Wydawca ebooka: Videograf Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 316 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 42 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 42 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Koniec gry - Adam Cioczek

Historia rozgrywki, w jaką podejrzany o zabójstwo mordercy swojego syna Edward Chojar wciąga prokuratora Tomasza Brackiego i adwokata Adama Getza. Tych trzech mężczyzn łączą tajemnice sprzed lat, które wyjdą na jaw w toku prowadzonego śledztwa i pełnych emocji przesłuchań. Życie zawodowe przenika się z życiem osobistym, sprawiając, że każdy z prawników będzie musiał zmierzyć się z samym sobą, by móc postawić następny krok. Adwokat ma osobisty powód, by być śmiertelnym wrogiem swojego klienta. Prokurator ma równie mocne przesłanki, by bronić Chojara i stanąć po jego stronie. A między nimi jest podejrzany, który, będąc nałogowym hazardzistą, bawi się w najlepsze, tocząc najważniejszą i najtrudniejszą grę w swoim życiu. W tym labiryncie zdarzeń są także kobiety i miłość, która czasem nadaje kierunek, innym razem komplikuje życie prawników. Adam Cioczek – pisanie to jego zawód, pasja i miłość. Urodził się w 1982 roku w Lublinie. Ukończył studia scenariopisarskie w Warszawskiej Szkole Filmowej. Jest także absolwentem filozofii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Pisał scenariusze m.in. do seriali: "Samo życie", "Pierwsza miłość", "Malanowski i partnerzy". Obecnie pracuje nad kolejną książką.

Opinie o ebooku Koniec gry - Adam Cioczek

Fragment ebooka Koniec gry - Adam Cioczek

Redakcja:

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki:

Pracownia WV

Na okładce wykorzystano:

© nobeastsofierce/Fotolia.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie:

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca:

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej:

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © Adam Cioczek

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-356-0

ROZDZIAŁ PIERWSZY I OSTATNI. Rozgrywka

Odsłonił firankę, by popatrzeć na ogród. Niczym niezmącona cisza kładła się ospale na konarach drzew i krzewach. Upalne popołudniowe słońce jak najlepszy złodziej zwiedzało każdy kąt jego domu. Nie było powodu, by protestować. Zamknął oczy i pozwolił, żeby ta prosta, ciepła przyjemność osiadła na dłoniach i karku. Jak najcudowniejszy lek wdarła się do każdej komórki ciała, by przynieść choć odrobinę spokoju. Nie minęła minuta, gdy otworzył oczy, by rozwiać iluzję. Nie ucieknie w sen, kiedy coś wciąż go woła. Wychylił się przez okno i zatrzymał wzrok na dwóch małych sikorkach, które grzejąc się leniwie na pukającej w szybę gałęzi, zerkały z pogardą do wnętrza, bez najmniejszej ochoty zrywania się gdziekolwiek. W tym względzie te ciche, drobne stworzenia posiadły umiejętność, o której on sam mógł tylko pomarzyć. Nigdy nie potrafił usiedzieć na miejscu i tej sztuki już raczej nie opanuje.

Spojrzał na dłonie i pomyślał o czasie, który upłynął. Nazywał się Edward Chojar. Miał pięćdziesiąt osiem lat. Wypowiedział liczbę na głos i zdziwił się tak, jak zaskoczone jest dziecko, które pierwszy raz dostrzega, że świat jest inny niż ten z bajek opowiadanych do snu przez rodziców. Wiedział, że ta godzina nadchodzi i lada moment znów odczuje życie w jego wszystkich odcieniach. Że znów będzie jak kiedyś. Czekał więc. I odliczał minuty. Kolejny raz zatrzymał wzrok na lekko pomarszczonej dłoni. Co ona oznacza? Że się postarzał, zmienił? Bzdura. Coś niby jest inaczej, lecz człowiek i tak stale walczy o to samo. Jakiś głos każe być ciągle na baczność, nie pozwalając usnąć w fotelu. Może ze strachu, że nie nadejdzie pobudka i szlag trafi wszystko? Czym się różnił od chłopca, którym był wieki temu, kiedy pierwszy raz przeładował broń? Kiedy pierwszy raz mknął skradzionym autem przez mokrą od deszczu autostradę? Kiedy po raz pierwszy kochał się z kobietą? Kierował nim ten sam głód, który zbudził się kilkadziesiąt lat temu i towarzyszył mu jak wierny cień przez całą drogę.

Większość jego kumpli przez pewien czas także cierpiała na tę chorobę. Tylko że każdy z nich, szybciej lub wolniej, znajdował w końcu odtrutkę w postaci stałej pracy, żony i dzieci. Odwyk działał zazwyczaj tak skutecznie, że dawni szaleńcy zamieniali się w potulne domowe zwierzątka i nawet nie myśleli o wystawianiu nosa dalej niż za krawędź kanapy. W jego przypadku żaden odwyk nie działał. „Tego za cholerę nie zmienisz” – pomyślał. Musiałby urodzić się kimś innym. Może byłoby łatwiej, gdyby jedynymi potrzebami były pilot i telewizor. Gdyby umiał tak jak większość: pensja co miesiąc, grill w weekend i zimne piwo jako sens wszystkiego. Ludziom to wystarcza. Dlaczego nie jemu? U niego stale coś musiało się dziać. Przeżył tyle lat pod znakiem tego napięcia, lecz zawsze potrafił w jakimś stopniu uciszyć je, zapanować nad nim, ustawić przed oczami przynajmniej niewielki cel, dzięki któremu podtrzymywał ciśnienie na niezbędnym poziomie. I czuł, że żyje.

Dopiero w ostatnim czasie żaden głos nie przerwał ciszy, a on wynudził się za trzech. Jakby ktoś z niewiadomych powodów zabrał mu ulubione zabawki i skazał na bezruch. Niczym żołnierz ubrany w mundur, z nabitym karabinem w ręku czekał na rozkaz. Bez efektu. Dlatego bardziej niż kiedykolwiek potrzebował dowodu, że jeszcze nie zardzewiał do reszty, a jego umysł był wciąż sprawny na tyle, by samemu sobie wymyślić plan, który odmieni wszystko. Jeśli świat milczy zbyt długo, trzeba huknąć za niego. „Żal tylko ogrodu” – nagła myśl przemknęła przez głowę. Doglądany dotąd codziennie, będzie musiał liczyć już tylko na siebie i kaprysy natury, które przyniosą deszczową ulgę lub zamęczą suszą przez niekończące się tygodnie.

Zerwał się z krzesła, o które wcześniej oparł łokieć, żeby nie upaść. Poczuł, że kołowrót myśli zabrnął za daleko i zwariuje, jeśli natychmiast nie wyjdzie. Wyrwać się czym prędzej. Gdziekolwiek. Przeżyć jakoś te kilkadziesiąt godzin, które dzielą go od najważniejszej chwili. Nawet nie pamiętał, kiedy trzasnął drzwiami i przekręcił klucz w zamku, by szybko stwierdzić, że powietrze, ciężkie i duszne, nie przynosiło ulgi. Czerwiec podarował upał, a rozgrzane lubelskie ulice nie miały na niego żadnego sposobu. Wysiadł z autobusu w centrum miasta. Mijał Narutowicza, zmierzając w stronę Ogrodu Saskiego. Szedł w zasadzie bez celu, za wszelką cenę próbując wymyślić jakąś czynność, która rozluźni mięśnie i oderwie od hałasu w głowie.

Gdy kupował w kiosku paczkę papierosów i codzienną gazetę, w pobliżu grupka młodych osób ryknęła śmiechem. Odsłonięte udo dziewczyny podziałało jak magnes. Od zawsze to samo. Mogliby pieprznąć bombą atomową, a on dalej stałby jak oniemiały. I niech nie wciskają kitu, że teatr, wiersze, muzea, literatura… Jedyną sztuką, jaką znał, była ta, na której zatrzymał wzrok. „Mogą cię już nawet kremować, a i tak się obejrzysz za takim zjawiskiem”. Tymczasem nastolatka walczyła z bezużytecznością zapalniczki. Podszedł i zapalił jej papierosa, by mieć powód przyjrzeć się z bliska. Świeży zapach damskich perfum precyzyjnie pobudził zmysły. „Wracaj do życia, stary kretynie!” – strofował się w myślach. I odszedł w głąb parku, zajmując miejsce na jednej z ławek, z widokiem na taplające się w stawie kaczki. Dwójka dzieci rzucała do wody kawałki chleba, a ich matki prażyły się w słońcu.

Rozłożył gazetę. Ktoś umarł. Ktoś wyłudził pieniądze. Politycy wciąż z wojennym toporem w ręku szukali kolejnych głów do ścięcia. Jaki był powód, by przyswajać te brednie? Dlaczego miał brnąć przez potok kolejnych newsów ze świata gwiazd i gwiazdeczek? To nie było jego życie. I raczej nigdy nie będzie. Odłożył gazetę i odszedł w stronę prześwitu między drzewami, skąd roztaczał się widok na miasto. Lublin. Skąpany w letnim słońcu, przywoływał dawno zamknięte rozdziały. Lekki wiatr przyniósł chwilową ulgę i wzmógł nastrój nostalgii. Na każdym kroku wspomnienie. W co drugiej bramie historie z dawnych lat. „Można stąd uciec na koniec świata, a obraz tych miejsc zostanie z tobą na zawsze” – pomyślał.

Przeniósł wzrok na drugą stronę ulicy. Na parkingu dwóch nastolatków próbowało wyłamać zamek w srebrnym aucie. Wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że robią to po raz pierwszy.

– Szybciej! – Pierwszy z chłopców rozglądał się nerwowo na boki, próbując wypatrzeć zagrożenie.

– Coś nie idzie. – Ręka drugiego utknęła w martwym punkcie zamka.

– Dawaj to! – Stojący do tej pory na czatach przejął stery i sprawnym ruchem dłoni pokonał przeszkodę.

Gdy sukces wydawał się na wyciągnięcie ręki, uruchomiony alarm przekreślił naiwny plan.

– Spierdalamy! – Krótki rozkaz wystarczył, by obaj wzięli nogi za pas.

Chojar poczuł, jak drętwieją mu dłonie. Gdyby ktoś dał mu lusterko, zobaczyłby błysk w oku, jakiego nie powstydziłby się żaden trzydziestolatek. „Wracaj na ławkę. Pewnie jeszcze nikt nie zabrał gazety. Albo idź do cukierni za rogiem. Dają tam niezłe espresso”. Teoretycznie mógł wykonać każdy ruch, ale z jakiegoś powodu czuł, że klamka zapadła i nie ma odwrotu. „Przekraczasz cienką granicę, za którą pytania i wątpliwości przestają istnieć”. Drzwi samochodu były otwarte, a społeczna znieczulica miała gdzieś wyjący wniebogłosy alarm. Przyśpieszył. Nie minęła minuta, gdy wsiadł do porsche, rocznik 99, by poskromić pozostałe zabezpieczenia. Pół minuty dłużej i warkot silnika jeszcze bardziej rozbudził krew w żyłach. Jedynka, dwójka, trójka i prędkościomierz zwariował z zachwytu. Czegoś brak. Ruch ręką i klubowe brzmienia wypełniły wnętrze samochodu, który jak w slalomie mijał kolejne auta. „Nic nie brzmi jak muzyka silnika”. Wyłączył płytę i docisnął gaz.

