Opis

Jeszcze mroczniejsza niż Lontano kontynuacja bestsellerowego thrillera Choć rodziny się nie wybiera, diabeł wybrał swój klan U Morvanów wszystkie drogi wiodą do piekła… Tajemnice, których nie udało się rozwikłać, prowadzą Grégoire’a i Erwana do Lontano, mrocznego serca Afryki – brutalnej, wrogiej, wyniszczającej żarem i tonącej w błocie pory deszczowej. To tam, w miejscu, gdzie toczy się konflikt etniczny, gdzie dla ich rodziny wszystko się zaczęło i gdzie czary wciąż mają wielką moc, a duchy przeszłości nie pozwalają zmrużyć oka, poszukują prawdy. Tymczasem w Paryżu i Florencji Loïc i Gaëlle muszą zmierzyć się z kolejnym zabójcą. Nie zdają sobie sprawy, że zmagają się ciągle z tym samym wrogiem: Człowiekiem Gwoździem. Kto i dlaczego zabija, ożywiając po dziesiątkach lat Człowieka Gwoździa? Kto tak zaciekle mści się na Morvanach? I co ściągnęło na nich klątwę, która każe walczyć o przetrwanie wszystkim bez wyjątku? „W tej niezwykłej sadze rodzinnej, gdzie fetyszystyczne rytuały dalekich krajów splatają się ze skrajnymi wypaczeniami współczesnego społeczeństwa, Jean-Christophe Grangé snuje poruszającą opowieść o bohaterach, na których możemy się natknąć – dalekich od doskonałości, ale jakże bliskich ludziom. To jedna z tych książek, które nie pozwalają już spokojnie zasnąć”. Le Parisien „Jean-Christophe Grangé wciąga nas w mroczny świat rodziny, na której ciąży okrutna afrykańska przeszłość”. Le Journal de Québec

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 783

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

CONGO REQUIEM

Copyright © Editions Albin Michel - Paris 2016

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski i Olga Rutkowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Agnieszka Majewska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8110-140-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

CZĘŚĆ PIERWSZACZERWONE JĄDRO ZIEMI

1

Lotnisko w Lubumbashi, Kongo-Kinszasa. Przy wyjściu jarmarczny tłum, a w nim bandy kieszonkowców. Samolot przemalowany w pośpiechu. U jego stóp gromady czarnych ludzi i białych tobołków. Krzyki. Wymachiwanie rękami. Barwne tuniki. Tekturowe pudła. Czy tę walkę, te przepychanki należało uznać wyłącznie za przejaw lokalnych obyczajów? A może za zdumiewający przykład regresu społecznego?

Grégoire Morvan już od dawna nie zadawał sobie takich pytań. Wiedział, że na końcu pasa startowego sprzedawano porcje ludzkiego mięsa, kupowane na rodzinne uczty. I że przed startem pilot spotykał się w kokpicie ze swoim czarownikiem. I że większość części zamiennych przehandlowano chętnym, którzy przerobili je i zamontowali w zdezelowanych motocyklach. A jeśli chodzi o pasażerów…

Morvan nie leciał tym samolotem. Przyjechał tylko po to, żeby sprawdzić, czy jego jutrzejszy wylot jest przygotowany – wynajął antonowa, finansując to z własnej kieszeni. Sowicie opłacił celników, funkcjonariuszy urzędu celnego i wojskowych, nie pomijając „protokołu”, czyli niezliczonych pasożytów włóczących się po lotnisku i żyjących wyłącznie z łapówek. Dostarczył wszystkie wymagane dokumenty: plan lotu, kartę rejestracyjną, umowy ubezpieczeniowe, licencje pilotów, zezwolenia… Wszystko było sfałszowane, ale nikogo to nie obchodziło – w Kongu nie obowiązują wzory dokumentów, tu wystarcza byle kopia.

Razem z synem Erwanem przylecieli dwa dni temu do Lubumbashi po krótkim międzylądowaniu w Kinszasie. Dziewięć godzin lotu, żeby dotrzeć do stolicy Demokratycznej Republiki Konga, kolejne cztery do stolicy Katangi, najbogatszego, wciąż zagrożonego wojną regionu kraju.

Odbyli tę podróż razem, choć każdego sprowadzały tutaj inne sprawy. Erwan chciał grzebać w popiołach przeszłości. Szczegółowo przeanalizować tok śledztwa, które przed czterdziestu laty prowadził jego ojciec, tropiąc seryjnego mordercę atakującego białe dziewczyny z Lontano, górniczego miasta w północnej Katandze. Zdaniem Erwana, Grégoire popełnił błąd – Catherine Fontana, siódma ofiara przypisana Człowiekowi Gwoździowi, została zamordowana przez kogoś innego. Do diabła, co ty możesz o tym wiedzieć?

Morvan zrobił, co mógł, żeby powstrzymać syna przed podejmowaniem tego wyzwania, kiedy jednak Erwan wziął bezpłatny urlop i kupił bilet lotniczy, stało się jasne, że nikt nie odwiedzie go od tego zamiaru. Postanowił więc mu towarzyszyć, tym bardziej że sam również miał w Katandze coś do załatwienia.

– Ruszamy, szefie?

Odwrócił się. Michel stał z wielkim pękiem kluczy na obrzeżu płyty lotniska, jakby uważał się za właściciela tego miejsca. Był niskim, chudym Afrykaninem o szyi długiej jak u żyrafy. Nosił przydomek Kudłacz, bo jego gęste, kręcone włosy tworzyły na głowie wielką czapę. Miał na sobie spodnie z tergalu i jaskrawą, wzorzystą koszulę. Michel był zaufanym Morvana, o ile w Lubumbashi w ogóle można było komuś ufać.

Morvan ruszył za Michelem w palących promieniach słońca. Czuło się tu tylko ten przytłaczający blask, niszczycielską jaskrawą biel, która zabijała każdą myśl i wszelką nadzieję.

Sprzęt zgromadzono w zamkniętym na cztery spusty hangarze, którego strzegli żołnierze. Kudłacz otworzył drzwi i przesunął jedną ich część.

– Proszę!

W świetle dnia ich oczom ukazały się dwie ciężarówki wywrotki marki Renault i trzy toyoty z napędem na cztery koła, z usuniętymi fotelami pasażerów – wszystko odkupione od innych firm wydobywczych. Morvan doprowadził do przegłosowania stosownego budżetu przez zgromadzenie ogólne Coltano – spółki górniczej, którą sam założył w latach dziewięćdziesiątych – pod pozorem potrzeby dokonania napraw instalacji w rejonie Kolwezi. W rzeczywistości zamierzał po cichu eksploatować nowe złoża odkryte przez geologów. To była dla niego istna manna z nieba.

Podszedł, żeby osobiście sprawdzić, czy koła, kierownice i silniki na pewno są jeszcze na miejscu.

– Paliwo?

– Tam.

Nie posunął się do sprawdzenia zawartości baryłek – miał na głowie ważniejsze sprawy.

– A reszta?

Michel zrobił minę konspiratora i wskazał wojskowe skrzynie ustawione w cieniu. Spokojnie wybrał klucz z pęku i otworzył jedną z nich. Zawierała około czterdziestu sztuk broni szturmowej, magazynki i pistolety. Czarni z buszu nie umieli posługiwać się takim sprzętem, ale Cross miał ich przeszkolić.

– Jak to zdobyłeś?

– Z MONUSCO1.

Tysiące błękitnych hełmów zmagających się od prawie piętnastu lat z bagnem, jakim był ten kraj. Zaangażowanie dużych sił przyniosło marny skutek. W panującym tu chaosie co pewien czas ginęła broń, która potem znajdowała się w skrzyniach ukrywanych w takich właśnie hangarach…

Grégoire chwycił karabin FAMAS i wprawnym ruchem załadował. Ten prosty gest ożywił gorzkie wspomnienia. Lata walki, podbojów, brutalności w sercu Afryki – drogiej jego sercu, a zarazem znienawidzonej.

Wybrał glocka 9 mm, wsunął go za pasek na plecach i wsadził do kieszeni spodni kilka magazynków – prezent dla Erwana. Chciał sabotować to jego prywatne śledztwo, ale nie zamierzał pozostawić syna bezbronnego. Co to, to nie.

– Mamy również zapas M43 kaliber 7,62 mm.

Naboje używane do AK-47. Nie można było zapominać o klasyce – poczciwych starych kałachach nowoczesnych Afrykanów.

– Świetnie. Ilu ludzi zabieramy?

– Ośmiu.

– Jesteś ich pewien?

– Jak siebie samego.

– Zaczynam się bać.

Michel cmoknął, ale Morvan wcale nie żartował. Chociaż przed chwilą na krótko przypomniał sobie siebie jako dwudziestopięcioletniego wojownika, pioniera nowego świata, to teraz poczuł, że stoi nad grobem. A na pewno odczuwał zmęczenie na myśl o prowadzeniu przez busz bandy obiboków do ukrytych kopalń.

– Szefie, ci ludzie, których wybrałem, należeli do FARDC2 i…

Morvan już go nie słuchał. Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem – chociaż w Afryce to nierealne – oddalone o tysiąc kilometrów kopalnie były już przygotowane, a droga wykarczowana aż do lądowiska, które znajdowało się dwadzieścia kilometrów od złóż. Mając ciężarówki, będą mogli przetransportować pierwsze tony koltanu do samolotu, co pozwoli błyskawicznie rozkręcić wydobycie. Zamierzał przez całe miesiące nielegalnie handlować z Rwandą, a kiedy już nabije kabzę, poinformować partnerów – władze Katangi, kongijskich akcjonariuszy, europejskich wspólników. I dopiero wtedy zacznie się dzielić pozostałymi skarbami.

Tak to wyglądało w teorii. Najświeższe wiadomości – lakoniczne e-maile, z których wynikało, że wszystko jest w porządku – nie napawały go optymizmem.

– Dobra robota, Michel.

Popatrzył na sprzęt i to poprawiło mu nastrój. Powiedział sobie, że mimo swoich sześćdziesięciu siedmiu lat wciąż może się bawić w afrykańskiego Fitzcarraldo. Prawdę mówiąc, to syn, wcielając się w rolę stróża sprawiedliwości, zmusił go do ruszenia tyłka z domu. Oby przynajmniej udało mu się odnieść podwójną korzyść – wzbogacić się i trzymać smarkacza na wodzy.

