Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 522 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 39 min Lektor: Zbigniew Zapasiewicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 39 min Lektor: Zbigniew Zapasiewicz

Opis ebooka Komórka - Stephen King

Do autora komiksów Claya Riddella wreszcie uśmiechnęło się szczęście - udało mu się podpisać w Bostonie lukratywny kontrakt wydawniczy. Wracając ze spotkania, jest świadkiem dziwnego zdarzenia. Kupująca lody kobieta i dwie nastolatki wpadają w krwiożerczy szał. Szybko okazuje się, że nie tylko one. Ulice zapełniają się bełkoczącymi ludźmi, przechodnie bez powodu rzucają się na siebie, z nieba spadają samoloty. Clay z przerażeniem obserwuje, że szaleństwo ogarnia tych, którzy używali telefonów komórkowych. Chaos błyskawicznie ogarnia kraj. Nie minie wiele godzin, by z cywilizacji, jaką znamy, pozostała ruina. Gdzieś poza Bostonem znajdują się żona i syn Riddella. Piesza wędrówka do nich będzie prawdziwym koszmarem. Jedynym bezpiecznym miejscem jest centrum stanu Maine, obszar znajdujący się poza zasięgiem telefonii komórkowej. Ostatnia enklawa ludzkości, czy przemyślnie skonstruowana pułapka?

Opinie o ebooku Komórka - Stephen King

Fragment ebooka Komórka - Stephen King

Ty­tuł ory­gi­na­łu: CELL

Co­py­ri­ght ©Ste­phen King 2006

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2007

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew A. Kró­lic­ki 2007

Re­dak­cja: Ja­cek Ring

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ja­cek Ko­pal­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-005-2

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

2012. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych– jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Ri­char­do­wi Ma­the­so­no­wi i Geo­r­ge’owi Ro­me­ro

Id nie znie­sie zwło­ki w za­spo­ko­je­niu. Za­wsze czu­je na­pię­cie nie­speł­nio­nej żą­dzy.

Zyg­munt Freud

Ludz­ka agre­sja jest in­stynk­tow­na. Lu­dzie nie wy­two­rzy­li żad­ne­go zry­tu­ali­zo­wa­ne­go me­cha­ni­zmu tłu­mie­nia agre­sji, aby za­pew­nić prze­trwa­nie ga­tun­ku. Z tego po­wo­du czło­wie­ka uwa­ża się za bar­dzo nie­bez­piecz­ne zwie­rzę.

Kon­rad Lo­renz

Sły­szy­cie mnie te­raz?

Ve­ri­zon

Cy­wi­li­za­cja sto­czy­ła się w mrok dru­gie­go śre­dnio­wie­cza, cze­mu to­wa­rzy­szył ła­twy do prze­wi­dze­nia roz­lew krwi, jed­nak tem­pa tego pro­ce­su nie prze­wi­dział na­wet naj­bar­dziej pe­sy­mi­stycz­nie na­sta­wio­ny fu­tu­ro­log. Nie­mal jak­by na to cze­ka­ła. Pierw­sze­go paź­dzier­ni­ka Bóg był w swo­im nie­bie, in­deks gieł­do­wy wy­no­sił 10140, a więk­szość sa­mo­lo­tów la­ta­ła zgod­nie z roz­kła­dem (z wy­jąt­kiem star­tu­ją­cych i lą­du­ją­cych w Chi­ca­go, cze­go moż­na było się spo­dzie­wać). Dwa ty­go­dnie póź­niej nie­bo znów na­le­ża­ło wy­łącz­nie do pta­ków, a gieł­da po­zo­sta­ła wspo­mnie­niem. W Hal­lo­we­en nad wszyst­ki­mi wiel­ki­mi mia­sta­mi od No­we­go Jor­ku po Mo­skwę uno­sił się po­twor­ny smród, a do­tych­cza­so­wy świat prze­stał ist­nieć.

PULS

1

Zja­wi­sko na­zwa­ne póź­niej Pul­sem roz­po­czę­ło się pierw­sze­go paź­dzier­ni­ka o 15.03 cza­su wschod­nio­ame­ry­kań­skie­go. Oczy­wi­ście na­zwa ta była nie­wła­ści­wa, ale w cią­gu na­stęp­nych dzie­się­ciu go­dzin więk­szość uczo­nych mo­gą­cych tego do­wieść umar­ła albo po­stra­da­ła zmy­sły. Poza tym na­zwa nie była aż tak istot­na. Waż­ne były skut­ki.

Tego dnia o trze­ciej po po­łu­dniu po bo­stoń­skiej Boyl­ston Stre­et szedł na wschód – nie­mal ra­do­śnie pod­ska­ku­jąc – pe­wien mło­dy czło­wiek nie­ma­ją­cy ode­grać żad­nej istot­nej roli w hi­sto­rii świa­ta. Na­zy­wał się Clay­ton Rid­dell. Szedł sprę­ży­stym kro­kiem, któ­re­mu to­wa­rzy­szył ma­lu­ją­cy się na jego twa­rzy wy­raz nie­skry­wa­ne­go za­do­wo­le­nia. W le­wej ręce trzy­mał dużą tecz­kę, taką, w ja­kich ar­ty­ści no­szą swo­je zdję­cia lub ob­ra­zy, za­my­ka­ną na za­trza­ski. Pal­ce le­wej dło­ni opla­tał mu sznu­rek brą­zo­wej pla­sti­ko­wej tor­by na za­ku­py, na któ­rej dla każ­de­go, komu chcia­ło­by się to czy­tać, wy­dru­ko­wa­no na­pis small tre­asu­res.

W lek­ko ko­ły­szą­cej się tor­bie spo­czy­wał nie­wiel­ki okrą­gły przed­miot. Pre­zent, jak mo­gli­by­ście się do­my­ślać. Mo­gli­by­ście po­nad­to zga­dy­wać, iż ten mło­dy czło­wiek, ów Clay­ton Rid­dell, za­mie­rzał tym za­ku­pem uczcić ja­kieś nie­wiel­kie (a może na­wet nie ta­kie małe) zwy­cię­stwo. Przed­miot znaj­du­ją­cy się w re­kla­mów­ce był dość kosz­tow­nym przy­ci­skiem do pa­pie­ru z za­to­pio­ną we wnę­trzu siwą mgieł­ką pu­chu dmu­chaw­ca. Clay­ton ku­pił go w dro­dze po­wrot­nej z ho­te­lu Co­pley Squ­are do znacz­nie skrom­niej­sze­go Atlan­tic Ave­nue Inn, w któ­rym się za­trzy­mał. Lek­ko się prze­stra­szył na­klej­ką z dzie­więć­dzie­się­cio­do­la­ro­wą ceną na pod­sta­wie, a chy­ba jesz­cze bar­dziej spe­szy­ło go to, że te­raz mógł so­bie po­zwo­lić na coś ta­kie­go.

Wrę­cze­nie sprze­daw­cy kar­ty kre­dy­to­wej sta­no­wi­ło praw­dzi­wy akt od­wa­gi. Wąt­pił, czy zdo­był­by się nań, gdy­by za­mie­rzał ku­pić ten przy­cisk dla sie­bie; za­pew­ne wy­mam­ro­tał­by, że zmie­nił zda­nie, po czym czmych­nął­by ze skle­pu. Jed­nak to był pre­zent dla Sha­ron. Ona lu­bi­ła ta­kie rze­czy i nadal lu­bi­ła jego. „Trzy­mam za cie­bie kciu­ki”, po­wie­dzia­ła w przed­dzień jego wy­jaz­du do Bo­sto­nu. Zwa­żyw­szy na to, w ja­kie szam­bo zmie­ni­li swo­je ży­cie przez mi­nio­ny rok, było mu przy­jem­nie. Te­raz on chciał jej zro­bić przy­jem­ność, je­śli to jesz­cze moż­li­we. Ten przy­cisk to dro­biazg (small tre­asu­re), ale Clay­ton był pe­wien, że spodo­ba jej się ten de­li­kat­ny siwy opar za­to­pio­ny głę­bo­ko w szkle, ni­czym kie­szon­ko­wa mgła.

2

Uwa­gę Claya przy­cią­gnę­ło po­brzę­ki­wa­nie dzwon­ka na fur­go­net­ce z lo­da­mi. Sta­ła na­prze­ciw ho­te­lu Four Se­asons (jesz­cze lep­sze­go niż Co­pley Squ­are), obok par­ku Bo­ston Com­mon, któ­ry przez kil­ka prze­cznic cią­gnął się wzdłuż uli­cy. Na tle dwóch roz­tań­czo­nych roż­ków z lo­da­mi wid­niał na­ma­lo­wa­ny tę­czo­wy­mi li­te­ra­mi na­pis MI­STER SO­FTEE. Przy okien­ku tło­czy­ła się trój­ka dzie­cia­ków z tor­ni­stra­mi u stóp, cze­ka­ją­cych na swo­je lody. Za nimi sta­ła ko­bie­ta w ża­kie­cie i spodniach trzy­ma­ją­ca pu­dla na smy­czy oraz dwie na­sto­lat­ki w dżin­sach bio­drów­kach, z iPod-ami i słu­chaw­ka­mi, któ­re te­raz wi­sia­ły im na szy­jach, żeby nie prze­szka­dza­ły w ci­chej roz­mo­wie – po­waż­nej, bez chi­cho­tów.

Clay sta­nął za nimi, zmie­nia­jąc małą grup­kę w krót­ką ko­lej­kę. Ku­pił pre­zent żo­nie, z któ­rą był w se­pa­ra­cji, a w po­wrot­nej dro­dze zaj­dzie do Co­mix Su­pre­me i kupi sy­no­wi naj­now­sze wy­da­nie „Spi­der-Mana”, tak więc so­bie też może spra­wić przy­jem­ność. Chciał jak naj­prę­dzej prze­ka­zać wie­ści Sha­ron, ale bę­dzie mógł się z nią skon­tak­to­wać do­pie­ro po jej po­wro­cie do domu, czy­li oko­ło trze­ciej czter­dzie­ści pięć. My­ślał, że spę­dzi ten czas w ho­te­lu, prze­cha­dza­jąc się po po­ko­iku i zer­ka­jąc na za­mknię­tą tecz­kę ze swo­imi ry­sun­ka­mi. Tym­cza­sem lody mo­gły być przy­jem­nym uroz­ma­ice­niem.

Lo­dziarz wła­śnie ob­słu­żył dzie­cia­ki: dwa Dil­ly Bars i ogrom­ny ro­żek cze­ko­la­do­wo-wa­ni­lio­wy dla sto­ją­ce­go w środ­ku, któ­ry naj­wi­docz­niej pła­cił za całą trój­kę. W chwi­li gdy chło­pak wy­cią­gał garść wy­mię­tych bank­no­tów z kie­sze­ni mod­nie wor­ko­wa­tych dżin­sów, ko­bie­ta z pu­dlem się­gnę­ła do to­reb­ki, wy­ję­ła z niej te­le­fon ko­mór­ko­wy – ko­bie­ty w ta­kich ko­stiu­mach nie ru­sza­ją się z domu bez ko­mór­ki i kar­ty kre­dy­to­wej – i otwo­rzy­ła go wpraw­nym ru­chem. Za nimi, w par­ku, za­szcze­kał pies i ktoś krzyk­nął. Clay od­niósł wra­że­nie, że ten okrzyk nie za­brzmiał zbyt ra­do­śnie, ale zer­k­nąw­szy przez ra­mię, zo­ba­czył tyl­ko kil­ko­ro spa­ce­ro­wi­czów, truch­ta­ją­ce­go psa z fris­bee w py­sku (czy tu psy nie po­win­ny być trzy­ma­ne na smy­czy? – po­my­ślał), całe akry na­sło­necz­nio­nej zie­le­ni i za­pra­sza­ją­cy do od­po­czyn­ku cień. Na­praw­dę do­bre miej­sce dla czło­wie­ka, któ­ry wła­śnie sprze­dał swój pierw­szy ko­miks – tak­że na­stęp­ny, oba za zdu­mie­wa­ją­co wy­so­ką sumę – a te­raz chce usiąść i zjeść ro­żek cze­ko­la­do­wy.

Kie­dy znów spoj­rzał na fur­go­net­kę, dzie­cia­ki już so­bie po­szły, a ko­bie­ta w ko­stiu­mie za­ma­wia­ła de­ser lo­do­wy. Jed­na z dwóch sto­ją­cych za nią dziew­cząt mia­ła przy­pię­tą do pa­ska ko­mór­kę w ko­lo­rze mię­ty, a ko­bie­ta trzy­ma­ła swo­ją moc­no przy­ci­śnię­tą do ucha. Clay po­my­ślał – za­wsze to ro­bił, mniej lub bar­dziej świa­do­mie, na wi­dok ta­kiej sce­ny – że jest świad­kiem tego, jak za­cho­wa­nie, któ­re jesz­cze nie­daw­no uzna­no by za prze­jaw wy­jąt­ko­we­go bra­ku kul­tu­ry, po­wo­li sta­je się czymś na­tu­ral­nym i po­wszech­nie ak­cep­to­wa­nym.

„Wy­ko­rzy­staj to w »Mrocz­nym Wę­drow­cu«, złot­ko”, po­wie­dzia­ła Sha­ron. Ta jej wer­sja, któ­rą za­cho­wał w swo­im umy­śle, czę­sto za­bie­ra­ła głos i nig­dy nie da­wa­ła się prze­ga­dać. (Do­ty­czy­ło to rów­nież praw­dzi­wej Sha­ron, bez wzglę­du na to, czy byli w se­pa­ra­cji, czy nie). Nig­dy jed­nak nie roz­ma­wia­li przez ko­mór­kę, bo Clay nie miał te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go.

Te­le­fon w ko­lo­rze mię­ty ode­grał po­cząt­ko­we tak­ty me­lo­dyj­ki Sza­lo­nej Żaby, któ­rą tak lu­bił John­ny, chy­ba no­szą­cej ty­tuł Axel F? Clay nie mógł so­bie przy­po­mnieć – być może dla­te­go, że usil­nie sta­rał się go nie za­pa­mię­tać. Wła­ści­ciel­ka wi­szą­cej na bio­drze ko­mór­ki chwy­ci­ła ją i przy­ło­ży­ła do ucha.