Miał przed sobą już tylko jedną przeszkodę, która dzieliła go od pełnej prostej na dwupasmówce. Wrzucił wyższy bieg i ruszył do przodu, gdy kątem oka zobaczył na poboczu wyciągniętą rękę z radarem. Chłopcy w niebieskich strojach nie próżnowali. Rzut oka w lusterko i już czuł na sobie znajomy oddech. Nie mogli go dopaść. Nie teraz, kiedy ciągle przed nim najważniejsze zadanie. Na chwilę zwolnił, by mogli się zbliżyć, a następnie na pełnej prędkości wszedł w zakręt, aż samochód stracił przyczepność. Pisk hamulców policyjnego volkswagena dał znać o sobie chyba w całej okolicy. Nie minęło piętnaście sekund i znów miał ich na plecach. Uśmiechnął się. Co mogą wymyślić? Jaki trick mają w zanadrzu? Zbyt długo żył i zbyt wiele widział, żeby wpaść jak amator. Prosta, którą miał przed sobą, pozwoliła wejść na najwyższe obroty. Pędził z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, gdy dostrzegł nadjeżdżającą z bocznej ulicy ciężarówkę. Spojrzenie na światło, które właśnie przechodziło z barwy zielonej w pomarańczową. Znów przyśpieszył i wpadł na skrzyżowanie jakieś sześć sekund po tym, jak sygnalizator pokazał czerwony kolor. Trąbiącą jak w amoku ciężarówkę ominął kilka centymetrów od krawędzi jej przedniej maski. Kolejny pisk opon lub tylko złudzenie. Policyjny samochód nie miał szans. Jadący korowód aut przeciął mu drogę przed nosem i zakończył pościg.

Chojar uśmiechnął się i podniósł rękę w geście zwycięstwa. Minął jeszcze kilka ulic i zatrzymał się, gdy oddech nieco zwolnił. Wysiadł i poklepał zdobycz, jak zwycięskiego konia po trudnym wyścigu. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zastosowany lek ma bardzo doraźne działanie. Jednego problemu wciąż nie rozwiązał: co zrobić z resztą dnia? Wróci do domu i znów przymknie oczy, by po chwili zdać sobie sprawę, że jednak nie zaśnie. Czy jeszcze kiedyś powtórzy taką jazdę? Wątpliwe. Tam, dokąd zmierzał, świat niespodzianek miał bardzo ograniczoną ofertę.

* * *

Adam położył kwiaty na grobie i pomodlił się za ojca. „Antoni Getz. Żył lat 65. Pokój jego duszy”. Spojrzał na swoją mamę, stojącą tuż obok. Pochylona do przodu sylwetka, skronie pokryte siwizną – namacalne dowody minionych przeżyć. Kiedy patrzył jej w oczy, często wydawało mu się, że lada moment wybuchnie płaczem. Nigdy jednak, przez trzydzieści osiem lat swojego życia, nie widział ani jednej łzy na jej policzku. Jakby starcie słabości z siłą zawsze było na remis. Jednak tylko ona, gdzieś w głębi serca wiedziała, jak trudną walkę ma za sobą. Nie przyznać się do porażki. Czy tylko tego chciała? Uciekł od pytania, by odpędzić smutek. W końcu tyle pięknych rzeczy i miejsc było dookoła. Nie było sensu zatruwać się wszystkim tym, na co i tak nie miał żadnego wpływu. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że kolejna myśl także nie należała do szczególnie przyjemnych. Już tylko dwie godziny do spotkania z serii tych, które chcesz mieć prędko za sobą.

Znów popatrzył na mamę. Modliła się w skupieniu, z przymkniętymi oczami, jakby nic więcej, poza tymi prośbami, nie miało znaczenia. Wyprostował się i zacisnął ręce. Jakkolwiek będzie, nie miał zamiaru ustawać w biegu. Najbliższe kilkanaście lat w jego adwokackiej karierze zdecydują o tym, ile jest wart. Zawsze powtarzał: „Najtrudniejsze sprawy to najpiękniejsze zwycięstwa”. Tylko tego potrzebował. Dużej ilości wysiłku i braw na końcu drogi. Męskiej, żelaznej konfrontacji. Poprawił marynarkę i zapalił znicz, walcząc z wiatrem, który zerwał się na cmentarzu. Uśmiechnął się, czując przypływ siły. Wierzył w siebie. Odkąd pamiętał. Skrojony na miarę garnitur zatańczył na wietrze, odsłaniając wyrzeźbioną regularnymi ćwiczeniami sylwetkę. Zawsze pilnował, by nie przekroczyć granicy, za którą dobrze zbudowany facet staje się troglodytą z siłowni. Krótko ostrzyżone włosy wcale nie odbierały mu urody – wręcz przeciwnie, fryzura dobrze komponowała się z ładną pociągłą twarzą z kilkudniowym zarostem. Ciemna karnacja, duże niebieskie oczy, oprawione w wyraziste czarne brwi, i charakterystyczne dołki w policzkach sprawiały, że wciąż miał coś z łobuza, który nie chce zejść z trzepaka i szuka figla na każdym kroku.

Objął mamę i ruszyli między grobami w stronę wyjścia. Po drodze zszedł na bok, by przepuścić ubraną w błękitną sukienkę blondynkę, której wysokie obcasy grzęzły w miękkim podłożu wąskich cmentarnych alejek. Uśmiechnęła się do niego i spojrzała mu w oczy. Lubił to – czuć na sobie wzrok pięknej kobiety. Ruszył dalej, nie zwracając specjalnej uwagi na nagrobne tablice. W tamtej chwili myślał tylko o życiu. I spotkaniu, które ciągle było przed nim.

Wraz z mamą opuścił cmentarz, zaprowadził ją do samochodu i odwiózł do domu, po czym wrócił do centrum. Przez jakiś czas bez ruchu siedział w aucie, nim zebrał się w sobie, zatrzasnął drzwi i kilka minut później ruszył przez deptak – miejsce zwyczajnych spotkań, rozmów o niczym, a także pożegnań i początków przyjaźni na lata. Serce miasta biło właśnie tutaj.