– Postaraj się, żebyśmy mogli odlecieć jutro przed południem.

– Nie ma problemu, szefie.

Morvan odszedł w prażącym słońcu. Miał na sobie prostą koszulę z niebieskiego lnu, która luźno powiewała na spodniach z beżowego płótna – zdobył się na takie ustępstwo wobec klimatu, choć zawsze nosił nienagannie skrojone czarne garnitury.

W dali warczały śmigła samolotu, ale uczepieni przesuwanych schodów ludzie nie rezygnowali, chociaż już odciągano je od maszyny. Bijatyka. Podrapał się po niesfornej czuprynie białego Murzyna i gestem ręki przepędził żebrzące dzieciaki, które właśnie go wypatrzyły.

Ta podróż będzie jego ostatnim kłamstwem.

2

Erwan siedział już przy stoliku na tarasie hotelowej restauracji, kiedy dołączył do niego ojciec, żeby zjeść kolację. Tuż przed siódmą wieczorem noc spadła jak zasłona.

– Lecimy jutro rano! – oświadczył triumfalnym tonem Morvan.

– Rozmawialiśmy przecież o tym sto razy – odparł Erwan, nie odrywając oczu od karty dań. – Nie jadę z tobą.

Morvan ciężko opadł na plastikowe krzesło. Erwan zauważył, że Padre odpowiada kongijskim normom: sto kilogramów wagi przy stu dziewięćdziesięciu centymetrach wzrostu.

– Jedziemy w tym samym kierunku, skorzystaj z okazji i leć ze mną.

– Nie. Chcę zachować niezależność.

Grégoire parsknął śmiechem.

– Mam nadzieję, że nie oskarżysz mnie o próbę przekupienia funkcjonariusza!

Erwan obserwował ojca, którego potężna sylwetka odcinała się od jasnej plamy podświetlanego basenu. Chmara komarów unosiła się nad turkusową wodą, rzucając na nią rozedrgany cień.

– Nie chcę mieć cię na karku – rzucił ostro. – Sam muszę zdobyć informacje. Muszę być niezależny. I obiektywny.

– Mówisz jak dziennikarz.

– Wygrzebywanie sprawy sprzed czterdziestu lat to raczej praca dla historyka.

Jechał do Katangi, nie wiedząc, co go tu czeka. Czasami podejrzewał ojca o krycie prawdziwego mordercy Catherine Fontany. Innym razem myślał, że stary działał w dobrej wierze i, podobnie jak wszyscy, był przekonany o winie Thierry’ego Pharabota. Prawdę mówiąc, trudno mu było wyobrazić sobie prowadzenie takiego śledztwa bez ekipy, bez zaplecza technicznego, bez śladów i świadków.

Podszedł do nich kelner. W mroku – taras oświetlały bowiem tylko tafla basenu i ultrafiolet lamp przeciw komarom – było widać zaledwie jego białą koszulę, muszkę i lamówkę kamizelki w serek. Ponieważ przestępował z nogi na nogę, lekko się kołysząc, wyglądał jak lunatyk bez głowy.

– Dwa razy ryba tygrysia. Dwa razy! – rzucił kategorycznie Morvan.

– Znowu?

– Tu nie ma nic innego. To najlepsza ryba rzeczna. Zjesz ją z ryżem i do jutrzejszego popołudnia będziesz miał spokój. Zyskasz dzień bez sraczki.

Zrobił mu ten numer już wczoraj i przedwczoraj. Trzymając się takiej diety, Erwan przez miesiąc nie uwolniłby się od zaparcia.

– Chcę poznać prawdę – podjął w zadumie. – Chyba mam do tego prawo?

– Oczywiście. Ale co właściwie jest przedmiotem twojego śledztwa? Morderstwo sprzed czterdziestu lat? Śmierć dziewczyny, o której nic nie wiesz? W mieście, które już nie istnieje? Skąd pewność, że nie zabił jej Człowiek Gwóźdź?

– W chwili jej śmierci przebywał osiemdziesiąt kilometrów od Lontano.

– Co ty możesz o tym wiedzieć? – nie ustępował stary, który oparł się łokciami o stół. – Myślisz, że w Afryce można liczyć na porządek w odnotowywaniu dat, odległości, polegać na zeznaniach? Zachowujesz się bezczelnie, chcąc sprawdzać moje śledztwo, badać wydarzenia, które nastąpiły, zanim się urodziłeś.

Erwan uznał, że nie może dać się sprowokować. Kolejne starcie między ojcem a synem nie miało sensu. Należało załagodzić sytuację.

– Właśnie – przyznał. – Tkwiłeś w tym po uszy. Przeżywałeś tragizm tamtych dni. Być może teraz, z dystansu…

Morvan rozchylił usta, jakby chciał krzyknąć, ale zdołał się opanować. Odrzucił głowę do tyłu, lekko się uśmiechając.

– Jesteś policjantem i wiesz równie dobrze jak ja, że fakty nie zawsze przystają do logiki i chronologii. Czy mimo tych niespójności nie wydaje ci się jednak najbardziej prawdopodobne, że ta dziewczyna została zamordowana przez zabójcę, który w ten sam sposób uśmiercił sześć innych osób?

Erwan wziął garść orzeszków pistacjowych. Jak co wieczór, na rybę trzeba było czekać tak długo, jakby dopiero po zamówieniu ktoś biegł nad rzekę, żeby ją złowić.

– W takim razie znajdę dowody, które potwierdzą wyniki śledztwa, i załatwię sprawę w ciągu kilku dni.

– Ale skąd weźmiesz te dowody?

– Znajdę je w pełnych aktach procesu Pharabota.

– Już ich nie ma.

– Są. Odnalazłem je.

Ojciec zmarszczył brwi.

– Gdzie?

– Dwa kroki stąd. W kolegium Saint-François-de-Sales.

– Widziałeś je?

– Pójdę tam jutro rano. Uzyskałem już potwierdzenie, są tam przechowywane.

– Ktoś z ciebie zadrwił.

Erwan rozłożył ręce jak człowiek, który zdaje się na zrządzenie opatrzności. Te flegmatyczne reakcje irytowały ojca – czuł to i był zadowolony, że wyprowadza starego z równowagi.

– Zobaczymy – odparł z niezmąconym spokojem.

Morvan uderzył ręką w stół. Serwetki stłumiły brzęk sztućców.

– Kurwa, nie rozumiesz, że jesteśmy w Kongu! Ślady znikają po dwóch godzinach, raporty po dwóch dniach, archiwa po miesiącu. Są tylko trzy rzeczy, które przetrwały w tym pieprzniku: deszcz, błoto i busz. O reszcie możesz zapomnieć.

Erwan musiał przyznać mu rację. Wczoraj przemierzał miasto, szukając starych gazet. Ani śladu. Próbował dotrzeć do różnych instancji sądowych, jednostek administracyjnych. Bezskutecznie. Dziś udał się do ratusza, do archidiecezji w Lubumbashi, do biur spółek wydobywczych. Na próżno. Pozostało mu już tylko Saint-François-de-Sales.

– Domyślam się, że zaczniesz szukać świadków tamtych zdarzeń? – zagadnął ojciec.

– Spróbuję.

– A wiesz, jaka jest średnia długość życia w Afryce?

Erwan milczał. W końcu, daleki od zniechęcenia, olbrzym o kędzierzawych włosach uniósł do ust szklankę – koktajl z owoców egzotycznych, stronił bowiem zawsze od alkoholu.

– Ja w każdym razie życzę ci powodzenia!

Wznieśli toast na znak zakopania topora wojennego.

– Ale bez żartów – podjął życzliwym tonem stary. – Jak zamierzasz dostać się do Lontano?

– Dowiedziałem się, że jest regularne połączenie lotnicze do Ankoro, na zachód od jeziora Tanganika.

– Samoloty nie latają tam od miesięcy. Nie ma już nawet pasa startowego.

– Na lotnisku powiedziano mi co innego.

– Za bakczysz są ci tu gotowi obiecać, że możesz tam jechać na hipopotamie!

Erwan wzruszył ramionami i znów sięgnął po orzeszki.

– Załóżmy, że się tam dostaniesz – podjął ugodowo Morvan. – Ale to jeszcze daleko od Lontano, musisz jakoś pokonać ponad sto kilometrów na północ.

– Popłynę barką. Dowiadywałem się, na rzece jest ich sporo, bo zaopatrują przybrzeżne wioski. Nawet chińscy handlowcy korzystają z takiego transportu.

– Zdajesz sobie sprawę, że znajdziesz się w północnej Katandze?

– Co z tego?

– To, ptaszyno, że toczy się tam wojna.

Czekał na tę chwilę od przyjazdu – silny nacisk na konflikt w Kongu. Dlaczego nie? Przed wyjazdem przeczytał wszystko, co znalazł na ten temat, ale niewiele zrozumiał.

– Pozwól, że jeszcze raz wyjaśnię ci sytuację – ciągnął Morvan tonem wykładowcy.

Próbował już oświecić syna, kiedy przed dwoma miesiącami przyjechali na pogrzeb Philippe’a Sese Nseko, „nieodżałowanego” dyrektora Coltano, ale Erwan słuchał go jednym uchem, wtedy bowiem nie przyszłoby mu na myśl, że wkrótce znów znajdzie się w Kongu.

– W tym kongijskim bagnie nie warto szukać ani początku, ani końca, skoro jednak od czegoś trzeba zacząć, przyjmijmy, że zaczęło się od ludobójstwa w Rwandzie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku. W ciągu kilku dni Hutu wymordowali milion Tutsi. Przeklęty afrykański obłęd, ale daruję sobie szczegóły, bo wszyscy je znają.

To był dopiero początek rzezi. Kiedy Tutsi odzyskali władzę w Kigali, Hutu uciekli w rejon Wielkich Jezior, na wschód Konga. W ciągu kilku dni do Kiwu przybyły miliony uchodźców. Liczba ludności miast w ciągu jednej nocy się podwoiła, gdzieniegdzie wzrosła nawet trzy- lub czterokrotnie. Błyskawicznie urządzano obozy. Nikt nie wiedział, co począć z Hutu, obawiano się, że w ślad za nimi nadciągną żądni zemsty Tutsi.

