Koniec wszystkich historii. Medytacje - Nitya - ebook

Koniec wszystkich historii. Medytacje ebook

Nitya

4,3

Opis

Ta medytacyjna opowieść o życiu prowadzi nas do przełomowego punktu, w którym wszystkie opowieści przemijają. Wraz z zaniknięciem opowieści, „końcem wszystkich historii”, znika też cierpienie, poczucie oddzielenia i niewygody.

Nitya mówi o doświadczeniu jedności i wolności. Doświadczeniu dostępnym dla każdego. „To jest bardzo subtelne dostrojenie, nastawienie uszu, całego istnienia na słuchanie. A kiedy będzie słuchanie, pojawi się też słyszenie. Nastroić się, czyli się otworzyć, dać więcej przestrzeni, nie fiksować się. Nastroić się, czyli przyjąć wszystko, co jest. Patrzeć, słuchać bez intencji. Prościej ujmując, po prostu BYĆ”.

Autorka opowiadając o własnej drodze, dzieli się swoją praktyką duchową, naprowadzając czytelnika na ważne pytania, które trzeba zadać sobie w ciszy. W każdej chwili może nadejść odpowiedź, przynosząc ze sobą...zrozumienie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 59

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 
Projekt okładki: ‌LENA SZCZESNA
Redakcja: Wydawnictwo ‌To Co ‌Jest
Korekta: AGNIESZKA ‌PIETRZAK
Zdjęcie na okładce pierwszej: ‌123RF.com
Zdjęcie na okładce czwartej: ‌JUSTYNA JAWORSKA
Redakcja techniczna: Wydawnictwo ‌To Co Jest
 
Copyright ‌© ‌2016 ‌for this ‌edition by Wydawnictwo To ‌Co ‌JestCopyright ‌© ‌by ‌Patrycja Pruchnik
 
Hornówek ‌2016Wydanie ‌I
 
ISBN 978-83-94635-32-9
 
Wydawnictwo To Co ‌[email protected]
 
Konwersja: eLitera s.c.
 
 

To ‌zdjęcie odmieniło ‌moje ‌życie. Oczy ‌Ramany Maharisziego przypomniały mi ‌o istnieniu Wiecznej Wolności, o istnieniu ‌Tego, czym naprawdę jestem.

 
.
 

W pokłonie ‌mojemu mistrzowi ‌Śri ‌Mooji’emu, ‌którego satsang ‌obrał ‌mnie ‌z „siebie”, odsłaniając przestrzeń Niezrodzonego.Zdjęcie: ‌Mooji ‌Media

 
 
 
 

część ‌pierwsza

KONIEC WSZYSTKICH HISTORII

Nitya w rozmowie ‌z Bartoszem M. Wroną

WSTĘP

Wybitny malarz ‌surrealista René Magritte na ‌jednym ze swoich słynnych ‌obrazów uwiecznił realistycznie przedstawioną ‌fajkę. Dzieło to ‌nosi ‌tytuł ‌„Ceci ‌n’est pas une pipe”, ‌czyli „To nie ‌jest fajka”.

Uznałem kiedyś ten ‌podpis za ironię i żart, ‌ale dziś ‌widzę ‌to już inaczej...

O czym rozmawiam ‌z Nityą – Patrycją Pruchnik?

Posłużę ‌się Jej słowami: ‌„Mówimy o świadomości, o czymś, co ‌niczego ‌nie potrzebuje. ‌Nie potrzebuje nawet ‌rozumieć”.

Jeśli ‌interesują ‌Cię, Czytelniku, ważne ‌pytania, ten ‌tekst może ‌być okazją, ‌by znaleźć na nie odpowiedzi. Jeśli Cię nie interesują, to zapewne nie doczytałeś nawet do tego miejsca.

Ach, byłbym zapomniał: To nie jest książka.

Bartosz M. Wrona

STAN NATURALNY

Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie?

Miałam wyjątkowo szczęśliwe i niesamowite dzieciństwo. Było ono długie i dobrze zapamiętane.

Wychowywałam się na wsi, a właściwie na odludziu, z dala od miasta i cywilizacji. Mieszkałam z rodziną, dziadkami, kuzynami, dużo przebywałam na świeżym powietrzu. Ciało to dobrze zapamiętało. Okolica, w której mieszkałam, była urokliwa. Duży przedwojenny dom, wokół sady i łąki, nieopodal rzeczka i tory kolejowe. Mnóstwo czasu spędzałam sama. Z przyrodą i zmieniającymi się porami roku... Niewiele było bodźców z zewnątrz.

Jest pamięć tej swobody, przebywania w stanie naturalnym.

Rodzice chodzili do pracy. Nie przypominam sobie, żeby przejmowali się tym, co my, dzieciaki, wyprawiamy. Przez pierwszych osiem lat życia miałam pełną swobodę, bez żadnych nacisków z ich strony.

Pierwszym ważnym wspomnieniem był moment przeskoku z jedności w wielość.

Nie wiem, ile dokładnie miałam wtedy lat, może pięć, trudno mi powiedzieć. Żyłam w sielance, nie wiedząc, że to sielanką było. Moja okolica była całym światem. Zresztą wszystkim dzieciom tak się wydaje. Naturalnie czułam, że cały świat sprowadza się do mnie, jest mną, dla mnie i we mnie.

Przypominam sobie taki obraz. Przyjeżdża do nas w odwiedziny rodzina z Warszawy. Widzę, jak zbliżają się do mnie dzieci i ich rodzice, a ja siedzę na ganku na schodach. Czuję lekki niepokój, jestem zaskoczona, że tylu ich tu jest... Co to za ludzie? Przedstawiamy się sobie nawzajem i zostaję z nimi sam na sam. Zaczynamy rozmawiać. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nie ma już jedności, jednego punktu widzenia, perspektywy całości, tylko każdy ma swój własny świat! Ma swój sposób widzenia, poglądy, własny świat wewnętrzny!

Było to dla mnie wielkim zdumieniem. Nie mogłam się pozbierać.

Zostawiłam ich wszystkich, uciekłam i się rozpłakałam. Nie wiedziałam dlaczego.

Tak rozpoczął się okres amnezji, porzucenia stanu naturalnego, zapominania, kim jestem. I jednocześnie początek ignorancji.

Jednak porzućmy na moment tę osobistą historię, ponieważ każdy człowiek może przypomnieć sobie stan naturalny, niezależnie od tego, jakie miał dzieciństwo – szczęśliwe czy trudne.

Podczas medytacji na satsangu[1] wprowadzam ćwiczenie: proszę uczestników o przypomnienie sobie momentu z wczesnego dzieciństwa, w którym czuli się swobodnie i szczęśliwie. Daję na to kilka minut.

Dla niektórych jest to początkowo trudne. Nie potrafią nic sobie przypomnieć, natomiast po jakimś czasie spontanicznie przychodzą do nich krótkie obrazy, migawki.

Potem dzielimy się tym, co się pojawiło. Ciekawe, że w powierzchownej warstwie u każdego pojawiają się inne doświadczenia, natomiast u podstawy wszyscy znajdujemy TO SAMO. I tak na przykład ktoś przypomniał sobie, jak szedł z mamą za rękę, ktoś inny pamięta, jak babcia czytała mu bajkę czy jak bawił się na łące.

Zadaję wtedy pytanie: jak się wtedy czułeś? Czy możesz to samopoczucie przywołać?

„Czułem się bezpieczny, spokojny. Czułem radość, brak skrępowania, spontaniczność, wolność”.

To są wszystko opisy stanu naturalnego, poczucia: jestem, żyję, wiem, że istnieję, lecz nic nie wiem więcej.

Powstaje w związku z tym pytanie: co się takiego stało, że o tym zapomnieliśmy?

Powód jest taki, że już we wczesnym dzieciństwie zaczynają się procesy, które od tej naturalnej obecności nas oddzielają. Z chwilą gdy akceptujemy swoje imię, następuje amnezja i początek ignorancji. Zapominamy, kim jesteśmy, a uwaga zaczyna być skupiona na konkretnej formie.

Te procesy wyglądają mniej więcej tak.

Mama często powtarza: „Wojtuś, coś ty znowu narobił! Niedobry chłopak!”. I w Wojtku umacnia się przywiązanie do wizji: „Jestem niedobry”, „Coś jest ze mną nie tak”, „Nie jestem taki, jaki powinienem”.

Albo Paulinka często słyszy: „O, jaka ładna dziewczynka!”, „Jakie Ty masz śliczne oczka! Jak się cudownie uśmiechasz!”. I Paulinka zaczyna się przekonywać, że świat oczekuje od niej bycia uśmiechniętą, ładną, niesprawiającą kłopotu.

