Komu bije Big Ben. Brytyjczycy w sosie własnym - Milena Rahid Chehab - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Dlaczego kamerdyner musi umieć rolować pergamin? Czy John Cleese, gwiazda „Latającego Cyrku Monty Pythona, zgodził się uświetnić przemową chrzciny kota? Kto wypowiada słynne „Mind the gap” w londyńskim metrze?
Chyba każdy zna kogoś, kto mieszka w Wielkiej Brytanii, zwiedzał Londyn albo chociaż oglądał Downton Abbey. Ale czy na pewno znamy i rozumiemy ten kraj? Milena Rachid Chehab od kilkunastu lat z bliska przygląda się Brytyjczykom jako dziennikarka i korespondentka z Wysp. Jeśli ktoś myśli, że Brytyjczycy są flegmatyczni, potrafią rozmawiać głównie o pogodzie, a ich najciekawsze zajęcie to popołudniowa herbatka, czeka go niespodzianka. Autorka zabiera nas w podróż po różnych kolorach i odcieniach brytyjskości, które układają się we współczesny portret starej monarchii na dziejowym zakręcie. A wszystko to z prawdziwym brytyjskim humorem.

„Co za jazda! Milena karmi szczęśliwe kury w Cotswolds, rozmawia z Johnem Cleese’em, podlondyńskim seksedukarorem, dowcipnym dżihadystą i spełnionym kamerdynerem. I nie tylko. Jeśli kiedykolwiek próbowaliście zrozumieć, co naprawdę dzieje się za angielskim kanałem, koniecznie sięgnijcie po tę wnikliwą i zabawną książkę” – Ewa Winnicka

O Autorce:
Milena Rahid Chehab – ur. w 1983 r. Dziennikarka dwukrotnie nominowana do nagrody Grand Press w kategorii wywiad, od niedawna redaktorka. Ukończyła MISH na Uniwersytecie Warszawskim, przez rok studiowała również na Kingston University w Londynie. Od kilkunastu lat pisze o Wielkiej Brytanii, głównie na łamach „Magazynu Świątecznego Gazety Wyborczej”, „Dużego Formatu”, „Wysokich Obcasów” i „Przekroju”. Mieszka w Warszawie i Lublinie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Karolina Oponowicz, Maciej Robert

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Zdjęcia: okładka: Lior Keter/Contributor/Getty Images; środek (odwołania do numerów stron dotyczą wyadnia papierowego książki): Milena Rachid Chehab 42, 140, 184; The British Butler Institute 8; Karolina Sekuła 108; Kamil Jędrkowiak 150; Zen Magazine Africa 234; BE&W: 16, 132, 208, 244, Jeff Gilbert/Alamy 66, Jeff Morgan/Alamy 196, Ian Francis/Alamy 220, Gavin Rodgers/Alamy 258; Getty Images: Pavlos Oikonomou 28, Alan Copson 56, Science & Society Picture Library 90, Oli Scarff 120, 162, John Powell 170, Matthew Chattle/Barcroft Images 266, Jack Taylor 284, Jim Dyson 294; East News: Fabio De Paola/REX 78, Andrew Parsons/PA 274, Alexandre Rotenberg/REX 306.

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2019

© copyright by Milena Rachid Chehab 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN 978-83-268-2818-8 (epub), 978-83-268-2819-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Babusz

GARY WILLIAMS. PAN WZYWAŁ, MILORDZIE?

Are you happy? – woła chórem sala, a ja jestem pewna, że się przesłyszałam. Pytanie skierowane jest do walizki.

Pakowanie to ostatni z 487 modułów czterotygodniowego kursu dla kamerdynerów odbywającego się w biurze British Butler Institute w centrum Londynu.

Prowadzący ubrany jest w surdut, a piętnaścioro kursantów i kursantek w czarne spodnie i białe koszule. Zjechali z całego świata, za kurs zapłacili po 5 tysięcy funtów. Ale certyfikat, który otrzymają, jest wart tych pieniędzy – dzięki niemu posada za 50 tysięcy funtów rocznie jest właściwie gwarantowana. Średnie zarobki w tym fachu to 70-100 tysięcy, najlepsi wyciągają ponad 2 miliony funtów.

Nauczyli się perfekcyjnie czyścić srebra, fachowo serwować popołudniową herbatę, składać serwetki, ścielić łóżko, organizować przyjęcie na jachcie i dbać o kwiaty. Znają szczegóły protokołu i etykietę w kilkunastu kulturach. Wiedzą, jak profesjonalnie powitać i pożegnać państwa. Jeszcze tylko ta walizka.

