Koniec scenarzystów - Wojciech Nerkowski - ebook + książka

Koniec scenarzystów ebook

Wojciech Nerkowski

3,8

Opis

Superprodukcja zmierza do nieuchronnego finału, w którym na planie padnie być może nie tylko ostatni klaps, ale i kilka głów.

Każdy scenarzysta zrobiłby wszystko, by dostać pracę w Hollywood. A kiedy w końcu Sylwia i Kuba stają przed szansą życia, okazuje się, że mogą to życie stracić. Zamiast pisać zamówiony przez hollywoodzkiego producenta scenariusz, wplątują się bowiem w zagadkę zniknięcia pięknej aktorki, Mandy Powell. Wkrótce przyjdzie im się zmierzyć się z przeciwnikiem przebieglejszym i bardziej wymagającym niż kiedykolwiek dotąd. A przecież nie po to tu przyjechali!

Zupełnie przy okazji Sylwia i Kuba odkrywają mroczne tajemnice i głęboko skrywane żądze, ale też poznają na własnej skórze blaski i prawdziwą magię słynnej Fabryki Snów.

Czy uda im się wspólnie dotrwać do szczęśliwego końca?

Przygotujcie się na istną jazdę bez trzymanki!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (41 ocen)
12
15
10
2
2

Popularność




Copyright © Wojciech Nerkowski, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja:Malwina Błażejczak / panbook.pl

Korekta:Katarzyna Smardzewska / panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce: © Yurii Zymovin / Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-160-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Justynie Toczyskiej

Żyjemy w świecie symulacji, w którym najwyższą

funkcją znaku jest wymazanie rzeczywistości

i jednocześnie ukrycie jej zniknięcia.

Jean Baudrillard, Spisek sztuki

(tłum. Sławomir Królak)

17 maja, piątek

1

– Tylko mi tu nie umieraj! – W gardle producentki Lidii Wybickiej zabulgotała panika. – Słyszysz? Nie pozwalam!

Jej dociążone tuzinami metalowych bransolet ręce z trudem obracały kierownicą. Turkusowe Porsche 911 Carrera wystrzeliło z bramy wytwórni filmowej i z piskiem opon skręciło w lewo, w Chełmską.

– Mów do mnie, nie zasypiaj. Bo jak zaśniesz, to już się nie obudzisz!

Sylwia nie dała rady odpowiedzieć. Jęknęła tylko z bólu, kiedy auto ostro zahamowało przed przejściem dla pieszych, na które weszła właśnie młoda kobieta pchająca granatową spacerówkę na dużych kołach ze szprychami. Kilka sekund później silnik zawył i w okamgnieniu porsche przecięło trzy przecznice: Sielecką, Stępińską i Górską.

To nie był sen ani film, ani serial. Ani powieść. To działo się naprawdę.

Kolejny rajdowy skręt i… oto utknęły w sznurze samochodów wlokących się Sobieskiego w kierunku centrum.

– Boże, wiedziałam! – histeryzowała Lidia. – Korek! W takim momencie… No nie! Ta Gronkiewicz-Waltz… Zabiłabym babę. Himalaje nieudolności! Karakorum pychy!

Sylwia miała ochotę wyjaśnić, że już od dawna kto inny jest prezydentem Warszawy, ale odpuściła. Nie miała siły, poza tym bała się rozpraszać kierowcę. Ale już żałowała, że nie zaczekały na karetkę, tylko gnały do szpitala prywatnym samochodem Lidii.

Producentka, zwana Palomą Bis, odwróciła się i omiotła przerażonym wzrokiem pasażerkę, która blada jak ściana leżała na tylnym siedzeniu, trzymając się kurczowo jego krawędzi. Sylwia oddychała ciężko. Na jej czole perlił się zimny pot, a mina wyrażała jedną wielką determinację, żeby tylko przetrwać.

– I co ja mam teraz robić, Matko Boska?! – Producentka zatrzymała na chwilę rozbiegane spojrzenie. – I tapicerkę mi zapaskudziłaś. A samochód jeszcze nieubezpieczony!

– Przepraszam… – z najwyższym trudem jęknęła Sylwia.

Próbowała opanować strach. I ból. Raz było lepiej, raz gorzej, ale ogólnie źle. Czuła, że jeśli natychmiast nie trafi w ręce lekarzy, rozegra się dramat.

A co, jeśli chimeryczna producentka dostanie teraz ataku histerii? Stanie nagle na środku drogi i odmówi dalszej jazdy? Jak wtedy, kiedy pewien aktor grający w ich serialu zgolił brodę i trzeba było przekręcać dwanaście scen z jego udziałem. Sylwii zrobiło się słabo na samą myśl, że jej los jest w tej chwili całkowicie w rękach Palomy Bis.

– Puszczę ci coś… – Producentka zaczęła majstrować przy panelu radia. – Czekaj, mam tu taką piękną klasykę…

Z doskonałej jakości głośników huknęła msza żałobna Mozarta.

– Nnnie, nie… – stęknęła Sylwia.

– Wybitne wykonanie! – przekonywała Lidia. – Wsłuchaj się!

– Nie… – Sylwia jęczała, usiłując przekrzyczeć wyjący posępnie chór.

– Za batutą… No…? Zgadniesz? – Producentka nie dawała za wygraną. – Maestro Herbert von Karajan!

– Nie…

– To mam jeszcze w wersji dyrygowanej przez Zubina Mehtę. Słynne wykonanie ze zbombardowanego Sarajewa… – nęciła Lidia. – W roli tenora Jose Carreras…

– Nie!!! – wyartykułowała w końcu Sylwia z całą mocą.

– Dobrze! Już się tak nie drzyj! – wrzasnęła producentka, by po chwili dodać już cichym, choć obrażonym tonem: – Jak chcesz umierać przy dźwiękach Krzysztofa Krawczyka, proszę bardzo.

– Lidia, błagam cię, jedź… – Sylwia, skręcając się z bólu, usiłowała utrzymać wzrok na podsufitce w kolorze kawy z mlekiem.

Z trudem mieściła się na tylnej kanapie sportowego auta. Nawet na leżąco. Zastanawiała się, jak to możliwe, że taki drogi samochód może być taki ciasny. Swobodnie by się tu zmieściło jedynie dziecko, i to góra dwunastoletnie. Powinna była usiąść na siedzeniu pasażera.

„Jak minął dzień?” – śpiewał Krzysztof Krawczyk. „Jak ci się dziś pożyło? Jak minął dzień? Czy ci się coś skończyło?”

– Jedź, proszę… – jęczała cicho Sylwia, czując, że świat wokół niej zaczyna wirować.

– No przecież nie przefrunę! – fuknęła producentka i trzykrotnie nacisnęła klakson.

Oczywiście niczego to nie dało. Samochody w stronę centrum posuwały się w ślimaczym tempie. Lidia zaklęła pod nosem. Widząc we wstecznym lusterku wykrzywioną bólem twarz pasażerki, w mgnieniu oka podjęła decyzję. Skręciła na buspas.

– Wytrzymaj! – wykrzyczała niczym zaklęcie.

Sylwia zacisnęła powieki, spod których pociekły dwie łzy i spłynęły po policzkach. Stęknęła z bólu, kiedy przyspieszenie wbiło ją w kanapę. Niecałe pięć sekund do setki. Modliła się, żeby nie zatrzymała ich policja za przekroczenie prędkości i bezprawne korzystanie z buspasa. Tu gdzieś przecież zaraz, po prawej stronie, jest komenda. I to chyba jakaś główniejsza. Znając szczęście Sylwii, a raczej jego brak, na pewno je zatrzymają.

A przecież liczyła się każda minuta.

Teraz już strach przeradzał się w panikę. Mózg wyrwał się spod kontroli. Wszystkie racjonalne myśli pierzchły. Gdyby Sylwia miała siłę krzyczeć, wrzeszczałaby. Ale czuła, że z każdą chwilą słabnie. Stać ją już było tylko na niemy szloch.

– A mogłam jechać Czerniakowską – mamrotała pod nosem Lidia, kiedy minąwszy Belweder, zatrzymały się na światłach na wysokości ambasady Szwecji. – Życie składa się z błędów, ale wygrywa ten, kto popełni ich najmniej.