– Beth? – Po­słu­cha­ła chwi­lę, uśmiech­nę­ła się i po­wie­dzia­ła do ko­le­żan­ki: – To Beth!

Tam­ta rów­nież na­chy­li­ła się do słu­chaw­ki i obie słu­cha­ły, ich iden­tycz­ne chło­pię­ce fry­zu­ry roz­wie­wał po­po­łu­dnio­wy wie­trzyk (przy­po­mi­na­ły Clay­owi po­sta­cie z ja­kiejś kre­sków­ki, na przy­kład Po­wer­puff Girls).

– Mad­dy? – za­py­ta­ła nie­mal rów­no­cze­śnie ko­bie­ta w ża­kie­cie. Pu­del sie­dział w kon­tem­pla­cyj­nej po­zie na koń­cu smy­czy (któ­ra była czer­wo­na i opró­szo­na czymś błysz­czą­cym), spo­glą­da­jąc na ulicz­ny ruch na Boyl­ston Stre­et. Po dru­giej stro­nie, przed ho­te­lem Four Se­asons, por­tier w brą­zo­wej li­be­rii – te za­wsze są brą­zo­we lub gra­na­to­we – ma­chał ręką, za­pew­ne na tak­sów­kę. Obok ma­je­sta­tycz­nie prze­pły­nął tu­ry­stycz­ny od­kry­ty au­to­kar w kształ­cie ło­dzi, wy­so­ki i spra­wia­ją­cy dziw­ne wra­że­nie na su­chym lą­dzie, ogłu­sza­jąc wszyst­kich po­ry­ki­wa­niem kie­row­cy wy­krzy­ku­ją­ce­go przez me­ga­fon ja­kieś fak­ty hi­sto­rycz­ne. Dziew­czę­ta z te­le­fo­nem o bar­wie mię­ty spoj­rza­ły na sie­bie i uśmiech­nę­ły się, roz­ba­wio­ne czymś, co usły­sza­ły, ale wciąż nie chi­cho­ta­ły.

– Mad­dy? Sły­szysz mnie? Czy mnie…

Ko­bie­ta w ża­kie­cie pod­nio­sła rękę ze smy­czą i we­tknę­ła so­bie do ucha pa­lec z dłu­gim pa­znok­ciem. Clay skrzy­wił się, pe­łen naj­gor­szych obaw o jej bę­be­nek. Wy­obra­ził so­bie, że ją ry­su­je: psa na smy­czy, ko­stium ze spodnia­mi, mod­nie ostrzy­żo­ne krót­kie wło­sy… i struż­kę krwi są­czą­cą się spod tkwią­ce­go w uchu pal­ca. Za­pcha­ny tu­ry­sta­mi au­to­kar wy­jeż­dża­ją­cy z ka­dru i por­tier w tle, bo ta­kie szcze­gó­ły do­da­ły­by ry­sun­ko­wi re­ali­zmu. Z pew­no­ścią – ta­kie rze­czy po pro­stu się wie.

– Mad­dy, sła­bo cię sły­szę! Chcia­łam ci po­wie­dzieć, że wła­śnie ostrzy­głam się u tego no­we­go… ostrzy­głam? Os…

Fa­cet w fur­go­net­ce Mi­ster So­ftee po­chy­lił się i wy­cią­gnął rękę z de­se­rem lo­do­wym. Z kub­ka wzno­sił się bia­ły al­pej­ski szczyt, po któ­re­go zbo­czach po­wo­li spły­wa­ła cze­ko­la­do­wo-tru­skaw­ko­wa po­le­wa. Nie­ogo­lo­na twarz lo­dzia­rza nie wy­ra­ża­ła żad­nych uczuć. Jej wy­raz świad­czył o tym, że to dla nie­go nic no­we­go. Clay był pe­wien, że fa­cet już to wszyst­ko wi­dział, na­wet kil­ka razy. W par­ku ktoś wrza­snął. Clay po­now­nie zer­k­nął przez ra­mię, wma­wia­jąc so­bie, że to na pew­no okrzyk ra­do­ści. O trze­ciej po po­łu­dniu, w sło­necz­ny dzień w bo­stoń­skim par­ku, to prze­cież mu­siał być okrzyk ra­do­ści, no nie?

Ko­bie­ta po­wie­dzia­ła jesz­cze coś do Mad­dy, po czym wpraw­nym ru­chem dło­ni za­mknę­ła te­le­fon. Wrzu­ci­ła go do to­reb­ki i na­gle znie­ru­cho­mia­ła, jak­by za­po­mnia­ła nie tyl­ko, co robi, ale na­wet gdzie się znaj­du­je.

– Na­le­ży się czte­ry pięć­dzie­siąt – po­wie­dział sprze­daw­ca, cier­pli­wie trzy­ma­jąc de­ser lo­do­wy w wy­cią­gnię­tej ręce.

Clay zdą­żył po­my­śleć, że w tym mie­ście wszyst­ko jest ku­rew­sko dro­gie. Być może ko­bie­ta w ko­stiu­mie też tak uwa­ża­ła – a przy­najm­niej tak mu się z po­cząt­ku wy­da­wa­ło – po­nie­waż jesz­cze przez chwi­lę się nie po­ru­sza­ła, pa­trząc na bia­ły wzgó­rek i spły­wa­ją­cą z nie­go po­le­wę z taką miną, jak­by nig­dy ży­ciu w ży­ciu nie wi­dzia­ła nic ta­kie­go.

Na­gle z par­ku do­biegł ko­lej­ny prze­raź­li­wy wrzask – tym ra­zem nie­wąt­pli­wie nie­wy­do­by­wa­ją­cy się z ludz­kich ust i bę­dą­cy czymś po­śred­nim mię­dzy zdu­mio­nym wark­nię­ciem a bo­le­snym sko­wy­tem. Clay od­wró­cił się i zo­ba­czył tego psa, któ­ry nie­daw­no truch­tał z fris­bee w py­sku. Był to cał­kiem spo­ry brą­zo­wy pies, chy­ba la­bra­dor – Clay nie znał się na ra­sach, a kie­dy mu­siał ja­kie­goś psa na­ry­so­wać, brał książ­kę i ko­pio­wał od­po­wied­ni ob­ra­zek. Przy tym psie klę­czał męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, trzy­ma­jąc zwie­rzę za kark i – to nie­moż­li­we, na pew­no mi się wy­da­je, po­my­ślał Clark – gry­ząc je w ucho. Pies po­now­nie za­wył i spró­bo­wał się wy­rwać. Męż­czy­zna nie pu­ścił go i tak, rze­czy­wi­ście, w ustach trzy­mał psie ucho, a po­tem ode­rwał je gwał­tow­nym szarp­nię­ciem. Tym ra­zem pies już nie za­wył, lecz wy­dał nie­mal ludz­ki wrzask i sta­do pły­wa­ją­cych po po­bli­skim sta­wie ka­czek ze­rwa­ło się do lotu, gło­śno kwa­cząc.

– Szu­uurrrr!!! – krzyk­nął ktoś za ple­ca­mi Claya.

Za­brzmia­ło to jak „szczur!” Może wo­ła­ją­cy krzy­czał „sznur!” lub „skur.”, ale póź­niej­sze wy­da­rze­nia spra­wi­ły, że Clay na­brał prze­ko­na­nia, iż był to nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny dźwięk wy­ra­ża­ją­cy agre­sję.

Od­wró­cił się z po­wro­tem do fur­go­net­ki z lo­da­mi i zo­ba­czył, jak ko­bie­ta w ża­kie­cie rzu­ca się do okien­ka, usi­łu­jąc zła­pać lo­dzia­rza. Zdo­ła­ła go chwy­cić za kla­py roz­pię­te­go bia­łe­go far­tu­cha, ale uwol­nił się bez tru­du, od­ru­cho­wo ro­biąc krok wstecz. Jej sto­py w pan­to­flach na wy­so­kich ob­ca­sach ode­rwa­ły się na mo­ment od zie­mi i Clay usły­szał trzask dar­te­go ma­te­ria­łu oraz grze­chot gu­zi­ków, gdy prze­szo­ro­wa­ła po kra­wę­dzi kon­tu­aru, naj­pierw w górę, a po­tem w dół. De­ser lo­do­wy wy­padł jej z ręki i znikł z pola wi­dze­nia. Gdy szpil­ki ko­bie­ty z gło­śnym stuk­nię­ciem po­now­nie opa­dły na chod­nik, Clay zo­ba­czył, że jej lewy nad­gar­stek i przed­ra­mię są uma­za­ne lo­da­mi i po­le­wą tru­skaw­ko­wą. Za­to­czy­ła się do tyłu na ugię­tych no­gach. Obo­jęt­nie uprzej­mą minę – któ­rą Clay w my­ślach na­zy­wał ma­ską dla tłu­mu – za­stą­pił spa­stycz­ny gry­mas, któ­ry zmie­nił jej oczy w szpar­ki i od­sło­nił wy­szcze­rzo­ne zęby. Cał­ko­wi­cie wy­wi­nię­ta gór­na war­ga od­sło­ni­ła ak­sa­mit­nie ró­żo­wą ślu­zów­kę, rów­nie in­tym­ną jak wy­ściół­ka po­chwy. Pu­del wy­biegł na uli­cę, cią­gnąc za sobą czer­wo­ną smycz za­koń­czo­ną pę­tlą na dłoń. Za­nim zdą­żył do­trzeć do po­ło­wy jezd­ni, roz­je­cha­ła go czar­na li­mu­zy­na. W jed­nej chwi­li pu­cha­ta kul­ka, w na­stęp­nej – kup­ka fla­ków.

Cho­ler­ny bie­da­czy­na za­pew­ne szcze­kał już w psim nie­bie, za­nim za­uwa­żył, że prze­niósł się na tam­ten świat, po­my­ślał Clay. Wpraw­dzie zda­wał so­bie spra­wę z tego, że jest w szo­ku, lecz to ani tro­chę nie zmniej­sza­ło jego zdu­mie­nia. Stał tam, trzy­ma­jąc w jed­nej ręce tecz­kę, a w dru­giej brą­zo­wą tor­bę na za­ku­py, i ga­pił się z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi.

Gdzieś – praw­do­po­dob­nie za ro­giem New­bu­ry Stre­et – coś eks­plo­do­wa­ło.

Pod słu­chaw­ka­mi iPo­dów obie na­sto­lat­ki mia­ły iden­tycz­ne fry­zu­ry, lecz ta z te­le­fo­nem w ko­lo­rze mię­ty była blon­dyn­ką, a jej ko­le­żan­ka bru­net­ką. Pi­xie Ja­sna i Pi­xie Ciem­na. Pi­xie Ja­sna upu­ści­ła apa­rat na chod­nik, gdzie się roz­trza­skał, i obie­ma rę­ka­mi zła­pa­ła ko­bie­tę w ta­lii. Clay za­kła­dał (je­śli w tym mo­men­cie mógł co­kol­wiek za­kła­dać), że za­mie­rza­ła po­wstrzy­mać ko­bie­tę przed po­now­nym za­ata­ko­wa­niem lo­dzia­rza lub przed wy­bie­gnię­ciem na jezd­nię w po­go­ni za psem. Ja­kaś cząst­ka jego umy­słu na­wet przy­kla­snę­ła przy­tom­no­ści umy­słu dziew­czy­ny. Pi­xie Ciem­na co­fa­ła się, z drob­ny­mi bia­ły­mi dłoń­mi przy­ci­śnię­ty­mi do pier­si i sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

Clay wy­pu­ścił z rąk obie tor­by i ru­szył na po­moc Pi­xie Ja­snej. Po dru­giej stro­nie uli­cy, przed ho­te­lem Four Se­asons – co za­uwa­żył tyl­ko ką­tem oka – ja­kiś sa­mo­chód gwał­tow­nie skrę­cił i po­mknął po chod­ni­ku, zmu­sza­jąc por­tie­ra do uciecz­ki. W ho­te­lo­wym ogród­ku roz­le­gły się krzy­ki. Za­nim Clay zdą­żył przyjść jej z po­mo­cą, Pi­xie Ja­sna z pręd­ko­ścią ata­ku­ją­ce­go węża wy­su­nę­ła kształt­ną głów­kę do przo­du, wy­szcze­rzy­ła nie­wąt­pli­wie zdro­we zęby i za­to­pi­ła je w szyi ko­bie­ty. Krew try­snę­ła stru­mie­niem. Dziew­czy­na trzy­ma­ła w niej twarz, a może na­wet ją piła (Clay był nie­mal pe­wien, że tak), po czym po­trzą­snę­ła ko­bie­tą jak szma­cia­ną lal­ką. Ko­bie­ta w ża­kie­cie była znacz­nie wyż­sza i cięż­sza co naj­mniej o czter­dzie­ści fun­tów, lecz dziew­czy­na trzę­sła nią tak, że gło­wa ran­nej gwał­tow­nie ko­ły­sa­ła się do przo­du i do tyłu, co po­wo­do­wa­ło jesz­cze ob­fit­szy wy­pływ krwi. Po chwi­li na­past­nicz­ka pod­nio­sła za­krwa­wio­ną twarz ku błę­kit­ne­mu paź­dzier­ni­ko­we­mu nie­bu i za­wy­ła trium­fal­nie.

Osza­la­ła, prze­mknę­ło Clay­owi przez gło­wę. Zu­peł­nie osza­la­ła.

– Kim je­steś? – wy­krzyk­nę­ła Pi­xie Ciem­na. – Co się dzie­je?

Na dźwięk gło­su przy­ja­ciół­ki Pi­xie Ja­sna bły­ska­wicz­nie od­wró­ci­ła gło­wę w jej stro­nę. Krew ka­pa­ła z jej wy­strzy­żo­nych nad czo­łem wło­sów, a oczy świe­ci­ły jak bia­łe lam­py w za­la­nych krwią oczo­do­łach. Pi­xie Ciem­na sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi spoj­rza­ła na Claya.

– Kim je­steś? – po­wtó­rzy­ła i za­raz do­da­ła: – Kim ja je­stem?

