Opis

Czy można zakochać się w swoim oprawcy? Obserwował ją od dawna. Intrygowała go. Zaprosił ją na randkę. Z tego spotkania już nie wróciła… Claire Nichols budzi się w luksusowej sypialni. Przypomina sobie, że została porwana. Zdenerwowana i przestraszona zaczyna walkę o przetrwanie… Od teraz jej życie zależy od zamożnego, czarującego, wspierającego organizacje charytatywne, biznesmena, Anthony’ego Rawlingsa. Jednocześnie, jak się okazuje – groźnego, uwielbiającego sprawować nad wszystkim kontrolę, porywacza. Anthony jednak nie przewidział siły miłości i namiętności, które potrafią połączyć ludzi w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach. Jak potoczą się losy porywacza i ofiary połączonych pożądaniem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 734

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2011 by Aleatha Romig. All rights reserved. Published by arrangement with Browne & Miller Literary Associates, LLC.

Copyright for this edition – Wydawnictwo Pascal sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być powielana lub przekazywana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem recenzentów, którzy mogą przytoczyć krótkie fragmenty tekstu.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Bohaterowie i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: Consequences

Tytuł: Konsekwencje pożądania

Autor: Aleatha Romig

Tłumaczenie: Monika Wiśniewska

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Opracowanie techniczne okładki: Icca Studio

Redaktor prowadząca: Angelika Ogrocka

Redaktor inicjująca: Agnieszka Skowron

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2016ISBN 978-83-7642-773-7

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Nikt nigdy nie uciekł ani nie ucieknie przed konsekwencjami swoich wyborów.

Prze­ży­wa ga­tu­nek nie naj­moc­niej­szy, nie naj­in­te­li­gent­niej­szy, ale taki, któ­ry naj­le­piej przy­sto­so­wu­je się do zmian.

Ka­rol Dar­win

Rozdział 1

Od­zy­ski­wa­nie świa­do­mo­ści moż­na przy­rów­nać do top­nie­nia lodu. Woda co praw­da zmie­nia po­stać, ale nie zni­ka. Umysł Cla­ire nie był w sta­nie prze­two­rzyć tego, co się z nią dzie­je. Wie­dzia­ła, że się bu­dzi. Czu­ła, że otu­la ją cie­pła koł­dra ob­le­czo­na mięk­ką w do­ty­ku po­ście­lą, ale coś jej się nie zga­dza­ło. Gdzie ona była?

Na­gle lód stop­niał, a jej żyły wy­peł­ni­ły się zim­ną cie­czą. Ser­ce przy­spie­szy­ło, z wy­sił­kiem pom­pu­jąc lep­ki roz­twór. Po­czu­ła kłu­cie w spuch­nię­tych po­wie­kach i przy­po­mnia­ła so­bie, w jaki spo­sób tu­taj tra­fi­ła. Wy­tę­ży­ła słuch, pró­bu­jąc wy­ła­pać ja­ki­kol­wiek dźwięk, ale je­dy­ne, co sły­sza­ła, to upo­rczy­we dzwo­nie­nie w uszach. Kie­ro­wa­na bar­dziej cie­ka­wo­ścią niż od­wa­gą, ostroż­nie otwo­rzy­ła oczy. Ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju i prze­ko­na­ła, że oprócz niej nie ma w nim ni­ko­go. Po­czu­ła taką ulgę, że aż ści­snę­ło ją w pier­si. Wes­tchnę­ła ci­cho.

W in­nych oko­licz­no­ściach może by się roz­ko­szo­wa­ła nie­zwy­kłą de­li­kat­no­ścią je­dwab­nej po­ście­li i oka­za­łym, sze­ro­kim ło­żem. Dzi­siaj jed­nak, po­mi­mo cie­płe­go ko­ko­nu, jej cia­łem wstrzą­sa­ły dresz­cze. Z naj­głęb­szych za­ka­mar­ków świa­do­mo­ści za­czę­ły się wy­ła­niać wspo­mnie­nia zwią­za­ne z mi­nio­ną nocą. A może to był tyl­ko zły sen? Pró­bo­wa­ła prze­ko­nać samą sie­bie, że to się nie wy­da­rzy­ło na­praw­dę.

No ale jak się w ta­kim ra­zie tu­taj zna­la­zła? I gdzie było to „tu­taj”?

Przez wiel­kie okna, za­sło­nię­te cięż­ki­mi ko­ta­ra­mi, wpa­da­ło tyl­ko tyle świa­tła, aby co­kol­wiek wi­dzieć. Po raz pierw­szy, od­kąd się tu zna­la­zła, Cla­ire rze­czy­wi­ście przyj­rza­ła się po­miesz­cze­niu. Naj­pierw zo­ba­czy­ła czte­ry kunsz­tow­nie rzeź­bio­ne ko­lum­ny w na­roż­ni­kach łóż­ka. Były prze­pięk­ne, zresz­tą jak cały wy­strój. Ni­g­dy do­tąd nie wi­dzia­ła sy­pial­ni tak du­żej i urzą­dzo­nej z ta­kim prze­py­chem. Moż­na było po­my­śleć, że jest się w nie­bie, ale ona zdą­ży­ła się już prze­ko­nać, że to pie­kło.

Po­now­nie wy­tę­ży­ła słuch – ci­sza. Je­dy­ne dźwię­ki to te to­wa­rzy­szą­ce wspo­mnie­niom. Jej krzyk. Wa­li­ła w drzwi sy­pial­ni tak dłu­go, aż roz­bo­la­ła ją dłoń za­ci­śnię­ta w pięść. Nikt jej nie usły­szał. A na­wet je­śli tak było, ni­ko­go to nie obe­szło. Ten ślicz­ny po­kój stał się jej wię­zie­niem.

Spró­bo­wa­ła usiąść. Zmia­nie po­zy­cji to­wa­rzy­szył spo­ry dys­kom­fort, co sta­no­wi­ło ko­lej­ny do­wód na to, że wy­da­rze­nia z mi­nio­nej nocy rze­czy­wi­ście mia­ły miej­sce. Te­raz mo­gła się le­piej przyj­rzeć swo­jej celi; jej oczom uka­zał się kom­plet wy­po­czyn­ko­wy zło­żo­ny z ta­pi­ce­ro­wa­ne­go fo­te­la i ka­na­py, nie­du­ży ko­mi­nek, przed któ­rym uło­żo­no ka­fel­ki z mar­mu­ru, i sto­lik dla dwóch osób, a na nim krysz­ta­ło­wy wa­zon ze świe­ży­mi kwia­ta­mi. Ko­ja­rzą­ca się z tym sto­li­kiem po­ufa­łość spra­wi­ła, że Cla­ire po­czu­ła bo­le­sne ści­ska­nie w żo­łąd­ku. Do gar­dła po­de­szła jej żółć. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­ła ją prze­łknąć.

Rzu­cał się w oczy brak ko­mód i in­nych me­bli naj­czę­ściej ko­ja­rzo­nych z sy­pial­nią. A jed­nak mgli­ście pa­mię­ta­ła, że to jej nowa sy­pial­nia. Tak jej po­wie­dzia­no. Roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu, do­strze­gła wbu­do­wa­ne w ścia­ny bi­blio­tecz­ki z bia­łe­go drew­na, pół­ki i tro­je drzwi. Te, któ­re znaj­do­wa­ły się naj­da­lej od łóż­ka, wy­glą­da­ły na so­lid­ne; nie no­si­ły żad­nych śla­dów noc­ne­go wa­le­nia. Z całą pew­no­ścią były za­mknię­te na klucz. Cla­ire zda­wa­ła so­bie spra­wę, że to jej je­dy­na dro­ga ku wol­no­ści. Mu­sia­ła ja­koś po­ko­nać te drzwi.

Za­mknę­ła oczy i na­tych­miast przy­po­mnia­ła jej się ze­szła noc. Gdy wspo­mnie­nia za­czę­ły się wy­nu­rzać z od­le­głych od­mę­tów świa­do­mo­ści, ze wszyst­kich sił sta­ra­ła się je po­wstrzy­mać. Na próż­no.