Paul Kagame, nowy prezydent Rwandy z plemienia Tutsi, niezwłocznie wysłał swoje oddziały w pościg i wykorzystał sytuację, żeby usunąć starego Mobutu. Gdyby po rzezi własnego ludu ściął marszałkowi głowę, Zachód by mu przyklasnął. Ale on, chcąc usprawiedliwić inwazję, doprowadził do niby-rewolty w Kongu, wciągając do koalicji grupę dawnych rebeliantów. Był wśród nich Laurent-Désiré Kabila, stary bojownik z lat sześćdziesiątych, od dawna na emeryturze.

– W ten sposób zaczęła się pierwsza wojna kongijska – przerwał mu Erwan.

Grégoire westchnął. Wydawało mu się, że tylko on może mówić o sytuacji w Afryce. Zresztą właśnie dlatego powstrzymywał się od takich rozmów. Z jego punktu widzenia nie było tam ani problemu, ani szans na znalezienie dobrego rozwiązania. Tylko potworny zamęt, nad którym trzeba było panować na bieżąco.

– Pierwsza wojna trwała zaledwie kilka miesięcy. Był tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy rok. Kabila umocnił się i wyraził wdzięczność na swój sposób: zwrócił się przeciwko Kagame i wygnał z kraju tych „podłych najeźdźców” Tutsi.

Na ich talerzach nadal nie pojawiły się ryby. Wczoraj czekali ponad godzinę, a kiedy wreszcie kelner podał im dania, ryba była zimna, im zaś odechciało się jeść.

Erwan słuchał ojca jak odgłosów otaczającego ich buszu. To kipiące w ciemnościach życie dawało mu ukojenie. Od czasu do czasu rozbrzmiewała solowa śpiewka żaby olbrzymiej.

Nie chciał jeszcze porzucać roli wyzwolonego:

– Też o tym czytałem. W odwecie Kagame uzbroił swoich ludzi i znów zaatakował rejon Wielkich Jezior. To była druga wojna kongijska.

– Właśnie – przyznał powściągliwie Morvan. – Ale sytuacja się zmieniła. Kabila zdążył uformować oddziały, te sławne kadogoszłożone z dzieci-żołnierzy. Uzbroił także Hutu, chociaż wcześniej sprowokował ich rzeź na wschodzie kraju. W dodatku zyskał nowych sprzymierzeńców: Angolę i Zimbabwe. Tymczasem Kagame sprzymierzył się z Ugandą i Burundi. W centrum Afryki wybuchła wojna kontynentalna, która zapoczątkowała reakcję łańcuchową: Mai Mai, Banyamulenge, czyli kongijski odłam ludu Tutsi, i wielu rebeliantów. Nawet w szeregach regularnej armii kongijskiej dochodziło do waśni między dawnymi żołnierzami FAZ, sił zbrojnych Zairu, a kadogos, dziećmi-żołnierzami. Można by tak wyliczać bez końca…

– Z tego, co czytałem, sytuacja się uspokoiła?

– Gadanie! Nie wiem, ile razy podejmowano negocjacje, wprowadzano zawieszenie broni, zawierano przymierza. I za każdym razem konflikt wybuchał na nowo. Prawdę mówiąc, nikt nie wie, jak to się dalej potoczy.

– Nikt oprócz ciebie.

– Nie przypisuję sobie takiej wiedzy, mogę ci jednak powiedzieć dwie rzeczy, ponieważ to żadna tajemnica. Po pierwsze, ta wojna już dawno by się skończyła, gdyby nie toczyła się na jednym z najbardziej zasobnych skupisk złóż podziemnych na świecie. Po drugie, zawsze najbardziej cierpią cywile. Dotąd te konflikty pochłonęły pięć milionów istnień. To więcej niż Jugosławia, Afganistan i Irak razem wzięte. Oczywiście ginęły głównie kobiety i dzieci, dziesiątkowane przez epidemie, głód, gwałty, brak opieki medycznej.

Ledwie to powiedział, podano im ryby. Tym razem, mimo długiego oczekiwania i przygnębiającej rozmowy, rzucili się na jedzenie. Zapadła cisza. Przeżuwając pozbawione smaku danie, Erwan rozmyślał. Ojciec potwierdzał zgromadzone przez niego informacje, jednak fakty nabierały w jego ustach bardziej realnego wymiaru.

Po kilku minutach Erwan podjął:

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Czy teraz jest tam w miarę spokojnie, czy też nie?

– Siłom ONZ udało się częściowo opanować sytuację, owszem. W końcu zatrzymano przywódców, odbywają się rozmowy pokojowe, ale trwa także handel bronią, kopalnie pracują pełną parą i finansują różne „oddziały samoobrony”. Władze centralne nie mają na tym terenie nic do powiedzenia.

– Według moich źródeł na północy jest bezpiecznie. Wojna toczy się w Kiwu i…

– Czy ty mnie słuchasz? Powtarzam: tu nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć, zwłaszcza w rejonie Tanganiki. Oddziały Tutsi mogą pojawić się w każdej chwili i zaatakować FARDC.

– Ale ty tam jedziesz…

– Bo robię interesy.

Erwan wiedział, że ojciec zamierza potajemnie prowadzić wydobycie koltanu w nowych kopalniach w rejonie Lontano. Musiał przyznać, że dobiegający siedemdziesiątki Padre wciąż był facetem z jajami.

– Tak czy inaczej – podjął Morvan – obaj zmierzamy w tym samym kierunku, więc po prostu skorzystaj z mojego samolotu. Zostawię cię w Ankoro i wrócę po dwóch, trzech tygodniach w to samo miejsce. Będziesz miał dość czasu na szperanie.

Jak dotąd Erwan nie potrafił stwierdzić, czy w propozycji ojca kryje się jakiś podstęp, wiedział jednak, że Morvan nie miał powodu mu pomagać – wręcz przeciwnie. Szybko przeanalizował sytuację. Wspólny przelot z pewnością pozwalał mu zyskać trochę tak cennego czasu, a Grégoire miał na głowie ważniejsze sprawy niż pilnowanie go.

– Ale nie mogę lecieć przed drugą po południu – zaznaczył jeszcze, żeby zbyt łatwo nie ustąpić. – Muszę wpaść do Saint-François-de-Sales.

– Zaczekam na ciebie – obiecał Morvan, podając mu rękę.

Ściskając ojcowską dłoń, Erwan poczuł się, jakby zaciskał sobie pętlę na szyi.

3

Erwan szedł przez zalane słońcem, wyludnione miasto. Białe miasto szerokich alei, przy których zieleniły się palmy i wznosiły budynki z tarasami na dachach. Wiedział, że to tylko sen, ale ten sen miał niezwykłą moc – tworzył zamknięty świat, z którego Erwan nie potrafił się wyrwać.

Szedł z trudem, czując, jak stopy zapadają mu się w podłoże. Asfalt był jednak twardy, to jego ciało uginało się jak ulepione z błota. Jego kończyny nie miały już ani kości, ani mięśni. Jaskrawe światło odbierało mu resztki sił – topił się w tym skwarze…

Zauważył w cieniu bram brunatne plamy, które wyglądały jak sylwetki. Podszedł bliżej i ujrzał poczerniałe, ociekające tłuszczem skóry przybite do drzwi i rozciągające się na metr.

To ludzka skóra…

Przypomniał sobie, że to lokalna specjalność – garbarze wyprawiali tu wyłącznie ludzką skórę.

Rozległ się krzyk, potem drugi i jeszcze jeden. Erwan próbował przyspieszyć kroku, ale jego nogi coraz bardziej grzęzły w podłożu. Nie uciekał, tylko się zapadał… w sobie.

Wrzaski stawały się nieznośne, rozsadzały mu głowę, jak uderzenia w skorupę. Otworzył oczy. Ściany pokoju pulsowały za moskitierą. Głosy, zupełnie realne, dobiegały z zewnątrz. Zapach spalenizny unosił się w powietrzu. Usiadł i wreszcie zrozumiał, że gdzieś się pali.

Przez chwilę szarpał się z muślinem, zanim zdołał wydostać się z łóżka. Jego skóra lśniła od potu. Zataczając się, ruszył w stronę jaśniejszego kwadratu okna.

Drzewa zasłaniały ulicę, ale w dali było słychać wrzawę. Klienci i personel hotelu kręcili się po parku. Cienie wydłużały się i plątały na trawnikach. Erwan spojrzał na zegarek: była czwarta nad ranem.

Wskoczył w spodnie i koszulę, chwycił klucz i wyszedł. Nie próbował budzić ojca, przekonany, że ten jest już na dole. Stary nigdy nie spał, w każdym razie nie tak jak normalny człowiek – żeby odpocząć i dać umysłowi pełną swobodę.

Kiedy wyszedł na zewnątrz, poczuł się jak mięso w piekarniku. Dziedziniec. Ulica. Cuchnący dym, który zatyka nozdrza i dusi płuca. Niebo było czerwone, iskrzyło jak ogromny kominek. Ludzie biegali, krzyczeli, popychali się. Odgadł, że ten tłum nie ucieka, ale w pośpiechu zmierza na miejsce katastrofy.

Podążając za wszystkimi, poddał się niepojętemu rozgorączkowaniu, które przypominało podskórny lęk, jaki w dzieciństwie wzbudza burza. Wydawało się, że wszyscy ulegli ambiwalentnym odczuciom, i trudno było powiedzieć, co brało górę – przerażenie, konsternacja czy radość. Także dzieci, ogarnięte istnym szaleństwem, pędziły do pożaru.

Skręcili w jedną z przecznic. Erwana zadziwiło, jak łatwo wszyscy ci ludzie wybiegli z domów w środku nocy. Lubumbashi zdawało się skupiskiem budowli właściwie pozbawionych ścian. Wciąż stało mu przed oczyma miasto ze snu – aleje, jasne fasady, natłuszczone skóry. Wcale nie przypominało tych mrocznych ulic bez latarni, gwarnych i zatłoczonych. Zrobiło mu się niedobrze.

Dotarli na plac, gdzie zamiast bruku była tylko ubita ziemia. Żyły miedzi, nici purpury przebijały się przez tę spękaną glebę, jakby drzemał pod nią wulkan. Tu niepodzielnie panowała panika. Kobiety i mężczyźni biegali bezładnie, nawołując się, przenosząc worki i różne przedmioty. Uciekali z tej okolicy, bojąc się, że wkrótce wszystko pochłonie ogień.