Wy­pu­ściw­szy z ob­jęć ko­bie­tę, któ­ra osu­nę­ła się na chod­nik, wciąż ob­fi­cie krwa­wiąc z ro­ze­rwa­nej tęt­ni­cy szyj­nej, Pi­xie Ja­sna rzu­ci­ła się na ko­le­żan­kę, z któ­rą za­le­d­wie przed chwi­lą przy­jaź­nie dzie­li­ła się te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym.

Clay dzia­łał bły­ska­wicz­nie. Gdy­by się za­sta­na­wiał choć przez uła­mek se­kun­dy, Pi­xie Ciem­na zgi­nę­ła­by z ro­ze­rwa­nym gar­dłem, tak samo jak ko­bie­ta w ża­kie­cie. Na­wet nie spoj­rzał w dół. Po pro­stu opu­ścił pra­wą rękę, chwy­cił tor­bę z na­dru­kiem small tre­asu­res, za­mach­nął się i ude­rzył w chwi­li, gdy

Pi­xie Ja­sna rzu­ci­ła się na przy­ja­ciół­kę, roz­ca­pie­rza­jąc pal­ce jak szpo­ny. Gdy­by chy­bił…

Nie chy­bił, tra­fił bez­błęd­nie. Tkwią­cy w tor­bie szkla­ny przy­cisk do pa­pie­ru ze stłu­mio­nym ło­sko­tem rąb­nął Pi­xie Ja­sną w tył gło­wy. Dziew­czy­na opu­ści­ła ręce – jed­ną zbro­czo­ną krwią, dru­gą wciąż czy­stą – i bez­wład­nie jak wo­rek z pocz­tą ru­nę­ła na chod­nik u stóp ko­le­żan­ki.

– Co jest, do cho­le­ry? – wy­krzyk­nął lo­dziarz. Miał nie­na­tu­ral­nie pi­skli­wy głos. Może pod wpły­wem szo­ku.

– Nie mam po­ję­cia – od­parł Clay. Ser­ce ło­mo­ta­ło mu w pier­si. – Szyb­ko, niech mi pan po­mo­że. Ta ko­bie­ta za­raz się wy­krwa­wi.

Za ich ple­ca­mi, na New­bu­ry Stre­et roz­legł się cha­rak­te­ry­stycz­ny trzask i brzęk zde­rza­ją­cych się sa­mo­cho­dów, a po­tem prze­raź­li­we krzy­ki. Po chwi­li po uli­cy prze­to­czył się ogłu­sza­ją­cy huk eks­plo­zji. Za fur­go­net­ką Mi­ster So­ftee na­stęp­ny sa­mo­chód gwał­tow­nie skrę­cił, prze­ciął trzy pasy Boyl­ston Stre­et, sko­sił dwo­je prze­chod­niów, po czym wbił się w tył po­przed­nie­go po­jaz­du, któ­ry za­koń­czył swo­ją jaz­dę w wiel­kich ob­ro­to­wych drzwiach ho­te­lu Four Se­asons. Ude­rze­nie we­pchnę­ło sa­mo­chód jesz­cze głę­biej w drzwi, zu­peł­nie je de­for­mu­jąc. Clay nie mógł do­strzec, czy ktoś zo­stał tam uwię­zio­ny – wi­dok za­sła­nia­ła mu para bu­cha­ją­ca z roz­bi­tej chłod­ni­cy – ale do­bie­ga­ją­ce z cie­nia wrza­ski su­ge­ro­wa­ły bar­dzo nie­przy­jem­ne rze­czy. Bar­dzo.

Lo­dziarz, któ­ry nie mógł tego wi­dzieć, wy­chy­lił się nie­mal do po­ło­wy z okien­ka i ga­pił się na Claya.

– Co się tam dzie­je?

– Nie wiem. Wi­dzę roz­bi­te sa­mo­cho­dy. Ran­nych. Nie­waż­ne. Po­móż mi, czło­wie­ku!

Clay przy­klęk­nął obok ko­bie­ty w ża­kie­cie, w ka­łu­ży krwi, wśród po­trza­ska­nych resz­tek te­le­fo­nu Pi­xie Ja­snej. Drgaw­ki wstrzą­sa­ją­ce cia­łem ko­bie­ty sta­wa­ły się co­raz słab­sze.

– Dymi się na New­bu­ry – po­wie­dział lo­dziarz, wciąż nie opusz­cza­jąc względ­nie bez­piecz­ne­go schro­nie­nia w fur­go­net­ce. – Coś tam wy­bu­chło. I to nie­źle. Może to ter­ro­ry­ści.

Gdy tyl­ko to po­wie­dział, Clay na­brał pew­no­ści, że fa­cet ma ra­cję.

– Po­móż mi pan – po­pro­sił lo­dzia­rza.

– Kim ja je­stem??? – wrza­snę­ła nie­spo­dzie­wa­nie Pi­xie Ciem­na.

Clay zu­peł­nie o niej za­po­mniał. Spoj­rzał na nią i zo­ba­czył, jak dziew­czy­na wali się z ca­łej siły otwar­tą dło­nią w czo­ło, a po­tem trzy­krot­nie szyb­ko ob­ra­ca się w koło, sto­jąc nie­mal na czub­kach te­ni­só­wek. Ten wi­dok przy­wo­łał krót­kie jak mgnie­nie oka wspo­mnie­nie wier­sza prze­ra­bia­ne­go na za­ję­ciach z li­te­ra­tu­ry w col­le­ge’u: Otocz go ko­łem po trzy­kroć. To chy­ba Co­le­rid­ge? Dziew­czy­na za­chwia­ła się, po­bie­gła przed sie­bie i wpa­dła na la­tar­nię. Na­wet nie pró­bo­wa­ła jej omi­nąć czy osło­nić twa­rzy rę­ka­mi. Wal­nę­ła w nią z im­pe­tem, od­bi­ła się, za­to­czy­ła i znów sko­czy­ła na­przód.

– Prze­stań! – krzyk­nął Clay.

Ze­rwał się na rów­ne nogi, chciał po­biec, ale po­śli­zgnął się w ka­łu­ży krwi ko­bie­ty w ża­kie­cie, omal nie padł, znów rzu­cił się na­przód, po­tknął się o Pi­xie Ja­sną i o mało zno­wu nie upadł.

Pi­xie Ciem­na obej­rza­ła się na nie­go. Mia­ła zła­ma­ny nos, z któ­re­go pły­nę­ła krew, za­le­wa­jąc dol­ną po­ło­wę twa­rzy. Na jej czo­le bły­ska­wicz­nie wy­ra­stał po­dłuż­ny pio­no­wy guz, za­ska­ku­ją­cy jak bły­ska­wi­ca w let­ni dzień. Jed­no jej oko prze­krzy­wi­ło się w oczo­do­le. Otwo­rzy­ła usta, pre­zen­tu­jąc smęt­ne reszt­ki tego, co jesz­cze przed chwi­lą praw­do­po­dob­nie było re­zul­ta­tem pra­cy dro­gie­go or­to­don­ty, i par­sk­nę­ła śmie­chem. Clay wie­dział, że nig­dy nie za­po­mni tego wi­do­ku.

A po­tem z dzi­kim wrza­skiem po­bie­gła przed sie­bie chod­ni­kiem.

Za jego ple­ca­mi roz­legł się war­kot uru­cha­mia­ne­go sil­ni­ka oraz wzmoc­nio­ne przez gło­śni­ki dźwię­ki me­lo­dii z Uli­cy Se­zam­ko­wej. Clay od­wró­cił się i zo­ba­czył, jak fur­go­net­ka Mi­ster

So­ftee gwał­tow­nie ru­sza. W tej sa­mej chwi­li jed­no z okien na ostat­nim pię­trze ho­te­lu po dru­giej stro­nie uli­cy jak­by eks­plo­do­wa­ło. Ra­zem z odłam­ka­mi szkła po­szy­bo­wa­ło w dół ludz­kie cia­ło, by kil­ka se­kund póź­niej nie­mal roz­pry­snąć się na chod­ni­ku. Z ogród­ka przed bu­dyn­kiem do­bie­gły ko­lej­ne krzy­ki. Okrzy­ki prze­ra­że­nia i bólu.

– Nie! – ry­czał Clay, bie­gnąc za fur­go­net­ką. – Wra­caj tu i po­móż mi! Po­trzeb­na mi po­moc, su­kin­sy­nu!

Lo­dziarz nie za­re­ago­wał, zresz­tą naj­praw­do­po­dob­niej w ogó­le go nie sły­szał przez gło­śno gra­ją­cą mu­zy­kę. Clay pa­mię­tał sło­wa tej pio­sen­ki z cza­sów, kie­dy miał po­wo­dy przy­pusz­czać, że jego mał­żeń­stwo bę­dzie trwać wiecz­nie. W tam­tych cza­sach John­ny oglą­dał co­dzien­nie Uli­cę Se­zam­ko­wą, sie­dząc w swo­im błę­kit­nym fo­te­li­ku z ku­becz­kiem w dło­niach. W pio­sen­ce śpie­wa­no o sło­necz­nym dniu i o roz­ga­nia­niu ciem­nych chmur.

Z par­ku wy­biegł męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, z roz­wia­ny­mi po­ła­mi ma­ry­nar­ki, wrzesz­cząc coś ile sił w płu­cach. Clay roz­po­znał go po ko­ziej bród­ce z kłacz­ków psiej sier­ści. Męż­czy­zna wy­padł na Boyl­ston Stre­et. Sa­mo­cho­dy gwał­tow­nie ha­mo­wa­ły i omi­ja­ły go w ostat­niej chwi­li. Prze­biegł na dru­gą stro­nę uli­cy, wciąż wrzesz­cząc i wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi. Znikł Clay­owi z oczu w cie­niu mar­ki­zy przed ho­te­lem i naj­wy­raź­niej na­po­tkał na­stęp­ne ofia­ry, gdyż za­raz po­tem do­bie­gły stam­tąd prze­raź­li­we wrza­ski.

Clay zre­zy­gno­wał z po­ści­gu za fur­go­net­ką Mi­ster So­ftee i przy­sta­nął z jed­ną nogą na chod­ni­ku, a dru­gą w rynsz­to­ku, pa­trząc, jak wóz z lo­da­mi, wciąż brzę­cząc mu­zy­ką, wjeż­dża na środ­ko­wy pas Boyl­ston Stre­et. Już miał się od­wró­cić do nie­przy­tom­nej dziew­czy­ny i umie­ra­ją­cej ko­bie­ty, gdy zza za­krę­tu wy­je­chał ko­lej­ny od­kry­ty au­to­kar tu­ry­stycz­ny, któ­ry nie to­czył się ma­je­sta­tycz­nie, lecz pę­dził z ry­kiem sil­ni­ka, sza­leń­czo ko­ły­sząc się na boki. Część pa­sa­że­rów bez­rad­nie prze­ta­cza­ła się do przo­du i do tyłu po pod­ło­dze, roz­pacz­li­wie bła­ga­jąc kie­row­cę, żeby się za­trzy­mał. Po­zo­sta­li kur­czo­wo trzy­ma­li się me­ta­lo­wych po­rę­czy bie­gną­cych wzdłuż burt nie­zgrab­ne­go po­jaz­du, któ­ry je­chał Boyl­ston Stre­et pod prąd.

Ja­kiś czło­wiek w blu­zie od dre­su zła­pał kie­row­cę od tyłu i Clay znów usły­szał ten nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny okrzyk, wzmoc­nio­ny przez pry­mi­tyw­ny sys­tem na­gła­śnia­ją­cy au­to­ka­ru, gdy szo­fer z za­ska­ku­ją­cą siłą ode­pchnął na­past­ni­ka. Tym ra­zem nie było to „szur”, ale coś, co za­brzmia­ło jak „glut”. A po­tem kie­row­ca za­uwa­żył fur­go­net­kę Mi­ster So­ftee i – Clay był tego pe­wien – ce­lo­wo skrę­cił pro­sto na nią.

– O Boże, pro­szę, nie! – wrza­snę­ła ko­bie­ta sie­dzą­ca z przo­du au­to­ka­ru, a gdy ogrom­ny po­jazd za­czął gwał­tow­nie zbli­żać się do co naj­mniej sze­ścio­krot­nie mniej­szej od nie­go fur­go­net­ki, Clay­owi przy­po­mnia­ła się te­le­wi­zyj­na trans­mi­sja z pa­ra­dy zwy­cię­stwa po tym, jak dru­ży­na Red Sox zdo­by­ła pu­char. Ze­spół je­chał po­wo­li wła­śnie ta­ki­mi od­kry­ty­mi au­to­ka­ra­mi, po­zdra­wia­jąc sza­le­ją­ce tłu­my w zim­nej je­sien­nej mżaw­ce.

– Boże, pro­szę, nie! – po­now­nie krzyk­nę­ła ko­bie­ta, a tuż obok Claya ja­kiś męż­czy­zna po­wie­dział nie­mal spo­koj­nie: – Jezu Chry­ste.

Au­to­kar ude­rzył w bok fur­go­net­ki i prze­wró­cił ją jak za­baw­kę. Sa­mo­chód wy­lą­do­wał na boku, wciąż wy­gry­wa­jąc me­lo­dię z Uli­cy Se­zam­ko­wej, su­nąc po jezd­ni w kie­run­ku par­ku i krze­sząc sno­py iskier. Dwie przy­glą­da­ją­ce się temu ko­bie­ty usko­czy­ły mu z dro­gi, trzy­ma­jąc się za ręce. Le­d­wie zdo­ła­ły uciec. Fur­go­net­ka ude­rzy­ła w kra­węż­nik, prze­ko­zioł­ko­wa­ła w po­wie­trzu, po czym wy­rżnę­ła w ogro­dze­nie z że­la­znych prę­tów i znie­ru­cho­mia­ła. Gło­śni­ki jesz­cze dwu­krot­nie czknę­ły mu­zy­ką i umil­kły.