An­tho­ny Raw­lings – przy­stoj­ny, wy­so­ki, z brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i naj­ciem­niej­szy­mi ocza­mi, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła – oka­zał się zu­peł­nie in­nym męż­czy­zną niż wte­dy, kie­dy go po­zna­ła, nie­ca­ły ty­dzień temu. Wów­czas był uprzej­my, grzecz­ny i kul­tu­ral­ny. Żad­ne­go z tych słów nie da się użyć do opi­sa­nia jego wczo­raj­sze­go za­cho­wa­nia. Po­wie­dzieć, że oka­zał się okrut­ny, to i tak za mało, aby wy­ja­śnić, przez co mu­sia­ła przejść. Moż­na do­dać, że był wy­ma­ga­ją­cy, agre­syw­ny, szorst­ki, spra­wu­ją­cy kon­tro­lę – ale przede wszyst­kim bru­tal­ny.

Na­wet naj­mniej­szy ruch spra­wiał, że bo­la­ły ją wszyst­kie mię­śnie. Czu­ła nie­zno­śne pul­so­wa­nie w udach. Cia­ło mia­ła obo­la­łe, usta spuch­nię­te i po­ra­nio­ne. Przy­po­mniał jej się jego za­pach, smak i głos. Na myśl o tym męż­czyź­nie za­la­ła ją fala mdło­ści, a ser­ce gwał­tow­nie przy­spie­szy­ło – nie z ra­do­sne­go wy­cze­ki­wa­nia, lecz ze stra­chu. To sza­leń­stwo. Coś ta­kie­go mo­gło mieć miej­sce w kro­ni­kach kry­mi­nal­nych i fil­mach, a nie w praw­dzi­wym ży­ciu. Coś ta­kie­go nie przy­tra­fia­ło się lu­dziom ta­kim jak ona.

Prze­ko­pu­jąc się przez wspo­mnie­nia, w koń­cu na­tra­fi­ła na jego wyj­ście z po­ko­ju, a po­tem swo­je bez­owoc­ne wa­le­nie w drzwi. Gdy przed ocza­mi Cla­ire po­ja­wia­ły się ko­lej­ne wi­zje, po jej po­licz­kach pły­nę­ły łzy. Po­ło­ży­ła gło­wę na mięk­kiej po­dusz­ce, po­zwa­la­jąc so­bie na luk­sus snu i uciecz­ki od rze­czy­wi­sto­ści.

Kie­dy się po­now­nie obu­dzi­ła, wie­dzia­ła, że nie może dłu­żej od­kła­dać spraw­dze­nia, co kry­je się za po­zo­sta­ły­mi drzwia­mi. Mu­sia­ła zna­leźć ła­zien­kę. Wsta­ła, a jej sto­py na­tych­miast otu­li­ła ak­sa­mit­na mięk­kość dy­wa­nu. Mimo to po­czu­ła w no­gach po­twor­ny ból. Przy­po­mniał jej się wła­sny krzyk. Jej we­wnętrz­ny mo­no­log pe­łen był gło­śnych, po­zo­sta­wio­nych bez od­po­wie­dzi py­tań: „Jak do tego do­szło? Jak się tu­taj zna­la­złam? Dla­cze­go tu je­stem? I, co naj­waż­niej­sze, w jaki spo­sób mogę się stąd wy­do­stać?”.

Dwo­je drzwi znaj­do­wa­ło się w po­bli­żu łóż­ka, trze­cie – obok ka­na­py i fo­te­la. Cla­ire wie­dzia­ła, że to wła­śnie te ostat­nie pro­wa­dzą ku wol­no­ści. Obo­la­łe cia­ło owi­nę­ła prze­ście­ra­dłem i po­wo­li po­de­szła do so­lid­nej ba­rie­ry, jaką sta­no­wi­ło to lite drew­no. Klam­ka wy­glą­da­ła ni­czym dźwi­gnia. Zbli­ży­ła drżą­cą dłoń do chłod­ne­go me­ta­lu. Czy gdy­by uda­ło się jej otwo­rzyć drzwi, ucie­kła­by owi­nię­ta tyl­ko w prze­ście­ra­dło? Pew­nie, że tak!

Pod­eks­cy­to­wa­nie ustą­pi­ło roz­cza­ro­wa­niu, kie­dy dźwi­gnia po­zo­sta­ła w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej. Na­wet nie drgnę­ła. Drew­nia­ne drzwi sta­no­wi­ły ba­rie­rę nie do sfor­so­wa­nia. Choć Cla­ire spo­dzie­wa­ła się tego, ból w jej cie­le stał się jesz­cze bar­dziej doj­mu­ją­cy. Od­wró­ci­ła się i zlu­stro­wa­ła swo­ją celę. Jed­ne z dwoj­ga po­zo­sta­łych drzwi pro­wa­dzi­ły za­pew­ne do ła­zien­ki. Otwo­rzy­ła pierw­sze i jej oczom uka­za­ła się sza­fa wnę­ko­wa tak duża, jak w więk­szo­ści miesz­kań sy­pial­nia. Wła­ści­wie to moż­na ją było okre­ślić mia­nem gar­de­ro­by – z szu­fla­da­mi, sto­ja­ka­mi na buty, pół­ka­mi i wie­sza­ka­mi. Za­sko­czył ją fakt, że wie­sza­ki i pół­ki peł­ne są ubrań, któ­re wy­glą­da­ły, jak­by je wy­ko­rzy­sta­no pod­czas se­sji zdję­cio­wej dla Sak­sa; w ni­czym nie przy­po­mi­na­ły rze­czy, któ­re Cla­ire no­si­ła na co dzień. Ubie­ra­ła się głów­nie w nie­dro­gim Tar­ge­cie i skle­pach z odzie­żą vin­ta­ge. Ubra­nia znaj­du­ją­ce się w tej gar­de­ro­bie na­le­ża­ły do ko­goś wio­dą­ce­go ży­cie zna­nych i bo­ga­tych. Kim była ta oso­ba? Cla­ire cie­ka­wi­ło, dla­cze­go ona sama prze­by­wa w jej po­ko­ju i dla­cze­go w nocy się do­wie­dzia­ła, że to jej sy­pial­nia.

Otwo­rzy­ła dru­gie drzwi i w koń­cu zna­la­zła to, cze­go szu­ka­ła. We­szła do ła­zien­ki jak­by żyw­cem wy­ję­tej z te­le­wi­zji – prze­stron­nej i ca­łej w bie­li. Jej bose sto­py po­czu­ły chłód ka­fel­ków. Ota­czał ją bia­ły mar­mur, bia­ła por­ce­la­na, szkło i srebr­ne ak­cen­ty. Gdy­by nie pu­szy­ste fio­le­to­we ręcz­ni­ki, ła­zien­ka by­ła­by zu­peł­nie po­zba­wio­na ko­lo­ru. Umiesz­czo­no w niej spo­rą wan­nę, a oprócz tego prze­szklo­ną ka­bi­nę prysz­ni­co­wą z pa­ne­lem du­żych i ma­łych si­tek na­try­sko­wych. Obok umy­wal­ki była to­a­let­ka ze spo­rym pod­świe­tla­nym lu­strem i krze­słem.

Cla­ire od­wró­ci­ła się, aby spoj­rzeć w lu­stro. Prze­ra­zi­ło ją to, co zo­ba­czy­ła. Splą­ta­ne brą­zo­we wło­sy ota­cza­ły nie­zna­jo­mą twarz. Wo­kół ust mia­ła si­nia­ki, in­ten­syw­no­ścią ko­lo­ru pró­bu­ją­ce do­rów­nać ręcz­ni­kom, na­to­miast lewa skroń była za­czer­wie­nio­na i spuch­nię­ta. Po­wo­li opu­ści­ła prze­ście­ra­dło, od­sła­nia­jąc do­wo­dy tego, przez co prze­szła: całe cia­ło w czer­wo­nych i fio­le­to­wych siń­cach. Łzy za­ma­za­ły ob­raz w lu­strze. Z że­la­zną de­ter­mi­na­cją chwy­ci­ła za klam­kę ko­lej­nych drzwi i w koń­cu zna­la­zła się tam, gdzie chcia­ła.

