Koneser - Joanna Opiat-Bojarska - ebook
Opis

Seksbiznes, czerwony rynek i tajemnice z przeszłości w mistrzowsko skonstruowanym kryminale. Wniknij w świat, w którym ciało jest tylko towarem.

Wakacyjny spokój mieszkańców Poznania burzą makabryczne odkrycia. W odstępie kilku dni w lesie zostają odnalezione szczątki kobiety, a na terenie starego pruskiego fortu wypatroszone ciało mężczyzny.

Obie sprawy prowadzi zgrany policyjny duet: doświadczony Burzyński i niepokorny Majewski. Przy ciele mężczyzny odnajdują wiadomość od mordercy. W poszukiwaniu odpowiedzi na mnożące się pytania pomaga im chłodna i zdystansowana antropolog sądowa Anita Broll.

Tropy wiodą w stronę bezlitosnych handlarzy żywym towarem...

Tymczasem tajemniczy mężczyzna o osobliwych potrzebach chce, by oczy całej Polski zwróciły się na niego.

Joanna Opiat-Bojarska – poznanianka, absolwentka tamtejszej Akademii Ekonomicznej. Prowadzi firmę działającą na rynku nieruchomości. Miała napisać tylko jedną książkę, niestety wpadła w uzależnienie. W kryminale czuje się jak ryba w wodzie. „Koneser” jest jej siódmą powieścią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja Milena Schefs

Projekt okładki Magda Zawadzka

Zdjęcia na okładce © isoga / Shutterstock, © Serov / Shutterstock

Zdjęcie autorki © Joanna Jaśkowiak, milkart.pl

Korekta Maciej Korbasiński, Elżbieta Steglińska

Text © copyright by Joanna Opiat-Bojarska, 2015 Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2015

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-040-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawawww.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: [email protected] Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: [email protected] Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: [email protected]

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Akt 1

Dziewczyna biegła w głąb lasu, by uciec przed spojrzeniami kierowców samochodów przejeżdżających drogą wojewódzką numer 431. Gdy straciła z oczu asfaltową wstążkę, podciągnęła spódnicę i opuściła majtki. Silny strumień moczu rozlał się po leśnym runie. Poczuła ulgę. W końcu mogła zapomnieć o nieprzyjemnym ucisku na pęcherz. Chwilę wcześniej myślała, że prędzej oszaleje, niż się go pozbędzie.

Podciągnęła majtki i odwróciła się. Nagle świat wydał jej się piękniejszy. Kilka sekund temu widziała tylko samochody i ciemne pnie drzew. Teraz zieleń w wielu odcieniach oddziaływała na zmysły. Zauroczona widokiem zbliżała się do drogi, gdy jej uwagę przykuło coś, co burzyło idealną harmonię kolorów. Zamiast wracać prosto do auta, skręciła w lewo i zaciekawiona podeszła bliżej biało-żółtej plamy.

– O kurwa!

Sebastian Kaźmierczak opierał się o maskę stojącego na poboczu samochodu i wystawiał twarz do słońca. Mijający go kierowcy przyglądali mu się uważnie lub rzucali nostalgiczne spojrzenia. Gdy kolejny jadący z naprzeciwka samochód zatrąbił, a jego kierowca wykonał niewybredny ruch ręką, Sebastian uświadomił sobie, że sytuację, w której się znalazł, można było interpretować całkiem opacznie. Oto stał na skraju lasu, przy źródełku płatnej miłości, a przejeżdżający mężczyźni zwyczajnie mu zazdrościli.

– Aaaaaa! – Krzyk dotarł do niego wcześniej niż biegnąca dziewczyna. – Aaaaa!

Niestety, nie był to krzyk rozkoszy. Blada i spocona Barbara Chabrzyk dotarła do auta i szarpnęła drzwiami. Nie mogła jednak wejść do środka. Samochód był zamknięty.

– Seba… – Oddychała szybko.

– Przestraszyłaś się pająka?

Gdy wybrzmiewała ostatnia część pytania, nie miał już wątpliwości. Dziewczyna nie żartowała. Wpatrywała się w niego nieprzytomnie, jednocześnie szarpiąc klamkę. Była śmiertelnie przestraszona.

– Trup… tam jest trup… – szepnęła i zakryła usta rękoma.

* * *

– Opowiedz mi o swojej żądzy – ciepły głos wyartykułował żądanie.

– O żądzy?

– Tak.

– Chodzi ci o… – prowokował i uważnie obserwował reakcję kobiety.

– Dobrze wiesz, o co mi chodzi. O źródło twojej przyjemności.

– Aha. – Usatysfakcjonowany mężczyzna kiwnął głową.

– W takim razie zacznijmy od początku: opowiedz mi o swojej żądzy.

– Żądza… dobre słowo. Ale osobiście wolę określenie „nadaktywność”.

– Nadaktywność?

– Tak. Widzę świat zupełnie inaczej niż ty. Dociera do mnie zniekształcony. Wszystko jest szare, a na pierwszy plan wysuwa się właśnie TO. TO mnie motywuje i pobudza. Widzę TO wszędzie. Gdy widzę, rośnie we mnie napięcie i czuję potrzebę aktywności, więc działam. Często działam, stąd to określenie: nadaktywność.

– Działasz, bo chcesz, czy dlatego, że musisz?

– Chcę. Chcę pozbyć się wkurwiającego napięcia. Wiem, jak to zrobić, więc po co mam się ograniczać?

– Czyli jednak czujesz wewnętrzny przymus…

– Czyli jednak masz ochotę mnie wkurwiać! Chęć, przymus… o co ci, kurwa, chodzi? Mam ochotę, więc TO robię. Nie mam, to nie robię. Nikt mi do skroni lufy nie przykłada! Nie czuję przymusu! Chociaż faktycznie, rzadko zdarza się, żebym nie miał ochoty…

– Potrafisz nad sobą panować? – dopytywała kobieta, nie przejmując się, że dolewa oliwy do ognia. Zachowywała się tak, jakby była piromanką. Chciała, by niewielkie ognisko zmieniło się w pożar. – Nad tą chęcią?

– A po… – Zamilkł na chwilę, spojrzał prosto w kamerę i dodał, uważniej dobierając słowa: – A po co? Potrafię się w niej zatracać. To jest o wiele przyjemniejsze.

Akt 2

Ptaki wydawały się nie zauważać poruszenia wokół znaleziska. Ćwierkały w oddali przyjemnie i głośno, jakby chciały zademonstrować przyjezdnym, że ptasie trele na żywo są o wiele lepsze niż jakiekolwiek relaksujące „odgłosy lasu” nagrane na płytach i sprzedawane mieszczuchom.

Przyjemny cień drzew zachęcał do położenia się na ziemi i zaczerpnięcia energii z naturalnego źródła. Gdzieniegdzie przez korony drzew przedzierały się ostre promienie słoneczne.

Miejscowy policjant Jerzy Franek, który dotarł na miejsce oględzin z komisariatu w Kórniku, szturchnął kolegę po fachu:

– Patrz, kryminalni już są.

– Podarować sobie nie mogli, co?

– No. – Funkcjonariusz splunął przed siebie. – Jakbyśmy sami sobie nie poradzili… Pieprzona Jedynka.

Energicznym krokiem zbliżał się do nich policjant z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej. Franek udał serdeczność:

– Witamy Poznań!

– Witam, podkomisarz Burzyński. – Przemysław przywitał się z lokalnymi funkcjonariuszami krótkim uściskiem dłoni. – Witam. A to jest posterunkowy…

Odwrócił się, żeby przedstawić Michała Majewskiego, ale ten tkwił jeszcze przy samochodzie, odwrócony do reszty towarzystwa plecami, więc dalsza prezentacja nie miała sensu. Burzyński przeszedł do konkretów.

– Co tu mamy? – Rozejrzał się.

– Przyszło zgłoszenie telefoniczne, podjechaliśmy na miejsce zdarzenia – referował Franek. – Potwierdziliśmy zgłoszenie i zabezpieczyliśmy miejsce do waszego przyjazdu.

Mężczyźni stali nad znaleziskiem. Na mchu leżał szkielet człowieka. Postać miała rozpostarte ręce i nogi. Już na pierwszy rzut oka widać było, że kościec jest niepełny. Brakowało dużej części dłoni i fragmentów stóp.

– Trochę już sobie leży. – Radosny głos Majewskiego zakomunikował jego przybycie. – Ale ładnie tu jest. Jaki spokój!

Burzyński upomniał partnera wzrokiem. Jak zwykle, zamiast najpierw skoncentrować się na czynnościach związanych z pracą, chłopak delektował się widokiem.

– Młody, skup się! – Na wszelki wypadek do mrożącego spojrzenia dodał komunikat werbalny. Oczywiście ściszonym głosem, by dotarł tylko do adresata.

Michał Majewski pojawił się w komendzie pierwszego dnia kwietnia i bez skrępowania przedstawił się jako chrześniak szefa szefów. Ówczesny partner Burzyńskiego, Ryszard Milczek, żegnał się właśnie ze służbą i zmęczony walką z rakiem udawał się na zasłużony, prawdopodobnie wieczny odpoczynek. Opuszczone biurko Milczka zajął ten młody, irytujący mężczyzna.

Burzyński postanowił bronić się przed tym kukułczym jajem, jawnym dowodem nepotyzmu komendanta głównego. Bronić się, a jednocześnie nie wbijać gwoździ do swojej trumny. Początkowo współpraca z Młodym, jego ogromnym ego i jeszcze większymi wyobrażeniami o pracy w policji w niczym nie przypominała kooperacji. Dopiero po pierwszej wspólnej sprawie – poszukiwaniu zaginionej Leny Pietrzak – Burzyński zaczął oceniać partnera przez pryzmat jego umiejętności, zamiast zastanawiać się nad jego koneksjami rodzinnymi. Nie wiadomo kiedy zrodziła się między nimi nić sympatii.

– Kto to zgłosił? – Burzyński kontynuował przepytywanie policjanta z Kórnika i rozglądał się uważnie.

Spokój i odgłosy lasu co jakiś czas przerywane były warkotem przejeżdżających samochodów. Na drodze między Kórnikiem a Mieczewem panował zwiększony ruch, zwłaszcza samochodów ciężarowych.

– Zadzwonił facet, ale szczątki znalazła paniena. – Franek wskazał na siedzącą na ziemi parę.

– Paniena? Pracująca nieopodal? – szeroko uśmiechnął się Młody.

Dobrze znał profil biznesowy okolicznych lasów. Przed remontem tak zwanej trasy katowickiej przydrożne prostytutki stały na skraju lasu bliżej Poznania, na wysokości Borówca. Po remoncie, wybudowaniu ronda i zjazdów oraz zamknięciu leśnej uliczki, lokalnej alei czerwonych latarni, biznes przydrożnych, zazwyczaj ukraińskich punktów uciechy musiał przenieść się trochę dalej. Idealnym miejscem stał się oddalony o kilka kilometrów las przy drodze wojewódzkiej między Kórnikiem a Mieczewem.

– Podobno nie jest dziwką. – Franek poczuł się w obowiązku stanąć w obronie młodej dziewczyny. – Nie sądzę, by… Nie. Ona mówi, że przejeżdżała tędy z chłopakiem, wyszła z samochodu za potrzebą i natknęła się na czaszkę.

Takie tłumaczenie nie przekonało Majewskiego. Wzruszył tylko ramionami i zanim podążył za Burzyńskim, dodał:

– A co miała powiedzieć? Że była się odlać przed stosunkiem, za który bierze pięć dych?

* * *

– Kuźwa, nie wygląda to dobrze. – Młody, jak zwykle w chwilach skupienia, obracał się na swoim krześle. Co jakiś czas zerkał na leżące na biurku zdjęcia ludzkich szczątków.

Niewielką przestrzeń pokoju śledczych szczelnie wypełniały meble dalekie od funkcjonalności, bliższe raczej eksponatom muzealnym: dwa ogromne biurka, obdrapana szafa pancerna i wysłużone, obrotowe krzesła.

– Trup nigdy nie wygląda dobrze.

– Jaki trup? Przecież tu nawet grama mięsa nie znajdziesz. – Majewski nie mógł się uspokoić. – To jest taki… karykaturalny obraz. Jak pozostałości po gigantycznym indyku w Święto Dziękczynienia.

– Taa, faktycznie – przytaknął Burzyński. – Niektórzy mieszkańcy lasu mieli niezłą ucztę! Nie można temu zaprzeczyć.

Mężczyźni pracowali wspólnie od ponad czterech miesięcy, spędzili ze sobą siedemset godzin, rozmawiali niemalże codziennie. Żyli wspólnymi sprawami i uczyli się siebie nawzajem. Burzyński zobaczył w końcu w młodszym koledze siebie sprzed lat – policjanta pełnego zapału, marzeń, chcącego zmieniać świat.

Z kolei Michał Majewski powoli oswajał się z przerażającym poczuciem odpowiedzialności Burzyńskiego. Z jego brakiem ekscytacji i emocji w patrzeniu w przyszłość. Nadal bał się, że najdalej za kilkanaście lat będzie wiódł podobnie nudne i schematyczne życie. Zrobiłby wszystko, by tego uniknąć. Uważnie obserwował kolegę i starał się na bieżąco analizować jego zachowanie. Wnioski zostawiał dla siebie, licząc po cichu, że w ten sposób odnajdzie receptę na szczęśliwe życie.

– Dobra, Młody, przestań kręcić się w kółko. Zajmę się dziewczyną i chłopakiem, zobaczę, co mi powiedzą. – Burzyński wstał energicznie i spojrzał na zegarek.

– Chętnie ci pomogę.

– No myślę…

– To co, gadamy razem czy solo? Chętnie wezmę tę pannę w obroty.

– Taa, w to nie wątpię. Dzielimy się. Ja przesłuchuję oboje, a ty jedziesz do ZMS-u. Musisz ustalić, co wiedzą o ofierze.

– Ja?

– A co?

– Nic… Burza, ale ja jeszcze nigdy tego nie robiłem. Może poczekam i pojedziemy razem?

– Przecież kręcą cię pierwsze razy. Sam dasz radę. Ja po przesłuchaniach – spojrzał na zegarek – uciekam prosto do domu.

Za godzinę mieli skończyć pracę. Mijało właśnie siedem godzin, do których Burzyński doliczył sześćdziesiąt minut – czas niezbędny na dokładne przepytanie dwóch osób. Nowa sprawa spowodowała dopływ adrenaliny do jego krwi. Miał ochotę, niczym pies gończy, zerwać się ze smyczy i biec w nieznane, dopóki nie zgubi tropu albo nie złapie zębami nogawki złoczyńcy. Sam mógłby podjechać do Zakładu Medycyny Sądowej, ale instynkt samozachowawczy przypominał mu bezustannie o zasadzie numer trzy.

Dziesięć zasad mających na celu ratowanie małżeństwa Burzyńskich powstało w wyniku długich i ciężkich negocjacji. Ograniczenie numer trzy mówiło o wyraźnym i z góry ustalonym rozdziale czasu pracy i czasu dla rodziny. Gdy obiecywał przestrzegać tego punktu, doskonale wiedział, że nie da rady dotrzymać słowa. Już samą zgodę na jego wstawienie uznał za wielkie poświęcenie i ogromny dowód miłości. Niestety, jak się później okazało, Izie Burzyńskiej nie wystarczyły puste deklaracje. Pilnowała przestrzegania zasad jak lew upolowanej antylopy.

– Czemu ty nie pojedziesz, kuźwa, tylko mnie wysyłasz? – Młody nie odpuszczał. – Ja załatwię przesłuchania, a ty ZMS.

Majewski wielokrotnie brał udział w przesłuchaniach świadków i podejrzanych. Rozkoszował się obserwowaniem ludzi przebywających w małych pomieszczeniach, branych w krzyżowy ogień pytań. Widział i czuł dużo więcej niż przeciętny człowiek. Obawiał się jednak rozmowy ze specjalistą od kości. Tu nie mógł sobie pozwolić na improwizację. Musiał wiedzieć, o co pytać, a później zapamiętać odpowiedzi, by nie zostać wyśmianym przez Burzyńskiego.

– A ty co? Spotkałeś już wcześniej jakiegoś antropologa, że masz takiego cykora?

– Ja cykora? Chyba żartujesz, kuźwa. Powinienem się bać?

– No wiesz, mówi się, że to krwiożercze bestie… – Burza nie mógł powstrzymać się od żartów. – Podobno antropologami zostają ci, dla których na medycynie zabrakło miejsc.

– Tak trzeba było od razu ze mną rozmawiać. – Chłopak skapitulował, bo czuł, że nic nie wskóra. – Czyli wysyłasz mnie do jakiegoś frustrata, co czyta z kości, żebym dowiedział się, kim był ten kościotrup, zanim został pozbawiony mięśni i tłuszczu. Od razu brzmi dużo ciekawiej. Kogo mam tam szukać?

– Już ci zapisuję nazwisko.

* * *

Michał Majewski z impetem trzasnął drzwiami czerwonej alfy romeo. Stał przy prawie stuletnim, monumentalnym budynku, zwanym kiedyś Pałacem Sztuki. Gdy wpisywał w nawigację dane adresowe Zakładu Medycyny Sądowej, spodziewał się dojechać do obskurnego budynku z lat osiemdziesiątych, wepchniętego bez ładu i składu między kamienice. Tymczasem, skręcając zaraz za terenem Międzynarodowych Targów Poznańskich z ulicy Grunwaldzkiej w lewo, w wąską ulicę Święcickiego, zorientował się, że numer sześć, do którego zmierza, znajduje się w Collegium Anatomicum.

Szybko minął bramę z napisem „Nie zastawiać” oraz podwórze użytkowane jako parking dla pracowników instytucji i stanął na schodach, odrobinę zaniepokojony czekającą go rozmową ze specjalistą. Wziął głęboki wdech, jakby za chwilę miał zniknąć pod powierzchnią wody, i popchnął drzwi.

Przeszedł koło portierni i stanął na środku ogromnego korytarza. Ku jego zdziwieniu nie przywitały go sterty kości, zapach trupów, szaleni antropolodzy i patolodzy ze zwichrzonymi włosami. Korytarz wypełniał studencki gwar. Gdzie nie odwrócił głowy, tam widział atrakcyjne dziewczyny.

„Jestem w raju” – ta myśl pojawiła się i sprawiła, że krew zaczęła mu krążyć szybciej niż zwykle. Na chwilę się przyczaił i wytypował dziewczynę. Nie byłby sobą, gdyby nie wybrał najładniejszej. Długowłosa właścicielka seksownego biustu siedziała na schodach i przeglądała notatki.

Podszedł na tyle blisko, by zauważyła go kątem oka. Odczekał chwilę i usiadł. Dokładnie na tym samym schodku co ona, blokując tym samym przejście. Zgodnie z jego planem dwie minuty później osoba wchodząca na piętro rzuciła pełne wyrzutów:

– Przepraszam!

Michał przesunął się w stronę atrakcyjnego biustu, by zrobić przejście. Oczywiście udawał, że robi to pod przymusem. Dziewczyna poczuła krępującą bliskość obcego ciała i przesunęła się w stronę balustrady, żeby zwiększyć dystans. Nie miała jednak zbyt dużego pola manewru.

– Cześć! – Michał podarował jej uśmiech numer cztery.

Wielokrotnie sprawdzał jego skuteczność. Wiedział, jak działa na kobiety. Pełne usta odsłaniające zęby i tańczące chochliki w niebieskich oczach.

– Cześć.

Dziewczyna spojrzała na niego. Ich twarze dzieliła suma długości ich ramion. Maksymalnie pięćdziesiąt centymetrów.

– Co robisz?

Uśmiech nie schodził z jego twarzy, zwłaszcza że był już pewien, jak spędzi dzisiejszy wieczór.

– Ja, yyy – dziewczyna starała się zapanować nad zaskoczeniem – przeglądam notatki.

– Wiesz – symulował wahanie, by tym skuteczniej uwieść ją mieszanką pewności siebie i nieśmiałości – nie o to pytałem. Co robisz? No wiesz, po zajęciach? Wieczorem? Co będziesz robić przez całe swoje życie?

– A co?

Na osobistą listę podbojów mógł wpisać kolejną zdobycz, jeszcze bezimienną, ale z rozmiarem, na oko, 75 E. Wbił już w nią swoje kły, leżała sparaliżowana. Wystarczyło zanieść jej ciało do jaskini.

– Bo jeśli nie spędzisz tego wieczoru ze mną, uczynisz mnie najbardziej nieszczęśliwym facetem na świecie. Wybacz, że tak prosto z mostu, ale… zaczarowałaś mnie.

Oblizywała usta, nie wiedząc, co powiedzieć.

– O której kończysz? – spytał. Czuł, że jego podniecenie rośnie.

– Mam jeszcze ćwiczenia, będę wolna za godzinę.

– Świetnie, więc zapraszam cię na najlepsze włoskie spaghetti w mieście. – Przemilczał fakt, że sam zaserwuje jej makaron z sosem pomidorowym, w prywatnym mieszkaniu, po porcji włoskich ćwiczeń fizycznych. – Jak masz na imię?

– Ewka, a ty?

– Michał. Będę tu na ciebie czekał. Powiedz mi jeszcze, gdzie znajdę Zakład Medycyny Sądowej?

– Tam, na parterze. Te szklane drzwi po prawej stronie.

* * *

Tuż obok wejścia do Zakładu Medycyny Sądowej Majewski zauważył łacińską sentencję na ścianie: Hic mors gaudet succurrere vitae et iustitiae. Tu śmierć cieszy się, że pomaga życiu i sprawiedliwości.

Śmierć cieszy się. Ta antyteza rozbawiła go i przeraziła jednocześnie. Ktoś przyjął założenie, że śmierć może odczuwać radość. Przecież śmierć nie czuje… Jest jak urzędnik państwowy, obojętna na stany poruszenia umysłu, prośby, groźby i obietnice. Przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie, zabiera to, na czym zależy ludziom najbardziej. Ma w dupie to, czy komuś pomaga, czy też go pogrąża.

Gdy szklane drzwi zamknęły się za Majewskim, poczuł się nieswojo. Tak jakby właśnie przeprawił się przez Styks. Jakby uciekło z niego życie. Wszelkie oznaki istnienia – śmiech, krzyki i ruch – pozostały za drzwiami. Korytarz, którym podążał, był pusty. Lodowato pusty. Niby podobny do miejsca, w którym przed chwilą poderwał dziewczynę na dzisiejszy wieczór, a jednak zupełnie inny.

Zbliżał się do końca korytarza. Kolejne szklane drzwi broniły wstępu do części, w której znajdowały się zamknięte w szklanych gablotach muzealne eksponaty – kości, czaszki i zmumifikowane ciało.

Nagle na korytarzu pojawiła się kobieta w średnim wieku. Szła w kierunku drzwi. Myśliwy Majewski po raz kolejny tego dnia poczuł zwierzynę łowną. Węch nie mógł go mylić. Kobieta musiała być przed czterdziestką lub nieznacznie po niej. Smakowicie kołysała biodrami, układając stopy niemalże w linii prostej. Jej nogi zakrywała przydługa (jak na gust Michała) spódnica. Nie potrzebował wiele, by wyobrazić ją sobie w obcisłej mini. Tak, taka kobieta powinna pokazywać nie tylko łydki i kolana, ale i uda.

Kobieta podchwyciła jego łakomy wzrok. Jej lodowate spojrzenie zmroziło go. Momentalnie wrócił do rzeczywistości. Mini wydłużyło się, a biodra, zamiast siedzieć na nim, właśnie go mijały. Odwrócił się, by jeszcze przez chwilę cieszyć oczy tym zmysłowym zjawiskiem. Kobieta zniknęła jednak tak szybko, jak się pojawiła. Zamknęła za sobą drzwi, a Majewskiemu przemknęło przez myśl, że powinna zapomnieć czegoś i znów wyjść na wybieg między ludzkimi szczątkami. Mógłby podziwiać drugi akt przedstawienia. Niestety, korytarz pozostał pusty. Policjant złapał więc za najbliższą klamkę.

– Dzień dobry, posterunkowy Majewski – przedstawił się.

Mężczyzna w białym fartuchu odwrócił wzrok od mikroskopu.

– Pan do mnie?

– Być może. Szukam – spojrzał na kartkę od Burzyńskiego – Brolla.

– Brolla? – zdziwił się mężczyzna. – Aaa! – Dopiero po chwili skojarzył nazwisko. – To musi pan iść do pracowni antropologii i odontologii, pokój numer siedem. Jeśli tam nikogo nie będzie, to niech pan zajrzy pod piątkę.

– Pokój siedem lub pięć, dzięki.

Chwilę później klamka do pokoju numer pięć ustąpiła pod naciskiem dłoni Majewskiego. Pracownia antropologii była zamknięta na cztery spusty, dlatego bez pukania zajrzał do piątki.

– Dzień dobry… – Miał zamiar przywitać się służbowo, ale zobaczył kobietę w spódnicy, która według jego wcześniejszej oceny powinna być zdecydowanie krótsza. – No, no, no. Nie wiedziałem, że w takim miejscu można spotkać anioła.

Kobieta stała przy metalowym stole. Odwróciła głowę i wrogo spojrzała na przybysza.

– Nie umie pan pukać?

– Pani wygląda jak anioł, zwłaszcza w tym świetle. Jestem oślepiony… – Do wyznania dodał uśmiech numer trzy.

– Nieupoważnionym wstęp wzbroniony! – Ostry ton i spojrzenie kobiety były jednoznaczne.

Oto stała przed nim kobieta – wyzwanie. Kobieta – Mount Everest. Kobieta – królowa lodu. Nie działał na nią jego urok. Nie miała ochoty na flirt.

– Niech się pani nie denerwuje. – Majewski nie zamierzał się poddać. – Złość piękności szkodzi. Jestem z policji. Lepiej powiedz mi, aniele, gdzie znajdę antropologa?

– Raczej antropolog – poprawiła go.

– A jakie to ma znaczenie?

– Ogromne.

Policjant nie wytrzymał pełnego pretensji spojrzenia kobiety. Na stole, przy którym stała, zauważył kości ułożone na kształt ludzkiego szkieletu. Chciał podejść bliżej, ale dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że jego węch odbiera dziwne bodźce. Coś podobnego do zapachu szkolnej stołówki, zaschniętego brudu, przypalonego mięsa i wiecznie czarnej ścierki, którą kucharka przeciera tace. Nie był w stanie ocenić, czy zapach go drażni, czy się mu podoba. Budził jednak nieprzyjemne wspomnienia.

– Dokładnie kogo pan szuka? – Kobieta przyglądała mu się lodowato.

– A. Broll – odczytał z kartki. – Korzystając z wrodzonej inteligencji – do wypowiedzi dołączył kolejny uśmiech, zazwyczaj działający na kobiety – strzelę w Aleksandra. Szukam antropologa Aleksandra Brolla.

– Nie wróżę panu długiej kariery w policji, zwłaszcza jeśli będzie pan musiał strzelać. O swojej inteligencji może pan zapomnieć. Radziłabym raczej popracować nad sobą i kulturą osobistą! Proszę przyjść do mnie dopiero, jak uzupełni pan braki. Proszę też sobie zapamiętać moje nazwisko: Anita Broll.

– Przepraszam bardzo. Burza mnie nie uprzedził, że idę do babeczki.

– A to trzeba uprzedzać?! – Jeśli chwilę wcześniej Majewski myślał, że zdenerwował kobietę, dopiero teraz widział, że się mylił. Ostatnie zdanie wprawiło ją w prawdziwą wściekłość. – Burza nie uprzedził?! Pan sobie chyba żartuje! Czy płeć ma znaczenie podczas wykonywania czynności zawodowych?!

– Nie, oczywiście, że nie. Proszę się uspokoić. Nie chciałem pani urazić…

– Tylko mnie zaliczyć? Upokorzyć? Zapomniałam o czymś?

Stał w ciszy, czekając, aż Anita Broll się uspokoi. Dość szybko opanowała się i zamilkła. Odwróciła się do niego plecami. Chciała, by opuścił pokój, uznała jednak, że najszybciej się go pozbędzie, jeśli szybko odpowie na jego pytania.

– Przysłali pana w sprawie wczorajszych szczątków?

– Tak.

– To wasze znalezisko. – Pokazała kości na stole. – Szczątki należą do jednej osoby. Najprawdopodobniej kobiety.

– Kobiety? – Majewski przyglądał się uważnie temu, co leżało na stole. Czaszka, żebra, miednica, kończyny. Nie mógł powiedzieć nic więcej poza tym, że kości są kośćmi. Określanie na ich podstawie płci osobnika było dla niego równie wiarygodne jak wróżenie z fusów. – Kościotrup mógł być rodzaju żeńskiego?

– Tak. – Lakoniczna odpowiedź Broll nie zawierała żadnego ładunku emocjonalnego. Zaczęła zachowywać się tak, jakby wyłączyła odczuwanie.

– No nie wiem, ale… nie wygląda to – wskazał na czaszkę – na kobietę.

– Wygląda – zapewniła obojętnie.

– Dobrze, zatem kobieta. – Zaczął notować, by nie uronić ani jednego słowa. Nie zamierzał wracać z dodatkowymi pytaniami do lodowatej antropolożki. – Czy można określić jej wiek i to, jak długo leżała w lesie?

– Jeśli wziąć pod uwagę, że przez ostatnie dwa tygodnie panowała iście egipska pogoda… Nie wiem, ile dni po zgonie trafiła do miejsca, w którym ją odnaleziono. Ale jeśli założyć, że umarła w lesie albo znalazła się tam zaraz po śmierci, to jej ciało musiało leżeć minimum trzy tygodnie. A może nawet i pięć. Owady i zwierzęta zrobiły swoje. Na kościach widać pozostałości po ich żerowaniu. Brakuje kilku drobniejszych kości… – Broll przerwała; uznała, że młody policjant i tak niewiele zrozumie z jej wypowiedzi. Powinna odpowiadać krótko i rzeczowo.

– Drobniejszych? – powtórzył.

– Tak.

– Czyli?

– Chociażby kości dłoni.

– Aha.

– Nie miała więcej niż trzydzieści lat, nie mniej niż dwadzieścia pięć – uprzedziła jego pytanie.

Od lat współpracowała z policją. Wiedziała, jakich informacji powinna dostarczać.

– Między dwa pięć a dwa dziewięć – notował. – Wiadomo, jak zginęła? Może to pani odczytać z tych szczątków?

– Niestety, nie ma żadnego urazu, który mógłby prowadzić do śmierci. Jedyne uszkodzenie to złamana kość przedramienia, ale złamanie jest zrośnięte. Kość gnykowa jest nienaruszona.

– Gnykowa?

– Mówię, że ofiara nie została uduszona.

– Aha. O co jeszcze powinienem zapytać?

– Była niewysoka, miała metr sześćdziesiąt dwa. To wszystko. Przynajmniej na tę chwilę.

– Może jakieś ślady udało się znaleźć?

– Mówię, że nie wiem nic więcej. Ofiara musiała być naga, nie znalazłam na szkielecie śladów materiałów.

– Dziękuję. Jakby coś jeszcze wyszło, gdyby pojawiły się nowe informacje, to proszę o info.

Majewski z tylnej kieszeni spodni wyjął wizytówkę i podał ją antropolożce.

– Dobrze – odpowiedziała i nie czekając, aż bezczelny mężczyzna opuści jej terytorium, wróciła do pracy.

Michał Majewski stał jeszcze chwilę, obserwując ją, aż w końcu zdecydował się zaatakować po raz kolejny.

– Niesamowite… – rzucił od niechcenia.

Kobieta wyczuła zmianę w jego głosie. Brzmiał zupełnie inaczej, gdy rozmawiali o sprawach zawodowych.

– Niesamowite, że taka piękna kobieta chce obcować ze śmiercią…

Anita Broll postanowiła nie dać się po raz kolejny sprowokować. Czuła jego wzrok na sobie, opanowała więc rosnące w niej oburzenie i odwróciła się.

– Żegnam pana.

– Do zobaczenia, pani Anito.

* * *

Przemysław Burzyński wysłuchał opowieści Barbary Chabrzyk i zamierzał przejść do kolejnego punktu: pytań i odpowiedzi. Wcześniej przesłuchiwał Sebastiana Kaźmierczaka i miał parę wątpliwości, które dziewczyna mogła rozwiać lub potwierdzić.

– Mówiłaś, że znasz Sebastiana Kaźmierczaka. Jak długo?

– Dość długo, poznaliśmy się jakieś dwa miesiące temu, na imprezie.

– Kto podjął decyzję o zatrzymaniu samochodu?

– Tłumaczyłam przecież policjantom, opowiadałam też panu. Muszę wszystko powtarzać?

Barbara Chabrzyk wyglądała na zmęczoną. Przez kilka ostatnich dni żyła na wyższych obrotach, niewiele spała. W tej chwili marzyła o spokoju i wygodnym łóżku. Irytowały ją pytania łysiejącego policjanta. Gdy opowiadała mu o znalezisku, wydawał się skupiony. Myślała, że gdy tylko dobrnie do końca opowieści, policjant da jej coś do podpisania i wypuści do domu.

– Rany, siku mi się okropnie chciało. Już pół godziny wcześniej. Co prawda myślałam, że jakoś wytrzymam do Poznania, nie zrobię sobie siary, no ale nie wyszło. Zatrzymaliśmy się, żebym nie posikała mu samochodu.

– Nie uważasz, że to zabawny zbieg okoliczności?

– Nie rozumiem. Pan coś insynuuje? – Otworzyła szeroko oczy i zmarszczyła czoło.

Czujny wzrok Burzyńskiego odnalazł w końcu coś, na czym mógł się skupić. Jego cierpliwość została wynagrodzona. Dziewczyna zaczęła się denerwować. Miał pewność, że zdziwienie, które przed chwilą wyraziła, było nieszczere. Jej czoło nie zmarszczyło się błyskawicznie. Delikatne opóźnienie trwało jeden moment, potrzebny, by wydane przez jej mózg polecenie dotarło do mięśni twarzy.

– Las ciągnie się przecież wzdłuż drogi przez kilka kilometrów, a on wysadził cię akurat tam?

– Tak wyszło. Najpierw starałam się o tym nie myśleć. Później nacisk na pęcherz był tak duży, że mu powiedziałam… Nie miał się gdzie zatrzymać. Albo droga nie miała pobocza, albo gdy zbliżało się coś szerszego, to nie można było się tam zatrzymać.

– Z jakiego powodu?

– Nie wiem. Nie ja byłam kierowcą. Całą uwagę skupiałam na sobie.

– Na pewno widziałaś zjazd i parking leśny kilkaset metrów wcześniej, mogliście tam się zatrzymać.

Burzyński miał swoją teorię. Kaźmierczak i Chabrzyk zatrzymali się w lesie, by uprawiać seks. Tego był pewien. Podczas przesłuchania Kaźmierczak chwalił się wręcz swoim olbrzymim popędem seksualnym. Uważał go za oznakę prawdziwej męskości. Przy drodze, którą jechał, stały tirówki. Nie mógł oprzeć się takiej pokusie. To jakby głodnemu kazać stanąć w długiej kolejce do kasy w markecie, gdzie z półki krzyczą batony: „Weź mnie, weź mnie”.

Musiał ustalić, czy miejsce, w którym zatrzymała się para, było przypadkowe, czy znane Kaźmierczakowi. Być może miał w tym lesie swój rozkoszny zakątek, w którym regularnie oddawał się zmysłowym przyjemnościom.

– Widziałam, ale Sebastian nie chciał się tam zatrzymać. Przy drodze stały dziwki.

– Widziałaś je?

– Sebastian powiedział, że to dziwki. W sumie tak, widziałam jedną kobietę, może nawet dwie. Nie skojarzyłam, czemu stoją same w lesie. Siku mi się chciało. Myślałam, że zaraz eksploduję.

– Czyli twój chłopak ci powiedział… – Policjant położył akcent na słowo „twój”.

– Powiedział, że stoją tu panienki. – Dziewczyna ani nie potwierdziła, ani nie zaprzeczyła, że jest związana z Kaźmierczakiem. – Pytałam, skąd wie, że to właśnie jagodzianki. Powiedział, że wie. Podobno z kolegami czasem jeżdżą pooglądać je sobie, więc wie, jak wyglądają. Nie dopytywałam, bo poczułam, że już nie wytrzymam ani minuty dłużej. Jęknęłam, a on zatrzymał się kilkanaście sekund później, kawałek za zakrętem. Wystrzeliłam jak strzała i biegłam prosto przed siebie, by stracić z oczu samochód.

– Nie uważasz, że to było niebezpieczne, skoro – jak sama mówisz – w kilku miejscach stały tirówki? Mogłaś się natknąć na jedną z nich podczas pracy…

– Nie myślałam o tym. – Barbara kręciła głową. – Chciałam tylko opróżnić pęcherz.

– Nie mogłaś zrobić tego przy samochodzie?

– Nie.

– Dlaczego? To byłoby przecież bezpieczniejsze.

– Być może, ale też nieestetyczne. Jak to panu wyjaśnić? Nie wiem, czy pan zrozumie, nie jest pan, hm… najmłodszy. My z Sebastianem… To znaczy on i ja nie jesteśmy małżeństwem, nie znamy się tak długo, by bez skrępowania sikać przy sobie. Znamy się raczej krótko.

Burzyński nie mógł nie zauważyć rosnącego zdenerwowania dziewczyny. Wychwycił też rozbieżność w jej wypowiedziach. Jej ocena czasu znajomości z Kaźmierczakiem zmieniała się w zależności od sytuacji.

– Jak długo się znacie? – zapytał, by sprawdzić jej reakcję. Mogła albo potwierdzić jedną z dwóch wykluczających się odpowiedzi, których udzieliła wcześniej, albo wymyślić trzecią, zupełnie nową.

– Znamy się od dwóch miesięcy, ale dopiero na chwilę przed wyjazdem nad morze, że tak powiem, poznaliśmy się bliżej. – Speszona Barbara spuściła głowę.

– Współżyjesz z Kaźmierczakiem? – Postanowił wykorzystać jej chwilowe zakłopotanie i rozpoczął pytania na najbardziej krępujący temat.

– Słucham?

Zareagowała dokładnie tak, jak się spodziewał. Rumieniec zalał jej policzki. Nie wiedziała, gdzie spojrzeć. Kręciła się na krześle, jakby wzrok policjanta sprawiał jej ból.

– Uprawialiście seks? – powtórzył.

– Tak – wyznała w taki sposób, jakby przyznawała się do morderstwa. – Pierwszy raz tydzień temu…

Burzyński odwrócił głowę, by dać dziewczynie odpocząć od swojego spojrzenia. W swojej pracy poznał wielu dziwnych ludzi, wiele trudnych związków, niezrozumiałych motywacji. Nauczył się przyglądać i nie oceniać. Często milczenie było jedyną reakcją, na jaką mógł sobie pozwolić.

– A wtedy w lesie zatrzymaliście się na seks?

– Nie. Robiliśmy to tuż przed wyjazdem. W lesie zatrzymaliśmy się na siku, mówiłam już.

– Dobrze. – Burzyński uśmiechnął się. Wiedział już wszystko. Kaźmierczak podczas przesłuchania zapierał się, że nie musi płacić za seks, a miejsce, w którym się zatrzymał, było przypadkowe. Chabrzyk to potwierdzała. – To czas na ostatnie pytanie: kiedy zauważyłaś zwłoki?

– Wracałam do samochodu, zrobiłam kilka kroków i zauważyłam coś dziwnego. Nie wiem, dlaczego akurat spojrzałam w tamtą stronę, ale ta czaszka była okropna i tak wyraźnie odznaczała się na ziemi.

– Dziękuję, na dziś to wszystko. – Policjant spojrzał na zegarek. Powinien już opuszczać firmę.

– Proszę pana? To chyba dobrze, że musiałam za potrzebą biec do lasu, dobrze, że wpadłam na te zwłoki, przynajmniej teraz możecie złapać tego, co zabił, prawda?

* * *

– Każdą potrzebę trzeba zaspokoić. Jak ty zaspokajałeś swoje?

Pytanie kobiety wybrzmiało w pokoju, a później zapadła złowroga cisza. Jakby mężczyzna rozważał, czy zabić kobietę przed udzieleniem odpowiedzi, czy zaraz po jej udzieleniu. Powietrze stało się gęste, a temperatura wzrastała z minuty na minutę za sprawą dwóch lamp na statywach.

– Najlepiej, jak umiałem – odezwał się w końcu, a jego rubaszny śmiech obijał się przez chwilę o ściany. – Przecież nie można stale żyć w napięciu. Poczucie niespełnienia zamienia się we frustrację, a ona potrafi zniszczyć nawet najtwardszego człowieka. Moje potrzeby były proste. Bodźce docierały z każdej strony. Kobieta mijająca mnie na ulicy, dziewczyna z teledysku… Cóż, mam umiejętność nadawania seksualnego znaczenia ludziom i sytuacjom w zupełnie zwyczajnych okolicznościach.

– Rozumiem. – Kobieta nawet przez chwilę nie pomyślała, że igra z ogniem. – Myślisz, że stać cię na bardziej konkretne odpowiedzi?

– Chcesz konkretów? Proszę bardzo. – Wypuścił z siebie powietrze tak mocno, że uniosły się leżące na stole kartki z pytaniami. – Zaczynałem jak każdy seksoholik. Najpierw był seks z przypadkowymi dziewczynami. Uprzedzę twoje pytanie. Chętne cipki znajdziesz wszędzie. Na dyskotece, w barze, w pubie. Takich to nawet do hotelu nie musisz zabierać. Zamykasz się w kiblu, chwila moment i idziesz dalej.

Jeśli masz więcej czasu albo jesteś nieśmiały, używasz sobie w internecie. Wchodzisz na czat z dobrym nickiem i laski lecą do ciebie jak muchy do gówna. Mniej więcej dziewięćdziesiąt procent z nich umówi się na randkę, a później da się namówić na seks. Zrobią wszystko, by kupić sobie odrobinę uczucia.

Mężczyzna nawet nie ukrywał swojego przedmiotowego stosunku do kobiet. Przerwał na chwilę, a potem ciągnął dalej:

– Wiem, co zrobić, by laska poczuła się pożądana i chciała się rozebrać. Jestem koneserem kobiecego ciała. No dobra, nie będę się chwalił. W końcu okazało się, że przy moich potrzebach zbyt dużo czasu zajmuje mi poszukiwanie lasek do zaliczenia. W każdą trzeba zainwestować nie tylko czas, ale też kasę. Wiesz, po jednym piwie za pięć złotych laska nie pójdzie się z tobą pierdolić, nawet ci nie obciągnie. Potrzeba kilku wypasionych drinków, odpowiedniej gadki, uśmiechów.

Dziennikarka słuchała opowieści swojego gościa ze spokojem. Przygotowała się do tej rozmowy i dobrze wiedziała, czego może się spodziewać. Obserwowała jednak uważnie twarz rozmówcy. Twarz, na której malowała się obojętność.

– Po jakimś czasie przestało mnie to bawić – kontynuował mężczyzna. – Stwierdziłem, że skoro i tak muszę wydać na seks trochę kasy, to po co narażać się na ryzyko, że stracę czas i kasę na laskę, która w ostatnim momencie przypomni sobie o narzeczonym, moralności i innych pierdołach. Poza tym jestem konkretnym facetem. Wiem, czego chcę. Skoro seks i tak mnie kosztuje, to lepiej wiedzieć od początku, jaka jest stawka i za co.

Najpierw zapłaciłem tirówce. Zatrzymałem się przy drodze, zagadałem pierwszą lepszą i już. Zrobiliśmy to. Było zajebiście. Bez problemów, udawanych uśmiechów. Napięcie zeszło. Żądza została zaspokojona. Szkoda, że na krótko. Szybko doszedłem do wniosku, że tirówki, jagodziany, nieważne, jak je nazwiesz… są jak łyk wódki, a przecież chciałoby się wypić przynajmniej cały kieliszek. Nie tak w przelocie, tylko usiąść przy barze i wypić.

Kolejny etap to dziewczyny z ogłoszeń prasowych. Idziesz do mieszkania i chlup. Niby to większy komfort, masz łazienkę, łóżko i nikt znajomy nie zauważy twojego samochodu przy trasie, ale jakość cichodajek była dla mnie zbyt kiepska. Wkurwiały mnie te proste laski. Większość z nich myślała, że ich praca polega tylko na użyczeniu na chwilę cipki. W końcu poszedłem do agencji z prawdziwego zdarzenia. Bezpieczeństwo, anonimowość, kultura i czysty ręcznik.

– A z żoną? Próbowałeś z nią?

– Uwierzysz, że te same czynności z żoną nie rozładowywały napięcia?

– Okej. A sam fakt płacenia za seks ci nie przeszkadzał? – Kobieta nie rozumiała motywacji rozmówcy. – A może pomagał, co?

– Rozśmiesza mnie twoja naiwność. To tak, jakbyś zapytała mnie, czy nie przeszkadza mi to, że podczas pierdolenia spuszczam spodnie. Kobieto! Każdy facet płaci za seks. Jeden żonie, inny kochance, jeszcze inny kurwie. Tylko ten ostatni ma czysty układ. Mnie to odpowiadało.

– Do czasu, prawda? W końcu przestało ci wystarczać?

– Tak. Musiałem poczuć coś więcej, to było silniejsze ode mnie…

Akt 3

Auto Majewskiego mknęło lewym pasem trasy katowickiej z takim impetem, że inni kierowcy bez zwłoki zjeżdżali na prawy pas. Michał nie oszczędzał ani benzyny, ani silnika. Ciężką stopą cisnął pedał gazu. Sprawiało mu to ogromną przyjemność. Cieszył się przy tym jak pies spuszczony ze smyczy. Jeżdżąc po mieście, nie miał wielu okazji, by delektować się sportowym duchem swojego samochodu. Gdy tylko się rozpędził, musiał hamować. Ograniczały go skrzyżowania i czerwone światła, drażnili niedzielni kierowcy.

Na dwupasmowej trasie czuł siłę sprawczą i moc wyrafinowanej technologii, która według producenta miała łączyć się z funkcjonalnością. Przynajmniej kilka razy dziennie, siadając za kierownicą, napawał się esencją włoskiego smaku i dbałością o każdy detal wnętrza. Giulietta była równie perfekcyjna jak on. Bez wątpienia była przedłużeniem jego męskości. Musiał ją mieć.

Chwilę po tym, jak minął Cinema City Kinepolis na obrzeżach miasta, dojeżdżał już do Kórnika. Zahamował, by bezpiecznie skręcić w prawo, a następnie, w chwili gdy pojawiło się czerwone światło, nacisnął gwałtownie gaz i pokonał skrzyżowanie. Zwolnił dopiero wtedy, gdy zbliżył się do miejsca, w którym odnaleziono denatkę.

– No, pokażcie się! – Otworzył okno od strony kierowcy i wystawił łokieć.

Wychodząc z Zakładu Medycyny Sądowej, pomyślał, że skoro w miejscu znanym z przydrożnej prostytucji znaleziono kości kobiety, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że należą one do jednej z przedstawicielek najstarszego zawodu świata. Chciał przepytać pozostałe dziewczyny urzędujące w tej części lasu, by potwierdzić hipotezę śledczą. Nie mógł tego zrobić wcześniej, bo zniknęły z trasy, zanim na miejsce zdarzenia dojechał radiowóz.

Liczył na to, że tirówki szybko wrócą do pracy, by nadrobić straty finansowe. Nie mylił się. Zauważył przy drodze trzy kobiety. Chuda stała tyłem, dwie pozostałe, widocznie zmęczone życiem, ożywiły się nieznacznie na widok zwalniającego auta i zaczęły zachęcać potencjalnego klienta.

Zawahał się, zwolnił do dziesięciu na godzinę, ale nie zatrzymał samochodu. Zlustrował tirówki uważnie i uznał, że są zbyt zniszczone. Nie kierował się względami estetycznymi, lecz policyjnym doświadczeniem. Zniszczenie w ich zawodzie zwiastowało duże doświadczenie, a to z kolei oznaczało problemy. Nie będą chciały rozmawiać z policjantem. Nie przestraszą się policyjnej odznaki. Nie chciał ich przepłoszyć – wiedział, że ma tylko jedno podejście. Jeśli źle zacznie rozmowę, panny nabiorą wody w usta i znikną z drogi na dłuższy czas.

Rozłożył ręce, by pokazać, że stracił zainteresowanie, i odjechał. Chuda kobieta krzyknęła za nim:

– Ciota!

Kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie drogi dziewczyna w minispódniczce siedziała na kamieniu. Sama. Zawrócił i zaparkował na poboczu. Podeszła do jego samochodu.

– Na co masz ochotę, kochanie? – spytała.

Nie miała więcej niż dwadzieścia lat. Nie była zbyt atrakcyjna. Wałek tłuszczu wylewał się nad paskiem spódniczki. Duży dekolt odkrywał jej największy atut. Majewski rozejrzał się uważnie.

– A ile bierzesz?

– To zależy, czego chcesz.

– Nie wiem… – Seksownie zawiesił głos. Chciał informacji. Gdyby przyznał się do tego w tej chwili, dziewczyna przestałaby z nim rozmawiać. – A co masz?

– Za loda biorę cztery dychy.

– Jak masz na imię?

– Wera.

– Ładnie.

– Masz cztery dychy, kochanie? – Dziewczyna znała się na swoim fachu. – Bo jeśli nie, to… – Pokazała mu, że odejdzie. Widać nie miała zamiaru tracić czasu. Czas to pieniądz, także (a może zwłaszcza) w przydrożnym punkcie usług seksualnych. Przedłużanie bezpłatnej rozmowy oznacza przecież stratę przejeżdżających potencjalnych klientów.

– Siadaj! – Pokazał jej swój portfel i zaprosił do samochodu.

Obeszła auto, patrząc na Majewskiego spod przymrużonych powiek. Dawno nie widział tak kiepsko udawanej zmysłowości. Chwilę później usadowiła się bokiem na siedzeniu pasażera i oblizując usta, wpatrywała się w jego rozporek. Nad włoską esencją wyrafinowanej tapicerki uniósł się zapach przetrawionego alkoholu. Dziewczyna była spocona.

– Słuchaj, Wera… – Zablokował drzwi, by nie uciekła z samochodu. – Jestem z policji. Potrzebuję twojej pomocy. Spokojnie, nic ci nie grozi. Pewnie wiesz, że znaleźliśmy tu… hm, ciało. – Uznał, że nie będzie zapoznawał jej ze szczegółami prowadzonej sprawy.

– A powinnam wiedzieć? – Z jej twarzy zniknął uśmiech. Straciła zainteresowanie rozporkiem Majewskiego. Patrzyła przed siebie, udając obojętność.

– Dobrze by było, gdybyś wiedziała. Słuchaj, czy przypadkiem w ostatnich dniach, może tygodniach nie zaginęła któraś z twoich koleżanek? Albo może kręcił się tu jakiś podejrzany klient? Bardziej agresywny na przykład?

– Nie chcę z tobą gadać.

Dziewczyna złapała klamkę, ale nie mogła otworzyć drzwi. Majewski sam chętnie by je otworzył i wpuścił choć trochę świeżego powietrza. Bał się, że zapach dziwki wsiąknie w tapicerkę i zostanie w niej na dłużej.

– Wera! O ile w ogóle masz tak na imię. Posłuchaj mnie przez chwilę i sama oceń sytuację. Nie jestem twoim wrogiem. Nie zabieram cię do komendy. Nie wypytuję o alfonsa. W tym lesie jest niebezpiecznie. Najprawdopodobniej grasuje morderca. Twoje życie jest zagrożone. Możesz być następna.

– Nie żartuj. – Dziewczyna roześmiała się. – Moje życie będzie zagrożone, jeśli będę gadać z psami. Na bank. Gdyby alf dowiedział się o naszej rozmowie… Nawet boję się myśleć, co by mi zrobił.

– Nikt, kuźwa, nie musi wiedzieć, że gadasz z gliną. Przyjeżdżam do ciebie się spuszczać. Proste, prawda? – Młody uniósł głos, by zapanować nad histeryczną reakcją dziwki. – Zerknij, proszę, chociaż na to zdjęcie. Widzę, że jesteś bystra. Wiem, że możesz mi pomóc. Nie zaszkodzę ci. A może kiedyś pomogę? Co ty na to? Zobacz. – Majewski znalazł w telefonie fotkę, którą zrobił Kaźmierczakowi. – Widziałaś go tu kiedyś?

Dziewczyna przez dłuższą chwilę biła się z myślami, aż w końcu odezwała się zupełnie innym niż wcześniej, całkiem słabym głosem:

– Myślisz, że to on może być mordercą? – Nie odrywała oczu od wyświetlacza telefonu. Jakby chciała zapamiętać możliwie najwięcej szczegółów.

– Sprawdzamy wszystkie tropy. Być może.

– Słyszałam o trupie w lesie. Gdy tylko pojawił się pierwszy radiowóz, alf nas stąd zabrał. Każda z nas ma swój teren, nie wchodzimy sobie w paradę. Nie widziałam nigdy tego faceta. Boję się. – Słaby głos przeszedł w płacz.

– Jesteś pewna?

– Tak.

– Znasz wszystkie dziewczyny z okolicy? Może któraś zaginęła?

– Nie wiem, nie słyszałam o zaginięciu. W tej branży dziewczyny odchodzą, przychodzą.

– Dobrze, podpytaj inne dziewczyny i opiekuna.

– Boję się.

– Spróbuj! Miej oczy i uszy otwarte. Ktoś coś widział. Jestem pewien. Przecież stoicie tu codziennie. Ktoś te zwłoki musiał przywieźć.

– Tak, prawie codziennie. Spróbuję, ale nie obiecuję. Jeśli ktoś się dowie, że…

– Nie dowie się. – Dotknął jej ręki. – Nie wciągnę cię na oficjalną listę ucholi. Zawsze mogę przyjechać do ciebie niby na loda, jestem facetem, nie widać?

– No tak… ale musi mi się zgadzać w finansach.

– Dobra, dam ci dziś trzydzieści złotych, na konto przyszłej współpracy. Zastanów się.

– Pomyślę, ale… jeśli alf się dowie, to połamie mi nogi i zmasakruje twarz.

* * *

– Jesteśmy już na antenie, Rafale, podobno chcesz powiedzieć coś swojej partnerce. – Tubalny męski głos rozbrzmiewał w głośnikach.

Był to głos niski, jak zwykło się mówić: radiowy. Łagodnie pieścił zmysły. Nieważne, co mówił, brzmiał tak, jakby wydobywał się z ust niezwykle przystojnego mężczyzny.

– Już mogę mówić? Aniu, chciałem cię przeprosić. Jestem palantem, ale pamiętaj, że cię kocham.

Wypowiedź słuchacza nie brzmiała zbyt atrakcyjnie. Brakowało mu odpowiedniej dykcji.

– Nie będę wyduszać z ciebie, Rafale, tłumaczenia, co takiego zmalowałeś. Mam nadzieję, że Ania ci wybaczy. Wybrałeś dla niej muzyczny prezent. Co to będzie?

– Take my breath away.

– Piękna piosenka. W takim razie posłuchajmy razem…

– Przepraszam, mogę jeszcze coś dodać?

– Dodawaj, jeśli musisz!

– Aniu, pamiętasz tę piosenkę, prawda? Chciałbym się cofnąć w czasie. Wrócić do tamtych chwil…

– Rafał cofa się w czasie! – Tubalny głos bezczelnie przerwał chłopakowi. Prowadzący audycję nie zastanawiał się nad wagą problemów miłosnych, które słuchacz próbował rozwiązać. Liczył się czas antenowy. – Ania mu wybacza, a wy posłuchajcie zespołu Berlin.

W salonie panował półmrok. Tylko podłogowa, odrobinę skrzywiona lampa z Ikei rzucała romantyczne światło. Łagodna muzyka rozlewała się po pokoju, odbijała się od regału z książkami, muskała komodę, telewizor i trafiała na skórzaną sofę.

Przemysław i Izabela Burzyńscy dawno nie siedzieli tak blisko siebie, na jednej kanapie, zaledwie na wyciągnięcie ręki. Na ławie stała butelka czerwonego wina i jeden kieliszek. Drugi znajdował się w rękach Izy. Palcem wskazującym przesuwała po krawędzi, jakby dotykiem chciała poznać jego kształt.

– Facet musiał nieźle nawywijać. – Burza westchnął i skupił się na hipnotycznych kółkach, które wykonywał palec jego żony. „Zawsze ma pomalowane paznokcie” – pomyślał.

– Noooo, pewnie to ich piosenka. Pamiętasz naszą?

– Naszą?

Świadomość Burzyńskiego poderwała się nagle z błogiego uśpienia i zaczęła nerwowo poszukiwać odpowiedzi. Ze zbioru kilkunastu piosenek ważnych dla nich w różnych okresach życia musiał wybrać jedną, dokładnie tę, o której myślała żona. W przeciwnym razie narażał się na ryzyko kolejnych zarzutów z jej strony.

– Masz na myśli… – Próbował złapać koło ratunkowe.

– Naszą pierwszą piosenkę.

– Pierwszą? – Uspokoił się. – Oczywiście. Nie mógłbym jej zapomnieć. Kylie Minogue wyśpiewywała w dwa tysiące drugim roku moje myśli. Love at the first time.

– Pamiętasz? Jak miło. – Odłożyła kieliszek i przytuliła się do niego. – Gdy cię wtedy zobaczyłam, wiedziałam, że będzie między nami coś ważnego.

Przemysław odwzajemnił uścisk. Berlin przestał śpiewać, a on nie mógł otrząsnąć się z melancholijnego nastroju. Tyle lat minęło od chwili, gdy koleżanka, której imienia już nie pamiętał, przedstawiła mu Izę. Flirtowali, zaczęli się spotykać, wkrótce zdobył jej serce. Potem wszystko potoczyło się szybko: ślub, dzieci.

– Przemo, co się z nami stało?

Pytanie Izy zawisło w powietrzu jak nieproszony gość.

Faktycznie, chcieli żyć długo i szczęśliwie.

– Nie wiem, kochanie.

W rzece codzienności utopili plany i marzenia. Zagubili siebie. Jego chorobliwy pracoholizm sprawił, że przestał ją zauważać. Liczyła się tylko praca. Wszystko inne było na szarym końcu. Nawet nie na drugim miejscu. Bycie policjantem angażowało Burzyńskiego w całości. Wielokrotnie obiecywał poprawę. Tyle samo razy musiał przepraszać i tłumaczyć, dlaczego tym razem nie dotrzymał obietnicy.

Początkowo Iza przyjmowała przeprosiny, a nawet sama go usprawiedliwiała. Z czasem jednak jego słowa straciły znaczenie, zamieniły się w pusty, nic nieznaczący bełkot. Przestała traktować go poważnie. Została sama ze wszystkim. Zajmowała się bliźniaczkami, pracą, domem, zakupami. Nie mogła liczyć na pomoc męża. Nie podobało jej się to. Nie powstrzymywała się od wyrażania swojego niezadowolenia.

Przemysław słuchał jej wyrzutów i nie mógł pozbyć się myśli, że powodem jej niezadowolenia jest jego własna nieudolność. Gdyby miał na swoim koncie spektakularne sukcesy, gdyby był sławny albo przynosił do domu dużo pieniędzy, Iza nie narzekałaby na jego pracoholizm. Pracował więc coraz więcej, z myślą, że w końcu wypracuje sukces i udowodni kobiecie swojego życia, że jednak jest prawdziwym mężczyzną.

– Myślisz, że mamy jeszcze szansę poczuć to, co kiedyś? – Głos Izy brzmiał jak szept nieśmiałej dziewczynki.

Miesiąc temu, gdy Burzyński pełen ekscytacji i pasji wrócił z pracy do domu, żona stanęła w korytarzu i zapytała o przyziemną sprawę, urodzinowe prezenty dla córek. W jednej chwili z jego twarzy zniknęły wszelkie pozytywne emocje. Ich miejsce zajęły przygnębienie, znudzenie i niechęć. Iza nie mogła tego zlekceważyć. Nie chciała dłużej go unieszczęśliwiać. Zdecydowała, że nie będzie dla niego ciężarem. Ani ona, ani dziewczynki.

– Ty mi powiedz. – Przemek spojrzał Izie prosto w oczy.

– Ja?

– Nie czułaś tego na Majorce?

– Przemo, na wakacjach było cudownie. Wyjaśniliśmy sobie wiele spraw. Przez dwa tygodnie byliśmy tylko my. Ty, ja i dziewczynki. Brakowało mi tego. Dawno nie było tak miło.

– Wiem, że wielu obietnic nie dotrzymałem, ale wtedy, gdy zdecydowałaś się odejść, obiecałem, że się zmienię. Miałem skończyć sprawę i wyjechać z wami na dwutygodniowy urlop. Tak zrobiłem.

– Zgadza się. Było wspaniale, przyznaj!

– Tak.

Było miło, ale bez dzieci byłoby lepiej. Takiej odpowiedzi chciał udzielić. Powstrzymał się jednak. Chodził po świecie już ponad trzydzieści osiem lat i wiedział, że w życiu nie zawsze prawda jest najważniejsza. Czasem cenniejszy jest spokój.

– To były bardzo miłe dwa tygodnie. Starałem się dzielić ten czas między wszystkie moje kobiety.

– Dziewczynki były zachwycone twoją uwagą. Ja zresztą też.

– Starałem się, jak mogłem. Nadal się staram.

– Widziałam, widzę i doceniam to. Wiesz, powoli zaczynam czuć, że mam szansę wygrać konkurencję z twoją pracą.

– Cieszę się.

Przemysław po raz kolejny chciał powiedzieć coś więcej. Pragnął wytłumaczyć Izie, ile kosztuje go stosowanie się do jej zasad. Chciał zapytać, dlaczego ona dopiero „powoli zaczyna czuć”, skoro on tak bardzo się stara.

– Widzisz, plan zasad nam pomógł. – Iza wyglądała na zadowoloną. – Dobrze, że wpadłam na ten pomysł. Bałam się, że bez psychologa sobie nie poradzimy.

– Tak, zasady pomagają. Jesteś cudowna.

Przemysław pocałował żonę. Nie mógł po raz kolejny stracić kobiety i dzieci. Uznałby to za swoją największą porażkę. Gdyby stracił ją, straciłby też siebie. I sens życia. Dlatego zgodził się na te pieprzone zasady współżycia rodzinnego, które wisiały na lodówce.

* * *

– Ta skrzynka będzie hitem! – Tomek Kolanowski nie posiadał się z radości. – Lepsza od innych.

– Nawet sobie nie zdajesz sprawy jakim – burknął od niechcenia Major.

Marcin Gryczyński czuł się znudzony, jakby siedział w kinie i czekał na zakończenie kiepskiego filmu. Zdziwiony obserwował kolegów. Nie miał wątpliwości, że są bardzo podnieceni. Widział ich emocje, ale ich nie rozumiał. Ubolewał nad tym, że musi wytrwać do końca. Najchętniej poszedłby już do domu.

Major tyle razy opowiadał mu o przyjemności płynącej z czegoś, co nazywał okeszowywaniem niedostępnych miejsc, że postanowił spróbować. Przyłączył się do wyprawy, ale już po kwadransie wiedział, że to nie jest rozrywka dla niego. Nie odczuwał żadnej satysfakcji, gdy przedzierał się przez zarośnięty kawałek lasu w środku miasta i oglądał zrujnowane fortyfikacje obronne. Nie mógł udawać obojętności wobec wszechobecnego smrodu.

– Dobra, czyli najpierw w opisie wrzucę trochę rysu historycznego fortu, a potem nasze wskazówki.

– Dopisz też, że to trudny teren.

Major i Kolanowski cieszyli się jak mali chłopcy. Przeciskali się przez krzaki, podziwiali ruiny, wygłupiali się, jakby nagle ubyło im przynajmniej dwadzieścia lat. Wydawało się, że na terenie fortu są sami. Była to zapewne zasługa pory dnia. Bezdomni sypiający w zakamarkach obiektu już dawno się wynieśli, a młodzi amatorzy napojów wyskokowych z pobliskich osiedli schodzili się na mniej lub bardziej spontaniczne imprezy nieco później.

– To gdzie to schowamy?

– A jakie to ma znaczenie? – spytał Marcin. – Skrytka to skrytka.

– Miki – oburzył się Major – nie skrytka, tylko kesz. Zapamiętaj. Kesz. Nie kesz w znaczeniu kasy. Kesz od geocache, czyli taki wodoodporny pojemnik, w którym chowamy prezenty i dziennik. Każdy, kto odnajdzie kesza, może wpisać się na listę odkrywców, by zostawić po sobie ślad. Może coś z kesza wyjąć, coś do niego wrzucić. Dlatego miejsce, w którym jest kesz, ma ogromne znaczenie. Zobaczcie – chłopak odłożył na ziemię czarny pojemnik przypominający bidon, a z kieszeni dżinsowych spodenek wyjął zapisany kawałek papieru – to będą współrzędne kesza, a to dodatkowa wskazówka.

– Czyli że od tego znaku na ścianie trzeba zrobić trzy kroki w lewo, skręcić o czterdzieści pięć stopni i pod pierwszym drzewem znaleźć kesza. – Tomek odczytał kartkę, oddał ją Marcinowi i zaczął iść przed siebie.

Major zapalił papierosa. Marcin nie chciał wyjść na nieprzystosowanego do otoczenia, więc rzucił okiem na kartkę z udawanym zainteresowaniem.

– Zaraz, chłopaki, to przecież nie tak – zaprotestował.

– Co nie tak? – Major i Tomek zareagowali jednocześnie.

– Ta wskazówka nie jest jednoznaczna. Skręcić o czterdzieści pięć stopni można w dwie strony. Ty poszedłeś w lewo, a ja pójdę w prawo aż do pierwszego drzewa…

Jak powiedział, tak zrobił.

– Miki, skrzynka ma być tu, nie tam! – Major zaprotestował.

Marcin miał już na oku pierwsze drzewo. Musiał jeszcze pokonać niskie zarośla, by stanąć bezpośrednio przed nim i pokazać, o jaką dużą różnicę w interpretacji zapisów chodzi. Ale jedyne, co był w stanie powiedzieć po wejściu w krzaki, to krótkie, acz dosadne:

– Oooo! Kurwa!

– Co? Wdepnąłeś w gówno?

– Ja, kurwa, już za geocaching, kurwa, podziękuję. Ale wam, kurwa, znalazłem kesza… Kurwa, Major, powiedz, kurwa, że to jakiś popierdolony żart.

Gryczyński nie mógł opanować słowotoku ani odpowiedzieć na pytanie kolegi. Powtarzał w kółko „kurwa” i „kurwa”, mimo że wcześniej wcale nie klął. Major i Kolanowski podeszli do niego.

– Co to jest?

– Ty mi, kurwa, powiedz, Major!

Mężczyźni stali nad nadpsutym ludzkim ciałem. Nagim, sinym i opuchniętym. Wszystkie ich zmysły odpierały zmasowany atak.

– To jest obrzydliwe.

– Kurwa, trzeba zadzwonić na jebaną policję…

* * *

Przemysław Burza Burzyński nie potrafił wyobrazić sobie, jak to miejsce mogło wyglądać w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku, w nocy z trzynastego na czternastego lutego, kiedy podczas bitwy o Poznań oddziały radzieckiego pułku piechoty wraz z bateriami haubic szturmowały fortyfikacje obronne. Fort V poddał się po dziesięciu godzinach walki.

Jedno było pewne. Około trzystu rannych pozostawionych wtedy w obiekcie robiło na napastnikach tak samo małe wrażenie jak znalezione dziś zwłoki mężczyzny na policjantach. Zwycięzcy w czterdziestym piątym pozwolili pokonanym poruszającym się o własnych siłach opuścić fort. Resztę spalili żywcem. Policjanci machinalnie wykonywali swoje zadania. Kolejne zwłoki. Kolejne miejsce zdarzenia, które trzeba zabezpieczyć. Nikt nie rozpatrywał ciała zabitego mężczyzny w kategoriach ludzkiej tragedii.

Michał Majewski odczekał w samochodzie, aż wybrzmią ostatnie dźwięki utworu Impossible. Dopiero gdy zamilkła gitara, a słowo impossible poszybowało ku górze, wyłączył radio. Zastanawiał się nad tym, co jest silną stroną Jamesa Arthura. Jak można tak publicznie obnażać swój ból? Jak można tak otwarcie mówić o złamanym sercu? I jeszcze odnosić sukces. No chyba że to wszystko jest udawane? Ból, emocje i nawet szczerość w głosie. Przecież też tak potrafił. Mógłby rozmiękczać dziewczyny opowieściami o nieszczęśliwej miłości. Oczywiście wymyślonej, bo prawdziwej nie miał szansy przeżyć. Nigdy nie angażował się w związki. Zawsze był silnym samcem pokazującym samicom to, co chciały zobaczyć – prawdziwego mężczyznę. Macho z wysokim poziomem testosteronu.

– Ale miejsce… – Młody podszedł do zwłok i omiótł spojrzeniem najbliższą okolicę.

– Dobre jak każde inne – filozoficznie odpowiedział skupiony podkomisarz.

Charakterystyczne „klik” rozlegało się z taką częstotliwością, jakby wycieczka Japończyków przejeżdżała właśnie obok Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie i uwalniała migawki aparatów fotograficznych.

– Dla kogo dobre, dla tego dobre. Dla mordercy na pewno. Zalesiony i opuszczony teren w środku miasta. – Majewski nie odpuszczał. – Dla miasta to wstyd, żeby przy Lechickiej, jak by, kuźwa, nie było, tranzycie, głównej arterii komunikacyjnej miasta, był taki bajzel.

Policyjny technik o twarzy wypranej z kolorów obchodził wokół miejsce zdarzenia i metodycznie przygotowywał dokumentację fotograficzną. Efekt jego pracy, sterta zdjęć, miał trafić do akt sprawy. Dbał więc o każdy szczegół. Wiedział, że tylko jego aparat może zapamiętać dokładne ułożenie źdźbeł trawy, ciała czy odcisk butów. Dzięki jego zdjęciom w każdej chwili, na każdym etapie śledztwa będzie można cofnąć się w czasie i wrócić na miejsce zdarzenia, by odkryć rzeczy dotychczas niezauważone.

– Wiesz co, Młody? Ty już lepiej nic nie mów. – Podenerwowanie chłopaka drażniło Burzyńskiego. – To miejsce było najlepiej zachowanym obiektem pruskiego pierścienia umocnień. Oczywiście do czasu. Na początku lat sześćdziesiątych przyszedł taki mądry jak ty i uznał, że fort przeszkadza mu w budowie planowanej północnej obwodnicy Poznania. Wysadził wszystko w powietrze. I teraz, proszę bardzo, masz ruiny, bo droga nie powstała.

– Mam ruiny i nagiego denata.

Dźwięk migawki aparatu fotograficznego rozległ się tuż za policjantami. Odwrócili się jednocześnie w stronę technika kryminalistycznego. Majewski dopiero teraz zauważył, że mężczyzna jest bardzo brzydki. Nie dość, że ma rude włosy, to jeszcze jest przezroczyście blady.

– Staszek, co masz? – Burzyński uścisnął dłoń kolegi.

– Oprócz setek petów, zużytych prezerwatyw, fekaliów, śmieci? – Bladzioch wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Burzy. – Niewiele konkretów.

Gdy jego spojrzenie padło na Młodego, uśmiech momentalnie zszedł mu z twarzy, a białe rzęsy skryły niebieską tęczówkę.

– No tak. Dobra, Młody, koniec dyskusji. Zabieramy się do roboty.

– Tak jest. Przystępuję do badania miejsca zdarzenia o charakterze kryminalnym. – Młody nie byłby sobą, gdyby nie popisał się wiedzą teoretyczną. – Proces składający się z operacji cząstkowych o charakterze taktycznym i technicznym – zacytował paragraf pierwszy artykułu 308 kodeksu postępowania karnego – wychodzących poza potoczne rozumienie oglądania uważam za rozpoczęty. Uruchamiam wszelkie zmysły.

– Młody! – Burza zganił kolegę. – Zamknij mordę!

Chwilami zastanawiał się, jak wytrzymuje z tak zarozumiałym partnerem. Szczerze nienawidził pozerów. Bajerancki samochód Michała, jego ciuchy i uśmiech pojawiający się zawsze, gdy na horyzoncie zauważał kobietę przed menopauzą – wszystko to go wkurzało. Chłopak wychowywał się pod parasolem ochronnym rodziców i chrzestnego. Niewiele wiedział o trudach życia codziennego. Ledwo o czymś pomyślał, wyciągał rękę i dostawał to, bez starań, bez oczekiwania, bez cienia pokory.

Burzyński potrzebował kilku chwil w samotności, by się uspokoić. Przyjrzał się denatowi oraz okolicy. Po kwadransie podszedł do skupionego Młodego.

– I jakie wnioski, Sherlocku?

– Brak krwi na ciele i w okolicy może oznaczać, że ten facet został tu przetransportowany już po śmierci.

– Ofiara – skorygował Burzyński. Mimo kilku miesięcy w policji Młody nie potrafił zachować dystansu do pracy. Nadal mówiąc o poszkodowanych czy ofiarach, używał ich nazwisk. Burzyński wielokrotnie tłumaczył mu, że ofiara musi być ofiarą, bez imienia i nazwiska, chociażby dla higieny psychicznej policjanta. – A gdzie go zabito?

– Tego jeszcze nie wiem. Ktoś podrzucił tu ciało. Nagie. Kuźwa, facet nie jest mały. Znaczy się denat. Było co dźwigać. Sprawca musiał przyjechać samochodem. Nie niósłby nagusa, bo ktoś by go zauważył i zapamiętał.

– Zgadza się. Jeśli odpowiemy na pytanie, po co ktoś tu podrzucił zwłoki, będziemy bliżej zabójcy. Poznamy jego motywację. Dlaczego akurat tu zostawił denata?

– Burza, wiadomo, że pytania można mnożyć w nieskończoność. Po co? Kto? Kiedy? Jak? Dlaczego tu?

Przemysław nie musiał wymyślać pytań. Lata doświadczeń sprawiały, że na początkowym etapie śledztwa raczej bronił się przed automatycznymi, sztampowymi odpowiedziami. Bronił się, by nie ulegać stereotypom. Na opuszczonym terenie starego fortu wojskowego znaleziono martwego mężczyznę. Ktoś zadał sobie dużo trudu, by przetransportować bezwładne osiemdziesiąt kilo człowieka. Motyw seksualny, na który wskazywała nagość, Burzyński wykluczył w pierwszej minucie oględzin. Denat miał na brzuchu dwa ogromne ukośne nacięcia, układające się w rozpłaszczoną literę X. Nacięcia były zszyte byle jak. Burzyński sam lepiej fastrygował brzegi rozdartych skarpetek. Denat ewidentnie musiał mieć pecha. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie i wpadł w ręce jakiegoś psychola.

– Młody, co robisz? – Niecodzienny widok oderwał Burzę od osobistych przemyśleń.

Michał Majewski kucał przy trupie i z zamkniętymi oczami poruszał głową to w prawo, to w lewo.

– Analizuję.

– Z zamkniętymi oczami?

– Używam wszystkich zmysłów. Pomyśl, dlaczego zabójca położył ciało właśnie w tym miejscu? Miejsce zbrodni ma ogromne znaczenie.

– Zbrodni, a nie znalezienia zwłok. Ustaliliśmy przecież, że ten facet nie został zabity tutaj.

– No tak, ale zabójca tu stał. Coś czuł? Coś widział? Chciał zostawić ciało w tych krzakach? A może szedł w inne miejsce, ale ktoś go przestraszył i porzucił je tu? Może miał inny plan?

Młody oczyma wyobraźni widział tę scenę. Noc. Ulubiona pora złodziei i innych ludzi o czarnych myślach. Godzina trzecia. Mężczyzna większy od leżącego przed nim zrzuca zwłoki z ramienia. Odchodzi, nawet nie oglądając się za siebie. Jest zadowolony. Staje w bezpiecznej odległości i paląc papierosa, spogląda na swoje dzieło. Naciął ofierze brzuch. Męczył się przy tym, ale wysiłek się opłacił. Chciał przecież przekazać wiadomość. A skoro chciał ją przekazać, musiał umieścić zwłoki w takim miejscu, by zostały szybko zauważone.

– Czuję, że morderca chce coś nam powiedzieć.

– Czujesz?

– Czuję.

– Taaa, faktycznie. A ja czuję, że jestem w pierdolonym przedszkolu policyjnym. Młody! Mówiłem ci niejeden raz. Chcesz? Powtórzę po raz kolejny. Przestań oglądać amerykańskie filmy kryminalne. W mentalistę się bawisz? Pieprzoną wróżką jesteś? Masz połączenie z mózgiem zabójcy? – Ton Burzyńskiego dawno przeszedł z zawodowego w prywatny. Dokładnie w taki sam sposób beształ córki. – Pracujesz w polskiej policji. Realia są takie, a nie inne. Praca operacyjna. Czynności procesowe.

– Ale… – Chłopak nie miał nawet szans, by przebić się przez słowotok starszego kolegi.

– Nawet jeśli raz ci wyszło to twoje penerskie, intuicyjne podejście, to nie znaczy, że powinieneś robić to ciągle. Miałeś przeczucie w sprawie Leny Pietrzak. Okej. Świetnie. Możesz się cieszyć.

Michał Majewski stał ze spuszczoną głową, wpatrując się w swoje kolorowe all starsy. Kolekcjonował conversy. Te, które miał dziś na sobie, z flagą USA, przywiózł ze Stanów. Przyglądał się tenisówkom, by umilić sobie oczekiwanie. Nie zamierzał wdawać się w niepotrzebne dyskusje. Był przekonany, że wie lepiej, ale nie zamierzał teraz o tym mówić. W tej chwili musiał jedynie przeczekać napad złości partnera.

– Ale jeśli myślisz, że dostosujemy śledztwo do twoich przeczuć, to się mylisz. Czujesz coś? Czuj to po godzinach. W ramach zabawy, nie pracy. Nie za to nam płacą. Nie rozliczają z widzimisię, przeczuć, odczuć i babskiej intuicji. Czego cię uczyli w szkole policyjnej? Mamy zabezpieczyć ślady i dowody.

– Burza – odezwał się w końcu delikatnie i słodko – nie wkurzaj się. Mówię tylko na głos to, co czuję. Wiesz dobrze, że nie sztuką jest wskazać oczywiste ślady, sztuką jest znaleźć te niewidoczne.

– Niewidoczne, a nie wymyślone!

Podkomisarz chętnie kontynuowałby wykład dotyczący pracy w policji, ale zauważył, że na miejscu zdarzenia pojawił się patolog, Krystian Romanowski. Wysiadł z samochodu i podążał w ich stronę, z daleka krzycząc:

– Witam serdecznie!

– Dobra, Młody – szepnął Burzyński. – Czekaj na prokuratora, ja zmykam, muszę coś jeszcze załatwić. Widzimy się w komendzie.

* * *

– Sam powiedziałeś, że musiałeś zrobić coś więcej. Jak się czułeś, gdy robiłeś właśnie TO?

Dziennikarka zadała kolejne pytanie. Nie miała ochoty usłyszeć odpowiedzi, jednak telewizja rządzi się swoimi prawami, a ona starała się zachowywać profesjonalnie. Wiedziała, że jeśli zgrabnie pokieruje rozmówcą, telewidzowie będą słuchali jego opowieści z otwartymi ustami. Nie odejdą sprzed telewizora ani na chwilę. Nie wyjdą nawet do kuchni, by zrobić sobie drugą herbatę. Będą słuchali uważnie, by nie uronić ani słowa. Dopiero po zakończeniu wywiadu zaczną prowadzić burzliwe dyskusje o mężczyźnie i o niej samej przez długie tygodnie.

– Jak pan świata… Kurwa, to był szczyt spełnienia, wymieszany z zadowoleniem i dumą. Niebezpiecznie uzależniająca mieszanka. Dużo bardziej niż alkohol, prochy czy orgazmy. Czułem się jak drapieżnik. Jak człowiek, który odnajduje w sobie siłę. Wiesz, żyje sobie w pieprzonym komercyjnym świecie, gdzie wszystko można kupić, i nagle odkrywa, że sam, swoimi rękami może zrobić… wszystko. Odkrywa w sobie człowieka pierwotnego. Przecież nasi przodkowie żyli inaczej. Mężczyzna polował. Zasadzał się na zwierzę. Czekał na odpowiedni moment i dawał z siebie wszystko. Zużywał cały testosteron. Umazany krwią wracał do domu z upolowaną zdobyczą. Budził podziw. Nie tylko otoczenia, ale przede wszystkim swój własny. Przecież każdy inteligentny facet porywający się na coś dużego potrafi ocenić ryzyko. Tchórz zrezygnuje. Odważny jest w stanie je podjąć. Gdy wygra, gdy osiągnie to, co sobie zamierzył, gdy może olać ryzyko ciepłym moczem… dopiero wtedy czuje się facetem. Takim, wiesz, stuprocentowym samcem. A samiec musi spuszczać z siebie napięcie. Musi kopulować. Taki stuprocentowy musi mocniej, więcej i bardziej… by w ogóle coś poczuć. Robiłem TO. Nie wiem, czemu akcentujesz TO. Uczucie satysfakcji po wszystkim było tak ogromnych rozmiarów, że bez problemu usuwało niewielki dyskomfort związany z tym, że robię coś nie do końca zgodnego z normami współżycia społecznego. Współżycia. – Mężczyzna zawiesił głos i przesłał dziennikarce uśmiech pełen zadowolenia.

– Nie miałeś poczucia winy, że zostawiasz TO za sobą i wychodzisz?

– Nie wiem, o czym mówisz. Zrozum! Ludzie zabijają krowy. Potrzebują ich mięsa, ale nie dlatego, by przeżyć. Przecież mogliby wpieprzać zieleninę. Chcą mięsa, bo takie jedzenie sprawia im przyjemność. Kto pogardzi krwistym stekiem? Jakoś nikt nie zastanawia się nad tym, czy krowa coś czuje, czy za matką krową nie będą tęsknić jej krowie dzieci. Nasze społeczeństwo jest obłudne. Zabija, by zaspokoić żądzę jedzenia. Ja miałem inną żądzę. Dlaczego nie miałbym jej zaspokajać?

– A twoja żona?

– Dziękuję, ma się dobrze. Żyje. – Perlisty śmiech rozluźnił wszystkie mięśnie na jego twarzy. – Pytałaś już o nią.

– Tak, bo nie daje mi to spokoju. Żona nie wiedziała, że dzieje się coś… niepokojącego? Nie podejrzewała, że jest coś, co kręci cię dużo bardziej niż ona?

– Nie wiem. Moja żona jest piękna, zadbana i wykształcona, podobnie jak ja. Nie jest głupia. Nigdy jednak nie rozmawialiśmy na ten temat. Nie pytała. Nie dzieliła się podejrzeniami. Nie czuła się zaniedbywana. Może właśnie o to chodzi. Nie czepiała się. Nie miała na to czasu. Nie pracowała, ale i tak była ciągle zajęta.

Na pewno mogłaby coś zauważyć. Ale prawdopodobnie nie chciała. Codziennie zostawiałem jej kilka stówek na stole na bieżące wydatki. Chodziła do kosmetyczki, fryzjerki, na zakupy. Dawałem jej finansową wolność, ona odwdzięczała się tym samym… nieograniczoną wolnością… bez pytań i tłumaczeń. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie wiem, może nie chciała niczego zauważyć, bo tak było wygodniej? Może nie chciała, by dopadła ją dołująca rzeczywistość? Ona wyznaje zasadę, że pieniądze nie śmierdzą. Niewykluczone, że nie pytała, bo wiedziała, że się nie przyznam. Nie chciała słuchać kłamstw. Pieprzyłem ją od czasu do czasu. Zachowywałem pozory dobrego męża. Małżeństwo ma na szczęście to do siebie, że w miarę upływu lat częstotliwość seksu spada. Oczywiście nie można też wykluczyć, że moja żona wiedziała o wszystkim, ale zwyczajnie miała mnie w dupie. Dostawała wszystko, by zaspokajać własne potrzeby, i cieszyła się, że ja swoje zaspokajam bez zawracania jej głowy.

– Pieniądze zapewniały spokój. Pieniądze zamiast miłości.

– A co w tym dziwnego? W dzisiejszym świecie to powszechne zjawisko. Chyba nie jesteś aż tak naiwna, żeby wierzyć w miłość? Człowiek szybko się nudzi gadżetami i żonami… Potrzebuje odrobiny nowości, braku bezpieczeństwa, smaku przygody, spontaniczności i braku kontroli. Nie tylko ja lubię jazdę bez trzymanki.

Akt 4

Czekanie nie było ulubionym zajęciem Michała Majewskiego. Zdecydowanie bardziej lubił działanie. Gdy skończył lustrować najbliższą okolicę, ruszył w kierunku ulicy Lechickiej. Nie mógł siedzieć bezczynnie. Burzyński kazał mu czekać na prokuratora, więc czekał… idąc. Miał na oku wjazd do Fortu V i policjantów zabezpieczających miejsce znalezienia zwłok. W ten sposób nie mógł przegapić samochodu z prokuratury.

Zbliżało się południe. Drzewa dawały przyjemny cień. Lechicka tętniła życiem. Gdyby Michał chciał przejść na drugą stronę ulicy, miałby z tym problem. Tiry mknęły jeden za drugim, z impetem rozdzierając powietrze. Czuł na sobie powiew spalin. Stał zbyt nisko, by obserwować kierowców ciężarówek siedzących w wysokich szoferkach. Przyglądał się za to wnętrzom samochodów osobowych.

Para w mijającej go właśnie czarnej fabii kłóciła się. Kobieta krzyczała z wykrzywioną twarzą. Kierowca białego saaba dłubał w nosie. Mężczyzna kierujący srebrnym passatem, wyprzedzający na podwójnej ciągłej, nagle zwolnił i Młody mógł zobaczyć, jak śmieje się, szeroko otwierając usta.

– Life goes on – podsumował.

Dziesiątki ludzi mijało schowane między drzewami pozostałości fortyfikacji obronnych, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tragedii, jaka wydarzyła się obok nich. Byli zbyt zajęci swoim życiem. Kłótniami. Rozmowami telefonicznymi. Udrażnianiem przewodów nosowych. Słuchaniem radia. Planowaniem tego, co zrobią, gdy dojadą na miejsce. Nie interesował ich nawet policyjny radiowóz stojący przy zjeździe do Fortu V.

Ludzkie ciało, w niezmienionej pozycji, czekało na oględziny, których mieli dokonać kolejni policyjni eksperci. Czekało na ustalenie tożsamości. Na odnalezienie najbliższych osób, którym będzie mogło się zaprezentować w celu identyfikacji. Dokładnie w tej samej chwili w nieodgadnionym jeszcze miejscu ktoś mógł zacząć się zastanawiać: „Gdzie jest mój mąż? Syn? Partner? Pracownik?”.

Srebrny passat bez sygnalizowania manewru kierunkowskazem skręcił w utwardzoną, wąską uliczkę i minął Majewskiego.

– No i mamy prokuratora. Koniec czekania. – Michał ucieszył się i podbiegł do samochodu.

– Dzień dobry – odezwał się grzecznie, hamując cisnące się na usta komentarze dotyczące stylu jazdy kierowcy.

Mężczyzna wylewający obszerne ciało z luksusowego samochodu był potężny i stary. Z takim człowiekiem Michał nie zamierzał zadzierać. Nie przeraził się jego tuszy, ale wieku. Z młodym mógłby dyskutować i stroszyć piórka, jednak prokurator w mocno dojrzałym wieku miał na pewno więcej kontaktów niż ojciec chrzestny młodego posterunkowego. Michał nie mógł więc liczyć na rodzinny parasol ochronny.

– Mhm. – Pomruk najwyraźniej miał być odpowiedzią.

– Michał Majewski – przedstawił się. – Tam są zwłoki.

– Wiszniewski. – Prokurator rzucił swoje nazwisko od niechcenia i rozejrzał się wokół nieprzytomnym wzrokiem. – Lechicka ciągle się korkuje. Czas przeznaczony na oględziny spędziłem w aucie. Dobrze, że klimatyzowanym. Macie jakieś ślady?

– Jeszcze nie.

– A tożsamość ofiary?

– Nieustalona. Jak pan widzi, denat jest nagi. – Młody wcale nie miał pewności, czy prokurator widzi ciało. Oddalił się od samochodu jedynie o kilka kroków. – Nie miał przy sobie dokumentów. – Nie mógł darować sobie tej odrobiny ironii.