Zapach ciasta i świeżo parzonej herbaty przywitał go od progu kawiarni. Już od wejścia zobaczył Anię, siedzącą przy stoliku pod ścianą. Z uśmiechem na twarzy i drobnymi kolczykami w uszach skupiała uwagę od pierwszego spojrzenia. Poznali się miesiąc temu na imprezie organizowanej przez wspólną znajomą. Trzydzieści dni szaleństwa i testowania granic przyjemności, a jednak czegoś zabrakło, by postawić krok naprzód. Adam przecisnął się między stolikami, myśląc tylko o tym, by nie stracić celu z oczu. Powiedzieć, co myśli, dopić kawę i wyjść. Pocałował ją i zobaczył, że dwie filiżanki już kuszą zapachem. Zamoczył usta i oblizał piankę. Niepokojąca cisza, której znaczenie znał doskonale. Jej spojrzenie przewiercało na wskroś i mówiło samo za siebie. Nie miała pojęcia, co się za chwilę wydarzy. Te kilkadziesiąt sekund wciąż pozwalało wierzyć, że ich znajomość przetrwa próbę czasu.

Spojrzał na nią, jak wytrawny znawca wpatruje się w obraz, analizując każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Wyglądała pięknie. Pełne blasku piwne oczy, kasztanowe włosy zaczesane do tyłu i srebrna kolia na szyi, migocząca w świetle. Precyzyjnie dobierała słowa, wiedząc dokładnie, kiedy przerwać, by nie powiedzieć zbyt wiele. Jej głos uspokajał i pozwalał zapomnieć o wszystkim. Dlaczego nic nie czuł? Jak można nic nie czuć, kiedy taka kobieta jest na wyciągnięcie ręki?

– Tęskniłam – przyznała bez zbędnych dodatków.

– Aniu… – Miał nadzieję, że ten początek doda odwagi, ale pomylił się.

– Pomyślałam, że moglibyśmy wyjechać razem na weekend. Znalazłam taki ładny dworek na Mazurach i…

– To nie jest najlepszy pomysł – przerwał jej w pół zdania i zrozumiał, że albo zrobi to teraz, albo całkiem zabraknie mu odwagi.

Jej duże oczy śledziły każdy jego ruch. Może w tym, co niewerbalne, chciała doszukać się czegoś, co podskórnie zaczęła przeczuwać.

– Dlaczego? – niemal wyszeptała.

– Myślę, że nie jestem tym, kogo naprawdę chciałabyś spotkać. I nigdy nim nie będę.

W jego głosie był spokój. Znalazł go, mimo wcześniejszych obaw. Wypowiedział słowa tak, jak wypowiada się prośbę o posłodzenie herbaty. Położył banknot na stole, jeszcze raz zamoczył usta w ciągle ciepłej kawie i odszedł. Zostawił ją z dwiema pustymi filiżankami. I jednym marzeniem, przedartym na pół.

Dopiero teraz spostrzegła, że stolik w przeciwnym rogu kawiarni był cały czas zajęty. Szczupła brunetka czytała gazetę, obserwując zajście między dwojgiem ludzi. Jego znała. Pamiętała jeszcze jako nieopierzonego szczeniaka z licealnej ławki. I kto powiedział, że wszystko w życiu jest dziełem przypadku? W swej pracy policjantki Iwona rzadko kiedy miewała wolne chwile. W końcu, po miesiącu morderczego śledztwa, mogła przysiąść spokojnie w ulubionej kafejce, by usłyszeć własne myśli. I akurat wybrała miejsce, w której Adam Getz kończył swój kolejny krótkotrwały związek. Był tak bardzo przejęty odejściem z klasą, że nawet jej nie zauważył. Nie musiała słyszeć, o czym mówią, żeby znać dobrze treść ich rozmowy. W końcu taką miała profesję. Z kilku gestów i spojrzeń utkać prawdę o emocjach łączących ludzi, a także tych, które ich rozdzielą na dobre. Było jej żal dziewczyny, która siedziała teraz ze smutną miną. Przez sekundę nawet zawahała się, czy nie przysiąść się do niej. Zamówiłyby dwie setki i wzniosły toast za rozsądniejsze lokowanie uczuć. Dwie obce kobiety i tak naprawdę jeden wspólny mianownik błędu. Zrezygnowała z tego pomysłu.

Pomyślała o Adamie, o łączącej ich od lat znajomości. On ma bronić klienta, potrzebuje informacji, dzwoni do niej, rozmawiają, a potem wraca do domu i zasypia w swoim łóżku. Może nie całkiem spokojnie. Wstała, zapłaciła rachunek i ruszyła w stronę wyjścia, uśmiechając się po drodze do nieznajomej, która nie była w stanie odpowiedzieć tym samym. Iwona wyszła na ulicę i przypomniała sobie o jeszcze jednej rzeczy, jaką powinna była zrobić tamtego dnia. Zakończone śledztwo pozwoliło tak dalece wrzucić na luz, że z głowy zaczęły uciekać nawet najbardziej oczywiste sprawy. Nagle poczuła, jak nogi uginają się pod nią. Całe dotychczasowe zmęczenie wybuchło w jednej chwili i sprawiło, że każdy krok przychodził z trudem. Marzyła tylko o gorącej kąpieli i wskoczeniu pod kołdrę. Wiedziała jednak doskonale, jak działa ten system. Odpuszczasz raz, potem drugi, aż z dawnej dyscypliny nie zostaje nawet skrawek. I choć nie chciało się jej bardziej niż zwykle, musiała zacisnąć zęby i zrobić to, bez czego już dawno straciłaby formę. Na początku skierowała się w stronę przystanku autobusowego, lecz przyjemny ciepły wiatr zachęcił ją do spaceru. W końcu po kilkunastu krokach ożywiła się, a nawet celowo wydłużyła drogę. Choć najkrócej było przez Bramę Krakowską, poszła w dół, w stronę katedry i minęła Trynitarską, by poczuć zapach ulubionych zakątków Lublina.