Obok ka­bi­ny prysz­ni­co­wej wi­siał mięk­ki bia­ły szla­frok. Cla­ire uzna­ła, że prysz­nic po­pra­wi jej sa­mo­po­czu­cie. Od­krę­ci­ła wodę i wy­rów­na­ła jej tem­pe­ra­tu­rę. Gdy we­szła do prze­stron­nej ka­bi­ny, zna­la­zła się pod stru­mie­niem go­rą­cej, pa­ru­ją­cej wody. Ob­my­wa­jąc obo­la­łe mię­śnie, czu­ła, jak­by w jej ra­mio­na wbi­ja­ły się ty­sią­ce igie­łek. Spra­wia­ło to jed­no­cze­śnie przy­jem­ność i ból. Po­zwo­li­ła go­rą­cej wo­dzie czy­nić swo­ją po­win­ność i po ja­kimś cza­sie jej cia­ło w koń­cu się od­prę­ży­ło. Nie­przy­jem­ną woń ze­szłej nocy za­stą­pił słod­ki kwia­to­wy za­pach szam­po­nu i my­dła. Po­czu­ła się sil­na i zde­ter­mi­no­wa­na. Ja­koś uda jej się prze­trwać ten kosz­mar.

Gdy wy­cie­ra­ła luk­su­so­wym ręcz­ni­kiem zmal­tre­to­wa­ne cia­ło, ob­my­śli­ła plan. Po­roz­ma­wia z An­tho­nym i wy­ja­śni, że za­szła po­mył­ka. Każ­de pój­dzie w swo­ją stro­nę, bez za­da­wa­nia py­tań ani wno­sze­nia oskar­żeń. Mięk­ki szla­frok za­pew­niał jej cie­pło i złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Tym ra­zem ko­bie­ta w lu­strze wy­glą­da­ła le­piej. Wło­sy opa­da­ły jej jed­nak na ra­mio­na w mo­krych strą­kach. Bez za­sta­no­wie­nia za­czę­ła otwie­rać szu­fla­dy i szaf­ki. Tak jak gar­de­ro­ba, ła­zien­ka rów­nież oka­za­ła się w peł­ni wy­po­sa­żo­na. Oczom Cla­ire uka­za­ły się mar­ko­we ko­sme­ty­ki war­te ty­sią­ce do­la­rów. Było tam wszyst­ko, od kre­mów do pie­lę­gna­cji cery do ey­eli­ne­ra, tak­że ak­ce­so­ria do wło­sów. Mia­ła na so­bie szla­frok in­nej ko­bie­ty, spa­ła w jej łóż­ku i wzię­ła prysz­nic w jej ła­zien­ce. Sko­rzy­sta­nie z cu­dzej szczot­ki do wło­sów sta­no­wi­ło ko­lej­ne nad­uży­cie. Cla­ire nie mia­ła jed­nak za bar­dzo wyj­ścia.

W ap­tecz­ce zna­la­zła za­fo­lio­wa­ną szczo­tecz­kę do zę­bów. Nie po­tra­fi­ła się jej oprzeć. Prysz­nic, my­dło, szam­pon, a te­raz pa­sta do zę­bów – dzię­ki temu wszyst­kie­mu czu­ła się mniej zbru­ka­na.

Kie­dy otwo­rzy­ła drzwi do sy­pial­ni, zdu­miał ją wi­dok cze­ka­ją­cej na sto­le tacy z je­dze­niem. Aż do te­raz igno­ro­wa­ła ssa­nie w żo­łąd­ku. Zresz­tą na samą myśl o noc­nych wy­da­rze­niach ro­bi­ło jej się nie­do­brze. A jed­nak za­pach do­cho­dzą­cy z tacy ją za­in­try­go­wał. Unio­sła po­kry­wę i zo­ba­czy­ła pa­ru­ją­cą ja­jecz­ni­cę, to­sty i sa­la­ter­kę ze świe­ży­mi owo­ca­mi. Na tacy sta­ły tak­że szklan­ka soku po­ma­rań­czo­we­go, szklan­ka wody i dzba­nek z kawą.

Na­je­dzo­na, zre­lak­so­wa­na po prysz­ni­cu i bez per­spek­tyw na na­tych­mia­sto­we od­zy­ska­nie wol­no­ści, Cla­ire uzna­ła, że drzem­ka to wca­le nie taki zły po­mysł. Do­pie­ro wte­dy uświa­do­mi­ła so­bie, że łóż­ko nie tyl­ko zo­sta­ło po­sła­ne, ale tak­że zmie­nio­no po­ściel. Po­kój wy­glą­dał tak, jak­by noc­ne okrop­no­ści w ogó­le nie mia­ły miej­sca. Jej cia­ło mó­wi­ło coś zu­peł­nie prze­ciw­ne­go. Unio­sła koł­drę, po­ło­ży­ła się pod de­li­kat­ną sa­ty­ną i wdy­cha­jąc za­pach świe­żo­ści, za­mknę­ła oczy. Nie była to, co praw­da, upra­gnio­na uciecz­ka, ale tym­cza­so­we ode­rwa­nie od rze­czy­wi­sto­ści ow­szem.

Ze snu wy­rwa­ło ją pu­ka­nie do drzwi. Obu­dzi­ła się zdez­o­rien­to­wa­na nie­zna­nym oto­cze­niem. Jak dłu­go spa­ła? Zza za­słon do po­ko­ju na­dal wpa­da­ło świa­tło, choć już nie tak ja­sne. Po­now­nie roz­le­gło się pu­ka­nie, gwał­tow­nie przy­wo­łu­jąc jej emo­cje i my­śli do te­raź­niej­szo­ści. Zdjął ją strach na myśl o tym, kto znaj­du­je się po dru­giej stro­nie drzwi. Zgo­da, mia­ła dwa­dzie­ścia sześć lat i była do­ro­sła. A jed­nak w tej aku­rat chwi­li Cla­ire po­sta­no­wi­ła się za­cho­wy­wać jak pię­cio­let­nie dziec­ko: uda­wa­ła, że śpi. Le­żąc nie­ru­cho­mo na łóż­ku, usły­sza­ła, że drzwi się otwie­ra­ją.

Ostroż­nie unio­sła po­wie­ki i zo­ba­czy­ła, że do po­ko­ju wcho­dzi ci­cho ja­kaś ko­bie­ta. Nie­ła­two to było oce­nić z tej per­spek­ty­wy, ale wy­da­wa­ła się wyż­sza od niej o kil­ka cen­ty­me­trów, a wło­sy mia­ła przy­pró­szo­ne si­wi­zną. Cla­ire uzna­ła, że może być w wie­ku jej mat­ki, gdy­by ta oczy­wi­ście żyła. Kie­dy ko­bie­ta zbli­ży­ła się do łóż­ka, Cla­ire zde­cy­do­wa­ła się ode­zwać:

– Prze­pra­szam, je­śli zaj­mu­ję pani po­kój.

– Nie, pa­nien­ko Cla­ire, to pani apar­ta­ment, nie mój. Przy­szłam po to, aby po­móc się pa­nien­ce wy­szy­ko­wać na ko­la­cję. Pro­szę mó­wić mi Ca­the­ri­ne.

Zdu­mio­na Cla­ire po­wo­li usia­dła. Co ta ko­bie­ta, u dia­ska, mia­ła na my­śli, mó­wiąc o wy­szy­ko­wa­niu się na ko­la­cję? Wię­zio­no ją w ja­kimś luk­su­so­wym apar­ta­men­cie, cała była w si­nia­kach, a ten ktoś miał jej po­móc przy­go­to­wać się do ko­la­cji.

– Nie chcę, aby za­brzmia­ło to nie­wdzięcz­nie, ale o co cho­dzi z tym szy­ko­wa­niem się na ko­la­cję?