W tym cza­sie sza­le­niec sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą au­to­ka­ru cał­ko­wi­cie stra­cił pa­no­wa­nie nad po­jaz­dem. Au­to­kar ze swym ła­dun­kiem prze­ra­żo­nych i ucze­pio­nych po­rę­czy pa­sa­że­rów prze­ciął Boyl­ston Stre­et nie­mal pod ką­tem pro­stym, wpadł na chod­nik po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy oko­ło pięć­dzie­się­ciu jar­dów od miej­sca, gdzie uci­chła me­lo­dyj­ka fur­go­net­ki, i z ogrom­ną siłą rąb­nął w wi­try­nę Ci­ty­li­ghts – skle­pu z luk­su­so­wy­mi me­bla­mi. Wiel­ka szy­ba roz­pa­dła się z do­no­śnym i nie­me­lo­dyj­nym trza­skiem. Sze­ro­ki tył au­to­ka­ru (z ró­żo­wym na­pi­sem Har­bor Mi­stress) uniósł się pięć stóp nad zie­mię. Przy tym pę­dzie cięż­ki po­jazd mało nie da­cho­wał, ale masa na to nie po­zwo­li­ła. Au­to­kar opadł na wszyst­kie koła i znie­ru­cho­miał, z ma­ską wśród po­trza­ska­nych kosz­tow­nych sof i fo­te­li, lecz wcze­śniej co naj­mniej dzie­sięć osób wy­strze­li­ło do przo­du jak z pro­cy i znik­nę­ło z oczu pa­trzą­cych. W znisz­czo­nym wnę­trzu roz­dzwo­nił się alarm.

– Jezu Chry­ste – po­wtó­rzył ten sam ci­chy głos gdzieś na pra­wo od Claya. Ten ob­ró­cił się i stwier­dził, że głos na­le­żał do ni­skie­go męż­czy­zny o prze­rze­dzo­nych ciem­nych wło­sach, z nie­wiel­kim wą­si­kiem i oku­la­rach w zło­co­nej opraw­ce. – Co się dzie­je?

– Nie mam po­ję­cia – od­parł Clay, a wła­ści­wie wy­krztu­sił z naj­wyż­szym tru­dem. Przy­pusz­czal­nie miał pro­ble­my z mó­wie­niem w wy­ni­ku szo­ku. Po dru­giej stro­nie uli­cy lu­dzie ucie­ka­li z ho­te­lu i roz­bi­te­go au­to­ka­ru. Clay zo­ba­czył, jak od­da­la­ją­cy się od au­to­ka­ru czło­wiek wpadł na ucie­ki­nie­ra z ho­te­lu i obaj ru­nę­li na chod­nik. Za­czął się za­sta­na­wiać, czy może osza­lał i wy­obra­ża so­bie to wszyst­ko w ja­kimś szpi­ta­lu dla psy­chicz­nie cho­rych. Na przy­kład w Ju­ni­per Hill w Au­gu­ście, w prze­rwach mię­dzy za­strzy­ka­mi z to­ra­zy­ny. – Lo­dziarz po­wie­dział, że to pew­nie ter­ro­ry­ści.

– Nie wi­dzę żad­nych lu­dzi z bro­nią – za­uwa­żył ni­ski męż­czy­zna. – Ani z bom­ba­mi w ple­ca­kach.

Clay też nie wi­dział ni­ko­go ta­kie­go, ale wi­dział swo­ją re­kla­mów­kę ze skle­pu small tre­asu­res i tecz­kę z port­fo­lio, a tak­że ka­łu­żę krwi z roz­szar­pa­ne­go gar­dła ko­bie­ty w ża­kie­cie – pra­wie się­ga­ją­cą już do tecz­ki. We­wnątrz znaj­do­wa­ły się wszyst­kie – może z wy­jąt­kiem dwu­na­stu – ry­sun­ki

„Mrocz­ne­go Wę­drow­ca”. Po­spiesz­nie ru­szył ku tecz­ce, a ni­ski męż­czy­zna po­dą­żył za nim. Pra­wie pod­sko­czył, gdy w ho­te­lu roz­dź­wię­czał się prze­raź­li­wie ko­lej­ny alarm prze­ciw­wła­ma­nio­wy (w każ­dym ra­zie ja­kiś alarm), do­łą­cza­jąc swój ochry­pły ja­zgot do bu­cze­nia tego w skle­pie me­blo­wym.

– To w ho­te­lu – po­wie­dział Clay.

– Wiem, tyl­ko że… O mój Boże! – Zo­ba­czył ko­bie­tę w ża­kie­cie, le­żą­cą w ka­łu­ży czer­wo­ne­go pły­nu, któ­ry… Kie­dy? Dwie, a może czte­ry mi­nu­ty temu krą­żył jak­by nig­dy nic w jej cie­le.

– Nie żyje – stwier­dził Clay. – W każ­dym ra­zie tak mi się wy­da­je. – Wska­zał na Pi­xie Ja­sną. – Ona to zro­bi­ła. Zę­ba­mi.

– Żar­tu­je pan.

– Chciał­bym.

Gdzieś na Boyl­ston Stre­et roz­le­gła się ko­lej­na eks­plo­zja. Obaj męż­czyź­ni się sku­li­li. Clay uświa­do­mił so­bie, że czu­je woń dymu. Pod­niósł tor­bę i tecz­kę, za­bie­ra­jąc je na bez­piecz­ną od­le­głość od po­więk­sza­ją­cej się ka­łu­ży krwi.

– To moje – wy­ja­śnił, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go to mówi.

Ni­ski męż­czy­zna, któ­ry miał na so­bie twe­edo­wy gar­ni­tur – cał­kiem szy­kow­ny, po­my­ślał Clay – wciąż ga­pił się z prze­ra­że­niem na sku­lo­ne cia­ło ko­bie­ty, któ­ra chcia­ła tyl­ko ku­pić de­ser lo­do­wy i naj­pierw stra­ci­ła psa, a za­raz po­tem ży­cie. Po chod­ni­ku za ich ple­ca­mi prze­bie­gli trzej mło­dzi lu­dzie, śmie­jąc się i po­krzy­ku­jąc. Dwaj z nich mie­li cza­pecz­ki Red Sok­sów wło­żo­ne dasz­ka­mi do tyłu. Je­den przy­ci­skał obu­rącz do pier­si spo­re kar­to­no­we pu­dło z błę­kit­nym na­pi­sem Pa­na­so­nic na boku. Ten mło­dzian wdep­nął pra­wą nogą w roz­le­wa­ją­cą się ka­łu­żę krwi ko­bie­ty w ża­kie­cie i po­zo­sta­wił za sobą szyb­ko nik­ną­cy ślad jed­nej sto­py, gdy po­biegł z kum­pla­mi w kie­run­ku wschod­nie­go koń­ca par­ku i znaj­du­ją­cej się tam Chi­na­town.

3

Clay przy­klęk­nął na jed­no ko­la­no i ręką, w któ­rej nie ści­skał tecz­ki z ry­sun­ka­mi (na wi­dok ucie­ka­ją­ce­go ze skra­dzio­nym Pa­na­so­ni­kiem na­sto­lat­ka jesz­cze bar­dziej za­czął się oba­wiać ich utra­ty), chwy­cił prze­gub Pi­xie Ja­snej. Na­tych­miast wy­czuł puls – wol­ny, ale moc­ny i re­gu­lar­ny. Clay po­czuł ogrom­ną ulgę. Bez wzglę­du na to, co zro­bi­ła, była tyl­ko dziec­kiem. Nie chciał­by żyć ze świa­do­mo­ścią, że za­tłukł ją przy­ci­skiem do pa­pie­ru za­ku­pio­nym w pre­zen­cie dla żony.

– Uwa­ga, uwa­ga! – za­wo­łał nie­mal śpiew­nie męż­czy­zna z wą­si­kiem.

Na szczę­ście nie­bez­pie­czeń­stwo oka­za­ło się od­le­głe. Po­jazd – jed­na z tych przy­ja­znych kra­jom OPEC ogrom­nych te­re­nó­wek – zje­chał na­gle z Boyl­ston Stre­et oko­ło dwu­na­stu jar­dów od klę­czą­ce­go Claya, wy­ła­mał frag­ment ogro­dze­nia z że­la­znych prę­tów i za­trzy­mał się w sta­wie, za­nu­rzo­ny w nim przed­nim zde­rza­kiem. Z ka­bi­ny wy­sko­czył beł­ko­czą­cy coś nie­zro­zu­mia­le mło­dy męż­czy­zna. Z im­pe­tem uklęk­nął w wo­dzie, na­brał jej w dło­nie i pod­niósł do ust. Clay­owi prze­mknę­ła przez gło­wę myśl o tych wszyst­kich kacz­kach, któ­re przez dłu­gie lata z sa­tys­fak­cją zo­sta­wia­ły w tym sta­wie od­cho­dy. Kie­row­ca te­re­nów­ki wstał, bro­dząc w wo­dzie, wy­szedł na brzeg i znik­nął wśród drzew, wciąż wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi i wy­krzy­ku­jąc swo­ją bez­sen­sow­ną ty­ra­dę.

– Mu­si­my spro­wa­dzić po­moc dla tej dziew­czy­ny – po­wie­dział Clay do męż­czy­zny z wą­si­kiem. – Jest nie­przy­tom­na, ale żyje.

– Przede wszyst­kim mu­si­my zejść z uli­cy, za­nim nas coś roz­je­dzie – za­uwa­żył przy­tom­nie męż­czy­zna z wą­si­kiem.

Jak­by na po­twier­dze­nie słusz­no­ści jego słów w po­bli­żu wra­ku au­to­ka­ru tak­sów­ka zde­rzy­ła się z prze­dłu­żo­ną li­mu­zy­ną. Co praw­da to li­mu­zy­na je­cha­ła pod prąd, ale ko­li­zja skoń­czy­ła się znacz­nie go­rzej dla tak­sów­ki: wciąż klę­czą­cy na chod­ni­ku Clay zo­ba­czył, jak kie­row­ca wy­le­ciał przez roz­bi­tą przed­nią szy­bę i wy­lą­do­wał na jezd­ni, krzy­cząc wnie­bo­gło­sy i trzy­ma­jąc się za za­krwa­wio­ne ra­mię.

Męż­czy­zna z wą­si­kiem miał oczy­wi­ście ra­cję. Ta odro­bi­na zdro­we­go roz­sąd­ku, na jaki po­tra­fił się zdo­być wstrzą­śnię­ty i onie­mia­ły Clay, pod­po­wia­da­ła mu, że po­stą­pi­li­by naj­mą­drzej, wy­no­sząc się stąd do dia­bła i szu­ka­jąc czym prę­dzej ja­kie­goś schro­nie­nia. Je­śli mie­li do czy­nie­nia z ak­tem ter­ro­ru, to nie­po­dob­nym do żad­ne­go, o ja­kim czy­tał lub sły­szał. Po­wi­nien – obaj po­win­ni – ukryć się w bez­piecz­nym miej­scu i po­cze­kać, aż sy­tu­acja się wy­ja­śni. Tak więc na­le­ża­ło­by zna­leźć ja­kiś dzia­ła­ją­cy te­le­wi­zor. Nie chciał jed­nak zo­sta­wiać nie­przy­tom­nej dziew­czy­ny na uli­cy, któ­ra nie­spo­dzie­wa­nie za­mie­ni­ła się w dom wa­ria­tów. Ta­kie po­stę­po­wa­nie było cał­ko­wi­cie sprzecz­ne z jego ła­god­nym cha­rak­te­rem i bez­sprzecz­nie cy­wi­li­zo­wa­ny­mi przy­zwy­cza­je­nia­mi.

– Niech pan idzie – rzekł do męż­czy­zny z wą­si­kiem. Po­wie­dział to nie­zwy­kle nie­chęt­nie. Pierw­szy raz wi­dział tego czło­wie­ka na oczy, lecz ten fa­cet przy­najm­niej nie beł­ko­tał i nie wy­ma­chi­wał rę­ka­mi. No i nie rzu­cił mu się do gar­dła z ob­na­żo­ny­mi zę­ba­mi. – Niech się pan gdzieś scho­wa, aja… ja…

Nie wie­dział, co po­wie­dzieć.

– Pan co? – za­py­tał męż­czy­zna z wą­si­kiem, po czym sku­lił się i skrzy­wił, gdy roz­le­gła się ko­lej­na eks­plo­zja, tym ra­zem jak­by za bu­dyn­kiem ho­te­lu. Po chwi­li za­czął się stam­tąd uno­sić słup ciem­ne­go dymu, pla­miąc błę­kit­ne nie­bo, za­nim wzbił się do­sta­tecz­nie wy­so­ko, żeby roz­wiał go wiatr.

– We­zwę po­li­cję! – wpadł na po­mysł Clay. – Ona ma ko­mór­kę. – Wska­zał kciu­kiem na ko­bie­tę w ża­kie­cie, któ­ra le­ża­ła mar­twa w ka­łu­ży wła­snej krwi. – Roz­ma­wia­ła przez nią, za­nim. no wie pan… za­nim.

Za­milkł, pró­bu­jąc so­bie do­kład­nie przy­po­mnieć, co się dzia­ło na mo­ment przed­tem, nim roz­pę­ta­ło się to sza­leń­stwo. Po chwi­li stwier­dził, że nie­świa­do­mie prze­niósł wzrok z mar­twej ko­bie­ty na nie­przy­tom­ną dziew­czy­nę, a po­tem na szcząt­ki te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go w ko­lo­rze mię­ty.

Po­wie­trze roz­dar­ło prze­cią­głe wy­cie sy­ren w dwóch róż­nych to­na­cjach. Clay do­my­ślił się, że jed­na z nich na­le­ża­ła do ra­dio­wo­zu, a dru­ga do wozu stra­żac­kie­go. Sta­li miesz­kań­cy mia­sta za­pew­ne roz­róż­nia­li je bez tru­du, ale on nie miesz­kał w Bo­sto­nie tyl­ko w Kent Pond w sta­nie Ma­ine, gdzie w tej chwi­li bar­dzo chciał­by się zna­leźć.

Za­nim roz­pę­ta­ło się to sza­leń­stwo, ko­bie­ta w ża­kie­cie za­dzwo­ni­ła do swo­jej przy­ja­ciół­ki Mad­dy, by po­wie­dzieć jej, że była u fry­zje­ra, a do Pi­xie Ja­snej za­dzwo­ni­ła któ­raś z jej ko­le­ża­nek. Pi­xie Ciem­na przy­słu­chi­wa­ła się roz­mo­wie. A za­raz po­tem wszyst­kie trzy osza­la­ły.

Chy­ba nie są­dzisz, że…

Ze wscho­du do­biegł od­głos naj­sil­niej­szej z do­tych­cza­so­wych eks­plo­zji. Clay ze­rwał się na rów­ne nogi. Z prze­ra­że­niem po­pa­trzy­li po so­bie z ni­skim męż­czy­zną w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze, po czym obaj skie­ro­wa­li wzrok w stro­nę Chi­na­town oraz bo­stoń­skie­go North Endu. Nie wi­dzie­li, co tym ra­zem wy­bu­chło, lecz te­raz nad do­ma­mi na ho­ry­zon­cie po­wo­li uno­sił się jesz­cze więk­szy i ciem­niej­szy słup dymu.

Kie­dy nań pa­trzy­li, przed bu­dy­nek ho­te­lu Four Se­asons za­je­chał ra­dio­wóz bo­stoń­skiej po­li­cji oraz wóz stra­żac­ki z dra­bi­ną. Clay spoj­rzał w tym kie­run­ku w tej sa­mej chwi­li, gdy z ostat­nie­go pię­tra sko­czył ko­lej­ny czło­wiek, a z da­chu na­stęp­nych dwóch. Miał wra­że­nie, że ta ostat­nia para jesz­cze w po­wie­trzu za­wzię­cie ze sobą wal­czy­ła.

– Je­zus, Ma­ria, nie! – roz­legł się prze­raź­li­wy ko­bie­cy krzyk. – Już wy­star­czy, wy­star­czy!

Pierw­szy z trój­ki sa­mo­bój­ców spadł na ra­dio­wóz, roz­bi­ja­jąc tyl­ną szy­bę i opry­sku­jąc wóz krwią i wnętrz­no­ścia­mi. Dwaj ko­lej­ni wy­lą­do­wa­li z ło­sko­tem na da­chu wozu stra­żac­kie­go, gdy stra­ża­cy w ja­skra­wo­żół­tych kurt­kach roz­bie­gli się w po­pło­chu jak ogrom­ne, nie­sa­mo­wi­te pta­ki.

– NIE! – krzy­cza­ła da­lej ko­bie­ta. – Już dość! Już dość! Do­bry Boże, już dość!

Jed­nak z pią­te­go albo szó­ste­go pię­tra wy­sko­czy­ła ja­kaś ko­bie­ta, ko­zioł­ku­jąc jak sza­lo­na akro­bat­ka. Wy­lą­do­wa­ła na po­li­cjan­cie, któ­ry stał na chod­ni­ku i ga­pił się w górę. Za­pew­ne za­bi­ła i sie­bie, i jego.

Z pół­no­cy do­tarł od­głos ko­lej­ne­go z tych po­tęż­nych wy­bu­chów, jak­by sam dia­beł wy­pa­lił z du­bel­tów­ki. Clay znów spoj­rzał z nie­po­ko­jem na ni­skie­go męż­czy­znę, któ­ry od­po­wie­dział mu ta­kim sa­mym spoj­rze­niem. Ko­lej­ne słu­py dymu unio­sły się w po­wie­trze i po­mi­mo sil­ne­go wia­tru nie­mal zu­peł­nie za­snu­ły nie­bo.

– Zno­wu po­słu­ży­li się sa­mo­lo­ta­mi – po­wie­dział czło­wiek z wą­si­kiem. – Ci par­szy­wi dra­nie zno­wu po­słu­ży­li się sa­mo­lo­ta­mi!

Jak­by na po­par­cie jego słów usły­sze­li ko­lej­ną eks­plo­zję, tym ra­zem w pół­noc­no-wschod­niej czę­ści mia­sta.

– Ale prze­cież… prze­cież tam jest lot­ni­sko! – Clay miał po­now­nie pro­ble­my z mó­wie­niem, a jesz­cze więk­sze z my­śle­niem. Po gło­wie ko­ła­tał mu się kiep­ski ni to żart, ni to hi­sto­ryj­ka: „Sły­sze­li­ście o tych (tu na­le­ży wsta­wić na­zwę ulu­bio­nej gru­py et­nicz­nej) ter­ro­ry­stach, któ­rzy po­sta­no­wi­li rzu­cić Ame­ry­kę na ko­la­na, wy­sa­dza­jąc w po­wie­trze lot­ni­sko?”.

– I co z tego? – za­py­tał nie­mal urą­gli­wie męż­czy­zna.

– Dla­cze­go nie wy­sa­dzi­li Han­cock Bu­il­ding? Albo Pru?

Czło­wie­czek się sku­lił.

– Nie wiem. Wiem tyl­ko tyle, że chcę stąd znik­nąć.

W tym mo­men­cie tuż obok nich prze­bie­gło kil­ko­ro mło­dych lu­dzi. Bo­ston to prze­cież mia­sto mło­dzie­ży, po­my­ślał Clay, tyle tu uczel­ni. Ci mło­dzi lu­dzie – trzej chłop­cy i tro­je dziew­cząt – przy­najm­niej ni­cze­go nie ukra­dli i z pew­no­ścią się nie śmia­li. Je­den z nich, nie zwal­nia­jąc kro­ku, wy­cią­gnął z kie­sze­ni te­le­fon ko­mór­ko­wy i przy­ło­żył do ucha.

Po dru­giej stro­nie uli­cy z pi­skiem opon za­trzy­mał się dru­gi ra­dio­wóz, tak więc nie było po­trze­by wzy­wa­nia po­li­cji z apa­ra­tu mar­twej ko­bie­ty – i bar­dzo do­brze, bo Clay już zde­cy­do­wał, że nie po­wi­nien tego ro­bić. Wy­star­czy­ło­by mu przejść na dru­gą stro­nę uli­cy i po­roz­ma­wiać z nimi… tyle że wca­le nie był pe­wien, czy od­wa­żył­by się te­raz prze­kro­czyć Boyl­ston Stre­et. A na­wet gdy­by, to czy przy­szli­by tu z nim, żeby za­jąć się nie­przy­tom­ną dziew­czy­ną, kie­dy tam z pew­no­ścią było Bóg wie ile ofiar? Wła­śnie w tej chwi­li stra­ża­cy za­czę­li w po­śpie­chu szy­ko­wać się do od­jaz­du – pew­nie na lot­ni­sko albo…

– Jezu Chry­ste, niech pan spoj­rzy – wy­szep­tał męż­czy­zna z wą­si­kiem. Pa­trzył na za­chód, w kie­run­ku cen­trum, skąd jesz­cze nie­daw­no nad­szedł Clay, gdy naj­więk­szym pro­ble­mem w jego ży­ciu było za­dzwo­nie­nie do Sha­ron. Wie­dział już na­wet, od cze­go za­cznie tę roz­mo­wę: „Mam do­bre wie­ści, ko­cha­nie. Obo­jęt­nie, jak się mię­dzy nami uło­ży, za­wsze będą pie­nią­dze na buty dla dzie­cia­ka”. W my­ślach za­brzmia­ło to lek­ko i za­baw­nie, jak za daw­nych lat.

To, co zo­ba­czył, wca­le nie było za­baw­ne. W ich kie­run­ku zbli­żał się – nie bie­gnąc, lecz idąc dłu­gi­mi i mia­ro­wy­mi kro­ka­mi – bli­sko pięć­dzie­się­cio­let­ni męż­czy­zna w spodniach od gar­ni­tu­ru oraz reszt­kach ko­szu­li i kra­wa­ta. Spodnie były sza­re. Ko­lo­ru ko­szu­li i kra­wa­ta nie dało się okre­ślić, po­nie­waż zwi­sa­ły w strzę­pach, zbro­czo­ne krwią. W pra­wej ręce ści­skał coś, co wy­glą­da­ło na nóż rzeź­nic­ki o pra­wie osiem­na­sto­ca­lo­wym ostrzu. Clay mógł­by przy­siąc, że wi­dział ten nóż na wy­sta­wie skle­pu Soul Kit­chen, kie­dy wra­cał ze spo­tka­nia w ho­te­lu Co­pley Squ­are. Rząd noży na wy­sta­wie (SZWEDZ­KA STAL! – gło­sił na­pis wy­tło­czo­ny na kar­tecz­ce) lśnił w bla­sku spryt­nie ukry­tych lam­pek, lecz to ostrze mu­sia­ło się spo­ro na­pra­co­wać od chwi­li zdję­cia z wy­sta­wy, gdyż było ma­to­we od krwi.

Męż­czy­zna w po­dar­tej ko­szu­li wy­ma­chi­wał no­żem, zbli­ża­jąc się do nich mia­ro­wym kro­kiem. Ostrze uno­si­ło się i opa­da­ło.

W pew­nej chwi­li wy­padł z ryt­mu i ska­le­czył się. Świe­ża struż­ka krwi po­pły­nę­ła przez nowe roz­cię­cie ko­szu­li. Po­szar­pa­ny kra­wat po­wie­wał na wie­trze. Pod­cho­dząc do nich, męż­czy­zna prze­ma­wiał ni­czym wiej­ski ka­zno­dzie­ja, na któ­re­go wła­śnie spły­nę­ło ob­ja­wie­nie.

– Ey­elah! Eeelah-ey­elah-a-bab­ba­lah-naz! A-bab­ba­lah cze­mu? A-bun­na­loo-jak? Kaz­za­lah! Kaz­za­lah-mogę! Fuj! Wstyd-fuj!

Opu­ścił rękę z no­żem do pra­we­go bio­dra, a Clay swo­im wy­ostrzo­nym wzro­kiem uj­rzał cios, któ­ry tam­ten za­mie­rzał za­dać. Mor­der­cze cię­cie, przy któ­rym na­wet nie zwol­ni kro­ku, kon­ty­nu­ując swój sza­lo­ny marsz do­ni­kąd w to paź­dzier­ni­ko­we po­po­łu­dnie.

– Uwa­ga! – wy­krzyk­nął męż­czy­zna z wą­si­kiem, ale sam nie uwa­żał. Ten ni­ski fa­cet, pierw­sza nor­mal­na oso­ba, z któ­rą Clay Rid­dell roz­ma­wiał, od kie­dy za­czę­ło się całe to sza­leń­stwo, i za­ra­zem pierw­szy czło­wiek, któ­ry sam się do nie­go ode­zwał, co w tych oko­licz­no­ściach za­pew­ne wy­ma­ga­ło spo­rej od­wa­gi, stał nie­ru­cho­mo jak po­sąg, z ocza­mi jak spodki za szkła­mi oku­la­rów w zło­tych opraw­kach. Czy ten sza­le­niec szedł na nie­go, po­nie­waż z nich dwóch fa­cet z wą­si­kiem był mniej­szy i wy­glą­dał na ła­twiej­szy cel? Je­śli tak, to może ob­szar­pa­ny pseu­do­ka­zno­dzie­ja nie był kom­plet­nie sza­lo­ny. Na­gle Clay po­czuł nie tyl­ko strach, ale i gniew – zu­peł­nie jak­by zer­k­nął nad ogro­dze­niem bo­iska i zo­ba­czył szkol­ne­go osił­ka za­mie­rza­ją­ce­go spu­ścić ło­mot znacz­nie mniej­sze­mu, młod­sze­mu dzie­cia­ko­wi.

– UWA­GA! – nie­mal za­łkał męż­czy­zna z wą­si­kiem, wciąż nie scho­dząc z dro­gi nad­cho­dzą­cej śmier­ci, śmier­ci wy­pusz­czo­nej na wol­ność ze skle­pu Soul Kit­chen, w któ­rym z całą pew­no­ścią ho­no­ro­wa­no kar­ty Di­ner’s Club i Visa, a tak­że cze­ki, rzecz ja­sna za oka­za­niem do­ku­men­tu toż­sa­mo­ści.

Clay nie za­sta­na­wiał się, tyl­ko po pro­stu po­now­nie chwy­cił tecz­kę z ry­sun­ka­mi i we­tknął ją mię­dzy swo­je­go no­we­go zna­jo­me­go a na­past­ni­ka. Ostrze z głu­chym stuk­nię­ciem prze­bi­ło tecz­kę, ale za­trzy­ma­ło się czte­ry cale od brzu­cha męż­czy­zny z wą­si­kiem. Ten wresz­cie się otrzą­snął i sko­czył w kie­run­ku par­ku, gło­śno wzy­wa­jąc po­mo­cy.

Czło­wiek w po­strzę­pio­nej ko­szu­li i kra­wa­cie – któ­ry miał lek­ko ob­wi­słe po­licz­ki i tro­chę za gru­by kark, jak­by mniej wię­cej przed dwo­ma laty prze­stał rów­no­wa­żyć so­lid­ne po­sił­ki rów­nie so­lid­ny­mi ćwi­cze­nia­mi fi­zycz­ny­mi – na­gle prze­rwał swo­ją bez­sen­sow­ną prze­mo­wę. Na jego twa­rzy po­ja­wił się dziw­ny wy­raz za­du­my, gra­ni­czą­cej z lek­kim zdzi­wie­niem.

Clay wpadł w szał. Ostrze prze­bi­ło wszyst­kie ob­ra­zy z „Mrocz­ne­go Wę­drow­ca” (dla nie­go za­wsze były to ob­ra­zy, nie ry­sun­ki czy ilu­stra­cje), a on po­czuł się tak, jak­by prze­szy­ło mu ser­ce. Była to idio­tycz­na re­ak­cja, bo prze­cież miał re­pro­duk­cje każ­de­go z nich włącz­nie z po­czwór­ny­mi plan­sza­mi, a jed­nak tak wła­śnie się czuł. Nóż sza­leń­ca prze­bił Czar­no­księż­ni­ka Joh­na (na­zwa­ne­go tak na cześć syna Claya, oczy­wi­ście), Cza­ro­dzie­ja Fla­ka, Fran­ka i chło­pa­ków Po­sse, Śpio­cha Gene’a, Sal­ly Tru­ci­ciel­kę, Lily Asto­let, Błę­kit­ną Wiedź­mę oraz, rzecz ja­sna, Raya Da­mo­na, Mrocz­ne­go Wę­drow­ca we wła­snej oso­bie. Wszyst­kie te fan­ta­stycz­ne isto­ty ży­ją­ce w za­ka­mar­kach jego wy­obraź­ni mia­ły oszczę­dzić mu tru­dów na­ucza­nia wy­cho­wa­nia pla­stycz­ne­go w kil­ku­na­stu wiej­skich szko­łach sta­nu Ma­ine, prze­jeż­dża­nia ty­się­cy mil mie­sięcz­nie i spę­dza­nia po­ło­wy ży­cia w sa­mo­cho­dzie.