Na razie płonął tylko jeden budynek. Trzypiętrowy blok, z okien którego buchały żółtoczerwone płomienie i strugi czarnej smoły. Pożar napawał się własną siłą, panoszył się w upojeniu pośród nocy.

Erwana ogarnęło dziwne przeczucie. Złapał za ramię przebiegającą obok kobietę z dzieckiem pod pachą i miskami w wolnej ręce.

– Co to za budynek?

Uciekinierka spojrzała na niego zdumiona. Nie zrozumiała pytania, a może wydało jej się zbyt głupie.

– Co tu się pali? – zapytał znowu.

– Saint-François-de-Sales! Kolegium!

Puścił ją i spojrzał na budynek, w którym pokładał całą nadzieję. Teraz był to już tylko rozpalony do czerwoności szkielet – ściany osuwały się jak topiący się cukier. Pomyślał o uczniach tej szkoły, ale oczywiście wewnątrz nikogo nie było.

Rozejrzał się i ocenił nader skromny sprzęt gaśniczy, którym posługiwali się strażacy – zwykli młodzi ludzie w szortach i koszulkach, wylewający wodę z wiader i worków, sypiący nabieraną łopatami ziemię w walce z ogniem. Toczyli ją pod okiem żołnierzy MONUSCO, którzy stali z założonymi rękami, czekając na rozkaz niewidocznego dowódcy.

Erwan skamieniał. W tym kolegium prawdopodobnie niewiele mogło się spalić, jeśli nie liczyć archiwum, na którego zbiory tak liczył. Nazwiska świadków, okoliczności towarzyszące zbrodniom Człowieka Gwoździa, protokoły z przesłuchań i procesu poszły z dymem na jego oczach.

Ledwie rozpoczął to śledztwo, a ono już się skończyło.

W tym momencie pomyślał o ojcu i zaczął go szukać. Wystarczyło, że się odwrócił – stary siedział tuż za nim, pod murem. Jego umazana sadzą twarz przypominała pośmiertną maskę. Sprawiał wrażenie człowieka, którego nie obchodzi pożar ani cała ta wrzawa – rysował coś patykiem na ziemi.

Czując, że jest obserwowany, uniósł głowę i zobaczył syna. Bezradnie wyciągnął rękę i Erwan zrozumiał, kto podłożył ogień w kolegium Saint-François-de-Sales.

4

– Teraz nic cię tu już nie zatrzymuje, więc możemy wystartować w południe.

– Odpieprz się!

O siódmej rano Erwan usiadł na wprost ojca, przy tym samym stoliku co wczoraj wieczorem – gdziekolwiek się jest, wystarczą dwa dni, żeby wyrobić sobie pewne nawyki. Erwan nie zdołał już zasnąć, targany gniewem i poczuciem bezradności. Czy powinien zrezygnować ze śledztwa? Wykluczone! Musiał przejść od razu do drugiego etapu i działać po omacku. Znaleźć ostatnich świadków w sprawie, nie znając nazwisk, nie mając żadnych informacji. Zrekonstruować fakty, daty i miejsca bez żadnych wskazówek.

– Jeżeli myślisz, że mam z tym coś wspólnego, to…

– Nie myślę, tylko wiem.

Morvan nalał mu kawy. W ciemnych okularach był bardziej nieodgadniony niż zwykle. Ubrał się w różową lnianą koszulę i kremowe spodnie z kantem. W jego obecności Erwan zawsze czuł się wymięty jak włóczęga.

– Młodzieńcza pewność… – szepnął Grégoire.

Powiedział to ironicznym tonem, jego syn przekroczył już bowiem czterdziestkę. Erwan założył ciemne okulary, żeby wyrównać szanse w tym pojedynku, i wypił kawę, a raczej lurę bez smaku i ledwie ciepłą. Za to rogalik był dziś smaczniejszy.

– Najlepiej będzie – odparł Erwan – jeżeli zaczniemy się wzajemnie ignorować. Jedź do swoich kopalni, a ja sam sobie poradzę.

– I nadal zamierzasz popłynąć tam rzeką? Taki Czas Apokalipsy w Kongu? Może lepiej sięgnij po literacki pierwowzór, powieść Conrada, który…

Nie słuchał ojca. Myślał o cudownym widowisku, jakie stworzył o świcie deszcz. Przez otwarte okno Erwan podziwiał lawinę mieniących się kropli, które zalewały ziemię, kiedy w powietrzu wciąż jeszcze unosił się zapach spalenizny. Ulewa z pewnością pokonała ogień, ale tu nikt się nie pofatygował, żeby schować ławki, przesunąć stoliki i krzesła. Pozwalano, by gwałtowny deszcz wszystko moczył.

Kolejny rogalik. Im dłużej stary mówił, tym większą rozbudzał w nim bojowość. Nienawiść do ojca zawsze była jego pożywką.

– Pozwolisz przynajmniej, że udzielę ci kilku rad?

– Pod warunkiem, że przestaniesz się zachowywać jak król Konga.

– Rzecz w tym, że moja władza nie sięga poza granice Lubumbashi. Tam będziesz musiał unikać zwracania na siebie uwagi. Na północy moje nazwisko w niczym ci nie pomoże.

– Nie zamierzałem się nim posługiwać.

– Postarałeś się o zezwolenia?

Erwan ugryzł się w język, żeby nie zakląć. Myśląc tylko o śledztwie, nie poczynił żadnych przygotowań koniecznych do samej podróży.

– Co jest potrzebne? – rzucił niechętnie.

– Zezwolenie szefa prowincji, ministra turystyki, MONUSCO, urzędu odbudowy infrastruktury, urzędu górniczego… Lista chętnych do brania łapówek jest długa.

– Nic jeszcze nie mam – wyznał.

– Zacznij od najwyższego szczebla, żeby zamknąć innym gęby. A przede wszystkim nie mów, dokąd dokładnie chcesz jechać.

– A kiedy już będę na miejscu?

– Zapłacisz. Będzie trochę drożej, ale to drobiazg. – Morvan położył dłonie na stoliku, jakby rozwijał mapę Katangi. – Załóżmy, że zdobędziesz papierki i znajdziesz miejsce w samolocie do Ankoro… Potem popłyniesz tą twoją barką. Taki masz plan?

– Tak.

– A widziałeś kiedyś te barki?

– Nie.

– Przeważnie pływają po dwie. Mają po kilkadziesiąt metrów długości i zabierają wszystko, co się da: całe rodziny, bydło, żywność, sprzęt, paliwo, żołnierzy, księży, prostytutki… Czysty folklor.

– Jak długo trwa podróż do Lontano?

– Kilka dni. Nie ma reguły. Teraz, w związku z zagrożeniem wojną, zatrzymują się wszędzie tylko na chwilę. Wysadzają ludzi, wyładowują żywność, leki organizacji pozarządowych, czasem broń, i natychmiast odpływają, żeby nie zwrócić na siebie uwagi żadnej milicji.

– A co potem? Kiedy będę mógł wrócić barką?

– Barki nie wracają. Przynajmniej nie po tej stronie rzeki.

– Ale przecież są jakieś łodzie do Ankoro?

– Być może, jeśli jednak zostaniesz w Lontano, masz zerowe szanse przeżycia. Musiałbyś przeprowadzić śledztwo podczas kilkugodzinnego postoju. Potem wróciłbyś na pokład, dziękując Bogu, że wciąż jesteś cały.

– Wczoraj proponowałeś, że mnie tam zostawisz na tydzień albo dwa.

– Ale z moją eskortą. Sam nie przetrwasz nawet dnia.

– To jakiś absurd.

– Nie ja to powiedziałem. Rzeczywiście, taka podróż tylko po to, żeby spędzić na miejscu godzinę czy dwie…

Wymknęło mu się pytanie godne żółtodzioba:

– Czy ta rzeka to już Kongo?

– To górny odcinek, Lualaba. Zabrałeś chininę?

– Lariam.

– To źle: meflochina ma czasem potworne działania uboczne. Widziałem ludzi, którzy wpadali w obłęd, tracili wzrok albo dostawali przez to świństwo zawału.

Erwan milczał, ale jego mina była wymowna – nie chciał, żeby ojciec traktował go jak dziesięciolatka.

– Podróżowałeś już kiedyś po niebezpiecznych krajach?

– Po Indiach, kiedy szukałem Loïca.

– Nie ma porównania.

– Pełniłem tę misję w Gujanie i…

– To Francja.

– Co próbujesz mi powiedzieć?

Morvan pochylił się nad stołem jak stary pirat w kącie tawerny:

– Że Kongo-Kinszasa tkwi w epoce kamienia łupanego. Wystrzegaj się skaleczeń, bo infekcja zabije cię w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Nigdy nie pij wody, której nie oczyściłeś. Stosuj środki odstraszające owady, ponieważ w buszu najczęściej owady roznoszą choroby.

– Wziąłem ze sobą apteczkę.

– W takim razie pilnuj jej jak biletu powrotnego. I oczywiście nie zadawaj się z czarnymi kobietami.

Morvan podniósł z ziemi plecak firmy Eastpak i postawił go na kolanach. Wyjął jakieś zawiniątko i położył je między kawą a rogalikami.

– Już nie powiesz, że o tobie nie myślę.

Erwan uniósł rąbek płótna i zobaczył polimerową czarną rękojeść z logo GLOCK, w którym „G” obejmuje inne litery.

– Magazynki są w plecaku – dodał Grégoire, chowając broń. – To dobry sprzęt, kradziony siłom MONUSCO.

Erwan starał się ukryć osłupienie.

– Bardzo ci dziękuję, ale nie sądzę, żeby był mi potrzebny.

– Więc się mylisz i dlatego powinieneś mnie słuchać. – Znów sięgnął do plecaka, tym razem po telefon większy od przeciętnych i z potężną anteną.

– To Iridium. Z niego będziesz mógł do mnie zadzwonić zewsząd, choćbyś znalazł się w sercu lasu. To sprzęt do takich potrzeb.

– Chcesz powiedzieć: gdybym wpadł w tarapaty?

Tym słowom towarzyszyły drwiąca mina i bezsensownie wyzywające spojrzenie.

– Będę około pięćdziesięciu kilometrów w górę rzeki, w ciągu dwudziestu czterech godzin mogę ściągnąć tam samolot. Mój numer jest w pamięci telefonu.