– Lidia! – zawołała ostrzegawczo Sylwia, bo stały na podjeździe i samochód zaczął się staczać.

Kierowca w czarnym fiacie bravo za nimi zatrąbił ostrzegawczo. Producentka w ostatniej chwili zaciągnęła ręczny.

– Czego trąbisz?! – odwróciła się. – Na wsi jesteś?

Znów spojrzała kontrolnie na Sylwię.

– Może zadzwoń, ja nie wiem, do tego szpitala, żeby ktoś po nas wyszedł?! Niech dezynfekują narzędzia! Szykują chloroform!

Sylwia nie była w stanie spełnić prośby Palomy Bis. W tej chwili nie dałaby rady kiwnąć nawet palcem u nogi. Czuła, jak zimny pot zaczyna spływać jej po twarzy i mieszać się ze łzami. W takich chwilach człowieczeństwo zostaje wyparte przez zwierzęcą naturę. Włącza się instynkt przetrwania. Tylko proste komunikaty: Wdech! Wydech! Wszystko inne jest nieważne, znika z pola widzenia. Nie ma wczoraj, nie ma jutra, liczy się tylko kolejna przeżyta sekunda. A ból jest jak alarm, który wyje, żeby ostrzec przed złodziejem. Kostuchą, która chce ukraść to, co najcenniejsze – życie.

– Który dziś jest? – spytała Sylwia, kiedy kolejna fala bólu przeszła, a następna dopiero zaczynała wzbierać.

– Co?! – Lidia rzuciła jej w lusterku nieprzytomne spojrzenie. Światło szybko zmieniło się na zielone. Wdepnęła gaz i pomknęły wzdłuż Ogrodu Botanicznego oraz Kancelarii Premiera, by zatrzymać się znów na światłach przed placem Na Rozdrożu.

– Który… Dziś… Dzień?

– Siedemnasty.

Siedemnasty maja. Sylwia czuła, że to jedna z tych dwóch najważniejszych w życiu dat, które pojawiają się na nagrobku.

Jeszcze godzinę temu nic nie zapowiadało, że ten dzień będzie miał dramatyczny przebieg. Sylwia pierwszy raz od dawna pojawiła się w wytwórni filmowej na Chełmskiej. Rok wcześniej postanowiła odejść z pisanego z bratem serialu. Jej chłopak, grający w nim główną rolę, przespał się z koleżanką z planu, piękną aktorką. Wyrażał potem skruchę, oświadczył się nawet, ale Sylwia nie wyobrażała sobie przejść nad tym, ot tak, do porządku dziennego. A dalej pisać im scenariusz? To już w ogóle! Pikanterii sprawie dodawał fakt, że postaci grane przez oboje aktorów były w serialu parą.

Tak się złożyło, że Sylwia i Kuba dostali w tamtym czasie propozycję z Hollywood. Brat wprawdzie uważał, że Sylwia nie powinna „odpuszczać cudzołożnikom”, ale ostatecznie przekazali stery serialu scenarzystom wskazanym przez Lidię, między innymi jej córce. Izabella Pluta, którą rozczarowała praca w charakterze drugiego reżysera i asystentki producenta, zapragnęła spróbować swych sił jako literat.

Niestety, kiedy tylko odcinki pisane przez nową ekipę trafiły do emisji, oglądalność zaczęła pikować. Urodziwa para policjantów nadal rozwiązywała zagadki, ale coś było nie tak. Trochę jak w trylogii „Millenium”, kontynuowanej po śmierci Stiega Larssona. To już nie było to samo. Paloma Bis wczesną wiosną zaczęła lobbować za tym, żeby Leśniewscy wrócili. Po Wielkanocy rozpoczęły się błagania.

Jego rezultatem była dzisiejsza narada, podczas której Sylwia omówiła z Lidią wstępne planowanie siódmego sezonu Stój, bo strzelam!. To miał być koniec serialu. Producentka chciała odejść w chwale. Z przytupem i w blasku Telekamer.

– Co oni, posnęli z tymi światłami?! – wrzasnęła Lidia, wpatrując się jak sroka w gnat w sygnalizator, który bronił im wstępu na plac Na Rozdrożu. Po czym klnąc pod nosem, odpuściła sprzęgło, mimo że dla niej nadal świeciło się czerwone.

Przez moment wydawało się, że nielegalny manewr ujdzie im na sucho, ale nagle od alei Szucha nadjechało z dużą prędkością czarne audi z niebieską rejestracją korpusu dyplomatycznego.

– Jak jedziesz, baranie! – zdążyła krzyknąć Lidia, a Sylwia zamknęła oczy i odruchowo zasłoniła twarz w obronnym geście, widząc wielkie stalowe bydlę zmierzające prosto na nie.

Kierowca audi desperacko próbował skręcić, żeby uniknąć zderzenia. W rezultacie mocno i po długości przetarł bok porsche. Lusterka obu aut wyprysnęły w górę, a Sylwia usłyszała huk i poczuła drżenie wgniatanych drzwi. Impet odrzucił samochód w prawo, ale Lidia skontrowała kierownicą.

Wrzeszcząc wniebogłosy, walczyła, żeby zapanować nad autem. Uratowała je zatoczka przystanku autobusowego, która dała kilka dodatkowych metrów na wyprostowanie toru jazdy. Kierowca audi miał mniej szczęścia. Mógł wylądować na trawiastym klombiku rozdzielającym pasy jezdni, ale trafił prosto w słup pięciopalczastej latarni. Wystrzeliły poduszki powietrzne.

Wszystko mignęło przerażonej Sylwii przed oczami i w ułamku sekundy zostało w tyle, bo Lidia nie zdjęła nawet nogi z gazu.

– Kurwa mać, zapamiętaj numer! – wrzasnęła Lidia. – Nie daruję szmaciarzowi!

Gnały Alejami Ujazdowskimi. Po chwili dało się słyszeć przytłumione wycie syreny, trudno powiedzieć, czy policyjnej, czy pogotowia.

Sylwia czuła, że słabnie i za chwilę straci przytomność. Już była na granicy jawy i snu. Martwiła się, że luksusowe auto Lidii zostało uszkodzone, że pobrudziła tapicerkę, że kierowca audi mógł być ranny, może też jego pasażerowie.

Nawet w takiej chwili nie myślała o sobie. Skupiając się na oddychaniu, spoglądała przez przednią szybę. Na końcu Alej Ujazdowskich majaczył już plac Trzech Krzyży z kościołem świętego Aleksandra, w którym cztery lata wcześniej odbyło się nabożeństwo pogrzebowe Pauliny Gadomskiej, czyli pierwszej Palomy.

Sylwia odwróciła wzrok w prawo, żeby spojrzeć na park Ujazdowski z pomnikiem Paderewskiego, potem po drugiej stronie Alej mignęła kamieniczka przedstawicielstwa dyplomatycznego Szwajcarii, a zaraz za nią modernistyczna kostka Ambasady USA.

W ostatnim przebłysku świadomości Sylwia zdała sobie sprawę, że wszystko to, co skończy się dziś, zaczęło się niemal dokładnie rok temu, również w maju, kiedy odebrała amerykańską wizę, a bramy Hollywood wreszcie stanęły przed nią otworem. Wówczas nie miała pojęcia, że wdepnie w sprawę, która przebije wszystkie napisane przez nią scenariusze…

Rok wcześniej – Los Angeles

25 maja, piątek

2

Kuba Leśniewski nie sądził, że kiedykolwiek postawi stopę na Księżycu. A jednak. Stało się to 25 maja w piątek, parę minut po dwudziestej pierwszej.

Ale po kolei. Kiedy po czternastu godzinach lotu wylądowali w Los Angeles, powitał ich czterdziestolatek z lichymi tlenionymi włosami do ramion, w czarnym garniturze, białej koszuli bez krawata, trzymający przed sobą zalaminowaną kartkę formatu A4 z napisem „Sylwia and Kuba Lesniewski”. Przedstawił się jako Fausto, co zabrzmiało bardziej zabawnie niż złowieszczo. Zaproponował, że pomoże im nieść walizki, a kiedy odmówili, zdziwił się, ale nie protestował. Tak naprawdę to bardziej Sylwia odmówiła – zawsze była trochę lewicująca. Kuba nie miałby nic przeciwko posiadaniu służby, nie mówiąc już o tym, że wolne ręce przydałyby mu się do przeprowadzania relacji na żywo na Instagramie, na którą tysiąc stu dwunastu subskrybentów czekało z zapartym tchem.