Mijając po swojej prawej stronie kościół Dominikanów, zatrzymała się na krótką chwilę. Ostatni raz była tam jakieś siedem lat temu. Nie należała do szczególnie religijnych osób, ale to miejsce miało w sobie coś wyjątkowego i nawet w niej, gdy była w środku, odzywał się głos, którego zazwyczaj nie słyszała. Ku własnemu zdziwieniu otworzyła potężne drzwi i zeszła na dół. Było prawie pusto, tylko jedna staruszka klęczała przy ławce i modliła się. Iwona zajęła miejsce po drugiej stronie i także uklękła. Nagle poczuła na sobie czyjś wzrok; starsza kobieta zerkała co chwila na okolice jej pasa i właśnie wtedy Iwona zdała sobie sprawę, że letnia kurtka odsłoniła kaburę z wetkniętym tam P99. Podkomisarz spojrzała z uśmiechem na przerażoną staruszkę, która natychmiast uciekła wzrokiem. Widok musiał intrygować – kobieta odmawiająca „Zdrowaś Maryjo” w pustym kościele, z gnatem bijącym po oczach. „Duchowość na nowoczesną modłę” – pomyślała. Zrobiła znak krzyża i dwie minuty później była już z powrotem na trasie prowadzącej do zamku. Opuszczała przyjemną część miasta i kierowała się ku obdrapanym wieżowcom, które pamiętała z czasów dzieciństwa, by właśnie tam wsiąść w autobus i dojechać na ulicę Grenadierów, gdzie mieściła się policyjna strzelnica.

Wkrótce potem założyła nauszniki, przeładowała broń i raz za razem oddawała strzał w sportową tarczę, która zaczęła przypominać sito. Nawet nie zorientowała się, kiedy padł ostatni wystrzał, a zamek walthera pozostał w tylnym położeniu. Od razu poczuła ulgę. To szczególne połączenie koncentracji z adrenaliną dawało wybuchową mieszankę, która zawsze przepędzała stres i zmęczenie. Dlatego tak bardzo pilnowała, żeby wpadać tu regularnie. Żadna gorąca kąpiel i nawet najdłuższy sen nie mogły zastąpić tego jedynego w swoim rodzaju uczucia. Schowała pistolet i wróciła do domu.

* * *

– Mamy trupa – usłyszał w słuchawce Tomasz Bracki, gdy zbudzony w środku nocy, z przymkniętymi oczami ciągle zastanawiał się, czy śni, czy jest już na jawie.

– To jadę – krótko i treściwie zakończył rozmowę.

Odłożona niezgrabnym ruchem słuchawka spadła na podłogę, budząc Ewelinę, która spała u jego boku.

– Znowu? – wyszeptała, podobnie jak on próbując nawiązać kontakt z rzeczywistością.

– Znowu. – Kolejny raz nie zdobył się na bardziej rozbudowaną wypowiedź.

Wstał, obmył twarz lodowatą wodą i włożył spodnie, zaliczając po drodze bliskie spotkanie ze ścianą. Nachylił się nad Eweliną, która spała już dalej kamiennym snem, i pocałował w policzek, by zniknąć chwilę później w ciasnym korytarzu mieszkania. „Chusteczki” – przypomniał sobie. Zabrał spory zapas z nocnej szafki i zbiegł schodami w stronę siedmioletniego renault, który zapalił dopiero za trzecim razem. Od przynajmniej dwóch lat brał pod uwagę zmianę auta, lecz zawsze na liście wydatków znajdowały się pilniejsze sprawy. W swojej pracy prokuratora przeżył już kilkanaście pobudek takich jak tamta. Ktoś, kto patrzy z boku, byłby pewien, że przywykł do tego, jak ginekolog, na którym kobieca nagość nie robi już żadnego wrażenia. „Bzdura – pomyślał, czując, jak pierwsze krople potu spływają po skroni. Nie miał nad tym żadnej kontroli. – Człowiek może zmieniać siebie i pokonywać największe lęki, ale są gdzieś w nas głęboko ukryte strachy, którym rzadko kiedy potrafimy stawić czoło. Człapią za nami od początku do końca drogi”. Za każdym razem, gdy odbierał nocną wiadomość, wierzył, że w końcu mu odpuszczą i stanie nad zwłokami, patrząc jak na zwykły przedmiot, który kiedyś był czymś więcej. Obserwował policjantów, dla których śmierć była banałem na miarę chleba kupowanego w sklepie za rogiem. Mógł im tylko pozazdrościć wrażliwości, którą stępili lub jej nawet nigdy nie poznali.

„Nie ma wyjścia, trzeba sobie dokupić jaja, skoro nie dostałeś ich w pakiecie”– przywołał w głowie zasłyszany gdzieś frazes, parkując auto w pobliżu przemysłowej hali przy ulicy Energetyków w Lublinie. Sprawnym ruchem ręki, wypracowanym do perfekcji, wyjął chusteczkę, otarł pot z czoła i ruszył w stronę zabezpieczających teren policjantów oraz lekarza.

– Cześć. – Jego dłoń utonęła w wielkiej jak bochen chleba ręce oficera.

– Witam – odpowiedział tamten, wskazując na leżące przy samochodzie zwłoki. Głowa przypominała rozbity na kawałki owoc, z której czerwona maź wylała się, zostawiając pokaźny ślad na oponie samochodu.

– Kto go znalazł? – zapytał Tomasz, próbując za wszelką cenę zatrzymać wzrok na skrawkach człowieka, jakie miał przed oczami.

– Stróż. Pracuje na drugą zmianę. Wyszedł na obchód z psem. Ten się zerwał i pobiegł w tym kierunku.

– Znacie tożsamość?

– Imię: Denat. Nazwisko: Na Wieki. – Policjant zaśmiał się rubasznie, przekonany o wspaniałości żartu.