Przychodzę na zajęcia chwilę wcześniej i choć usiadłam w kącie za drzwiami, w ciągu czterech minut podchodzą do mnie trzy osoby, które proponują coś do picia i upewniają się, czy czegoś nie potrzebuję. Wszyscy są koło trzydziestki i choć od prowadzącego dzieli ich prawie pokolenie, mają dokładnie ten sam sposób bycia co Gary – delikatny, ciepły uśmiech, płynność i pewność ruchów oraz troskliwy, kojący głos. Nie wiem, czy to wrodzona umiejętność, czy ją nabyli, bo emisji głosu w programie kursu nie było (na innych kursach bywa). „Dobry kamerdyner to taki, na którym można polegać, który wyprzedza oczekiwania i skupia się na detalach” – Gary streści mi potem filozofię, którą stara się wpoić studentom.

Ale na razie przed nami walizka. Najpierw spodnie – wkładamy je tak, aby nogawki były w połowie przewieszone przez jej boczną ściankę. Gdy skończymy wszystko pakować, wylądują na wierzchniej warstwie ubrań, dzięki czemu unikną zagięcia nad kolanem. Dwie pary spodni przykrywamy warstwą pergaminu, na to kładziemy złożone w kostkę koszule i znowu pergamin, a potem skarpetki i majtki. Nie wolno ich, broń Boże, rolować ani składać! Każdy element układamy obok siebie luzem na pergaminie i gdy powierzchnia się zapełni, znowu bierzemy arkusz i kładziemy na nim kolejną warstwę ubrań.

„O co za każdym razem pytamy ułożone rzeczy?” – pyta Gary, a sala znów odpowiada chórem:

„Are you happy?”.

Zanim marynarka osiągnie szczęście, musimy się trochę bardziej postarać. Po kilka arkuszy pergaminu zwijamy w tzw. tornado, czyli dość luźne rulony, którymi wykładamy najpierw ramiona marynarki, a potem rękawy – dzięki temu nic nie ma prawa się wymiąć. Gdy marynarce nadamy kształt i stanie się szczęśliwa, pora na buty na obcasach.

Buty pakujemy tradycyjnie. Najpierw jeden arkusz pergaminu składamy w linijkę o takiej szerokości jak wysokość buta, potem starannie owijamy nią obcas, a na koniec zaklejamy taśmą lub naklejką z monogramem państwa. Gdy jedna z kursantek zrobi to niewystarczająco równo, całą operację musimy powtórzyć – obcasom należy się oddzielna porcja szczęścia, o które też trzeba je zapytać. Pergaminem hojnie owijamy każdy but z osobna – bardziej przypomina to origami niż zwykłe otulenie papierem. Gdy ktoś nieśmiało pyta, czy do buta można włożyć zwiniętą parę rajstop, Gary’emu po raz pierwszy lekko drży powieka, ale szybko tłumaczy: „Nigdy niczego niczym nie wypychamy”. Nawet kapelusze – chyba że jest na nie odpowiednie pudło – owijamy taką ilością pergaminu, żeby bezpiecznie przetrwały podróż. Choćby to miała być cała ryza.

Spakowanie kosmetyczki, książki do czytania przed snem (ma przylegać do dolnej ściany walizki) oraz teczki z planem wizyty i potrzebnymi dokumentami jest już właściwie igraszką. Ważne tylko, by niczemu nie żałować ani pergaminu, ani szczęścia.

*

– O tym, że to będzie moja przyszłość, zdecydowałem, gdy w połowie lat 90. obejrzałem Okruchy dnia z Anthonym Hopkinsem w pamiętnej roli starzejącego się kamerdynera, który całe życie poświęcił służbie. Mieszkałem wtedy z rodziną w Republice Południowej Afryki, ale żeby się uczyć w dobrej szkole dla kamerdynerów, wróciłem do Wielkiej Brytanii.

Zawód zaczynał się odradzać, choć daleko mu jeszcze było do tego, z czym mamy do czynienia dzisiaj, gdy każda majętna rodzina, zwłaszcza niebrytyjska, chce mieć w domu małe Downton Abbey. Do lat 80. w Wielkiej Brytanii ostało się około stu kamerdynerów, choć tuż przed II wojną było ich 30 tysięcy. Dziś jest ponad 5 tysięcy, z czego część pracuje za granicą. W zawodzie jest coraz więcej kobiet, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie.