– Pan Raw­lings zja­wi się na ko­la­cję punk­tu­al­nie o dzie­więt­na­stej. Ocze­ku­je, że bę­dzie pa­nien­ka go­to­wa i sto­sow­nie ubra­na. Uzna­łam, że może się pa­nien­ce przy­dać po­moc.

Cla­ire nie mie­ści­ło się to wszyst­ko w gło­wie. On chciał, żeby się ubra­ła sto­sow­nie na ko­la­cję? Za kogo się, do cho­le­ry, uwa­żał?

– Je­śli chcesz mi po­móc, to wy­puść mnie stąd.

Cla­ire bar­dzo się sta­ra­ła, aby sło­wa te za­brzmia­ły spo­koj­nie, ale strach przed spo­tka­niem z An­tho­nym i per­spek­ty­wa uciecz­ki spra­wi­ły, że głos mia­ła o okta­wę wyż­szy niż za­zwy­czaj.

– Pa­nien­ko Cla­ire, to nie za­le­ży ode mnie. Przy­szłam tu, aby po­móc w ta­kim za­kre­sie, w ja­kim je­stem w sta­nie. – To wszyst­ko było po­zba­wio­ne sen­su. Jed­nak bez­na­dziej­ność tej sy­tu­acji spra­wi­ła, że z ja­kie­goś po­wo­du Cla­ire uwie­rzy­ła tej ko­bie­cie. – Mamy tyl­ko go­dzi­nę – kon­ty­nu­owa­ła Ca­the­ri­ne. – Może za­cznie­my od fry­zu­ry.

Spo­kój star­szej pani, nie­zra­żo­nej jej wy­glą­dem czy choć­by oko­licz­no­ścia­mi to­wa­rzy­szą­cy­mi jej obec­no­ści, udzie­lił się tak­że Cla­ire. Po­krę­ci­ła gło­wą i wes­tchnę­ła. Przy­po­mniaw­szy so­bie o po­wzię­tym pod­czas ką­pie­li po­sta­no­wie­niu, oświad­czy­ła prze­ko­nu­ją­co:

– Ca­the­ri­ne, dzię­ku­ję za pro­po­zy­cję po­mo­cy, ale nie pla­nu­ję się prze­bie­rać do ko­la­cji. Je­stem prze­ko­na­na, że za­szła po­mył­ka. Wkrót­ce mnie tu nie bę­dzie. – Pod­czas gdy pró­bo­wa­ła wy­ja­śnić nie­po­ro­zu­mie­nie, Ca­the­ri­ne uda­ła się do gar­de­ro­by i chwi­lę póź­niej wy­szła z niej z nie­bie­ską kok­taj­lo­wą su­kien­ką i pa­su­ją­cy­mi do niej bu­ta­mi. – Och, nie wiem, do kogo na­le­żą te ubra­nia.

– Jak to do kogo? Na­le­żą do pa­nien­ki. No do­brze, na­praw­dę mu­si­my się po­spie­szyć. A na­wet je­śli nie ma pa­nien­ka w pla­nach je­dze­nia, to prze­cież trze­ba się w coś ubrać, praw­da?

Dla Cla­ire jej sło­wa i szyk zdań brzmia­ły ofi­cjal­nie. Nie po­tra­fi­ła okre­ślić ich po­cho­dze­nia. Z całą pew­no­ścią nie był to ak­cent z re­gio­nu Geo­r­gii, któ­ry tak bar­dzo jej się po­do­bał i któ­re­go sta­ra­ła się nie po­wie­lać.

Ca­the­ri­ne wzię­ła ją za rękę i za­pro­wa­dzi­ła do ła­zien­ki. Cla­ire po­słusz­nie usia­dła przed to­a­let­ką. Stwier­dzi­ła, że nie bę­dzie pro­te­sto­wać, po­zwo­li­ła się więc cze­sać. Ener­gię wo­la­ła za­cho­wać na spo­tka­nie z An­tho­nym.

– W szu­fla­dach znaj­du­ją się ko­sme­ty­ki. Może za­czę­ła­by się pa­nien­ka ma­lo­wać w cza­sie, gdy ja będę się zaj­mo­wać fry­zu­rą. – I do­da­ła: – Bez nich jest pa­nien­ka bar­dzo ład­na, ale wy­da­je mi się, że po prze­spa­niu więk­szej czę­ści dnia le­piej się pa­nien­ka po­czu­je w ma­ki­ja­żu.

Cla­ire spoj­rza­ła w lu­stro. Na wi­dok swo­ich oczu, skro­ni i ust się roz­pła­ka­ła. Nie był to wcze­śniej­szy szloch, ale ci­chy po­tok pły­ną­cych po po­licz­kach łez.

– Pa­nien­ko, no już, to nie po­pra­wi sy­tu­acji. Pan Raw­lings ceni so­bie punk­tu­al­ność. Płacz spra­wi, że ma­ki­jaż nie bę­dzie się trzy­mał.

– Nie chcę się z nim spo­ty­kać. – Za­wa­ha­ła się. Nie zna­ła tej ko­bie­ty. To było oczy­wi­ste, że pra­cu­je dla An­tho­ny’ego. Cze­mu mia­ła­by jej ufać? Wte­dy spoj­rza­ła w lu­stro, nie na sie­bie, ale na sto­ją­cą za nią Ca­the­ri­ne. Ko­bie­ta mia­ła oczy w ko­lo­rze sta­li, sza­re i ła­god­ne. Na jej twa­rzy nie dało się do­strzec po­czu­cia obo­wiąz­ku czy li­to­ści, jed­nak Cla­ire wy­czu­wa­ła w niej współ­czu­cie. Może to było po­boż­ne ży­cze­nie, ale po­sta­no­wi­ła mó­wić da­lej: – Po tym, co się sta­ło w nocy, czu­ję się taka… brud­na. Nie masz po­ję­cia, co on ro­bił, do cze­go mnie zmu­szał. Je­stem zbyt za­że­no­wa­na. – Jej sło­wom to­wa­rzy­szy­ły łzy.

Ca­the­ri­ne nie osą­dza­ła za­cho­wa­nia Cla­ire ani An­tho­ny’ego, pró­bo­wa­ła ją je­dy­nie prze­ko­nać do wy­ka­za­nia się zro­zu­mie­niem, jak­by coś ta­kie­go było w ogó­le moż­li­we.

– Bar­dzo dłu­go znam pana Raw­ling­sa. Czy w nocy zda­rzy­ło cię coś, cze­go so­bie nie ży­czył?

Cla­ire po­krę­ci­ła prze­czą­co gło­wą.

– Wszyst­ko się wy­da­rzy­ło na jego ży­cze­nie.

– Wo­bec tego pro­szę nie czuć za­że­no­wa­nia. Do­pie­ro kie­dy zro­bi pa­nien­ka coś, cze­go pan Raw­lings so­bie nie ży­czy, nie bę­dzie pa­nien­ka chcia­ła się z nim spo­tkać.

Ca­the­ri­ne wy­ję­ła z szaf­ki myj­kę i zmo­czy­ła w umy­wal­ce. Po­da­ła ją Cla­ire, któ­ra po­słusz­nie wy­tar­ła twarz i za­bra­ła się do na­kła­da­nia ma­ki­ja­żu. Nie mi­nę­ło dużo cza­su, a obie były usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne efek­tem. Pod­kład i pu­der cał­kiem do­brze za­ka­mu­flo­wa­ły siń­ce. Dzię­ki szmin­ce usta nie wy­da­wa­ły się ta­kie spuch­nię­te. Kie­dy Ca­the­ri­ne przy­nio­sła do ła­zien­ki su­kien­kę, Cla­ire uświa­do­mi­ła so­bie, że pod szla­fro­kiem jest zu­peł­nie naga.

– Eee, nie mam bie­li­zny.

– Zga­dza się. Nie pa­mię­ta pa­nien­ka za­sad pana Raw­ling­sa? – Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wy­ja­śni­ła: – Żad­nej bie­li­zny, w żad­nych oko­licz­no­ściach.