Fausto zaprowadził ich na parking, gdzie czekał czarny mercedes klasy C z przyciemnianymi szybami i zbawienną klimatyzacją.

Takie czasy – pomyślał Kuba. Na zewnątrz gorąco jak w piekle, a u Fausta chłodek!

Pół godziny później Leśniewscy instalowali się już w hotelu Candor Grand, każde w swoim pokoju. Wykąpali się, zjedli czekoladkę spod poduszki… Nie zdążyli jednak rozpakować walizek, bo oto już dzwonił recepcjonista z informacją, że w lobby czeka na nich kolejny szofer. A mówiąc bardziej swojsko – kierowca. Taki luksus Kuba powitał z otwartymi ramionami, uznając go za preludium do hollywoodzkiego blichtru i należnego im uznania. Wreszcie ktoś traktuje scenarzystów z czcią, zamiast podcierać sobie nimi dupę – cieszył się, jadąc na parter przeszkloną windą, w której rozpylono dyskretny zapach wanilii.

Szoferem numer dwa była Rebecca, która również zaprezentowała się w czarnym garniturze i białej koszuli bez krawata. Miała krótko obcięte farbowane na rudo włosy, bladą cerę, podkrążone oczy i zmęczony uśmiech. Wyglądała na trzydzieści parę lat, choć równie dobrze mogła być dwudziestolatką. Zaprowadziła ich do zaparkowanej przed hotelem czarnej toyoty avalon czwartej generacji, co sprawiło, że Leśniewscy zaczęli zastanawiać się, czy marka limuzyny jest skorelowana z płcią kierowcy. Pan – mercedes, pani – toyota.

Pomknęli przecinającą Los Angeles drogą szybkiego ruchu, „dziesiątką”. Sprawnie przebili się do Santa Monica, a potem już wolniej, ale wciąż bez korków, dojechali do Marina del Rey, gigantycznej, największej na świecie przystani jachtowej. Maszty ciągnęły się aż po horyzont, a wszystkie jednostki, mniejsze i większe, cumowały równiutko, w idealnym porządku.

Leśniewscy przesiedli się na motorówkę i niejako ich trzecim szoferem tego dnia okazał się Luis, chudy jak szczapa, śniady czterdziestolatek o kanciastych ruchach. Podobnie jak dwoje poprzedników, był ubrany w czarny garnitur i białą koszulę. Bez krawata. Przedstawił się i od razu spytał, czy czegoś im nie potrzeba.

Sylwia uśmiechnęła się i pokręciła głową.

– A ja chlapnę sznapsa i nagram relację na Insta – powiedział po polsku Kuba. – Moi folołersi są głodni wrażeń z Holyłudu… – Z zadowoleniem rozpierał się na tylnym siedzeniu motorówki, która pruła korytarzem wodnym do strzeżonego przez falochron ujścia gigantycznej przystani. Dalej były już wody Zatoki Santa Monica.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Kuba miał na sobie strój wieczorowy. Na zaproszeniach na imprezę, które dostali jeszcze w Polsce, widniała adnotacja black tie / cravate noire, pofatygował więc się do produkcji serialu i pożyczył smoking, który następnie, starannie zapakowany, przeleciał z nimi przez Atlantyk.

– Czuję się jak te pieski ładowane zimą w kubraczki – powiedział, sięgając po kieliszek szampana Cristal, którego otwarta butelka chłodziła się w wiaderku z lodem. – Ale czego się nie robi dla sławy?

Wolną ręką przeczesał swoje jasne jak słoma włosy rozwiewane bardziej przez pęd motorówki niż przez oceaniczną bryzę, po czym sięgnął do kieszeni po komórkę.

– Podoba mi się ten amerykański sen!

– Żebyśmy się tylko nie obudzili z ręką… – Sylwia zawiesiła głos. Nie przepadała za szampanem, ale też wypiła odrobinę.

– …ściskającą za tyłek Oscara – dokończył Kuba, stukając swoim kieliszkiem w jej szkło. – Zobaczysz!

Tak naprawdę nie mieli pojęcia, czego się spodziewać. Zaproszenie z Hollywood kompletnie ich zaskoczyło. Odezwał się do nich asystent producenta jednego ze studiów filmowych. Jego szef przeczytał w branżowym piśmie „The Hollywood Reporter” artykuł o morderstwach na planie Spisku scenarzystów. Oparta na faktach historia zafascynowała go na tyle, że postanowił nakręcić remake w wersji amerykańskiej. Ale dopóki nie dostali oficjalnego zaproszenia, biletów lotniczych i zaliczki na poczet przyszłego wynagrodzenia, podejrzewali, że to jakiś żart.

Teraz jednak z każdą chwilą ich hollywoodzki sen nabierał kształtów i rumieńców.

Z Luisem za kierownicą motorówki w kilka minut dopłynęli do jachtu o czarnym kadłubie i białej nadbudówce, który wyglądał futurystycznie, bardziej jak okręt wojenny niż jednostka cywilna. Na burcie widniała nazwa „The Moon” – czyli Księżyc.

Odgłosy imprezy słychać było już z daleka. Jacht dryfował na tle słońca, które przysłaniane pojedynczymi postrzępionymi chmurami przecięło już linię horyzontu oddzielającego niebo od wód Oceanu Spokojnego. Większość z prawie dwustu uczestników imprezy wsiadła na pokład jeszcze na nabrzeżu Marina del Rey. Motorówka dowoziła spóźnialskich.

„Księżyc” należał do Douglasa Claytona, właściciela studia filmowego DoDo Pictures.

– To mały krok dla Leśniewskich, ale wielki skok dla ludzkości – zażartował Kuba, wchodząc na pokład.

Tak naprawdę było dokładnie odwrotnie. Ludzkość nawet nie zauważyła sukcesu polskich scenarzystów. Ale i bez tego Leśniewscy drżeli z podekscytowania, brat trochę bardziej niż siostra, bo oto rozpoczynali rejs w nieznane.

Luis zacumował motorówkę równolegle do rufy jachtu, która w tym miejscu była obniżona, tak żeby można było bez problemu wejść na pokład. Kuba, łapiąc za reling, skrzywił się. Ledwie kilka dni wcześniej zdjęto mu gips ze złamanej ręki i przy każdym większym wysiłku nadal czuł w niej ból. Lekarz skierował go na rehabilitację, ale kto miałby głowę do ściskania gumowej piłeczki, kiedy pojawiła się szansa, by chwytać dzień i wejść do światowej ligi scenarzystów.

Sylwia odgarnęła z czoła kosmyk jasnych włosów, wyciągniętych z kucyka przez pęd wiatru. Poprawiła okulary, po czym podeszła do burty i podała bratu srebrno-czarną kopertówkę, prosząc, by ją potrzymał. Podciągnęła sięgającą do kostek skromną, grafitową sukienkę, żeby zrobić długi krok. Nagle kreacja, którą kupiła w sieciówce, wydała jej się boleśnie niedopasowana do jachtu z całą jego luksusowo-snobistyczną otoczką. Ale nie miało to dla niej większego znaczenia, bo Sylwia nie była fashionistką. Zastygła w bezruchu, ponieważ zafrapowała ją czerń wody między białą burtą motorówki a rufą jachtu.

Gdyby ta szczelina się powiększyła, a Sylwia wpadła do oceanu, czy uratowaliby ją? Może poszłaby jak kamień na dno? Każdego dnia, niemal na każdym kroku czai się śmierć. Leki, które można przedawkować, ostre noże w kuchennej szufladzie, miliony rozpędzonych aut, tysiące samolotów, które w każdej sekundzie startują albo podchodzą do lądowania, jedzenie połykane w pośpiechu podczas przerwy na lunch, które może wpaść nie do tej dziurki, a trzy minuty później… Śmierć mózgu z niedotlenienia.

– Hej, poczekaj! Pomogę ci – powiedział Luis, podając jej rękę. Był przekonany, że „zawieszka” Sylwii wynika ze strachu przed zrobieniem kroku nad otchłanią wody i wejściem na pokład.

Podziękowała i uśmiechnęła się, ale wypadło to blado, bo była wykończona wielogodzinnym lotem.

– Czad! – Kuba oddał siostrze torebkę, kiedy ta obiema nogami stanęła już na pokładzie „Księżyca”. – Co tam Romano Polański! Agunia Holland niech się schowa! To Leśniewscy podbiją Hollywood!

Omietli wzrokiem raut, który trwał już w najlepsze. Na moment uwagę Sylwii przykuły niesamowite, wyraziste oczy, które spojrzały na nią z drugiego pokładu. Trudno było nie zwrócić na nie uwagi. Malowały się w nich hardość, dzikość, a jednocześnie jakaś trudna do uchwycenia zmysłowość. Sylwia odwróciła się jeszcze do Luisa, żeby mu podziękować. W odpowiedzi żartobliwie zasalutował i zaczął odcumowywać motorówkę. Kiedy znów spojrzała w kierunku pokładu nad nimi, właściciel wyrazistych oczu zniknął.

„Księżyc”, wykończony chromem i szlachetnymi gatunkami drewna, miał ponad 50 metrów długości i trzy pokłady, gdzie uwijali się ubrani w smokingi kelnerzy dźwigający tace z kieliszkami i przystawkami. Na rufie, do której dobijały motorówki, kręciło się kilkoro fotoreporterów. Kiedy tylko kolejni goście wchodzili na pokład i mijali „ściankę” z logo DoDo Pictures, błyskały flesze. Nie oszczędzono ich nawet Leśniewskim, mimo że nawet nie aspirowali do bycia celebrytami.

Na dziobie najwyższego pokładu zainstalował się kwartet smyczkowy. Piętro niżej grał didżej i znajdowały się stoły z cateringiem. Na ich widok Kuba zostawił siostrę i poleciał z miną osiołka, któremu w żłoby dano. Ona zaś, choć też głodna, bo od czasu tekturowego posiłku w samolocie niczego nie miała w ustach, wolała na razie sycić się samym widokiem.

Weszła wewnętrznymi schodami na najwyższy pokład. Popatrzyła na ocean i dogorywający zachód słońca. Po przeciwległej burcie widać było pogrążające się w mroku Los Angeles. Ogrom miasta rozlewał się aż po horyzont. Z niskiej zabudowy wybijał się dość wąski pas rozświetlonych wieżowców w centrum.

– Ja pierdziu, żyjemy w symulacji? Wiesz coś na ten temat? – zapytał kilka minut później Kuba, podchodząc do niej z kieliszkiem szampana i kopiastym talerzem sushi.

– W symulacji? W jakim sensie? – spytała zaskoczona, bo pytanie brzmiało dziwacznie nawet jak na jej ekscentrycznego brata.

– No że niby to wszystko nie istnieje naprawdę. – Kuba wzruszył ramionami, łapczywie przełykając jedzenie. – I że my też nie jesteśmy naprawdę. Ten szampan też jest symulowany… Co akurat mnie nie dziwi, bo smakuje jak kocie siki. Nie żebym kiedykolwiek próbował, ale wyobrażam sobie, że tak właśnie muszą smakować. Ble!

Wystawił rękę za burtę, przechylił kieliszek i wylał zawartość do oceanu. Sylwia popatrzyła na brata, licząc na ciąg dalszy, na jakieś tłumaczenia. Miała wrażenie, że Kuba zaraz wypuści kieliszek, więc złapała go za rękę. Problem zaśmiecania mórz i oceanów, a także rzek oraz jezior leżał jej na sercu, zwłaszcza od kiedy trzymała w domu żółwia wodno-lądowego o imieniu Tadzio.

Za ich plecami dwie dziewczyny w strojach kąpielowych, blondynka i brunetka, obie o fantastycznych smukłych sylwetkach, chichocząc, wbiegły po czterech stopniach i wskoczyły do podświetlonego jacuzzi. Obramowanie wanny, schodki i cały górny pokład były wyłożone jasnym drewnem, które przyjemnie pachniało. Wokół jacuzzi były porozstawiane eleganckie leżaki w stylu retro, na razie puste. Do dziewczyn dołączył po chwili młody mężczyzna, frenetycznie pozbywając się garderoby. W samych slipkach wskoczył do jacuzzi, wylewając trochę wody na pokład.

– Nie jestem pijany. Jeszcze nie. – Wzruszył ramionami Kuba, po czym dodał wyjaśniająco: – O symulacji nagadał mi taki geek.

– Kto?

– Nerd, nudziarz komputerowy.

Sylwia znała oba pochodzące z angielskiego słowa. Sama nie lubiła zaśmiecać polszczyzny. Zastanawiała się, jak można określić po polsku geeka i nerda. Najbliżej był chyba „maniak komputerowy”, ale wydawał jej się nieprecyzyjny i niezbyt zręczny, podobnie jak „dziwak”.

– Próbował mi to wytłumaczyć – mówił ze znudzoną miną Kuba – że rzeczywistość może być tylko jedna, a symulacji, w sensie rzeczywistości wirtualnych, jak już zostanie osiągnięty odpowiedni poziom techniki, będzie można uruchamiać całe mnóstwo, więc to czysta statystyka. Większa szansa, że wylądowaliśmy w jednej z miliona symulacji niż w jednak jedynej rzeczywistości… Jakoś tak…

– To nawet ciekawe.

– Wiesz… Statystycznie to chłop w szpitalu na oko umarł, czy jak to tam było… – Kuba ziewnął, po czym nagle aż podskoczył z wrażenia. – O rany, patrz! Meryl, w mordę jeża, Streep!

Sylwia natychmiast odwróciła się w kierunku, w którym spoglądał brat.

– Zwariowałeś? To nie jest żadna Meryl Streep.

– Oczywiście, że jest! Pamiętaj, że kamera dodaje z dziesięć kilo. Czekaj, muszę się przywitać!

– Ona nawet nie leżała obok Meryl Streep – rzuciła Sylwia, ale brat już jej nie słuchał.

Podbiegł w kierunku schodów, bo rzekoma Meryl Streep w czerwonej sukni wieczorowej, jedząca właśnie pałeczkami sushi, znajdowała się na najniższym pokładzie.

A Sylwia zobaczyła, że w jej stronę podążają Niesamowite Oczy.

3

– Miałaś rację. – Kuba po kilku minutach wrócił do Sylwii z podkulonym ogonem. – To była sobowtórka Meryl Streep. Więc się nie pomyliłem, tylko zostałem perfidnie wprowadzony w błąd…

– Może nie pij tyle…

– Łatwo ci powiedzieć. Ten nerd i dziwak uruchomił moje wszystkie lęki egzystencjalne! Bo co, jeśli naprawdę jesteśmy w symulacji, tylko Meryl Streep nie potrafili jeszcze dobrze odtworzyć? Trzeba by go o to spytać, choć z drugiej strony ja nie mam nerwów do takich tematów… Jezu! Kompletnie mnie skołował…

– To zamieńmy się – zaproponowała Sylwia. – Pogadaj z tymi tutaj, a ja…

– Z którymi? – zaciekawił się Kuba.

– Z blacharą. – Uznała, że dowcipnie będzie pozostać w sferze złośliwych etykietek. – I z panem reżyserem.

Niczego bardziej nie pragnęła, jak uciec od dwójki, z którą przez chwilę prowadziła rozmowę, a która wracała właśnie ze środkowego pokładu z talerzem naładowanym jedzeniem.

W pułapkę zwabiły ją Niesamowite Oczy. Ich właścicielem okazał się Latynos, chyba trzydziestopięcioletni, może trochę starszy. Niski, ale dobrze zbudowany. Czarny smoking prawie na nim trzeszczał.

Jego ramienia uczepiła się efektowna, nawet aż za bardzo, blondynka, typ słowiański. Przedstawiła się jako Dżolanta, z pochodzenia Polka. Nie byli parą, co od razu zaznaczyła. Przyszła tu z mężem, który pracował dla Douglasa jako księgowy, sama zaś była aktorką, choć Sylwia nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Dżolanta z jej plastikową, pewnie poprawianą urodą, tandetnym stylem bycia i mówienia mogła co najwyżej grać w filmach porno.