Najpopularniejszym kierunkiem jest jednak Daleki Wschód. W Pekinie otworzyłem biuro British Butler Institute, ponieważ na fali popularności Downton Abbey w tamtejszej klasie średniej i wyższej moda na brytyjskość jest ogromna. Powstają całe osiedla z replikami domów w stylu Tudorów i czerwonymi budkami telefonicznymi, a najbardziej prestiżowe brytyjskie szkoły z internatem otwierają w Chinach swoje filie. Niestety, wielu kamerdynerów się tam nie odnajduje, przede wszystkim z powodu różnic kulturowych – Chińczycy jeszcze nie rozumieją naszego zawodu. Też dosyć szybko wróciłem, choć mnie akurat bardziej dokuczał pekiński smog.

O pracodawcach wiele ci nie powiem, bo pierwszą zasadą tej pracy jest dyskrecja. Ale dziś już kamerdyner nie wiąże się z rodziną na całe życie. Ja pracowałem dla słynnego hotelu Ritz, rodziny królewskiej, lady Thatcher, kilku celebrytów i różnych, bardzo zamożnych ludzi.

Czym różni się rodzina królewska od gminu? Jedynie tym, że ma więcej nieruchomości, więc potrzebuje liczniejszego personelu. Większe różnice widać między „starymi” i „nowymi” pieniędzmi. Rodziny, które dorobiły się niedawno, nie do końca rozumieją, co lokaj czy kamerdyner powinien robić, nie zdają sobie sprawy, jak wszechstronne ma umiejętności. Nie wiedzą, jak bardzo byłby w stanie odciążyć swojego pracodawcę w jego obowiązkach względem rodziny i przyjaciół, ale też w biznesie – od kupna odpowiednich prezentów świątecznych, przez znalezienie szkoły z internatem, po zorganizowanie kolacji dla partnerów biznesowych czy sporządzenie książeczki z listą miejscowych restauracji, zawierającą menu każdej z nich, co może być przydatne, gdy pracodawca wybiera się w podróż. Więc jeśli kamerdyner czuje, że pracodawca nie korzysta w wystarczającym stopniu z jego możliwości, szuka sobie innej pracy. Bo my naprawdę lubimy być potrzebni, to wspaniałe uczucie jest sednem tego zawodu.

Lubimy też trudne wyzwania. Musiałem kiedyś zorganizować czterodniowe polowanie w ogromnej wiejskiej posiadłości. Był akurat sezon na ptaki, zjechało mnóstwo ludzi. Dom miał 14 pokoi! Najpierw wszystkich trzeba było rozpakować, a potem zapakować. Rano wystawne śniadania, potem rytuał popołudniowej herbaty i uroczyste przyjęcia każdego wieczora. A jeszcze panie chcą się wybrać na zakupy, więc trzeba o nie zadbać, w międzyczasie upewniając się, czy w każdym z 13 kominków buzuje ogień, w karafkach jest sherry, a szampan jest odpowiednio schłodzony. No i cała obsługa myśliwych: czyszczenie broni i butów, upewnianie się, czy odstrzelone ptaki są odpowiednio oporządzone... Urwanie głowy!

Godziny pracy zależą od stylu życia domowników. W hotelu są ustalone zmiany, w domach prywatnych przeważnie pracuje się od dziesiątej do osiemnastej, w wiejskiej posiadłości albo sezonowo na jachcie może być tak, że wstaje się o wschodzie słońca i kładzie późną nocą.

Najtrudniej jest, gdy harujesz trzy tygodnie ciurkiem po 14 godzin i dochodzą ci osobiste problemy. Mimo to trzeba się zachowywać jak zwykle. Za to pracodawca hojnie korzysta z prawa do bycia naburmuszonym, bo ktoś go nie obudził na czas, temperatura w pokoju nie była taka, jak chciał, jedzenie było zimne, wi-fi nie działało. Musisz znosić to wszystko, choć wiesz, że twoje problemy z rodziną czy ze zdrowiem są dużo poważniejsze. Ale jesteś z nimi zupełnie sam.

Obowiązki rzeczywiście są podobne jak w Downton Abbey, dochodzą tylko nowoczesne sprzęty. Służby w domu jest dziś przeważnie mniej niż kiedyś: zwykle to czuwający nad wszystkim kamerdyner, który jest też osobistym służącym pryncypała, jeden lub dwóch lokajów, tyle samo pokojówek, przynajmniej jedna osoba w kuchni i kierowca. Kiedyś jedną rodzinę mogło obsługiwać nawet 20 osób. Mniej personelu oznacza, że każdy ma więcej zadań. Niczemu nie można dać się zaskoczyć.