Cla­ire wal­czy­ła z mgłą spo­wi­ja­ją­cą wczo­raj­szą noc. Nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go wspo­mnie­nia były ta­kie męt­ne. Coś jed­nak pa­mię­ta­ła z tam­tej roz­mo­wy. Choć w su­mie nie była to roz­mo­wa, lecz żą­da­nie. To do­pie­ro był ab­surd. Za kogo on się, u li­cha, uwa­żał, żeby są­dzić, że ma pra­wo wy­su­wać ta­kie żą­da­nia i że zo­sta­ną one speł­nio­ne?

Ca­the­ri­ne po­mo­gła jej wło­żyć su­kien­kę, żeby nie po­psuć fry­zu­ry czy ma­ki­ja­żu. Cla­ire przy­się­gła so­bie w du­chu, że ta far­sa w koń­cu się skoń­czy. „Nie je­stem pew­na jak ani kie­dy. Ale wy­do­sta­nę się stąd, uciek­nę od nie­go i znaj­dę się tam, gdzie ko­bie­ty no­szą bie­li­znę”.

Gdy sta­nę­ła przed lu­strem, Ca­the­ri­ne uśmiech­nę­ła się z apro­ba­tą.

– Pan Raw­lings bę­dzie za­do­wo­lo­ny. Te­raz mu­szę już iść. Nie­dłu­go tu przyj­dzie.

Przy­po­mnie­nie o zbli­ża­ją­cej się nie­uchron­nie wi­zy­cie osła­bi­ło nie­co de­ter­mi­na­cję Cla­ire. Ca­the­ri­ne go zna­ła. Może gdy­by zo­sta­ła, on… Nie wie­dzia­ła, jak do­koń­czyć tę myśl. Był­by miły? Po­zwo­lił­by jej odejść? W to­wa­rzy­stwie tej ko­bie­ty czu­ła się po pro­stu bez­piecz­niej­sza.

– A nie mo­gła­byś zo­stać, do­pó­ki on się nie zja­wi?

Ca­the­ri­ne nie od­po­wie­dzia­ła, ale ma­lu­ją­cą się na jej twa­rzy sa­tys­fak­cję za­stą­pił smu­tek. Cla­ire zro­zu­mia­ła, że de­cy­zja nie na­le­ży do żad­nej z nich. Bę­dzie mu­sia­ła sta­nąć twa­rzą w twarz z wła­snym stra­chem i z męż­czy­zną, któ­ry ze­szłej nocy skrzyw­dził ją, a póź­niej wy­ko­rzy­stał. Wie­dzia­ła tak­że, że tyl­ko on może zwró­cić jej wol­ność. Choć­by dla­te­go spo­tka się z nim.

– Jesz­cze raz dzię­ku­ję ci za po­moc. Szcze­rze wąt­pię, abym ju­tro jesz­cze tu­taj była. Po­roz­ma­wia­my o tym pod­czas ko­la­cji.

Ca­the­ri­ne kiw­nę­ła gło­wą. Nie po­twier­dza­ła w ten spo­sób słusz­no­ści słów Cla­ire, lecz je­dy­nie dała do zro­zu­mie­nia, że je usły­sza­ła. Na­stęp­nie wy­szła z ła­zien­ki. Gdy opusz­cza­ła apar­ta­ment, Cla­ire usły­sza­ła ci­che pik­nię­cie, przy­po­mi­na­ją­ce od­głos wy­da­wa­ny przez pi­lo­ta pod­czas otwie­ra­nia sa­mo­cho­du.

Kie­dy pik­nię­cie roz­le­gło się po­now­nie, ser­ce za­czę­ło jej wa­lić jak mło­tem. Nie za­pu­kał. Po pro­stu otwo­rzył drzwi i wszedł. Wy­obra­zi­ła go so­bie, jak omia­ta spoj­rze­niem pu­ste po­miesz­cze­nie. Czy gdy­by zo­sta­ła w ła­zien­ce, w koń­cu by po nią przy­szedł? A może by so­bie po­szedł? Cze­kał ci­cho w sy­pial­ni. Cla­ire bar­dzo po­wo­li otwo­rzy­ła drzwi ła­zien­ki i z niej wy­szła.

Peł­na de­ter­mi­na­cji, aby od­nieść się do jego gry w spo­sób zde­cy­do­wa­ny, z ca­łych sił tłu­mi­ła strach, któ­ry aż w niej krzy­czał. Pierw­sze, co zo­ba­czy­ła, to jego oczy, ciem­ne, nie­mal czar­ne. Przy­po­mi­na­ły próż­nię albo czar­ne dziu­ry. Jego usta się po­ru­sza­ły. Coś mó­wił, tyle że Cla­ire sły­sza­ła je­dy­nie wspo­mnie­nia z ze­szłej nocy. Po­de­szła do sto­ją­cej na koń­cu apar­ta­men­tu bi­blio­tecz­ki, po­zo­ru­jąc siłę.

Uda­wa­nie zde­cy­do­wa­nia skoń­czy­ło się, gdy się od­wró­ci­ła i na­po­tka­ła jego spoj­rze­nie. Nie­mal w tej sa­mej chwi­li sta­nął przed nią. Jego bli­skość spra­wi­ła, że żo­łą­dek Cla­ire ści­snął się bo­le­śnie, a w ustach po­czu­ła pa­skud­ny smak żół­ci.

Chwy­cił jej bro­dę i po­cią­gnął ku mrocz­nej próż­ni. Głos miał głę­bo­ki, sil­ny i sta­now­czy.

– Spró­bu­je­my jesz­cze raz. – To nie było py­ta­nie, lecz stwier­dze­nie. – Przy­ję­ło się, że jed­na oso­ba od­po­wia­da na po­wi­ta­nie dru­giej. Po­wie­dzia­łem „do­bry wie­czór”.

Cla­ire nogi mia­ła jak z ga­la­re­ty. Chcia­ła wrzesz­czeć, biec, ale nie była w sta­nie. Sko­ro nie po­tra­fi­ła być sil­na, po­sta­ra się przy­naj­mniej nie ze­mdleć.

– Prze­pra­szam. Nie czu­ję się do­brze. – Na­dal trzy­mał jej bro­dę, więc mu­siał czuć, jak jej cia­ło drży.

Po­wtó­rzył:

– Do­bry wie­czór, Cla­ire. – Po­wie­dział to, prze­cią­ga­jąc sa­mo­gło­ski. Oczy miał ta­kie zim­ne. Cla­ire nie po­tra­fi­ła ni­cze­go z nich wy­czy­tać. Ich mrocz­ność wy­da­wa­ła się nie­zmie­rzo­na.

– Do­bry wie­czór, An­tho­ny. – Mo­gła so­bie wma­wiać, że za­brzmia­ło to spo­koj­nie i zde­cy­do­wa­nie, tak jed­nak nie było. W tym mo­men­cie drzwi po­now­nie się otwo­rzy­ły i do apar­ta­men­tu wszedł mło­dy męż­czy­zna, pcha­ją­cy wó­zek z ko­la­cją. Cla­ire zro­bi­ła krok w stro­nę sto­łu, ale sil­na dłoń chwy­ci­ła ją za ra­mię, za­trzy­mu­jąc w miej­scu. Od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła w te jego czar­ne oczy. An­tho­ny dru­gą ręką pod­cią­gnął jej su­kien­kę i po­ło­żył dłoń na po­ślad­kach. Szok wy­wo­ła­ny jego do­ty­kiem szyb­ko ustą­pił miej­sca gnie­wo­wi. Jej zie­lo­ne oczy ci­ska­ły bły­ska­wi­ce. – Co, do cho­le­ry…? – In­stynk­tow­nie mia­ła ocho­tę go ude­rzyć, ale trzy­ma­ją­ca jej ra­mię dłoń zwięk­szy­ła uścisk, przez co Cla­ire za­po­mnia­ła, co chcia­ła po­wie­dzieć.

– Wi­dzę, że po­tra­fisz prze­strze­gać przy­naj­mniej jed­nej za­sa­dy. Sią­dzie­my?