Erwan przysiągł sobie w żadnym razie nie kontaktować się z ojcem. Zdawał sobie sprawę, jak drażliwa jest kwestia jego śledztwa: szukał zabójcy Catherine Fontany, w głębi ducha liczył zaś, że przyskrzyni własnego ojca, a ten mimo wszystko ciągle go chronił.

Stary zasunął zamek błyskawiczny i podał plecak Erwanowi, który skinął głową, w ten sposób dziękując.

Kolejna kawa. A po niej ostatnia porcja wskazówek na drogę:

– Musisz sobie uświadomić, że wojownicy, których tu spotkasz, nie mają nic wspólnego z mordercami, jakich widujesz w trzydziestce szóstce. Większość z nich to kanibale, mają głowy nabite niesamowitymi wierzeniami. Mai Mai myślą, że w zetknięciu z ich ciałami kule zamieniają się w krople wody, Tutsi noszą ze sobą sakwy pełne ludzkich genitaliów, a Hutu gwałcą kobiety na trzewiach ich zamordowanych mężów.

– Przypominam ci, że pracuję w kryminalnej.

– Przecież mówię… Tu nie chodzi o gościa, który zabił żonę, ani nawet o psychopatę mającego na koncie kilka ofiar. Mówię o szaleńcach, którzy uśmiercili setki ludzi, którzy są zdolni zmusić kobietę do zjedzenia własnego dziecka, poćwiartowanego i ugotowanego na jej oczach. Gdybyś spotkał tych ludzi, nie próbuj bawić się w superglinę.

Erwan udawał, że zapamiętał wszystkie nauki ojca. Prawdę mówiąc, wcale mu nie wierzył. Te potworności były echem krążących po buszu legend, które w przekazach ulegały zniekształceniom.

Poza tym zamierzał unikać wojowników. Nie przyjechał tu, żeby ocalić świat, musiał tylko odszukać świadków, odświeżyć im pamięć i odkryć, co naprawdę stało się w kwietniu 1971 roku w Lontano. To wszystko.

– Idę się pakować – oznajmił Morvan, wstając. – Nie będziesz żałował?

– Poradzę sobie, tato, nie nalegaj.

Grégoire poklepał go po plecach.

– Wrócę, zanim zdążysz wyjechać.

5

Kiedy Morvan wchodził do holu, portier poinformował go, że ktoś czeka na niego za hotelem, w patio zwanym, nie wiedzieć czemu, „atrium”.

– Kto?

Czarny uśmiechnął się bezradnie – nie miał pojęcia albo nie mógł powiedzieć. Grégoire zaklął pod nosem i przeszedł przez recepcję, żeby skorzystać z korytarza zarezerwowanego dla obsługi. Ranek źle się zaczynał.

Po tylnym dziedzińcu krążył olbrzym w ciemnym garniturze i ray-banach na czole – był tak barczysty, że zdawał się wypełniać całą przestrzeń. Generał brygady Trésor Mumbanza we własnej osobie przybył w towarzystwie zbira wysokiego jak on, ale znacznie drobniejszego i ubranego w mundur polowy.

– Witaj! – zawołał olbrzym, rozkładając ramiona.

– Właśnie zamierzałem do ciebie zadzwonić – skłamał Morvan.

– Mam nadzieję! Nikt mnie nie uprzedził o twoim przyjeździe!

– Niedopatrzenie w biurze.

Mimo pewnej niechęci i kiepskiego nastroju Morvan docenił urok miejsca wybranego na to spotkanie. Właśnie takie ciche zakątki pozwalają poczuć, że przenika się do serca Afryki. Ziemię w patio zaściełały czerwone wióry i liście, które opadły nocą. Dalej otoczony przeszklonymi ścianami zaniedbany ogród krył sporo drzew o szarej korze i potężnych korzeniach. Wyglądało to trochę jak szklarnia pod gołym niebem, namiastka lasu tropikalnego.

Goryl przyniósł plastikowe krzesło i podsunął je Morvanowi. Był to raczej rozkaz niż kurtuazja. Usiadł, dwaj rozmówcy stali.

– Przyszedłem przynieść ci zezwolenia. Na podróż nad Tanganikę.

Mumbanza wręczył mu kartonową teczkę, która już przesiąkła wilgocią. Zawierała niemal kilogram papierów: podpisanych, kontrasygnowanych, opatrzonych pieczęciami i potwierdzonych przez armię potulnych urzędników.

– Kto ci powiedział, że jadę na północ?

– Cii, cii… Dobrze wiesz, że wiem wszystko, kuzynie.

Kudłacz zdobył samochody w dobrym stanie, paliwo, broń, ludzi. Trudno było wymagać, żeby na dokładkę był również dyskretny.

– Wyruszam na rekonesans – oświadczył tylko.

– Mam wrażenie, że zabierasz ze sobą sprzęt do transportu minerałów.

Mumbanza, zwany w Lubumbashi „Bossem”, był panem Katangi, dowódcą wojsk prowincji, człowiekiem, który nie pozwalał, żeby wojna ogarnęła najbogatszy rejon Konga. Kiedy zamordowano Philippe’a Sese Nseko, lokalnego dyrektora Coltano, generał został jego naturalnym następcą na czele spółki. Nie znał się na górnictwie, ale mógł zapewnić spokój w rejonie złóż, a to było najważniejsze. Ta nowa funkcja nie przeszkodziła mu w sięganiu po inne i wszyscy wiedzieli, że chciał zostać gubernatorem Katangi.

– Prowadzisz rekonesans w ramach Coltano?

– Nie. Dla Kabili.

Czarny zmarszczył brwi:

– Od kiedy pracujesz dla naszego kraju?

– Od chwili, kiedy poprosił mnie o to Kabongo – zmyślił.

Nazwisko szarej eminencji złóż naturalnych Demokratycznej Republiki Konga zrobiło oczekiwane wrażenie. Nawet pięćset kilometrów od Kinszasy lepiej było nie drażnić władzy centralnej. Zdarzało się, że ktoś tracił pozycję albo nawet znikał z bardziej błahego powodu.

– Czyżbyś pracował w ramach nadgodzin?

– W rejonie Tanganiki jest teraz spokojniej, więc sprawdzę, co można by tam eksploatować.

– Gdzie mniej więcej są prowadzone poszukiwania?

Morvan skwitował to pytanie uśmiechem. Niepostrzeżenie odzyskiwał panowanie nad sytuacją. Mumbanza prawdopodobnie nie wierzył w jego kłamstwa, jak jednak miał cokolwiek zweryfikować?

– Mam nadzieję, że nie prowadzisz interesów kosztem własnej firmy…

– Dlaczego miałbym to robić?

– Ponieważ w zeszłym miesiącu sprzedałeś wszystkie akcje.

Zawsze go zdumiewało, jak dobrze poinformowani są Kongijczycy. Po śmierci Nseko w Coltano wszystko szło nie tak, kurs akcji nagle wzrósł na skutek ich tajemniczego skupu. A Morvanowi zależało przede wszystkim na tym, żeby nie interesowano się jego spółką i nie odkryto istnienia nowych złóż. Obawiał się także, że afrykańscy partnerzy mogliby podejrzewać, że to on stoi za wykupem akcji. W końcu udało mu się ugasić pożar, wyprzedając ze stratą własny pakiet.

– To już inna historia. I mam nadzieję, że należy do przeszłości.

Czarny klasnął w dłonie, nagle znów pogodny.

– Pozwól, że ci przedstawię pułkownika Laurenta Bisingye, nowego komendanta sektora operacyjnego północnej Katangi. Teraz, kiedy ja bawię się w cywila, on dba o żołnierzy!

Oficer zbliżył się o krok i skłonił głowę. Mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt, a wydawał się lżejszy od suchych liści pod ich stopami. Teraz Morvan go poznał. W 1994 roku setki tysięcy niewinnych Tutsi zostało w okrutny sposób wymordowanych przez Hutu, ale inni Tutsi, wyszkoleni i uzbrojeni w Ugandzie, w niczym nie ustępowali bestialskim ludobójcom. Bisingye należał do ich grona. Tworzył w Kiwu milicję i wyrobił sobie straszliwą reputację, wymyślając tortury. Zasłynął głównie z topienia plastiku w sromach małych dziewczynek i noworodków. To nie przeszkadzało mu głęboko wierzyć w Boga i gdyby nie był żołnierzem, zostałby księdzem. W Królestwie Niebieskim nie było miejsca dla Hutu.

Wyglądał na tego, kim był. Kościstą twarz o ostrych jak brzytwa rysach, typową dla jego plemienia, znaczyły poprzeczne blizny. Nie były to rany zadane nożem, lecz nacięcia, które robił sobie jako wojownik. W Afryce granica między stygmatami cierpienia a symbolami odwagi jest szczególnie cienka.

– W razie jakichkolwiek problemów na miejscu zawsze możesz się do niego zwrócić – dodał Mumbanza.

Morvan nie wątpił, że będzie miał problemy, i był pewien, że przyczynią mu ich zwłaszcza sprzymierzeńcy Bisingye. Wówczas powinien zwrócić się do oficera. To właśnie chciał mu powiedzieć Mumbanza – tam biały mógł łatwo wyparować.

Wstał i uścisnął kurzą łapkę pułkownika.

– Bardzo mi miło.

Oprawca nie odezwał się ani słowem, nawet się nie uśmiechnął. Grégoire usiadł, pogrążając się w mrocznych rozmyślaniach. Żeby eksploatować nowe kopalnie, musiał zawrzeć pakt z Kabongą za plecami władz kraju. Jeżeli stanie się coś nieprzewidzianego, będzie musiał dogadać się także z Mumbanzą – za plecami Kabongi.

W tym tempie zyski zaczną topnieć jak śnieg w wiosennym słońcu.

Generał rozprawiał o obecnej sytuacji, ostrzegając go przed możliwością starć między wojskami Rwandy i Konga na linii rzeki. Mówiło się nawet o wzmożonych transportach broni.

Morvan w to nie wierzył. Zresztą w tej chwili nic go to nie obchodziło – trwał w swoistym półśnie, ukołysany szmerem zieleni. Z gigantycznych drzew zwieszały się liany, pył wirował w smugach światła słonecznego, owady tańczyły w porannej mgiełce. W powietrzu unosiła się woń grzybów przemieszana z zapachem kory. Przypominało mu to bardzo odległe, ale znajome miejsce. Jakąś piwnicę, do której docierają promienie boskiego światła.

– Czy ty mnie słuchasz?

– Wybacz – powiedział wyrwany z zadumy. – Co mówiłeś?

– Pytałem, co robi tu twój syn.

Erwan stałby się piętą achillesową Morvana, zwłaszcza gdyby został w Lubumbashi. Ktoś mógłby bez problemu namierzyć dzieciaka i w ten sposób wyrwać dla siebie sporą część tortu.

– To nie ma ze mną nic wspólnego. Przyjechał zebrać informacje do śledztwa, które prowadzi w Paryżu.

– Wujaszku, Katanga jest naprawdę daleko od Panamy.

– We wrześniu we Francji popełniono serię morderstw, wzorując się na Człowieku Gwoździu.

Wzmianka o tym mordercy wywoływała w Kongu takie wrażenie, jak przywołanie imienia Kuby Rozpruwacza w Anglii albo Błękitnobrodego we Francji. Był seryjnym mordercą, o którym wszyscy tu słyszeli. Może nawet dumą narodową. Mumbanza pokiwał głową – dotarły do niego echa tej sprawy.

– Erwan dopadł winnego… – podjął Francuz.

– Chciałeś chyba powiedzieć, że go zabił.

Morvan udał, że nie słyszy.

– Przyjechał, żeby zapoznać się z aktami z procesu Pharabota, a potem zamknąć śledztwo.

Olbrzym przechadzał się wolnym krokiem po patio, od czasu do czasu unosząc czubkiem buta liść.

– Podejrzewałem, że za tą historią z pożarem w kolegium kryją się jakieś grzeszki.

Zaśmiał się zadowolony z tej uwagi, po czym rzucił Morvanowi ostre spojrzenie.

– Słyszałem, że to wypadek – odparł Francuz.

– Cała Afryka to jeden wielki wypadek.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Że ktoś sprzątał. Stare akta przechowywano w Saint-François-de-Sales. Nikt nie lubi, kiedy grzebie się w cuchnącym bajorze przeszłości.

Morvan dziękował niebiosom, że ten łajdak urodził się po wszystkim i mógł tylko podejrzewać, jak straszna była skrywana prawda.

– Zatem wkrótce wyjedzie? – podjął czarny, wsunąwszy ręce do kieszeni.

– Przed powrotem do Francji chce sprawdzić jeszcze pewne tropy.

– Tu?

– W Lontano.

– Nie uzyska zezwoleń.

Generał zaczynał go irytować tą postawą pana i władcy.

– Chyba że ja się o nie postaram.

Mumbanza stanął nad nim. W promiennym słońcu, wśród tych drzew, które zdawały się stare jak świat, osiągał mityczny wymiar, niczym jeden z gigantów kosmologii Dolnego Konga, tej, która stała się inspiracją Człowieka Gwoździa.

– Naprawdę tego chcesz? A może dobremu białemu tatusiowi wcale nie jest na rękę, żeby synek grzebał w jego przeszłości?

– Zaczynasz mnie irytować – warknął Morvan, wstając. – Muszę przygotować się do podróży.

Trésor lekko się skłonił, przepraszając rozmówcę. Był to teatralny gest, wsparty grymasem i przerysowany. Commedia dell’arte w sosie pili-pili.

– Pontoizau nie pozwoli twojemu synowi jeździć po kraju.

– Kto taki?

– Nowy dowódca MONUSCO. Z tym gościem naprawdę nie ma żartów.

Morvan przypomniał sobie, że natknął się na niego na lotnisku – Kanadyjczyk, za którym łaził człowiek z karabinem FAMAS. Erwanowi rzeczywiście trudno będzie ruszyć się z Lubumbashi.

Uznał, że powinien zakończyć to spotkanie rozmową na temat niebudzący kontrowersji:

– A co z Nseko? Śledztwo zbliża się do końca?

– Jakie śledztwo? – odparł Mumbanza, wybuchając śmiechem.

Bembę znaleziono w jego willi, z rozpłataną piersią i wyciętym sercem. Zabójca – albo zabójcy – użyli piły tarczowej. Nikt nie starał się wykryć sprawców tej zbrodni, zapamiętano tylko jej symboliczny wymiar: Nseko zawinił i spotkała go za to kara. W kraju od dwudziestu lat pogrążonym w wojnie było to dość banalne.

– Życzę ci szczęśliwej podróży, bracie – rzucił generał. – Od czasu do czasu daj znak życia.

Zamyślony Morvan odprowadził spojrzeniem odchodzącego generała. Kto zabił Nseko? Tutsi, dla których był konkurentem na rynku koltanu? Wspólnicy, z którymi handlował na własny rachunek? A może sam Mumbanza? Chyba przyszła pora poważnie się nad tym zastanowić.

Nseko był jednym z nielicznych Kongijczyków wiedzących o nowych pokładach. Czy przed śmiercią zdradził tę tajemnicę? Jeśli tak, to i na Morvana czekają już na wzgórzach z piłami elektrycznymi w rękach.

Jakby na potwierdzenie jego podejrzeń, Mumbanza odwrócił się i objął ręką ramię swojego złowrogiego cerbera.

– Ale przede wszystkim – rzucił rozbawiony – w razie kłopotów skontaktuj się z obecnym tutaj pułkownikiem Bisingye!

6

– Dawno pani nie widziałem.

– Dzwonił pan do mnie.

– Niepokoiłem się.

– Wiem, co mi pan powie.

– Proszę mnie w takim razie wyręczyć.

– Terapia musi być prowadzona regularnie. Nie przychodząc, zniweczyłam to, co już osiągnęliśmy. Nie mam szansy na wyleczenie.

– W tej dziedzinie nie można mówić o… wyleczeniu.

Gaëlle westchnęła.

– Weszłam tu niespełna pięć minut temu, a już udało się panu zirytować mnie bufonadą. Niech pan przestanie dzielić włos na czworo.

– Proszę usiąść.

– Wolę miejsce na kanapie.

– Niech i tak będzie.

Położyła się i poczuła dziwnie znajomy dotyk haftowanej nepalskiej poduszki. Już jako nastolatka, gdy zachorowała na anoreksję, stała się bywalczynią gabinetów psychiatrycznych i psychoanalitycznych. Od pewnego czasu jej terapią zajmował się Éric Katz. W maju postanowiła zrezygnować z jego usług i nawet go o tym nie powiadomiła.

Ten człowiek odcisnął na niej piętno silniejsze niż jego poprzednicy, ale dramatyczne przeżycia z września pogrzebały to wszystko. A teraz on zadzwonił, żeby się dowiedzieć, co się z nią dzieje. Zgodziła się na spotkanie – bez zobowiązań. Zrobiło jej się ciepło na sercu, któż bowiem nie kocha się w swoim psychoterapeucie?

Milczała, pozwalając, by cisza wypełniła gabinet. Wracała pamięcią do tych spotkań, podczas których nie powiedziała ani słowa. To było wieki temu… Teraz się rozglądała, przypominając sobie różne szczegóły. Rysy na suficie. Książki Freuda i Lacana, które mogła ogarnąć spojrzeniem, kiedy zwracała oczy w górę. Unoszący się w pomieszczeniu zapach cedru. Czuła się, jakby zanurzała się w ciepłej kąpieli, która powoli ją rozbrajała.

Tej ciszy nie wytrzymał Katz.

– Jednak coś o pani wiedziałem.

– Od kogo?

– Ze Szpitala Świętej Anny.

– Ta wasza korporacja jest jak Stasi.

– Nie przesadzajmy, prowadzę pani kartę choroby, jestem pani psychiatrą, więc…

– To oni się z panem skontaktowali?

– Tak, nazajutrz po pani hospitalizacji.

– I o wszystkim panu powiedzieli?

– W ogólnym zarysie, ale chciałbym przeanalizować z panią to, co się tam wydarzyło.

Czar spotkania z dawnym znajomym prysnął. W ciągu kilku sekund kanapa przeistoczyła się w grill. Gaëlle wciąż milczała. Psychiatra już nie zakłócał ciszy. Można było pomyśleć, że wymknął się przez jakieś ukryte drzwi.

– Miałam plan… – odezwała się w końcu Gaëlle. – Zamierzałam zniszczyć ojca.

– Często o tym mówiliśmy.

– Nie. Tym razem miałam w ręku silne argumenty, mogłam go unicestwić.

– W jaki sposób zamierzała pani tego dokonać?

– Przypadkiem zdobyłam poufne informacje o złożach koltanu w Kongu.

– Co to jest koltan?

– Rzadki minerał występujący w środkowej Afryce. Wykorzystuje się go do produkcji elementów elektronicznych, szczególnie w telefonach komórkowych i konsolach do gier. Ojciec zbił na tym majątek.

– Wydawało mi się, że był prefektem.

– Jedno nie wyklucza drugiego. Niezależnie od pracy w policji zawsze prowadził interesy w Kongu.

Zamilkła. Przez chwilę psychiatra także się nie odzywał. Może coś notował…

– Jakiego rodzaju były te informacje?

– W ubiegłym roku ekipa poszukiwawcza odkryła spore złoża w strefie kontrolowanej przez spółkę ojca. Mimo trwającej tam wojny istniała możliwość ich eksploatacji. Ale nie wiedział o nich nikt poza ojcem.

– Sprzedała pani te informacje?

– Nie, ujawniłam je zupełnie za darmo znajomym bankierom.

– Gdzie ich pani poznała?

– Dobrze pan wie.

Znów zapadła cisza. Psychiatra jej nie osądzał.

– Na czym dokładnie polegał ten plan?

– Właściwie nie wiem, zupełnie się nie znam na finansach, ale intuicja podpowiedziała mi, że te informacje mogą narobić zamętu. I dostałam, czego chciałam. Bankierzy skupowali akcje Coltano. Tak gwałtowny wzrost popytu spowodował nieprzewidywalny skok kursu, a to oznaczało duże kłopoty dla ojca. Jego kongijscy wspólnicy byli przekonani, że to on kupuje akcje, żeby przejąć władzę w firmie.

– To poważna sprawa?

– Od razu widać, że ich pan nie zna. Ja zresztą też nie. Ale ojciec mówi, że lepiej z nimi nie igrać.