Gdy zaczynałem tę pracę, najbardziej zaskakujące było dla mnie to, jak wiele posiadają bogaci ludzie. Ci, którzy bogactwo odziedziczyli albo dorobili się na nieruchomościach, nowych technologiach czy handlu surowcami, mają zwykle flotę samochodów, pięć–sześć superjachtów, samolot, dzieła sztuki. Do tej pory myślałeś, że takie niewyobrażalne bogactwa istnieją tylko w filmach o Bondzie, a nagle się okazuje, że należą do rodzin, których dom mijają każdego dnia tysiące ludzi niepodejrzewających nawet, co znajduje się za drzwiami. A najbardziej zaskakująca jest prawdziwość banału, że pieniądze szczęścia nie dają. W tej pracy często widzisz, że nie da się kupić zdrowia, miłości, dobrych relacji z dziećmi czy szczerej przyjaźni. Widzisz też, że za wysokim statusem idzie dodatkowa odpowiedzialność, na przykład za zatrudnianych ludzi, z którymi często jest niezły ból głowy.

Czasami bywa surrealistycznie. Pamiętam panią – jej mąż ma wielką firmę w branży IT – która w torebce Louisa Vuittona nosiła mopsa Pugsie [pug to po angielsku mops]. Byłem wtedy kamerdynerem w Ritzu. „Gary, pomóż, proszę. Pugsie tęskni za domem”. Zorganizowałem helikopter, na jego pokład wszedł lokaj, wręczyłem mu psa, którego miał głaskać podczas podróży, wszyscy pomachali im na do widzenia. Pugsie poleciał do domu, pobawił się chwilę, został tam dopieszczony, po czym wrócił tym samym helikopterem. Czy Pugsie tęsknił za domem? Nie. Zatem dlaczego jego pani zorganizowała mu ten cały teatr? Bo mogła. Więc dobrze przynajmniej, że ja byłem w stanie jej w tym pomóc. Przecież chodzi o to, żeby była happy.

LADY ALICE DOUGLAS. PANI NA KOŚCIELE

Na portalu Airbnb Alice Douglas w rubryce „O sobie” nie pisze nic, zachwala tylko miejsce, do którego zaprasza: „W jakim innym miejscu możesz spać pod kamienną kazalnicą, kąpać się pod gwiazdami albo grać w tenisa stołowego pod sufitem z niesamowitą XIX-wieczną mozaiką? A to wszystko z cudownymi widokami na góry Snowdonii”.

Ten widok Alice każdego dnia widzi jako pierwsza, bo wstaje z kurami, by usmażyć gościom pensjonatu jajka, bekon, kiełbaski, pieczarki i pomidory, zaparzyć kawę i zrobić herbatę z mlekiem.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że sympatyczna 52-latka w dresowych spodniach i niedbale związanym blond kucykiem to nie jest jakaś zwykła pani Douglas.

To lady Alice, córka Davida Harringtona Angusa Douglasa, 12. markiza Queensberry, absolwenta Eton, kawalerzysty Królewskiej Gwardii Konnej.

Alice serwuje śniadanie na kościelnym chórze, nie bacząc na surowy wzrok Chrystusa Pantokratora z ogromnej złotej mozaiki nad dawnym ołtarzem. On już dawno nie jest panem tego domu. Budynek od lat był zdesakralizowany i czekał albo na kupno, albo na rozbiórkę. Utrzymywać go w pierwotnej funkcji nie było sensu – w liczącej trzystu mieszkańców wiosce oprócz St Curig’s jest jeszcze jeden kościół i trzy kaplice. Kiedyś, gdy wiódł tędy główny szlak z Londynu do Irlandii, a konie musiały odpoczywać przez pięć dni, Capel Curig rozkwitało.