Jego uścisk ze­lżał, a ton gło­su stał się spo­koj­ny. An­tho­ny od­su­nął dla Cla­ire krze­sło przy nie­du­żym sto­le. Przyj­rza­ła się na­kry­ciom i jej my­śli pod­su­mo­wa­ły całą sce­nę: „Wszyst­ko wy­glą­da tak ład­nie, a to prze­cież po­zo­ry”.

Je­dze­nie pach­nia­ło wspa­nia­le, ale Cla­ire nie była w sta­nie jeść. Uda­ło jej się wci­snąć w sie­bie tyl­ko kil­ka kę­sów. Pro­ble­mem było ich prze­łknię­cie. Tar­ga­na nie­po­ko­jem, w ustach mia­ła zu­peł­nie su­cho. Całe wcze­śniej­sze do­pin­go­wa­nie się do tego, aby się po­sta­wić temu męż­czyź­nie, oka­za­ło się nic nie­war­te. Za­miast tego sie­dzia­ła grzecz­nie, gme­ra­ła w je­dze­niu i uprzej­mie po­ta­ki­wa­ła.

Pod­ję­ta zo­sta­ła na­wet pró­ba roz­mo­wy. Przy­glą­da­jąc się na­kry­te­mu sto­ło­wi, Cla­ire od­no­si­ła wra­że­nie, że cze­goś, poza zdro­wym roz­sąd­kiem, tu­taj bra­ku­je. Chło­pak na­peł­nił kie­lisz­ki wodą, ale je­śli tę ma­ska­ra­dę mia­no uznać za kom­plet­ną, po­win­no być jesz­cze wino lub szam­pan. An­tho­ny chy­ba czy­tał w jej my­ślach, gdyż rzekł:

– Nie lu­bię al­ko­ho­lu. Dzia­ła przy­tę­pia­ją­co na zmy­sły.

Na­tych­miast po­my­śla­ła, jak by to było przy­jem­nie na­pić się w tej chwi­li Jac­ka Da­niel’sa.

Jej dys­kom­fort spra­wiał An­tho­ny’emu przy­jem­ność.

– Nie sma­ku­je ci?

– Sma­ku­je. Tyle że nie je­stem zbyt głod­na.

– Sły­sza­łem, że ja­dłaś dzi­siaj tyl­ko śnia­da­nie. Su­ge­ru­ję, abyś te­raz jed­nak coś zja­dła. Bę­dziesz po­trze­bo­wać siły. – Uśmiech­nął się sze­ro­ko, na­kła­da­jąc na wi­de­lec ko­lej­ny kęs. W jego oczach nie było jed­nak uśmie­chu. Cla­ire ze wszyst­kich sił po­wstrzy­my­wa­ła się przed ze­rwa­niem z krze­sła i po­mknię­ciem ku drzwiom, choć były za­mknię­te, a kie­dy kel­ner wy­szedł, roz­le­gło się ci­che pik­nię­cie.

Gdy­by ucie­kła, unik­nę­ła­by ko­lej­nych po­twor­nych wy­da­rzeń. Wy­glą­da­ło na to, że mi­nio­na noc sta­no­wi­ła je­dy­nie pre­lu­dium. Kie­dy An­tho­ny skoń­czył jeść, wstał i wziął Cla­ire za rękę. Rów­nież się pod­nio­sła, cała roz­trzę­sio­na. Uśmiech­nął się i od­su­nął ją od sie­bie na od­le­głość ra­mie­nia.

– Sama wy­bra­łaś tę su­kien­kę?

– Nie, to wy­bór Ca­the­ri­ne. – Sta­ła wy­pro­sto­wa­na i peł­na de­ter­mi­na­cji, choć wie­dzia­ła, że jego pla­ny nie uwzględ­nia­ją jej woli.

– Tak, do­brze mnie zna. A te­raz ją zdej­mij. – Żad­nych czu­łych słó­wek, żad­nych po­ca­łun­ków, nic. Wy­łącz­nie żą­da­nie, aby się ro­ze­bra­ła. Cla­ire się nie po­ru­szy­ła. Spoj­rza­ła naj­pierw na nie­go, a za­raz po­tem wbi­ła wzrok w pod­ło­gę.

Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i unio­sła gło­wę.

– Chy­ba po­win­ni­śmy o tym po­roz­ma­wiać…

Cze­kał, aż speł­ni jego roz­kaz. Kie­dy się oka­za­ło, że ma inne pla­ny, zmie­nił kie­ru­nek roz­mo­wy. Na­głym ru­chem zdarł luk­su­so­wy ma­te­riał z jej cia­ła. Za­szo­ko­wa­na Cla­ire nie mia­ła na so­bie w tej chwi­li ni­cze­go poza szpil­ka­mi.

– Naj­wy­raź­niej nie pa­mię­tasz wszyst­kich re­guł. Za­sa­da nu­mer je­den ozna­cza, że ro­bisz wszyst­ko, co ci każę.

Jej drże­nie przy­bra­ło na sile, na skra­ju po­ma­lo­wa­nych po­wiek po­ja­wi­ły się łzy, z ust nie wy­do­sta­ły się żad­ne sło­wa. W po­rząd­ku. An­tho­ny miał wzglę­dem jej ust inne pla­ny. Pchnął ją w dół, ge­stem po­ka­zał, aby uklę­kła, po czym roz­piął spodnie. Prze­ko­na­ła się, że prze­strze­ga wła­snych za­sad, a przy­naj­mniej tej do­ty­czą­cej bra­ku bie­li­zny. Bez sło­wa przy­cią­gnął jej gło­wę do swe­go kro­cza. Na po­cząt­ku Cla­ire my­śla­ła, że się udu­si. Pró­bo­wa­ła wal­czyć, od­su­nąć się, ale on wplótł pal­ce w jej wło­sy i kie­ro­wał jej gło­wę tam, gdzie uznał za sto­sow­ne. I tak się to cią­gnę­ło aż do pierw­szej w nocy.

Kie­dy w koń­cu so­bie po­szedł, Cla­ire od­rzu­ci­ła koł­drę, szyb­ko wło­ży­ła szla­frok i pod­bie­gła do drzwi. Chwy­ci­ła gład­ką sza­rą dźwi­gnię i z ca­łej siły po­cią­gnę­ła. Klam­ka nie ustą­pi­ła. Za­ci­snę­ła dłoń w pięść i za­czę­ła nią wa­lić w lite drew­no. Je­dy­ną od­po­wie­dzią była upior­na ci­sza.

Ro­zej­rza­ła się za czymś, czym­kol­wiek. Jej wzrok padł na krysz­ta­ło­wy wa­zon z kwia­ta­mi. Zła­pa­ła go i ci­snę­ła nim o ścia­nę. Dy­wan i ścia­na mo­men­tal­nie zro­bi­ły się mo­kre, a wa­zon zmie­nił się w set­ki drob­nych odłam­ków. Roz­rzu­co­ne po pod­ło­dze kwia­ty z bra­ku wody cze­ka­ło zwięd­nię­cie. Cla­ire opa­dła na dy­wan, po jej po­licz­kach pły­nę­ły łzy. Pod­da­jąc się wy­czer­pa­niu i roz­pa­czy, za­snę­ła tam, gdzie le­ża­ła.

Na­stęp­ne­go ran­ka do apar­ta­men­tu wszedł An­tho­ny. Cla­ire za­sko­czy­ło pik­nię­cie i od­głos otwie­ra­nych drzwi. Wsta­ła i ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły. Ro­zej­rzał się: obok łóż­ka prze­wró­co­na lam­pa, apasz­ka przy­wią­za­na do jed­nej z ko­lumn, a u ich stóp roz­bi­ty wa­zon. Uśmiech­nął się.

– Dzień do­bry, Cla­ire.

– Dzień do­bry, An­tho­ny – rze­kła z więk­szą de­ter­mi­na­cją niż wczo­raj­sze­go wie­czo­ru. – Chcę, abyś wie­dział, że po­sta­no­wi­łam wró­cić do domu. Wy­ja­dę stąd jesz­cze dziś.

– Nie po­do­ba­ją ci się wa­run­ki, w ja­kich miesz­kasz? – Jego czar­ne oczy roz­bły­sły, a uśmiech stał się jesz­cze szer­szy. – Nie wy­da­je mi się, że­byś w naj­bliż­szym cza­sie stąd wy­je­cha­ła. Za­war­li­śmy praw­nie wią­żą­cą umo­wę. – Z kie­sze­ni gar­ni­tu­ru wy­jął ba­ro­wą ser­wet­kę. – Z datą i pod­pi­sa­mi nas oboj­ga.

Cla­ire przy­glą­da­ła mu się zdu­mio­na, a tym­cza­sem try­bi­ki w jej gło­wie za­czę­ły się ob­ra­cać. Ta cała sy­tu­acja wy­da­wa­ła się tak idio­tycz­na, że nie mo­gła być praw­dzi­wa. Kto przy zdro­wych zmy­słach uznał­by ser­wet­kę za pra­wo­moc­ną umo­wę? A na­wet je­śli nią była – a praw­do­po­do­bień­stwo tego moż­na by przy­rów­nać do opa­dów śnie­gu w pie­kle – w żad­nym ra­zie nie przy­zwa­la­ła na wy­ko­rzy­sty­wa­nie, po­ni­ża­nie ani ska­zy­wa­nie jed­nej stro­ny na nie­wo­lę.

– Być może tego nie pa­mię­tasz – kon­ty­nu­ował An­tho­ny. – Zgo­dzi­łaś się dla mnie pra­co­wać, ro­bić wszyst­ko, co uznam za sto­sow­ne lub przy­jem­ne, w za­mian za to, że spła­cę two­je dłu­gi.

Cla­ire czu­ła bo­le­sne pul­so­wa­nie w gło­wie. Mgli­ście pa­mię­ta­ła ser­wet­kę, moż­li­we, że tak­że pro­po­zy­cję pra­cy, ale wszyst­ko było na­praw­dę męt­ne. Poza tym w ży­ciu by się na coś ta­kie­go nie zgo­dzi­ła, już wo­la­ła­by to­nąć w dłu­gach i pra­co­wać w ba­rze na dwóch albo trzech eta­tach.

– Wy­glą­da na to, że przez ostat­nie dwa­dzie­ścia sześć lat by­łaś moc­no za­ję­ta. Wli­cza­jąc cze­sne za stu­dia, czynsz, kar­ty kre­dy­to­we i sa­mo­chód, two­je dłu­gi wy­no­szą oko­ło dwu­stu pięt­na­stu ty­się­cy do­la­rów. Umo­wa zo­sta­ła za­war­ta pięt­na­ste­go mar­ca i tak jak w przy­pad­ku każ­de­go praw­nie wią­żą­ce­go po­ro­zu­mie­nia obo­je mie­li­śmy trzy dni na wy­co­fa­nie się z niej. Dzi­siaj jest dwu­dzie­sty dzień mar­ca. Po­zo­sta­jesz moją wła­sno­ścią, póki nie spła­cisz dłu­gu. Nie wy­je­dziesz stąd, do­pó­ki wa­run­ki umo­wy nie zo­sta­ną speł­nio­ne. Ko­niec dys­ku­sji.

Jej cia­ło za­czę­ło drżeć, ale przy­naj­mniej od­zy­ska­ła zdol­ność mowy.

– To nie jest ko­niec dys­ku­sji. To nie­do­rzecz­ne. Umo­wa nie daje ci pra­wa do tego, aby mnie gwał­cić! Wy­jeż­dżam.

Zer­k­nę­ła na drzwi, któ­re dzie­lił od niej nie­wie­le po­nad metr i któ­re, o dzi­wo, były otwar­te. Bez ostrze­że­nia dłoń An­tho­ny’ego wy­lą­do­wa­ła na jej le­wym po­licz­ku. Siła ude­rze­nia spra­wi­ła, że Cla­ire upa­dła. Po­wo­li do niej pod­szedł. Nie kuc­nął, tyl­ko spoj­rzał na nią z góry i po­wie­dział:

– Moż­li­we, że z cza­sem pa­mięć ci się po­pra­wi. Na ra­zie to ona jest źró­dłem pro­ble­mów. Przy­po­mnę ci raz jesz­cze: za­sa­da nu­mer je­den mówi o tym, że ro­bisz to, co ci każę. Je­śli stwier­dzam, że ko­niec dys­ku­sji, to ko­niec. – Scho­wał ser­wet­kę do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. – I ta pi­sem­na umo­wa obej­mu­je „wszyst­ko, co spra­wia mi przy­jem­ność”, a to ozna­cza, że seks jest kon­sen­su­al­ny i w żad­nym ra­zie nie moż­na go uznać za gwałt. – Na­dal nad nią gó­ru­jąc, ob­cią­gnął poły ma­ry­nar­ki i wy­gła­dził kra­wat. – Uzna­łem, że le­piej bę­dzie, je­śli przez ja­kiś czas po­zo­sta­niesz w swo­im apar­ta­men­cie. Nie oba­wiaj się. Mamy mnó­stwo cza­su, cza­su war­te­go dwie­ście pięt­na­ście ty­się­cy. – Po tych sło­wach od­wró­cił się, aby wyjść. Pod po­de­szwa­mi mo­ka­sy­nów od Guc­cie­go roz­legł się trzask zgnia­ta­ne­go krysz­ta­łu. Opa­no­wa­ny ton An­tho­ny’ego prze­ra­żał Cla­ire bar­dziej niż wy­po­wia­da­ne przez nie­go sło­wa. Mó­wił z ta­kim prze­ko­na­niem, że nie była w sta­nie się po­ru­szyć ani ode­zwać. – Po­wiem służ­bie, że śnia­da­nie do­sta­niesz do­pie­ro, gdy po­sprzą­tasz to szkło. – I znik­nął za du­ży­mi bia­ły­mi drzwia­mi.

Usły­sza­ła pik­nię­cie i do­pie­ro wte­dy do­tknę­ła pie­ką­ce­go po­licz­ka. Po­now­nie na­sta­ła kom­plet­na ci­sza. Po­pa­trzy­ła na ba­ła­gan przed sobą. W ra­mach mało zna­czą­ce­go pro­te­stu oświad­czy­ła gło­śno:

– Wolę umrzeć z gło­du niż to po­sprzą­tać.

Ja­kiś czas póź­niej ze łza­mi w oczach zbie­ra­ła z pod­ło­gi krysz­ta­ło­we odłam­ki. Raz za ra­zem po­cią­ga­ła no­sem. Po­zbie­ra­ła już więk­szość du­żych ka­wał­ków, kie­dy za­uwa­ży­ła krew na szla­fro­ku. Oka­za­ło się, że ska­le­czy­ła się w dłoń. Bez po­wo­dze­nia pró­bo­wa­ła usu­nąć z niej ma­leń­ki odła­mek, a łzy wca­le nie uła­twia­ły jej tego za­da­nia. Na­gle aż nad­to zna­jo­me pik­nię­cie spra­wi­ło, że od­wró­ci­ła się ku drzwiom, prze­ra­żo­na po­wro­tem An­tho­ny’ego.

Do po­ko­ju we­szła Ca­the­ri­ne, ro­zej­rza­ła się i po­krę­ci­ła gło­wą.

– Pa­nien­ko Cla­ire, zaj­mę się tym. Pa­nien­ka się tyl­ko po­ka­le­czy.

– Już to zro­bi­łam.

Wy­cią­gnę­ła rękę. Ca­the­ri­ne z ogrom­ną de­li­kat­no­ścią za­pro­wa­dzi­ła ją do ła­zien­ki i wy­ję­ła odła­mek. Na­stęp­nie zde­zyn­fe­ko­wa­ła ranę i za­ban­da­żo­wa­ła jej dłoń. Kie­dy wró­ci­ły do sy­pial­ni, oka­za­ło się, że w mię­dzy­cza­sie znik­nę­ły wszyst­kie śla­dy mi­nio­nej nocy. Apar­ta­ment był po­sprzą­ta­ny, lam­pa znaj­do­wa­ła się na swo­im miej­scu, a po apasz­ce i reszt­kach wa­zo­nu nie było śla­du. Na sto­le sta­ła taca z je­dze­niem.