Albo ktoś zostaje ukarany: „Ach... przypomniałem sobie, jak tata mnie ukarał, powiedział, że jestem okropny”. I wokół tej kary buduje się tożsamość oparta na poczuciu winy lub krzywdy albo na zaniżonej samoocenie.

I wtedy zaczyna się zawężanie świadomości. Czyli proces marginalizowania, spychania na dalszy plan naturalnej obecności. Zaczynamy wierzyć w zewnętrzne głosy, a swoboda i naturalność przestają być w cenie.

Na pierwszy plan wysuwają się sformułowania: jestem brzydki, jestem piękny, jestem dobry, jestem zły, jestem super, jestem nic niewart... Muszę być najlepszy, o, ja wam pokażę! Zaczynamy wierzyć w to, co usłyszeliśmy, i staje się to naszą wewnętrzną prawdą.

Potem słyszymy te głosy w głowie przez całe życie i bierzemy je za własny głos. Lecz czyje to są głosy? Czy na pewno twoje?

 

Zastanów się.

Jeśli to ty je słyszysz, czy może to być twój głos?

Może to głos mamy? Może nauczycieli, księdza, dziadka, kolegów?

Jesteś tym głosem czy tym, kto słyszy ten głos?

Na stan naturalny, który jest nieskrępowany, bezpieczny i tylko Jest, nałożone zostają wiązki skoncentrowanej, spiętej energii – i to na nich skupiamy całą uwagę.

Zaczynamy doświadczać życia poprzez wiarę w głosy, wiarę w myśli, zaczynamy doświadczać życia poprzez wiarę w ego.

Jednak to utożsamienie z ciałem, myślami, formą jest nieuniknione. To potrzebny z punktu widzenia ewolucji etap, pozwalający nam wzrastać i się budzić.

OTWIERANIE SERCA

Czasami rodzice usiłują mocno wpływać na dzieci. Kształtują je, bardziej lub mniej świadomie, na swój obraz i podobieństwo albo wręcz przeciwnie – chcą dla nich lepszego, innego losu niż własny. A jak było w Twoim domu rodzinnym?

Mój tata był bezkompromisowy. Zawsze go za to podziwiałam, tę cechę mi zaszczepił.

Żył po swojemu. Nie chodził do kościoła, nie był religijny. Mamie zależało, abyśmy wychowywali się w tradycji, po katolicku, ale nam tego nie narzucała. Miała w sobie bezwarunkową miłość. Ta jej postawa, pełna oddania dla innych, była niezwykła.

Rodzice naprawdę niczego Ci nie narzucali?

Przez pierwszych osiem lat nie, może jedynie w drobnych sprawach. Potem wyprowadziliśmy się do małego miasteczka i rzeczywistość zaczęła stawiać mi większe wymagania. Miałam wewnętrznego motywatora, który dążył do perfekcji we wszystkim, co robi, i to momentami było ciężkie. Zrobiło się trudniej. Chodziłam do dwóch szkół jednocześnie: do szkoły muzycznej i do zwykłej podstawówki. Przez kilkanaście lat gry na fortepianie wyrobiłam w sobie dyscyplinę wewnętrzną, która była moją praktyką duchową. Nikt mnie do niej nie zmuszał.

Muzyka dawała mi dostęp do emocji, które nauczyłam się poprzez nią wyrażać. Spotkałam wtedy ważną osobę, nauczycielkę fortepianu z Sankt Petersburga, która traktowała muzykę w sposób wyjątkowy i tym mnie zaraziła. Piękne spotkanie. Lekcje z nią to był kontakt z Duchem, z najgłębszą częścią mnie samej.

Otwierała mnie na przestrzeń serca. Od dziecka byłam bardzo wrażliwa, a muzyka uruchamiała to jeszcze mocniej. Chwilami nie potrafiłam poradzić sobie ze wzruszeniem, którego się często wstydziłam. Bywały dni, kiedy zatopiona w grze wchodziłam w przestrzeń poza czasem, zupełnie nie zdając sobie sprawy, ile minut czy godzin spędziłam przy fortepianie.

Dobrze się uczyłaś?

Tak. Dobra uczennica. (ze śmiechem)

Buntowałaś się?