Kościół Świętego Curiga uratowała od rozbiórki właśnie Alice, która postanowiła tu zamieszkać, a potem – gdy remont przerósł ją finansowo – urządzić pensjonat. To dlatego Wszechwładca błogosławi dziś nie pobożnych wiernych, ale umieszczony na dawnym ołtarzu fortepian i stół bilardowy, powieszoną po lewej stronie ołtarza tablicę do koszykówki, przepastne kanapy w miejscach dawnych ławek, rozmieszczone pod chórem dwuosobowe pokoiki z łazienkami (40 funtów od osoby za noc), salkę, do której prowadzą schodki dawnej kazalnicy (miejsce na piętrowym łóżku 25 funtów od osoby, do łazienki trzeba zejść do kruchty), i przede wszystkim kuchniojadalniosalon na chórze, w którym rano spotykają się goście, a przez resztę dnia służy domownikom. Są nimi Alice, jej partner Steve i dorosłe już dzieci Alice – 19-letnia Hero, która od niedawna rozwija w Londynie karierę harfistki i aktorki (ma wystąpić w serialu Netflixa), oraz 17-letni Tybalt (jeśli akurat nie podróżuje po świecie). Pani domu nazywa to pomieszczenie living roomem, co prawdopodobnie zniesmacza większość jej znajomych z klasy wyższej, dla których jedyne stosowne określenie tego pomieszczenia to sitting room.

*

– Nasza rodzina żyła skromnie, od kiedy pamiętam. Dziadek ożenił się powtórnie, więc mój ojciec odziedziczył tylko futro z norek i starego roleksa – gdy kiedyś ojciec jechał na rowerze, ubrany w futro i z zegarkiem na ręku, został zaaresztowany przez policjantów, którzy byli pewni, że musiał te rzeczy ukraść.

Mieszkaliśmy w zwykłej londyńskiej szeregówce, a nie – jak większość arystokratów – w wielkim domu przypominającym minizamek. Ale zamków nie ma co zazdrościć. Ich właściciele przeważnie decydują się otworzyć je dla zwiedzających lub wynajmują je na wesela czy imprezy firmowe, żeby choć trochę podreperować budżet. Koszty utrzymania posiadłości są ogromne, nie mówiąc już o wszelkich remontach przeciekającego dachu czy kruszącej się fasady, dlatego w ostatnich dziesięcioleciach wyrosła nowa klasa: arystokracja pracująca, głównie na rynku nieruchomości.

Życie, jakie świat zna z książek czy filmów – mnóstwo służby i domownicy, którzy zastanawiają się głównie nad tym, jakie rozrywki sobie zapewnić – od starej angielskiej klasy wyższej przejęła nowa klasa. Tworzą ją niezwykle zamożne rodziny, które przeprowadziły się tu z Rosji czy Bliskiego Wschodu. Owszem, część dawnych tradycji wciąż jest praktykowana, na przykład trwające dwa tygodnie polowania (my akurat jesteśmy wegetarianami), ale codzienne życie zaczyna coraz bardziej przypominać to, jakie wiedzie reszta kraju.

Remont posiadłości to dziś koszt rzędu 30 milionów funtów. Nie wchodzi w grę urządzenie domu w Ikei, trzeba zachować stare meble, odrestaurować niewygodne łóżko po prapraprababce czy liczne perskie dywany, do których arystokracja ma wyraźną słabość. Efekt jest więc taki, że choć pałace wyglądają imponująco, to zwykle mieszkanie w nich jest dość koszmarne: domownicy przez większość życia marzną, bo ogrzać tego wszystkiego nie sposób.

I jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak brytyjskość, to bardziej niż w popołudniowej herbatce czy miłości do psów, które są często lepiej zadbane niż dzieci, widać ją właśnie w tych niedogrzanych starych domach. No i w specyficznym brytyjskim skąpstwie. Jeden z moich znajomych, człowiek majętny, mieszkający w wielkim domu, tak nie znosi marnotrawstwa, że potrafi powiedzieć gościowi, który idzie skorzystać u niego z toalety, żeby nie przesadzał ze zużyciem papieru toaletowego. Nie, nikt nie widzi w tym nic niezwykłego.

W gazetach zawsze jestem „lady”, ale na co dzień tego nie znoszę. Już gdy byłam dzieckiem, niespecjalnie mi się podobało, że mam tytuł szlachecki. W kółko słyszałam pytania o moją rodzinę, więc czułam, że jestem dziwna. Część znajomych dzieci to też była arystokracja, ale jednak, jak to na świecie, większość nie. No i zawsze byłam trochę buntowniczką – kiedy w szkole z internatem wybuchała afera, że ktoś się włamał do sklepiku ze słodyczami, albo wyszło na jaw, że dziewczęta wdychają klej podkradany z pracowni plastycznej, wiadomo było, że ma z tym coś wspólnego lady Alice. Gdy podrosłam, obracałam się wśród ludzi o lewicowych poglądach, więc nigdy dobrze nie weszłam w kręgi arystokratyczne. Ale nawet moi wieloletni przyjaciele mówią zwykle: „O, lady Alice przyszła”, mimo że za każdym razem ich poprawiam: „Alice!”.

Chciałabym powiedzieć, że dziś korzenie nie mają żadnego znaczenia, ale tak nie jest. Choć od prawie 20 lat mieszkam w Walii i nie uczestniczę już w życiu towarzyskim, wciąż dostaję zaproszenia, żebym przyjechała coś otworzyć: szkołę, świetlicę, organizację dobroczynną czy dom spokojnej starości. Kiedyś się godziłam, ale teraz już prawie tego nie robię. Nie dlatego, że się wywyższam, po prostu czuję się dziwacznie w takiej roli.

Tym bardziej że kiedy już czasem nie mam wyjścia i jadę, słyszę często, jak organizatorzy szepczą: „Nie, to nie może być lady Alice”, po czym mylą mnie z jakąś stojącą nieopodal kobietą, ubraną w elegancką garsonkę, szpilki i kapelusz. O mnie myślą chyba, że jestem kierowcą czy sprzątaczką, przynajmniej dopóki nie przyjdzie czas na przecięcie wstęgi i moje wygłaszane z charakterystyczną emfazą przemówienie: „Jestem zaszczycona i ogromnie się cieszę, że mogę tu być, dzisiejsze otwarcie jest wielką radością dla tutejszej społeczności...”.

To, co na pewno daje tytuł, to trudna do określenia pewność siebie, poczucie własnej wartości. Gdy mój były mąż negocjował warunki wspólnego wywiadu z „Hello”, nic nie udawało mu się załatwić, bo nie był postrzegany jako ktoś, kto w ogóle ma prawo o coś prosić. A gdy ja mówiłam: „OK, ale za 6 tysięcy funtów”, redakcja od razu się godziła. Tę świadomość bycia częścią wielowiekowej rodziny widzę też u córki. Ostatnio miała sesję dla magazynu „Tatler” i potem opowiadała o tych wszystkich słynnych modelkach, które kręciły się po redakcji, jakby to w ogóle jej nie onieśmielało, choć przecież żyjemy na wsi, całkiem po cygańsku. Jestem pewna, że koleżanki Hero, gdyby nagle znalazły się w redakcji „Tatlera”, zareagowałyby dużo bardziej żywiołowo.

Podobną różnicę widziałam zresztą u swojej matki, która – w przeciwieństwie do ojca – pochodziła ze zwykłej rodziny, nieprzywykłej do bycia na świeczniku, i jeszcze w latach 70., gdy media nie były takie wścibskie jak dzisiaj, dostawała histerii, gdy interesowali się nią dziennikarze – tak ją to onieśmielało. W końcu przecież nikt z nas nie wybierał sobie kariery celebryty. My podchodziliśmy do tego z większą wyrozumiałością: trudno nie interesować się rodzinką, której sport zawdzięcza wymyślenie współczesnego boksu, czyli zbioru zasad markiza Queensberry, i której pradziadek swego czasu wtrącił do więzienia Oscara Wilde’a za to, że pisarz uwiódł mu syna. I tak dobrze, że były to czasy, gdy nazwisko męża mojej przyrodniej siostry nikomu nic nie mówiło. Caroline wyszła za Salema, brata Osamy. Mój ojciec zawsze zapominał, jak mają na nazwisko, więc nazywaliśmy ich Bin-Liners [worki na śmieci]. Nie mieliśmy świadomości, że za parę lat właściwą wersję tego nazwiska będzie znał cały świat. Więc sama rozumiesz, że dla mojej matki to wszystko mogło być trochę przytłaczające.

Męża poznałam w londyńskim więzieniu. Na co dzień pracowałam w telewizji, między innymi reżyserowałam program dla Channel 4, a po pracy prowadziłam więzienne kółko teatralne. Simonowi kończył się właśnie dziewięcioletni wyrok za rozbój i gdy przyszedł na moje zajęcia, okazało się, że ma ogromny talent aktorski – zresztą po wyjściu z więzienia zaczął robić karierę w serialach. Zaiskrzyło między nami, gdy przygotowywaliśmy przedstawienie – on grał Makbeta, a ja lady Makbet. Na ślub i pięciodniowy miesiąc miodowy dostał przepustkę. Wśród londyńskiej socjety może wybuchł mały skandal, ale moich rodziców przeszłość Simona nie ruszała.

– Serio? Nie mieli problemu, że córka 12. markiza Queensberry spotyka się z więźniem?

– Doceniali jego nieprzeciętną osobowość i talent.

– Ale co innego doceniać talent, a co innego oddawać rękę swej córki!

– Cóż, pamiętaj, że mój ojciec pierwszą mowę w Izbie Lordów poświęcił zalegalizowaniu homoseksualizmu i zniesieniu kary śmierci. Dużo bardziej niż przeszłością Simona przejęli się kilka lat później, gdy po przeprowadzce do Walii w 1998 roku okazało się, że mój mąż ma silne skłonności do uzależnień i autodestrukcji. Oraz że mnie zdradza.

Do Capel Curig trafiliśmy przypadkiem, gdy szukaliśmy w okolicy przytulnego cmentarza. Nasz synek zmarł krótko po porodzie, a ja nie chciałam, by spoczął na jakimś wielkim, bezimiennym londyńskim cmentarzu. Ten tutaj bardzo nam się spodobał, a gdy chowaliśmy na nim synka, ktoś powiedział mi, że niebawem kościół, który stoi nieopodal, będzie wystawiony na sprzedaż. W tamtym czasie bardzo zależało mi na tym, by być blisko grobu synka, więc sześć miesięcy później po długich negocjacjach zostaliśmy właścicielami St Curig’s. Zamieszkaliśmy tu w 1998 roku, byłam w ciąży z Hero, kilka lat później urodził się Tybalt.

Gdy się wprowadzaliśmy, sporo czasu zajęło nam przedarcie się przez chaszcze, bo kościół zarośnięty był krzakami jeżyn. Pierwsze noce przespaliśmy w przejściu między ławkami. Leżały jeszcze na nich mocno zniszczone śpiewniki, a ja – choć nigdy nie byłam specjalnie religijna – dziwnie się czułam z tymi wszystkimi świętymi na witrażach i wielkim Chrystusem nad głową. Głupio mi było włączyć muzykę, bo grzech, zrobić sobie herbatę – grzech. Szybko jednak uświadomiłam sobie, że to miejsce zbudowali ludzie, którzy wierzyli, że zamieszkała tu Miłość, i niemal od razu poczułam się tu u siebie. Ponieważ przeżywałam jeszcze żałobę, budynek dał mi też poczucie bezpieczeństwa, o którym teraz mówią często nasi goście. Wielu ludzi, którzy tu przyjeżdża, zmaga się z ciężką chorobą albo niedawno umarł ktoś im bliski – mówią wtedy, że to miejsce daje im jakiś duchowy spokój.

Zanim się tu przeprowadziłam, miałam tylko mieszkanie w Londynie, ale było na tyle małe, że takie rzeczy jak malowanie ścian organizowałam sama. Tutaj więc po raz pierwszy w życiu miałam do czynienia z architektami. Tłumaczyłam, że chcę w kościele zrobić mieszkanie dwupoziomowe – pokoje dla gości mają być na parterze, czyli pod rozbudowanym chórem, a na chórze, na pięterku ma być mieszkanie dla gospodarzy. Tę wizję uznał za możliwą do zrealizowania dopiero trzeci architekt. Jeszcze większy koszmar był z brytyjskimi budowlańcami.

Byłam na tyle naiwna, że jak coś zamawiałam, od razu za to płaciłam. Efekt był taki, że na trzy okna czekałam dwa lata, a gdy w końcu zmusiłam dostawców, by je przywieźli, okazało się, że są za duże, więc panowie uznali, że najprościej będzie wykuć trochę piaskowca, żeby się wszystko zmieściło. Gdy się nie zgodziłam i powiedziałam, że zgłoszę to odpowiednim służbom, zaczęli mi grozić.

Były czasy, że żałowałam przeprowadzki, jak wtedy, gdy któregoś wieczora moja czteroletnia wtedy córka zeszła po coś na dół, a po chwili wróciła i mówi:

„Mamusiu, właśnie przeszłam przez jakieś ciało”.

„Tak, tak, córeczko...”. – Byłam pewna, że poniosła ją wyobraźnia. Okazało się jednak, że nie. Ktoś po prostu się włamał i położył spać na posadzce, bo przecież przez lata nocowali tu włóczędzy.

