Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 405 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Koniec lata - Anders de la Motte

Późne lato 1983 roku. Pewnego wieczoru z gospodarstwa w Skanii znika chłopiec. Cała okolica angażuje się w poszukiwania, lecz nie przynoszą one rezultatów. Ludzie zaczynają plotkować i snuć podejrzenia. Nieudolnie prowadzone śledztwo ostatecznie zostaje umorzone, a rozpacz i frustracja doprowadza do powolnego rozpadu rodziny zaginionego.

Dwadzieścia lat później starsza siostra chłopca Weronika uczestniczy w terapii grupowej. Podczas sesji młody mężczyzna nagle porusza historię zaginięcia jej brata. Wszystkie koszmarne wspomnienia wracają. Weronika postanawia wrócić do Skanii, żeby odnaleźć odpowiedź na pytanie: Co właściwie wydarzyło tamtego lata? Lata, które nigdy się nie skończyło.

Anders de la Motte dorastał w niewielkiej miejscowości Billesholm w Skanii. Zanim został pisarzem, pracował jako policjant. Jego poprzednie powieści odniosły duży sukces. Za Ultimatum otrzymał nagrodę Szwedzkiej Akademii Powieści Kryminalnych za najlepszy kryminał 2015 roku. Mieszka z rodziną w miejscowości Lomma.

Opinie o ebooku Koniec lata - Anders de la Motte

Fragment ebooka Koniec lata - Anders de la Motte

PROLOG

Lato 1983

Króliczek kulił się w wysokiej trawie. Futerko miał wilgotne i lśniące od rosy, która przed chwilą wraz ze zmrokiem opadła na ogród.

Właściwie powinien pójść do domu. Mama nie lubiła, gdy był sam na dworze, zwłaszcza kiedy robiło się ciemno. Ale on był już duży, za kilka tygodni miał skończyć pięć lat, i bardzo lubił porę po zmierzchu. Już wkrótce zaczną pokazywać się nocne zwierzęta. Jeże wyjrzą ostrożnie spod dużych krzaków i zaczną dreptać w trawie, robiąc śmieszne zakrętasy. Nietoperze poszybują między wysokimi drzewami… Od wylotu kasztanowej alei za domem słychać już było pierwsze pohukiwania sów.

Najbardziej jednak chciał zobaczyć króliki. Własny króliczek zajmował pierwsze miejsce na jego liście życzeń. Mały, mięciutki króliczek, właśnie taki jak ten, który tam siedział w trawie. Zwierzątko spojrzało na niego i lekko poruszyło noskiem, jakby nie było pewne, czy jego zapach oznacza zagrożenie, czy nie. Ostrożnie postąpił kilka kroków w kierunku króliczka. On nie ruszał się z miejsca; wyglądało na to, że nie potrafił się zdecydować.

Od kilku miesięcy nie mógł się doczekać dnia urodzin. Bardzo chciał, żeby Mattias dał mu w prezencie latawiec. Widział, jak starszy brat godzinami buduje te zabawki w warsztacie taty. Dokładnie odmierzał listewki na korpus latawca, naciągał między nimi linki i całość pokrywał lekkim, błyszczącym materiałem, który zwędził z pudełek przechowywanych na strychu. To były kawałki sukni, które kiedyś należały do babci i których mama jeszcze się nie pozbyła.

Wiele razy tego lata przyglądał się zawodom w puszczaniu własnoręcznie zrobionych latawców, jakie urządzali Mattias i jego koledzy. Latawce Mattiasa zawsze wznosiły się najwyżej, za każdym razem. Szybowały bezszelestnie nad polami, zupełnie jak kanie.

Królik ukryty w trawie nadal mu się przypatrywał, więc postąpił jeszcze parę kroków do przodu. Zatrzymał się, gdy zwierzątko uniosło troch ę głowę. Właściwie miał ochotę ruszyć biegiem, popędzić do królika, chwycić go… Ale wujek Harald zawsze mówił, że dobry myśliwy się nie spieszy, zatem chłopiec stał spokojnie i myślał o swojej liście życzeń.

Od starszej siostry chciał dostać czerwone auto, które widział w sklepie we wsi. Na bokach miało namalowane płomienie, a kiedy pociągnęło się je do tyłu, a potem puściło, samo jechało do przodu. Autko było na pewno drogie, ale Vera i tak by je kupiła. Tata dałby jej pieniądze, gdyby poprosiła.

Nie był pewien, czy Vera wybaczyła mu tę historię z jastrzębimi jajkami, o której wolał nie myśleć. Mattias już się na niego nie gniewał, ale co do Very trudniej było się rozeznać.

Króliczek nieco zniżył głowę. Wziął do pyszczka źdźbło trawy. Jego wąsiki tak milutko się ruszały, że chłopiec był bliski złamania zasad wujka Haralda. Ale musiał jeszcze trochę poczekać; zaczekać na chwilę, w której królik zupełnie się odpręży i nie będzie już spoglądał w jego stronę.

Od mamy i taty chłopczyk chciał dostać rower. Zaczął już ćwiczyć na starym rowerze Mattiasa, chociaż właściwie nie wolno mu było tego robić na własną rękę. Parę dni temu przewrócił się i otarł sobie skórę na kolanie. Nie bardzo mocno, ale na tyle, że pokazała się krew. Rozpłakał się i schował do kryjówki na drzewie. Wujek Harald go znalazł i skrzyczał: „Co twoja mama na to powie? Nie rozumiesz, że będzie się martwiła?”.

Dobrze to rozumiał. Mama ciągle się o niego martwiła. „Bo jesteś moją malutką myszką”, powtarzała. „Bo nie mogę znieść myśli, że mogłoby ci się stać coś złego”. To dlatego schował się wtedy i nie odważył się wejść do domu.

Wujek Harald dał mu burę, a potem nakleił plaster na kolano i powiedział mamie, że chłopiec przewrócił się na żwirowej ścieżce między domem a stodołą („To się łatwo może zdarzyć, kiedy się biega w drewniakach”). Skłamał nie ze względu na niego, lecz na jego mamę. Odtąd chłopcu nie wolno było chodzić w drewniakach, chociaż Mattias i Vera je nosili. Uważał, że to niesprawiedliwe.

Króliczek nagle się poruszył. Pokicał kawałek w jego stronę, szukając wyższej trawy. Chłopiec nie podbiegł w kierunku zwierzątka; stał zupełnie bez ruchu. Czekał, dokładnie tak, jak radził wujek Harald.

Wujek Harald był najlepszym myśliwym w okolicy, wszyscy o tym wiedzieli. W jego kotłowni prawie zawsze wisiały pod sufitem jakieś zabite zwierzęta: bażanty, sarny, zające o nieruchomych oczach i zesztywniałych ciałach. Wujek Harald miał wielkie dłonie. Pachniał tytoniem, olejem, psami i jeszcze czymś innym. Chłopiec nie wiedział, co to za zapach, ale domyślał się, że to woń czegoś niebezpiecznego. Wielu ludzi bało się wujka Haralda. Z całą pewnością obawiali się go Vera i Mattias, chociaż Vera udawała, że tak nie jest. Czasem sprzeciwiała się wujkowi, ale było wtedy słychać, że głos jej lekko drży. Mattias za to nic nie mówił, tylko patrzył w ziemię i robił, co mu wujek kazał. Przynosił wujkowi fajkę i karmił jego psy. To nie były takie psy, z którymi można się bawić. Nie mieszkały w domu, tylko w dużych kojcach na podwórzu, i jeździły z tyłu na furgonetce, a nie w kabinie samochodu. Miały szorstką sierść i czujne, lękliwe oczy, którymi śledziły każdy najmniejszy gest wujka Haralda.

Jakiś tydzień temu chłopiec był w łaźni z tatą i Mattiasem. Siedział w saunie i przysłuchiwał się rozmowom dorosłych panów. Kiedy wszedł wujek Harald, wszyscy, nawet tata, przesunęli się na ławkach. Oddali wujkowi najlepsze miejsce na środku ławki. Patrzyli na niego w taki sam sposób jak jego psy.

Tylko mama nie bała się wujka Haralda. Mama nie bała się nikogo, może z wyjątkiem Pana Boga. Czasem mama i wujek Harald się kłócili. Chłopiec słyszał, jak mówili do siebie różne rzeczy: trudne słowa, których nie rozumiał. Wiedział jednak, że nie były miłe.

Jednak to z urodzinowym prezentem od wujka Haralda wiązały się jego największe nadzieje. Mały króliczek, który będzie należał tylko do niego – to obiecał wujek. Może króliczek będzie taki sam jak ten, który teraz siedział tylko o kilka metrów od chłopca? Gdyby go złapał, miałby dwa króliki. I wujek Harald byłby z niego dumny. Dumny z tego, że chłopiec okazał się prawdziwym myśliwym.

Wystarczająco długo już czekał, więc ostrożnie zrobił krok do przodu. Króliczek w dalszym ciągu skubał wysoką trawę, nie zwrócił uwagi na to, że chłopiec się zbliża, a on postąpił jeszcze jeden krok, powoli wyciągając przed siebie ręce. Mogło się udać.

– Billy! Czas do domu!

Królik uniósł głowę; zdawało się, że słucha głosu dobiegającego z góry, od strony domu. Potem odwrócił się i pokicał w przeciwnym kierunku.

Chłopiec poczuł w sercu ukłucie rozczarowania. Ale królik nagle się zatrzymał i obejrzał, jak gdyby się zastanawiał, gdzie zniknął chłopczyk. Ten nie był pewien, co powinien zrobić. Mama zaniepokoiłaby się, gdyby nie przyszedł. Sowy pohukiwały coraz głośniej, zapaliły się lampy przed domem, a cienie w ogrodzie zgęstniały w ich świetle. Królik nadal patrzył na chłopca. Wydawało się, że pyta: „Przyjdziesz do mnie?”.

Chłopiec zrobił parę kroków, potem jeszcze kilka.

– Billy! – wołała mama. – Billy, chodź natychmiast do domu!

Polowanie trwało. Królik pokicał przed siebie; jeżeli chłopiec miałby szczęście, zwierzak zaprowadziłby go do swojej norki. Do miejsca pełnego malutkich króliczków o wielkich oczach i mięciutkim futerku; króliczków, które można by było zabrać ze sobą do domu. Mogłyby mieszkać w klatce, którą obiecał chłopcu wujek Harald.

– Billy! – Głos mamy rozwiał się w oddali. Króliczek dalej kicał przed chłopcem i na pewno bez trudu mógłby uciec, mimo że chłopczyk miał na nogach swoje najlepsze buty do biegania. Może królik chciał zostać złapany? Chciał, żeby chłopiec go przytulił, chciał zostać jego króliczkiem?

Chłopiec podążał za królikiem pomiędzy rzędami starych drzew owocowych o grubych, powykręcanych gałęziach. Potem wbiegł w zarośla zdziczałych krzewów. Właściwie nie lubił tej odległej części ogrodu. Wcześniej tego lata jego kolega Isak znalazł na ziemi pod gęstymi gałęziami szczękę – biały kawałek kości z czterema pożółkłymi zębami. Wujek Harald powiedział, że dziadek zakopywał tam różne rzeczy, takie, których chciał się na zawsze pozbyć. Że szczęka z pewnością należała do świni i że pewne rzeczy trzeba zakopywać bardzo głęboko, żeby nie znalazły ich lisy.

Chłopiec tylko raz w życiu widział lisa. To było wtedy, gdy wujek Harald, tata i inni panowie rozłożyli na podwórzu upolowaną zwierzynę. Wąskie ślepia, lśniące rude futro, ostre zęby wystające z poplamionego krwią pyska. Psy obchodziły go szerokim łukiem. Wydawały się niespokojne, prawie wystraszone. „Do lisów strzela się, kiedy tylko jest po temu okazja”, powiedział wujek Harald. „To jest obowiązek każdego myśliwego, bo lisy są chytre i podstępne, dokładnie takie, jak w bajkach. Potrafią poruszać się tak, żeby nie zostawiać żadnego śladu”.

„Lisy mają doskonały węch”, mówił wujek. „I uwielbiają zapach królików i małych chłopców, więc trzymaj się z dala od ogrodowego płotu, Billy!”

Wujek Harald roześmiał się tym swoim huczącym śmiechem, który brzmiał jednocześnie serdecznie i groźnie, i po chwili chłopiec też zaczął się śmiać. Jednak nie mógł przestać myśleć o lisach, odkopujących w ogrodzie szkielety. Czasem nawet śniły mu się w nocy. Ostre zęby, łapy rozgrzebujące ziemię, błyszczące, wilgotne, węszące nosy, zwrócone w stronę domu. Węszyły za małym chłopcem.

Odtąd unikał tej odległej części ogrodu. Nie zaprotestował, kiedy Isak zabrał świńską szczękę do domu, chociaż właściwie powinna należeć do Billy’ego.

Ale teraz nie powstrzymałyby go żadne lisy ani szkielety. Królik kicał między suchymi krzakami, a chłopiec w pogoni za nim coraz dalej zagłębiał się w zarośla. Rękaw jego bluzy zaczepił się o jakąś niską gałąź, więc musiał się zatrzymać na parę sekund, a kiedy się uwolnił, królik zniknął.

Przez chwilę się zastanawiał, czy nie zawrócić i nie pójść do domu, ale napięcie, wzbudzone polowaniem, nie chciało go opuścić. Dzięki niemu odważył się ruszyć dalej. Jeszcze dalej w zarośla. Jak prawdziwy myśliwy.

Kolejne gałęzie wyciągały się ku niemu. Kolczastymi palcami starały się chwycić jego ubranie. Zdawało mu się, że gdzieś daleko w ciemności dostrzega poruszający się biały ogonek. Może był już blisko króliczej nory? Na myśl o tym przyspieszył i o mało nie wbiegł prosto na płot na końcu ogrodu.

Zatrzymał się jak wryty. Kilka metrów za płotem rosła gęsto pastewna kukurydza. Długo jeszcze nie miała być zbierana. Tata mówił, że zbiera się ją z pola dopiero wtedy, kiedy wyschnie i całkiem zżółknie.

Między liśćmi grały świerszcze, splatały swoje melodie w szemrzący dywan dźwięków, tak że niemal zagłuszały myśli chłopca. Królik był po drugiej stronie płotu. Siedział u stóp zielonej ściany kukurydzy i przyglądał się chłopcu. Czekał na niego.

Płot był wysoki, chyba wyższy nawet od wujka Haralda – z pewnością za wysoki, aby chłopiec mógł przedostać się na drugą stronę. Koniec polowania. Nie zobaczy króliczej norki. Mimo to poczuł pewną ulgę. Nigdy nie był tak daleko w ogrodzie zupełnie sam. Na niebie pozostała tylko jedna blada smuga wieczornego światła, a cienie między krzakami nie wiadomo kiedy zmieniły się w całkowity mrok.

Chłopczyk postanowił wrócić do domu. Już zawracał, gdy nagle coś zauważył: podkop pod płotem, przez który mały chłopiec mógłby przedostać się na drugą stronę. Popatrzył na królika. Siedział w tym samym miejscu.

Powiew wiatru zaszeleścił w polu kukurydzy, przedostał się przez zardzewiałe oka siatki płotu i dotarł do ciemnych zarośli. Chłopiec obejrzał się przez ramię, przykląkł, a potem położył się na brzuchu. Przeczołgał się ostrożnie pod końcówkami stalowych drutów, wstał i otrzepał ziemię z kolan i dłoni. Czuł dreszczyk podniecenia. Był poza ogrodem, pierwszy raz wyszedł z niego na własną rękę. W poniedziałek opowie o tym Isakowi. Może Mattiasowi i Verze też. Powie im, jaki był dzielny i jak sam złapał królika, ale poprosi, żeby nic nie mówili mamie.

Kukurydza zaszeleściła; w pierwszej chwili pomyślał, że to znowu wiatr, ale zobaczył biały ogonek znikający między wysokimi łodygami. Królik już nie kicał spokojnie, ale pędził, pędził! Położył uszy po sobie, spod łapek tryskały grudki ziemi. Dopiero gdy króliczek zniknął mu z oczu, chłopiec pojął, co się stało. Wrażliwy nos zwierzątka wyczuł oprócz zapachu chłopca woń kogoś innego. Kogoś, kto bez trudu mógł podkopać się pod płotem. Kogoś o rudym futrze i ostrych zębach, kto uwielbiał zapach królików… i małych chłopców…

Serce biło tak szybko, tak szybko, jakby należało do małego, przerażonego królika. Łodygi kukurydzy wznosiły się nad głową chłopca jak mroczne, słaniające się na boki olbrzymy; napierały na niego, przyciskały go do płotu. W gardle nabrzmiewał płacz. Kątem oka chłopiec dostrzegł coś, co się poruszało, coś rudego. Odwrócił się i uświadomił sobie, że w tej samej chwili ucichły wszystkie świerszcze.

Mamo! – zdążył pomyśleć. Mamo…

Kochanie,

to jest początek naszej historii. Opowiadanie moje i Twoje. Były próby oporu, próby, by oddalić się od Ciebie, a jednak nie upaść, ale teraz poddaję się, kochanie, i liczę na to, że mnie podtrzymasz, uratujesz przed upadkiem. Czy to zrobisz? Czy też upadniemy oboje?

Mam nadzieję, że tak się nie stanie. Tak bardzo chcę wierzyć, że nasze opowiadanie będzie miało szczęśliwe zakończenie.

1

Ona jest jesienną osobą, zawsze taka była. Albo prawie zawsze. Kiedyś życzyła sobie, by lato nigdy się nie kończyło, aby światło słońca, ciepło i wysokie błękitne niebo były wieczne. Ale to było dawno. W innym miejscu, w innym życiu.

Zgodnie ze wskazówkami ściennego zegara spotkanie ma się rozpocząć za jedenaście minut. Jak dotąd wszystko idzie dobrze. Razem z Ruudem zrobili kanapki i napełnili termosy kawą. Ustawili krzesła w porządne kółko na szarej wykładzinie; dwanaście odrapanych, metalowych składanych krzeseł – prawdopodobnie za dużo, ale nie na tyle, żeby w kręgu powstały zbyt duże luki; na siedzeniu każdego z nich umieścili paczkę tanich chusteczek higienicznych.

Gdy wszystko było przygotowane, Ruud otworzył podwójne drzwi hallu. Wpuścił dwoje uczestników, którzy przyszli za wcześnie. Wraz z nimi pojawił się zapach rozgrzanego, zroszonego deszczem asfaltu. Lubiła ten zapach najbardziej ze wszystkich woni miasta. Być może dlatego, że miał w sobie coś oczyszczającego. Nowy początek. Właśnie taki, jaki miał być dzisiejszy dzień.

Pierwszy uczestnik spotkania, którego wpuścił Ruud, był mężczyzną w jej wieku, między trzydziestką a czterdziestką. Miał tatuaże na ramionach, pogniecione ubranie i głowę jakby trochę za dużą w stosunku do reszty ciała. Prawdopodobnie do tego wrażenia przyczyniała się broda. Była gęsta, nierówno przystrzyżona i zaniedbana; sponad niej patrzyły pozbawione blasku, zaczerwienione oczy; podobnych par oczu będzie dziś więcej.

Druga osoba to starsza, siwowłosa kobieta, niewiele młodsza od Ruuda. Włosy ma splecione w długi warkocz zwisający na plecach. Oczy za okularami patrzą łagodniej niż oczy wytatuowanego brodacza, niemniej spojrzenia obojga są do siebie podobne.

Ruud troskliwie prowadzi przybyszów do stolika z kawą, a ona ma właśnie zamiar podejść i się przedstawić, gdy naraz ogarnia ją to uczucie: przeświadczenie, że popełniła wielki błąd i że nic się nie uda, absolutnie nic.

Cholera jasna!

Wypada do kuchni, ląduje na krześle, dokładnie sekundę wcześniej, nim nogi odmówią jej posłuszeństwa. Twarz w dłonie, głowa między kolana, głębokie, powolne oddechy.

Wdech

Wydech

Wdeeech

Wyyydech

Przez wahadłowe drzwi przenika głos Ruuda prowadzącego uprzejmą wstępną pogawędkę. Owija się wokół jej mózgu, miesza się z rytmem pulsu w skroniach.

– Przyjechała pani autobusem?

Łup, łup.

– Aha, metrem.

Łup, łup.

– A pan Lars jak zwykle samochodem?… Dało się zaparkować w pobliżu?… Tak, w tej dzielnicy trzeba uważać, gdzie się zostawia samochód. Straż miejska jest nadgorliwa.

Łup, łup, łup.

Teraz słyszy inne odgłosy, kolejni uczestnicy stają na szorstkiej wykładzinie, zatrzymują się, patrzą lekko przymrużonymi oczami w górę, na jarzeniówki, dopóki Ruud ich nie odnajdzie i nie zachęci do przyłączenia się do grupy za pomocą przynęty, której mało kto potrafi się oprzeć:

– Zapraszam, tam są kanapki i kawa.

Ociągające się, niepewne kroki, cichy trzask oddzielanych od siebie plastikowych kubków, sapanie pompki termosu. Jej oddech staje się lżejszy, ale jeszcze nie ma odwagi się wyprostować. Patrzy w dół, na płytki w podłodze. Wpatruje się w jedno ze spojeń między płytkami, szarobrunatne od tłuszczu i brudu. Wszystko tu jest tłustawe, nawet powietrze. Zastane opary gotowania z ostatnich trzydziestu lat, pozostawiające słone, lepkie uczucie w gardle.

Szmer rozmów za drzwiami przybiera na sile, odbija się echem od ścian dużego pokoju.

– Autobus, metro, parking?

– Dobrze, że trochę popadało. Dobrze dla trawników. Poza tym wspaniałą pogodę mieliśmy tego lata, prawda? Prawie jak nad Morzem Śródziemnym.

– Macie jakieś plany na weekend?

Żałuje, że nie postąpiła inaczej. Żałuje, że nie wzięła świadectwa pracy, które jej proponowano, i nie zwiała. Rozsądny człowiek tak by zrobił. Rzuciłby wszystko i zaczął od nowa w innym miejscu. Obojętnie gdzie. Inne miasto, inny region kraju. Może nawet inny kraj, czemu nie?

Jeszcze nie jest za późno.

Tylne wyjście z budynku jest dokładnie przed nią. W kieszeni ma klucze. Między drzwiami a ulicą są cementowe schody i kilka pojemników na śmieci. Mogłaby uciec w ciągu minuty. Ale podpisała umowę, przekonała ich, że zasługuje na jeszcze jedną szansę. Przekonała samą siebie, że to będzie ostatnia szansa.

Gwar w pokoju zebrań coraz bardziej się nasila. Termos z pompką nadal syczy. Im bardziej się opróżnia, tym głośniejszy jest ten dźwięk. Zaczyna brakować tematów do rozmowy.

– Tak, tak… Na pogodę w tym roku naprawdę nie można narzekać…

Prostuje plecy, spogląda na tylne wyjście. Przymyka oczy. Jej palce wędrują po prawym przedramieniu, paznokcie skrobią biały materiał bluzki, mankiet zaczyna przesuwać się w kierunku łokcia. Za minutę mogłaby znaleźć się na mokrym od deszczu asfalcie. Na wolności. Coraz dalej od tego miejsca.

Otwierają się wahadłowe drzwi i wchodzi Ruud. Przykuca, dotyka jej kolana.

– Wszystko w porządku, Veronico?

Jego wielka dłoń jest ciepła, wyraźnie odznaczają się na jej grzbiecie starcze znamiona. Ile on właściwie ma lat? Prawdopodobnie bliżej mu do siedemdziesiątki niż sześćdziesiątki. Pracuje tu od dwudziestu lat, zetknął się ze wszystkimi niedolami i niepowodzeniami, z jakimi można się zetknąć. Zasłużył na swoją emeryturę, bez wątpienia. Jednak nie odchodzi, pracuje dalej. Dlaczego? „Bo mam w pracy darmową kawę”, mówi. Wybuch śmiechu po tej odpowiedzi zawsze uwalnia go od dalszych pytań. Sprytna metoda. Powinna sama ją wypróbować.

Spogląda mu w oczy, zmusza się do uśmiechu. Obciąga rękaw bluzki na przegub. Ruud sądzi, że ona się boi, i w pewnym sensie ma rację. Ona straszliwie się boi. Jest sparaliżowana strachem. Jednak nie jest to cała prawda.

– W porządku. Próbuję się tylko trochę skupić. Powtórzyć sobie w myślach cały proces – mówi i lekko stuka w notatnik, który trzyma na kolanach.

– To dobrze. – Ruud wyciąga rękę, pomaga jej wstać. – Kiedy ostatnio pracowałaś? Trzy miesiące temu?

Mimo że mają ze sobą do czynienia prawie od tygodnia, Ruud nadal zachowuje się tak, jakby nie znał umowy w najdrobniejszych szczegółach. Jakby to nie on miał sprawdzać, czy Veronica dokładnie wypełnia wszystkie warunki.

A ona, tak jak wcześniej, gra w tę samą grę.

– Minęły dwa miesiące, dwa tygodnie i cztery dni. Co nie znaczy, że liczę dni.

Ruud odpowiada śmiechem.

– Właściwa odpowiedź. Zobaczysz, że tu jest prawie tak samo, jak w twoim dawnym miejscu pracy.

Wprowadza ją do sali zebrań, delikatnie trzymając za łokieć. Puścił go, zanim uczestnicy spotkania zdążyli się odwrócić.

Dziewięć osób, trochę więcej niż spodziewała się zobaczyć w piątkowe popołudnie. Umykające spojrzenia, krzywe uśmiechy, lekkie skinienia głów. Unosi się nad nimi uczucie beznadziei, jak lepka błona, mocno przyklejona do ciemnych kątów, do których nie całkiem dociera światło jarzeniówek; hamuje dopływ powietrza.

Veronica wymusza z siebie jeszcze jeden uśmiech, siada na krześle i otwiera notatnik. W gardle czuje uderzenia serca, co przyprawia ją o lekkie mdłości, a na sobie wzrok Ruuda, ale nie patrzy w jego stronę. Próbuje nie myśleć o tym, dlaczego Ruud jest tu obecny.

Głęboki wdech. Wsłuchuje się w uczucie w płucach. Bez trudu sięga do krawędzi lodu.

– Dzień dobry, witam wszystkich. Nazywam się Veronica Lindh i jestem terapeutką specjalizującą się w terapii rozmową dla osób, które przeżywają stratę kogoś bliskiego. Wcześniej przez cztery lata pracowałam w ośrodku terapii w północnym rejonie miasta, a od dziś zaczynam pracę w rejonie południowym.

Zdziwiona jest pewnym, spokojnym tonem własnego głosu. Brzmi obco, tak jakby głos Veroniki Lindh nie był jej głosem – co się w pewnym sensie zgadza.

– Ta grupa terapeutyczna przeznaczona jest dla nas, dla ludzi, z których każdy stracił bliską, kochaną osobę.

Wszystkie spojrzenia skierowane są na nią. Serce tłucze się o lód tuż pod żebrami. Wyobraża sobie, że z każdym uderzeniem lód trochę ustępuje. Uderzenie po uderzeniu – aż wreszcie powstanie wąska szczelina, przez którą będzie można dojrzeć strużkę czarnej wody.

– Kiedy miałam czternaście lat, straciłam matkę. Pewnego wieczoru napełniła kieszenie swojego zimowego płaszcza kamieniami i weszła na lód na jeziorze.

Teraz nie wolno jej się wahać. Nie wolno się zatrzymywać, nie wolno spoglądać w dół. Kolejny wdech. Lodowate zimno powoli wypełnia klatkę piersiową.

– Na przeciwległym brzegu jeziora stał jakiś mężczyzna. Powiedział później, że mama szła prosto przed siebie, chociaż wyraźnie słychać było, że lód pęka i trzeszczy. Kiedy krzyknął do niej, zatrzymała się na chwilę na środku jeziora i popatrzyła na niego. A potem nagle już jej nie było.

Zmusza się, aby nie myśleć o szczelinie w lodzie. Wyobraża sobie, jak lód zamyka się na nowo, nad mamą i nad szczeliną pod jej sercem. Zmienia się w twardy pancerz.

Odchrząkuje, ostrożnie obejmuje okładkę notatnika. Nikt nie zdążył dostrzec, że drżą jej ręce, nawet Ruud.

– Mama nas zostawiła – mówi. – Zostawiła mojego ojca, mojego starszego brata i mnie. Musieliśmy radzić sobie sami. Potrzebowałam wielu lat, bym przestała być na nią zła. Bym przestała zadawać sobie to pytanie, które wy wszyscy sobie zadajecie.

Przełyka ślinę, kilka razy; czuje, że jej żyły wypełniają się czymś milszym od lodowatej wody jeziora. Dała sobie radę. Poświęciła się, a teraz pora na wytęsknioną nagrodę. Liczy do dziesięciu, a potem zwraca się do siedzącej najbliżej uczestniczki. To ta siwa kobieta z warkoczem.

– Proszę.

Zachęcająco kiwa głową w kierunku kobiety i słyszy, jak ta nabiera powietrza do płuc. Nowa opowieść, a jednak dobrze znana.

Córka, nowotwór, nie skończyła trzydziestu lat.

Przybiera współczujący wyraz twarzy, bazgrze kilka słów w notatniku. Długopis szybko się porusza, zamienia cierpienie na tusz. Siwa pani płacze. Podczas gdy jej opowieść się rozwija, łzy toczą się cicho, zatrzymują się na chwilę przy dolnej krawędzi okularów i płyną dalej po policzkach. Kolejne słowa.

Niesprawiedliwe, całe życie miała przed sobą. Tak mi jej brak.

Siwa kobieta kończy opowiadanie, zdejmuje okulary i wyciera je tanią chusteczką higieniczną. Powoli ją składa i wkłada do torebki, ostrożnie, jakby łzy były ze szkła i jakby zamierzała zabrać je do domu i położyć w witrynce, niczym przezroczyste perełki smutku.

Ta myśl rozprasza Veronicę, tymczasem zaczęła mówić następna osoba. Lars, ten brodaty. Kolejne słowa, twardszy głos. Veronica pospiesznie notuje. Jego opowieść też wciąga w tusz długopisu.

Żona, wypadek, pijany kierowca, uszkodzenie mózgu, zła opieka lekarska, nigdy nie wróciła do zdrowia.

Tu nie ma łez. Jest tylko gniew. Rozgoryczenie. Veronica uzupełnia nim notatki. Jej ręka wyraźnie lżej porusza się nad kartką.

Nienawidzę, wyobrażam sobie zemstę, chcę skrzywdzić. Oko za oko… Dostaną za swoje, wszyscy. Pijak za kierownicą, lekarze, wszyscy!

Lars milknie, łapczywie wciąga powietrze. Wygląda na to, że mu ulżyło, ale zaraz potem zaczyna sprawiać wrażenie zawstydzonego. Mamrocze coś, co nie dociera do Veroniki, i spogląda w dół, na swoje dłonie. Są duże, toporne, spękane; pęknięcia w skórze są tak głębokie, że nie da się z nich wypłukać brudu i resztek smarów. Dłonie taty, dłonie wujka Haralda. Dłonie Veroniki są gładkie i miękkie, o długich palcach, które najbardziej nadają się do trzymania długopisu. Piszące dłonie. Dłonie mamy. Veronica odpędza od siebie te myśli i skinieniem głowy daje znak następnemu uczestnikowi, że ma zacząć swoją opowieść.

Udziela głosu w kręgu zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Słowa mieszają się ze szlochami i z szelestem papierowych chusteczek. Długopis coraz szybciej sunie po papierze i coraz szybciej bije puls, pompujący hormony nagrody.

Takie nieszczęście, moja rodzina nigdy się z tym nie pogodzi. Nigdy, do końca życia.

Minutnik przesuwa się po pożółkłej tarczy ściennego zegara. Wskazówka zacina się trochę co pięć minut, zatrzymuje się na kilka sekund, po czym uwalnia się z trzaskiem.

Gdy wszystkie historie już zostały opowiedziane, pozostaje jedno słowo na dole ostatniej kartki, napisane wielkimi literami; słowo, które wszyscy powtarzają. Pytanie, które krąży pod sufitem i na które nikt nie potrafi odpowiedzieć, choćby powtarzał swoją opowieść w nieskończoność.

Dlaczego?

Veronica podkreśla to słowo, pogrubia długopisem litery i znak zapytania tyle razy, że długopis w końcu przebija papier. Przestaje, dopiero gdy minutnik ściennego zegara potrzaskuje po raz ostatni, na znak, że terapia na dziś skończona.

Ulga jest bezmierna, miesza się z endorfinami, które już zalały jej mózg. Lewa ręka znów trafia na prawe przedramię, skrobie z lekkim roztargnieniem materiał bluzki i podłużną bliznę, która się pod nim kryje.

To już koniec? – myśli Veronica. I zaraz potem: Kiedy będzie więcej?

2

Lato 1983

Właściwie był to dobry deszcz. Nie burzowa ulewa, kładąca na ziemię dojrzałe zboże, lecz miękki, spokojny deszcz, który delikatnie zwilżał ziemię i ustawał o wschodzie słońca, tak że kłosy i liście do południa wysychały. Żniwny deszcz, jak mawiali okoliczni rolnicy. To był dobry deszcz, który każdej innej letniej nocy ucieszyłby komendanta Kristera Månssona i mężczyzn zebranych wokół niego na podwórzu gospodarstwa Backa.

Månsson zsunął furażerkę na tył głowy i powiódł dłonią po czole. Niebieska mundurowa koszula lepiła mu się do karku, chociaż przed dobrą chwilą rozluźnił krawat.

Zdarzało mu się już szukać zaginionych, wmawiał sobie. W każdym razie ćwiczył poszukiwania kilka lat temu, na kursie dla wyższych funkcjonariuszy policji. Najważniejsze było planowanie, organizacja i kierowanie akcją. Należało metodycznie przejść wszystkie możliwe opcje, by na koniec natrafić na tę właściwą. Jednak w ciemności i w deszczu łatwiej było to powiedzieć niż wykonać.

Część mężczyzn zostawiła włączone silniki w samochodach, ustawionych kręgiem wokół Månssona na podwórzu przed domem Nilssonów. Reflektory oświetlały powiększającą się grupę ludzi, zmieniając ich w cieniste postacie o wyraźnie oświetlonych nogach i podbrzuszach oraz widmowych twarzach, których rysów nie dawało się odróżnić. Ale to ostatnie nie było potrzebne. Wszyscy rozpoznawali siebie nawzajem. Wszyscy się znali.

Månsson zwrócił uwagę na ich spojrzenia. Lekko obciągnął pogniecioną, trochę przyciasną kurtkę munduru, która przestawała stawiać opór deszczowi, poprawił furażerkę i uniósł rękę nad głowę.

– Baczność!

Ani okrzyk, ani gest nie uciszyły szmeru głosów wokół niego. Zastanawiał się, czy nie powinien wdrapać się na platformę stojącej obok niego furgonetki, ale uznał, że metalowe obramowanie jest zbyt wysokie i zbyt śliskie, i że akurat teraz nie powinien ryzykować wystawiania na szwank swojego autorytetu. Spróbował zatem jeszcze bardziej podnieść głos i nadać mu ton odpowiedni dla przedstawiciela władzy.

– Baczność, wszyscy!

Efekt był tylko nieznacznie lepszy.

– Zamknijcie mordy, do cholery! Månsson ma coś do powiedzenia. Czas ucieka, a wy ględzicie o pierdołach!

Ostry głos należał do wysokiego, chudego mężczyzny, który bez trudu wskoczył na platformę furgonetki za plecami Månssona. To był Harald Aronsson, wuj chłopca. Rozmowy natychmiast ucichły, a grupa mężczyzn stanęła ciaśniejszym kręgiem wokół policjanta i samochodu.

Månsson odchrząknął, z aprobatą skinął głową Aronssonowi, który na ten gest nie odpowiedział.

– Większość z was już wie, co się zdarzyło, i chce jak najszybciej rozpocząć poszukiwania – zaczął Månsson. – Ale wszyscy powinniśmy mieć taki sam punkt wyjścia, dlatego krótko podsumuję, co na razie wiemy.

Przerwał na chwilę, aby ci, którzy przybyli ostatni, mogli podejść wystarczająco blisko, by go słyszeć.

– Szukamy małego chłopca, Billy’ego Nilssona, blisko pięcioletniego. Ostatni raz był widziany przez swoją matkę wkrótce po godzinie ósmej, co znaczy, że nie widziano go od…

Månsson spojrzał na zegarek, kwadratowy elektroniczny zegarek, który Malin dała mu w prezencie na dwudziestolecie ślubu. Miał cztery wystające metalowe przyciski; Månsson znał działanie tylko jednego z nich – tego, który włączał oświetlenie ekraniku; to się bardzo przydało teraz, w ciemności.

– …niecałych pięciu godzin. Rodzina przeszukała ogród, dom mieszkalny, stodołę i oborę, zanim około godziny jedenastej zawiadomiła policję. Tuż przed północą zaczęliśmy przeszukiwać ogród z psem policyjnym.

Wskazał dłonią na dom po przeciwległej stronie podwórza, co sprawiło, ku jego zadowoleniu, że większość mężczyzn zwróciła głowy w tym kierunku.

– Pies doprowadził nas do podkopu pod płotem na końcu ogrodu, od strony pola kukurydzy. Potem niestety stracił trop, prawdopodobnie wskutek deszczu albo dlatego, że chodzili tamtędy rodzice i rodzeństwo Billy’ego.

Opuścił dłoń i odczekał do chwili, w której znów skupiły się na nim wszystkie spojrzenia.

– Wygląda więc na to, że chłopiec przeczołgał się pod płotem i zabłądził wśród kukurydzy. Dobrze wiecie, że kukurydza urosła na wysokość dorosłego człowieka, toteż nietrudno się w niej zagubić, szczególnie w ciemności. Dlatego potrzebujemy waszej pomocy. Utworzymy cztery tyraliery…

Månsson zakończył wydawanie instrukcji i stwierdził z satysfakcją, że wszyscy obecni na podwórzu się do nich zastosowali. Podzielili się sprawnie na grupy i oddalili pieszo albo samochodami. Każdą grupą dowodził jeden z umundurowanych policjantów.

Wszystkim zależało na szybkim rozpoczęciu poszukiwań. Prawie wszyscy mężczyźni mieli dzieci i bez trudu mogli sobie wyobrazić straszny dramat, jaki przeżywają w tej chwili Nilssonowie. Ale w tej akcji chodziło też o zbiorowe uczucie ulgi, jakiego dozna cała okolica, kiedy mały Billy wróci do swojej mamy – przemoknięty, zmarznięty i wystraszony, ale cały i zdrowy. Bo tak oczywiście miało się stać. Wszyscy na to liczyli, a niektórzy może nawet czerpali przyjemność z pełnej napięcia sytuacji, myślał Månsson. Niejeden pewnie wręcz cieszył się na myśl, że to właśnie on odnajdzie chłopca. Ten, kto znalazłby Billy’ego Nilssona, nigdy już nie musiałby płacić za piwo w gospodzie ani za bilet wstępu do parku rozrywki; Harald Aronsson na sto procent by o to zadbał.

Månsson pracował na posterunku w Reftinge od czterech lat. Przeniósł się tu z rodziną, bo zbrzydły mu nocne zmiany, pijacy i psychopaci w Norrköping. Sprzykrzyło mu się patrzeć, jak młodsi, bardziej pazerni koledzy ciągle wyprzedzają go we wspinaczce po szczeblach kariery. W Reftinge, na skraju skańskiej równiny, nie był na to wszystko narażony. Tu był szefem dla dwunastu policjantów i dwóch pań, które odbierały telefony, przyjmowały zgłoszenia i wydawały zezwolenia na broń.

Urodził się i wychował w podobnej rolniczej okolicy na równinach Wschodniej Gotalandii i rozumiał, jak funkcjonują wiejskie społeczeństwa; prawdopodobnie między innymi dlatego dostał pracę w Reftinge. Z doświadczenia wiedział, że na wsi ludzie ciężko pracują i pomagają sobie nawzajem. W większości przypadków przestrzegają dziesięciu przykazań, co oznaczało, że lista przestępstw popełnianych w Reftinge obejmowała włamania, kłusownictwo oraz prowadzenie samochodu w stanie nietrzeźwym albo bez prawa jazdy. Co do przestępstw za kierownicą, wiedział, że jego podwładni lubili przymykać na nie oczy. Działo się tak na podstawie swego rodzaju niepisanej umowy między mieszkańcami a siłami porządkowymi, która została zawarta na długo przed przybyciem Månssona. Na wsi samochód był niezbędny. Bez samochodu nie było pracy, a w konsekwencji chleba, Månsson zaś nie należał do ludzi, którzy chcą pozbawiać czyjąś rodzinę pieniędzy i jedzenia. Wystarczająco trudno było nie należeć do miejscowych – było to niełatwe nie tylko dla niego samego, ale także dla Malin i dzieci. Potrzeba było sporo czasu, aby się dostosować i zostać zaakceptowanym, zwłaszcza gdy mówiło się innym dialektem.

Månsson naprawdę starał się jak mógł. Przyzwyczaił się do tego, że jego nazwisko wymawiano Månssenn. Przestał pić kawę Gevalia i przeszedł na lokalną Skånerost, przyzwyczaił się też nazywać lunch obiadem. Zapisał się wraz z całą rodziną do klubu piłkarskiego i chodził do łaźni dokładnie o siódmej wieczorem w każdy czwartek, żeby w saunie pogadać z miejscowymi facetami. Te wysiłki się opłaciły. Zeszłego lata Malin została wybrana na zastępczynię skarbnika w klubie, a on sam – na trenera młodszych nastolatków. A wiosną zaproponowano mu dołączenie do jednego z większych klubów łowieckich. Cieszył się na jesienny sezon polowań, wręcz trudno mu było się doczekać.

Zanim nadejdzie jesień, prawdopodobnie zrobi się trochę bardziej niespokojnie, bo pod koniec żniw mężczyźni zwykle byli zmęczeni i drażliwi. Bójki, pijaństwo i niszczenie mienia, być może jakiś przypadek cięższego pobicia albo przemocy domowej. Gorsze rzeczy na ogół się tutaj nie zdarzały. Faktem było, że podczas ostatnich czterech lat pracy – aż do dzisiejszego wieczoru – nie zaistniała żadna sytuacja wymagająca szczególnego zaangażowania, za co był wdzięczny losowi. Wolał trzymać się z tyłu, nie wysuwać na pierwszy plan, popijać spokojnie poranną kawę, czytając lokalną gazetę oraz miesięczniki „Kraj” i „Szwedzkie Łowiectwo”, uczęszczać na zebrania stowarzyszenia przedsiębiorców, Czerwonego Krzyża i Rady Gminy. Albo na szkolnej wywiadówce spalić trochę listków haszyszu, żeby rodzice wiedzieli, jak pachnie – na wypadek gdyby jakiś przedsiębiorczy nastolatek przywiózł sobie trochę zioła z Danii. Czy też organizować – dla rowerzystów i kierowców – coroczny dzień bezpieczeństwa na drodze. Tego rodzaju zadania policyjne lubił i był w nich dobry.

Uświadomił sobie, że spojrzenia wszystkich skierowane są na niego, gdy podwórze zaczęli zapełniać stawiający się na wezwanie ochotnicy obrony terytorialnej. Ta świadomość zebrała się w twardą, kwaśną grudę w żołądku, rosnącą w miarę jak rosła grupa mężczyzn na podwórzu. Wszyscy patrzyli na niego, wszyscy wierzyli, że pomoże im uwolnić Nilssonów od koszmaru.

Månsson zwrócił wzrok w stronę wielkiego domu Nilssonów, w którym zapalone były chyba wszystkie światła. W jednym z okien dostrzegł dwie sylwetki. Dziewczynka i chłopiec, rówieśnicy jego dzieci. Poszukał w pamięci imion brata i siostry Billy’ego. Pamiętał, że ich ojciec miał na imię Ebbe. Ebbe Nilsson był spokojnym, zrównoważonym człowiekiem, który też nie lubił wysuwać się na pierwszy plan. W saunie zwykle siedział w milczeniu na jednej z niższych ławek, podczas gdy w rozmowie udzielali się inni – na przykład szwagier Ebbego, Harald Aronsson.

Wszyscy rzecz jasna znali matkę dzieci, Magdalenę Nilsson, z domu Aronsson. Była pierwszą Miss Groszku w lokalnym konkursie piękności. Czarno-biała fotografia z jej koronacji nadal wisiała w hallu Urzędu Gminy, chociaż konkurs odbył się ponad dwadzieścia lat temu. Zdjęcia nie usunięto nie tylko ze względu na urodę Magdaleny, lecz także z powodu jej nazwiska. Aronssonowie mieli wiele do powiedzenia we wsi i w okolicy. To dodatkowo komplikowało sytuację.

Månsson nadal szukał w pamięci imion dzieci, które stały w oknie na piętrze, ale mimo usilnych starań nie mógł ich sobie przypomnieć. Uniósł dłoń i pomachał dzieciom, nie bardzo wiedząc, dlaczego to robi. Nie odpowiedziały na jego gest. Czekały, aż znajdzie ich braciszka. Aż wszystko znowu będzie dobrze.

3

Veronica uważa się za całkiem przyzwoitego człowieka. Segreguje śmieci, płaci rachunki w terminie i od czasu do czasu ofiarowuje jakąś niewielką kwotę na cele charytatywne.

Do kościoła natomiast nie chodzi od wielu lat. Nie lubi wspomnień, jakie wzbudzają w niej kościoły. Z powodu tych wspomnień dzwoni do ojca najwyżej raz na miesiąc. Zwleka z wybraniem jego numeru, odkłada to na później, aż do chwili, kiedy nie może już uciszyć wyrzutów sumienia. Ojciec zawsze odbiera telefon po najmniej ośmiu sygnałach. Potem słychać, jak podnosi słuchawkę, i następuje kilka sekund ciszy, podczas których oboje, wbrew zdrowemu rozsądkowi, żywią nadzieję, że na drugim końcu połączenia odezwie się głos kogoś innego. A jeszcze później – rozczarowanie przy zderzeniu z rzeczywistością, rozczarowanie, którego ani ojciec, ani ona nie potrafią ukryć i na które nie może zaradzić żadna grzecznościowa pogawędka.

Veronica nie była w Reftinge od lat, nawet na urodzinach, chrzcinach i pogrzebach, chociaż oczywiście powinna była pojechać. Wie, że mieszkańcy wsi zwracają uwagę na takie rzeczy. Komentują.

To ją drażni, a jednocześnie drażni ją świadomość, że ciągle myśli o Reftinge jako o swojej rodzinnej miejscowości, chociaż wyprowadziła się stamtąd przed piętnastoma laty.

Stoi z Ruudem na szerokich schodach przed szarą bryłą ośrodka, wybudowaną w latach sześćdziesiątych. Przestało padać. Ciepło nagromadzone wokół nich w asfalcie, metalu i betonie sprawia, że wilgoć szybko wyparowuje. Rześki zapach znikł, wyparł go odór sfermentowanych śmieci, oparów kuchennych i spalin – zwykły letni strój wielkiego miasta. Veronica na parę sekund przymyka oczy, rozkoszuje się dobrym samopoczuciem, które też powoli wyparowuje.

– Dziękuję za dzisiejsze spotkanie i do zobaczenia w przyszłym tygodniu? – Pożegnalne zdanie siwej pani jest stwierdzeniem, któremu w jakiś sposób zdołała nadać ton pytania, tak jakby kobieta nie była pewna, czy następne spotkania się odbędą.

Veronica kiwa głową, ściska dłoń siwej pani – dłoń o drobnych, kruchych kostkach, delikatnych jak u pisklęcia.

– Tak, widzimy się za tydzień – odpowiada.

Siwa pani pokonuje cztery stopnie w dół, odwraca się i unosi dłoń w nieśmiałym geście. Potem mocno przyciska do piersi torebkę z perełkami smutku i powoli się oddala.

Veronica i Ruud w ciszy obserwują siwą kobietę podążającą ku stacji metra.

– Jak poszło twoim zdaniem? – pyta Ruud, nie odrywając wzroku od oddalającej się w stronę metra starszej pani.

Veronica wzrusza ramionami.

– Okej – odpowiada; jest to prawie w równym stopniu prawdą, jak i kłamstwem.

– Mhmmm. – Ruud wyjmuje z kieszeni puszeczkę ze snusem, umieszcza paczuszkę tytoniu pod górną wargą i poprawia jej ułożenie czubkiem języka. – Niewiele pytań zadawałaś.

Veronica ponownie wzrusza ramionami.

– Nie chciałam zaburzać rytmu. – Spogląda z ukosa na Ruuda i żałuje szorstkiego tonu swojej odpowiedzi. Należałoby okazać trochę więcej samokrytyki. Przecież będzie oceniana. – Oczywiście cenię sobie twoją opinię – dodaje.

Ruud trochę się krzywi, a może znów poprawia położenie paczuszki pod górną wargą.

– Jeżeli ty zaczniesz zadawać pytania, to inni też odważą się pytać – mówi. – Ważne jest, żeby grupa zaczęła rozmawiać, żeby spotkanie nie było serią monologów. Wszyscy powinni być aktywni. Na tym przecież polega terapia grupowa. – Patrzy na nią i uśmiecha się nieco złośliwie. – Zresztą dobrze to wiesz, tylko trochę zardzewiałaś. Jeszcze parę spotkań i wszystko zacznie się toczyć jak trzeba.

Veronica przytakuje, unikając wzroku Ruuda, aby nie dostrzegł, jaką ulgę poczuła. Siwa pani znikła z pola widzenia. Skryła się między budynkami jak wystraszona myszka.

– Słuchaj, to z twoją matką… – mówi cicho Ruud. – Nie wiedziałem, że ktoś widział, jak…

– Któryś z pracowników jej szukał. – Veronica jest zdziwiona tym, że jej głos brzmi tak spokojnie, że udało jej się odpowiedzieć na pytanie, zaznaczając jednocześnie, że nie życzy sobie dalszego indagowania.

Ruud nie daje się jednak powstrzymać.

– Straszna historia…

Wyraźnie chce, aby opowiadała dalej, aby mu się zwierzyła, chociaż znają się dopiero od tygodnia. Ale Veronica nie ma ochoty stawiać czoła nowym wyzwaniom, ani dla Ruuda, ani dla nikogo innego. Dalej wpatruje się w ulicę. Po chwili Ruud pojmuje jej zachowanie, odwraca się i spluwa przez zęby.

Stoją w milczeniu; cienie między domami wydłużają się. Z przebiegającej opodal obwodnicy słychać odgłosy popołudniowego ruchu samochodów.

– Dasz sobie radę, Veronico – mówi cicho Ruud. – To, co zdarzyło się wiosną, to była tylko chwilowa przeszkoda, którą musiałaś pokonać. Zachowaj spokój i koncentruj się na pracy, a wszystko wkrótce wróci do normy.

Veronica znów nie odpowiada. Jest w pewien sposób zadowolona z tego, że skończyła się trwająca od tygodnia zabawa w ciuciubabkę. Jej kolega wreszcie przestał udawać, że nie wie, dlaczego przesunięto ją do innego miejsca pracy, ale ona nie chce o tej sprawie rozmawiać. Podczas ostatnich miesięcy chyba ze sto razy wywróciła samą siebie na wewnętrzną stronę.

Jak sądzisz, dlaczego tak postąpiłaś, Veronico? W jaki sposób możesz uniknąć powtórzenia się takiej sytuacji? Jakie uczucie łączyło się z twoim zachowaniem?

Na ulicę tuż przed nimi wjeżdża motocykl. Silnik brzmi głucho, chrapliwie. Motocyklista ma na sobie niebieskie dżinsy i brązową skórzaną kurtkę. Kask jest matowoczarny, z nieprzezroczystą, ciemną osłoną twarzy. Motocykl mija ich bardzo powoli, niemal się zatrzymując. Kierowca zwraca głowę ku Veronice. Spogląda jej prosto w oczy.

Veronica nie ma urody modelki, cokolwiek by to znaczyło. Jest jednak zgrabna, wytrenowana, ma długie nogi i coś szczególnego w ustach i oczach – cechy, które odziedziczyła po matce i które stają się wyraźniejsze, gdy nakłada makijaż i rozpuszcza włosy. Cechy świadczące o wrażliwości, o tym, że została kiedyś zraniona. Zadziwiająco wielu mężczyznom to się podoba. Korzystała z tego, kiedy była młodsza, ale to było dawno temu, w innym mieście, w innym kraju. Teraz zaciska usta i wysoko unosi głowę. Mówi miękkim, ale stanowczym tonem, i patrzy ludziom w oczy. Jednak nadal zadziwiająco mało trzeba, żeby przyciągnąć mężczyzn. Jeden gest, jeden ruch głowy. Czasem wystarczy jedno spojrzenie.

Mężczyzna na motocyklu wciąż patrzy na nią przez ramię; wydaje się, że lekko skinął głową, jakby się znali. Ruud chyba też to zauważył.

– Znasz go? – usiłuje zadać pytanie rozbawionym tonem, ale brzmi w nim cień irytacji.

– Nie. – Veronica potrząsa głową, aby przekonać i Ruuda, i siebie, ale z jakiegoś powodu serce znów zaczyna jej bić szybciej.

Odprowadza wzrokiem mężczyznę, patrzy, jak jedzie dalej ulicą. Motocyklista nagle dodaje gazu. Veronica podskakuje na odgłos gwałtownego jazgotu silnika. Hałas odbija się od ścian budynków, brzmi jak ryk dzikiego zwierza i stopniowo cichnie, w miarę jak motocykl szybko się oddala.

– Może to ktoś, kto zbiera się na odwagę? Może chciał sprawdzić, jaka jesteś groźna, zanim zdecyduje się dołączyć do grupy terapeutycznej? – Ruud szturcha ją w bok i szeroko się uśmiecha.

Veronica oddaje mu szturchańca, czuje ulgę i wdzięczność.

– Jeżeli pomożesz mi zamknąć lokal, to odwiozę cię do domu – mówi Ruud. – Umowa stoi?

– Stoi!

Ruud odwraca się i idzie w kierunku drzwi. Veronica jeszcze przez parę sekund nie rusza się z miejsca. Spogląda w stronę, w którą odjechał motocykl. Słychać jeszcze odgłos jego silnika, przypominający odległe powarkiwanie.

4

Lato 1983

Månsson zorganizował punkt dowodzenia na werandzie z tyłu domu. Stamtąd miał widok na ogród, a przynajmniej tę jego niewielką część, którą można było zobaczyć w ciemności. Od czasu do czasu docierały do niego nawoływania szukających, przypominające głosy duchów. Dobiegały z pól otaczających gospodarstwo Backa.

– Bil-ly!

– Biiil-lyyy!

Månsson rozłożył wielką mapę na drewnianym ogrodowym stole i postarał się o lampę sztormową, którą powiesił na markizie nad swoją głową. Policyjne radio nastawione było na umówiony kanał. W miarę jak grupy poszukiwawcze mijały ustalone punkty, policjant zaznaczał je na mapie. Tak jak przewidział, wysoka kukurydza, ciemność i deszcz utrudniały orientację w terenie. Policjanci dowodzący tyralierami ochotników zmuszeni byli często przystawać, aby zmienić kierunek marszu albo pozbierać zabłąkanych poszukiwaczy.

Ktoś ostrożnie otworzył drzwi werandy za jego plecami. Pojawił się Ebbe Nilsson, niosący tacę z termosem, paroma kubkami i półmiskiem kanapek. Postawił to wszystko na tej części stołu, której nie zakrywała mapa.

– Pomyślałem, że pewnie przyda ci się coś ciepłego do picia – powiedział.

Månsson przyjął z wdzięcznością kubek kawy. Na kilka sekund ogarnęły go wyrzuty sumienia. Nilssonom zaginął synek, cała rodzina była w szoku, a Ebbe mimo to znalazł czas na zaparzenie kawy dla policjanta i nawet na przygotowanie czegoś do jedzenia. Ukradkiem przyglądając się mężczyźnie, sięgnął po kanapkę z kiełbasą.

Oczy Ebbego błyszczały niezdrowo, twarz była blada i pobrużdżona. Cienie i blade światło latarni pogłębiały wrażenie przemęczenia. Trzymał się jednak prosto i wyglądało na to, że w miarę panuje nad nerwami.

– Jak idzie? – spytał Nilsson.

Månsson machnął ręką w kierunku ogrodu i pola kukurydzy.

– Działamy. Ciemność i deszcz przeszkadzają. Ale zobaczysz, na pewno znajdziemy Billy’ego.

Ostatnie zdanie wymknęło mu się, zanim zdążył ugryźć się w język. Oczywiście nie powinien był go wypowiedzieć. Był policjantem wystarczająco długo, aby wiedzieć, że nie wolno obiecywać rzeczy, nad którymi nie ma się kontroli, a jednak niemal to zrobił. Ze współczucia, tłumaczył sam sobie, ale podejrzewał, że nie była to cała prawda.

Zatrzeszczało radio. Obejrzał się. Nie było nowej wiadomości, z głośnika dobiegał tylko szum, który zresztą prawie natychmiast ucichł. Przełknął ostatni kęs kanapki.

– Jak z Magdaleną? – Wskazał głową w kierunku piętra domu.

– Śpi – odburknął Nilsson. Zapewne uświadomił sobie, że zabrzmiało to trochę opryskliwie, bo pośpiesznie zmienił ton. – Była taka roztrzęsiona, że wzięła środek na uspokojenie. Ze zdenerwowania pomyliła się i zażyła podwójną dawkę, więc teraz twardo śpi. Może to dobrze, że na trochę straciła kontakt ze światem. Billy jest dla niej wszystkim… – Nilssonowi załamał się głos i dalszy ciąg zdania zagłuszył deszcz bębniący o markizę nad werandą.

– A starsze dzieci? – spytał Månsson i uświadomił sobie, że można było to pytanie zrozumieć na różne sposoby. Na szczęście Nilsson wybrał właściwą interpretację.

– Mattias i Vera poszli do łóżek, ale szczerze mówiąc, nie sądzę, aby zasnęli. Gdyby nie oni, też bym teraz tam był. – Wskazał na pole kukurydzy, od czasu do czasu rozświetlane błyskami latarek.

Jedna z grup poszukiwawczych najwyraźniej zawróciła i szła w kierunku domu Nilssonów. Månsson rzucił okiem na mapę i westchnął, stwierdzając, że grupa B zaczynała na nowo przeszukiwać teren wzdłuż płotu, chociaż ten odcinek sprawdzono już wcześniej tej nocy. Podniósł odbiornik radiowy, ale zamarł, trzymając go w dłoni. Nilsson przygarbił się, jego wzrok błądził po ziemi, a usta były wpółotwarte, jakby miał zamiar coś powiedzieć. Jednak z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Mężczyzna wyglądał na całkowicie załamanego, sprawiał wrażenie kogoś, kto za chwilę upadnie.

Månsson odkaszlnął. Zastanawiał się, co mógłby powiedzieć.

– Tu jesteś bardziej potrzebny, Ebbe – rzekł.

Po chwili wahania niezgrabnie poklepał Nilssona po ramieniu.

– Każdy inny może przeszukiwać pola, ale ty musisz czuwać nad Magdaleną i dziećmi. Poza tym ktoś tu przecież musi być, kiedy znajdziemy Billy’ego.

Znów obiecał więcej, niż mógł, ale jego słowa i gest w każdym razie trochę poskutkowały. Ebbe zamknął usta, potem powoli skinął głową.

Radio ponownie zatrzeszczało.

– Jesteś tam, Månsson?

– Słucham! – zawołał.

– Mówi Berglund, grupa B. Przewodnik z psem znaleźli coś na polu, mniej więcej dwadzieścia metrów od tego zagłębienia pod płotem.

– Co? – Månsson wstrzymał oddech. Spojrzał na Nilssona, który wyprostował plecy i zdawał się trochę odzyskiwać siły.

Radio jeszcze parę razy zaskrzypiało i głos Berglunda zaczął zanikać.

– …cik – dało się wysłyszeć.

– Powtórz! – rzucił Månsson, pochylił się nad mapą i usiłował ocenić, o którym miejscu była mowa. – Co znaleźliście, Berglund?

– Biało-niebieski bucik.

5

Ruud zatrzymuje swoje volvo przed jej domem. Woń żółtej choinki zapachowej, kołyszącej się pod lusterkiem, jest tak ostra, że kręci w nosie. Ruud odpina pas bezpieczeństwa. Veronice przychodzi na myśl, że kolega być może zamierza wprosić się do niej na kawę.

Już ciśnie się jej na usta jakaś kiepska wymówka, kiedy zauważa, że Ruud szuka czegoś w kieszeni spodni i po chwili z pewnym mozołem wydobywa puszeczkę snusu, po czym znów zapina pas bezpieczeństwa.

– Do poniedziałku – mówi Ruud. – Spotykamy się o dziewiątej, przy śniadaniu.

– Dokładnie tak – odpowiada Veronica.

Wysiada z samochodu, zanim Ruud zdąża umieścić tytoń pod wargą. Zatrzymuje się, z ręką na klamce.

– Dziękuję – mówi.

– Nie ma sprawy, dużo drogi nie nadłożyłem.

Veronica chce jeszcze coś powiedzieć, ale Ruud przymruża oko.

– W przyszłym tygodniu będzie łatwiej, Veronico. Mogę dać ci słowo.

Jej mieszkanie mogłoby należeć do kogokolwiek. Czterdzieści metrów kwadratowych umeblowanych mieszanką mebli z Ikei i okazjami z pchlich targów. Na prawo kuchnia i pokój dzienny, na lewo sypialnia. Praktycznie, czysto i rozsądnie. Żadnych rodzinnych zdjęć, obrazów ani plakatów. Nie ma też świec zapachowych, posążków pyzatego Buddy, suszonych bukietów ani magnesów na lodówce, takich z sentencjami w rodzaju Carpe diem albo Dziś jest pierwszy dzień reszty twojego życia.

„Zadziwiająco bezosobowe jest to mieszkanie”, stwierdził pewien wytatuowany na karku głupek, z którym spotykała się dawno temu, jeszcze przed Leonem. To był facet z gatunku „Jakim mnie, Panie Boże, stworzyłeś, takim mnie masz”. Tacy ludzie uważają się za szczerszych, naturalniejszych i lepszych od wszystkich innych tylko dlatego, że brak im zwykłej przyzwoitości i podstaw dobrego wychowania. Poza tym tatuowany kark był w łóżku taki, jak się można było spodziewać. „Narcystyczne beztalencie” – tak mu powiedziała, wywalając go za drzwi.

Niezbyt dobrze przyjął tę krytyczną uwagę. Jej rozklekotany stary samochód do tej pory ma na przednich drzwiach długie zadrapania wykonane kluczami tego faceta, ale zdążyły pokryć się rdzą tak bardzo, że prawie zlewają się z kolorem lakieru. Stanowią mgliste przypomnienie dawnej pomyłki.

W mieszkaniu jest gorąco i duszno. Veronica rozpina bluzkę pod szyją, otwiera jedno z okien w saloniku i lekko wychyla się przez parapet. Poprzez liście drzewa rosnącego pod oknem widzi oddalające się volvo Ruuda.

Na zewnątrz jest tylko o kilka stopni chłodniej niż w pokoju, i prawie tak samo duszno. Otwiera więc drugie okno, a potem wąskie, wychodzące na podwórze okienko w sypialni, w dość beznadziejnej próbie wywołania przeciągu.

Żarówka w lodówce mruga niepokojąco. Pewnie niedługo się przepali, trzeba dopisać jeszcze jeden punkt do listy rzeczy do załatwienia. W lodówce stoi butelka wody mineralnej, parę opakowań z soją i stare pudełko z gotowym jedzeniem o nieznanej dacie przydatności do spożycia. Veronica stoi przez chwilę przy otwartych drzwiach lodówki, rozkoszując się chłodem, po czym wyjmuje wodę mineralną. Gaz się ulotnił, woda ma słonawy smak.

Chwilowa przeszkoda.

Ruud dobrze jej życzy. I on, i pracownicy działu personalnego uważają, że doskonale wiedzą, kim ona jest i co jest dla niej najlepsze. Tak naprawdę nie mają o tym pojęcia.

Zatem dlaczego daje się tak protekcjonalnie traktować? Dlaczego zgodziła się na wszystkie warunki umowy, które wynegocjował dla niej związek zawodowy? Przecież mogła po prostu pożegnać się i odejść.

Dobre pytania, szczególnie na ten wieczór. A odpowiedź jest i pozostanie ta sama: dlatego, że postanowiła przestać uciekać, gdy położenie staje się zbyt trudne. To brzmi sensownie, świadczy o dojrzałości i poczuciu odpowiedzialności, ale prawdziwy powód, dla którego nie odeszła, dla którego zaakceptowała wszystkie ich wymagania, jest znacznie mniej szlachetny.

Spogląda na telefon stojący na przeciwległym krańcu kuchennego stołu. Czerwone światełko nie mruga. Nie ma żadnych wiadomości. Niczego innego się nie spodziewała, a jednak to nieruchome czerwone oczko sprawia jej przykrość. Ożywienie, jakie dała jej grupowa terapia, już się rozwiało, po ciele rozlewa się drętwota i przygnębienie. Przez chwilę bawi się myślą o podniesieniu słuchawki. O tym, by pozwolić palcom wybrać zakazany numer, po to tylko, aby usłyszeć głos Leona. Oczywiście tego nie zrobi. Nie jest idiotką i wścieka się na samą siebie za to, że mimo tej świadomości nie ma odwagi korzystać z telefonu komórkowego, ponieważ SMS-y piszą się i wysyłają prawie same.

Wchodzi do łazienki. Na podłodze leży stos ciuchów: biała bluzka z długimi rękawami – wygląda w niej jak zakonnica – czarne spodnie, bawełniane majtki, które kupuje w H&M w opakowaniach po pięć sztuk. Tanie, zwyczajne szmatki, równie bezosobowe jak jej mieszkanie.

Woda jest letnia, nawet gdy ustawi się kran na najniższą temperaturę. Pozwala spływać strumieniowi po całym ciele, także wzdłuż zębatej czerwonej blizny biegnącej przez niemal całe prawe przedramię. Za kilka lat nawet ta szrama zblednie, wtopi się w tło, tak jak rysy na drzwiach samochodu. Zmieni się w zamglone wspomnienie dawnej pomyłki.

Teraz czuje się lepiej, jakby woda spłukała ponure myśli. Owija się białym frotowym szlafrokiem, który ukradli z Leonem z przytulnego hoteliku w miasteczku Trosa, gdzie Leon pierwszy raz wyznał jej miłość. Bierze papierosy i popielniczkę i siada przy wąskim okienku sypialni. Właściwie rzuciła palenie. To część jej własnego planu terapii. Żadnych używek, ani nikotyny, ani alkoholu. Przede wszystkim – nie korzystać z tego ostatniego.

Na ulicy zapalono już latarnie. Widać rojące się wokół nich owady. Przez moment Veronica myśli o ćmach, które w jej rodzinnym domu czasem wlatywały przez drzwi werandy i szeleszcząc skrzydłami, zataczały taneczne kręgi wokół kuchennej lampy. A potem przypomina jej się wyraz niepokoju na twarzy mamy na widok tańca owadów.

Dziwi ją to wspomnienie. Zapala papierosa, wydmuchuje dym prosto w letni wieczór. Próbuje skierować myśli na inny szlak. Taki, który nie zaprowadzi jej na lód.

Papieros spala się szybciej, niż sądziła, zdusza więc niedopałek w popielniczce i zastanawia się nad zapaleniem kolejnego. Zanim zdąża podjąć decyzję, dostrzega coś na ulicy. Słaby płomyczek błyska, drży przez kilka sekund, po czym znika i zostaje zastąpiony przez żarzący się punkcik. Pewnie jakiś sąsiad wyszedł ukradkiem na wieczornego dymka.

Zaciekawiona, wychyla się trochę dalej, usiłuje dostrzec przez liście drzewa, kto pod nim stoi. Jedyne, co zdradza obecność palacza, to kropeczka żaru, która przygasa i rozpala się na nowo w rytm zaciągania się dymem.

Veronica wyobraża sobie, że ten ktoś pod jej oknem wymknął się na papierosa, chociaż obiecał, albo obiecała, swojej drugiej połowie, że przestanie palić. Widzi oczyma duszy, jak ta osoba usiłuje wywietrzyć ubranie z tytoniowego dymu. W kieszeni ma miętówki, które mają ukryć woń wykroczenia.

Lekko uśmiecha się do tych myśli. Podoba jej się, że siedzi tu, wysoko, niesłyszalna i niewidoczna, a palacz na ulicy kryje się ze swoją tajemnicą. Veronica ma uczucie przewagi, kontroli, zbliżające się do przyjemnego podniecenia, tak jak podczas terapii grupowej tego popołudnia.

Żar papierosa rozjaśnia się jeszcze raz, potem leci łukiem do rynsztoka. Przerwa na palenie chyba się skończyła, palacz powinien wejść do bramy. Ale nic takiego się nie dzieje. Osoba, która paliła papierosa, zapewne nadal stoi pod oknem. Veronica wychyla się jeszcze bardziej; wydaje jej się, że rozpoznaje zarys ciemnej sylwetki pod drzewem. Widzi jaśniejszą plamę – twarz zwróconą nieco ukośnie w jej stronę. Gwałtownie się cofa, całym ciałem. Czuje się zdemaskowana. Przejrzana.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki