Koncept nr 14 - Samuel Kretes - ebook + audiobook + książka

Koncept nr 14 ebook i audiobook

Kretes Samuel

0,0

Opis

Czyta się szybko, odczuwa wyraźnie.

Nie chcę się usprawiedliwiać. Mam nadzieję, że to nie brzmi, jakbym próbował. Jeżeli zaczynam w ogóle ten temat, to właśnie dlatego, że chcę skończyć z wybielaniem się. Wolę już do wszystkiego się przyznać. Szczerze przedstawić sprawy. Wyspowiadać się. Więc jeśli podaję powody, dla których sprawy właśnie tak się potoczyły, to nie po to, by się usprawiedliwić, ale dlatego, że powody te wydają mi się wstydliwe, a więc szczere zeznanie wymaga ich ujawnienia. Do rzeczy...

„Każdy z nas żyje dwoma życiami. Tym, które dzieje się naprawdę i tym, które tworzy się w naszej głowie. Kiedy mocno czujemy, granica między nimi może się zacierać. Ta książka prowadzi przez zakamarki emocji, z którymi czujemy się blisko, bo każdy czasem przeżywa samotność i lęk, że może znaleźć się na końcu świata, niezależnie od tego, czy tym końcem jest katastrofa ekologiczna czy fiasko miłości. Czyta się szybko, odczuwa wyraźnie”. Anna Cieplak

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 184

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 12 min

Lektor: Janusz German

Popularność




ROZDZIAŁ 1

Nie chcę się usprawiedliwiać. Mam nadzieję, że to nie brzmi, jakbym próbował. Jeżeli zaczynam ten temat, to właśnie dlatego, że chcę skończyć z wybielaniem się. Wolę już do wszystkiego się przyznać. Szczerze przedstawić sprawy. Wyspowiadać się. Jeśli więc podaję powody, dla których sprawy właśnie tak się potoczyły, to nie po to, żeby się usprawiedliwiać, ale dlatego, że powody te wydają mi się wstydliwe, a więc szczerość wymaga ich ujawnienia.

Do rzeczy. Praprzyczyną większości popełnionych przeze mnie głupstw, z których najbardziej widowiskowym był zamach na życie Żarłacza, była przypadłość nazywana alalia syllabaris. Te dwa słowa trudno się wymawia, szczególnie tym, których opisują. Bo alalia to po prostu jąkanie. Jestem przekonany, że gdybym jako dziecko nie przeciągał tych kilku nosowych głosek, w osiemnastym roku życia nie próbowałbym zgładzić naszego wuefisty. I rok później nie zrobiłbym tego po raz kolejny, tym razem skutecznie.

Nie wiem, kiedy zacząłem się jąkać. Może nigdy nie mówiłem normalnie? Bardziej prawdopodobne, że jąkanie zaczęło się, kiedy państwo polskie, na mocy ustawy o prawie oświatowym, nakazało mi opuścić dom i pójść do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Trudno mi uwierzyć, że matka nie zwróciłaby wcześniej uwagi na taką wadę. Choć może miała nadzieję, że problem rozwiąże się sam? Nie wiem. O takich rzeczach nie rozmawiamy.

W szkole moja wada szybko znalazła się w centrum zainteresowania. Dzieciakom wystarczył subtelny sygnał od dorosłych z tak zwanego grona pedagogicznego, żeby rozpoznać słabość. A sygnały grona nigdy nie były subtelne. Nie. Nie będę rozwijał teraz tego tematu. Naprawdę nie chcę wzbudzać niczyjego współczucia. Próbuję tylko wyjaśnić, co się stało. Zresztą większości wydarzeń z tamtego okresu nie pamiętam. Bardzo wyraźnie pamiętam tylko naradę matki i ojca po tym, jak ze szkoły przyszło skierowanie do logopedy. Jej przestraszone oczy i jego nieporuszone. Przekonanie, że jego spojrzenie byłoby mniej obojętne, gdybym mówił normalnie, zapadło we mnie głęboko. Byłem dzieckiem, szukałem powodów.

Tak naprawdę pochłaniało mnie wtedy zupełnie co innego. Gdy szedłem po raz pierwszy do szkoły, rozpierała mnie duma. Wydawało mi się, że jestem dorosły. I jakby na dowód, w pierwszych dniach września zakochałem się nieprzytomnie. Nie była to pierwsza miłość w moim życiu, ale pierwsza, jaką w wieku lat siedmiu oceniłem jako w pełni dojrzałą. Dziewczyna miała na imię Zuzanna. Gdy pojawiała się w polu widzenia, świat ogniskował się wokół niej, zawężał i kurczył tak bardzo, że nieraz trudno mi było zaczerpnąć tchu. Świadomość, że jej imię zawiera aż dwa z była słodko paraliżująca. Stwarzała pozór nieusuwalnej trudności na drodze do naszego szczęścia. I bez niego Zuzanna onieśmielała mnie jak nikt inny, ale obiektywna trudność w wypowiedzeniu jej imienia pozwalała oddelegować wspólną rozmowę do bezpiecznego świata fantazji.

Codziennie, już po założeniu tornistra, ale przed wyjściem do szkoły, zamykałem się w łazience i próbowałem wymówić imię ukochanej. Wymyśliłem, że jeżeli uda mi się zrobić to siedem razy z rzędu, będzie to znak, że mogę z nią porozmawiać. Gapiłem się w odbicie ust w lustrze i robiłem, co mogłem, by w kluczowym momencie wargi mi nie zadrżały. Nieraz z wysiłku gryzłem się w język, boleśnie, do krwi. Czasem udawało mi się dojść do czterech, pięciu powtórzeń. Kilkakrotnie do sześciu. Choć każda skucha utwierdzała mnie w poczuciu niższości i przekonaniu, że jestem skazany na samotność, znosiłem je z zadziwiającym spokojem. Możliwe nawet, że z równowagi bardziej wyprowadzało mnie ryzyko sukcesu niż kolejnej porażki. Kończyło się to za każdym razem tak samo. Do drzwi zaczynał dobijać się Piotr, który wrzaskami domagał się otwarcia zamka. A ja udawałem, że go nie słyszę i w akompaniamencie coraz głośniejszych krzyków jąkałem imię ukochanej, aż w końcu Piotr szedł po śrubokręt i otwierał zamek od zewnątrz, a ja wymykałem się mu między nogami i uciekałem z mieszkania.

Poza Zuzanną w szkole najbardziej lubiłem bibliotekę. Wstęp był wzbroniony, ale woźny, pan Giełajew, którego oczy były zawsze trochę wilgotne i wydawał mi się starcem, choć nie mógł mieć więcej, jak czterdzieści lat, co piątek pozwalał mi tam posiedzieć. Szkoła pustoszała, a on przez kilka godzin sprzątał i zajmował się tym, czym tylko woźny może zajmować się w szkole. Ja w tym czasie pochłaniałem kolejne książki. Biblioteka była moim azylem. Tam zawsze mogłem znaleźć kogoś do tej korespondencyjnej rozmowy, w której trakcie nie musiałem nic mówić, by czuć, że się świetnie rozumiemy.

Pewnego dnia pan Giełajew zaskoczył mnie, kiedy siedziałem w skupieniu nad szesnastokartkowym zeszytem, pochłonięty ambicją napisania czegoś równie dobrego jak Przygody Tomka Sawyera. Kiedy zorientowałem się, że czyta mi przez ramię, oblałem się rumieńcem i zatrzasnąłem zeszyt. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że w pisaniu jest jakaś pycha. Zawstydzony, dopiero po chwili podniosłem wzrok. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem, że i on jest speszony.

– Przepraszam – powiedział.

Kiedy nie odpowiedziałem, zmieszany wycofał się na korytarz. Po paru minutach wrócił, kluczem otworzył stojący w kącie sekretarzyk i wyciągnął z niego kartę biblioteczną.

– Jeżeli chcesz wziąć coś do domu, wpisz tu tylko tytuł.

Nie wiem, co zrobiło na mnie większe wrażenie. Fakt, że książki wolno było wynosić z biblioteki, czy karta, którą dostałem do ręki. Miała wykaligrafowane ręką pana Giełajewa moje imię, nazwisko, datę urodzenia i dwadzieścia dwa wolne miejsca w kolumnie okraszonej nagłówkiem: „Wypożycz. tyt.”. Pierwszy dokument tożsamości, jaki miałem w życiu. Ściskałem go w dłoni z taką dumą, jakby to był paszport dyplomatyczny przyznany za zasługi dla ojczyzny. Jednocześnie kręciło mi się w głowie na myśl o tym, że już od miesięcy leżał sobie pod kluczem, tuż obok mnie, choć bez mojej wiedzy. Zerknąłem na kulfony stawiane przed momentem w zeszycie i obiecałem sobie, że zanim cokolwiek wypożyczę, popracuję nad charakterem pisma. Z całą delikatnością, na jaką stać było moje dziecięce palce, odłożyłem kartę na stół, podziękowałem i popędziłem do domu.

Kilka następnych dni przeżywałem jak święto. Szybko jednak okazało się, że wraz z kartą biblioteczną pojawiły się trudne dylematy. Dopóki czytałem wyłącznie w szkole, czytałem wszystko, co przyciągnęło moje oczy. Po niektóre lektury sięgałem wielokrotnie. Inne porzucałem już po pierwszym niezachęcającym akapicie. Teraz jednak sprawa się skomplikowała. Czytałem w szkole, ale czytałem też w domu. Jeśli karta była moim paszportem, na kolejne zapisane w niej pozycje potrafiłem gapić się, jak na stemple pograniczników z egzotycznych podróży. Tytuł, autor i dwie daty: wypożyczenia i zwrotu, były dla mnie powodem do dumy, ale też i nieznanego wcześniej niepokoju. Zaczęło mi się wydawać, że nie wszystkie książki w równym stopniu zasługują na to, żeby trafić do rejestru. Pojawiły się nowe pytania. Czy wpisanie Goscinnego tuż pod Londonem spodobałoby się temu pierwszemu? Wstydziłem się na myśl o wpisaniu tam Niziurskiego – choć czytałem go z wielkim zapałem.

Ostatecznie sprawy ustaliły się w taki sposób, że w piątki czytałem tych, którzy sprawiali mi frajdę, natomiast do domu zabierałem tych, których nazwiska lubiłem mieć uwiecznione w paszporcie. I choć karta biblioteczna pozwoliła mi czytać siedem dni w tygodniu, coś się wtedy zepsuło. Czytanie stało się taktyczne. Wydaje mi się, że to właśnie kaligrafując w szesnastej linijce nazwisko Jacka Londona, po raz pierwszy w życiu poczułem się parszywym oszustem. Uczucie to miało towarzyszyć mi później przez większość okresu dojrzewania. Nieraz zdarzało mi się fantazjować o zniszczeniu karty, podarciu jej na kawałeczki i spaleniu za pomocą benzynowej zapalniczki otrzymanej na urodziny od Piotra.

Pewnego dnia takie właśnie myśli o zniszczeniu sekretarzyka wraz ze znajdującymi się w środku dowodami doprowadziły mnie do olśnienia. Śrubokręt zwędziłem ojcu. Spinacz był mój. Trenowałem w domu, na rowerowej kłódce i choć byłem zdeterminowany ćwiczyć choćby latami, do odpowiedniej wprawy doszedłem już po kilku dniach. Tym sposobem, mając niewiele ponad osiem lat, nauczyłem się otwierać zamki wytrychami. Kiedy przyszedł kolejny piątek, byłem tak zdenerwowany, że rano pogryzłem się boleśnie w język. Niewiele wcześniej dowiedziałem się, że ludzie mówią czasem przez sen, i byłem przekonany, że w nocy wygadałem się przed rodzicami, którzy o moich planach powiadomili szkołę, polską policję, a może i Urząd Ochrony Państwa. Gdy po lekcjach przystąpiłem do dzieła, serce mi waliło, aż krew dudniła w skroniach. Wiedziałem jednak, że nie mogę się poddać. Kochałem Zuzię i mimo strachu tylko to się liczyło: włamać się do sekretarzyka, znaleźć jej kartę biblioteczną, zobaczyć, co czytała. A potem przeczytać to samo. Pewnie to śmieszne, ale jeszcze teraz udziela mi się ekscytacja, którą wtedy czułem. Najśmielsze plany zakładały, że przeczytanie tych samych lektur stworzy nam temat do wspólnej rozmowy. Jednak plany mniej śmiałe były niemal równie pociągające. Wystarczyłoby mi, że czytałbym to samo, co ona, zbliżając się do niej chociaż w ten skromny sposób.

Choć dłonie mi drżały, z zamkiem poradziłem sobie bez problemu. Wytrych domowej produkcji działał. Wysunąłem szufladę, do której zawsze sięgał woźny. Karty zamknięte były w plastikowych, półprzezroczystych pudełkach. Kiedy otwierałem pierwsze z nich, wyślizgnęło mi się z rąk i karty niemal rozsypały się po podłodze. Złapałem je w porę i choć odbyło się to bezszelestnie, zamarłem. Wpatrzony w drzwi czekałem, aż pojawi się w nich pan Giełajew. W końcu odłożyłem pudełko na miejsce, przymknąłem szafkę i wyjrzałem na korytarz. Był pusty i cichy. Powoli uspokoiłem się i wróciłem do przeglądania kartoteki. Nie musiałem długo szukać. Dwie karty, które przylegały do niej z obu stron, postawiłem na sztorc, żeby wiedzieć w które miejsce ją odłożyć. Jeszcze raz zerknąłem w kierunku drzwi i w końcu odważyłem się wziąć ją do ręki.

Była bardziej podobna do mojej, niż potrafiłem w to uwierzyć. Imię, nazwisko, data urodzenia, poniżej nagłówek: „Wypożycz. tyt.” i dwadzieścia dwa miejsca. Tyle samo szans na coś, cokolwiek, co pozwoliłoby lepiej ją poznać.

Jęknąłem. Paszport Zuzanny był pusty.

Gapiłem się kartę, nie wiedząc, co robić. W końcu spisałem do zeszytu datę jej urodzin, a potem wszystko odłożyłem na miejsce. Szumiało mi w głowie. Ekspedycja zakończyła się całkowitą klęską. Poznałem datę jej urodzenia, to oczywiście coś znaczyło. Ale przecież nie o to chodziło, nie na to liczyłem, nie to sobie wyobrażałem. Nie pamiętam, jak spędziłem resztę tego dnia. Jednak wiem, że w kolejnych tygodniach wielokrotnie jeszcze włamywałem się do kartoteki. Najpierw po to, by upewnić się, że nie popełniłem błędu, wyciągając nie tę kartę, co trzeba. A później z coraz bledszą nadzieją, że odnajdę na niej jakiś ślad tego, co moja ukochana robiła w czasie wolnym. Jednak za każdym razem karta była pusta. Z czasem cała operacja wydawała mi się coraz bardziej mechaniczna i coraz rzadziej otwierałem sekretarzyk. Raz na parę tygodni, raz na parę miesięcy. Jednak dopóki pozostawałem uczniem zespołu szkół numer… nie przestałem tam zerkać. Nawet gdy bliżej mi było do matury niż rozpoczęcia nauki i więcej było w tym wszystkim nostalgii niż nadziei, nie było roku, kiedy nie sprawdziłbym, czy nie pojawił się tam nowy wpis.

***

Z początku jąkanie było dla mnie tym, czym lata później dla większości kolegów był młodzieńczy trądzik: wstydliwym problemem, ale przecież nie katastrofą. Rozmiar katastrofy przybrało dopiero za sprawą mojej matki, która traktowała je, jakby to był co najmniej trąd. I to z jakiegoś szczególnie zaraźliwego szczepu. Choć zdecydowana większość jąkających się dzieci z czasem zaczyna mówić płynnie sama z siebie, matka wcześniej padłaby trupem, niż pozwoliłaby naturze robić swoje. Niewiele pamiętam z mojego dzieciństwa, ale ten korowód specjalistów, szarlatanów i wszystkiego, co pomiędzy, pamiętam bardzo dobrze. Doktor Marciniak kazał mi mówić tak wolno, że z nudów zasypiałem w pół zdania. Zalecał też ćwiczenia oddechowe i często opowiadał o żonie – a może kochance, gubiłem się w zawiłościach tej historii – która nie chciała z nim rozmawiać. Doktor Walendziak napychała mi usta szklanymi kulkami i kazała recytować Brzechwę. To i tak było lepsze niż wizyty u doktora Pietrzaka, który sadzał mnie na stołku i – słowo daję – czytał mi swoje własne wiersze, po czym, nie zważając na mój wiek, pytał o sugestie redakcyjne. Była jeszcze jedna pani, o której pamiętam tylko tyle, że pachniała jak suszone śliwki. I pan Tomek, który kazał mówić do siebie po imieniu, dużo się śmiał, klepał mnie po ramieniu, a osiem lat później do domu przyszło wezwanie na przesłuchanie, bo okazało się, że czerpał satysfakcję z czegoś więcej, niż tylko postępy w leczeniu małych pacjentów. Pan komendant sam się jąkał i czerwienił, kiedy próbował wyjaśnić, w jakiej sprawie jestem przesłuchiwany. Żadna z tych terapii nie przyniosła skutku, nie licząc rosnącej frustracji mojej mamy. W końcu sama zaczęła edukować się w odpowiednim zakresie i po zaliczeniu korespondencyjnego kursu, prowadzonego przez pewną wiedeńską klinikę jezuitów (nawet nie pytajcie), zaczęła przyjmować pacjentów. Ja jednak uleczyłem się już wtedy sam.

Nie będę opowiadać o mojej rodzinie, bo nie chcę tworzyć wrażenia, że upatruję w niej większą odpowiedzialność za całą sytuację, niż jest w istocie. Nie ufam tym wszystkim freudyzmom, wedle których dziecko z matką łączy nie pępowina, a drut kolczasty. Dzieciństwo miałem na tyle szczęśliwe, na ile jakikolwiek okres może być szczęśliwy. Wielu rzeczy w nim nienawidziłem, niejedną zmieniłbym, gdyby to było możliwe. Ale pamiętam, że za coś zupełnie zwyczajnego uznawałem stan bliski zadowoleniu. Myślę, że nie każdy może to o sobie powiedzieć.

Mieszkaliśmy w czwórkę. Matka, tata i Piotr, ojciec mojego taty. Piotr przez lata pomieszkiwał u nas, jeśli akurat był w Polsce, aż w końcu przeszedł na emeryturę i wprowadził się na stałe. Miałem wtedy niespełna siedem lat. O matce trochę już mówiłem. Ojciec pracował z domu. Zawodowo wymyślał treść wróżb zapiekanych w chińskich ciasteczkach. Wbrew pozorom to niełatwa praca, bo ludzi zaskakująco łatwo urazić, a przecież nigdy nie wiadomo, komu dana wróżba się trafi. Ojciec specjalizował się więc w przyjemnych sentencjach, które były do przyjęcia zarówno dla małych dzieci, jak i pań w średnim wieku. Przez lata wyprodukował ich wiele tysięcy. Pamiętam, jak całymi dniami siedział wpatrzony martwo w okno, po czym zapisywał jedno lub – gdy dzień był dobry – dwa zdania. Gdy kończył, padał przed telewizorem. Zwykle nic nie mówił, ale i nie musiał, bo całe jego ciało krzyczało, że jest wycieńczony i potrzebuje spokoju. A Piotr był matematykiem. Nie lubił powierzchownych rozmów, więc w domu głównie się milczało. Przez lata słychać było u nas przede wszystkim jąkanie małych pacjentów mojej matki – dźwięk, przed którym Piotr z głośnym trzaskiem drzwi chował się w swoim pokoju. Kiedy zaczęła przyjmować pacjentów w świetlicy miejskiego domu kultury, i to ustało. Piotr dni spędzał przed komputerem, gdzie podłączony do internetu mnożył emeryturę, grając w pokera.

– To bardzo proste – opowiadał niepytany. – Tak proste, że aż żal ich ogrywać. Miałeś już mnożenie? – pytał, niezależnie od tego, czy miałem lat sześć czy szesnaście. – No, to przemnóż sobie karty i już wiesz, czy opłaca ci się grać. Tylko idioci grają, kiedy karty są przeciwko nim. A jeśli karty są z tobą, to nie hazard. Na dłuższą metę musisz wygrać.

Już jako małe dziecko zastanawiałem się, skąd u niego ta złośliwa satysfakcja. Jeśli wygrywanie było tak proste, jak to przedstawiał, dlaczego dawało mu tyle przyjemności?

Ale to właśnie grze w karty zawdzięczam pierwsze autentyczne zainteresowanie, jakim mnie obdarzył. Kiedy miałem szesnaście lat, wziąłem udział w patriotycznym turnieju gry w pokera. Wiem, że nie brzmi to prawdopodobnie, ale jak wszystko inne, co opowiadam, wydarzyło się naprawdę. Jakiś mądrala z urzędu miasta wymyślił, że krzewienie patriotyzmu wymaga nowoczesnych metod i na święto wojska polskiego w budynku szkoły został wyprawiony najnowocześniejszy bogoojczyźniany festyn, jaki można sobie wyobrazić. Ludzie wcinali kiełbasy, patriotycznie wysmarowane keczapem i majonezem. Tatusiowie popijali je piwem sprzedawanym w biało-czerwonych tekturowych kufelkach. Strażacy wytrzasnęli skądś historyczne mundury polskiej armii i przechadzali się wte i wewte, dumnie naprężeni pod plastikowymi orderami. Każdego munduru były tylko dwie sztuki, więc legioniści Kościuszki przechadzali się obok ułanów z II Brygady, a powstańcy warszawscy obok kawalerzystów w usarkach. Lokalni przedsiębiorcy licytowali się na to, który wspomoże akcję większą kwotą lub – tym chętniej – większym sprzętem. Na bieżni wokół boiska kręciły się więc niby wozy opancerzone obklejone zieloną dyktą nyski. Szkolny chór wykonywał pieśni patriotyczne, wspomagany nagłośnieniem i sprzętem scenicznym ściągniętym z pobliskiego domu weselnego. Nauczyciel fizyki tak się zafascynował tą maszynerią, że już po chwili śpiewom towarzyszyły błyski stroboskopowe, a sam chór zniknął w chmurze sztucznego dymu. Wydawało mi się, że w tej prowizorce i przaśności jest coś głęboko sprzecznego z powagą uroczystości narodowych. Miałem szesnaście lat. Brakowało mi doświadczenia.

Jedną z atrakcji było patriotyczne kasyno, w którym można było grać w gry planszowe i karciane. Do wygrania były fanty. W większości był to bezużyteczny szmelc, ale główną nagrodą w turnieju pokerowym był talon o wartości tysiąca złotych do wykorzystania w lokalnej księgarni. No, to było coś.

Mimo wszystko długo wahałem się, czy iść z tą sprawą do Piotra. Przy czym bardziej niż tego, że mnie wyśmieje albo zakaże udziału w zabawie, bałem się, że sam przystąpi do gry i sprzątnie mi sprzed nosa nagrodę. W końcu jednak odważyłem się poprosić, by nauczył mnie swoich tricków, a on, o dziwo, zareagował uśmiechem. Albo grymasem, który w jego świecie uchodził za uśmiech. Może to dlatego, że dałem mu okazję, by znów wystąpił w roli wykładowcy, czego wedle własnych relacji nie znosił, ale co przecież było jego zajęciem przez całe dekady.

Piotr był nauczycielem takim samym jak współlokatorem. Niełatwym, niekontaktowym i nieznoszącym sprzeciwu. Tolerowałem jednak jego humory dzielnie, po pierwsze dlatego, że naprawdę zależało mi na zwycięstwie, a po wtóre, ponieważ była to pierwsza sytuacja, w której poświęcił mi trochę uwagi i nawet jeśli był nieprzyjemny, jakoś mi to schlebiało. Kiedy nauki dobiegły końca, okazało się, że rzeczywiście teoria gry była dziecinnie prosta. Wystarczyło znać tabliczkę mnożenia, żeby w ułamku sekundy wiedzieć, czy rachunek prawdopodobieństwa jest z tobą, czy przeciwko tobie. Pozostało jedynie sprawdzić, czy Piotrowe nauki zadziałają w praktyce.

Przed turniejem miałem tremę. Nie z powodu jąkania. Ten problem dawno już rozwiązałem. Wydarzyło się to, gdy miałem dziesięć lat, a mama była na półmetku swojego wiedeńskiego kursu (wciąż mam ten widok przed oczami: matka wsparta łokciami na kupie podręczników, wpatrująca się we mnie bez słowa, z jakimś niewypowiedzianym napięciem). W klasie przygotowywaliśmy teatralną adaptację Małego Księcia. Mój wychowawca, młody człowiek o wywołującym powszechną wesołość nazwisku Kępka, litościwie wyznaczył mi rolę drugiego suflera. Miałem być gotowy do akcji w razie nagłej choroby pierwszego. W trakcie prób śledziłem pilnie tekst sztuki, a gdy ktoś zapominał kwestii, pierwszy sufler ją podawał. Taka rola całkowicie mi wystarczała, a wychowawca, który jak na standardy systemu edukacji był całkiem przyzwoitym człowiekiem, potrafił ją odpowiednio sprzedać reszcie dzieciaków, które uwierzyły, że dwójka suflerów jest dowodem profesjonalizmu przedstawienia, a nie mojego kalectwa. Obawiałem się dnia, w którym pierwszy sufler mógłby spóźnić się na próbę lub w ogóle na nią nie przyjść. Z trwogą obserwowałem, jak wychodzi na deszcz bez czapki lub biega po boisku w stanowczo zbyt cienkiej kurtce. Jednak uderzenie przyszło z innej strony.

Pewnego dnia, kiedy byliśmy już na ostatniej prostej przed wigilijnym spektaklem, to pan Kępka nie zjawił się na próbie. Zastąpiła go nasza historyczka, której – oby jej wrony na grób srały – wystarczył niespełna kwadrans, żeby znaleźć czuły punkt.

– Kretes! Czemu ty się znowu obijasz? – wymierzyła we mnie paluch. Paluch był taki jak cała ona. Suchy i poskręcany.

– On jest drugim suflerem proszę pani. – Koleżanka wzięła mnie w obronę. Wbrew pozorom dzieci, jeśli tylko nie dają się sprowokować dorosłym, potrafią zachowywać się bardzo przyzwoicie.

– Jeden wystarczy! Jeśli jest was za dużo, lepiej zdublować główne role. Bo co by było, gdyby nam się pochorowała główna gwiazda? – uśmiechnęła się złośliwie. – Znasz tekst?

– Znam – byłem tak przerażony, że zapomniałem się zająknąć.

– No i świetnie. Będziesz dublować Księcia. Zaczniemy od razu, powtórzysz ostatnią scenę.

Zacząłem rozglądać się za najkrótszą drogą ucieczki z klasy. Gra toczyła się już o najniższą stawkę: nie rozpłakać się przed wszystkimi, tylko samotnie, w szatni. Jednak to, co zobaczyłem na twarzach koleżanek i kolegów całkowicie odmieniło sytuację. Spodziewałem się szyderstwa, kpiny, obojętności – wszystkiego, tylko nie tego. Bo oni wydawali się szczerze przejęci. Wiedzieli o moich problemach z samogłoskami równie dobrze, jak ta jędza. Drwili z nich przy pierwszej lepszej okazji. Jednak teraz perfidia nauczycielki była tak jawna, tak jaskrawa, że nikt się nie śmiał. Nagle miałem ich po swojej stronie. Co to było za uczucie! Z nimi za plecami mogłem się zbłaźnić, mogłem zająkać się choćby na śmierć, byłem na to gotowy. Więcej. Chciałem tego, przekonany, że im niżej upadnę, tym bardziej będę z nimi.

Podjąłem więc wyzwanie i błazeńskim krokiem wyszedłem na środek sceny. Wyszczerzyłem się do publiczności i w odpowiedzi usłyszałem nieśmiały śmiech. I to jaki! Pierwszy taki! Nie skierowany przeciwko mnie, ale wspólny! Wiedziałem, że cokolwiek się stanie, będę bezpieczny.

– Poznaje się tylko to, co się oswoi – zaczął Kierbiedź, kumpel grający Lisa. – Ludzie mają dziś za mało czasu, by cokolwiek poznać. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie.

– A jak to się robi? – To była prosta kwestia.

– Żeby kogoś oswoić, trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie, lecz każdego dnia będziesz mógł siadać odrobinę bliżej. Twoja róża ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, ponieważ poświęciłeś jej wiele czasu. Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za swoją różę.

Dopiero teraz przyszła kolej na mój monolog. Ostatni raz zrobiłem głupią minę i popłynąłem:

– Odpowiedzialny za moją różę… Wy wszystkie nie jesteście podobne do mojej róży, nie macie jeszcze żadnej wartości. Jesteście piękne, lecz próżne. Oczywiście moja róża wydawałaby się zwykłemu przechodniowi podobna do was. Lecz dla mnie ona jedna ma większe znaczenie niż wy wszystkie razem, ponieważ to właśnie ją podlewałem. Ponieważ ją przykrywałem kloszem. Ponieważ słuchałem jej skarg, jej wychwalań się, a czasem jej milczenia. Ponieważ… jest moją różą.

Im dłużej mówiłem, tym ciszej robiło się w sali. Gdy skończyłem, Kierbiedź zapomniał swojej kwestii, więc wchodząc z powrotem w rolę suflera, wypowiedziałem ją za niego, po czym dorzuciłem jeszcze kilka linijek Księcia. W końcu zamilkłem i lekko oszołomiony rozejrzałem się po sali. Dzieciaki przyglądały mi się z niedowierzaniem. Z kolei nauczycielka, obrażona, dokładała wyraźnych starań, by nasze spojrzenia się nie spotkały. Do końca próby nie odezwała się już do mnie ani razu. Podobnie zresztą jak koledzy z klasy. Nie przeszkadzało mi to. I tak ledwo mogłem ustać na nogach. Szumiało mi w głowie. Świadomość bardzo powoli oswajała się z faktem, że w trakcie całego występu nie zająknąłem się ani razu.

Do domu wracałem pijany z przejęcia. Chcąc od razu wypróbować odzyskaną płynność mowy, po drodze wszedłem do sklepu spożywczego po tabliczkę czekolady. Pamiętam, że była z bakaliami i kosztowała jedenaście złotych. Był to prawie cały majątek, jakim dysponowałem w tamtym okresie, ale czułem, że to tym lepiej. Koniec tej zarazy wymagał hucznego uczczenia.

Jednak już przy „dzień dobry” język znów mnie zawiódł. Dźwięki drżały w ustach jeszcze gorzej niż zwykle. Sprzedawczyni znała mnie, więc czekała cierpliwie, a ja brnąłem przez kolejne słowa. Najpierw powoli, licząc naiwnie, że lada moment zacznę mówić normalnie. Potem coraz szybciej, szybciej i rozpaczliwiej, jak topielec, który za wszelką cenę próbuje dotrzeć do brzegu. W końcu sklepikarka zorientowała się, o jaki słodycz mi chodzi, i nie czekając, aż skończę, rzuciła go na ladę jak koło ratunkowe. Ja jednak nie czułem się uratowany. Gest ten, choć życzliwy, tylko mnie upokorzył i odebrał resztki wiary w siebie.

Ze sklepu ledwo wyszedłem. Odarłem czekoladę ze sreberka, ale od jej zapachu zemdliło mnie, więc wyrzuciłem ją do pierwszego mijanego kosza. Zaczynałem wątpić we wspomnienie próby Małego Księcia. Było zbyt wyraźne, by mogło pochodzić ze snu, ale była jeszcze jedna możliwość. Mogło być halucynacją, dziełem chorego umysłu. Zacząłem zastanawiać się, czy to możliwe, bym zachorował właśnie na schizofrenię – chorobę, która przerażała mnie jak nic innego na świecie. Szeptem spróbowałem raz jeszcze wyrecytować swoją kwestię.

„Oczywiście moja róża wydawałaby się zwykłemu przechodniowi podobna do was. Lecz dla mnie ona jedna ma większe znaczenie niż wy wszystkie razem…”.

Raz jeszcze słowa popłynęły potoczyście. Jęknąłem. Dla mojego dziesięcioletniego umysłu sprawa była ewidentna. Właśnie oszalałem.

Po powrocie do domu przez kilka godzin udawało mi się unikać kontaktu z rodziną. Nie było to trudne, bo kontakt to nie było coś, do czego ci ludzie dążyli. Jednak w moim wyglądzie musiało być coś takiego, że w końcu matka zainteresowała się, czy aby nie jestem chory. Nie chciałem, by prawda wyszła na jaw, byłem jednak jeszcze w takim wieku, że ufałem w nadzwyczajne moce dorosłych. Ostatecznie to do nich należało orzekanie o mojej chorobie lub zdrowiu. A jeśli byłem chory, chciałem wierzyć, że to od nich otrzymam pomoc. Zebrałem się więc na odwagę.

– Coś się dzisiaj wydarzyło – wyjąkałem, a matka zjeżyła się, podejrzewając pewnie, że opowiem o kolejnych szkolnych szykanach. Tego już jednak od dawna nie robiłem. I tak by nie zrozumieli.

Zamilkłem, nie wiedząc jak opowiedzieć o tym, co się stało. Matka czekała w milczeniu, przyzwyczajona do długich pauz. W końcu i ona zaczęła się niecierpliwić, więc zrobiłem jedyne, co mogłem. Po raz trzeci tego dnia zacząłem recytować Małego Księcia.

Mama kompletnie zwariowała. Zaczęła skakać, krzyczeć. Takiego wybuchu nie widziałem u niej nigdy wcześniej i chyba nigdy później. Wytrzeszczona, powtarzała, żebym nie przestawał. Kiedy dojechałem do końca fragmentu z próby, nie zatrzymałem się. Mówiłem dalej. Gdy w końcu zapomniałem kwestii, coś w jej oczach spowodowało, że zaraz zacząłem mówić dalej, zaczynając po prostu w innej scenie. Po pewnym czasie do kuchni przyczłapał ojciec, zaniepokojony hałasem. Kiedy nas zobaczył, zamarł i tylko kiwał głową, nie dowierzając.

Nie wiem, jak długo trwał ten występ. Pewnie nie tak długo, jak mi się zdawało. W końcu w drzwiach pojawił się Piotr i nawrzeszczał na wszystkich, bo hałas nie pozwalał mu skupić się na lekturze gazety.

Matka nawet mu nie odpowiedziała, tylko złapała mnie za rękę i wyprowadziła z domu. Po drodze zadawała masę pytań i kiwała głową, słysząc wyjąkiwane odpowiedzi. Zaprowadziła mnie do księgarni, gdzie kupiła Nie-Boską komedię, Hamleta, Króla Edypa i wszystko inne, co księgarz zakwalifikował jako „dramat”. Następnie poszliśmy do kawiarni, gdzie kupiła herbatę dla siebie i gorącą czekoladę dla mnie. Po czym kazała czytać na głos. Przez chwilę słuchała, jak głos mi się łamie, po czym nakazała przestać i pogrążyła się w myślach.

– To teraz naucz się tego na pamięć i spróbuj wyrecytować – powiedziała w końcu.

– Ale jaki fragment?

– Jakikolwiek synku, naprawdę, jakikolwiek.

Posłusznie siadłem do wkuwania. Po kwadransie czułem się mniej więcej gotowy. Odchrząknąłem – bo wydawało mi się wtedy, że przed recytacją należy odchrząknąć – i zacząłem mówić. Zadziałało. Odzyskałem głos! Kiedy po wszystkim zabrałem się za kubek czekolady, była już zupełnie zimna, ale mnie smakowała jak żadna wcześniej.

***

Kiedy więc szykowałem się do gry w pokera, to nie jąkanie było przyczyną tremy. Uczucie ucisku w gardle wciąż pojawiało się, kiedy miałem zabrać głos, ale od momentu teatralnego odkrycia zimny koszmar jąkania stopniowo odchodził do przeszłości. Z jakiegoś powodu problemy z wymową znikały, jeśli recytowałem wcześniej wykuty tekst. Prędko okazało się, że do satysfakcjonującego życia codziennego wystarczy mi kilkadziesiąt fraz, których kolejność mogłem układać na bieżąco, wedle potrzeby chwili. Sytuacje mniej codzienne wymagały większego trudu, ale się nie skarżę. Nawet jeśli nauka była męcząca, dawała efekty. Uczyłem się na pamięć literatury pięknej, scenariuszy filmowych, rozmówek turystycznych. Uczyłem się na pamięć wielkich klasycznych dzieł i pojedynczych zdań, które sam sobie pisałem. Kiedy byłem starszy, udawało mi się czasem dokonać trudniejszej sztuki i nauczyć na pamięć jakiegoś zdania nawet bez zapisywania go. Kiedy potrzebowałem riposty, której nie miałem w repertuarze, mogłem powtórzyć ją sobie parokrotnie w myślach, zarazem dystansując się od niej i utrwalając ją w pamięci. Robiłem to jednak rzadko. Sztampa była bezpieczniejsza.

Trema przed pokerem brała się z zupełnie innego miejsca. Piotr bardzo skutecznie wbił mi do głowy tajniki rachunku prawdopodobieństwa, statystyki, liczenia kart. „Grając w ten sposób, na dłuższą metę musisz wygrać” – powtarzał, ale logika tego zdania była równie niepodważalna, co niewystarczająca. Ze wszystkich wzorów, które niecierpliwą ręką przede mną rysował, wynikało, że jego sposób rzeczywiście „na dłuższą metę” musiał przynieść sukces. Tak samo „na dłuższą metę” na wyrzucanej w powietrze monecie orzeł będzie wypadać równie często co reszka. Ale przecież ja miałem zagrać tylko raz, jeden turniej, nie więcej jak setkę rozdań. Jeżeli coś z jego wykładów zrozumiałem, to właśnie to, że turniej jest krótką metą i w takim wypadku schemat Bernoulliego i proces Poissona będą mnie wspierać w dość ograniczonym stopniu. Pojedyncze wydarzenie wymykało się zimnej optyce statystyki. Nie uspokajało mnie, że kiedy starałem się poruszyć z nim ten problem, ignorował mnie i zmieniał temat.

Piętnastego sierpnia przyszedł dzień turnieju. Gry karciane nie cieszyły się dużym powodzeniem. Jeżeli ktoś pojawiał się już w zagłębiu gier losowych, wybierał zwykle prostszą i szybszą loterię fantową. Do stołu zasiadło siedmiu graczy, ale po interwencji katechety jeszcze przed rozdaniem kart zostało nas tylko pięciu, bo z racji na młody wiek i brak bierzmowania dwie gimnazjalistki zostały uznane za nie dość dojrzałe do tej hazardowej w końcu gry. Z uczniów przy stole zostałem ja i dwaj maturzyści. Grał też z nami wuefista, z kieszeniami pełnymi kanapek z szynką i serem. To właśnie z powodu niepohamowanego głodu nazywaliśmy go pieszczotliwie Żarłaczem. I to właśnie tego faceta miałem kilka lat później pozbawić życia. Przy stole siedział też wspomniany katecheta, którego osobisty udział w grze kazał mi wątpić w intencje stojące za wyrzuceniem od stołu dziewczyn.

Szybko okazało się, że tylko trzech z nas potrafi grać. Jeden z maturzystów odpadł już po chwili, bo wciąż myliły mu się karty i myślał, że ma karetę, podczas gdy miał tylko parę trójek i na oko promil we krwi. Zaraz po nim odpadł też Żarłacz, którego poniosły emocje i łatwo oddał wszystkie żetony klesze, który tym samym stał się najsilniejszym graczem. Od tego momentu zaczęła się wojna pozycyjna. Każdy bał się zaryzykować i stracić. Wszyscy czekali w okopach na błąd przeciwnika. Widzów musiało to nudzić, ale mnie odpowiadało. Powtarzalność kwestii: wchodzę, sprawdzam, pasuję, działała na mnie uspokajająco. Podobnie jak przekonanie, że im dłużej gramy, tym silniejsze mam oparcie w naukach Piotra.

Stos pozostałego w grze maturzysty, chłopaka o nazwisku Rożynek, bardzo powoli, rozdanie po rozdaniu, się kurczył. Większość żetonów trafiała między ramiona katechety, który stawał się tym bardziej nerwowy, im lepiej mu szło. W końcu przestał się krępować i potwierdził plotki powtarzane szeptem w toaletach. Z kieszeni koszuli wyjął czerwone sobieskie i zaczął palić, z namaszczeniem odrywając filtr przed włożeniem kolejnego papierosa w usta. Kapsle z brzękiem przesuwały się po stole, a ciężki, smolisty dym kłębił się wokół księdza, układał plastrami na blacie, staczał z krawędzi stołu na podłogę. Chmura powolutku ogarniała coraz większą część stołu, a ja z jakiegoś powodu ubzdurałem sobie, że przegram, jeśli dym mnie dosięgnie. Coraz trudniej było mi skupić się na kartach. Kiedy w bitwie pod Ypres po raz pierwszy ludzie próbowali wymordować innych ludzi za pomocą gazu bojowego, jego zielonkawa chmura przesuwała się nad ziemią tak wolno, że gdyby ktoś wstał i zaczął iść w przeciwną stronę, mógłby dosłownie uciec śmierci. Oczywiście, gdyby z okopów można było tak po prostu wstać i odejść. Dobrze wiedziałem, że magia dymu jest wyłącznie wytworem mojej wyobraźni, ale faktem jest, że Rożynek spłukał się dokładnie w momencie, kiedy smolista chmura ogarnęła jego karty.

Zostaliśmy we dwóch. Robiłem, co mogłem, żeby nie dać się ponieść fantazji i nie przestawać grać zgodnie z instrukcjami Piotra. Strategia ta przynosiła pewne rezultaty. Rozdanie za rozdaniem, salwa za salwą, bardzo powoli zmniejszałem straty. Jednak ksiądz, widząc, jak stos kapsli przed nim topnieje, rozgorączkował się i zaczął odpalać jednego papierosa od drugiego. Zielonkawy dym pełzł w moim kierunku coraz szybciej. W końcu przyszedł ten moment. Dym znalazł się na granicy moich kart. Wbiłem się głębiej w krzesło, by zdążyć rozegrać choćby to jedno rozdanie.

Rożynek, który wziął na siebie obowiązki krupiera, podał mi karty, które miały być moimi ostatnimi. Dziewiątka i szóstka. Obie w pikach. To nie były dobre karty. Ale ja po raz pierwszy świadomie złamałem ułożony w domu plan i spróbowałem blefować. Wbrew logice uśmiechnąłem się szeroko i rzuciłem na stół niemal wszystko, co miałem. Wiedziałem, że statystyka jest przeciwko mnie, ale nie mogłem się powstrzymać. Mój Boże, jak cudownie było blefować. Ksiądz jednak tylko wzruszył ramionami i wysunął na środek wszystkie swoje kapsle.

– Przebijam – uśmiechnął się, z papierosem w kąciku ust. Nie przestraszył się. Zapomniałem, że blefem zajmował się zawodowo.

Kiedy położyłem rękę na żetonach, palce zanurzyły się w dymie. To musiał być decydujący moment. Już miałem rozluźnić pięść i wysypać na stół ostatnie żetony, by przekonać się, kto jest górą, gdy coś mnie powstrzymało. Kiedy opowiadałem potem tę historię – a na to, jak w sumie nieciekawa jest, opowiadałem ją zaskakująco wielu ludziom – różnie nazywałem tę rzecz, która mnie zatrzymała, starając się nadać tej sytuacji możliwie dramatyczne znaczenie. Mówiłem o przeczuciu, intuicji, nawet o olśnieniu. Tymczasem prawda jest taka, że nie miałem wtedy pojęcia, co mnie właściwie powstrzymuje. Dopiero dzisiaj rozumiem, że był to pospolity strach. Strach przed postawieniem wszystkiego na jedną kartę. Strach przed porażką. A przede wszystkim strach przed Piotrem, któremu musiałbym wyjawić nie tylko fakt porażki, ale również styl, w jakim się dokonała. Styl, którym staruszek gardziłby z przyjemnością – to miałem jak w banku.

Katecheta chrząknął, a ja zorientowałem się, że muszę wyglądać dość niemądrze z ręką wyciągniętą nad stołem.

– Pas – powiedziałem i odłożyłem żetony na bok. Pas, chociaż niweczyło to mój blef. Pas, chociaż byłem przekonany, że jeśli zagram, to wygram. Pas, chociaż wpakowałem w to rozdanie tyle, że w tym momencie rozsądniej byłoby pójść w zaparte. Pas, chociaż było mi wstyd. Pas, chociaż dym spływał mi już na kolana.

Mój przeciwnik wygrał to rozdanie walkowerem, bo wycofałem się z rozgrywki. Nie musiał więc pokazywać swoich kart. Jakiś kaprys sprawił jednak, że rzucił je na stół. Nie miał nic. Dwójkę i siódemkę. Najsłabszy układ w grze. Gdybym nie wycofał się z gry, wygrałbym. Roześmiał się i pochylił całe ciało, by jednym zamaszystym ruchem zgarnąć pulę.

Kalkulator w mojej głowie znów wystartował. Stosunek sił między nami wynosił w tym momencie pięćdziesiąt do jednego. Moje szanse na zwycięstwo wynosiły mniej niż procent. Praktycznie rzecz biorąc, przegrałem. Przez jeden nierozważny ruch. Pojedyncze odstępstwo od scenariusza. Byłem za burtą. Jednak, choć tonąłem, nie czułem się źle. Prawdę mówiąc, nie czułem się wcale.

Jedyne, co się we mnie jeszcze poruszało, to maszyna licząca. Kiedy Rożynek rozdał kolejne karty, maszyna w ułamku sekundy wypluła wynik, a reszta ciała tylko machinalnie podążyła za nim jak za rozkazem. Ręka przesunęła żetony, przepona wycofała, płuca wciągnęły powietrze, usta wypowiedziały odpowiednią kwestię.

– Wchodzę za wszystko.

Tak zaczął się właściwy pojedynek. Ten, o którym pamięć na lata przetrwała w szkolnych legendach. Choć stałem już na ostatnich nogach, choć jeden błąd dzielił mnie od odejścia od stołu z pustymi rękami, walka dopiero się zaczynała. Zrządzeniem losu wygrałem to rozdanie. Wygrałem i kolejne. Karta była dobra. A ja zacząłem pracować jak zegarek. Jednak decydujące było to, że przeciwnik, przekonany o rychłym zwycięstwie, rozkojarzył się i zniecierpliwił. I w tym zniecierpliwieniu zaczął pozwalać mi na więcej. Niedobrze świadczyło to o jego przygotowaniu kanonicznym, bo przecież Dawid z Goliatem to są w branży absolutne podstawy. Ja tymczasem wgryzłem się w stół z całych sił. Grałem jak automat, grałem bez przyjemności. Ale grałem, pozostawałem w grze.

– Jego mać! – zaklął, zmiął pustą paczkę papierosów i odrzucił za siebie. Rożynek dostał dychę i pobiegł do sklepu po nową. Przez następne godziny biegał tak jeszcze kilkakrotnie, aż zamiast niego wróciła pani Rożynek i nawrzeszczała na księdza, że dziecku każe na posyłki biegać. Rykoszetem i mi się dostało. W końcu uspokoiła się i zostawiła nas samych. Dychy nie oddała.

Spojrzałem na zegarek i przyznałem kobiecie odrobinę racji. Była trzecia w nocy. Od wielu godzin żetony przelewały się po stole. Z jednej strony na drugą i z powrotem. Dobrą godzinę zajęło mi powolne wstawanie z desek. Następną ponowna nauka chodzenia po ringu. Kolejną, odbudowa sił. Nie było widać końca tego starcia. Dopiero kiedy sierpniowe słońce nie tylko wstało, ale zajrzało nam w okna, sytuacja zaczęła się klarować. Powoli, rozdanie po rozdaniu, kwadrans po kwadransie, szala zaczęła przechylać się na moją korzyść. Księdzu pociły się ręce. Karty, które trzymał w dłoniach, robiły się coraz bardziej lepkie i wilgotne. W końcu stało się. Został bez żetonów. Ja miałem je wszystkie. Wygrałem. Ksiądz był wściekły. Ja tylko zmęczony. W jakimś sensie było mi wszystko jedno. Wygrałem, ale czy rzeczywiście było to moje zwycięstwo? Zgarnąłem talon do kieszeni i poczłapałem do domu.

Dopiero