Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 327 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kompleks Portnoya - Philip Roth

„Pośrodku żydowskiego znalazłem się żartu”

Roth jest najodważniejszym pisarzem w Stanach Zjednoczonych.  Jest odważny moralnie, odważny politycznie. Portnoy jest częścią tej odwagi. 

Cynthia Ozick, „Newsweek”

Premiera trzeciej powieści Philipa Rotha w styczniu 1969 roku wzburzyła literackim światem – chodziło o główną postać, która, choć fikcyjna, rozpaliła emocje czytelników. Alexander Portnoy – rocznik 1933, urodzony w  Jersey City w rodzinie żydowskiej, IQ 158 – leży na kozetce u psychoterapeuty. Akapit za akapitem, kartka za kartką bezlitośnie rozlicza się z historią własną i rodziny. Z matką, której czujne oko chciałoby dopilnować wszystkiego, zwłaszcza tego, co syn je i co z siebie wydala. Z ojcem, od początku dziejów cierpiącym na niestrawności. Z rodzicami w ogóle, bo „Żyd, którego rodzice żyją, jest na ogół biorąc bezradnym niemowlęciem!”. Próbując wydostać się z rodzinnej niewoli, Alex wpada w inną niewolę – w sidła kompulsywnych erotycznych fantazji.

Wyznania Alexa to przełomowy monolog w dziejach literatury amerykańskiej i światowej. Dla jednych stał się pokoleniowym manifestem. Inni zobaczyli w nim wspaniale ironiczny tekst, w którym tyrady na temat seksualności nie wykluczają rozważań o polityce i religii. Portnoy – postać stworzona pół wieku temu – wszedł do kanonu literackich bohaterów, ale nadal pozostaje młody. Zastanawia, drażni, pobudza do myślenia.

Kompleks Portnoya znalazł się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści XX wieku sporządzonej przez Modern Library i  na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści lat 1923–2005 magazynu „Time”.

Publikacja Kompleksu Portnoya otwiera nową serię dzieł pisarza przygotowaną przez Wydawnictwo Literackie – wyłącznego wydawcę Philipa Rotha w Polsce.

Opinie o ebooku Kompleks Portnoya - Philip Roth

Fragment ebooka Kompleks Portnoya - Philip Roth

Copyright © 1998, Philip Roth All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Paweł i Jakub Wasilewscy © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2014 Tytuł oryginału: "Portnoy’s Complaint" PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Robert Kleemann REDAKTOR PROWADZĄCY: Paweł Ciemniewski KOREKTA: Weronika Kosińska, Mateusz SucheckiWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05717-9 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

KOMPLEKS PORTNOYA [termin pochodzący od: Alexander Portnoy (1933– )] — zaburzenie, w którym silne obiekcje moralne i skłonności altruistyczne pozostają w ciągłym konflikcie z ekstremalnymi pragnieniami seksualnymi, często o charakterze perwersyjnym. Opis Spielvogla brzmi: „Występują liczne akty ekshibicjonizmu, voyeuryzmu, fetyszyzmu, autoerotyzmu i oralnych stosunków płciowych; jednakże ze względu na «moralność» pacjenta ani fantazje, ani owe akty nie przynoszą mu prawdziwej gratyfikacji seksualnej, wywołują natomiast destruktywne poczucie winy i lęk przed karą, zwłaszcza w formie kastracji” (O. Spielvogel, Zdumiony penis, „Internationale Zeitschrift für Psychoanalyse”, vol. XXIV, s. 909). Spielvogel uważa, że przyczyn wielu objawów można doszukać się w więzach cechujących relację matki i dziecka.