– A skoro to nie on…

– Czarni się zastanawiali, z czego wynika to nagłe zainteresowanie Coltano, którego kopalnie spokojnie sobie drzemały. A ojciec się bał, że dowiedzą się o istnieniu nowych złóż.

– Nadal im o tym nie powiedział?

– Naprawdę nic pan nie zrozumiał? Zamierzał prowadzić wydobycie bez ich wiedzy, na własny rachunek. Chciał zgarnąć zyski za plecami wspólników. Ale tego dowiedziałam się dopiero później.

– W końcu odkryli prawdę?

– Nie. Ojciec sobie poradził, jak zwykle… Żeby doprowadzić do spadku kursów, sprzedał ze stratą własne akcje. Moi bankierzy w końcu pozbyli się swoich, myśląc, że przekazałam im fałszywe informacje. Kongijczycy dali ojcu spokój. Coltano znowu jest mało interesującą spółką.

– Zrujnowała pani ojca?

Z jej ust wydobył się śmiech, który przypominał ostatni oddech tonącego.

– Nawet to mi się nie udało. Zgarnął kupę kasy i w końcu wszystko odkupi, nie mam co do tego wątpliwości. A tymczasem będzie bez wiedzy wspólników prowadził wydobycie z tych cholernych złóż. Zresztą teraz na pewno tam jest i pogania robotników tyrających w ciasnych, dusznych tunelach.

– I za to go pani nienawidzi?

– Skądże znowu.

Znów zapadła cisza. Tym razem Gaëlle była pewna, że psychiatra coś pisze.

– W takim razie musiało się wydarzyć coś znacznie gorszego, prawda? – zapytał po chwili.

Przełknęła ślinę – miała wrażenie, że jej gardło jest jak tarka.

– Kiedy się dowiedział, co zrobiłam… – wyszeptała – wpadł do mieszkania mojego brata Loïca. Tego dnia zajmowałam się jego dziećmi. Zobaczyłam go i… spanikowałam. A przecież wiedziałam, że to nastąpi… I nawet chciałam tego starcia… Chciałam się napawać widokiem jego wykrzywionej gęby. Ja…

Zamilkła. Nie rozpłacz się!

– Co się stało?

– Wyskoczyłam przez okno. Loïc mieszka na trzecim piętrze.

Po tych słowach milczała przez minutę. Było to swoiste nieme epitafium. Ale nie udało jej się nawet popełnić samobójstwa.

– Wyszłam z tego cało – ciągnęła nieco szybciej – dzięki drzewom albo dachowi samochodu, nie bardzo pamiętam. Wyszłam z tego cało, żeby sobie uświadomić, że nigdy nie zdołam się uwolnić.

– Może pani mówić jaśniej?

– Co z tego, że nienawidzę ojca, że próbuję go zniszczyć? To tylko głupia szamotanina. Jedynym uczuciem, które mną powoduje, jest strach. Prymitywny, niekontrolowany strach.

– Przed czym?

Uniosła się i podparła łokciem, jak pacjent, który w ostatniej chwili odmawia zgody na amputację.

– Czy naprawdę musimy to wszystko wywłóczyć?

– To słowa panią leczą. Nieważne, ile razy powtórzy pani tę samą historię, zawsze wyłoni się coś nowego i przyniesie ulgę.

Głos Katza był metaliczny, aseksualny. To brzmienie podkreślało jego neutralność. Nie był ani kobietą, ani mężczyzną, tylko uchem.

– Ten łajdak przez całe życie bił matkę – podjęła, znów się kładąc. – Rosłam w strachu. Nigdy go nie pocałowałam. Nigdy nie pozwoliłam mu się do mnie zbliżyć. Jeżeli kiedyś go dotknę, to tylko po to, żeby zabić.

To właśnie obiecała sobie, wydostając się spomiędzy dwóch samochodów po upadku. Ale to postanowienie było warte tyle samo co wszystkie inne. Stary już spieszył jej z pomocą. Puszczamy wszystko w niepamięć i zaczynamy od nowa.

Wyciągnęła z torebki chusteczkę, wytarła nos i oczy, wciąż leżąc. Musiała znów stać się arogancką, cyniczną Gaëlle. Żeby jej słowa miały moc trucizny, a nie gorycz łez!

– A w Świętej Annie?

Roześmiała się jak mała dziewczynka, która stara się nie rozpłakać.

– Postanowił mnie pan wykończyć?

– Trzeba oczyścić ranę.

– Po tym skoku z okna zabrano mnie na badania do Szpitala Amerykańskiego, później trafiłam do kliniki psychiatrycznej Szpitala Świętej Anny.

– Ponieważ była pani wciąż bardzo wrażliwa.

– Wrażliwa?! – rzuciła podniesionym tonem. – Miałam za sobą wielki skok! Uważa pan, że po czymś takim potrzebowałam towarzystwa ludzi w jeszcze głębszej depresji?

Psychiatra nie raczył odpowiedzieć. Miała wrażenie, że zapada się w poduszkę jak w bagno między dwiema czarnymi skałami.

– Nocą – podjęła po chwili – padłam w szpitalu ofiarą agresji. Mężczyzna w lateksowym kombinezonie usiłował mnie zabić. Zamordował pielęgniarza i chroniącego mnie policjanta. Udało mi się uciec. Jak na niedoszłą samobójczynię to niebanalny sukces. Najwyraźniej jednak moja godzina jeszcze nie wybiła.

– Ale przynajmniej czegoś się pani dowiedziała.

– Proszę mi oszczędzić tego moralizatorskiego tonu!

– Czy napastnika udało się zidentyfikować?

Zaklęła, a potem wrzasnęła:

– Naprawdę nie czytuje pan gazet?!

– Gaëlle, proszę się nie wykręcać. Nie ma znaczenia, co czytałem ani co wiem. Celem tej sesji jest to, żeby pani opowiedziała mi o wszystkim, co się pani przytrafiło.

Głośno westchnęła. Zabrzmiało to jak groźny świst.

– Mężczyzna, który wtargnął nocą do szpitala, to Człowiek Gwóźdź, a raczej morderca wzorujący się na pierwszym Człowieku Gwoździu, seryjnym zabójcy aresztowanym przez mojego ojca w latach siedemdziesiątych w Katandze. Z góry uprzedzam, że nie opowiem panu żadnej z tych dwóch historii.

Usłyszała ciche westchnienie, być może stłumiony śmiech, a potem pytanie:

– Jak zakończyła się ta sprawa?

– Śledztwo prowadził mój drugi brat, Erwan. W końcu zdemaskował mordercę.

– Chyba go zabił?

– To ja go zabiłam.

Tym razem wyraźnie czuła, że to wyznanie go zaszokowało. Oficjalnie to Erwan Morvan, komendant z brygady kryminalnej, wyeliminował mordercę, który zakradł się do jego mieszkania. Nikt nie wiedział, że to Gaëlle, która nocowała u brata, trzymała nóż.

Może przyszła do gabinetu psychiatry właśnie po to, żeby zrzucić ten ciężar, a może chciała tylko sprowokować doktora Katza. Wyobrażała sobie jego rozmyte tęczówki, rozchylone usta. W jego wyglądzie było wszystko, czego nie lubiła u mężczyzn: zbyt kobieca twarz, chorobliwie chuda sylwetka, wymuskana fryzura i strój.

Tym razem uniosła się i usiadła na kanapie, podkulając nogi. Jej oczy pałały, ręce odruchowo ściskały torebkę.

– Nic więcej nie powiem – szepnęła. – Na dziś już wystarczy.

– Czas i tak już minął.

Zawsze musi mieć ostatnie słowo. Była odwrócona do niego plecami, ale domyślała się, że i on miał już dosyć. Najchętniej dobiłaby go jeszcze jakimiś szczegółami, choćby tym glockiem 9 mm otrzymanym od ojca, którego nosiła w torbie, albo dwoma gorylami czekającymi na nią na dole, na ulicy Nicolo.

Mogłaby również dorzucić, że sprawa Człowieka Gwoździa nie została rozwiązana, że były wątpliwości co do tożsamości i motywów mordercy i że Erwan pojechał do Afryki, żeby rozwiązać zagadkę kryjącą się w aktach. Zachowaj amunicję na kolejną wizytę. Postanowiła bowiem wznowić terapię.

Zsunęła nogi jak sparaliżowana i dotknęła stopami podłogi. Szukała pieniędzy, gdy powiedział władczym tonem:

– Proszę tu usiąść.

Zajęła miejsce na krześle przy biurku i przez moment obserwowała Katza. Mimo wszystko był fascynujący. Miał w sobie czar typowy dla mężczyzn o kobiecej urodzie. Nie próbował skorygować tego wrażenia strojem – wręcz przeciwnie. Nosił koszule z wysokim kołnierzykiem w stylu sztywnych kołnierzyków damskich.

Zamarła: Katz wypisywał receptę. Dobiło ją to, wciąż przecież kontynuowała kurację ustaloną w szpitalu. A on postanowił dorzucić do tego kolejną dawkę trucizny, traktując ją jak umierającego na raka, ogłupianego morfiną.

– Łykam już wystarczająco dużo świństw – zaoponowała.

– Ale ja tylko zapisuję pani dane kolegi.

Było gorzej, niż się obawiała: psychiatra pozbywał się pacjentki.

– Nie ma pan prawa mnie wyrzucić – powiedziała drżącym głosem.

Katz nałożył skuwkę na pióro, złożył kartkę na pół i podsunął ją Gaëlle.

– Dopóki jest pani moją pacjentką, nie mogę zostać pani przyjacielem – powiedział, zwracając na nią łagodne spojrzenie.

Poczuła coś w rodzaju blokady mózgu. Nie była w stanie myśleć, nie potrafiła nawet pojąć sensu jego słów.

– Co chce pan przez to powiedzieć?

– Że zapraszam panią na kolację.

7

O piętnastej wszystko było na miejscu. Całkiem nieźle jak na start planowany na dwunastą. Morvan spodziewał się raczej kilkudniowego opóźnienia.

Kiedy stanął na płycie lotniska, ogarnęła go duma: antonow AN-32 czekał już tylko na niego. Potężny kadłub drgał w rozgrzanym, falującym powietrzu niczym statek kosmiczny na Cape Canaveral. Udało mu się wyczarterować ten samolot w ciągu trzech dni, co w Lubumbashi było istnym cudem.