Tak. Ale mój bunt manifestował się do wewnątrz. Nie miałam po co buntować się przeciwko rodzicom, bo byli w porządku. Był we mnie natomiast ogromny bunt przeciwko temu, jak funkcjonuje współczesny świat. Tak było od dziecka. Jako nastolatka czułam, że do tego świata nie należę, nie chcę tak żyć. Gdy skończyłam szesnaście lat, wyprowadziłam się z domu i pojechałam do Warszawy.

WARSZAWA I TRAWA

Nie dałaś się zwieść pokusom wielkiego miasta?

Szkoła muzyczna przez cały czas zapewniała mi kierat. Nie miałam kiedy się nudzić. W tym okresie miałam kontakt z czymś, co nazywamy narkotykami. Twardych narkotyków nie próbowałam, ale zapaliłam marihuanę i było to dla mnie ważne doświadczenie. Zobaczyłam, że niezależnie od stanu, w jakim jestem, umysł jest tylko wrażeniem. Bez względu na to, czy mamy tzw. trzeźwy umysł, czy pozostaje on pod wpływem jakichś środków, zawsze jest tylko perspektywą.

Miałaś tego świadomość w wieku szesnastu lat?

Tak.

A miałaś doświadczenie z innymi środkami zmieniającymi świadomość? Spróbowałam grzybków halucynogennych i to też było ciekawe – kolejna odsłona wielości perspektyw, tego, że można postrzegać inaczej. Jednak i po trawce, i po grzybkach pojawiało się gdzieś w środku przeświadczenie, że to nic wielkiego, że to nie jest ważne.

A jak z alkoholem?

Przeciętnie. Nie pociągał mnie specjalnie.

Nie miałaś poczucia, że też – niewielkim kosztem – daje zmianę świadomości?

Ta zmiana jeszcze mniej mi się podobała. Narkotyki pokazały, że na nasze doświadczanie mogą rzutować różne perspektywy. Inna jest ta codzienna, inna po marihuanie, inna po grzybkach, inna po alkoholu. Jednak wszystko to są tylko perspektywy. Żadna z nich nie była wciągająca, żadnej z nich nie uważałam za stałą i w związku z tym żadnej – za ostatecznie prawdziwą.

Pojawiło się zrozumienie, że przeciętny stan, w którym żyje większość ludzi, wcale nie musi być „normalny”. Stan po marihuanie wydawał się mało przytomny, po grzybkach z kolei tworzyły się wizje. Tyle.

SAT-CIT-ANANDA

Co było dalej?

Po przyjeździe do Warszawy opadły mi skrzydła, bo o ile wcześniej miałam świetną nauczycielkę z powołania, to w Warszawie nie było już tak różowo. Dostałam się na zajęcia z fortepianu do znanej pianistki, laureatki Konkursu Chopinowskiego. Myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Okazało się jednak, że byłam jej pierwszą uczennicą. Moja nowa nauczycielka, zajęta karierą, nie miała niestety pedagogicznego zacięcia. Przeżywałam rozczarowanie. Nie miałam już tak głębokiego kontaktu z muzyką, na to miejsce pojawiły się ambicja i rywalizacja. Taki to czas, kiedy dorastamy i zaczynamy myśleć, że trzeba wszystkiemu sprostać... Niełatwy czas dla młodych.

Wtedy po raz pierwszy poczułam różnicę pomiędzy graniem z głowy a graniem z serca. Jak to jest, kiedy sobie coś narzucam i bardzo się staram, a jak wówczas, gdy poddaję się muzyce spontanicznie. Od kiedy grę zaczęłam traktować bardzo poważnie, straciła na jakości i przestałam już tak się nią cieszyć. W szkole słyszałam, że liczą się tylko najlepsi. Dobry czy bardzo dobry pianista to za mało. Naturalną konsekwencją był stres, frustracja i smutek. Jak duży, zrozumiałam dopiero po latach. Goniłam więc to miejsce „najlepszego”, myśląc, że tak trzeba. A to było takie niemądre...

Jednak właśnie dzięki tej nauczycielce trafiłam na jogę. Doradziła mi ćwiczenia na bóle pleców spowodowane wielogodzinnym siedzeniem przy fortepianie. Pamiętam, jak weszłam na salę – z czarnymi włosami, w czarnych butach, cała wystrojona, trochę śmieszna, a tam wszyscy cisi i spokojni... Od pierwszych zajęć wciągnęłam się. Podczas relaksu po którychś zajęciach bardzo głęboko weszłam w pustkę.

Zapadłam się w nią i rozpuściłam.

Nie było mnie, nie było nic.