Wydawca: BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2006

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 227 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Koncert na dwa basy i altówkę - Ewa Szawul

Oto kawałek prawdziwego życia – życia kobiety silnej i niezależnej, która bardzo dobrze wie, czego chce. Tylko nie ma pojęcia, jak to osiągnąć. W związku z tym wciąż wybiera nie to, nie tak i nie tych, co trzeba. A czego chce? Odpocząć. Wreszcie odpocząć. Bo rozpaczliwe, nieustanne i wywołujące lawinę (tragikomicznych) komplikacji szukanie prawdziwej miłości jest naprawdę bardzo wyczerpujące. Bohaterka książki Ewy Szawul poszukuje mężczyzny, do którego mogłaby dzwonić, kiedy jej się żywnie podoba, i nie musiałaby się przy tym zastanawiać, co on sobie pomyśli. Dla niej wolność oznacza bycie kobietą związaną. Związaną na dobre, złe, a nawet najgorsze z kochającym, wrażliwym, wiernym, szanującym ją facetem. Czytając Koncert… ma się chwilami wrażenie, że to zbyt wygórowane oczekiwania. Ale na szczęście - tylko chwilami. Powieść Ewy Szawul jest przezabawna, wzruszająca, wartka i (do bólu) prawdziwa

Opinie o ebooku Koncert na dwa basy i altówkę - Ewa Szawul

Fragment ebooka Koncert na dwa basy i altówkę - Ewa Szawul

Projekt okładki:

Klaudia Krupa-Piećko

Korekta:

Alicja Chylińska

Copyright © Ewa Szawul 2006

Copyright © Wydawnictwo BIS 2006

ISBN 978-83-7551-211-3

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail: bisbis @ wydawnictwobis. com. pl

www. wydawnictwobis. com. pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Wojtusiowi

Podziękowania

Serdeczne podziękowania niech zechcą przyjąć osoby, które przyczyniły się do powstania i wydania tej książki:

Kasia Michałkiewicz, Dariusz Winiarek7Artur Skutecki, Marek Rosa, Bogda Pawelec, Marzenka i Abel Korzeniowscy oraz moi rodzice Helena i Julian Halotowie, Marta Rogalska-Szawul, Jolanta Rogalska-Słowik, Jadwiga Maj, Wanda Wolińska, Darek Gnatowski, Olga Tochowicz, Sylwia Sołkowska i Ewa Jędrych.

Szczególne podziękowania składam Markowi Bieńczykowi, Karolowi Maliszewskiemu, Klaudii Krupie-Piećko oraz moim wydawcom – Wydawnictwu BIS, a zwłaszcza Paniom Elżbiecie Desperak i Dorocie Czupkiewicz.

Na ogromną wdzięczność z mojej strony zasłużył też Marek „Smok” Rajss – gdyby nie Jego wiara i zachęta, być może ta książka wcale nie ukazałaby się drukiem.

Część I Allegretto

3 lipca, wtorek, 30. urodziny (!!!)

Tak. Wiedziałam, że ten dzień musi nadejść. Do północy czekałam, że wydarzy się coś naprawdę tragicznego, na przykład dwa promy kosmiczne zderzą się i spadną na płytę Rynku, rozpylając trujące substancje, albo Japończycy użyją tajnej broni biologicznej i zmiotą z powierzchni Ziemi wszystkie obce rasy. Nic takiego nie nastąpiło. Wstał uroczy poranek. A ja, kuśtykając, wkroczyłam w wiek dojrzały.

Pogrążona w narkotycznym klimacie upływu czasu, wsiadłam do tramwaju, zderzając się z pryszczatym wyrostkiem, który syknął:

Patrz, jak leziesz, babo!

Tak. Jestem babą. Nie dziewczyną, kobietką, kociakiem, laską… Od dziś jestem po prostu babą. Babą z uszkodzonym stawem kolanowym (zachciało mi się aerobiku!), która nie ma gdzie usiąść. Zero wolnego miejsca, tłok jak cholera, a kolano łupie.

Zawiesiłam się na najbliższym słupku i, chcąc zapomnieć o bólu, otworzyłam „Cosmopolitan”.

Piękna Trzydziestoletnia,Gdy przekroczysz trzydziestkę. Z liftingiem naTY,Spałem z trzydziestolatką,30 ćwiczeń na dobry początek dnia, 30 odcieni latai jeszcze recenzja filmu30 sekund nad Tokio. Gorączkowo przeglądałam spis treści, czując czającą się w powietrzu zmowę wszechświata. I pomyśleć, że właśnie po to, by zapomnieć o straszliwej liczbie 30, nie zorganizowałam przyjęcia urodzinowego! Nigdy więcej nie kupię „Cosmopolitan”! Nawet, jeśli będzie w nim zdjęcie nagiego Brada Pitta albo psycho-test erotycznyJak doprowadzić mężczyznę do szału. Ale, skoro już go kupiłam… to zerknę przelotnie na horoskop. Zaraz, zaraz… Rak! Jest! Rozpostarłam gazetę, przechylając się przez poręcz.

Od początku lipca będziesz w doskonalej formie fizycznej(aha! właśnie jestem!)i psychicznej(jeśli akurat nie przekroczyłaś trzydziestki).Spotka cię prawdziwe szczęście,będzie wiele obiecujących sytuacji,może nawet szansa na awans(na co może awansować sekretarka w Agencji Aktorskiej?! Totalne bzdety!).

Zamknęłam gazetę. Jak mogę (w tym wieku) wierzyć w gazeciane horoskopy? Dlaczego je czytam? Wiem. Potrzebuję nadziei. A horoskopy dają nadzieję. Dlatego właśnie zamieszczają je w gazetach. Poza tym… czasami się sprawdzają… Ale może to autosugestia albo coś w tym stylu.

– Proszę, może pani usiądzie? – usłyszałam głos.

I dopiero po chwili zrozumiałam, że był skierowany do mnie. Młoda, atrakcyjna blondynka uśmiechała się promiennie. Usiadłam. O Boże! Jest aż tak źle! Już mi ustępują miejsca w tramwaju!!! Przeraziłam się. I żeby zażyć nadziei, wróciłam do horoskopu.Po piętnastym będziesz mieć nosa do interesów. Zacznie przybywać gotówki(oby! muszę kupić buty i tonę pończoch samonośnych na wizyty u ortopedy).Na początku miesiąca poczujesz dotyk upływu czasu(a jednak coś w tym jest),ale nie wpadaj w panikę. Kup coś,co sprawi,że poczujesz się młodsza i pełna energii(OK To mogę zrobić. Jeszcze dziś kupię krem przeciwzmarszczkowy i szczotkę do masażu pośladków. I lizaka w kształcie słoneczka z gumą balonową w środku!).W sprawach sercowych coraz lepiej. (Czyżby chodziło o ortopedę? Ostatnio coś nieźle zaiskrzyło. Mhm… czuję ciary, jak tylko o nim pomyślę… Choć właściwie nigdy nie pamiętam jego twarzy. Za bardzo skupiam się na oczach. Ma boskie spojrzenie. Dosłownie zwala z nóg! Och… Rozmarzyłam się… Niedługo wizyta…).Musisz tylko pozwolić sobie na więcej spontaniczności(czy to znaczy, że muszę mu dać jakiś znak? Tak. Bardzo konkretny. W pracy opracuję strategię).Zatroszcz się o przyjaciół. Któryś z nich może mieć drobny wypadek przy pracy(Majka? Może niech nie robi, na wszelki wypadek, nocnych zdjęć… Robert? Eee.. W jaki sposób? Kopnie go wiertło stomatologiczne? Ewka – prędzej… Ona się babrze w tych farbach… Poza tym ma szalone pomysły…).Zadbaj o rodzinę. Ktoś będzie potrzebował twojej opieki(jeszcze dziś zadzwonię do tatusia i ciotki Marty).Pomyślne dni…”(Buzer – bajer. Na to mnie już nie nabiorą)…

Co to? O, szlag jasny! Przejechałam przystanek! Boże! Nie chcę się spóźnić do pracy! Jutro mi się kończy okres próbny!

4 lipca, środa

Wariuję! Do szerokiego grona moich obsesji doszła kolejna: opalanie. Nie powinnam była tego robić. Nie dziś. Miałam niekorzystny biomet i wszystkie horoskopy wróżyły nieuchronną klęskę.

Może to dziwaczne, że wybieram się do solarium w środku lata. Ale kiedy, na Boga, mam się opalać? Stale tylko praca i praca… To znaczy konkretnie od trzech miesięcy… W sumie agencja aktorska to mile miejsce do realizacji życiowych ambicji. Wokół kręci się sporo apetycznych chłopaczków, którzy wiedzą, jak traktować kobietę. No i obcuję z wielkim światem. Premiery filmowe… I to by było na tyle, bo sezon w teatrach jeszcze się nie zaczął. O! Zdaje się, że ktoś dzwoni!

później

To tylko listonosz. Przyniósł rachunek za telefon. Czerwony! Muszę wreszcie zrobić zlecenie w banku, bo stale płacę te czerwone.

No więc poszłam do solarium. Piękne: tuba turbo, wiatraczek, muzyczka… Wkładam „zaślepki” i zaczynam medytować w rytm Sade. La, la, la… itd. Ale coś mi się nagle zrobiło za ciepło. I jakoś tak… cicho… Podciągam „zaślepki”, mrużąc oczy (żeby nie oślepnąć; nie wiadomo, co robi taki ultrafiolet), spoglądam ku górze i co widzę? Wiatraczek najspokojniej w świecie stoi. A moje ciało w kabinie zaczyna się skraplać. Muszę więc wyjść, ubrać się i pogadać z tą nonszalancką panienką, która obsługuje aparat. I na pewno nie będę płacić za te niewietrzone minuty! Chwytam za klamkę cudownej tuby, no i nic! Tam przycisnąć, tu odgiąć. Jak to, dalej nic? Co jest grane? Powoli zaczyna do mnie docierać, że drzwi się zacięły. Co zrobić? Zawołać panienkę, czy próbować dalej? Nic, próbuję. Na taki sposób, na inny… A wokoło coraz większy ukrop! Stopniowo wpadam w panikę. Zaczynam szarpać, kopać i dalej nic. Czuję się osaczona. Dlaczego?! Nagle przypominam sobie, że przecież kiedyś miałam klaustrofobię (po tym, jak z moją przyjaciółką Majką zatrzymałyśmy windę w supernowoczesnym domu handlowym, żeby zaciągnąć się marihuaną i winda się zblokowała. Potem się okazało, że wystarczyło zadzwonić, żeby nas wyciągnęli, ale spróbujcie trzeźwo myśleć po trawie!).

W każdym razie teraz poczułam zupełnie to samo, co wtedy. Klasyczny atak paniki, duszności i siódme poty, spowodowane dodatkowo zwiększającą się temperaturą otoczenia. Zaczęłam przeraźliwie wrzeszczeć i kopać w drzwi kabiny. Oczami wyobraźni widziałam już swoje zwęglone ciało, leżące na kwiecistej ceratce.

Postanowiłam wziąć się w garść. Myśleć, myśleć… Co robić? Spinka! Szybko wyjęłam z włosów wsuwkę i zaczęłam nią manipulować przy klamce. Przecież, jak tu podważę, to powinno puścić! Rany boskie, jak gorąco! Za chwilę ustanie mi oddech! Boże, dlaczego klamka nie puszcza? Szlag! Wsuwka się złamała. Ostatnia deska ratunku odpłynęła z prądem. Co robić? Boże, jeszcze siedem minut… Po co ja wykupiłam całe dwanaście? Żeby zrobić wrażenie na ortopedzie. No to zrobią, moje zwłoki!… Wiem! Zaprę się o ściankę i spróbuję wypchnąć drzwi nogami. O, kurde, ale te ściany gorące! Co tam, lepiej się poparzyć, niż udusić. Przyklejona do ściany z całej siły odpycham drzwiczld. I nic! Druga próba, dalej nic! Wymiękam… Zużyłam resztkę sił, oddech mnie parzy. A więc tak to jest przed śmiercią? Nie masz już po prostu sił walczyć?… Zsunęłam się na ceratkę, łapiąc oddech jak ryba wyrzucona na brzeg. Całe życie przesunęło mi się przed oczami, niczym klatki w fotoplastykonie. Szalony seks z facetami, z którymi byłam i z tymi, których chciałam (z ortopedą na czele), wakacje na Majorce, pała z wuefu za bieg przez płotki, mój dziadek w legginsach. Dosłownie wszystko! Nagle film mojego życia przerwał głos z drugiej strony: „Co się dzieje?”. Zrozumiałam, że dźwięk dociera z rzeczywistości. Chciałam krzyknąć, ale ton głosu przypominał skrzypnięcie. Policzkiem przytuliłam się do drzwi, chcąc być lepiej słyszalna. I wtedy drzwi się uchyliły.

Wysunęłam się z kabiny. Panienka patrzyła na mnie zdumiona. „Znowu wiatraczek się popsuł?” – zapytała z najświętszym spokojem – „Trzeba było zawołać!”. A co ja, na miłość Boską, robiłam?! Omijając szerokim lukiem panienkę, dopadłam prysznica. Dopiero zimny strumień pomógł mi nieco ochłonąć. I wtedy zaczęło do mnie docierać, powoli, wraz z upływem chłodnej wody, na jak gigantyczną wyszłam idiotkę.

To na jak wielką wyjdę, przystając na umizgi ortopedy? A jednak muszę spróbować! Nawet jeśli nigdy więcej nie miałby oglądać mojego stawu kolanowego. Przecież opalałam się właśnie dla niego! Jutro mam wizytę. I poparzone pośladki. Nie żebym od razu chciała pokazywać mu pośladki. Ale kto wie, skąd właściwie może promieniować ból kolana?

5 lipca, czwartek

Zachowuję się idiotycznie. I doskonale wiem dlaczego. Jestem kompletnie rozkojarzona. Bo rano, zamiast wydzwaniać do aktorów w sprawie castingu, zadzwoniłam do JEGO gabinetu, żeby potwierdzić wizytę. Nie wiem po co. Nie mogłam się opanować. Głos miał, jak zwykle, czarujący. I oczywiście powiedział: „Czekam”. Czasami się zastanawiam, czy kiedykolwiek nauczę się postępować w sprawach uczuciowych. Dwa dni temu stuknęła mi trzydziestka, a ja nadal zachowuję się jak nastolatka, gdy tylko zagrają hormony.

No i oczywiście nadal nic nie robię. To znaczy raz na jakiś czas zadzwonię do tego czy tamtego aktora, ale zachowuję się jak automat i całkiem możliwe, że przekazuję informacje z kosmosu. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby zamiast „tęgich po czterdziestce”, zjawili się na castingu młodzieńcy o sylwetce tenisisty, ze świeżo sypiącym się wą-sem i uśmiechem pt. „Jestem bogiem seksu”. Bo nawet nie wiem, do kogo dzwoniłam. Mam nadzieję, że nie do kobiet. Chyba powinnam przemyśleć dogłębnie mój stosunek do świeżo zdobytej pracy. Tylko że mnie się wcale nie chce myśleć. A tym bardziej dogłębnie.

później

Przerwała mi szefowa. Piękna czterdziestoletnia z wysokim ilorazem inteligencji i mrożącą do szpiku pewnością siebie. Okazało się, że jednak zadzwoniłam do kilku aktorek. Teraz będę musiała je przepraszać. I nie dostanę premii. Niech szlag trafi wszystkich ortopedów świata!

godz. 18.55, w taksówce

Wróciłam po czwartej i zaczęłam gorączkowe przygotowania do wizyty, która ma nastąpić o 19.00. Cała roztelepana zrobiłam sobie piling ciała (ciekawe po co?), potem kąpiel (aromatyczną, z melisą dla uspokojenia). I gdy kończyłam malować pierwsze oko, przyszła ciotka Marta.

Ciotka zawsze zastępowała mi mamę, która, gdy miałam szesnaście lat, odpłynęła do Stanów w poszukiwaniu lepszego jutra i nowego „tatusia”. Bo stary stał się wegetarianinem i zamieszkał w leśniczówce, wiodąc życie zgodne z naturą. Tatuś stara się być poetą. Od czterdziestu lat, zaciekle. Niestety, wydano mu zaledwie jeden tomik i myślę, że lepiej by było, gdyby nie dostał tej szansy. Tacy marzyciele powinni stale dostawać lcopa od losu. Może wtedy przestaliby bujać w obłokach. Ciekawe, o kim ja to mówię?

W każdym razie ciotka Marta zauważyła moją cudownie odmienioną aparycję – fryzurę à la wczesna Bardotka (po pracy zdążyłam wskoczyć do fryzjera, przez co nie mam już na buty i w deszczowe dni będę brodzić boso w biocie) i to ją mocno zaniepokoiło. Zaczęły się pytania: gdzie? dlaczego? po co? No i musiałam żałośnie kłamać. Powiedziałam, że idę na koncert, po czym wymyśliłam zarówno miejsce, jak i artystę. Ciotka, dość zorientowana w sprawach kultury, poczuła się nieco zagubiona. Mam nadzieję, że o tym wszystkim zapomni. Najgorsze, że musiałam udawać, iż się nie denerwuję, a cała dygotałam, zerkając co chwilę na ścienny zegar. Usiłowałam jeszcze uczestniczyć w ożywionej konwersacji, z której teraz oczywiście nie pamiętam słowa. Zachowywałam się jak idiotka, zbyt głośno się śmiałam i delikatnie sugerowałam cioci, że potrzebuję chwili samotności (nie mogłam być zbyt obcesowa, ciotka cierpi na nerwicę wegetatywną).

Gdy, dzięki Bogu, wyszła, mrucząc coś pod nosem, zauważyłam, że pozostało mi 15 minut, mam zakudlony żakiet i oczko w świeżutko kupionych pończochach samonośnych, a do gabinetu jest pół godziny autobusem. A więc taksówka! Wizja zakupu butów odsuwa się więc jeszcze bardziej.

Zastanawiam się tylko, po co mi to wszystko?

godzina 1.00 w nocy

No i nie mogę spać. Cały czas nakręcał mnie tym swoim głosem, nie mówiąc nic istotnego. Zresztą, czy ja pamiętam, co on mówił? Wiem tylko, że odpowiadałam zbyt dwuznacznie i śmiałam się za głośno. Z wybiciem trzeciej dekady kobieta staje się wielkim workiem hormonów i odbiera sygnały, których nie ma. No bo cóż może oznaczać zdanie: „Ma pani takie wrażliwe kolano”. Powinnam je odebrać w czystej formie, nie doszukując się erotycznych podtekstów. Ale ten JEGO głos… I dotyk. Na moim kolanie… Chyba powinnam sobie znaleźć kogoś, kto nie robi na mnie takiego wrażenia. Byłoby bezpieczniej.

Gdy już wychodziłam, jak zwykle pocałował mnie w rękę i zaglądając mi w źrenice, wspomniał coś o kawie. Niezobowiązująco… I co to znaczy? Że ja mam zadzwonić? Jestem wyzwoloną, energiczną, w pełni świadomą siebie kobietą. Powinnam robić to, na co mam ochotę. A ja czekam. I daję pole do popisu samcowi. Żeby przechwalał się swoją erudycją i profesjonalizmem. I dystansem. Tak, tego na pewno mu zazdroszczę, pławiąc się we własnych emocjach jak ślepy nurek.

6 lipca, piątek, w pracy

Zastanawiam się, czy nie wysłać mu esemesa:Jestem w kawowym nastroju. Ładny, ale, czy nie nachalny? Zadzwoniłam do Majki. Ona jest w podobnym klimacie. Może nieco dalej. Wplątała się w romans ze swoim trenerem z siłowni. Żonatym. Z gatunku tych, co to „żona go nie rozumie”. Przynajmniej mój ortopeda nie jest żonaty. Chyba.

W każdym razie ustaliłyśmy, że taki esemes jest nieco zaczepny, ale wcale nie nachalny. A więc wysłać i nie czekać, tylko zająć się pracą.

godz. 11.15

Eee, nie wyślę! Jak nie odpisze, będę się czuła okropnie. Zwłaszcza podczas kolejnej wizyty. Przecież nie chcę zmieniać ortopedy.

godz. 11.25

Jestem w kawowym nastroju…jak to ładnie brzmi. Może zobaczy we mnie wrażliwą poetkę?… A poza tym, to tylko sygnał. Potem, jak już odpisze, mogę się sprytnie wymówić z ewentualnego zaproszenia. Udawać, że niby tak tylko chciałam poflirtować.

godz. 11.40

Nie, nie wyślę. Prawdziwe samce, a on jest właśnie z tego niebezpiecznego gatunku, lubią polować. Powinnam pozwolić mu na pierwszy krok. Niech zapoluje. Tylko co, jeśli on niekoniecznie ma teraz ochotę na łowy? Chociaż z drugiej strony jasno mi to dawał do zrozumienia…. Będę twarda. Nie wyślę.

godz. 11.43

Wysiałam! Rany boskie!

godz. 13.02

Po co ja to zrobiłam?! Wyszłam na idiotkę. Może on ogólnowojskowo podrywa wszystkie pacjentki, dla podreperowania ego? Albo dla stworzenia milej atmosfery. Milej!!! Ale jestem głupia!

godz. 15.45

Nie odpisuje! A to już cale cztery godziny. Może ma za dużo pacjentów?

godz. 16.02

Nie, na pewno pomyślał sobie, że ma mnie już w garści. Więc po co się starać? I tak na niego polecę z prędkością światła!

godz. 17.14 w domu

Mógłby przynajmniej być miły i grzecznie odmówić, jak nie ma ochoty na kawę. Dlaczego tak nie robi? Na pewno syci się teraz zwycięstwem, spokojnie paląc papieroska. Albo po prostu nie odebrał jeszcze tego esemesa.

godz. 19.05 w wannie

Zdecydowanie stwierdziłam, że powinnam dać sobie z tym spokój. Żołądek mi się skręca, wariuję. Muszę skierować myśli na inny tor. Na przykład… pomoc potrzebującym. A gdybym zaczęła pracować w jego szpitalu, jako wolontariuszka?… Może gdyby mnie częściej widywał, częściej miałby na mnie ochotę?

7 lipca, sobota, noc

Jestem przerażona. Siedzę właśnie w szpitalu w dziurze zabitej dechami. Nie spałam od 27 godzin. Tatuś miał atak kamicy nerkowej. Straszliwy.

O mało nie skonał z bólu. A jest sam w tej leśniczówce. Dobrze, że Janusz go znalazł.

Janusz jest moim dalekim kuzynem, po jakiejś tam kądzieli, czy coś… Nie znam się na tych koligacjach. Mając lat dziesięć, kochałam się w nim nieprzytomnie, tak mi imponował swoją dojrzałością. On właściwie zawsze był dojrzały. Jak tak pomyślę, to chyba nawet za bardzo. Przebywanie w jego towarzystwie było jak uczestniczenie w straszliwie długiej lekcji, bez przerw. Na każdym kroku błyskał intelektem. I nigdy się nie śmiał. Chyba dlatego właśnie tak szybko się w nim odkochałam. Nastolatki wolą jednak nieco bardziej rozrywkowych facetów, przy których nie trzeba się tak pilnować. A teraz, jak sobie o tym pomyślę, to chyba nadal nie zmieniły mi się upodobania. Ale to pewnie z powodu pełnego sprzeczności temperamentu Raka. Bo jestem Rakiem z drugiej dekady.

Ciekawe, jak on teraz wygląda? Ma już prawie czterdziestkę…

8 lipca, niedziela

Sytuacja prawie opanowana, więc dlaczego czuję się tak okropnie? Przyjechała ciotka Marta. Siedzi teraz przy tacie. Wyrzuciła mnie z separatki, bo ciągle płakałam, zamiast zachowywać się mężnie i dodawać mu otuchy, więc postanowiłam, że sobie popiszę na korytarzu. Okropnie jest być samotnym, zwłaszcza kiedy zdrowie zaczyna szwankować. To sprawia, że poważnie zastanawiam się nad swoim życiem.

wieczorem

Cudownie! Okazało się, że tatuś nie musi mieć operacji. Dostał leki i czuje się jak nowo narodzony. Zwłaszcza że opiekuje się nim urocza pielęgniarka. Rany! Czyżby tatuś po latach postu miał ochotę na romans? I pomyśleć, że w tym wieku rodzice wciąż nas jeszcze mogą zaskakiwać!

9 lipca, poniedziałek

Jutro tatuś wraca do domu, a ja postanowiłam, że trochę z nim zostanę. Tak tu spokojnie… Wyciszę się i nabiorę dystansu do wielu spraw. Może coś poczytam… Strasznie lubię te jego wiersze. Są takie emocjonalne. Mogłabym też trochę posprzątać, ale wtedy odebrałabym chleb ciotce Marcie, która za nic nie usiedzi na miejscu i gdy nie ma co robić, zaczyna świrować. Teraz już śpi. A dopiero 21.00! Rano przed śniadaniem nuci mantrę, a potem, dokładnie o 7.10 wypija filiżankę czekolady z surowym żółtkiem (cud, że nie podłapała jeszcze salmonelli), po czym spędza dokładnie 45 minut w łazience. Zawsze tyle samo. Pewnie jej zegar biologiczny odlicza co do setnej sekundy. Ciekawa jestem, czy, jeśli spędzę życie sama, też będę tak dziwaczyć?

później

Ojej! Właśnie uświadomiłam sobie, że ja już dziwaczę. Na przykład trzy razy sprawdzam przed snem, czy nie ma nikogo na balkonie. I czytam horoskopy! Tylko że horoskopy to chyba nie dziwactwo. Raczej nawyk. Jak gryzienie ołówka albo żucie gumy. Ale ten balkon… Czy to oznacza, że już wykazuję oznaki staropanieństwa? Albo że cierpię na manię prześladowczą?

później

Eee, chyba jednak nie… Przecież trzy lata mieszkałam z facetem i jakoś umiałam się dostosować.

Więc pewnie, jak znowu zamieszkam (ortopeda nie odpisuje!), to mi się cofną te drobne dziwactwa… Choć właściwie wtedy też chyba sprawdzałam ten balkon… (muszę poczytać Freuda).

godz. 21.15

Dzwoniła Majka. Na skraju załamania nerwowego. Jej Mareczek (ten żonaty trener, z którym się spotyka) nie odzywał się przez dwa tygodnie. Gdy w końcu postanowiła sama zadzwonić, był bardzo oschły i powiedział, że ma kłopoty rodzinne i muszą na razie wstrzymać spotkania. To nie mógł podnieść słuchawki i powiedzieć jej wprost o sprawie, żeby nie marnowała czasu, gapiąc się tępo w telefon? W ogóle mnie to zmroziło. Byłam pewna, że Majka, polski odpowiednik Sharon Stone, dzierży władzę absolutną nad każdym facetem. A tymczasem ona wyła, wtulając się w rękaw kitla naszego serdecznego przyjaciela Roberta. Jak żyję, nie widziałam Majki płaczącej. No, może raz, ale to było po haszu, więc jakby pozaemocjonalnie.

JA(odkrywczo): I co zrobisz?

MAJKA:Muszę z tym skończyć! (wycie). Od dawna czułam, że przestaje mu zależeć.

ROBERT:Tragizujesz!

MAJKA:Jestem na totalnym zakręcie. Wszystko mi się wali: praca (jest uzdolnioną fotografiką, w zeszłym miesiącu wygrała ogólnopolski konkurs), dieta (walczy z urojoną nadwagą) i teraz jeszcze to…

JA(bez mózgu!!!): Zawsze tak jest. Wszystko wali się naraz.

MAJKA:Uuuu!(przeciągłe wycie).

ROBERT:Wy to się umiecie pocieszyć, dziewczyny!

MAJKA:Od miesiąca nie uprawiałam seksu, a to działa ogólnie destrukcyjnie.

JA:Mnie to mówisz?

ROBERT:Na to akurat mógłbym coś poradzić…

MAJKA:Nie potrzebuję pogotowia seksualnego. Potrzebuję Mareczka! (wycie).

ROBERT:A, to przepraszam.

JA(bardzo odkrywczo): A byłaś już u tego gościa, który stawia horoskopy?

MAJKA:A jak mi powie, że wszystko skończone?

JA:Na pewno nie powie. A nawet jeśli, to przynajmniej będziesz wiedziała, na czym stoisz.

ROBERT:Kobieca logika!

JA(wkurzona): No to mi powiedz, do cholery, jaka jest męska logika?! Jak on mógł coś takiego powiedzieć?! A dlaczego mój ortopeda nie odpisuje?

MAJKA:Nie odpisuje?

JA:Nie. Mam go gdzieś!

ROBERT:Wcale nie masz.

JA:A ty, co? Głos sumienia?

MAJKA:Słuchaj, chodźmy do tego gościa od horoskopów! Kiedy wracasz?

JA:Pojutrze… Tak myślę. Umów nas!

MAJKA:Przed sobotnią imprezą?

JA:Koniecznie. W czym idziesz?

MAJKA:W tej czerwonej. Bez brzucha. Chociaż nie wiem, czy nie mam w niej za małego biustu.

ROBERT:Nie masz.

JA:Co ty chcesz od swojego biustu?

MAJKA:A ty, w czym idziesz?

JA:Nie wiem… A będzie ktoś ciekawy?

MAJKA(ironicznie): Tak, Stado rozkudlonych plastyków.

ROBERT:Nigdy nic nie wiadomo.

JA:Racja, Może jacyś lekarze…

ROBERT:Podoba mi się ta nowa obsesja. Czy w grę wchodzą również stomatolodzy?

MAJKA(pociągając nosem) Dobra. Lepiej mi.

JA:Mamy plan.

ROBERT(rozbawiony): I to jaki!

MAJKA(do Roberta): Po co ja ci to wszystko mówię? Zawsze się śmiejesz!

ROBERT:Zaspokajasz odwieczną potrzebę kobiet do bycia upokarzaną.

MAJKA(ze śmiechem): Samczy szowinista!

JA:Ty to naprawdę umiesz pocieszyć kobietę!

ROBERT:Prawda?

JA:Spadaj na drzewo!

10 lipca, wtorek

Co za dzień! Tatuś wrócił ze szpitala i urządziliśmy mu superimprezkę. Ciotka Marta fruwała po chatce jak torpedowiec, przygotowując bezsolne smakołyki. Tatuś ma dietę, ale to go wcale nie przeraża. Dla niego liczy się tylko strawa duchowa. Szczęściarz!

Przyszła ta laseczka – pielęgniarka. Chyba rzeczywiście coś między nimi jest. Rozmawiają dziwnym szyfrem, żywcem wyjętym z piosenek Połomskiego. To cudowne zobaczyć na własne oczy, jak staruszek zamienia się w nastolatka. Okazuje się, że w tych sprawach czas nie odgrywa roli. Zawsze mówi się bzdury, okraszając je histerycznym śmiechem. No, chyba że jest się wirtuozem podrywu, tak jak mój ortopeda.

wieczorem