie. Kobieta ponownie zamachnęła się maczetą i ostrze utkwiło w grubym konarze. To wystarczyło, aby Zenon zyskał chwilę i zerwał się na nogi. Jednak atakująca szybko odzyskała swoją broń i była znowu gotowa do walki.

– Helcia, uciekaj! – krzyknęła i rzuciła się na Zenona, jednak ten trzymał już pistolet w dłoni. Kula rozerwała czaszkę siwej i kobieta padła martwa na ziemię.

Zenon się rozejrzał i zobaczył, że mała ucieka. Szczerze wątpił, by po ostatnich walkach Amerykanów z Rosjanami w okolicy ktokolwiek pilnował choćby pozorów porządku. Struktury państwa na pewno nie odrodziły się tak szybko, więc nawet jeśliby kogoś spotkała, to i tak raczej nie powinni go ścigać. Postanowił jednak nie ryzykować. Klęknął ostrożnie na jedno kolano i złożył się do strzału. Wiedział, że w ten sposób pozbawi się całej amunicji, ale się nie wahał. Nacisnął spust i trafił uciekającą dziewczynkę w głowę. Potem podszedł szybko do terenówki i zajrzał na tylne siedzenie.

– Kurwa mać.

Po Danucie Wojnarowicz nie było śladu. Zenon szybko ukrył ocalały baniak z paliwem, a potem uważnie zbadał okolicę. Na poboczu po przeciwnej stronie drogi zauważył kilka okruchów hartowanego szkła. Natychmiast wyciągnął pistolet i ruszył w las. Co prawda nie miał już naboi, ale Danuta o tym nie wiedziała. Poza tym nie mogła uciec daleko, pomyślał. Moja walka z tą jebniętą siwą trwała krótko, a ona była dobrze związana.

Tak naprawdę zastanawiał się, co jej zrobić, odkąd udało mu się ją złapać na płycie katowickiego lotniska. Chciał zemsty, i to okrutnej, za to, co mu zrobiła, ale żaden sposób jej uśmiercenia nie wydawał się wystarczająco spektakularny. Za to teraz, gdy po raz kolejny się wymknęła, poczuł gniew. Postanowił, że nie będzie się z nią dłużej pierdolić jak matka z łobuzem. Jak tylko ją znajdzie, od razu rozwali łeb.

Z takim planem w głowie pokonał gęsty las, by natrafić na wypalony wrak rosyjskiego myśliwca, leżący wśród połamanych drzew. Pod ostrą, osmaloną krawędzią oderwanego skrzydła znalazł sznury, którymi wcześniej skrępował Danutę. Najwyraźniej nie była już związana. W miękkim, błotnistym podłożu zostawiała za to wyraźne ślady. Ruszył jej tropem, trzymając pistolet przed sobą.

Po kilkuset metrach natknął się na zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu. Kombinezon oraz naszywka z dwugłowym orłem trzymającym śmigła pozwoliły mu się domyślić, że ma do czynienia z tym, co zostało z rosyjskiego pilota. Szybko obmacał śmierdzącego trupa w poszukiwaniu broni lub amunicji, ale nic nie znalazł. Kabura była pusta. Czy to znaczyło, że teraz to Danuta była uzbrojona? Zauważył również, że martwy pilot miał na sobie uprząż spadochronu, ale brakowało linek i czaszy. Na czubkach pobliskich drzew Zenon niczego takiego nie dostrzegł.

Ruszył dalej. Po niecałych dwóch minutach dotarł do niewielkiej polany z wysoką białą wieżą. Był kompletnie zaskoczony. Nie spodziewał się czegoś takiego w samym środku lasu. Zadarł głowę. Wieża miała ze czterdzieści metrów i wystawała wysoko ponad korony drzew. Na całej wysokości w smukłej bryle odznaczały się prostokątne okienka. W jednym z nich coś mignęło. Danuta!?

Puścił się biegiem