– A bez jaj? – Tomasz nie miał ochoty przedłużać rozmowy. Kolejny raz spojrzał na zwłoki i znów poczuł, jak krople potu mnożą się na jego czole.

– Przeszukaliśmy kieszenie, ani śladu po dokumentach.

– Dobra, piszcie protokół, a ja będę leciał.

– Jutro do rąk własnych? Jak zwykle?

– Połóżcie na biurko, poczeka, aż wrócę.

– W końcu odpoczynek? – z zaczepnym uśmiechem wtrącił oficer.

– Może się uda. Albo i nie. Cholera wie.

Prokurator szybkim ruchem ręki znów zderzył się z murem, jakim była dłoń policjanta, zawrócił i ruszył w stronę samochodu. W końcu nikt nie patrzył i mógł w spokoju wyjąć paczkę chusteczek. Otarł pot z czoła. Myślał tylko o jednym – położyć się w łóżku, wtulić w Ewelinę, usłyszeć dźwięk budzika, zamówić taksówkę i odjechać jak najdalej. Już nie zgrywać twardziela, którym nie jest. Dwa bilety czekały w górnej szufladzie biurka. Musiał tylko zacisnąć zęby i los w końcu podaruje mu przepustkę. Zarabiał siedem tysięcy brutto, co nie było szczególnym luksusem w porównaniu z kwotami, jakie wpływały na konta uznanych adwokatów, lecz nawet on, dzięki regularnym oszczędnościom, mógł w końcu opłacić podróż do świata cygar i rumu, by spełnić dawne marzenie.

Pomyślał o koleżance z czasu studiów, która otworzyła własną kancelarię adwokacką i zarabiała pięciokrotnie więcej od niego. Wystarczyło stanąć po drugiej stronie barykady i słowo „oskarżyć” zastąpić słowem „bronić”. Nie chciał jednak strzępić do cna i tak mocno nadwyrężonych nerwów, więc szybko wrócił myślami do zbliżającego się wyjazdu. Szum fal i gorący piasek pod stopami. Abstrakcyjne pojęcia. Kiedy ostatnio wyrwał się gdzieś na dłużej? Nie pamiętał, ale z łatwością przywoływał wrażenie, które przychodziło za każdym razem, gdy nocą słuchał szumu wody. Nie wiedział dlaczego, ale zawsze wtedy czuł, że wszystko jest otwarte; że można zacząć jeszcze raz i być kimkolwiek się zechce. Jakby wcześniejsze wybory kasowały się w jednej chwili.

Otrząsnął się z potoku myśli dopiero przed domem. Dochodziła trzecia w nocy. Wchodząc na klatkę schodową, minął sąsiada, który chwiejnym krokiem wyruszał po kolejny zapas wysokoprocentowej substancji, pozwalającej jakoś doczołgać się do świtu. Tomasz przekroczył próg mieszkania, zdjął kurtkę i zawadził o szafkę, zrzucając na podłogę wyjętą przez Ewelinę ostatnią pocztę. Zapalił światło, kucnął i, ziewając, przejrzał z pozoru bezużyteczny stos. Kolejna najlepsza pizza w mieście, wyjątkowy kebab tuż za rogiem, prawdziwie ekologiczne delikatesy roztaczały przed nim obietnice wiecznego życia. Pozbierał ulotki i kilka z nich już zdążył wrzucić do śmieci, gdy jego wzrok przykuła inna od wszystkich, zielona kartka A4, zgięta na pół. To w żadnym wypadku nie była reklama. I tym razem tylko on mógł czuć się jej adresatem.„Kazimierz Dolny. Sympatyczne miejsce, które już wkrótce nieco się zmieni. Trup znaleziony na rynku może popsuć turystom smak kawy. I tylko ty możesz dowiedzieć się, jaką tajemnicę kryje to wszystko”.

– Pieprzony świat – powiedział na głos, schował wiadomość do kieszeni i poszedł w stronę łazienki.

* * *

Dym papierosowy osiadał na każdym meblu i wdzierał się w płuca z precyzją zdalnie sterowanego pocisku. Szachownica, stół, butelka wódki i dwóch kumpli wpatrzonych w figury, jakby od kolejnego ruchu zależało całe ich życie. Edward Chojar zaciągnął się papierosem, kiedy Andrzej Torski zbijał wieżę. Między oboma mężczyznami było jakieś podobieństwo, jakby ilość wspólnych przeżyć, odbytych rozmów, wypowiedzianych słów zbliżyła ich także fizycznie. Dawno już przekroczyli tę granicę, za którą dwóch ludzi może milczeć bez najmniejszego skrępowania, obaw i cienia wstydu. Wyprostowane sylwetki, pociągłe twarze, sprężyste, szybkie ruchy i spojrzenie. Tak trudne do odgadnięcia. Skoncentrowane, pewne i spokojne; wciąż takie samo jak przed laty. Chojar był jakieś pół głowy wyższy i szczuplejszy od przyjaciela, którego sylwetka, pomimo prawie sześćdziesięciu lat na karku, dawała przykład wielu w połowie młodszym od niego: płaski brzuch, rozbudowane ramiona i bicepsy odznaczające się pod obcisłym T-shirtem. Obaj z lekkim śladem siwizny na włosach, rzucającym się w oczy dopiero po dłuższej chwili.

Chojar dobrze pamiętał, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Miał czternaście, może piętnaście lat. W ciepły sierpniowy dzień nakładał przynętę na własnej roboty wędkę, kiedy kilkanaście metrów dalej usiadł chłopiec i także zarzucił przed siebie. Ubrany w poszarpane krótkie spodnie, najprawdopodobniej wycięte niedbale z dłuższej zimowej wersji, z wsuniętymi na stopy dziurawymi butami, co chwilę drapał się do krwi po zgryzionej przez komary łydce. Cicho, z jakąś niespotykaną w tym wieku cierpliwością każdy z osobna czekał na choćby najmniejsze poruszenie spławika, by zaciąć i wprawić w ruch kołowrotek. Jeśli nie było brania, potrafili z pełną koncentracją przez kilka godzin wypatrywać właściwej chwili, śledząc nieruchomą taflę wody, a gdy dzień dobiegał końca, po prostu zwijali wszystko i szli w swoją stronę.