Cla­ire po­słusz­nie zja­dła śnia­da­nie. Prze­peł­nia­ła ją obez­wład­nia­ją­ca roz­pacz. Była uwię­zio­na. Zu­peł­nie sama. I nie mia­ła po­ję­cia, co zro­bić. Po­sta­no­wi­ła, że weź­mie prysz­nic, a po­tem – taką mia­ła na­dzie­ję – coś wy­my­śli.

Za­ufa­nie nie­win­nych jest naj­uży­tecz­niej­szym na­rzę­dziem kłam­ców1).

Ste­phen King

1) Cytat ze Skle­pi­ku z ma­rze­nia­mi w prze­kła­dzie Krzysz­to­fa So­ko­łow­skie­go (przy­pi­sy po­cho­dzą od tłu­macz­ki).

Rozdział 2

Pięć dni wcześniej

Dzień wy­peł­nio­ny ze­bra­nia­mi oka­zał się owoc­ny. Naj­pierw spo­tkał się z dy­rek­to­rem sta­cji, po­tem przez kil­ka nie­koń­czą­cych się go­dzin wy­słu­chi­wał ra­por­tów ze­spo­łu z dzia­łu sprze­da­ży do­ty­czą­cych bu­dże­tu, a na­stęp­nie pro­po­zy­cji. Tego typu ze­bra­nia za­zwy­czaj nie wy­ma­ga­ły obec­no­ści pre­ze­sa za­rzą­du spół­ki ma­cie­rzy­stej. Są­dząc po spo­so­bie, w jaki kie­row­nic­two WKPZ prze­ści­ga­ło się na­wza­jem w uza­sad­nia­niu każ­de­go wy­dat­ku i do­da­wa­ło zna­cze­nia każ­dej pro­po­zy­cji, moż­na uznać, że mia­ło przy­naj­mniej świa­do­mość tego, iż ta wi­zy­ta jest czymś nad­zwy­czaj­nym. An­tho­ny’ego Raw­ling­sa nie­szcze­gól­nie in­te­re­so­wa­ła owa pod­rzęd­na sta­cja te­le­wi­zyj­na. Zdą­ży­ła już speł­nić swo­ją rolę. Gdy­by ju­tro zde­cy­do­wał się ją za­mknąć, w ogó­le by go to nie obe­szło. Dzi­siej­sze spo­tka­nia po­ka­za­ły mu jed­nak, że sta­cja przy­no­si do­cho­dy. A zwa­żyw­szy na obec­ny stan go­spo­dar­ki, do­cho­do­wa fir­ma była ak­ty­wem, któ­re war­to mieć w swo­im port­fo­lio. Gdy wró­ci do głów­nej sie­dzi­by, każe swo­je­mu ze­spo­ło­wi prze­ana­li­zo­wać nie­uchron­ną sprze­daż. By­ło­by świet­nie, gdy­by dzię­ki tej nie­daw­no na­by­tej sta­cji od­niósł ko­rzy­ści za­rów­no na­tu­ry oso­bi­stej, jak i fi­nan­so­wej, praw­da?

Kie­dy ze­bra­nia do­bie­gły koń­ca, przy­stał na wspól­ne wyj­ście z no­wym dy­rek­to­rem dzia­łu kadr i jego asy­stent­ką. Nie wie­dzie­li, że to kom­plet­nie nie w jego sty­lu. Przy­jął za­pro­sze­nie pod jed­nym wa­run­kiem: mu­sie­li się wy­brać do Red Wing. Sły­szał, że ser­wu­ją tam naj­lep­sze sma­żo­ne zie­lo­ne po­mi­do­ry w Atlan­cie.

Na szczę­ście jego to­wa­rzy­sze mie­li cze­ka­ją­ce na nich ro­dzi­ny. Po ku­flu piwa, sta­no­wią­ce­go spe­cjal­ność Red Wing, i skon­su­mo­wa­niu por­cji sma­żo­nych po­mi­do­rów pan Raw­lings na­le­gał, aby uda­li się do domu, do swo­ich naj­bliż­szych. Po­dzię­ko­wał za ich od­da­nie WKPZ i z uwa­gą wy­słu­chał pla­nów zwią­za­nych z ka­dra­mi. Gdy­by jed­nak miał ze­zna­wać pod przy­się­gą, nie był­by w sta­nie przy­po­mnieć so­bie ani jed­ne­go ich sło­wa. Jego uwa­ga sku­pia­ła się na zie­lo­no­okiej bar­man­ce z kasz­ta­no­wy­mi wło­sa­mi. Dzi­siej­szą zmia­nę roz­po­czy­na­ła o czwar­tej i wie­dział, że ją tu za­sta­nie. Za­raz po wyj­ściu swo­ich pra­cow­ni­ków wy­słał do kie­row­cy ese­me­sa, że zo­sta­nie w Red Wing aż do póź­na. Na­stęp­nie od nie­chce­nia pod­szedł do pu­ste­go stoł­ka na sa­mym koń­cu baru, tuż pod ścia­ną. To o pięć­dzie­siąt pro­cent zmniej­sza­ło praw­do­po­do­bień­stwo, że ktoś go za­gad­nie. Wo­lał­by sto pro­cent, ale nie­ste­ty nie moż­na mieć wszyst­kie­go. Jego je­dy­nym obiek­tem uwa­gi była uśmiech­nię­ta mło­da ko­bie­ta po dru­giej stro­nie błysz­czą­ce­go kon­tu­aru.

– Hej, przy­stoj­nia­ku, jesz­cze jed­no piwo?

An­tho­ny uniósł gło­wę i spoj­rzał w jej szma­rag­do­we oczy. Rze­czy­wi­ście był przy­stoj­ny i po wie­lu la­tach prak­ty­ki do­sko­na­le wie­dział, jak ten fakt wy­ko­rzy­sty­wać. W tej chwi­li jed­nak jego uśmiech był szcze­ry. W koń­cu się do nie­go ode­zwa­ła. Po­dróż oka­za­ła się dłu­ga i sa­mot­na, ale na­resz­cie doj­rzał jej cel.

– Dzię­ku­ję, chęt­nie.

Zer­k­nę­ła na reszt­kę piwa w jego ku­flu i za­py­ta­ła:

– To jed­no z na­szych psze­nicz­nych?

– Tak, La bi­ère Blan­che. – Uśmiech­nę­ła się uro­czo i ode­szła, aby zre­ali­zo­wać za­mó­wie­nie. Kie­dy wró­ci­ła z bursz­ty­no­wym na­po­jem, spraw­nie po­ło­ży­ła przed nim świe­żą ser­wet­kę Red Wing i za­bra­ła pu­sty ku­fel. – Chciał­bym otwo­rzyć ra­chu­nek.

– Oczy­wi­ście. Za­raz to zro­bię, po­trze­bu­ję jed­nak na chwi­lę pań­ską kar­tę kre­dy­to­wą.

An­tho­ny roz­piął ma­ry­nar­kę od Ar­ma­nie­go i z we­wnętrz­nej kie­sze­ni wy­jął port­fel. Chciał jej tyle po­wie­dzieć, ale miał na to cały wie­czór. Koń­czy­ła zmia­nę o dzie­sią­tej i za­pla­no­wał so­bie, że do tego cza­su bę­dzie sie­dział tu, gdzie te­raz. Wrę­czył jej pla­ty­no­wą Visę i bacz­nie ob­ser­wo­wał, gdy od­czy­ty­wa­ła na­zwi­sko.

– Dzię­ku­ję, pa­nie Raw­lings. Za­raz ją panu zwró­cę.

Uśmiech nie znik­nął z jej twa­rzy ani na chwi­lę. Od­wró­ci­ła się w stro­nę kasy. An­tho­ny roz­siadł się wy­god­nie na stoł­ku, czu­jąc sa­tys­fak­cję. A więc nie wie­dzia­ła, kim jest. Do­sko­na­le.

Przez kil­ka go­dzin…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej