Koniec samotności - Janusz Leon Wiśniewski - ebook + audiobook

339 osób właśnie czyta

Opis

Kontynuacja „Samotności w Sieci”, książki-fenomenu.

Główni bohaterowie „Końca samotności” to nowe pokolenie. Kuba i Nadia również poznali się dzięki Internetowi, ale… w klasztorze. Ich związek jest całkowitym przeciwieństwem chłodnej relacji łączącej rodziców Kuby.

Wszystkie postaci nieoczekiwanie połączy jedna książka, a historia Nadii i Jakuba nabierze niespodziewanego, wręcz kryminalnego tempa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 562

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 38 min

Lektor: Janusz Leon Wiśniewski

Popularność


18 lipca, noc...

Głośno otworzyły się drzwi i Joachim wtoczył się do sypialni. Najpierw usłyszała ciężkie sapanie, a po chwili poczuła odór alkoholu zmieszanego z potem i czosnkiem. Mocno zacisnęła oczy i zamarła, czując na pośladkach dłoń, którą próbował podsunąć jej do góry nocną koszulę. Gwałtownie odepchnęła jego rękę i pośpiesznie przesunęła się na skraj łóżka. Zaczął mamrotać pod nosem ze złością w głosie. Po chwili łóżko zatrzęsło się, zadrżało i zapadła cisza. Ulgę poczuła dopiero wtedy, kiedy usłyszała donośne chrapanie.

Odczekała do północy. Zadźwięczał dzwon na wieży osiedlowego kościoła. O dwudziestej trzeciej bił jedenaście razy, ale godzinę później, o północy, rozlegało się tylko wyciszone, niemrawe, pojedyncze głuche brzęknięcie. Jak gdyby umęczony mszami i sutą kolacją proboszcz wiedział, że nie tylko jego, ale parafian także nie należy budzić.

Bezszelestnie wymknęła się z łóżka. Spod rupieci w szufladce kuchennego kredensu wygrzebała ukrytą paczkę papierosów. Do wysokiej kryształowej szklanki nasypała kostek lodu i nalała whisky. Potem do drugiej. Usiadła na betonowej posadzce balkonu, stawiając obie szklanki na stercie obtłuczonych, kiedyś – dawno temu – jasnobrązowych, a dzisiaj brudnoszarych popękanych kafli. Joachim kazał je zerwać jakiemuś fachowcowi na początku ubiegłego lata z zamiarem położenia w ich miejsce desek. Lato się skończyło, przyszło następne, a stos kafli ciągle zajmował pół balkonu, przykrywając poczerniały beton.

Oparła się plecami o chropowaty tynk ściany i głęboko zaciągnęła papierosem. Poczuła zawrót głowy. Tak naprawdę paliła tylko raz w roku. Whisky też piła tylko raz. Osiemnastego lipca. I raz tylko zgrzeszyła. Tamtego roku. Osiemnastego lipca. Grzech był może nie śmiertelny, ale z pewnością główny, bo te inne, śmiesznie nieważne, powszednie grzechy były niewarte nawet myśli, a co dopiero spowiedzi. Sięgnęła po szklankę i piła tak długo, aż poczuła chłód kostek lodu na wargach.

Dwadzieścia jeden lat temu. W Paryżu...

Lotnisko. Terminal pełen ludzi, ale przy tym cichy jak szklano-betonowa katedra. Jak gdyby byli tu sami głuchoniemi. Słyszy dokładnie odgłos swoich kroków odbijających się zwielokrotnionym echem od marmurowej posadzki. Mija pośpiesznie grupkę ludzi z kamerami i mikrofonami w rękach. Szybko podchodzi do ciężkiej, kremowobiałej lady. Nagle starszy, siwowłosy mężczyzna w granatowym mundurze ze złocistą odznaką linii lotniczej wychodzi przed kontuar. Pyta po angielsku, czy czeka na kogoś z tego lotu. Kiedy potwierdza krótkim skinieniem głowy, mężczyzna chwyta ją mocno za dłonie i cicho cedzi każde słowo, patrząc w jej oczy:

– Osiemset nie przyleci...

Widzi siebie. Bardzo wyraźnie. Na razie stoi spokojna. Przez chwilę dziwi się, dlaczego ten obcy mężczyzna ściska jej dłonie. Nagle słyszy jego jak gdyby rozciągnięte w czasie, jak gdyby puszczone ze spowolnionej taśmy magnetofonowej: „wszyscy zginęli...”. Zaraz potem odwraca głowę, sądząc, że to dziwne zdanie nie było skierowane do niej, tylko do kogoś za nią. Ale nikt za nią nie stoi. I wtedy docierają do niej jego słowa:

– Czy to był ktoś bliski? Ogromnie nam przykro...

Wyciągnęła rękę po drugą szklankę. Popiół z papierosa ściskanego drżącymi palcami opadł na połyskujący w świetle księżyca bursztynowy płyn. Przez chwilę patrzyła, jak tonie, a szaro-czarne, okrągłe pyłki bezpowrotnie znikają, rozpuszczają się w nicość, i zrobiło jej się jeszcze smutniej. Przełknęła łzy, zapaliła kolejnego papierosa. Pomyślała, że chyba jest już trochę pijana. Zawsze wtedy albo milkła, albo wprost przeciwnie, miała nieodpartą ochotę rozmawiać. Ale tylko ze sobą. Aby nikt o nic nie pytał, niczego nie komentował, niczemu się nie dziwił, nie udawał, że wszystko rozumie albo nawet współczuje, chociaż ona doskonale wiedziała, że nie pojmuje, a tym bardziej nie czuje absolutnie niczego.

Teraz też tak ma. Chce o tym mówić. Ze sobą. Gdy zbliża się do granicy odurzenia, samo myślenie już jej nie wystarcza. Musi wypowiedzieć swoje myśli na głos, wypuścić je z głowy na wolność. I musi je koniecznie usłyszeć. Często wcale nie jest to monolog. Naprawdę rozmawia ze sobą, zadaje sobie pytania, jeśli potrafi, to sama sobie na nie odpowiada, dyskutuje, niekiedy nawet kłóci się ze sobą. Jak gdyby obok niej stała lub siedziała jakaś druga, inna ona. Dziwaczne to bardzo, a zdaniem jej hipochondrycznej przyjaciółki Urszuli groźne i niebezpieczne, ponieważ jest „wyraźnym symptomem nieuchronnie nadciągającej schizy i ja na twoim miejscu nagrałabym wszystko na telefon i pobiegła z tym do psychiatry, bo masz świra przecież w genach”. W tym ostatnim względzie Urszula miała rację. Agnieszka faktycznie odziedziczyła to po swoim ojcu. Na szczęście oprócz koloru oczu to jedyne, co ma po nim. Kiedy wracał do domu pijany, najpierw w fazie milczenia zupełnie bez powodu tłukł mamę. Gdy upadła, przyciskał ją butem do podłogi.

– Pamiętam dokładnie – zaczyna. Mówi cicho, mocno zaciskając palce na szklance, jak gdyby chciała ją zmiażdżyć. – Rzuciłam się, żeby odciągnąć jego nogę z wielkim ubłoconym buciorem i zardzewiałymi blaszkami na obcasie. Pamiętam, jak mnie kopnął. I smak krwi w ustach, i siniaka na udzie, i jego pianę. I nigdy tego, kurwa, do końca życia nie zapomnę. Rozsiadał się jak basza za stołem w kuchni, kołysał na krześle i długo do siebie bełkotał. Pod koniec praktycznie rozmawiał tylko ze sobą, bo był nieustannie pijany...

Co ja pierdolę?! No co?! Przecież chcę o nim! I o tym osiemnastym lipca sprzed dwudziestu jeden lat. O grzechu, do którego chcę się przytulić i popełnić go jeszcze raz. Wtedy na lotnisku też płakałam. Pierwszy raz w życiu nie wydając z siebie dźwięku. Wyłam w konwulsjach, ale do wewnątrz. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego akurat tak. Pomyśleli chyba, że straciłam głos albo oszalałam. Tamten facet z TWA zawołał sanitariusza, brodatego Araba z głęboką blizną na policzku. Sanitariusz wyszarpnął moją rękę i bez słowa zaczął wstrzykiwać coś do żyły. Nawet nie zapytał, czy się zgadzam. Nagle pojawił się młody recepcjonista z hotelu. Potrącił sanitariusza, a igła uniosła żyłę, napinając skórę na przedramieniu. Ale jej nie przebiła. Nie czułam żadnego bólu. Żadnego. Jak gdyby to była cudza ręka i cudza żyła.

Sanitariusz wrzasnął coś ze złością. Recepcjonista nie zwrócił na niego uwagi. Przepchnął się do przodu i wymachując mi przed oczami pomiętą kartką, krzyczał coś po polsku. W pierwszej chwili myślałam, że wrzeszczy w moim śnie, że ten sanitariusz z okropną blizną podał mi coś w rodzaju narkozy, a ja od razu zasnęłam i recepcjonista pojawił się w moim śnie jako pierwszy.

Kiedyś, miałam chyba dwanaście lat, spadając z huśtawki, wybiłam sobie palec. Prostowali mi go pod narkozą. Pierwsze, co w tej narkozie usłyszałam, to krzyk. Dobrze znany. Przerażający, pijacki wrzask ojca. Wprawdzie zniekształcony, chrapliwy, trzeszczący, jak gdyby z głośnika, ale to z pewnością był jego głos. Mój ojciec w tym śnie, którego nigdy nie udało mi się zapomnieć, wrzeszczał na mnie z jakiegoś bardzo ciemnego, wąskiego korytarza, wyciętego w jeszcze ciemniejszej czeluści. Ciemność w ciemności i jego wrzask, a tam, na tym lotnisku, było przecież bardzo jasno i bardzo cicho. Dlatego to nie mogła być narkoza.

Nie pamiętam, które słowa tego recepcjonisty dotarły do mnie wcześniej. Czy że „on żyje”, czy że „leci do ciebie”. Pamiętam za to, że sięgnęłam po tę kartkę, wyrwałam mu ją z dłoni i zaczęłam czytać. Kiedy doczytałam trzeci raz do końca, wywróciło mi serce na drugą stronę, nie mogłam oddychać. Odepchnęłam sanitariusza, odepchnęłam recepcjonistę, a potem tego milczącego siwowłosego mężczyznę w granatowym mundurze. A może sami się rozstąpili? Nie. Chyba nie... W każdym razie zaczęłam przeciskać się przez tłum, który był wielki i wcale nie taki oniemiały. Wszędzie na posadzce widziałam nosze. Pod ścianami, przy ladach, obok marmurowych donic z kwiatami. Leżeli na nich, siedzieli lub kulili się ludzie. Zakrywali twarze dłońmi, modlili się, ale najczęściej płakali. A nad nimi pochylali się inni ludzie. W białych fartuchach, odblaskowych kamizelkach, czarnych sutannach, zakonnice w białych lub srebrnoszarych habitach. Z głośników wydobywał się spokojny głos spikerki powtarzającej jak katarynka po francusku, angielsku i niemiecku, że samolot linii TWA, numer lotu 800, z Nowego Jorku do Paryża z przyczyn technicznych w dniu dzisiejszym nie wyląduje.

Nożeż kurwa jego mać! Trzeba było mieć skrajnie niemieckie poczucie porządku, żeby wymyślić coś takiego jak „przyczyna techniczna”. Chociaż w istocie nie mijało się to z prawdą. Rozwalony uderzeniem o powierzchnię oceanu na tysiące części samolot w rzeczy samej z przyczyn jak najbardziej technicznych latać nie może. Do dzisiaj pamiętam surrealistyczny w tamtych okolicznościach spokój głosu spikerki. Tego też nigdy nie zapomnę.

Pamiętam, że potem siedziałam na jakiejś pustej ławce, dokładnie naprzeciwko mlecznobiałych drzwi, które się rozsuwały i zasuwały z piskiem, a klęczący przede mną recepcjonista zapewniał, że „on wyjdzie właśnie z tego korytarza”.

Aż wreszcie to było nie do opanowania – zaczęłam płakać i poczułam rozlewającą się od podbrzusza po ramiona falę wdzięczności. I zapragnęłam tę wdzięczność koniecznie wyrazić, a ponieważ nie wiedziałam, komu podziękować, zaczęłam dziękować Bogu. Chociaż ja w Boga przecież już wtedy nie wierzyłam...

I właśnie wtedy po raz kolejny rozsunęły się te piszczące mlecznobiałe drzwi...

Wybiegł. Na moment się zatrzymał. Wypatrywał, nerwowo rozglądał się wokół. Pierwszy raz rzeczywisty. Ciągle w oddaleniu, ale wreszcie nie wirtualny. Z krwi i kości. Nareszcie rzeczywisty.

Podniosła pustą szklankę. Językiem wsunęła kostkę lodu do ust. Pozostałe wysypała na dłoń i przetarła piekącą skórę twarzy.

– Dostrzegł mnie. Kiedy zaczął powoli iść w moim kierunku, natychmiast zapomniałam o Bogu i wdzięczności, o tym, że z rozmazanym makijażem i gigantycznym krwiakiem po igle wyglądam jak zapuszczona narkomanka. Chciałam się poderwać z ławki, pognać do niego. I go dotknąć. I dopiero wtedy do końca uwierzyć.

Ale nie mogłam. Nogi mi się jakby stopiły z marmurową posadzką.

Może to i dobrze? Może był w tym jakiś plan? Kobieta nie powinna biec do mężczyzny. Nawet zakochana. Przede wszystkim taka...

– Pamiętam, że kiedy zbliżył się do mojej ławki i spojrzał na mnie tymi swoimi ogromnymi, niebiesko smutnymi oczami, położyłam palec na ustach, dając znak, żeby nic nie mówił. A potem... – Westchnęła, zapalając kolejnego papierosa. – Potem to już tylko...

Nagle w salonie rozbłysło światło. Przestraszyła się. Po chwili usłyszała kroki. Pośpiesznie zgniotła papierosa na kostkach lodu w szklance i ukryła ją między udami, zasłaniając nocną koszulą.

@1

Obudziła go fala ciepła. Dziwna, ponieważ miał uczucie, że to ciepło muska jedynie jego plecy. Powoli unosił powieki. Tęcze, pomyślał, patrząc przez zmrużone oczy. Mnóstwo zachodzących na siebie małych tęcz! Co jest? Palili wprawdzie wczoraj zioło, ale niezbyt dużo. Na pewno za mało, aby trzymało mózg na haju do rana. Po skręcie na łebka. Nie więcej. Nadia w połowie swojego rozpięła bluzkę i zdjęła stanik. Pamięta wszystko, co działo się zaraz potem, ale jak dotarli do łóżka, nie pamięta zupełnie. Nie pierwszy raz zresztą.

Wcale nie potrzebował przy niej trawy, aby odjechać podczas seksu. Kiedyś w jakimś wypasionym warszawskim hotelu przy dworcu kochali się w dekadencko wielkiej wannie. Wykręciło mu wtedy gałki oczne na drugą stronę. Do wewnątrz. Makabryczne, gdy sobie to wyobrazić w innych okolicznościach, ale wówczas, w tamtej wannie tak się to odbywało. Patrzył sobie sam w oczy! I to nie w odbite w jakimś lustrze. W swoje własne! Widział w nich zarys głowy Nadii pomiędzy swoimi udami. Rozmazany i niewyraźny swoją podwójnością. Zacisnął wtedy powieki. Bardzo mocno. Dla pewności przytrzymał je opuszkami palców. Chciał wrócić do rzeczywistości. Chciał widzieć to, co robi Nadia, pojedynczo. Bo nie ma chyba na świecie takich opiatów, które wygrałyby z jej ustami...

Otworzył szeroko oczy i chwilę leżał bez ruchu, zbierając myśli. To mnóstwo tęcz to przecież optyka! Bingo! Żaden przedłużony haj. Na skórze Nadii wysychały krople wody. Utworzyły mikroskopijne chmurki pary, która rozszczepiła światło. Jak w pryzmacie. Tak jak to się dzieje na niebie po deszczu. Dużo pryzmatów to i mrowie tęcz. Na jej plecach, pośladkach, udach. A to muskanie ciepła, które czuł? Zwykła termodynamika. Od tygodnia panowały iście tropikalne upały, więc Nadia przyczepiła tani, kupiony na wyprzedaży chiński wentylator do skośnego sufitu pokoiku na poddaszu. Sam wywiercił dziury w deskach, mocując to monstrum. Ogromny wentylator działał może piętnaście minut. Potem tylko leniwie obracał skrzydłami, z trudem przebijając się przez nieruchome, gęste niczym żelatyna powietrze. Skrzydła były tak duże, że końcami sięgały połowy okna w suficie. I obracając się, rzucały na niego cień. Stąd to muskanie.

Przyglądał się plecom i pośladkom Nadii. Przy jej wąskiej talii pupa wyglądała jak przyklejone do korpusu, przecięte wąską szczeliną serce. Tuż nad nią znajdowała się wypukłość. Całkiem spora, jak gdyby ewolucja zostawiła za dużą resztkę małpiego ogona. Uwielbiał tę wypukłość. Dotykał jej opuszkami palców, całował, przywierał wargami, lizał, wydychał na nią powietrze. Czasami delikatnie gryzł okrywającą ją skórę z ledwie widocznymi jasnymi włoskami, które wtedy jak na komendę unosiły się do góry. Nadia zaczynała głośno oddychać, poruszać biodrami i szeptać to swoje słodkie: „Jakub, co ty znowu ze mną zrobisz...”. Nie „robisz”, ale właśnie „zrobisz”.

Bezszelestnie zsunął się po prześcieradle, dotknął wargami małej tęczy na tej wypukłości i wyszeptał:

– Dzień dobry, kochanie.

Gwałtownie odwróciła głowę. Patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem. W jej oczach dostrzegł łzy.

– Dlaczego płaczesz? Co jest? – zapytał, klękając nad nią.

Przekręciła się na plecy i przykryła piersi otwartą książką. Długo nie odpowiadała. Opuszkami palców delikatnie muskała jego policzki i wargi.

– To przez tę książkę – wyszeptała po chwili.

Kątem oka zerknął na popękaną i w kilku miejscach przetartą brunatno-pomarańczową okładkę, na której widać było całującą się parę.

– Przez książkę? – szepnął, przyciskając jej nadgarstek do warg. Po chwili, nie kryjąc zdziwienia, zapytał: – Płaczesz przez książkę? Ty? Taka duża dziewczynka? Sądziłem, że już nie czytasz takich książek – dodał z nutą drwiny w głosie.

– To znaczy konkretnie jakich? – odparła i gwałtownie uniosła się na łokciach. Książka powoli zsunęła się jej na brzuch, odsłaniając piersi.

– No, takich... Takich... – jąkał się, szukając odpowiedniego słowa.

Dostrzegł poirytowanie w jej oczach. Wychwycił zniecierpliwienie w tonie głosu. Dobrze wiedział, że kiedy Nadia przesadnie mocno akcentuje swoje „konkretnie”, najczęściej jest to wstęp do dyskusji, a często i sprzeczki. Dyskusje z nią bardzo lubił, niektóre sprzeczki także, głównie dlatego, że pięknie się po nich godzili. Teraz jednak, gdy leżała obok nago, to była ostatnia rzecz, której chciał.

– No takich, nazwijmy to, niech będzie, romantycznych – dokończył i pochylił głowę, próbując pocałować jej piersi.

Nie pozwoliła. Najpierw skrzyżowała ręce, a potem oparła mu dłonie na czole, uniosła jego głowę do góry i patrząc w oczy, zapytała:

– A ty? Nigdy nie płakałeś nad książką?

Wyczuł stanowczość i dobrze mu znaną zadziorność w jej głosie.

– Nie przypominam sobie – odparł spokojnie. – Chyba że nad jakąś idiotyczną lekturą. Ze złości, że muszę tracić czas na takie bzdety – dodał prześmiewczo.

– Bardzo dziwne – odparła cicho, nie reagując na jego żart.

– Dlaczego?

– Bo jesteś ogromnie wrażliwy. Nigdy dotąd nie znałam chłopaka tak wrażliwego jak ty. Dlatego to dla mnie dziwne. Bardzo.

Odwróciła się na bok i przycisnęła pośladki do jego podbrzusza. Przez chwilę leżeli w milczeniu przytuleni do siebie.

– Na swoje usprawiedliwienie – szepnął w pewnym momencie – mogę dodać, że może nie płakałem nad książkami, ale za to przy listach tak. I to nawet dość często. Jeśli aż tak ci na moim płakaniu przy czytaniu zależy.

– Nigdy mi o tym nie mówiłeś, wiesz? – odparła po dłuższej chwili.

Usłyszał smutek w jej głosie. Nagle odwróciła się do niego i odsunęła na skraj łóżka. Ich oczy znalazły się na tej samej wysokości.

– Znamy się już prawie rok, sypiamy ze sobą – mówiła, nawijając kosmyk włosów na palec. – Znasz każdy skrawek mojego ciała, jemy przy wspólnym stole i kolacje, i śniadania. Rozpuszczam dla ciebie włosy. Nie boję się przy tobie się bać, nie wstydzę się ani płakać, ani mieć głupawek. Kupujesz mi tampony, wiesz, w jakim rozmiarze. Kładłeś mnie do łóżka zupełnie pijaną. Pokazałam ci swoje myśli, nadzieje, marzenia. A to o wiele więcej niż nagość. Moją biografię od pierwszej klasy podstawówki do dzisiaj znasz tak dokładnie, że potrafiłbyś z moich zdjęć zrobić dokumentalną Instastory. Mogłabym długo tak jeszcze wyliczać. Wiesz o mnie wszystko. I o mojej rodzinie także. Zapalasz ze mną znicze na cmentarzu. Wiesz o mnie tysiąc razy więcej niż moja matka. I wiesz to ode mnie – dodała stanowczo po chwili. – A ja? Ja – ciągnęła – tak naprawdę wiem tylko, że jesteś jedynakiem, mieszkasz z rodzicami i przyjęli cię na studia bez egzaminu, bo wygrałeś jakąś olimpiadę. Poza tym nie wiem nic więcej. Jak gdybyś nie miał żadnej przeszłości. Jak gdyby całe twoje życie zaczęło się dopiero w zeszłym roku w sierpniu. Kiedy mnie spotkałeś. Zauważyłeś to, Jakub? – zapytała cicho i umilkła.

Słuchał jej całkowicie zaskoczony, z niedowierzaniem. Coś, co zaczęło się od niewinnego, wynikającego z troski pytania, pomyślał, powoli przeistaczało się w poważną rozmowę o ich związku. Zupełnie nie spodziewał się takiej reakcji.

– Zauważyłeś? Pytam cię, czy zauważyłeś, verdammt noch mal[1]?! – zawołała podniesionym głosem, kiedy zamyślony zbyt długo nie odpowiadał.

To był znak. Ostateczny. Ostatnie ostrzeżenie. Nadia nigdy nie przeklinała. Nigdy. Ani kiedy była wściekła, ani kiedy przez nieuwagę uderzyła kolanem o krawędź drewnianego fotela, ani w żartach, ani nawet w sprośnych kawałach. Nie klęła nigdy, nawet przypadkowo. Co obecnie było raczej dość niespotykane. I wcale nie chodzi tutaj o interpunkcyjne „kurwy”, „jeby” i „chujnie” z wulgarnej ulicznej „nowogwary”, bo trudno nazwać to slangiem, a co dopiero językiem. Nie o takie bluźnienie pijaczków, ale także wielu studentów, tutaj chodziło. Bo istnieje przecież bluzg „sytuacyjnie uzasadniony, a nawet niezbędny, ambiwalentny, niekiedy oniryczny, a innym razem dosłowny i niczym niezastąpiony, bluzg dostojny”, jak mawiał jego jedyny zresztą przyjaciel Witold. Aktualnie student trzeciego roku polonistyki („gdzieś trzeba przeczekać życiową desperację”, jak powtarzał), ponieważ trzeci raz nie przyjęli go na medycynę, która była jego pasją, a z kolei „biologia i chemia to już niestety nie”. Marika, dziewczyna, z którą Witold spędzał najwięcej czasu, chociaż publicznie – w jej obecności również – trzeźwy czy pijany zarzekał się, iż nie jest z nią w „żadnym, poza seksualnym i ekonomicznym, związku”, twierdziła, że „Witkacego ciągnie na tę medycynę, bo chce u siebie zdiagnozować zespół Aspergera i potem sam sobie wypisać na to jakąś receptę”. Swoją drogą nigdy dotąd nie spotkał szczęśliwszej pary niż Marika i Witold.

Nadia nie klęła nawet w takich sytuacjach. W każdym razie nie po polsku. Kiedy zaczynała kląć po niemiecku – a klęła tylko tak i zdarzało się to bardzo rzadko – znaczyło, że powoli traci kontrolę, że coś w niej pęka, dotarła do jakiejś granicy lub ściany. Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się do niego plecami i dodała:

– Dlaczego tak jest? Dlaczego nie wpuszczasz mnie do swojej przeszłości? Powiesz mi czy nie?

– Bo... Bo mnie o nią nie pytałaś – odparł spokojnie.

– Ach tak? A może ja myślałam, że tak trzeba? Z szacunku do ciebie i do twojej prywatności. Nie wypytywać. Czekać na opowieść. Czekać cierpliwie. Nie pomyślałeś o tym? A może w tym braku ciekawości kryła się zapowiedź czegoś niepokojącego? Może powinno cię to było przestraszyć? Może to, że ona nie interesuje się moją przeszłością, znaczy, że nie planuje ze mną przyszłości? Tak trzeba było pomyśleć. Bo ja często tak myślałam. Według takiej logiki.

– Nadia, przestań! Proszę! – obruszył się i podniósł głos. – Ta twoja logika nie do końca jest logiczna. Dobrze wiesz, że mówię ci wszystko. I to niepytany. Po prostu uważałem, że moja przeszłość, wcale nie taka ciekawa, nie ma nic do rzeczy. To, jak wspólnie przeżywamy teraźniejszość, mówi o moich planach na przyszłość o wiele więcej. Także o tych związanych z tobą. Szczególnie o tych. Moja logika jest inna. I mam do niej prawo – dodał stanowczo, unosząc się na łokciach. – Co cię dzisiaj napadło? Z powodu jakiejś pieprzonej książki chcesz nam zepsuć niedzielę?! Nie mam ochoty na kwestionariusz Prousta. Nie dzisiaj, verdammt noch mal! – wykrzyknął teatralnie, przedrzeźniając jej niemiecki.

Nie znosił tego języka. Uważał, że nadaje się jedynie do wydawania rozkazów. Ludziom i koniom.

Wpatrywał się w jej plecy, czekając na odpowiedź. Milczała. Po chwili położył dłoń na jej pośladku i nachylając się, wyszeptał jej do ucha:

– Kochanie, sama wiesz, że moglibyśmy tę niedzielę zacząć zupełnie inaczej.

Nie odwracając głowy, zapytała:

– A któż to taki pisał do ciebie te listy? Jeśli oczywiście wolno wiedzieć – dodała zgryźliwie.

– Pewna bardzo ważna dla mnie kobieta.

– Ach tak? – odburknęła. – A o czymże to takim wzruszającym pisała?

– Głównie o tym, że tęskni. I że najradośniejszym wydarzeniem jej dnia jest moment, kiedy zrywa kartkę z kalendarza przed zaśnięciem. Bo dzięki temu wie, że o jeden dzień krócej będzie na mnie czekała. I o tym, że czasami wydaje jej się, że słyszy moje kroki na klatce, ale nie podchodzi do drzwi, bo wie, że będzie jej tylko smutniej. I że często odwiedzam ją w snach i się do siebie przytulamy. To właśnie kiedy o tym czytałem, zdarzało mi się płakać. Bo ja także za nią bardzo tęskniłem. Tylko nie chciałem jej o tym pisać. Byłem szczeniakiem. Wydawało mi się, że powinienem być dzielny jak rycerz. To było dawno. Byłem durniem. A z rycerza miałem tylko zakuty łeb. – Zamilkł. – Bo tęsknotę trzeba przecież odwzajemniać. Jak myślisz? – zapytał cicho.

Nadia leżała bez ruchu. Nie odpowiadała. On także umilkł.

– Jak ma na imię? – zapytała nagle.

– Agnieszka Dobrosława – odparł spokojnie.

– Ładna? Masz z nią ciągle jakiś kontakt?

– Ładna? To za mało powiedziane. Prześliczna. Jasne, że mam. W miarę regularny. Ostatni raz widziałem się z nią przedwczoraj wieczorem – odparł.

– I co? – zapytała.

Słyszał zdenerwowanie w jej głosie.

– Jak to co? Pocałowałem ją. Jak zawsze – wyszeptał i umilkł. – Ale nie musisz się martwić. To mężatka – dodał po chwili.

Nadia raptownie się od niego odsunęła i zaczęła gwałtownie wypychać jego rękę spod swojej szyi.

– Co się dzieje, Nadia? Co jest?! – wykrzyknął teatralnie, udając rozczarowanie. – Zawsze całuję matkę na pożegnanie, kiedy wychodzę na dłużej. A przecież wyszedłem w piątek wieczorem. Dzisiaj jest niedziela – powiedział, starając się nadać głosowi jak najpoważniejsze brzmienie. – Tak dla przypomnienia – dodał cicho i przyciągnął ją mocno do siebie.

Gwałtownie wyrwała się z jego objęć. Uklękła przed nim. Czuł jej kolana naciskające na żebra. Milczała, zagryzając nerwowo wargi. W jej spojrzeniu dostrzegł zuchwały uśmieszek. Po chwili z całych sił zaczęła okładać go poduszką.

– Ty wariacie z niewyparzoną wyobraźnią! W zakutym tęskniącym łbie! Ależ sobie pan rycerz historię wymyślił! Vivat licentia poetica! Pieprzony Rilke od płaczliwych listów się znalazł! – krzyczała, waląc na oślep bez opamiętania.

Oganiał się od jej uderzeń, śmiejąc się w głos. W pewnej chwili wyczerpana nachyliła się, przykryła mu twarz poduszką i ciężko dysząc, wysyczała przez zęby:

– Najchętniej bym cię udusiła, wiesz? Chyba że – dodała – masz jakiś fajny pomysł, żeby mi to cierpienie wynagrodzić...

Powoli zsunął poduszkę z twarzy. Nadia klęczała obok z opuszczonymi rękami. Wpadające przez prostokąt okna w suficie światło, przecinane szerokimi skrzydłami leniwie obracającego się wentylatora, tworzyło na jej twarzy, piersiach, brzuchu i udach przesuwającą się spiralę cienia. Jej oczy to pojawiały się, to znikały. Wydawało mu się, że za każdym razem są bardziej błyszczące i większe. Połyskiwały także momentami zroszone kroplami potu kosmyki jej włosów.

Uwielbia jej włosy. Długie, gęste, ciemnożółte zimą i mieniące się refleksami wysuszonych kłosów latem. Lubi, kiedy zaczesuje je do tyłu – gładko, blisko przy skórze – a potem splata w potrójny warkocz. Lubi także przypatrywać się jej, kiedy je rozczesuje. Wprowadza go to w stan błogości i spokoju. Pięknie hipnotyzujący. Czasami Nadia przewiązuje warkocz szeroką atłasową wstążką. Najczęściej w jego ulubionym karminowym kolorze. Lubi ssać jej włosy, lubi ich zapach, dotyk, lubi zanurzać w nich wargi i palce. Lubi je także myć. Często nachyla się na Nadią, kiedy siedzi w wannie, zwykle z książką w dłoni. Natychmiast ją odkłada, wysuwa się z pachnącej lawendą piany, a on w milczeniu długo i delikatnie wmasowuje szampon w jej ciężkie od wody, opadające na plecy loki. Potem powoli i dokładnie spłukuje je prysznicem. Dobrze wie, jaka ma być temperatura wody – taka, żeby delikatnie parzyła skórę po wewnętrznej stronie przedramienia, ale nie jego dłoni. Zdarza się – od pewnego czasu właściwie za każdym razem – że w pewnym momencie Nadia odwraca głowę, a woda spływa strumieniami po jej twarzy, piętrząc się na wypukłości rozsuniętych warg. Upuszcza wtedy prysznic, bierze jej głowę w dłonie i długo całuje usta. Potem policzki, czoło i powieki. Czasami Nadia w zapamiętaniu wciąga go do wanny. Dlatego ostatnio stara się zawczasu wyjąć telefon i portfel z kieszeni. Odkąd masuje głowę Nadii, stracił już trzy telefony...

Jej włosy... Jego fetysz. Magiczny.

Odkąd ją zna, włosy rozpuszcza wyłącznie dla niego. Kiedy wychodziła z łazienki z rozpuszczonymi włosami, wiedział, co się wydarzy. I nigdy się nie mylił.

Chociaż przeważnie to on je „uwalniał”, jak nazwała to pewnej nocy. Najczęściej, kiedy się kochali. Uwolnione włosy jako intymność, której tylko on miał prawo doświadczyć. Tak było i jest. Tylko on. Jako jedyny na świecie mężczyzna. Kojarzy mu się to czasami z pewną ostatnio nielubianą religią, ale co tam...

Dostrzegł także delikatną czerwoną wysypkę na jej dekolcie i szyi pomimo opalenizny. W stanie podniecenia, nie tylko seksualnego, chociaż przede wszystkim wtedy, Nadia dostawała wysypki. Według lekarzy to była reakcja fizjologiczna. Na podniesiony zbyt nagle poziom adrenaliny we krwi. Reakcja ponoć wcale nie tak rzadka, a u kobiet statystycznie dość powszechna. Nadia się jej nie tyle wstydziła, ile obawiała. Uważała, że jeśli ktoś zarejestruje korelację pomiędzy jej wysypką a podnieceniem lub zdenerwowaniem, posiądzie wiedzę, którą będzie mógł wykorzystać. Przeciwko niej. Taka tam – jego zdaniem – ubzdurana teoria spiskowa. Faktem jest, że wysypka na jej skórze mogła być dla niego albo bardzo dobrą, albo bardzo złą wiadomością. Doskonale wiedział, kiedy dyskusje z Nadią zbliżały się do granicy, za którą wybuchała kłótnia. Wystarczyło, że przyglądał się jej szyi i dekoltowi.

Jednak teraz, patrząc na zaczerwienie zaczynające się tuż pod brodą i kończące nierównomiernymi plamami na początku wypukłości piersi, nie był pewien, co je wywołało. Zdenerwowanie historyjką o matce? Czy może podniecenie? Siedziała na nim okrakiem. Czuł jej ciężar na udach. Wsunęła kosmyk włosów do ust i patrząc mu w oczy, ssała go nerwowo w milczeniu. Nagle uniosła się, wstała z łóżka i podeszła do okna. Po chwili cofnęła się, podniosła z podłogi jego koszulę. Przysłoniła nią pośladki, związała rękawy wokół talii i bez słowa wyszła na balkon, zamykając drzwi.

Zsuwając się powoli z łóżka, kątem oka dostrzegł przy poduszce książkę. Sięgnął po nią i rzucił ze złością w kierunku metalowego kosza pod biurkiem. Książka poszybowała zbyt wysoko, trafiła w obudowę komputera, odbiła się i upadając na blat, strąciła drewnianą ramkę z fotografią. Nie wstał, aby ją podnieść. Siedział nieruchomo na skraju łóżka i wpatrywał się w obracające się powoli skrzydła wentylatora.

To prawda, że nie opowiadał jej zbyt wiele o swojej przeszłości. W porównaniu z tragediami, które ją spotkały, jego przeszłość wydawała się sielankowa. Przewidywalna, nudna, sztampowo szczęśliwa i poza jednym szczeniackim dramatem, o którym z całych sił starał się zapomnieć, niewarta opowieści. Ponadto nie sądził, że cokolwiek musi czy powinien. Przy niej przecież nie musiał nic. Wszystkiego chciał. I to jego zdaniem było w ich związku najpiękniejsze. Poza tym jakie znaczenie miała jego biografia przed nią? Dla niego czas zaczął się liczyć od zeszłej Wigilii. I tamtego wieczoru zaczęła się także jego przeszłość, której opowiadanie nie miało sensu. Bo ona ją doskonale znała. Od pierwszej chwili. Ich wspólnej...

ONA

Nadia pojawiła się w jego życiu niespodziewanie. Przecież w tamten piątek osiemnastego sierpnia mógł być zupełnie gdzie indziej i nigdy jej nie spotkać. Tak naprawdę powinien być gdzie indziej.

Rano obudził go telefon. Gdyby dzwonił ktoś inny, nie odebrałby, ale numer należał do jego ojca. Już samo to, że usłyszy jego głos, było niepokojące. Ojciec dzwonił tylko, jeśli wydarzyło się lub miało wydarzyć coś co najmniej niepomyślnego. Nie pamiętał, aby zadzwonił ot tak, po prostu, i zapytał, jak się ma i co u niego. Jak często robiła matka. Ojciec dzwonił albo ze złą wiadomością, albo z jakimś poleceniem, albo żeby sprawdzić, czy on, jego syn, już to polecenie wykonał.

Tamtego ranka było inaczej. Poznał to już po tonie głosu. Firma ważnego zleceniobiorcy korporacji ojca „informatyzowała jakiś strategiczny obiekt”. Z urlopu nie wiadomo dlaczego nie wrócił „ich pieprzony informatyk od intranetu, albo jakoś tak, a ty się na tym znasz, proszę cię, pomóż im”. W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć. Ojciec go o coś prosił! Pamięta, że zapytał go, czy zdaje sobie sprawę, że jego syn jest „studentem drugiego roku informatyki”. Ojciec zamilkł na chwilę, po czym powiedział:

– Jakub, słuchaj, ujmę to tak. Ten ich informatyk mógłby ci robić marginesy w zeszytach. Tak to widzę. Proszę cię, jedź tam. Szef tej firmy to mój przyjaciel. Obiecałem mu – dodał. – Wiem, że miałeś iść dziś z mamą na koncert. Już do niej dzwoniłem – uprzedził jego odpowiedź. – Musiałem długo prosić – zachichotał – ale w końcu się zgodziła, żebym cię zastąpił. Pojedziesz?

– Tato, no co ty? Jasne, że pojadę. Mów, gdzie to jest?

– Gdzie? Sam nie wiem. To ponoć jakiś bardzo dziwny obiekt. Zaraz przyjedzie po ciebie auto. Spakuj jakieś ubrania, szczoteczkę do zębów, bo to dłuższa sprawa. Dzięki, Kuba – powiedział cicho ojciec i się rozłączył.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz ojciec nazwał go Kubą.

Do plecaka zapakował laptopa, wrzucił kosmetyczkę i upchnął bieliznę na zmianę. Po kwadransie siedział na tylnym siedzeniu ogromnego mercedesa. Małomówny kierowca w czarnym lnianym garniturze, białej koszuli i rozwiązanym krawacie, niedbale zwisającym przy szyi, nic o żadnym projekcie nie wiedział. Zagadnięty spojrzał na Jakuba podejrzliwie i odparł:

– To nie moja broszka. Szefunio wszystko panu szanownemu wytłumaczy, ja mam w telefoniku adresik i pod niego mknę. Powiedzieć mogę tyle, że to jakieś głębokie zadupie w puszczy na Mazurach, bo nawet GPS tego nie pokazuje.

– W takim razie przepraszam – odparł Jakub z uśmiechem. – Myślałem, że pan jest szefem. Dawno nie widziałem tak eleganckiego krawata. Z jedwabiu?

– Z jedwabiu? – powtórzył kierowca, biorąc krawat do ręki i przyglądając mu się z uwagą. – Czy ja tam wiem? Dali, kazali nosić, to pod szyją zakręcam. A jak szefunio nie widzi, to rozkręcam, szczególnie w taki upalik. Brzydki krawacik nie jest, też prawda. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał, głośno się śmiejąc: – Ja szefem? Toś pan wymyślił. Nasz szefunio krawatów nie nosi. Tylko kupuje nam. Za własną kasę. Sam chodzi w dresach i trampkach z wyprzedaży w Lidlu. Bryką nie jeździ. Chyba że musi. Rowerkiem po świecie pomyka. Zresztą sam pan szanowny na oczy własne zobaczy...

Do końca podróży kierowca nie odezwał się już ani słowem. Czasami tylko kilkoma cichymi mruknięciami odpowiadał, kiedy dzwonił telefon.

Po kilku godzinach jazdy normalnymi drogami i godzinie przedzierania się przez leśne, piaszczyste dukty dotarli wreszcie na zadupie. Zatrzymali się przed otoczoną murem budowlą przypominającą zamczysko. „Szefunio” już na nich czekał. Chudy, wysoki szpakowaty mężczyzna z szeroką blizną na lewym policzku. W dziurawym, poplamionym farbą białym podkoszulku i spranych, wystrzępionych krótkich dżinsach faktycznie przypominał wychudzonego menela. Zamiast trampek z wyprzedaży miał pokryte szarym pyłem czarne, sięgające do kolan kalosze. Najpierw serdecznie przywitał się z kierowcą, a potem podszedł do Jakuba i mocno uścisnął mu rękę. Odbierając od niego plecak, powiedział:

– Jestem Marcin. Bardzo się cieszę, że znalazł pan dla nas czas. Nawet pan nie wie, jak bardzo. I wcale nie jesteście podobni z Joachimem! – oznajmił, uśmiechając się przyjaźnie. – Choć on twierdzi, że jego syn to wykapany ojciec. Zaniosę plecak do środka, dobrze? A wieczorem, punktualnie o dwudziestej pierwszej, zapraszam do mojej celi. Mamy tam z całą ekipą wieczorny brain storming. Wszystko panu wyjaśnię. A jeśli nie zdołam, koleżanki i koledzy pomogą. – Machnął ręką w kierunku wąskiej piaszczystej ścieżki, która prowadziła do lasu – A teraz, przy tym skwarze, proponuję szybką kąpiel w jeziorze. Woda czysta. Kryształowo czysta. Tylko radzę się pośpieszyć. Bramę zamykają przed ósmą. Takie reguły. I to wprowadzone przez kobiety, więc nie ma zmiłuj. A zmiłowanie ma tutaj specjalne znaczenie. Wszystko panu opowiem. Kąpiel się przyda, bo w obiekcie, że tak powiem, nie ma zbyt wielu łazienek. Tak naprawdę jest tylko jedna – dodał drwiąco po chwili – ale za to prawdziwa łaźnia. Z freskami na ścianach i suficie. Nie pamiętam dokładnie, z którego wieku, ale na tyle stara, że mamy tutaj akurat konserwatora zabytków. Sam pan zresztą zobaczy...

Jakub słuchał, chociaż niewiele z tego rozumiał. Jedno się zgadzało: duchota była okropna. Po wyjściu z klimatyzowanego samochodu miał wrażenie, że się nagle znalazł przy otwartym piekarniku, z którego buchało gęste, rozgrzane, wilgotne powietrze.

Wąska ścieżka przecinająca pole uschniętego zboża tuż przed lasem skręcała w kierunku zielonej ściany szuwarów. Po kilkuset metrach marszu wzdłuż gęstego szpaleru wysokich łodyg dotarł do niewielkiej polany, z jednej strony otoczonej krzakami jałowca, a z drugiej kończącej się stromym urwiskiem, które przechodziło w eliptyczną łachę niewielkiej piaszczystej plaży. W oddali, na końcu pomostu wychodzącego daleko w głąb jeziora dostrzegł nieruchomą sylwetkę. Zeskoczył z urwiska. Wstał, otrzepał się i po kilkudziesięciu metrach dotarł do pomostu. Siedziała na nim kobieta. Głośno krzyknął w jej kierunku. Nie zareagowała. Siedziała nieruchomo z pochyloną głową. Ostrożnie ruszył po skrzypiących, zmurszałych deskach. W pewnym miejscu kilku brakowało – złamane tuż przy krawędziach zardzewiałej stalowej konstrukcji zwisały, dotykając tafli jeziora. Cofnął się, rozpędził, przeskoczył wyrwę i nagle poczuł ogromny ból. Długi gwóźdź wystający z deski przebił mu stopę na wylot. Na szpicu został zakrwawiony skrawek skóry z mokasyna. Aż zawył. Gwałtownie uniósł nogę i stracił równowagę. Wpadając do wody, uderzył potylicą o deskę. Dokładnie w tym momencie kobieta siedząca na skraju pomostu wskoczyła do jeziora. Jakub wypełzł na piasek, kaszląc i wypluwając muł. Z rany na stopie płynęła krew. Starał się ją zatamować, uciskając okolicę rany palcami. W pewnej chwili usłyszał głos:

– To twój but?

Gwałtownie uniósł głowę. Przed nim stała dziewczyna z ociekającym wodą mokasynem w dłoni. Skinął twierdząco. Dziewczyna przypatrywała się przez chwilę jego okrwawionej stopie, po czym bez słowa zdjęła stanik i zrolowała go w wąską opaskę. Uklękła przed Jakubem, okręciła opaską jego stopę i z całych sił zacisnęła. Krew przestała płynąć.

Tak w pewien gorący letni dzień poznał Nadię.

Zbliżyli się do siebie. Już tam, przez kilka dni „blisko pomostu”, jak zwykła to nazywać. Nieoczekiwanie okazało się, że wracają do tego samego miasta i że jeśli tylko zechcą, nie będzie to jedynie przelotne wakacyjne spotkanie, po którym zostanie adres w telefonie i kilka wspomnień, które z czasem zbledną. Zechcieli. Oboje. Zaczęli spędzać ze sobą czas. Zaprzyjaźnili się. To ta przyjaźń była dla niego wtedy najważniejsza. I teraźniejszość. W tamtych pierwszych miesiącach nie pragnął niczego innego. Chciał prostoty uczuć, spokoju i kogoś bliskiego – ale nie na tyle, żeby ów ktoś mógł go zranić lub sponiewierać, kiedy już zdąży się przywiązać. A przecież mogło się tak zdarzyć. Doskonale o tym wiedział i tego właśnie bał się najbardziej.

Dlatego nie chciał, żeby ich związek – choć wówczas tej relacji wcale tak nie nazywał – zaczął się, jak to się normalnie dzieje, od opowieści o przeszłości. Poza tym jaka, kurwa, przeszłość?! O czym miał jej opowiedzieć? O dziewczynach, których nie miał? Oprócz tej jednej, uwielbianej, która nigdy nie była jego i puściła się z jego kuzynem. O tym, że poharatało go to tak głęboko, że w wieku siedemnastu lat myślał, aby podciąć sobie żyły? Albo pójść na tory? O tym, że ten fragment przeszłości chciałby ostatecznie wyprzeć, wyskrobać z pamięci? Do ostatniego bitu. Ale tak się nie da. Najlepiej o tym nie myśleć. Dlatego nic nie mówił. Bo przecież nie da się o czymś mówić i przy tym nie myśleć.

Potem do tej przyjaźni zaczęła wkradać się fascynacja. Nadia była cztery lata starsza od niego. Mimo to studentka tak jak on. Oczarowała go swoją dojrzałością, zaimponowała mu mądrością. Czuł się wyróżniony: to właśnie na niego zwróciła uwagę. A kiedy spędzali ze sobą czas, koncentrowała się wyłącznie na nim.

Trudno było nie zachwycić się jej urodą, choć nigdy nią nie epatowała. Oprócz błyszczyka na wargach i bezbarwnego lakieru na paznokciach w ogóle się nie malowała. Ubierała się elegancko i ze smakiem, ale bez ekstrawagancji. Najczęściej w klasyczne szare, czarne lub granatowe kostiumy ze spódnicami do kolan i garsonkami, pod którymi nosiła golfy lub koszulowe bluzki. Z reguły jedwabne w stonowanych kolorach. On lubił najbardziej, kiedy wkładała białą. Na tyle przezroczystą, żeby widać było pod nią zarysy stanika. Nie eksponowała figury. Jakub miał nawet wrażenie, że z jakichś powodów ją ukrywa. Mimo to było w niej coś ogromnie pociągającego. Eterycznego, trudnego do opisania, ale wyraźnie zatrzymującego uwagę. Bardzo kobiecego, choć jednocześnie dziewczęcego. Była trochę jak Lolita ubrana w pozwalający zachować dystans kostium stewardesy. Ogromne, błyszczące, lekko załzawione oczy, burza złocistych loków na głowie, wysokie kości policzkowe, mały, nieznacznie zadarty nos, szerokie, jak gdyby lekko opuchnięte mięsiste wargi. Niekiedy obserwował reakcję mężczyzn na jej widok. I takich w jego wieku, i takich w wieku jego ojca. Ignorowała to zupełnie. Całą sobą była tylko z nim.

Jako następne pojawiło się pożądanie. A tuż po nim tęsknota. Wracał do domu ze spotkania, kładł się na łóżku i tęsknił za następnym. Myślał o niej. Natrętnie. Odczuwał przy tym coś w rodzaju melancholii i rozrzewnienia. Często ogarniał go smutek. Oddalony od niej czuł się samotny. On, który na samotność nigdy nie miał czasu. Nie potrafił się na niczym skupić. Nie potrafił się uczyć, nie miał ochoty na programowanie. Nawet muzyka go drażniła. Leżał na łóżku i tęsknił, czekając na jakiś znak. Telefon, esemesa, chociażby zaczepkę na Fejsie. Cokolwiek. Nic takiego się jednak nie działo, a idiotyczna męska duma nie pozwalała mu samemu zadzwonić lub napisać.

Nadia na nic nie nalegała. Nie dawała znaków, że oczekuje jakichś deklaracji. Nigdy też nie mówiła o przyszłości, w której by go uwzględniała. Dotyczyło to nawet tej najbliższej, której horyzont wyznaczał następny tydzień. Cieszyła się wprawdzie na każde spotkanie, ale nie pytała, czy i kiedy nastąpi kolejne. On także nie pytał. Do dzisiaj nie potrafi zrozumieć dlaczego. Rozstawali się, każde wracało do swojej codzienności i tak naprawdę nie wiedzieli, czy spotkają się znowu. Umawiali się niezobowiązująco. Pisywali do siebie na Fejsie, czasami wysyłali esemesy, czasami lakoniczne mejle, czasami wiadomości na WhatsAppie. Zawsze jednak musiał być jakiś powód. Jakieś wydarzenie. Premiera filmu, nowy spektakl, „niesłychany” koncert w filharmonii, „wyczekiwane” spotkanie autorskie w bibliotece, jakiś szczególny wykład na uniwersytecie lub – ostatnio stawało się to coraz bardziej popularne – w kawiarni albo restauracji. Ostrożnie i bardzo subtelnie podpytywała wówczas: „czy możesz”, „czy znajdziesz czas”, „czy masz ochotę”, „czy to Cię interesuje”. Na końcu za każdym razem w postscriptum dodawała: „Chciałabym być tam z Tobą. Bardzo”.

To postscriptum było dla niego najważniejsze. I najpiękniejsze. To z jego powodu zawsze chciał, mógł i za każdym razem znajdował czas. Nawet gdy musiał odwoływać inne ważne sprawy, uciekając się do wykrętów i niekiedy kłamstw, zawsze go „to” interesowało, choćby nie miał zielonego pojęcia, kogo spotka w bibliotece, czyjego wykładu wysłucha lub czyj koncert usłyszy w filharmonii. Bo on także chciał być. Z nią. Przede wszystkim z nią. Gdziekolwiek. I także chciał tego bardzo. Te wydarzenia to były ich randki. Nigdy nie pytała go, czy pójdzie z nią na spacer, czy mogliby razem wypić kawę na mieście i pogadać, wpaść gdzieś na sushi przed snem albo czy myślał o niej dzisiaj. On także nie pytał. Chociaż sushi uwielbiał i myślał o niej każdego dnia. Jak ktoś w ostrym ataku nerwicy natręctw.

Chadzali więc do teatrów i kin, oglądali wystawy, słuchali wykładów i koncertów w filharmonii, bywali na spotkaniach w bibliotekach. Nie sądził, żeby jakakolwiek para studentów w ich mieście skonsumowała wspólnie tyle kultury co oni podczas swoich randek.

Pewnego wieczoru powiedział, że ją kocha. To było na początku grudnia, w sobotę. Wracali z teatru i schronili się na przystanku tramwajowym. Porywisty wiatr rozganiał krople deszczu zmieszane z monstrualnymi płatkami mokrego śniegu. Skryli się w narożniku. Osłaniał ją ciałem od wiatru. Poruszona spektaklem Nadia najpierw długo milczała, a potem zaczęła monolog. Koniecznie chciała mu powiedzieć, co czuje. Była bardzo przejęta. W pewnej chwili zauważył, że płacze. Nadjeżdżał tramwaj. Jakub podał jej chusteczkę. Przytuliła się do niego i wtedy poczuł, że nadszedł ten moment. I powiedział. Do dzisiaj nie jest pewien, czy usłyszała. Prawdopodobnie nie, bo motorniczy hamował z przeraźliwym metalicznym piskiem, a ona tamtego wieczoru miała grubą wełnianą czapkę naciągniętą na uszy.

Najczęściej wracali tramwajem. Taksówkami tylko po nocnych seansach w kinie. Chciał być z nią jak najdłużej. Z przystanku, na którym wysiadali, odprowadzał ją do domu, żegnał się, całując w rękę. Może i staromodnie, ale tak nauczyła go matka. Zawsze czekał, aż Nadia zniknie za drzwiami, a w kuchni na parterze rozbłyśnie światło. Potem przez kilka minut stał, wpatrując się w ganek. W nadziei, że może jednak się cofnie, otworzy drzwi i zaprosi go do siebie. Nigdy nic takiego się nie stało.

Na kilka dni przed Wigilią też ją tak odprowadził. Powiedziała, że spędza ją w domu i jeśli Jakub ma ochotę, to wieczorem, oczywiście po rodzinnej kolacji, mógłby do niej zajść, bo robi najlepsze pierogi z kapustą i grzybami na świecie.

Zaprosiła go do siebie! Nadia postanowiła wpuścić go do swojego świata! Pamięta, że kiedy wracał tramwajem do domu, chciało mu się śpiewać.

Nigdy dotąd z taką ekscytacją nie wyczekiwał Wigilii. Nawet jako mały chłopiec, gdy liczył przed zaśnięciem, ile jeszcze razy trzeba kłaść się spać, zanim przyjdzie pora prezentów, nie czekał na ten wieczór z taką niecierpliwością. Przekopał całą sieć, aż w końcu znalazł w Polsce sklep, w którym sprzedawali najlepsze farby akrylowe do malowania na szkle, największej pasji Nadii. „Żadne podróby, tylko te importowane z małej fabryczki w Portugalii dają odpowiednią gęstość obrazu”, zwykła mawiać. Nie miał pojęcia, co dokładnie oznacza „gęstość obrazu”, ale dobrze zapamiętał Portugalię. Wiedział, że tym prezentem sprawi jej największą radość. Aby mieć pewność, że podarunek dotrze na czas – nie wierzył obietnicom UPS ani DHL, a tym bardziej Poczty Polskiej – kilkanaście godzin wlókł się pociągiem z trzema przesiadkami na „Daleki Wschód”, jak mawiał Witold, który nie potrafił zrozumieć, że dla „jakiejś panienki można spędzić tyle czasu w kontakcie z PKP”. Jakub nawet nie starał się mu tłumaczyć, że Nadia nie była dla niego „jakąś panienką”. Wiedział, że nie musi. Wit zwykle wszystko najpierw wyśmiewał, potem mówił z sarkazmem, aż w końcu, kiedy widział, że szydzi z rzeczy ważnych, przechodził do podziwu i zachwytu. Dlatego Wita trzeba było przeczekać. Jak mawiała Marika, „Witkacy jest afektywnie dwubiegunowy, od sarkazmu do płaczliwego wzruszenia potrzebuje z reguły kwadransa”. Tak było i tym razem. To Wit podwiózł go na dworzec, skąd wyruszył na drugi koniec Polski, do małego miasteczka w pobliżu Chełma, aby osobiście odebrać farby dla Nadii. Wit także czekał w nocy na peronie, kiedy z wielkim kartonem wrócił z „Dalekiego Wschodu”.

Wreszcie nadeszła Wigilia. Dżdżysta, wietrzna, przedwiosennie ciepła, z przesłoniętym ciemnoszarymi chmurami niebem, na którym żadne dziecko nie miało szansy dostrzec jakiejkolwiek gwiazdy. A tym bardziej pierwszej. Wigilia bez jednego płatka śniegu. Zupełnie nie zimowa. Dla Jakuba nie miało to żadnego znaczenia. Ku ogromnemu zdziwieniu matki od rana bez ponaglania pomagał w kuchni, potem z ojcem stawiali i ubierali choinkę. W niespotykanej harmonii i zgodzie. Bez konfliktów, bez obwiniania się nawzajem o to, że jak zawsze nie działają lampki. Bez wymądrzania się, spokojnie rozmawiając, słuchając jeden drugiego z uwagą, głośno żartując. Pamięta podejrzliwe spojrzenia matki, która od czasu do czasu, słysząc podniesione głosy, wpadała z groźną miną do salonu, gotowa załagodzić konflikt. Pamięta jej głośne westchnienia ulgi, kiedy okazywało się, że krzyki to nie żadna kłótnia, tylko żarty, i że choinka „się ubiera”. Pamięta, że kiedy skończyli, ojciec zniknął w sypialni, a on usiadł przy jeszcze pustym stole. Z kuchni dobiegała melodia jakiejś kolędy przerywana śpiewem matki i odgłosami jej krzątaniny. Dom pachniał choinką i barszczem.

Jakub wpatrywał się w światełka lampek odbitych w oknie. Myślał o ojcu.

Od pamiętnego sierpniowego „projektu dla Marcina” jego ojciec stał się innym ojcem. A on z kolei starał się być innym synem. Po powrocie z Mazur rozmawiali o tym tylko raz. Pewnego ranka na początku września. W łazience przy goleniu. Stali obok siebie w piżamach i patrzyli sobie w oczy w lustrze.

– Marcin mi wczoraj napisał, że pracowałeś dziesięć dni po dwanaście godzin. Czasem nawet w nocy – nieoczekiwanie odezwał się ojciec. – Przy stawce godzina po dwieście wyszło mu dwadzieścia osiem tysięcy.

– To niemożliwe – odparł zaskoczony Jakub, przerywając golenie.

– Co niemożliwe, synku?

– Że Marcin się tak pomylił. Z prostego mnożenia wychodzi, że to dwadzieścia cztery tysiące – odparł spokojnie. – Pomijając, że to dla mnie majątek, zrobiłem to dla ciebie, tato. Nie dla kasy – dodał po chwili.

Ojciec przerwał golenie. Oparł ręce na umywalce i spuścił głowę.

– Nie pomylił się, synku – powiedział zmienionym głosem. – On się nigdy nie myli. To taki typ. Pracowałeś w sobotę i niedzielę. I to głową. Za to należą się dwa tysiące więcej. Tak jest w kontrakcie.

– Ciągle się nie zgadza, tato – przerwał mu cicho Jakub.

– Formalnie masz rację – odparł ojciec. – Ale nieformalnie Marcin uważa, że uzyskanie sygnału na niekoszonym polu za wysokim murem to mistrzostwo wszechświata. I że należy ci się premia. Tak samo zresztą uważają wszyscy w jego zespole – dodał ze śmiechem.

A potem wydarzyło się coś niesłychanego. Ojciec objął go i powiedział:

– Dziękuję ci, synku. Nawet nie wiesz, jaki byłem dumny, kiedy przy odbiorze projektu ciągle do mnie podchodzili i mówili: „A Kuba to, a Kuba tamto”. Zawsze byłem z ciebie dumny. Nie mniej niż mama. I tak samo cię kocham. Czasami tylko nie potrafię tego okazać. Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przytrafiło. Już dawno chciałem ci to powiedzieć – dodał i mocno go do siebie przytulił.

Z zamyślenia wyrwał go głos matki.

– A ty, Kuba, co tak siedzisz? Nie masz co robić? Położyłbyś obrus... Co się stało, synku? – zapytała przestraszona, podchodząc do niego. – Dlaczego płaczesz?

– Płaczę? Naprawdę? – odparł, pochylając głowę, aby ukryć zmieszanie. – Tato mnie wzruszył – dodał po chwili. – Tobie też się czasami zdarza.

– Tato? Wzruszył? Ciebie? – powiedziała z rosnącym niedowierzaniem w głosie. – Jasne, synku, jasne. Dzisiaj taki dzień. Że się człowiek wzrusza. Ale to dopiero później – szepnęła i pocałowała go w policzek.

Zaczęła rozkładać biały obrus. Jakub poderwał się z krzesła, aby jej pomóc.

– Dam sobie radę. A ty idź, proszę, i załóż coś przyzwoitego zamiast tej spranej bluzy. Może dla odmiany jakąś koszulę? Zobaczysz, że ojciec się wzruszy. Masz to jak w banku – dodała żartobliwie.

Przy wigilijnym stole zjawił się w koszuli. Błękitnej. I w granatowym garniturze z ciemnoniebieską poszetką we wzorek wyglądającą z górnej kieszonki. Ojciec spojrzał na niego podejrzliwie, nie kryjąc zaskoczenia, a matka uśmiechnęła się pod nosem.

Po długiej i patetycznej przemowie ojca podeszli do choinki, żeby przełamać się opłatkiem. Mama jak zwykle miała łzy w oczach, a ojciec nieporadnie próbował ukryć wzruszenie, kiedy się obejmowali. A potem biesiadowali, rozpakowywali prezenty, śpiewali kolędy.

Jakub myślał o Nadii. Co robi? Z kim jest? Jak wygląda? Czy na niego czeka? Co wydarzy się dzisiaj wieczorem? Około dwudziestej pierwszej zabrał z pokoju ciężki plecak z przewiązanymi kokardą puszkami farby. Zanim sięgnął po kurtkę, matka zapięła mu guzik koszuli pod szyją i całując, szepnęła do ucha:

– Jesteś najprzystojniejszym facetem, jakiego znam. Powinieneś częściej zakładać garnitur. Koniecznie, synku.

A potem szybko pobiegła do kuchni i kiedy wróciła, wpychając mu do rąk owiniętą aluminiową folią foremkę, powiedziała:

– Makowiec zawsze się przyda. Gdziekolwiek się wybierasz. Gdybyś nie wrócił na noc, bądź, proszę, jutro na śniadaniu. Nie zaczniemy bez ciebie. Będziemy czekać. Pamiętaj – dodała, całując go w policzek.

Dom Nadii był rozświetlony. Na wszystkich szybach mieniły się podświetlone od wewnątrz choinki, mikołaje w czerwonych płaszczach wdrapujący się na balkony, gwiazdy i gwiazdki na granatowych lub błękitnych firmamentach. W niewielkim ogródku przed domem na kilku bezlistnych krzakach porzeczek połyskiwały lampki. Mały jednopiętrowy domek z pruskiego muru na tle czteropiętrowych luksusowych apartamentowców otaczających go z trzech stron wyglądał jak fragment ilustracji z innej bajki.

– Zastanawiam się, jak tym ludziom spod ósemki udało się zachować działkę i domek. W dzisiejszych czasach to albo bohaterstwo, albo mnóstwo kasy. Wiesz coś na ten temat? – zapytał młody kierowca, kiedy zatrzymali się przed domem Nadii.

Jakub spojrzał na niego zdziwiony.

– Dlaczego miałbym wiedzieć?

– Bo jedziesz tu już ze mną, kolego, osiemnasty raz. Tak wychodzi z historii przejazdów. Więc pomyślałem, że może jednak coś wiesz – odparł kierowca z uśmiechem

– Tak? – zapytał zdziwiony Jakub. – Fakt. Przecież to Uber. Pisałem dla was kawałek kodu. Wszystko wiecie. Więcej niż urząd skarbowy. I obyczajówka. – Pokiwał głową. – Coś tam wiem, ale to długa i pokrętna historia, a ja się bardzo śpieszę. Wigilia i takie tam. Poza tym nie jestem pewien, czy to nie jest objęte klauzulą ochrony danych. Tak samo jak historia przejazdów. Jak myślisz, kolego? – zaśmiał się ironicznie i pośpiesznie wysiadł z samochodu.

Przez chwilę stał na ganku, nasłuchując. Z domu nie dochodziły żadne odgłosy. Panowała zupełna cisza. Żeliwną kołatką w kształcie końskiej podkowy zastukał ostrożnie w drewniane drzwi. Nagle poczuł dziwną nerwowość i niepokój. Dokładnie tak jak przed egzaminem. Pomyślał, że to idiotyczne.

Wreszcie drzwi zaskrzypiały i na progu rozświetlonego przedpokoju pojawiła się Nadia. Z kieliszkiem wina w dłoni, w krótkiej czarnej koronkowej sukience odkrywającej ramiona, z włosami splecionymi w warkocz przewiązany złocistą kokardą w duże czarne grochy. Nigdy dotąd jej takiej nie widział. Oczy podkreślone cieniami wydały mu się o wiele większe, podobnie jak usta pomalowane karminową szminką. Nieznana mu Nadia. Inna. Do tego nagość jej ramion. I zarys piersi, na których zatrzymywał się materiał sukienki. Pamięta, że zauważyła jego zdumienie. Uśmiechnęła się, stanęła na palcach i całując go delikatnie w policzek, szepnęła:

– Nareszcie jesteś.

Wzięła go za rękę i wąskim, ciemnym korytarzem zaprowadziła do dużego pokoju. Poczuł zapach starego drewna i suszonych grzybów. Pokój oświetlało kilka kinkietów w kształcie świeczników.

Nadia bez słowa podała mu swój kieliszek i patrząc w oczy, zaczęła rozpinać guziki kurtki. Powoli. Jeden po drugim. Było w tym coś zmysłowego i erotycznego. Stał przez chwilę nieruchomo, patrząc na jej ręce. W pewnym momencie upuścił plecak, który cicho osunął mu się wzdłuż nogi na podłogę. Wsunął dłoń w jej włosy i mocno przyciągnął ją do siebie.

– Boże! Barszcz! Zaleje mi kuchnię! – wykrzyknęła nagle, uwolniła się z jego objęć i pobiegła do wąskich drzwi.

Rozejrzał się wokół. Z wyjątkiem ogromnego dębowego stołu na rzeźbionych nogach pokój był zupełnie pusty. Pośrodku prostokątnego stołu stał wielki biały wazon w różnokolorowe wzory. Nie było żadnych krzeseł. Wzdłuż wszystkich ścian na podłodze z szerokich desek stały drewniane ramy okienne. Niektóre ciągle z resztkami farby, niektóre zmurszałe, niektóre z grudkami kitu i kawałkami szyb. Na ścianach jak w jakiejś galerii wisiały fotografie. Nieliczne w sepii, większość czarno-biała. Najróżniejszych rozmiarów. Małe, jak gdyby przed chwilą wyciągnięte z albumu, przypięte pineskami do tapety z grubej szarej tkaniny, a także ogromne, w passe-partout i drewnianych ramach.

Przykrył plecak kurtką i zaczął powoli przechadzać się wzdłuż ścian, uważnie przypatrując się fotografiom. Przy niektórych przystawał na dłużej.

– Zróbmy sobie wreszcie Wigilię – usłyszał nagle za plecami głos. – Mój dom zwiedzisz później. Obiecuję, że cię oprowadzę i nie będzie to trwało dłużej niż pięć minut. Jestem okropnie głodna. Nie chciałam bez ciebie nic dziś jeść.

Odwrócił się. Siedziała na stole. W ręku trzymała wielką drewnianą łyżkę. Miała na sobie krótki biały fartuszek z kieszenią z przodu, włosy przewiązała opaską udrapowaną nad czołem. Zauważył białą podwiązkę na udzie. Uśmiechała się do niego, oblizując zmysłowo łyżkę. Skojarzyła mu się z frywolną pokojówką z erotycznego filmu. Zeskoczyła ze stołu i zapytała:

– Może tak być?

W kuchni zdjęła fartuszek i rozpuściła włosy. Usadziła go za niewielkim eliptycznym stołem przykrytym błyszczącą wzorzystą ceratą. Musiała być nowa.

Pamiętał zapach takiej ceraty z dzieciństwa. Z wizyt w wiejskim domu prababci, babci jego ojca. Tylko nowe tak pachniały. Kiedy rodzice przywozili go na wakacje, prababcia Leokadia zawsze kupowała nową ceratę „do chałupy”, a dla niego, „diabełka Kubusia”, każdego roku skórzane „trzewiki” i srebrny łańcuszek z krzyżykiem. Poświęcony w niedzielę „specjalnie dla Kubusia przez proboszcza z kościoła na górce”. Wciąż przechowywał zaśniedziałe łańcuszki i krzyżyki w metalowej kasecie na szafie w swoim pokoju.

Ukradkiem rozejrzał się dookoła. Kuchnia do złudzenia przypominała tamtą prababciną, wiejską. Niska chlebowa szafka z otworami, przez które dostawało się powietrze. Naoliwiona podłoga z desek upstrzonych sękami, wyszywane ciemnoniebieską nicią makatki zawieszone na drewnianych belkach. Jedna – z napisem „Zimna woda zdrowia doda” (dokładnie taką samą miała prababcia) – wisiała u Nadii nad białą emaliowaną miednicą z granatowym szlaczkiem wokół krawędzi. W identycznej miednicy prababcia szorowała mu nogi, kiedy wieczorami „wracał z pola”. Wodę grzała na podobnej westfalce z okrągłymi żeliwnymi fajerkami. W kuchni u Nadii na płycie z jednej strony stała kuchenka gazowa, a z drugiej mikrofalówka.

Obok talerza, na którym leżała mała gałązka świerku, i filiżanki z parującym aromatycznym barszczem Nadia postawiła porcelanową misę z pierogami. Sama usiadła naprzeciwko. Spojrzeli sobie w oczy. Zauważył rumieniec obejmujący powoli jej twarz i szyję.

– Lubię, kiedy zakładasz tę błękitną koszulę, wiesz? Oczy robią ci się wtedy jeszcze bardziej... – Nie dokończyła. Zerwała się gwałtownie. – Nie! Jeszcze nie. Najpierw opłatek! Jezu, Kuba! Zaczekaj!

Podskoczyła do pomalowanej olejną farbą pistacjowej serwantki, z górnej półki zdjęła niewielki, wyszczerbiony i upstrzony ze starości plamkami talerzyk, podeszła do Jakuba i powiedziała cicho:

– Opłatek przecież. Nasz pierwszy.

Zerwał się z krzesła i zapiął guzik marynarki. Sięgnęła po jego dłoń, przycisnęła do warg, a potem położyła na niej opłatek. Odsunęła się, odstawiła talerzyk i z opłatkiem w dłoni powiedziała:

– Słuchaj, Kuba, nie mam w tym wprawy. Dużo mówię, ale to nie są przemówienia. A za chwilę zamierzam wygłosić przemowę. Długo myślałam, kiedy będzie odpowiedni moment, i wymyśliłam, że chyba nie ma lepszego niż dzisiejszy wieczór.

Umilkła. Zmarszczyła czoło. Wyglądała jak ktoś, kto w skupieniu zbiera myśli.

– Od dawna – zaczęła po chwili – nie spędzałam Wigilii z kimś bliskim. Pewnie dlatego też zagapiłam się z tym opłatkiem – dodała z uśmiechem i natychmiast znowu spoważniała. – Odkąd kilka lat temu umarła moja babcia, żeby przetrwać Wigilię i święta, uciekałam stąd jak najdalej. Bardziej niż od samotności uciekałam od wspomnień. Bo ja często już jako dziecko bywałam sama, więc się do samotności przyzwyczaiłam. Pomyślisz pewnie, że to głupie, bo wspomnienia bolą przecież wszędzie, nieważne gdzie cię najdą. To prawda, ale najbardziej bolały tutaj. W tym domu. Bo to tutaj zdarzyło się w moim życiu najwięcej najważniejszych, najpiękniejszych, ale i najokropniejszych rzeczy. Więc pakowałam walizkę i uciekałam. Bo Wigilia dla mnie w tym miejscu była nie do zniesienia. Czasami uciekałam bardzo daleko. Myślałam, że im dalej, tym trudniej wspomnieniom będzie mnie dogonić. Ale to tak nie działa. To tylko taka wydumana bzdura.

Otarła szybko łzę z policzka i ciągnęła dalej. Głos jej drżał.

– W tym roku pewnie znów bym gdzieś uciekła, ale pojawiłeś się ty. Jak jakiś przybysz nie z tego świata. Przez pewien czas bałam się, że tak tylko sobie przystanąłeś z ciekawości obok i za chwilę znikniesz. Bałam się, że ze mnie wyrośniesz. Że mnie odhaczysz jak minione wakacje. Ale nie. Nie znikałeś. Byłeś. Opiekuńczy. Na każde moje skinienie. Męska opiekuńczość ogromnie mnie wzrusza i budzi piękne wspomnienia. Byłeś delikatny. I cierpliwy. Ta twoja cierpliwość na początku mi imponowała, ale potem zaczęła doprowadzać do szału. Nie próbowałeś wziąć mnie za rękę w kinie, nie dotykałeś ramieniem w teatrze, nie kładłeś dłoni na mojej, kiedy piliśmy kawę. Byłeś zupełnie inny niż wszyscy przed tobą. To przez nich wolałam się okopać. Dla pewności także przed tobą. I nagle zauważyłam, że mimo to na swój nieporadny sposób nieustannie okazujesz mi, że jestem ci niezbędna. Może to mało romantyczne, ale tak naprawdę kobietom głównie o to chodzi. O poczucie niezbędności. Tylko hipokrytki lub kłamczuchy twierdzą inaczej. Poczułam to, Jakub – wyszeptała. – Pewnego wieczoru poczułam, że jestem ci niezbędna i że chciałabym, żebyś się mną dalej opiekował. Arogancja? Egoizm? W jeden wieczór, hę? A może to miłość, co?

Umilkła. Opuściła głowę, jak gdyby zawstydzona tym, co powiedziała. Po chwili jednak podniosła ją z powrotem i patrząc mu w oczy, dodała:

– Pewnie to dla ciebie dziwne, ale nie mam nikogo bliskiego na świecie. Oprócz ciebie. Dobrych świąt, Jakubie.

Zupełnie nie spodziewał się takich słów. Pamięta, że koniecznie chciał coś powiedzieć. Chciał powiedzieć, że bardzo dzisiaj na nią czekał. Że czekał już tak długo i że ta cierpliwość to z przestrachu, że mógłby ją utracić. Że wtedy na przystanku, kiedy wracali z teatru, to była najprawdziwsza prawda. I że nie wie, czy jest mu niezbędna, ale gdy budzi się rano, jest jego pierwszą myślą. A potem następną i kolejną. I tak przez cały dzień, aż do zaśnięcia. A nawet po zaśnięciu, bo często mu się śni. Jeśli tak objawia się niezbędność, to z pewnością ona jest mu niezbędna.

Chciał jej powiedzieć jeszcze wiele innych rzeczy, ale mu nie pozwoliła. Wspięła się na palce i zaczęła go całować. Otoczyła jego twarz dłońmi i całowała, przygryzając chwilami wargi i język. Rozpięła guzik marynarki i wsunęła dłonie pod koszulę. Nie otwierał oczu. Czuł jej rozedrganie, kręciło mu się w głowie. Kiedy próbował ustami zsunąć jej sukienkę, wyszeptała mu do ucha:

– Kuba, zrobimy sobie tę Wigilię później, co?

Nie pamięta, czy cokolwiek odpowiedział. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Sięgnęła po jego dłoń, pobiegli przez pokój z fotografiami, potknął się o plecak, upadł, podała mu rękę, pomagając wstać. Wbiegli na wąskie skrzypiące schody. Wiły się stromo i kończyły prostokątnym otworem. Miał wrażenie, jakby wychodził przez właz na dach. Kiedy wychylił z otworu głowę, Nadia podała mu ręce i wciągnęła go na górę. Znalazł się w pokoiku na poddaszu. Zwisająca z sufitu na długiej linie ogromna gruszkowata żarówka roztaczała pomarańczowy blask. W pokoju pachniało pomarańczami, do dzisiaj nie wie dlaczego. Kilka metrów od włazu na dwóch warstwach palet z surowego drewna leżał gruby materac przykryty zielonkawym suknem. Nadia stanęła obok. Zsunęła sukienkę. Kiedy do niej podchodził, odwróciła się plecami i rozpięła stanik.

To był ich pierwszy raz. Dziki, łapczywy, zwierzęcy, nieporadny. Z tamtych kilkunastu minut pamięta oczarowanie jej nagością, smak skóry i wilgoci między jej udami, drżące dłonie zanurzone w jej włosach, kiedy przed nim klęczała. Poza tym niewiele więcej. Dobrze natomiast pamięta późniejszą czułość, kiedy wtuleni w siebie splatali palce, dotykali nawzajem swoich twarzy, obejmowali się i gładzili po włosach. Pamięta, że przeważnie milczeli, czasami tylko szepcząc pojedyncze słowa. W pewnej chwili Nadia przesunęła się na skraj materaca i sięgnęła ręką na podłogę. Gruszkowata żarówka powoli gasła. W ciemności usłyszał kroki, a potem w oddali zobaczył twarz Nadii oświetloną bladą poświatą telefonu. Poddasze wypełniła muzyka.

– Nie pamiętam kiedy, ale któregoś wieczoru bardzo zapragnęłam posłuchać tego z tobą w łóżku – powiedziała, kładąc się obok niego na brzuchu. – Znasz to? – zapytała po chwili.

Zaczekał do kolejnego refrenu i zaczął cicho nucić:

Zostań, nie szukaj już gdzieś daleko tego, co masz tu.

Zostań, bez zbędnych słów.

Uniosła się, wsunęła sobie jego ramię pod piersi i zaczęła nucić razem z nim. Kiedy muzyka ucichła, powiedział:

– To stary kawałek Korteza. Chyba najstarszy. Kiedyś nakryłem mamę, jak płacze, puszczając go sobie w kółko na YouTubie. Prosiła, żebym jej ustawił jako dzwonek w telefonie. Ciągle go ma. A potem zabrała mnie na jego koncert. Ona mnie, nie ja ją, wyobrażasz to sobie? – dodał, chichocząc. – To był jakiś mały klub. Tam też ryczała. Na scenę wszedł niepozorny chudy chłopak w czarnej bluzie od dresu i bejsbolówce, przywitał się cichym „dobry wieczór”, w ciągu półtorej godziny wzruszył wszystkich, a potem się tak samo nieśmiało pożegnał i zniknął. Przy wyjściu wszyscy nucili jego kawałki.

– Twoja mama? – wykrzyknęła zdumiona. – Pytałeś, dlaczego płakała? – zapytała cicho i nie czekając na odpowiedź, odwróciła głowę i umilkła.

Pochylił się nad nią. Zaczął całować jej plecy. To wtedy po raz pierwszy dotarł do tej magicznej wypukłości nad pośladkami. Na poddaszu ciągle wzruszał swoim smutkiem Kortez, a oni drugi raz, tak samo łapczywie, tak samo dziko kotłowali się na materacu.

Pamięta, że obudził go dojmujący chłód. Uniósł głowę. Przez zaparowaną szybę widział rozmazane kontury. Naga Nadia, odwrócona do niego plecami, z rękoma wyciągniętymi do góry, stała nieruchomo tuż za wąskimi szklanymi drzwiami prowadzącymi na balkon. Na poddaszu panowała cisza, na wąskim parapecie migotały poruszane wiatrem płomienie świec.

– Co się dzieje? – krzyknął przestraszony.

Początkowo nie zareagowała. Dopiero po chwili weszła do środka, schyliła się, podniosła sukienkę i zaczęła ją zakładać. Podeszła do niego, usiadła na skraju materaca, położyła głowę na jego brzuchu i wyszeptała:

– Piękna noc. Mnóstwo gwiazd. Więc ta pierwsza też tam musi być. Nasza Wigilia wciąż trwa. Nie minęła jeszcze północ, wiesz?

Leżeli w milczeniu. Wsłuchiwał się w odgłosy za oknem. Czuł ciepło jej oddechu na skórze. Delikatnie, opuszkami palców gładził jej policzki, czoło, wargi, powieki.

– Założysz coś na siebie, kochanie? – zapytała nagle, podnosząc głowę. – A ja podgrzeję pierogi i barszcz. Ale najpierw zapnij mi haftki na plecach, dobrze? – dodała, siadając na skraju materaca.

Pamięta, że w ciemności drżącymi palcami nieporadnie szukał haftek i poruszony myślał o wybrzmiałym przed chwilą „kochanie”. Takie nieoczekiwane. Tyle bliskości w jednym słowie.

Wrócili do kuchni i znowu usiedli naprzeciwko siebie – ona w koronkowej sukience, on w marynarce zapiętej na jeden guzik. Postawiła przed nim miskę z parującymi pierogami, a na talerzu przy gałązce świerku kubek z barszczem. Wszystko było tak samo jak na początku, kiedy wpuściła go do domu. Jak gdyby nic się od tamtej pory nie wydarzyło. A przecież zdarzyło się tak wiele. Jedynie kawałki połamanego opłatka na pachnącej nowością ceracie przypominały o tym, że zasiedli do stołu kolejny raz. Inni. Zupełnie inni.

Rozmawiali. O wszystkim, tylko nie o tym, co podczas ich pierwszej Wigilii wydarzyło się na poddaszu. Żartowali, flirtowali, wspominali. Pamięta, że kiedy wszystkie pierogi zniknęły z misy, Nadia wyjęła z lodówki ryby, a potem na małej patelni usmażyła filet z karpia. „Co to za Wigilia bez karpia?”, oznajmiła, kiedy prosił ją, aby nie wstawała od stołu.

W pewnej chwili nieopatrznie zapytał, dlaczego dotąd uciekała. Dlaczego nie jest teraz z rodzicami? Gdzie oni spędzają Wigilię? Dlaczego nie z nią? Pamięta, że przez długą chwilę w milczeniu patrzyła na niego, jakby się nad czymś zastanawiała. Nagle zerwała się, wyjęła z lodówki dwie butelki białego wina i bez słowa postawiła na stole. W kredensie znalazła dwie wysokie szklanki. Nalała do pełna. Nie czekając na Jakuba, jednym haustem opróżniła swoją do połowy. Zaczęła mówić. Spokojnym, czasami monotonnym głosem. Nerwowo skrobała ceratę, niekiedy podnosiła głowę, aby sprawdzić, ile wina zostało w jej szklance, albo ukradkiem spojrzeć mu w oczy. Nie przerywał. O nic nie dopytywał. Milczał, słuchając w skupieniu opowieści, której zupełnie się nie spodziewał. Więcej w niej było o śmierci niż o życiu. Momentami słuchał oniemiały, kiedy indziej przerażony. Nadia była bardzo rzeczowa. Nawet jeśli odpływała w dygresje, w końcu wracała do tematu. Także wtedy, podczas swojego wigilijnego monologu. Konsekwentnie odpowiadała na jego pytania, opowiadając przy tym swoją biografię. Co jakiś czas zaczynała zdanie od „matki wtedy nie było, bo...” albo „tatusia wtedy nie było, bo...”, „uciekałam, dlatego że...”. I wówczas łamał jej się głos. Cichła. Tylko na chwilę. Potem brała głęboki oddech i wracała do spokojnego tonu. Kiedy skończyła, a w kuchni zapadła cisza, sięgnęła po wino. Przypatrywał się, jak powoli, bez pośpiechu, łyk za łykiem opróżnia szklankę. Widział jej zaszklone łzami oczy i rękę. Drżała tak mocno, że wino spływało jej po palcach. Dopiła je i przeczesała dłonią włosy. Wstała, podeszła do Jakuba, usiadła mu na kolanach, pocałowała go w usta i powiedziała:

– A teraz mnie przytul i przez chwilę nic nie mów.

Ułożyła głowę w zagłębieniu jego ramienia. Przytulił ją mocno i siedzieli tak jakiś czas. W końcu wzięła go za rękę i wrócili na poddasze. Dopiero tam, w ciemności, zaczął dopytywać, prosił o szczegóły i wyjaśnienia. Odpuszczał, kiedy zaczynała płakać. Zanim poszli spać, zdążyła minąć czwarta. Powiedział Nadii, że chce wrócić do domu na śniadanie. Nastawiła ogromny, staromodny, głośno tykający budzik i dla pewności postawiła na biurku, daleko od materaca.

Wstali przed budzikiem. Poczuł pocałunki na powiekach, a zaraz potem aromat kawy. Okręceni jednym prześcieradłem pili na balkonie kawę z emaliowanych kubków, przyglądając się w milczeniu ludziom śpieszącym do kościoła. Kiedy wychodził, cofnęła się od progu i wróciła z płytą Korteza.

– Puść to dzisiaj mamie. Między kolędami – powiedziała, pakując CD do pustego plecaka.

Objęła go i pocałowała, wpychając mu do ręki klucz i zaciskając dłoń.

– Przychodź tu jak najczęściej – szepnęła. – Ale teraz już idź. Nie wolno ci się spóźnić.

Kiedy zamykał koślawą furtkę, krzyknęła jeszcze:

– Wesołych świąt, Kuba!

W tramwaju obejrzał staroświecki mosiężny klucz, który mu wepchnęła. Przyczepił do pęku swoich. Był ciężki, o wiele większy od pozostałych, niepraktyczny, wypychał kieszeń. Mimo to postanowił nie rozstawać się z nim nigdy.