Te pozbawione słów nadrzeczne spotkania powtarzały się prawie codziennie, aż za którymś razem Jędrek, jak gdyby nigdy nic, przysiadł się do małego Chojara i zaczęli rozmawiać o rybach, rekordowych połowach, rodzajach przynęt oraz całej reszcie drobnych, wielkich spraw. Nic wtedy nie zapowiadało, w jakim kierunku potoczy się ich znajomość, i że te dwa losy coś przetnie na amen. Ten pełen słońca sielankowy wręcz obraz z dzieciństwa w żadnej mierze nie wróżył drogi, jaka była przed nimi. Dwóch brzdąców kopiących piłkę i ganiających się z kolegami z osiedla. Nic bardziej przeciętnego na pierwszy rzut oka. Niebo w najróżniejszych kolorach, chwile mijające leniwie, całe noce przegadane ze wzrokiem utkwionym w gwiazdy, w oparach tytoniowego dymu. Tylko że za którymś razem, po rozegranym w upalny dzień meczu, zaschło im w gardle, a dźwięk najdrobniejszej monety nie rozniósł się po kieszeniach. Wybrali mały sklepik na osiedlu, na które rzadko kiedy zaglądali. Nikt ich tam nie znał i oni nie znali nikogo. Pchnęli drzwi i choć nogi drżały, weszli do środka. Jędrek ostrzem noża zakazał ekspedientce najmniejszego ruchu, podczas gdy Edward zgarniał już do plecaka zawartość półek. Chwilę potem zimny, słodki napój w różowym chemicznym kolorze smakował lepiej niż cokolwiek przedtem. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale wiedzieli obaj, że tamten czas nie był zwyczajny. Co prawda pierwszy raz Chojar pociągnął za spust, gdy Torskiego nie było w pobliżu, lecz zawsze potem jakaś niewidzialna ręka prowadziła ich blisko siebie.

Tylko raz później wpadli nad rzekę. Wszystko wydawało się podobne i znajome, lecz oni sami nie patrzyli już tym samym wzrokiem. Słońce paliło skórę, drzewo dające przyjemny cień stało wciąż na swoim miejscu, a ludzie przechadzali się wokół, szukając schronienia przed skwarem. Wystarczyło zarzucić i czekać, ale coś się zacięło. Brakowało cierpliwości, by obserwować każde drgnienie spławika. Rzeka stała się cholernie nudna, jak gra, kiedy nie potrzebujesz nawet zerkać na planszę, żeby zwyciężyć. To właśnie wtedy Chojar z coraz większą uwagą zaczął przyglądać się mijającym go przechodniom. Jakby z obserwacji ludzkich nawyków próbował wyprowadzić wzór, którego musiał strzec się i unikać jak ognia. Te same twarze, tym samym znużonym krokiem zmierzające do pracy, by wrócić do domów i przy akompaniamencie telewizora dobić jakoś do kolejnego dnia. Zrobić wszystko, by nie wpaść w tę sprytnie zastawioną pułapkę – ten cel przysłonił wszystkie inne i tak naprawdę nigdy się nie zmienił. Stale i zawsze był już jakiś brak, a tylko wyjątkowo sprawny, nastawiony na najwyższe obroty umysł potrafił wprawić wszystko w ruch, nadać sens, popłynąć tam, gdzie krew krąży szybciej, a większość z nas zazwyczaj nie dociera.

Z czasem wymagało to wielkiego wysiłku, ale satysfakcja wynagradzała cały trud. Warunek jednak był jeden: wyzwania musiały być coraz bardziej wymagające, a każdy plan skonstruowany w tak przemyślany sposób, by ci wszyscy oficerowie drepczący po piętach nie potrafili rozgryźć szyfru i dojść po nitce do kłębka. Mówiąc najprościej, za spryt płacono najlepiej. Nietrudno było pojąć, że Chojar i Torski mają do tego smykałkę. Drobne kradzieże zamieniały się w udane skoki, a przekroczona granica została tak daleko w tyle, że nawet jej nie widzieli. Wszystko stało się rozgrywką. Ich życie zmieniło się w grę, której stawką była adrenalina. Można znieść wiele, prócz zwyczajnie mijających dni. I nikt nie wymyślił gorszego stryczka niż nuda.

Przez lata dołączali do nich najróżniejsi kumple, którzy prędzej czy później popełniali jakiś szkolny błąd (najczęściej powodowany chciwością, hałasem, jaki wytwarzali wokół swoich „dokonań”) i lądowali za kratkami lub po prostu przepadali gdzieś po drodze. W końcu zostali tylko we dwóch, ale to, co ich połączyło, nie mogło się równać z niczym innym. Każdy ruch planowany z precyzją oraz umiejętność wtapiania się w tłum, niezwracania na siebie uwagi pozwoliły im przetrwać przez te wszystkie lata i poza jedną drobną wpadką uniknąć kryminału.

Edward podniósł wzrok i spojrzał na wskazówki zegara, gdy tykanie wypełniło dom, tak stary, że nawet fundamenty zdawały się trzeszczeć pod stopami. Wiedzieli, iż zbliża się coś, czego nie sposób uniknąć, a wszystkie ich poprzednie numery były tylko tłem dla tego, co miało się zdarzyć.

– Pamiętasz kanały? W tamtym banku nawet o nich pojęcia nie mieli – zaczął sentymentalnie Torski, rozlewając wódkę do kieliszków.

– Osiemdziesiąty siódmy rok – bez emocji odpowiedział Chojar i wypił jednym haustem.

– Weszliśmy do środka, jak szczury. Sprytnie i po cichu.

– I tak samo zniknęliśmy, tyle że z pokaźną torbą na plecach.