Ludzie tłoczyli się przy maszynie, bo Morvan zgodził się zabrać pasażerów – tych, którzy mimo ryzyka chcieli wrócić na północ, do swoich rodzin. Nie powodowało nim współczucie, nie był to gest dobroczynności – lokalne władze inkasowały pieniądze za bilety, w zamian przymykając oko na ten lot, który legalnie wcale się nie odbywał.

Kiedy już obsługa zamierzała zamknąć luki bagażowe, pojawił się Michel z kilkoma ludźmi. Biegli, pchając wózki sklepowe wypełnione pudłami. Znów ta afrykańska groteska. I nagle Morvan ujrzał w antonowie to, czym ta maszyna rzeczywiście była: przedpotopowy samolot, sklecony jak olbrzymia puszka na konserwy. A ci czarni cisnący się na schodki boso szli na pewną śmierć.

Podszedł do Michela i otworzył jedno z pudeł, pełne pomiętych, źle uszytych mundurów.

– A co to takiego?

– To dla nich, szefie.

Kudłacz wskazał na otaczających go osiłków, ubranych w szorty i bawełniane koszulki, i bardzo wesołych.

– Tatuśku, to nasi żołnierze. Trzeba ich ubrać.

Kabongo obiecał mu wsparcie militarne, ale to było wsparcie w afrykańskim stylu. Pan Kopalń po prostu zezwolił na przebranie jakiejś bandy obwiesiów za żołnierzy.

Morvan pokiwał głową – była ich zaledwie dziesiątka, mógł jednak zwerbować dodatkowych w samolocie, po lądowaniu. W ślad za tą myślą nasunęła mu się druga: wciąż nie miał żadnych wieści od Jacquota, wspólnika pracującego w terenie. Ostatni mail od niego otrzymał przed dziesięcioma dniami. Czy wykonano już prace? A może wszyscy wyjechali ze sprzętem?

Wsiadając do samolotu, warknął: „Kurwa!”, zaszokowany tym, co zobaczył. Kabina miała około dwudziestu metrów długości i nie było w niej ani foteli, ani pasów bezpieczeństwa, ani niczego, co znajduje się w samolocie pasażerskim. Ludzie tłoczyli się razem z kozami, prosiętami, dużymi i małymi tobołkami, koszami pełnymi owoców i roślin, skrzyniami, walizkami, a z tyłu, oddzielone prowizorycznie zamontowaną kratą, stały jego ciężarówki i samochody terenowe, pozostawało więc tylko wierzyć, że ich mocowania wytrzymają lot.

Barwy tunik, chust i innych strojów olśniewały. Jaskrawe światło wpadające przez okienka, niczym reflektory zwrócone na scenę teatru, wydobywało swoim blaskiem pełnię każdego koloru. Czarne twarze, wdzięczne szyje, obnażone ramiona kobiet – wszystko wydawało się wyrzeźbione z ciemnej, lśniącej skały. Mieniącego się minerału, którego odbłyski opowiadały o genezie człowieka.

Poszedł przywitać się z kapitanem, Rosjaninem o nazwisku Czepik, pracującym jak za dawnych czasów. Ten pilot chciał po prostu przetrwać trzy, cztery lata w tym kraju, gdzie szalała wojna i gdzie łatwo było o katastrofę, nie wspominając już o groźnych chorobach, a potem wrócić do domu z pełną kabzą. Jego zamglone oczy zdradzały, że już sobie popił, nie słuchając zaleceń. Morvan nie przedłużał tego spotkania – wrócił do kabiny.

Przygotowano dla niego prawdziwy tron: krzesło ogrodowe, z którego mógł patrzeć na siedzących u jego stóp pasażerów. Nie skorzystał z niego – zrobił sobie trochę miejsca między podróżnymi a bydłem. Położył plecak pod ścianą i oparł się o niego. Nagle dopadł go atak kaszlu – w powietrzu unosił się pył i drobiny manioku. Michel, który jeszcze stał, wpatrywał się w notes. Nie umiał ani czytać, ani pisać, ale uznał, że taki rekwizyt jest nieodzowny dla osoby pełniącej funkcję reżysera.

Grégoire nie robił sobie żadnych złudzeń – po dotarciu na miejsce okaże się, że brakuje połowy sprzętu, a to zapomnianego, a to ukradzionego, a to przehandlowanego. Nie przejmował się, bo w Afryce najlepszym sposobem radzenia sobie z problemami było ich ignorowanie. Niepewność stanowiła nieodłączny element każdego projektu. Przyjmując takie założenie, można było lepiej docenić prawdziwą poezję kraju, irracjonalnego i niepoprawnego.

Nie zważając na warkot silników, Morvan pogrążył się w marzeniach i skupił na tym, co mogła przynieść ta podróż. Pozostało mu tylko dać się ponieść ku swojemu królestwu, od którego dzieliło go ponad tysiąc kilometrów. Znów poczuł dreszcz emocji, dobrze znany wszystkim pionierom. Był bowiem prawdziwym pionierem – w czasach chaosu ziemie te odzyskały dawny dziewiczy charakter i już żaden biały się na nie nie zapuszczał.

Samolot skręcił, znów ruszył, potem wyhamował, co spowodowało, że w kabinie rozbrzmiały pełne przerażenia krzyki i śmiech. W końcu ruszył na dobre i nabrał rozpędu. Niektórzy pasażerowie już wymiotowali, inni przysypiali. Dominował tu swoisty fatalizm: katastrofa lotnicza to śmierć jak każda inna.

Dzieci bawiły się, lekceważąc zasady bezpieczeństwa. A przecież płynący z głośnika komunikat po francusku i w suahili zawierał wskazówki wzorowane na informacjach podawanych przez linie lotnicze. Wspominano w nim o pasach, o maskach tlenowych, kamizelkach ratunkowych, choć nigdy ich tu nie było.

Morvana zawsze fascynowała magiczna moc, jaką przypisywano na Czarnym Kontynencie językowi francuskiemu i procedurom administracyjnym – papiery, pióra, pieczęcie same w sobie były już krokiem ku idealizowanej rzeczywistości. Kiedy nie ma się nic, tępa gadanina rozbudza nadzieję.

Pomyślał o Erwanie, który pewnie tkwił w jakiejś poczekalni w Lubumbashi. Afrykańska biurokracja była w tej bitwie o spełnienie zamierzeń potężnym sprzymierzeńcem Morvana. Wiedział, że wobec wszechwładnej tu inercji jego syn nie ma najmniejszych szans.

Zamknął oczy i uciekł w świat własnych marzeń.

8

– To jakiś żart?

Erwan nie miał już siły, żeby odpowiedzieć. Przez całe przedpołudnie szukał samolotu do Ankoro. Pukał do prywatnych firm transportowych, organizacji pozarządowych, spółek wydobywczych – w najbliższym czasie nie planowano żadnego lotu. W dodatku potrzebował urzędowych zezwoleń. W końcu zrozumiał, że nie mając dokumentów, bezsensownie traci czas na szukanie połączeń. Dlatego zaczął chodzić po urzędach, był w izbie regionalnej, ministerstwach wód i lasów oraz kamieniołomów i kopalń. Nigdzie nie trafił na osobę „uprawnioną”. Musiał się najpierw umówić, ale nawet to nie było możliwe od razu.

Doszedł do wniosku, że tylko jedna instytucja może pomóc mu w dotarciu na północ: misja ONZ w Demokratycznej Republice Konga. Właśnie dlatego znalazł się teraz w budynku z blaszanym dachem, w kwaterze głównej MONUSCO przy alei Mama-Yemo w centrum miasta.

– Czy to żart?

Komendant Danny Pontoizau, nowy szef oenzetowskiej misji, wziął się pod boki i patrzył na niego spod nasuniętego na jedno oko niebieskiego beretu. Potężny, wysoki blondyn o świeżej, zaróżowionej cerze wyróżniał się w Lubumbashi wyglądem.

Pochodził z Quebecu, a jego francuski miał niewiele wspólnego z mową Woltera. Po słowiańskim i chińskim akcencie inżynierów, wśród których siedział w poczekalni, po specyficznym języku kongijskich urzędników ta kanadyjska wersja francuskiego, jaka płynęła z ust oficera, po prostu dobiła Erwana.

– A któż podsunął ci taki pomysł? Cóż to za szaleństwo?

– Muszę przeprowadzić śledztwo, więc…

– Czego dotyczy to śledztwo?

Erwan po raz kolejny zaczął opowiadać całą historię, ale Pontoizau natychmiast mu przerwał.

– Czy masz oficjalne rozkazy od swoich przełożonych? Ma się rozumieć: na piśmie.

– Nie. Prowadzę tę sprawę z własnej inicjatywy.

Kanadyjczyk przechadzał się po pokoju, którego cementowe ściany pomalowano lśniącą farbą olejną. Były tu klimatyzacja, nowe meble, automat do kawy… ONZ potrafił podejmować gości.

– No cóż, to absolutnie wykluczone. Tak. Ta strefa nie jest clear.

Miał najwyżej czterdzieści lat i z pewnością wypełniał rozkazy zwierzchników, którzy stacjonowali tam, gdzie było naprawdę gorąco, na przykład w Kongu. Gdziekolwiek jednak na terytorium Konga znajdowały się siły ONZ, były one bezsilne i poddawane ostrej krytyce. Choćby tego ranka na antenie radia Okapi kongijski deputowany oskarżał MONUSCO o uprawianie turystyki.

Pontoizau wygłaszał tymczasem enty wykład na temat sytuacji w Katandze, konfliktów, które tliły się – jego zdaniem – na północy, zbrojnych grup, których nikt już nie potrafiłby zliczyć, i uchodźców, z którymi nie było co począć.

Erwan rozumiał z tego co piąte słowo, ale nie śmiał zaproponować, żeby przeszli na angielski, ponieważ jego rozmówca pochodził z kraju, gdzie nie mówi się fast food, tylko „szybka restauracja”, i „samochód rekreacyjny”, a nie „camping”.

Poprzestał więc na obserwowaniu mimiki oficera. Pontoizau miał młodzieńczy wygląd, szeroki nos i jasne oczy przypominające małe kule z matowego szkła. Blond loki wymykające się spod beretu sprawiały wrażenie sztucznych.

– Popatrz na to! – zawołał, wskazując wiszącą na ścianie mapę.