Remont trwał bez końca. W rozgrzebanym domu z dyktą zamiast okien pojawiały się kolejne ekipy remontowe, które okazywały się bandą partaczy, a budżet rósł tak, że w pewnym momencie miałam 55 tysięcy funtów długu na 11 kartach kredytowych i musiałam sprzedać mieszkanie w Londynie, bo nie stać mnie było nawet na zrobienie łazienek. Do tego jeszcze sypało mi się małżeństwo. Dziś, gdy kalendarz na Airbnb mam wypełniony na niemal cały sezon, z dawnych wspomnień mogę się już śmiać, ale wtedy byłam samotną matką z dwójką małych dzieci, bo ich ojciec właśnie uciekł z opiekunką, zresztą Polką, i kiepsko mi szło z pracą. Gdy wyjeżdżałam z Londynu, zmieniając telewizję na pisanie, między innymi rubryki w „Sunday Timesie”, dla freelancerów były złote czasy. Praca leżała na ulicy i nikomu się nie śniło, że za parę lat to wszystko się skończy.

Ostatecznie przeżyłam dzięki temu, że miałam tytuł szlachecki – Anglicy mają fioła na punkcie tytułów, a tutejsza prasa uwielbia pisać o ludziach z wyższych sfer. Większość arystokracji nie ma problemów z pieniędzmi, ale my nigdy nie byliśmy specjalnie majętni, więc gdy już zupełnie nie miałam za co się utrzymać, opowiadałam kolorowej prasie o swoim barwnym życiu, inkasując za wywiad nawet 10 tysięcy funtów. W ten sposób poznałam mojego obecnego partnera – magazyn „Hello” wysłał go, żeby mi zrobił sesję zdjęciową. I został. Tybalt mówi do niego „tato”, Hero nie, ale pod tym hasłem ma go zapisanego w telefonie, zrezygnowała też z nazwiska ojca.

*

Przygody Alice Douglas z remontem kościoła nie zajmowały dziennikarzy, dużo gorętszym tematem był Simon, który w międzyczasie stał się celebrytą. Lady Alice publicznie mówiła więc o Magdzie, polskiej au pair, która bardziej niż parą kilkulatków zaczęła się interesować ich tatą, i o tym, jak nakryła ją ze swoim mężem. Opowiadała, jak kiedyś zabrał dzieci i powiedział, że ich nie odda, dopóki nie dostanie 500 funtów – po tym wydarzeniu przez dwa lata walczyła o zakaz zbliżania się Simona do ich domu. Wystąpiła też w telewizyjnym filmie dokumentalnym o tym, jak zdrada męża zmieniła jej życie i jak stała się samotną matką.

Każdy z tych materiałów był bogato ilustrowany. Kiedy patrzy się dziś na te zdjęcia, widać doskonale, jaka zmiana nastąpiła w życiu Alice. Na fotografiach z tamtego czasu jest starannie uczesana, jasną cerę podkreśla delikatnym makijażem, usta maluje na karminowo, nosi szare i czarne sukienki – proste w kroju, ledwo sięgające do kolan. Na późniejszych wygląda jak podczas naszego spotkania: blond włosy niedbale związane w kucyk, zero makijażu, wyraźna słabość do kaloszy i dresowych spodni.

*

– Prowadzenie pensjonatu tak mi się spodobało, że raczej już się nie wyprowadzę się z Walii. Wiele temu miejscu zawdzięczam, moje dzieci zresztą też. Tybalt, który zaczyna zawodowo uprawiać sporty ekstremalne, od zawsze zafascynowany był ludźmi, którzy przyjeżdżali tu na wakacje i opowiadali o swoich żeglarskich przygodach. Gdy skończył 14 lat, stwierdzili, że jest wystarczająco duży, by popłynąć z nimi do wschodniej Azji przez wody Archipelagu Arktycznego. Na pamiątkę tej wyprawy nad kanapą w naszym jadalniosalonie wisi pierwsza strona „Sunday Timesa” z 2 sierpnia 2015: „Najmłodszy Brytyjczyk, który przepłynął przez Przejście Północno-Zachodnie”. Z kolei Hero, dziś aktorka i profesjonalna harfistka, swoją karierę zawdzięcza temu, że gdy miała osiem lat, pokazała swoje umiejętności aktorskie jednemu z naszych gości, który okazał się reżyserem teatralnym z West Endu i szybko zaangażował ją do przedstawienia. Więc może Pantokrator całkiem nie opuścił tego przybytku?

[...]