Najbardziej pamiętna osoba mojego życia

Była tak głęboko zakorzeniona w mojej świadomości, że przez pierwszy rok szkoły widziałem w każdej nauczycielce swoją matkę w przebraniu. Po ostatnim dzwonku gnałem co tchu do domu, zastanawiając się w biegu, czy zdołam tam dotrzeć, zanim ona zdąży wrócić do normalnej postaci. Ale kiedy wpadałem do kuchni, matka niezmiennie już się krzątała, stawiając przede mną mleko i kruche ciasteczka. Doznana porażka nie rozwiewała jednak moich złudzeń, a tylko zwiększała szacunek dla jej mocy. No i zawsze odczuwałem ulgę, że nie złapałem jej między wcieleniami — chociaż nie rezygnowałem z prób; wiedziałem, że ani mój ojciec, ani siostra nie mają pojęcia o prawdziwej naturze matki, gdyby więc kiedykolwiek udało mi się ją przyłapać znienacka na gorącym uczynku, to ciężaru zdrady, który, jak sądziłem, spadnie wówczas na mnie, w wieku lat pięciu nie podjąłbym się udźwignąć. Pewno miałem też stracha, że czeka mnie smutny koniec, jeżeli zobaczę, jak matka wyfruwa ze szkoły i wlatuje przez okno do naszej sypialni albo wyłania się, kończyna po kończynie, ze stanu niewidzialności i wskakuje w fartuch.

Naturalnie, kiedy prosiła, żebym opowiedział, co robiłem w przedszkolu, relacjonowałem cały dzień ze szczegółami. Nie rozumiałem bynajmniej wszystkich implikacji jej wszechobecności, wierzyłem tylko święcie, że w ten sposób kontroluje, jak się sprawuje jej synek, kiedy uważa, że matki nie ma w pobliżu. Jeden ze skutków mojej fantazji przetrwał (w tej szczególnej formie) aż do pierwszej klasy szkoły podstawowej, bo przekonany, że nie mam innego wyjścia, stałem się prawdomówny.

No i inteligentny. O mojej grubej siostrze z ziemistą cerą matka mówiła (nieskrępowana obecnością starszej ode mnie Hannah, prawdomówność bowiem też była jej dewizą):

— To dziecko nie jest geniuszem, ale czegóż można żądać? Mój Boże! Nie powiem, pracuje ciężko, daje z siebie wszystko, musi się zadowolić tym, co zdoła osiągnąć.

O mnie zaś, spadkobiercy jej długiego egipskiego nosa i niezamykającej się, mądrej buzi, matka zwykle mawiała z charakterystyczną rezerwą:

— A ten cwaniak? Nie musi nawet otwierać książki, zbiera same piątki. Istny Albert Einstein!

Jak to przyjmował ojciec? Pił — oczywiście nie whisky, tak jak goje, tylko olejek parafinowy i mleczko magnezowe, do tego żuł laxigen, rano i wieczorem jadł otręby pszenne i codziennie wcinał półkilową torbę suszu owocowego. Cierpiał — i to jak! — na zatwardzenie. Jej wszechobecność i jego zatwardzenie, matka wlatująca przez okno sypialni, ojciec skupiony nad wieczorną gazetą z czopkiem w pupie — oto, panie doktorze, moje najwcześniejsze wspomnienia rodziców, ich atrybutów i tajemnic. Ojciec parzył w rondelku suszone liście senesu, co wraz z czopkiem rozpuszczającym się poza zasięgiem wzroku w kiszce stolcowej składało się na j e g o czarnoksięstwo — parzył te żyłkowane zielone listki, mieszał łyżką diablo cuchnący płyn, po czym ze znużoną, zbolałą miną wlewał go ostrożnie do sitka, a następnie do swojego zapartego wnętrza. Wreszcie pochylał się w milczeniu nad pustą szklanką, jak gdyby nadsłuchiwał odległego grzmotu, i czekał na cud… Czasem, we wczesnym dzieciństwie, siadałem w kuchni i czekałem razem z nim. Ale cud nigdy nie nastąpił, przynajmniej nie taki, który by zgodnie z naszymi nadziejami i modlitwami przyniósł zawieszenie wyroku, uwolnił go raz na zawsze od tej plagi. Pamiętam, że kiedy podano w radiu wiadomość o wybuchu pierwszej bomby atomowej, ojciec powiedział na głos: — Może to coś da. — Ale żadne środki przeczyszczające nie skutkowały: kiszki tego człowieka pozostawały w żelaznych kleszczach gniewu i frustracji. Pośród innych jego niepowodzeń to ja byłem ulubieńcem jego żony.

Żeby bardziej skomplikować sobie życie, on też mnie kochał. Również pokładał we mnie nadzieje rodzinne na to, abyśmy „nie byli gorsi od innych”, widział naszą szansę na zdobycie uznania i szacunku — chociaż kiedy byłem mały, jego rozmowy o ambicjach wobec mnie ograniczały się głównie do pieniędzy.