– Taa. – Andrzej Torski wybuchnął śmiechem, lecz po chwili spoważniał. – Gdzie to się, kurwa, podziało?

– Jak o kasę pytasz, to ci w kasynie odpowiedzą – zaśmiał się Chojar.

– O tamten czas pytam. Gdzie to jest? – Charakterystyczną cechą Torskiego była przesadna skłonność do melancholii, narastająca wraz z wiekiem i wypitym alkoholem.

– W przód trzeba patrzeć, Jędruś. Inaczej pasy i wariatkowo.

– Pod warunkiem, że coś tam jeszcze na ciebie czeka na tym przodzie.

– Ja mam swój plan. Za ciebie nie pomyślę. Tym razem to samotna partia, stary.

Tykanie zegara znów rozległo się w całym pokoju.

– Tylko po cholerę? Co chcesz udowodnić? – Pytanie Torskiego zgrało się w czasie ze zbiciem figury przez Chojara.

– Mogę tu zostać, masz rację. Tylko co masz w ofercie, stary? Kolejną butelkę, kawę, herbatę? Show w telewizji? Poranną gazetą i spacer po parku? A może rekolekcje w Tyńcu? Czym chcesz mnie zaskoczyć?

– Ryzykujesz wszystkim, co masz.

– Czyli niczym. – Chojar rozlał kolejną kolejkę wódki.

– Nie myślałeś o tym, że czas z tym skończyć? Spróbować żyć jak inni?

– Przestań pierdolić – krótko uciął Chojar.

– A co jak się pomyliliśmy?

– O czym ty, kurwa, mówisz?

– Żyliśmy, jakby nie było granicy. A co jeśli była? A jak ciągle jest?

– Bzdura. Granice masz we łbie. Nigdzie więcej.

– Z drugiej strony… gdzieś się musi kończyć gra i gdzieś się musi zaczynać życie, nie?

– Znowu pieprzysz.

– Może masz rację. Nie wiem.

– Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ci wszyscy durnie zbierają się wokół rulety? Z braku lepszych pomysłów, Jędruś. Wkurwia cię twoje własne życie, to udajesz, że jednak jest coś, co ci da zapomnieć. Udają, że można się jakoś oderwać. Tylko że tacy właśnie mnie najmniej obchodzą. Dla mnie rozgrywka jest czymś więcej. Jest wyzwaniem, rozumiesz? Nie pozwala zgnuśnieć i zostać kolejnym dziadkiem, który bez torby lekarstw nie doczłapie do ławki w parku. To musi być wyzwanie… – Chojar zamyślił się, ściskając w ręku szachową figurę. Jego wzrok wydawał się uciekać w jakiś inny wymiar, szukając możliwych rozwiązań najbliższej partii. Dopiero po chwili wypowiedział kolejne słowa: – Jak jednym ruchem zbić trzy figury na raz?

– Rozmawialiśmy o tym.

– Jak za jednym zamachem zgarnąć całą pulę?!

– Wiesz, że to niemożliwe.

– Co to znaczy „niemożliwe”?! Od kiedy ty takich słów używasz?!

Pewność w głosie Chojara była tak silna, że Torski zrozumiał, co powinien zrobić. Wstał, zgasił papierosa i ruszył w kierunku drzwi. Położył rękę na klamce i zastygł bez ruchu. Poczuł szczypanie w oczach. „Po prostu zbyt dużo dymu” – pomyślał i tuż przed otwarciem drzwi zwrócił się raz jeszcze do najlepszego kumpla.

– Zadzwoń, jak będzie po wszystkim. Tyle chyba możesz zrobić, nie?

Edward został sam w pokoju i spojrzał na zegar na ścianie. Jeszcze parę chwil. Potrzeba je tylko czymś wypełnić. Czymś, co ma prawdziwe znaczenie. Czy jest coś, czego będzie żałował tam, dokąd trafi? Nie czekał długo na odpowiedź, która pojawiła się znikąd. Musi podjąć jeszcze jedną próbę. Ostatnią. Zgarnął paczkę papierosów leżącą na stole i wyszedł.

Wysiadł z samochodu przy ulicy Orkana i poczuł dreszcz zimna na skórze. Ciepły czerwcowy dzień nie zapowiadał przejmującego chłodu, który nadszedł wraz z nocą. Przyjrzał się dobrze blokowi, który miał przed oczami. Nowoczesne osiedle dla młodych rodzin. Enklawa współczesnego życia, a za każdym oknem człowiek i jego sprawy. Zawiesił wzrok na jednym z tych światów, do którego nie miał prawa wstępu. Kobieta, najbliższa mu i najdalsza pod słońcem. Paradoks… Jeszcze niedawno dziewczynka. Ile razy już tu przyjeżdżał? Ile razy czuł się jak dziecko, które nie ma pomysłu na właściwe zagranie? Bywało, że nie potrafił nawet wysiąść z samochodu. Siedział tylko, jak skończony frajer, który nie potrafi nacisnąć klamki. Z tylu opresji na stole szachowym wychodził zwycięsko, a w tej sytuacji zawsze był na straconej pozycji. Zugzwang – co byś nie zrobił i tak przegrasz. Ale próbuj, choćbyś przestał wierzyć.

Wziął się w garść, przyśpieszył kroku i zadzwonił pod numer czterdzieści osiem.

– Halo? – miły damski głos zabrzmiał w domofonie.

– To ja – wydusił z siebie Chojar, nie unikając drżenia rąk.

– Nie mam czasu.

– Porozmawiajmy.

– Nie zmieniłam zdania. I wiesz, że go nie zmienię.

– Pięć minut. Niczego więcej nie chcę. – Wypowiedział te słowa bez żadnej wiary w zwycięstwo.

– Zapomnij. Do widzenia. – Trzaśnięcie słuchawką rozwiało ostatnie nadzieje.

– Do widzenia – odpowiedział mechanicznie.