Towarzysz blondynki, właściciel hipnotyzującego spojrzenia, przedstawił się jako reżyser Dante Alvarez i w pierwszej minucie znajomości ściął się z Sylwią, wygłaszając tezę, że scenarzyści są zbędni.

– Okopali się w tej swojej gildii… – mówił szorstkim, lekko schrypniętym głosem, przeczesując niedbale włosy w kolorze gorzkiej czekolady, ufryzowane na Elvisa; wywinięta grzywka miała mu pewnie dodawać kilka centymetrów wzrostu.

– Wielu bardzo dobrych… wybitnych reżyserów nie pisze sobie scenariuszy i świetnie na tym wychodzą – powiedziała Sylwia.

– Nazwiska! – Dante wydął lekceważąco wargi.

– Ang Lee – odparła bez namysłu. – Oscar dla reżysera za Życie Pi, Oscar za Tajemnicę Brokeback Mountain, nie napisał scenariusza do żadnego z tych filmów.

– Łał! – Dżolanta zaczęła trzepotać doklejonymi rzęsami i rzuciła po polsku: – Ty jesteś, kurwa, emejzin! Czy masz w uchu słuchawkę? Przyznaj się! Ktoś siedzi teraz przy łikipidia i ci to podpowiada? Krejzy!

Zaśmiała się głośno, prezentując olśniewające zęby, a reżyser spojrzał na Sylwię spode łba i zaczął rzucać kontrprzykłady:

– Christopher Nolan. Napisał i wyreżyserował Incepcję oraz wybitną Dunkierkę…

– I nigdy nie dostał Oscara – odcięła się Sylwia.

– Oscary – prychnął pogardliwie Dante. – To dla ciebie wyznacznik dobrego kina?

Spierali się jeszcze chwilę, po czym Dżolanta wzięła reżysera pod ramię i odciągnęła go w stronę cateringu, a moment później do Sylwii wrócił brat po konfrontacji z rzekomą Meryl Streep.

– Z którą blacharą mam pogadać? – spytał Kuba, rozglądając się po górnym pokładzie.

Dyskretnym gestem wskazała zmierzającą w ich stronę parkę. Miała podejrzenie graniczące z pewnością, że Dżolanta przyssała się do reżysera, bo chciała załatwić sobie rolę. Ale Sylwia nie żałowała go, ani trochę. Trafił swój na swego.

– O rany, ona wygląda jak najtańsza dziwka z Rawy Mazowieckiej, a on ma gębę jak skrzyżowanie mordercy z transiorem – wyrwało się Kubie.

Stwierdzenie niepoprawne politycznie, ale trudno mu było odmówić trafności. Atrakcyjność Dżolanty rzeczywiście była z gatunku wulgarnych. Natomiast Dante wyglądał męsko; miał surową, wręcz srogą urodę południowca, do której nie pasowały piękne duże oczy o tak wyrazistej oprawie, że wyglądały jak obrysowane kredką do makijażu. Sylwia jednak miała praktycznie pewność, że było to dzieło Matki Natury.

Już chciała zostawić Kubę na pastwę rodaczki i zadufanego reżysera, kiedy na drodze przed nią wyrósł wysoki, chudy mężczyzna o orlim nosie i białych jak śnieg włosach do ramion. Był to Douglas Clayton, producent, który zaprosił ich do Hollywood, a któremu przedstawili się zaraz po wejściu na pokład. Na jego ramieniu wspierała się żona, drobna i elegancka czterdziestoparoletnia Azjatka.

– Widzę, że już się poznaliście, świetnie, świetnie! – Głos producenta był dość wysoki, ale jednocześnie dźwięczny i emanujący siłą. – Przynajmniej jeden plus tej wariackiej imprezy Juniora!

Sylwia skojarzyła, że mężczyzna, który wskoczył z dwiema panienkami do jacuzzi, z twarzy był uderzająco podobny do Douglasa. Już chciała się upewnić, czy to jego syn, ale producent, śmiejąc się głośno, spoglądał ponad jej głową, przywołując kogoś gestem. Dżolanta posłała mu przymilny uśmiech i zaczęła drobić na wściekle wysokich czerwonych szpilkach.

– Nasz meksykański geniusz – obwieścił Douglas, klepiąc Dantego po ramieniu. – Będzie reżyserował wasz scenariusz.

– Słucham? – wyrwało się Sylwii.

– Spisek scenarzystów. – Douglas już witał się spojrzeniem z kolejnymi uczestnikami imprezy, którzy właśnie weszli na najwyższy pokład. – Tylko wymyślcie jakiś lepszy tytuł, bo to fatalnie brzmi po angielsku.

4

– Nie, to nie jest tak, że się rozstaliśmy. A przynajmniej nie ostatecznie. Myślę, że… Będę miała okazję wszystko na spokojnie przemyśleć i popatrzeć z dystansu – mówiła Sylwia, kołysząc kieliszkiem, na którego dnie czerwienił się jeszcze ostatni łyk zinfandela, ponoć z winnicy Francisa Forda Coppoli. – Mój chłopak zresztą też. Mam nadzieję.

Była zaskoczona swoją otwartością i szczerością. To było coś więcej niż rozluźnienie pod wpływem paru kieliszków wina, choć alkohol niewątpliwie pomógł w rozwiązaniu jej języka. Sylwia czuła, że świat wokół przyjemnie się kołysze. Również za sprawą fal oceanu, który wbrew swej nazwie wcale nie był taki spokojny.

Zwierzanie się, a zwłaszcza dopiero co poznanej osobie, było zupełnie nie w jej stylu. W pewnym momencie aż zamilkła, próbując ustalić, co się z nią dzieje. Zerknęła na rozmówcę.

Może to on sprawił, że tak się uzewnętrzniała?

Wysoki chudzielec, gładko ogolony brunet o łagodnej twarzy, Adam Yoshida, wyśmiany przez jej brata maniak komputerowy, miał japońskie nazwisko i azjatyckie rysy, choć nie do końca, bo na przykład jego skośne oczy były niebieskie. Jak sam wyjaśnił naukowym tonem, jego mama była blondynką, podobnie jak babcia ze strony ojca, więc otrzymał dwie kopie recesywnego genu kodującego kolor tęczówki.

Rzeczywiście nerd – uśmiechnęła się do własnych myśli Sylwia.

Wzbudzał w niej zaufanie. Nie tylko tą swoją oderwaną od rzeczywistości manierą. Jeśli wzbraniamy się przed powierzeniem swoich intymnych spraw innym ludziom, to najczęściej z obawy, że nas ocenią, a za plecami oplotkują. Natomiast Adam wydawał się totalnie szczery i prostoduszny. Nie pozował, nie kreował się. Zachowywał dystans, ale jednocześnie wyrażał uprzejme zainteresowanie.

A Sylwia… Cóż, może miała potrzebę, żeby wyrzucić z siebie przemyślenia na temat burzliwej ostatnio relacji z Arturem. Jej podświadomość nieustannie krążyła wokół tego tematu. Trzy lata razem… A potem zdrada, oświadczyny, separacja. Co dalej?

Reset czy rozstanie?

Miała mętlik w głowie, ale jednocześnie czuła dziwną obojętność, tak jakby coś w niej pękło i wyciekło, pozostawiając pustą skorupę, której nie da się już na nowo napełnić.

– Mam trochę podobnie. – Adam omiatał spojrzeniem pokład. Robił wszystko, byleby uniknąć kontaktu wzrokowego. Był go w stanie utrzymać ledwie przez kilka sekund, a i tak z kiepsko maskowanym trudem.

Nieśmiały, wycofany… Pewnie cierpiał na zespół Aspergera albo inny rodzaj utrudnienia w nawiązywaniu i utrzymywaniu kontaktów międzyludzkich. Kolejna okoliczność, która rodziła pytanie: Co maniak komputerowy, wbity w smoking, robi na imprezie na jachcie hollywoodzkiego producenta?

Sylwia szybko otrzymała odpowiedź. Adam był informatykiem. W wieku trzydziestu lat został głównym programistą w DoDo Gamez – firmie Douglasa, która zajmowała się produkcją gier komputerowych. Siwowłosy gospodarz imprezy działał na wielu frontach show-biznesu, nie tylko w branży filmowej.

– W jakim sensie masz podobnie? – Sylwia starała się nie wbijać w Adama wzroku, żeby go nie peszyć. Patrzyła to w kierunku jego prawej, to lewej skroni.

– Moja dziewczyna też chyba uznała, że potrzebuje czasu, żeby wszystko przemyśleć. Osobno.

Sylwia była zaskoczona faktem, że Adam ma dziewczynę, ale zaraz skarciła się w myślach. Chyba tylko w kiepskich filmach i serialach postaci takie jak jej rozmówca noszą koszule z kraciastej flaneli, a romanse przeżywają w rzeczywistości wirtualnej i na planszach gier. Znała wiele kobiet, które pociągali mężczyźni introwertyczni i nieobnoszący się z emocjami, w pewnym sensie niedostępni. Bogiem a prawdą… Sama była jedną z nich.

– A co przeskrobałeś? – spytała, podnosząc się na chwilę i odstawiając pusty już kieliszek na tacę przechodzącego kelnera. Siedzieli na najwyższym pokładzie, na jednym z drewnianych leżaków. Trójka z jacuzzi już się gdzieś przeniosła. Ściśnięty na dziobie kwartet smyczkowy niezmordowanie grał skoczne melodie.

Adam zastanawiał się przez chwilę, zanim odpowiedział.

– Nic. Niczego nie przeskrobałem.

– Wszyscy tak mówią – wypaliła Sylwia.

– Nie. Nie wydaje mi się, żebym zrobił coś złego.

Przerwał im jazgot ślizgacza. Obłędnie aerodynamiczna maszyna przemknęła wzdłuż burty, niepokojąco blisko. Na jej pokładzie krzyczało z podniecenia kilku napakowanych dwudziestoparolatków. Paru było bez koszulek, ktoś trzymał otwartą butelkę szampana. Klimaty wieczoru kawalerskiego.

Sylwia poczuła, jak wzbudzona przez ślizgacza fala przechodzi przez jacht. Musiała poprawić okulary, które podskoczyły jej na nosie. Skrzypaczka kwartetu, ruda czterdziestka o natchnionym wyrazie twarzy, która zapamiętale piłowała smyczkiem struny, nagle straciła równowagę i wypadła za burtę. Przez kilka sekund pozostały tercet kontynuował utwór, nim jego członkowie zorientowali się, że kogoś brakuje.

Zrobiło się zamieszanie. Nieszczęśnicę szybko wyłowiono, a Luis, który dowiózł właśnie kolejną ekipę spóźnialskich, zabrał ją motorówką na brzeg.

Adam kontynuował, ale z trudem, robiąc długie pauzy. Widać było, że uzewnętrznianie się również dla niego nie jest chlebem powszednim.

Sylwia zerkała od czasu do czasu na przewijających się w tle uczestników imprezy. Następnego dnia podekscytowany Kuba rzucał nazwiskami gwiazdeczek, które wypatrzył (swoją drogą, brak męskiego odpowiednika „gwiazdeczki” oburzył feministkę w Sylwii – jest przecież lekceważąca „aktoreczka”, ale pana „aktorka” już nie ma).

Adamowi na imprezie na jachcie miała towarzyszyć jego dziewczyna, Mandy. Jeszcze nie gwiazdeczka, ale już aspirująca aktorka. Jak nietrudno było zgadnąć, zależało jej na tym, żeby przyjął zaproszenie Douglasa. Adam jak ognia unikał imprez, ale dla ukochanej zrobił wyjątek. Umówili się w Marina del Rey, Mandy jednak się nie pojawiła. Pomyślał, że weszła na pokład bez niego, ale nigdzie nie mógł jej znaleźć. Dzwonił do niej, lecz nie odbierała.

– Tak po prostu cię wystawiła? – Sylwia wstała na chwilę z leżaka i porwała kieliszek z winem z tacy innego z uwijających się po pokładzie kelnerów, posyłając mu przy tym „thank you”, które zostało skwitowane służbowym uśmiechem.

– Nie wiem w sumie, nie mam zbyt dużego doświadczenia… – Adam zaśmiał się nerwowo, nienaturalnie. – Ale to się chyba zdarza?

– I nie odbiera od ciebie telefonów? Musiała być jakaś przyczyna – upierała się Sylwia.

– Technicznie rzecz biorąc, najpierw nie odbierała, a potem wyłączyła telefon. Wczoraj w nocy musiała na chwilę włączyć, bo miałem potwierdzenie odczytania wiadomości. Ale nic nie odpisała…

– Jak to: w nocy?

– Bo rano miałem raport. Odczytała moją wiadomość o drugiej czterdzieści siedem. Zadzwoniłem, ale znów miała wyłączony telefon.

– Ale zaraz… – Tłumaczenie Adama wydało się Sylwii co najmniej dziwne. – To kiedy to było? Od jak dawna nie odbiera od ciebie telefonów?

– Od trzech dni. Wliczając dziś.

Sylwia z trudem się powstrzymała, żeby nie okazać zaskoczenia.

– A jak długo jesteście razem?

– Pół roku. To znaczy znamy się prawie pół roku, a…

– Adam! – Sylwia przerwała mu w pół słowa. – A nie pomyślałeś, że… Ona cię nie wystawiła, tylko coś jej się stało?

26 maja, sobota

5

– Nazwisko?

– Yoshida. Adam Yoshida.

Policjant, łysiejący pięćdziesięciolatek o jasnej, piegowatej karnacji i rudziejących brwiach, zrobił minę, jakby właśnie wziął do ust zepsute jedzenie i zastanawiał się, czy nie wypluć. Jego wysokie czoło błyszczało w świetle zwisających z sufitu ledowych lamp jak wypolerowane.

– Pewnie chodzi o nazwisko zaginionej, a nie twoje – wtrąciła cicho Sylwia.

– Ach – zmieszał się Adam. – Mandy Powell. Amanda. Mandy to zdrobnienie.

Policjant posłał mu spojrzenie wyrażające „masz mnie za idiotę?”, po czym westchnął głęboko, pochylił się nad klawiaturą i wstukał dane.

Gdyby był z nimi jej brat, nie nazwałby Adama nerdem czy geekiem, a po prostu kosmitą. Ale Sylwii to zagubienie i nieporadność, nieprzystawalność do otaczającego świata wydały się urocze. A przynajmniej rozczulające.

Adam przesłonił usta dłonią; miał długie i szczupłe palce. Sylwia wiedziała, że to podświadomy gest, którym próbuje się odseparować od niemiłego policjanta. Przypominał jej Małego Księcia. Brakowało mu tylko szalika niedbale okręconego wokół szyi i powiewającego na wietrze. Zastanawiała się, jak Adam radzi sobie na co dzień, z przyziemnymi sprawami, kiedy na przykład zaczepia go pijaczek i zaczyna przekonywać, że potrzebuje pieniędzy na leki. Może w Los Angeles nie ma pijaczków?

– Miejsce zamieszkania? – Policjant pisał na klawiaturze dwoma palcami.

– Nie wiem.

Zapadła cisza.

– Nie znam jej adresu – uściślił Adam, poprawiając się na krześle i uciekając wzrokiem gdzieś ponad głowę policjanta.

– No ale na pewno Los Angeles – wtrąciła Sylwia, chcąc pomóc.

– Pani tak na poważnie? – Policjant odchylił się, aż fotel na kółkach zaskrzypiał. Zwracał się do niej, używając zaimka „you”, który może oznaczać zarówno „tykanie”, jak i oficjalne „pan/pani”. Sylwia w myślach tłumaczyła jego słowa, korzystając z drugiej wersji. – Wie pani, ile ludzi mieszka w Greater Los Angeles?

– Dużo? – Sylwia zaczynała powoli żałować, że nakłoniła Adama do wizyty na posterunku policji w środku nocy. Nie miała pojęcia, czym jest Greater Los Angeles, ale wolała nie drążyć tematu.

– Ponad osiemnaście milionów – rzucił policjant, po czym sięgnął po kubek z policyjnym logo oraz napisem LAPD i siorbnął łyk kawy.

Rzeczywiście sporo – pomyślała Sylwia. Prawie połowa ludności Polski.

Policjant poprosił Adama o zdjęcie zaginionej i opis. Sylwia dyskretnie sprawdziła godzinę na ekranie komórki. Pierwsza siedemnaście. Czyli w Polsce już po dziesiątej rano. To dlatego nie czuła zmęczenia. I jest Dzień Matki. Jak tylko stąd wyjdzie, musi zadzwonić do mamy i złożyć jej życzenia.

Na imprezę na „Księżycu” już nie wróci – postanowiła. Kuba pewnie będzie bawił się do białego rana. W przeciwieństwie do siostry był lwem salonowym. Kiedy zaproponowała, żeby zeszli na ląd i pomogli Adamowi na policji, gwałtownie zaprotestował.

– Zwariowałaś? To nasza pierwsza, a może ostatnia impreza w Hollywood. Jestem jak kapitan. Zejdę z pokładu ostatni.

– Kuba, to poważna sprawa. Mam nadzieję, że alarm okaże się fałszywy, ale… Co, jeśli jego dziewczyna naprawdę zaginęła?

– Masz na myśli silikonową lalę, którą sprowadził sobie z Japonii?

Sylwia posłała bratu gniewne spojrzenie.

– No co? – bronił się Kuba. – Widziałem taki reportaż na Dyskawery. Sama wiesz, jakimi perwersami są Japończycy… Niech cię nie zwiedzie ta uprzejma fasada! To Meryl Streep?! – nagle zmienił temat. – Ale teraz na serio! Popatrz! Tam!

Sylwia nawet nie spojrzała we wskazanym kierunku.

– Mamma mia! – zawołał głośno Kuba, jakby chciał przywołać psa. – Wybór Zofii!

Sylwia popukała się w głowę. Odwróciła się na pięcie i zeszła schodkami w środkowej części kadłuba na najniższy pokład jachtu. Adam szedł za nią.

Motorówka Luisa pozostawała do dyspozycji gości przez całą noc. Podobnie jak kilka limuzyn czekających na parkingu w Marina del Rey. Szofer auta, do którego wsiadła z Adamem, miał dwadzieścia parę lat i nosił obowiązkowy mundurek kierowców Douglasa – czarny garnitur i białą koszulę bez krawata. Przedstawił się jako Jorge i w ogóle nie okazał zdziwienia, kiedy poprosili, żeby zawiózł ich na policję. Przez chwilę tylko zastanawiał się, który komisariat jest najbliżej.

Najpierw chciał ich zaprowadzić do biura szeryfa znajdującego się na terenie mariny, ale nagle stanął, podrapał się w głowę i stwierdził, że ono zajmuje się chyba jurysdykcją spraw morskich. Potem pojechali w kierunku komisariatu w Inglewood, ale ponieważ było to odrębne miasto w obrębie metropolii Los Angeles, ostatecznie odbili do West LA Police Department. Sylwia nie wiedziała, czym szeryf różni się od policjanta, a metropolia Los Angeles od „zwykłego” LA, ale zdała się na Jorgego i jego kompetencje.

Po wypełnieniu formularza Adam i Sylwia wyszli do poczekalni i usiedli na ciemnozielonej plastikowej ławie przy automacie z napojami w puszkach, który cicho buczał. Była już prawie druga w nocy. Jorge w międzyczasie wrócił na nadbrzeże i pewnie odwoził do domu kolejnych uczestników imprezy, ale Adam miał w telefonie aplikację, która przywoływała najbliższego wolnego kierowcę floty limuzyn Douglasa.

Czekając na auto, komentowali cicho rozmowę z rudowłosym policjantem. Funkcjonariusz nie pozostawił im złudzeń. Przyjęcie zgłoszenia nie było równoznaczne z podjęciem działań. Zaginiona nie była dzieckiem ani osobą starszą, nie cierpiała na żadną chorobę, a w jej przeszłości nie było niczego, co mogłoby sugerować problemy psychiczne albo zagrożenie dla otoczenia. Nie puszczą za nią APB, czyli „All Points Bulletin” – pilnego komunikatu do wszystkich jednostek.

Policjant, nie próbując nawet specjalnie ukrywać pobłażliwego uśmiechu, stwierdził, że jego zdaniem to Adam padł ofiarą – upadku randkowych obyczajów. Kiedyś zrywało się z kimś, stojąc z nim twarzą twarz, potem przez telefon albo wysyłając esemesa, a dzisiaj może jego dziewczyna uznała, że wystarczy przestać się odzywać. A nie zmieniła czasem statusu na Facebooku? Adam nie wiedział, bo nie miał Facebooka.

Sylwii było trochę głupio, że może robi widły z igły, ale intuicja podpowiadała jej, że postąpiła słusznie, namawiając go na zgłoszenie. Gdyby Mandy nie odbierała telefonów od Adama i nie odpisywała na mejle, można by uznać, że rozstała się z nim w niezbyt elegancki sposób. Ale jej telefon był wyłączony, o czym Sylwia sama się przekonała, dzwoniąc do niej ze swojego numeru. Jej komunikator WhatsApp był martwy, a mejl, który w międzyczasie wysłał Adam, wrócił, tak jakby dziewczyna zlikwidowała skrzynkę. To wszystko wydało się Sylwii dziwne i zapaliło gdzieś w tyle głowy lampkę alarmową.

Czekanie na kierowcę urozmaiciła im awantura w wykonaniu mocno pijanej pary w eleganckich ubraniach, prowadzonej korytarzem przez dwóch policjantów. Obok Sylwii na ławie siedziała drobna kobieta, cała na czarno, która drżała i mamrotała do siebie coś niezrozumiałego. Kiedy Jorge zadzwonił, że już dojeżdża, Sylwia i Adam wstali i ruszyli w stronę wyjścia z posterunku.

– Halo! – usłyszeli za plecami, kiedy już mieli otworzyć przeszklone drzwi.

Sylwia odwróciła się. Wołała do nich niewysoka, młoda policjantka o jasnych, gładko zaczesanych włosach upiętych w krótką kitkę. Trupioblada, ale właściwie wszyscy tak wyglądali w niekorzystnym świetle ledowych lamp. Miała wąskie, zacięte usta i zadarty nos. Pomimo tej srogości, która pewnie była jej powłoką ochronną, Sylwia poczuła do funkcjonariuszki sympatię.

– To wy zgłaszaliście zaginięcie dwudziestopięciolatki, blondynka, niebieskie oczy, pięć stóp sześć cali, sto pięć funtów? – Policjantka beznamiętnym głosem odczytywała informacje z ekranu smartfona.

Adam potwierdził skinieniem głowy. Sylwia pomyślała, że amerykańska policja działa błyskawicznie i w trymiga odnalazła dziewczynę. Jeśli tak, pewnie rację miał rudowłosy funkcjonariusz. Skontaktowali się z Mandy, a ona powiedziała, że nie chce mieć nic więcej wspólnego „z tym nerdem”.

Może trzeba będzie pocieszać Adama po tym zerwaniu w kiepskim stylu?

– Wczoraj w Topanga znaleziono ciało młodej kobiety odpowiadające temu opisowi – oznajmiła oficjalnym tonem policjantka. – Nie ustaliliśmy jeszcze jej tożsamości…

6

Leśniewscy spodziewali się, że zobaczą za kółkiem Fausta, Rebeccę albo Jorgego; flota limuzyn Douglasa Claytona zdawała się jednak nie mieć końca, bo oto dziś wiozła ich nowa postać – kobieta, która przedstawiła się jako Megan. Była przed trzydziestką, miała nadwagę, wesołe, psotne oczy, usta pomalowane fioletową szminką i kasztanowe włosy splecione w warkocz.

– Skoro Megan, to dlaczego nie dali jej renault, tylko audi? – zapytał Kuba, po czym zaśmiał się z własnego dowcipu.

Sylwia była zbyt zmęczona i niewyspana, żeby zareagować na żart brata, który poza tym wydał się jej średnio błyskotliwy. Spotkanie, na którym mieli podpisać umowę z Douglasem Claytonem, było wyznaczone na dziesiątą. W sobotę. Dzień po imprezie.

Wczoraj, a właściwie dziś, bo po drugiej w nocy, Sylwia i Adam wyszli z posterunku West LA w towarzystwie młodej policjantki i pojechali z nią radiowozem, żeby zidentyfikować zwłoki.

Jak ona się nazywała? Nazwisko i imię umknęły Sylwii, pamiętała tylko, że policjantka zrobiła na niej dobre wrażenie. Była zaangażowana w swoją pracę, co paradoksalnie obróciło się przeciwko nim. Kiedy dotarli na miejsce, do jakiegoś wielkiego szpitala, pod który podjechali od strony słabo oświetlonego zaplecza, okazało się, że w środku nocy w kostnicy nie było nikogo oprócz ciecia.

Mimo perswazji policjantki i rozmowy, którą wykonała przez radio, mężczyzna, sapiący ze zdenerwowania Afroamerykanin po pięćdziesiątce, w ciemnym uniformie (czymś pomiędzy kombinezonem a mundurem), kazał im wrócić następnego dnia, o jakiejś ludzkiej godzinie, bo nie będzie otwierał kostnicy o drugiej w nocy.

Adam zachowywał spokój. Był niewzruszony. Cały czas sprawiał wrażenie, jakby był z innego świata, a tutaj na Ziemi znalazł się jedynie na chwilę. Młoda policjantka… Chyba miała na imię Claire, bo kojarzyła się Sylwii z Clarice Starling, postacią graną przez Jodie Foster w Milczeniu owiec. W końcu poddała się. Przeprosiła ich i umówiła się z Adamem na następny dzień, na rano.

Sylwia była wstrząśnięta. Nie próbowała sobie nawet wyobrażać, przez co on musi przechodzić. Jak miał teraz wrócić do domu i czekać do rana, zastanawiając się, czy zwłoki znalezione w jakimś parku należą do jego ukochanej?! Czy Mandy żyje, czy może nie ma jej już na tym łez padole?

Sylwia nie wyobrażała sobie siebie w podobnej sytuacji. Umierałaby w każdej minucie niepewności. W radiowozie, w drodze powrotnej na posterunek, powiedziała Adamowi, jak bardzo mu współczuje.

– Muszę uzbroić się w cierpliwość – odparł spokojnie Adam. – To trochę jak z kotem Schrödingera.

– Co to znaczy?

Adam zaczął tłumaczyć jej eksperyment myślowy dotyczący mechaniki kwantowej. Kot jest umieszczony w pudełku i do momentu podniesienia przez obserwatora wieczka, pozostaje jednocześnie żywy i martwy. Dopiero ingerencja obserwatora sprawia, że jedna z dwóch opcji się materializuje.

Sylwię zamurowało.

– Nie mówisz poważnie – wydukała. – Chyba nie porównujesz swojej dziewczyny do jakiegoś kota?

– To eksperyment myślowy. W rzeczywistości żaden kot nie stracił życia… – Adam chyba nie zrozumiał jej reakcji.

– A ty w ogóle coś czujesz do Mandy?! – Sylwia przerwała mu w pół zdania. Wybuchła, co było zupełnie do niej niepodobne. – Martwisz się o nią?

Adam przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Jego łagodne, uprzejme spojrzenie wyrażało zdziwienie, a pełne usta rozchyliły się, jakby chciał coś powiedzieć. Ale zrezygnował, przygryzł dolną wargę. Sylwia złapała we wstecznym lusterku spojrzenie policjantki, która zaraz uciekła wzrokiem i skupiła się na prowadzeniu.

– Oczywiście, że się martwię – odpowiedział w końcu Adam. – Ona jest dla mnie… wszystkim.

Przez chwilę w jego niebieskich oczach, które w ciemnym wnętrzu mknącego ulicami Los Angeles radiowozu wydawały się czarne, Sylwia zobaczyła cień bezgranicznej rozpaczy.

Uspokoiła się. Wiedziała przecież, że Adam nie jest bezduszny; najwyraźniej miał jednak problem z okazywaniem emocji, ale gdzieś tam pod grubą powłoką one są, istnieją, równie silne jak u człowieka, który lubi i potrafi się uzewnętrzniać.

Radiowóz zatrzymał się przed posterunkiem. Wysiedli, pożegnawszy się z Claire, a Adam wezwał kierowcę. Kilkanaście minut później podjechał czarny mercedes z Faustem za kierownicą. W pierwszej kolejności odwieźli Sylwię do hotelu. Po drodze zastanawiała się jeszcze, czy odezwać się do brata, ale odpuściła. Wykończona padła na łóżko. Biała satynowa powłoczka poduszki przyjemnie chłodziła jej policzek. Świtało już i miała wrażenie, że asystent Douglasa zadzwonił dosłownie chwilę później.

Wstała, ogarnęła się. Dobre dwie minuty dobijała się do pokoju brata, a kiedy w końcu zaspany, rozczochrany i skacowany Kuba otworzył, nie pozwoliła mu wziąć prysznica, bo nie mieli już czasu. W windzie jej brat zrzędził, że czuje przeciążenie jak w kokpicie F16 i zaraz puści pawia. W hotelowej restauracji zdążyli wypić kawę, ale intensywnie maślane croissanty jedli w drodze do obrotowych drzwi wejściowych, bo Megan zadzwoniła, że już czeka.

– Czołem, scenarzyści – powitał ich Dante Alvarez, który siedział na tylnym siedzeniu limuzyny.

Sylwia nie zauważyła go, dopóki nie otworzyła drzwi, bo auto miało przyciemniane szyby. Zawahała się. Nie miała ochoty siadać obok reżysera, który zirytował ją wczoraj, ale głupio było wycofać się i puścić przodem Kubę.

Czy w Hollywood nikt nie ma własnego, prywatnego samochodu? – pomyślała. Może tak jak w Polsce, gdzie w pewnych kręgach w dobrym tonie jest mieć panią do sprzątania, tutaj nie wypada samemu siadać za kółkiem?

Śmieszył ją ten kult limuzyn, choć z drugiej strony w tak rozległej metropolii trudno było nie docenić możliwości przemieszczania się i stania w korkach w komfortowym wnętrzu i z darmowym Wi-Fi.

Sylwia usiadła na środku tylnej kanapy, dotykając kolanem jednej z szeroko rozchylonych nóg Dantego.

– Myślisz, że będziemy mogli postawić warunek, żeby reżyserem Spisku został ktoś inny? – zapytał Kuba po polsku. Skończył jeść croissanta i rozglądał się, w co by tu wytrzeć utłuszczone palce. – Nie wiem, taki Anthony Minghella na przykład. Angielski pacjent ociekał patosem, ale Utalentowany pan Ripley to perełka…

– Anthony Minghella nie żyje – odpowiedziała Sylwia, podając mu chusteczkę higieniczną.

– Co ty mówisz? Kiedy to się stało?!

– Jakieś dziesięć lat temu.

– Coś podobnego! Serio?

– Jak nie więcej.

Kuba wytarł palce w chusteczkę, po czym wydmuchał w nią głośno nos.

– To nie wiem, może Steven Soderbergh?

– Jeśli zastanawiacie się, czy Douglas zgodzi się zastąpić mnie Stevenem – wtrącił się po angielsku Dante – to odpowiem krótko: nie zgodzi się.

– Patrz, patrz, jaki „yntelygentny” – kontynuował po polsku niewzruszony Kuba. – Domyślił się, o czym rozmawiamy.

– A teraz pewnie chwalisz moją inteligencję. – Dante posłał Kubie zimny uśmiech. – Dziękuję. Jesteśmy na siebie skazani, moi drodzy Polacy, przyzwyczajajcie się.

– Rozmawiajmy po angielsku – Sylwia zwróciła się do brata.

Zaczął padać deszcz, ale Megan nie włączała jeszcze wycieraczek.

– Dziękuję. – Dante wykonał w jej kierunku gest, jakby uchylał niewidzialnego kapelusza. – A jak tam nocne poszukiwania biednej Mandy?

Sylwię zatkało.

– Skąd o tym wiesz?

Reżyser popatrzył na nią zdziwiony, po czym zamrugał tymi swoimi niesamowitymi oczami.

– Przecież tam byłem. Kiedy zeszliście z jachtu i odpłynęliście motorówką, chyba żeby pójść na policję…

– Skąd wiesz, jak ona ma na imię? – Sylwia wytrzymała jego spojrzenie, intensywne niczym podwójne espresso. – Nie rozmawialiśmy o tym.