— Nie bądź głupi tak jak twój ojciec — żartował z małym chłopcem siedzącym mu na kolanach — nie żeń się dla urody, nie żeń się z miłości, ożeń się bogato.

Nie lubił, żeby patrzono na niego z wyższością, wszystko, tylko nie to. Tyrał jak osioł, tyle że na przyszłość, która mu nie była pisana. Nikt mu nigdy nie zadośćuczynił, nie odwdzięczył się — ani moja matka, ani ja, ani nawet moja kochająca siostra, której męża on po dziś dzień uważa za komunistę (chociaż szwagier jest teraz współwłaścicielem dochodowej firmy napojów chłodzących i ma dom w West Orange). No i z pewnością nie ta miliarderska firma protestancka (czyli „instytucja”, jak chętniej się tam sami określają), która wyzyskiwała go bez reszty. „Najbardziej dobroczynna instytucja finansowa w całej Ameryce” — pamiętam te jego słowa, kiedy zabrał mnie po raz pierwszy, żebym obejrzał jego kącik pracy, czyli biurko i krzesło, w przestronnej siedzibie Towarzystwa Ubezpieczeń na Boston i Okręg Północno-Wschodni. Właśnie, przy synu mówił z dumą o Towarzystwie, nie chciał uwłaczać swojej godności, krytykując ich publicznie — przecież to oni wypłacali mu pensję w czasach Kryzysu, oni dali mu papeterię z jego nazwiskiem, wydrukowanym tuż pod winietą przedstawiającą statek „Mayflower”, ich godło (a zatem i jego, cha, cha), no i co roku na wiosnę w całej swej dobroczynności fundowali jemu i mojej matce pierwszorzędny, darmowy weekend w Atlantic City, w nie byle jakim, bo luksusowym hotelu dla gojów, żeby ich tam (podobnie jak innych agentów ubezpieczeniowych ze stanów środkowoatlantyckich, którzy przekroczyli tak zwany P.S.R., czyli plan sprzedaży rocznej) onieśmielali recepcjonista, kelner, boy hotelowy, nie wspominając już o zdumionych gościach, tych płacących za siebie.

Wierzył też gorąco w to, co sprzedawał — kolejne źródło udręki i wyczerpania. Nie tylko zbawiał własną duszę, kiedy wkładał po obiedzie palto i kapelusz i znów wychodził do pracy — ruszał także zbawić jakiegoś nieszczęsnego skurczybyka, któremu lada chwila wygaśnie polisa ubezpieczeniowa, zapewniając tym samym bezpieczeństwo jego rodzinie „na wypadek deszczu”.

— Alex — często mi tłumaczył — człowiek musi mieć parasol na wypadek deszczu. Nie zostawia się żony i dziecka na deszczu bez parasola!

I chociaż mnie, w wieku pięciu i sześciu lat, wydawało się to z gruntu, a nawet wzruszająco rozsądne, jego deszczowe porady nie zawsze wywoływały podobną reakcję u gamoniowatych Polaków, porywczych Irlandczyków i niepiśmiennych Murzynów, którzy mieszkali w zubożałych dzielnicach, przydzielonych mu do zdobywania klienteli przez „najbardziej dobroczynną instytucję finansową w całej Ameryce”.

W slumsach śmiali się z niego. Nie słuchali go. Kiedy pukał do drzwi, rzucali w nie butelkami po piwie, wołając: „Wynoś się, nie ma nas w domu”. Szczuli psy, żeby wbijały zęby w jego nachalną żydowską dupę. A mimo to na przestrzeni lat zdołał zebrać od Towarzystwa tyle plakietek, dyplomów i medali za wzorową pracę, że zawiesił nimi całą ścianę naszej długiej sieni bez okien, gdzie trzymało się w pudłach naczynia paschalne, a latem składowało się dywany „perskie”, zmumifikowane w grubych warstwach papieru dziegciowego. Skoro wyciskał krew z kamienia, czyż Towarzystwo nie powinno mu odpłacić jakimś własnym cudem? Może „pan prezes” w „centrali” dowie się o jego osiągnięciach i w ciągu jednego dnia awansuje go z inspektora o poborach pięć tysięcy rocznie na dyrektora okręgu z piętnastoma tysiącami? Ale trzymali go wciąż na tym samym stołku. Któż inny dałby sobie tak świetnie radę z tym zakazanym rewirem? Zresztą w dziejach Bostonu i Okręgu Północno-Wschodniego nie znalazł się ani jeden dyrektor Żyd („To nie nasza sfera, kochanie”, jak mawiano na statku „Mayflower”), a mój ojciec z podstawowym wykształceniem niezbyt się nadawał na pierwszy lodołamacz agentur ubezpieczeniowych.

Portret N. Everetta Lindabury’ego, prezesa Towarzystwa na Boston i Okręg Północno-Wschodni, wisiał u nas w sieni. Jego oprawioną w ramy podobiznę wręczono ojcu, kiedy sprzedał ogółem polis ubezpieczeniowych na sumę miliona dolarów, a może dostawało się ją, kiedy przekroczyło się kwotę dziesięciu milionów. „Pan Lindabury”, „centrala” — ojciec wymawiał przy mnie te słowa z takim nabożeństwem, jak gdyby mówił o Roosevelcie w Białym Domu w Waszyngtonie… nie omieszkając wtrącać, jak to on ich wszystkich nienawidzi, zwłaszcza Lindabury’ego, jego płowych, jedwabistych włosów, błyskotliwego języka prosto z Nowej Anglii, jego synów na Uniwersytecie Harvarda i córek na prywatnej pensji dla dziewcząt, tej całej bandy szajgeców z Massachusetts, ich polowań na lisa! gry w polo! (takie ryki doszły mnie pewnego wieczoru zza drzwi jego sypialni) — bo uniemożliwiają mu, rozumie pan, zgrywanie bohatera w oczach żony i dzieci. Co za gniew! Co za furia! Na dobitkę nie miał jej na kim wyładować, jedynie na sobie.

— Dlaczego nie mogę się wypróżnić, mam już tych suszonych śliwek po dziurki w nosie i gdzie indziej! Dlaczego wciąż cierpię na bóle głowy?! Gdzie są moje okulary?! Kto mi zabrał kapelusz?!

W taki właśnie zawzięty i autodestrukcyjny sposób, w jaki wielu Żydów jego pokolenia służyło swoim rodzinom, ojciec służył mojej matce, mojej siostrze Hannah, ale przede wszystkim mnie. Marzył, że ucieknę z więzienia, na które on był skazany. Z jego marzeń wynikały moje — w swoim wyzwoleniu widziałem jego wyzwolenie: od ciemnoty, od wyzysku, od anonimowości. Do dzisiaj nasze losy splatają się w mojej wyobraźni i nadal zbyt często przy lekturze jakiegoś fragmentu w książce, który urzeka mnie swoją logiką czy mądrością, zaraz bezwiednie myślę: „Gdyby tak ojciec mógł to przeczytać. Właśnie! Przeczytać i zrozumieć!”. Wciąż nie tracę nadziei, rozumie pan, wciąż gdybam, chociaż mam trzydzieści trzy lata… Jeszcze na pierwszym roku studiów, kiedy bardziej nawet niż teraz odstawiałem syna walczącego o oświecenie ojca — jeszcze kiedy wydawało się, że w jego, ojca, przypadku stawką jest albo oświecenie, albo życie — przypominam sobie, jak wyrwałem kupon prenumeraty z jednego z tych czasopism intelektualnych, które dopiero sam zacząłem odkrywać w bibliotece uniwersyteckiej, wpisałem jego nazwisko i nasz domowy adres, po czym wysłałem subskrypcję od anonimowego ofiarodawcy. Ale gdy przyjechałem markotny do domu na Boże Narodzenie, żeby ich odwiedzić i pokrytykować, nigdzie nie znalazłem „Partisan Review”. „Collier’s”, „Hygeia”, „Look” — owszem, tylko ani śladu „Partisan Review”. Na pewno go wyrzucił, nie zajrzawszy do środka — myślałem w swojej arogancji i udręce — odłożył, nie przeczytawszy, uznał za makulaturę, ten szmondak, ten kretyn, ten mój drobnomieszczański ojciec!

Pamiętam — żeby sięgnąć jeszcze głębiej w dzieje mojego rozczarowania — pamiętam, jak pewnej niedzieli po południu grałem z ojcem w baseball i na próżno czekałem, aż odbita przez niego piłka poszybuje wysoko nad moją głową. Mam osiem lat, dostałem właśnie na urodziny pierwszą rękawicę, piłkę baseballową i prawdziwy kij, którym nie mam jeszcze siły dobrze machnąć. Ojciec jest od samego rana na nogach, w kapeluszu, marynarce, muszce, w czarnych półbutach, dźwiga pod pachą masywną czarną księgę należności, w której widnieje, kto jest ile winien panu Lindabury’emu. Zachodzi do dzielnicy kolorowych co niedzielę rano, gdyż, jak twierdzi, to najlepsza pora, żeby zastać tych uparciuchów, co to nie chcą wybulić nędznych dziesięciu czy piętnastu centów, żeby uiścić cotygodniową składkę. Zakrada się tam, gdzie mężowie przesiadują na słońcu, i usiłuje wyrwać od nich kilka mizernych dziesiątaków, zanim panowie upiją się do nieprzytomności winem Morgan Davis; wyskakuje z zaułków jak strzała, żeby złapać w drodze do kościoła pobożne sprzątaczki, które w ciągu tygodnia pracują za dnia w domach innych ludzi, a wieczorem się przed nim chowają.

— Ludzie — ktoś woła — idzie pan ubezpieczeniowiec! — I nawet dzieci przed nim czmychają, nawet d z i e c i, mówi z obrzydzeniem, no i sam powiedz, jak te czarnuchy mogą liczyć na poprawę własnego losu? Jak mają się dźwignąć, skoro nie są w stanie docenić znaczenia polisy ubezpieczeniowej na życie? Czy ukochani krewni, których po sobie zostawią, za cholerę ich nie obchodzą? Bo przecież i oni „kopną w kalendarz”, sam rozumiesz, mówi gniewnie, „jak amen w pacierzu”! Zrozum, co to za człowiek, który ma sumienie zostawić własne dzieci na deszczu, nie zapewniwszy im choćby przyzwoitego parasola!

Jesteśmy na dużym boisku za szkołą. Odkłada księgę należności na ziemię, podchodzi do pola wybicia w marynarce i brązowym pilśniowym kapeluszu. Ma na nosie prostokątne okulary w drucianej oprawie, a włosy (które po nim odziedziczyłem) przypominają niesforne kłębowisko koloru i faktury wiórków aluminiowych; zęby natomiast, które spoczywają przez całą noc w szklance w łazience, wyszczerzone w uśmiechu do miski klozetowej, uśmiechają się teraz do mnie, ukochanego synka, z rodzonej krwi, na którego głowę nigdy nie spadnie kropla deszczu.

— No dobra, ważniaku — mówi i łapie mój nowy kij gdzieś pośrodku, ale, ku mojemu zdumieniu, lewą ręką zamiast prawą. Potworny smutek chwyta mnie za gardło. Chciałbym mu powiedzieć: „Tato, pomyliły ci się ręce”, ale stoję jak wryty ze strachu, że za chwilę się rozpłaczę… albo on zacznie płakać! — No, mistrzu, rzucaj piłkę! — woła, a ja rzucam i oczywiście stwierdzam, pominąwszy wszystkie inne rosnące podejrzenia na temat ojca, że nie jest również gwiazdą baseballu. Też mi parasol!

Matka zaś potrafiła wszystko, sama wręcz przyznawała, że chyba jest po prostu za dobra. A czy małe dziecko z moją inteligencją i zdolnością obserwacji mogło w to wątpić? Umiała na przykład przyrządzić galaretkę, w której pływały, a właściwie w i s i a ł y, plasterki brzoskwini, przecząc prawu grawitacji. Potrafiła upiec ciasto, które smakowało jak banan. Płacząc, cierpiąc, sama tarła chrzan, zamiast kupować siuśki, które sprzedawano w słoikach w delikatesach. Pilnowała rzeźnika, jak sama mówiła, „niczym jastrząb”, żeby się upewnić, czy aby nie zapomni przepuścić jej mielonki przez koszerną maszynkę do mięsa. Obdzwaniała wszystkie kobiety w naszym bloku suszące pranie na sznurach z tyłu domu — raz nawet w całej swej wielkoduszności zadzwoniła do goja rozwodnika z najwyższego piętra — żeby szybko zabrały bieliznę, bo na nasze okno spadła właśnie kropla deszczu. Radar, nie kobieta! I to przed wynalezieniem radaru! Co za niespożyta energia! Co za skrupulatność! Wyszukiwała mi błędy w słupkach, dziury w skarpetach, brud za paznokciami, na szyi, w każdej fałdzie ciała. Docierała nawet do najgłębszych zakamarków uszu, wlewając w nie zimną wodę utlenioną. Płyn szczypał i musował niczym piwo imbirowe, wypłukiwał na powierzchnię drobinki ukrytych pokładów żółtej woskowiny, zagrażającej ponoć ludzkiemu słuchowi. Taki zabieg medyczny (choćby zupełnie poroniony) wymaga naturalnie czasu, no i oczywiście wysiłku — ale kiedy chodzi o zdrowie i czystość, zarazki i wydzieliny ciała, matka nie oszczędza siebie i poświęca innych. Zapala świece za dusze zmarłych — inni zawsze zapominają, a ona pamięta w całej swej pobożności i w dodatku obywa się bez notatek w kalendarzu. Po prostu ma oddanie we krwi. Kiedy znajdzie się na cmentarzu, jest bodaj jedyną osobą, jak twierdzi, której „zwykła przyzwoitość”, „najzwyklejsza przyzwoitość” każe wypleć chwasty na grobach krewnych. W pierwszy słoneczny dzień wiosny już ma zabezpieczone przed molami wszystkie wełniane ubrania, a dywany zwinięte, związane i wyniesione do składu trofeów ojca. Nigdy nie musi wstydzić się własnego domu — obcy człowiek mógłby wejść i otworzyć każdą szafę, każdą szufladę, a ona nie miałaby się czego wstydzić. Można by nawet jeść z podłogi jej łazienki, gdyby zaszła taka potrzeba. Kiedy przegrywa w mah-jongu, umie się z tym pogodzić, nie-tak-jak-inne-które-mogłaby-wymienić-z-nazwiska-ale-tego-nie-zrobi-nie-wspomni-nawet-o-Tilly-Hochman-to-zbyt-błaha-sprawa-żeby-się-nią-zajmować-zapomnijmy-że-w-ogóle-poruszyła-ten-temat. Szyje, robi na drutach, ceruje, prasuje nawet lepiej niż ta szwarce, którą tylko matka dobrze traktuje, zwłaszcza w porównaniu z innymi znajomymi, u których służy ta sama stara Murzynka z głupim, dziecinnym uśmiechem na twarzy.

— Tylko ja dobrze ją traktuję. Tylko ja daję jej na obiad całą puszkę tuńczyka, i to nie byle gówno, ale najlepszy gatunek. Wybacz, Alex, nie potrafię być skąpa. Przepraszam, ale nie umiem tak żyć, nawet jeśli płacę czterdzieści dziewięć centów za dwie puszki. Taka Esther Wasserberg rozrzuca dwadzieścia pięć centów drobnymi po całym domu, kiedy Dorothy ma przyjść, a po jej wyjściu liczy, czy wszystkie monety są na miejscu.

— Może jestem za dobra — szepcze do mnie, zalewając wrzątkiem naczynie, z którego sprzątaczka zjadła właśnie samotnie, jak trędowata, obiad — ale nie ważyłabym się na coś podobnego.

Raz Dorothy przypadkiem wróciła do kuchni, kiedy matka jeszcze stała nad kurkiem z literą C, trzymając pod strugami wody nóż i widelec, którego dotykały grube różowe usta szwarce.

— Sama wiesz, Dorothy, jak trudno ostatnio zmyć majonez ze sztućców — mówi moja bystra i pomysłowa matka, żeby jak wyjaśniła później, nie zranić uczuć tej czarnej kobiety.

Kiedy jestem niegrzeczny, wyrzuca mnie z domu. Stoję za drzwiami i walę w nie bez końca, otwiera dopiero, gdy przyrzeknę, że się zmienię. Ale co ja takiego zrobiłem? Pastuję co wieczór buty na gazecie z poprzedniego dnia, rozłożonej starannie na linoleum, zawsze zakręcam porządnie wieczko pudełka pasty i odkładam wszystkie przybory na miejsce. Wyciskam tubkę pasty do zębów od końca, szoruję zęby ruchem okrężnym, a nigdy z góry na dół, mówię wciąż „dziękuję”, „proszę bardzo”, „przepraszam”, pytam: „czy mogę?”. Kiedy Hannah jest chora albo przed kolacją zbiera na mieście do niebieskiej blaszanej puszki datki na Społeczny Fundusz Żydowski, sam, na ochotnika, poza swoją kolejką nakrywam stół, pamiętam zawsze, że nóż i łyżka leżą po prawej, widelec po lewej, a serwetka, złożona w trójkąt, po lewej od widelca. Za nic w świecie nie zjadłbym mlecznej potrawy z mięsnego naczynia, nigdy przenigdy. Mimo to pamiętam taki rok w swoim życiu, kiedy prawie miesiąc w miesiąc robię coś niewybaczalnego, toteż matka każe mi pakować manatki i wynosić się z domu. Co to takiego może być? Mamo, to ja, twój synek, który przed rozpoczęciem szkoły całymi wieczorami pięknie kaligrafuje staroangielskim pismem nazwy przedmiotów na kolorowych kołonotatnikach, który cierpliwie podkleja zeszyty w linię i gładkie, bo powinny starczyć na cały semestr. Noszę przy sobie grzebień i czystą chustkę do nosa, pilnuję, żeby podkolanówki nie opadały mi na buty, odrabiam pracę domową kilka tygodni przed terminem — mamuś, spójrzmy prawdzie w oczy, jestem najpilniejszym i najporządniejszym uczniem w dziejach szkoły! Nauczycielki (jak sama dobrze wiesz, bo ci powiedziały) wracają dzięki mnie zadowolone do domu, do swoich mężów. No więc co ja takiego zrobiłem? Kto zna odpowiedź na to pytanie, niech podniesie rękę do góry! Jestem tak okropny, że nie chce mnie widzieć w domu a n i   c h w i l i   d ł u ż e j. Kiedy nazwałem raz siostrę piczką-dziewiczką, zaraz wymyto mi buzię szarym mydłem do prania — to jestem w stanie zrozumieć. Ale wygnanie? Co ja takiego mogłem zrobić?!

Ponieważ jest dobra, pakuje mi drugie śniadanie do szkoły, ale kiedy znikam w płaszczu i w kaloszach, nic jej więcej nie obchodzi.

W porządku, mówię sobie, skoro tak ci dyktuje sumienie! (Bo ja też uwielbiam melodramaty — nie na darmo wychowuję się w tej rodzinie). Nie potrzebuję drugiego śniadania! Nic mi nie trzeba!

Już cię nie kocham, po co mi synek, który tak się zachowuje. Będę mieszkała sama z tatusiem i Hannah — mówi matka (jak zwykle celnie, żeby człowieka zranić do żywego). Hannah może układać kostki mah-jonga dla pań we wtorkowe wieczory. Nie będziesz nam więcej potrzebny.

Co mi tam! Wychodzę za drzwi do długiej mrocznej sieni. Co mi tam! Będę sprzedawał boso gazety na ulicach. Pojadę, dokąd oczy poniosą, wagonami towarowymi i będę spał pod gołym niebem, tak sobie myślę w duchu — ale wystarczy, że zobaczę puste butelki na mleko stojące przy naszej słomiance, a szybko zdaję sobie sprawę z ogromu tego wszystkiego, co tracę, i zaczynam szaleć.

— Nienawidzę cię! — wrzeszczę, kopiąc kaloszem w drzwi. — Jesteś wstrętna!

W odpowiedzi na te plugastwa, na te herezje niosące się echem po korytarzach naszej kamienicy, w której rywalizuje z dwudziestoma innymi Żydówkami o miano patronki poświęcenia, matka jest po prostu zmuszona zaryglować drzwi na podwójną zasuwę. Wtedy dopiero zaczynam łomotać, żeby mnie wpuszczono do środka. Rzucam się na wycieraczkę, żeby błagać o wybaczenie mi grzechu (ale co to takiego było?), i obiecuję jej, że będę grzeczny jak anioł do końca dni naszych, które w owym czasie wydają mi się wiecznością.

Zdarzają się też wieczory, kiedy nie chcę jeść. Moja siostra, starsza ode mnie o cztery lata, potwierdza, że pamięć mnie nie myli — nie brałem niczego do ust, a matka nie chciała się pogodzić z tym uporem i z tą głupotą. I to nie chciała dla mojego dobra. Prosi mnie tylko, żebym to zrobił d l a   s w o j e g o   d o b r a, a ja odmawiam? Przecież dla mnie odjęłaby sobie wszystko od ust, już się chyba o tym zdążyłem przekonać?

Ale ja nie chcę jeść tego, co ona odejmie sobie od ust. Sęk w tym, że nie chcę jeść nawet z własnego talerza.

Proszę cię! Taki zdolny chłopiec! Z takimi osiągnięciami! Z taką przyszłością! Z tymi wszystkimi darami, którymi Pan Bóg mnie hojnie obsypał, łącznie z urodą i mądrością, czy wyobrażam sobie, że mogę się po prostu zagłodzić na śmierć bez dostatecznego powodu?

Czy chcę, żeby ludzie przez całe życie patrzyli z pogardą na takiego mizeraka, czy wolę, żeby patrzyli z podziwem na prawdziwego mężczyznę?

Czy chcę być popychadłem i pośmiewiskiem i żeby zostały ze mnie tylko skóra i kości, które każdy łatwo powali jednym kichnięciem, czy też chcę budzić szacunek?

Kim wolę zostać, jak dorosnę — kimś słabym czy silnym, człowiekiem sukcesu czy porażki, mężczyzną czy myszką?

Nie chcę jeść i już, odpowiadam.

Wtedy matka siada na krześle obok mnie z długim nożem do chleba w ręku. Jest zrobiony ze stali nierdzewnej i ma ząbki niczym piła. Kim wolę zostać, kimś słabym czy silnym, mężczyzną czy myszką?

Panie doktorze, dlaczego, no d l a c z e g o, pytam się, dlaczego matka wyciąga nóż na własnego syna? Mam sześć, siedem lat, skąd mogę wiedzieć, czy go naprawdę nie użyje? Co powinienem zrobić, usiłować wywieść ją w pole w wieku siedmiu lat? N i e wyrobiłem sobie dotąd zmysłu taktycznego, jak Boga kocham, jeszcze chyba nie ważę trzydziestu kilo! Kiedy ktoś wymachuje mi nożem przed nosem, uważam, że kryje się za tym zamiar ugodzenia mnie do krwi! Tylko d l a c z e g o? Co ona tam knuje? Jak daleko sięga jej szaleństwo? A gdyby tak pozwoliła mi wygrać, cóż by się takiego stało? Skąd ten n ó ż, skąd groźba z a b ó j s t w a, skąd ta potrzeba całkowitego, druzgocącego zwycięstwa, skoro zaledwie poprzedniego dnia odstawiła żelazko na deskę do prasowania i o k l a s k i w a ł a mnie, kiedy grzmiałem i miotałem się po kuchni, powtarzając rolę Krzysztofa Kolumba w Witaj, ziemio!, przygotowanej przez trzecią klasę. Jestem gwiazdorem szkolnym, nie mogą wystawić przedstawienia beze mnie. Och, raz nawet spróbowali, kiedy miałem bronchit, ale nauczycielka później wyznała mamie, że kiepsko im to wyszło. Jak, pytam się, jak ona może spędzać takie wspaniałe popołudnia w kuchni, czyszcząc srebra, siekając wątróbkę, wciągając gumę do moich spodenek gimnastycznych i wygłaszając repliki do mojej roli z odbitego na powielaczu scenariusza, grać królową Izabelę, kiedy ja gram Kolumba, Betsy Ross, kiedy ja gram Waszyngtona, panią Pasteur, kiedy ja gram Ludwika, jak może wspinać się ze mną na wyżyny mojego geniuszu w te piękne godziny o zmierzchu po szkole, a potem wieczorem, tylko dlatego, że nie chcę zjeść fasoli szparagowej i pieczonego ziemniaka, mierzyć nożem kuchennym w moje serce? I dlaczego ojciec jej nie powstrzyma?