Mógł­by przy­siąc, że usły­szał ich zbio­ro­wy jęk, kie­dy prze­szy­ło je trzy­ma­ne przez sza­leń­ca ostrze ze szwedz­kiej sta­li. Roz­wście­czo­ny, zu­peł­nie za­po­mniał o nożu (przy­najm­niej na chwi­lę) i z ca­łej siły ode­pchnął czło­wie­ka w po­dar­tej ko­szu­li, po­słu­gu­jąc się tecz­ką ni­czym tar­czą. Wi­dząc, jak zgię­ła się przy tym w V, wpadł w jesz­cze więk­szy gniew.

– Blet! – wrza­snął sza­le­niec, usi­łu­jąc wy­szarp­nąć ostrze, któ­re za moc­no utkwi­ło. – Blet ky-yam doe-ram kaz­za­la­lah a-bab­ba­lah!

– Za­raz zba­bal­la­hu­ję ci kaz­za­lah, pier­do­ło! – ryk­nął Clay i pod­sta­wił mu nogę.

Do­pie­ro póź­niej zdał so­bie spra­wę, że cia­ło samo wie, jak wal­czyć, kie­dy trze­ba. Na co dzień ukry­wa tę wie­dzę przed swo­im wła­ści­cie­lem, tak samo jak ukry­wa umie­jęt­ność bie­ga­nia, prze­ska­ki­wa­nia przez stru­mień, po­ka­zy­wa­nia ko­muś środ­ko­we­go pal­ca albo umie­ra­nia, kie­dy nie ma in­ne­go wyj­ścia. Pod wpły­wem sil­ne­go stre­su przej­mu­je kon­tro­lę i robi to, co na­le­ży, pod­czas gdy mózg stoi z boku i może co naj­wy­żej gwiz­dać, ner­wo­wo przy­tu­py­wać i spo­glą­dać w nie­bo. Albo kon­tem­plo­wać od­głos, z ja­kim rzeź­nic­kie ostrze prze­bi­ja kar­to­no­wą tecz­kę, któ­rą do­sta­łeś od żony na dwu­dzie­ste ósme uro­dzi­ny.

Sza­le­niec po­tknął się zgod­nie z pla­nem opra­co­wa­nym przez spryt­ne cia­ło Claya i ru­nął na wznak na chod­nik. Clay stał nad nim, cięż­ko dy­sząc i trzy­ma­jąc obu­rącz tecz­kę jak tar­czę. Rzeź­nic­ki nóż nadal w niej tkwił, rę­ko­jeść wy­sta­wa­ła z jed­nej, a ostrze z dru­giej stro­ny.

Sza­le­niec pró­bo­wał wstać. Nowy zna­jo­my Claya do­sko­czył i kop­nął go moc­no w kark. Ni­ski męż­czy­zna gło­śno łkał, łzy spły­wa­ły mu po po­licz­kach, a oku­la­ry za­cho­dzi­ły mgłą. Sza­le­niec po­now­nie osu­nął się na chod­nik i z wy­wa­lo­nym ję­zy­kiem beł­ko­tał coś, co bar­dzo przy­po­mi­na­ło jego wcze­śniej­szą prze­mo­wę.

– Chciał nas za­bić! – szlo­chał męż­czy­zna z wą­si­kiem. – Ten drań chciał nas za­bić!

– Tak, tak… – po­wie­dział Clay i nie­mal na­tych­miast uświa­do­mił so­bie, że ta­kim sa­mym uspo­ka­ja­ją­cym gło­sem mó­wił do John­ny’ego w cza­sach, kie­dy jesz­cze na­zy­wa­li go John­ny-ojej i przy­bie­gał do nich z otar­ty­mi ko­la­na­mi albo łok­cia­mi, krzy­cząc „Mam krew!”.

Le­żą­cy na chod­ni­ku sza­le­niec (któ­ry miał mnó­stwo krwi) pró­bo­wał wstać, opie­ra­jąc się na łok­ciach. Tym ra­zem to Clay po­czuł się obo­wią­za­ny kop­nia­kiem pod­ciąć mu rękę i po­now­nie roz­cią­gnął go na chod­ni­ku. Tę me­to­dę moż­na jed­nak było po­trak­to­wać co naj­wy­żej jako tym­cza­so­we i w do­dat­ku dość obrzy­dli­we roz­wią­za­nie. Clay chwy­cił rę­ko­jeść noża, skrzy­wił się, czu­jąc pod pal­ca­mi maź nie cał­kiem za­krze­płej krwi (wra­że­nie po­dob­ne do ści­ska­nia ka­wał­ka zim­ne­go sa­dła) i po­cią­gnął. Ostrze wy­su­nę­ło się odro­bi­nę i uwię­zło… albo pal­ce ze­śli­zgnę­ły mu się z rę­ko­je­ści. Po­my­ślał, że sły­szy do­bie­ga­ją­ce z wnę­trza tecz­ki po­ję­ki­wa­nia swo­ich bo­ha­te­rów, i sam też jęk­nął. Nie mógł się po­wstrzy­mać. Tak jak nie mógł prze­stać się za­sta­na­wiać, co po­cznie z no­żem, kie­dy już zdo­ła go wy­szarp­nąć. Za­dźga nim sza­leń­ca? Za­pew­ne mógł­by to zro­bić jesz­cze przed chwi­lą, ale chy­ba nie te­raz.

– Co się dzie­je? – za­py­tał płacz­li­wie czło­wie­czek z wą­si­kiem. Po­mi­mo zde­ner­wo­wa­nia Claya uję­ła au­ten­tycz­na tro­ska w gło­sie tam­te­go. – Zra­nił pana? Przez mo­ment za­sła­niał mi go pan i nie wi­dzia­łem, co się dzia­ło. Do­rwał pana? Jest pan ran­ny?

– Nie, wszyst­ko w po…

Z pół­no­cy do­biegł od­głos ko­lej­nej po­tęż­nej eks­plo­zji, nie­mal na pew­no na lot­ni­sku Lo­gan po dru­giej stro­nie za­to­ki. Obaj od­ru­cho­wo sku­li­li się i skrzy­wi­li. Sza­le­niec sko­rzy­stał z oka­zji i usiadł, ale nie zdą­żył zro­bić nic wię­cej, po­nie­waż ni­ski męż­czy­zna w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze wy­mie­rzył mu nie­zdar­ne­go, ale sku­tecz­ne­go kop­nia­ka w klat­kę pier­sio­wą, tra­fia­jąc w sam śro­dek po­cię­te­go kra­wa­ta i znów prze­wra­ca­jąc męż­czy­znę na ple­cy. Wa­riat ryk­nął i pró­bo­wał chwy­cić go za sto­pę. Przy­cią­gnął­by go do sie­bie i za­mknął w śmier­tel­nym uści­sku, gdy­by Clay nie zła­pał no­we­go zna­jo­me­go za ra­mię i nie od­cią­gnął na bok.

– Za­brał mi but! – wy­krzyk­nął czło­wie­czek. Za ich ple­ca­mi roz­bi­ły się dwa ko­lej­ne sa­mo­cho­dy. Roz­le­gły się nowe krzy­ki i sy­gna­ły alar­mów: sa­mo­cho­do­wych, prze­ciw­po­ża­ro­wych, prze­ciw­wła­ma­nio­wych. W od­da­li za­wo­dzi­ły sy­re­ny. – Ten drań za­brał mi…

Na­gle obok nich po­ja­wił się po­li­cjant. Za­pew­ne je­den z in­ter­we­niu­ją­cych po dru­giej stro­nie uli­cy, po­my­ślał Clay i gdy funk­cjo­na­riusz przy­klęk­nął przy beł­ko­czą­cym sza­leń­cu, Clay był nie­mal go­tów go po­ko­chać. Że też za­dał so­bie trud, by do nich przy­biec! Że też w ogó­le zwró­cił na nich uwa­gę!

– Le­piej niech pan uwa­ża – ostrzegł po­li­cjan­ta męż­czy­zna z wą­si­kiem. – On jest…

– Wiem, czym on jest – prze­rwał mu po­li­cjant i Clay za­uwa­żył, że gli­niarz trzy­ma w ręce pi­sto­let. Nie miał po­ję­cia, czy wy­cią­gnął go wcze­śniej, czy do­pie­ro te­raz, za bar­dzo był za­ję­ty wy­ra­ża­niem wdzięcz­no­ści, żeby zwra­cać uwa­gę na ta­kie szcze­gó­ły.

Funk­cjo­na­riusz spoj­rzał na sza­leń­ca. Po­chy­lił się nad nim ni­sko, bar­dzo ni­sko. Jak­by za­mie­rzał zło­żyć mu in­tym­ną pro­po­zy­cję.

– No, ko­leś, co z tobą? – mruk­nął. – Co wy­ra­biasz?

Tam­ten na­tych­miast rzu­cił się na nie­go, chwy­ta­jąc go za gar­dło. Gdy tyl­ko to zro­bił, po­li­cjant bły­ska­wicz­nie przy­ło­żył mu lufę do skro­ni i na­ci­snął spust. Z si­wa­wych wło­sów po dru­giej stro­nie gło­wy wy­try­snął gej­zer krwi i sza­le­niec opadł bez­wład­nie na chod­nik, me­lo­dra­ma­tycz­nie roz­kła­da­jąc ręce. Spójrz, ma­mu­siu, nie żyję.

Clay i ni­ski męż­czy­zna z wą­si­kiem spoj­rze­li po so­bie. Po­tem po­pa­trzy­li na po­li­cjan­ta, któ­ry scho­wał pi­sto­let do ka­bu­ry i się­gnął po skó­rza­ne etui do kie­sze­ni na pier­si. Clay z ulgą do­strzegł, że ręka, któ­rą to ro­bił, lek­ko drża­ła. Oba­wiał się go, ale bał­by się jesz­cze bar­dziej, gdy­by po­li­cjan­to­wi nie trzę­sły się ręce. To, co się sta­ło, nie było od­osob­nio­nym przy­pad­kiem. Huk wy­strza­łu spra­wił, że Clay jak­by od­zy­skał słuch. Te­raz sły­szał inne wy­strza­ły, po­je­dyn­cze trza­ski prze­bi­ja­ją­ce się przez co­raz gło­śniej­szą ka­ko­fo­nię.

Po­li­cjant wy­jął ja­kąś kar­tecz­kę ze skó­rza­ne­go etui – Clay miał wra­że­nie, że to wi­zy­tów­ka – po czym scho­wał je do kie­sze­ni. Trzy­mał kart­kę w dwóch pal­cach le­wej ręki, a pra­wą po­now­nie po­ło­żył na rę­ko­je­ści służ­bo­we­go pi­sto­le­tu. Obok jego nie­na­gan­nie wy­czysz­czo­nych bu­tów na chod­ni­ku roz­le­wa­ła się ka­łu­ża krwi sza­leń­ca. Nie­co da­lej le­ża­ła mar­twa ko­bie­ta w ża­kie­cie, w dru­giej ka­łu­ży krwi, któ­ra już za­czę­ła za­sy­chać i przy­bra­ła ciem­niej­szą bar­wę.

– Jak się pan na­zy­wa? – za­py­tał po­li­cjant Claya.

– Clay­ton Rid­dell.

– Może mi pan po­wie­dzieć, kto jest te­raz pre­zy­den­tem?

Clay po­wie­dział.

– Może mi pan po­wie­dzieć, jaki mamy dzi­siaj dzień?

– Pierw­szy paź­dzier­ni­ka. Czy wie pan, co się…

Funk­cjo­na­riusz prze­niósł wzrok na ni­skie­go męż­czy­znę z wą­si­kiem.

– Pań­skie na­zwi­sko?

– Je­stem Tho­mas McCo­urt, Sa­lem Stre­et sto czter­dzie­ści, Mal­den. Ja…

– Czy po­tra­fi pan po­dać na­zwi­sko kontr­kan­dy­da­ta obec­ne­go pre­zy­den­ta w ostat­nich wy­bo­rach?

Tom McCo­urt po­tra­fił.

– Z kim oże­nił się Brad Pitt?

McCo­urt bez­rad­nie roz­ło­żył ręce.

– A skąd mam wie­dzieć? Pew­nie z ja­kąś gwiaz­dą fil­mo­wą…

– W po­rząd­ku. – Gli­niarz wrę­czył Clay­owi kar­tecz­kę, któ­rą trzy­mał w pal­cach. – Je­stem ofi­cer Ulrich Ash­land. To moja wi­zy­tów­ka. Obaj pa­no­wie mo­że­cie zo­stać we­zwa­ni w cha­rak­te­rze świad­ków. Po­trze­bo­wa­li­ście po­mo­cy, po­spie­szy­łem z nią, zo­sta­łem za­ata­ko­wa­ny, za­re­ago­wa­łem.

– Pan chciał go za­bić – po­wie­dział Clay.

– Tak, pro­szę pana. Sta­ra­my się jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć mę­czar­nie tylu z nich, ilu się da. Je­śli po­wtó­rzy pan moje sło­wa przed sę­dzią lub ja­kąś ko­mi­sją, bez wa­ha­nia się ich wy­prę. Jed­nak tak to wy­glą­da. Ci nie­szczę­śni­cy są do­słow­nie wszę­dzie. Nie­któ­rzy tyl­ko po­peł­nia­ją sa­mo­bój­stwo. Inni ata­ku­ją lu­dzi. – Za­wa­hał się, po czym do­dał: – Zda­je się, że ata­ku­ją wszy­scy po­zo­sta­li. – Jak­by na po­twier­dze­nie jego słów po dru­giej stro­nie uli­cy padł strzał, a po­tem trzy ko­lej­ne, na­stę­pu­ją­ce szyb­ko po so­bie. Wszyst­kie do­bie­gły od stro­ny za­da­szo­ne­go wej­ścia do ho­te­lu Four Se­asons, któ­re te­raz za­mie­ni­ło się w ster­tę po­tłu­czo­ne­go szkła, zwłok, roz­bi­tych sa­mo­cho­dów i ka­łuż krwi. – Zu­peł­nie jak w ja­kiejś pie­przo­nej Nocy ży­wych tru­pów. – Po­li­cjant za­czął wy­co­fy­wać się na dru­gą stro­nę Boyl­ston Stre­et, wciąż trzy­ma­jąc dłoń na rę­ko­je­ści pi­sto­le­tu. – Tyle że ci lu­dzie nie są mar­twi. Do­pó­ki im nie po­mo­że­my, rzecz ja­sna.

– Rick! – wo­łał jego part­ner z dru­giej stro­ny uli­cy. – Rick, mu­si­my je­chać na lot­ni­sko! Wszyst­kie jed­nost­ki! Chodź tu pręd­ko!

Ash­land ro­zej­rzał się na boki, ale uli­cą nie nad­jeż­dżał ża­den po­jazd. Je­śli nie li­czyć wra­ków roz­bi­tych sa­mo­cho­dów, Boyl­ston Stre­et była chwi­lo­wo zu­peł­nie pu­sta. Jed­nak z oko­licz­nych ulic wciąż do­bie­ga­ły od­gło­sy wy­bu­chów i ło­skot zde­rzeń. Co­raz wy­raź­niej czuć było rów­nież woń spa­le­ni­zny. Po­li­cjant za­czął prze­cho­dzić przez jezd­nię, ale w po­ło­wie za­trzy­mał się i od­wró­cił.

– Scho­waj­cie się gdzieś. Do tej pory mie­li­ście szczę­ście, ale to się może zmie­nić.

– Ofi­ce­rze Ash­land – za­wo­łał Clay. – Wy chy­ba nie uży­wa­cie te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, praw­da?

Po­li­cjant przyj­rzał mu się uważ­nie, sto­jąc na środ­ku Boyl­ston Stre­et. Zda­niem Claya nie było to zbyt bez­piecz­ne miej­sce. Wciąż miał w pa­mię­ci ten roz­pę­dzo­ny au­to­kar tu­ry­stycz­ny.

– Nie, pro­szę pana – od­parł po­li­cjant. – Mamy w sa­mo­cho­dach ra­dio­sta­cje. I te… – Po­kle­pał krót­ko­fa­lów­kę za­wie­szo­ną przy pa­sie na dru­gim bio­drze.

Clay, po­że­ra­ją­cy ko­mik­sy, od kie­dy na­uczył się czy­tać, na­tych­miast po­my­ślał o cu­dow­nym wie­lo­funk­cyj­nym pa­sie Bat­ma­na.

– Więc nie ko­rzy­staj­cie z nich – ostrzegł. – Niech pan po­wie in­nym. Nie uży­waj­cie te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych.

– Dla­cze­go pan tak mówi?

– Po­nie­waż one ich uży­wa­ły. – Wska­zał na mar­twą ko­bie­tę i nie­przy­tom­ną dziew­czy­nę. – Na mo­ment przed­tem, nim osza­la­ły. Za­ło­żę się, o co tyl­ko pan chce, że ten fa­cet z no­żem…

– Rick! – wrza­snął po­li­cjant po dru­giej stro­nie uli­cy. – Po­spiesz się, do cho­le­ry!

– Scho­waj­cie się gdzieś – po­wtó­rzył Ash­land i po­truch­tał na dru­gą stro­nę Boyl­ston Stre­et. Clay chęt­nie po­no­wił­by ostrze­że­nie o te­le­fo­nach ko­mór­ko­wych, ale ucie­szył się, że po­li­cjant bez­piecz­nie do­tarł do ho­te­lu. Cho­ciaż Clay nie wie­rzył, żeby tego po­po­łu­dnia kto­kol­wiek w Bo­sto­nie na­praw­dę był bez­piecz­ny.

4

– Co pan robi? – za­py­tał Clay Toma McCo­ur­ta. – Pro­szę go nie do­ty­kać, może to jest… sam nie wiem, za­raź­li­we.

– Nie za­mie­rzam go do­ty­kać – od­parł Tom – ale mu­szę od­zy­skać but.

But, le­żą­cy tuż obok roz­cza­pie­rzo­nych pal­ców le­wej ręki sza­leń­ca, był przy­najm­niej da­le­ko od ka­łu­ży krwi. Tom ostroż­nie za­ha­czył go pal­ca­mi i przy­cią­gnął do sie­bie. Po­tem usiadł na kra­węż­ni­ku Boyl­ston Stre­et – w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym fur­go­net­ka Mi­ster So­ftee sta­ła tak nie­daw­no, choć Clay przy­siągł­by, że całe wie­ki temu – i wło­żył but.

– Sznu­ro­wa­dło jest ze­rwa­ne – po­wie­dział. – Ten cho­ler­ny świr ro­ze­rwał sznu­ro­wa­dło.

I znów za­czął pła­kać.

– Niech pan zro­bi z nimi, co się da – rzekł Clay. Za­czął wy­cią­gać nóż wbi­ty w tecz­kę. Ostrze we­szło z po­twor­ną siłą, tak więc mu­siał po­ru­szać nim w górę i w dół, żeby je wy­rwać.

Wy­su­wa­ło się opor­nie, ma­ły­mi sko­ka­mi, ze zgrzy­tem, od któ­re­go cier­pła skó­ra. Za­sta­na­wiał się, któ­ra z po­sta­ci naj­bar­dziej ucier­pia­ła. Zda­wał so­bie spra­wę, że to głu­pie my­śli spo­wo­do­wa­ne szo­kiem, ale nic nie mógł na to po­ra­dzić. – Może pan za­wią­zać je ni­żej?

– Tak, my­ślę, że…

Clay od pew­ne­go cza­su sły­szał ja­kieś brzę­cze­nie, jak­by me­cha­nicz­ne­go ko­ma­ra, któ­re zbli­ża­ło się i zmie­ni­ło w wy­raź­ny war­kot. Tom pod­niósł gło­wę, sie­dząc na kra­węż­ni­ku. Clay od­wró­cił się na pię­cie. Nie­wiel­ka ka­ra­wa­na ra­dio­wo­zów ru­sza­ją­cych sprzed ho­te­lu Four Se­asons za­trzy­ma­ła się przed skle­pem me­blo­wym i roz­bi­tym au­to­ka­rem tu­ry­stycz­nym. Po­li­cjan­ci wy­chy­li­li się z okien, gdy ja­kaś pry­wat­na ma­szy­na – śred­niej wiel­ko­ści, może ces­sna, a może twin bo­nan­za, Clay za sła­bo znał się na sa­mo­lo­tach, żeby je od­róż­nić – prze­le­cia­ła po­wo­li nad bu­dyn­ka­mi mię­dzy por­tem a par­kiem, szyb­ko tra­cąc wy­so­kość. Nad par­kiem sa­mo­lot wszedł w nie­kon­tro­lo­wa­ny głę­bo­ki skręt, pra­wie za­wa­dza­jąc skrzy­dłem o czu­bek jed­ne­go z roz­ja­śnio­nych przez je­sień drzew, po czym wy­rów­nał lot nad Char­les Stre­et, jak­by pi­lot uznał, że zna­lazł się nad pa­sem star­to­wym. Za­raz po­tem, na wy­so­ko­ści oko­ło dwu­dzie­stu stóp nad zie­mią, ma­szy­na prze­chy­li­ła się ostro w lewo i za­wa­dzi­ła skrzy­dłem o fa­sa­dę bu­dyn­ku z sza­re­go pia­skow­ca – być może ban­ku – na rogu Char­les i Ba­con Stre­et. Wra­że­nie, że ma­szy­na po­ru­sza się po­wo­li, nie­mal jak szy­bo­wiec, w mgnie­niu oka oka­za­ło się złu­dze­niem. Sa­mo­lot za­wi­ro­wał jak jar­marcz­ny wia­tra­czek, ude­rzył w są­sia­du­ją­cy z ban­kiem dom z czer­wo­nej ce­gły i znik­nął w roz­bły­sku po­ma­rań­czo­wo­czer­wo­ne­go ognia. Fala ude­rze­nio­wa prze­to­czy­ła się przez park. Kacz­ki pierz­chły przed nią w po­pło­chu.

Clay spoj­rzał w dół i spo­strzegł, że trzy­ma w ręce nóż rzeź­nic­ki. Wy­rwał go bez­wied­nie, ob­ser­wu­jąc z To­mem McCo­ur­tem ka­ta­stro­fę sa­mo­lo­tu. Wy­tarł ostrze o ko­szu­lę, uwa­ża­jąc, żeby się nie ska­le­czyć (te­raz jemu trzę­sły się ręce). Po­tem rów­nie ostroż­nie wsu­nął go za pa­sek, aż po rę­ko­jeść. Ro­biąc to, przy­po­mniał so­bie jed­ną ze swych pierw­szych prac… a wła­ści­wie mło­dzień­czych prób.

– Pi­rat Jo­xer do two­ich usług, moja dro­ga… – wy­mam­ro­tał.

– Co ta­kie­go? – za­py­tał Tom.

Stał te­raz obok Claya, ga­piąc się na sza­le­ją­cy po­żar, któ­ry tra­wił szcząt­ki sa­mo­lo­tu. Z ognia ster­czał tyl­ko ogon ma­szy­ny. Clay od­czy­tał nu­mer LN6409B. Nad nim wid­niał ja­kiś em­ble­mat, chy­ba ae­ro­klu­bu.

Po chwi­li i on znikł w pło­mie­niach.

Clay po­czuł na twa­rzy pul­su­ją­ce fale cie­pła.

– Nic – po­wie­dział do ni­skie­go fa­ce­ta w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze. – Le­piej spa­daj­my stąd.

– Hę?

– Wy­no­śmy się stąd.

– Ach, tak. Ja­sne.

Clay ru­szył wzdłuż par­ku, w tym sa­mym kie­run­ku, w któ­rym zmie­rzał o trze­ciej po po­łu­dniu, czy­li osiem­na­ście mi­nut i wie­ki temu. Tom McCo­urt po­spie­szył za nim. Na­praw­dę był bar­dzo ni­ski.

– Niech mi pan po­wie – rzekł. – Czy czę­sto gada pan od rze­czy?

– Ja­sne – od­parł Clay. – Niech pan tyl­ko spy­ta o to moją żonę.

5

– Do­kąd idzie­my? – za­py­tał Tom. – Ja sze­dłem do me­tra. – Wska­zał na po­ma­lo­wa­ny na zie­lo­no kiosk nie­mal prze­czni­cę da­lej. Kłę­bił się tam spo­ry tłu­mek. – Te­raz nie je­stem pe­wien, czy scho­dze­nie pod zie­mię to do­bry po­mysł.

– Ani ja. Mam po­kój w Atlan­tic Ave­nue Inn, ja­kieś pięć prze­cznic stąd.

Tom się roz­pro­mie­nił.

– Wiem, gdzie to jest. W Lo­uden, tuż nad Atlan­ty­kiem.

– Zga­dza się. Chodź­my tam. Zo­ba­czy­my, co mó­wią w te­le­wi­zji. Poza tym mu­szę za­dzwo­nić do żony.

– Ze sta­cjo­nar­ne­go?

– Ja­sne. Na­wet nie mam ko­mór­ki.

– Ja mam, ale zo­sta­wi­łem ją w domu. Jest ze­psu­ta. Rafe – mój kot – zrzu­cił ją z bar­ku. Dzi­siaj chcia­łem ku­pić nową, ale… Niech pan po­słu­cha, pa­nie Rid­dell…

– Clay.

– Clay… Je­steś pe­wien, że te­le­fon w ho­te­lu bę­dzie bez­piecz­ny?

Clay sta­nął jak wry­ty. Rze­czy­wi­ście, nie przy­szło mu to do gło­wy. Tyl­ko że je­śli na­wet zwy­kłe te­le­fo­ny nie są bez­piecz­ne, to co jest? Wła­śnie miał po­dzie­lić się tą my­ślą z To­mem, ale nie zdą­żył, gdyż przy wej­ściu do me­tra wy­bu­chło ja­kieś za­mie­sza­nie. Sły­chać było okrzy­ki prze­stra­chu, dzi­kie wrza­ski, a tak­że ten idio­tycz­ny beł­kot – któ­ry te­raz roz­po­zna­wał jako nie­chyb­ną ozna­kę sza­leń­stwa. Tłum lu­dzi krę­cą­cych się przy bud­ce kasy i wio­dą­cych na sta­cję scho­dach roz­pierzchł się. Kil­ka osób wy­bie­gło na jezd­nię (dwie moc­no obej­mo­wa­ły się i z prze­ra­że­niem spo­glą­da­ły za sie­bie). Po­zo­sta­łe roz­pierz­chły się po par­ku, każ­da w inną stro­nę, na wi­dok cze­go Clay­owi ści­snę­ło się ser­ce. Wy­da­wa­ło mu się, że tam­tym dwoj­gu, obej­mu­ją­cym się, jest lżej.

Przy zej­ściu do sta­cji zo­sta­ło dwóch męż­czyzn i dwie ko­bie­ty. Clay był prze­ko­na­ny, że to wła­śnie oni wy­szli ze sta­cji i spo­wo­do­wa­li tę pa­nicz­ną uciecz­kę. Te­raz ta po­zo­sta­ła czwór­ka za­czę­ła wal­czyć ze sobą. Bili się z hi­ste­rycz­nym za­pa­mię­ta­niem, któ­re już wi­dział, ale kom­plet­nie bez sen­su. To nie była wal­ka troj­ga na jed­no ani dwoj­ga prze­ciw­ko dwoj­gu, czy chłop­ców z dziew­czy­na­mi – tym bar­dziej że jed­na z „dziew­czyn” wy­glą­da­ła na sześć­dzie­się­cio­kil­ku­let­nią, a krę­pa bu­do­wa cia­ła i krót­ko ostrzy­żo­ne wło­sy upodob­nia­ły ją do kil­ku zna­nych Clay­owi, zbli­ża­ją­cych się do wie­ku eme­ry­tal­ne­go na­uczy­cie­lek.

Ko­pa­li, młó­ci­li pię­ścia­mi, dra­pa­li i rwa­li zę­ba­mi, sa­piąc i wrzesz­cząc, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na le­żą­cych wo­kół lu­dzi – nie­przy­tom­nych albo mar­twych. Je­den z męż­czyzn po­tknął się o czy­jąś nogę i padł na ko­la­na. Młod­sza ko­bie­ta w ułam­ku se­kun­dy sko­czy­ła na nie­go, on zaś chwy­cił ja­kiś przed­miot z naj­wyż­sze­go stop­nia – Clay ani tro­chę się nie zdzi­wił, spo­strze­gł­szy, że to te­le­fon ko­mór­ko­wy – i z ca­łej siły rąb­nął ją w bok gło­wy. Apa­rat roz­padł się na ka­wał­ki, ka­le­cząc po­li­czek ko­bie­ty. Stru­mień krwi try­snął na ja­sny ża­kiet, lecz od­głos, któ­ry wy­do­był się z jej ust, był ra­czej okrzy­kiem wście­kło­ści niż bólu. Chwy­ci­ła klę­czą­ce­go męż­czy­znę za uszy jak za uchwy­ty dzba­na, z im­pe­tem opa­dła mu ko­la­na­mi na pod­brzu­sze i po­pchnę­ła go w tył, w mrok scho­dów me­tra. Znik­nę­li z oczu pa­trzą­cych, sple­ce­ni w cia­sny kłąb jak pa­rzą­ce się koty.

– Chodź­my – wy­mam­ro­tał Tom i za­ska­ku­ją­co de­li­kat­nie po­cią­gnął Claya za ko­szu­lę. – Chodź­my stąd. Dru­gą stro­ną uli­cy. Chodź­my.

Clay po­zwo­lił się prze­pro­wa­dzić przez Boyl­ston Stre­et. Albo Tom McCo­urt uważ­nie się roz­glą­dał, albo mie­li dużo szczę­ścia, po­nie­waż cali i zdro­wi do­tar­li na dru­gą stro­nę. Przy­sta­nę­li przed wi­try­ną księ­gar­ni (Naj­lep­sze Sta­re i Naj­lep­sze Nowe), pa­trząc, jak nie­ocze­ki­wa­na zwy­cięż­czy­ni bi­twy przy wej­ściu do me­tra ma­sze­ru­je wiel­ki­mi kro­ka­mi w kie­run­ku pło­ną­ce­go sa­mo­lo­tu, a krew ka­pie jej na koł­nie­rzyk z koń­ców ostrzy­żo­nych si­wych wło­sów. Clay wca­le nie był za­sko­czo­ny tym, że z po­tycz­ki zwy­cię­sko wy­szła ko­bie­ta o wy­glą­dzie szkol­nej bi­blio­te­kar­ki albo na­uczy­ciel­ki ła­ci­ny na rok lub dwa przed eme­ry­tu­rą. Kie­dy pra­co­wał w szko­le, spo­ty­kał ta­kie damy i wie­dział, że te, któ­re do­trwa­ły wie­ku przed­eme­ry­tal­ne­go, były nie­mal­że nie­znisz­czal­ne.

Otwo­rzył usta, by po­dzie­lić się tą re­flek­sją z To­mem – wy­da­wa­ło mu się, że bę­dzie to cał­kiem dow­cip­ne – ale z ust wy­do­był mu się tyl­ko ci­chy jęk. Rów­no­cze­śnie za­szkli­ły mu się oczy, a świat stał się nie­wy­raź­ny i roz­ma­za­ny. Naj­wi­docz­niej nie tyl­ko Tom McCo­urt, nie­du­ży czło­wie­czek w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze, miał pro­ble­my z go­spo­dar­ką wod­ną. Clay otarł oczy rę­ka­wem i po­now­nie spró­bo­wał coś po­wie­dzieć – z ta­kim sa­mym skut­kiem.

– W po­rząd­ku – po­wie­dział Tom. – Nie walcz z tym.

I Clay po­słu­chał go, sto­jąc przed wi­try­ną księ­gar­ni peł­nej sto­sów ksią­żek ota­cza­ją­cych ma­szy­nę do pi­sa­nia mar­ki Roy­al, wy­pro­du­ko­wa­ną na dłu­go przed epo­ką te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej. Pła­kał nad ko­bie­tą w ża­kie­cie i spodniach, nad Pi­xie Ja­sną i Pi­xie Ciem­ną, a tak­że nad sobą, po­nie­waż Bo­ston nie był jego do­mem, któ­ry jesz­cze nig­dy nie wy­da­wał się tak od­le­gły.

6

W pew­nej od­le­gło­ści od par­ku Boyl­ston Stre­et zwę­ża­ła się i była tak za­pcha­na sa­mo­cho­da­mi – za­rów­no roz­bi­ty­mi, jak i po­rzu­co­ny­mi – że mo­gli już się nie oba­wiać roz­pę­dzo­nych li­mu­zyn ani au­to­ka­rów. Co za ulga. Z ca­łe­go mia­sta do­bie­ga­ły od­gło­sy, ja­kie mo­gły­by to­wa­rzy­szyć syl­we­stro­wej za­ba­wie w pie­kle. W po­bli­żu też sły­chać było ha­ła­sy – głów­nie za­wo­dze­nie sa­mo­cho­do­wych i skle­po­wych alar­mów – ale sama uli­ca była w tym mo­men­cie dziw­nie pu­sta. „Scho­waj­cie się gdzieś – po­wie­dział funk­cjo­na­riusz Ash­land. – Do tej pory mie­li­ście szczę­ście, ale to się może zmie­nić”.

Dwie prze­czni­ce od księ­gar­ni i jed­ną przed nie­zbyt re­pre­zen­ta­cyj­nym ho­te­lem Claya znów do­pi­sa­ło im szczę­ście. Z bocz­nej uli­cy wy­padł na­stęp­ny sza­le­niec – tym ra­zem bli­sko dwu­dzie­sto­pię­cio­let­ni męż­czy­zna, któ­re­go mu­sku­la­tu­rę ukształ­to­wa­ły ste­ry­dy – i prze­mknął przez uli­cę, prze­cho­dząc po ma­skach dwóch scze­pio­nych przed­ni­mi zde­rza­ka­mi sa­mo­cho­dów i beł­ko­cząc nie­zro­zu­mia­le. W obu rę­kach ści­skał an­te­ny sa­mo­cho­do­we, któ­ry­mi wście­kle dźgał po­wie­trze, ma­sze­ru­jąc jak au­to­mat. Miał na so­bie tyl­ko no­wiut­kie spor­to­we buty Nike z ja­skra­wo­czer­wo­ny­mi sznu­ro­wa­dła­mi. Pe­nis ko­ły­sał mu się na boki jak wa­ha­dło ze­ga­ra. Prze­szedł na dru­gą stro­nę uli­cy i skrę­cił na za­chód, w kie­run­ku par­ku, prę­żąc mię­śnie po­ślad­ków w nie­sa­mo­wi­tym ryt­mie.

Tom McCo­urt zła­pał Claya za ra­mię i moc­no trzy­mał, do­pó­ki sza­le­niec nie znikł im z oczu. Do­pie­ro wte­dy roz­luź­nił chwyt.

– Gdy­by nas za­uwa­żył…

– Taak, ale nie za­uwa­żył – prze­rwał mu Clay.

Na­gle po­czuł się ab­sur­dal­nie szczę­śli­wy. Oczy­wi­ście zda­wał so­bie spra­wę, że to uczu­cie szyb­ko mi­nie, ale na ra­zie się nim roz­ko­szo­wał. Czuł się jak czło­wiek, któ­ry trzy­ma w ręku bom­bo­wą kar­tę i za­raz zgar­nie dużą pulę.

– Współ­czu­ję temu, kogo za­uwa­ży – mruk­nął Tom.

– Ja nie za­zdrosz­czę temu, kto zo­ba­czy jego – po­wie­dział Clay. – Chodź­my.

7

Drzwi Atlan­tic Ave­nue Inn były za­mknię­te.

Clay był tym tak za­sko­czo­ny, że przez chwi­lę tyl­ko stał, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc prze­krę­cić klam­kę i usi­łu­jąc oswo­ić się z tą my­ślą. Drzwi jego ho­te­lu za­mknię­to.

Tom do­łą­czył do nie­go, oparł czo­ło o szy­bę i zaj­rzał do środ­ka. Z pół­no­cy – na pew­no z lot­ni­ska – do­biegł od­głos ko­lej­nej po­tęż­nej eks­plo­zji, lecz tym ra­zem Clay za­le­d­wie się skrzy­wił. Tom McCo­urt w ogó­le nie za­re­ago­wał. Był zbyt za­ab­sor­bo­wa­ny tym, co zo­ba­czył.

– Na pod­ło­dze leży mar­twy fa­cet – oznaj­mił wresz­cie. – W li­be­rii, ale chy­ba za sta­ry na boya.

– Nie po­trze­bu­ję, żeby ktoś mi po­niósł pie­przo­ny ba­gaż – mruk­nął Clay. – Chcę tyl­ko do­stać się do po­ko­ju!

Tom wy­dał dziw­ny, zdu­szo­ny od­głos. Clay po­my­ślał, że jego mały to­wa­rzysz znów pła­cze, ale za­raz zro­zu­miał, że to stłu­mio­ny śmiech.

Na jed­nym skrzy­dle szkla­nych drzwi wid­niał na­pis ATLAN­TIC AVE­NUE INN, a na dru­gim bez­czel­ne kłam­stwo: NAJ­LEP­SZY AD­RES W BO­STO­NIE. Tom ude­rzył otwar­tą dło­nią w szy­bę mię­dzy „naj­lep­szym ad­re­sem w Bo­sto­nie” a rzę­dem sym­bo­li kart kre­dy­to­wych.

Clay rów­nież zaj­rzał do środ­ka. Hol nie był duży. Po le­wej znaj­do­wa­ła się re­cep­cja. Po pra­wej dwie win­dy. Na po­sadz­ce le­żał tur­ku­so­wy chod­nik, a na nim męż­czy­zna w po­de­szłym wie­ku w li­be­rii, twa­rzą do dołu, z jed­ną sto­pą opar­tą o kra­wędź ka­na­py i z dużą, opra­wio­ną w ramy re­pro­duk­cją ma­ry­ni­stycz­ne­go ob­ra­zu na tył­ku.

Clay na­tych­miast stra­cił do­bry hu­mor, a kie­dy Tom za­czął wa­lić pię­ścią w szkla­ną ta­flę, po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu.

– Daj spo­kój – po­wie­dział. – Nie wpusz­czą nas, na­wet je­śli są żywi i nor­mal­ni. – Za­sta­no­wił się. – Szcze­gól­nie je­śli są nor­mal­ni – do­dał.

Tom zmie­rzył go ba­daw­czym spoj­rze­niem.

– Jesz­cze nie ro­zu­miesz, co?

– Niby cze­go? – spy­tał Clay.

– Wszyst­ko się zmie­ni­ło. Nie mogą nas nie wpu­ścić. – Strzą­snął dłoń Claya z ra­mie­nia, zbli­żył twarz do szy­by i krzyk­nął ile sił w płu­cach: – Hej! Hej tam, w środ­ku!

Clay po­my­ślał, że Tom ma za­ska­ku­ją­co sil­ny głos jak na czło­wie­ka ta­kiej po­stu­ry.

Żad­nej re­ak­cji. Sta­ry por­tier nadal le­żał mar­twy z ob­ra­zem na tył­ku.

– Hej, je­śli tam je­ste­ście, to le­piej otwórz­cie te cho­ler­ne drzwi! Czło­wiek, któ­ry jest ze mną, miesz­ka w tym ho­te­lu, a ja je­stem jego go­ściem! Otwórz­cie, bo jak nie, to we­zmę bru­ko­wiec i wy­bi­ję szy­bę! Sły­szy­cie mnie?

– Bru­ko­wiec? – po­wtó­rzył z nie­do­wie­rza­niem Clay i par­sk­nął śmie­chem. – Na­praw­dę po­wie­dzia­łeś „bru­ko­wiec”? Ale nu­mer.

Ro­ze­śmiał się jesz­cze gło­śniej. Nie mógł się po­wstrzy­mać. Na­gle ką­tem oka do­strzegł ja­kiś ruch po le­wej stro­nie. Od­wró­cił się i zo­ba­czył na­sto­lat­kę, sto­ją­cą na chod­ni­ku kil­ka jar­dów od nich. Przy­glą­da­ła się im wy­trzesz­czo­ny­mi ze stra­chu ocza­mi. Mia­ła na so­bie bia­łą su­kien­kę z wiel­ką pla­mą krwi na de­kol­cie. Krew za­schła jej pod no­sem, na ustach i bro­dzie. Poza roz­bi­tym no­sem dziew­czy­na nie mia­ła żad­nych po­waż­niej­szych ob­ra­żeń i nie spra­wia­ła wra­że­nia sza­lo­nej, tyl­ko zszo­ko­wa­nej. Nie­mal na śmierć.

– Nic ci nie jest? – za­py­tał Clay.

Zro­bił krok w jej kie­run­ku, a ona na­tych­miast cof­nę­ła się o krok. Trud­no było mieć jej to za złe, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Za­trzy­mał się i pod­niósł rękę jak po­li­cjant na skrzy­żo­wa­niu: nie ru­szaj się.

Tom zer­k­nął w jej stro­nę, po czym po­now­nie za­ło­mo­tał pię­ścią w szy­bę, tym ra­zem tak sil­nie, że szkla­na ta­fla za­drża­ła w sta­rej drew­nia­nej ra­mie, a jego od­bi­cie za­mi­go­ta­ło.

– To ostat­nie ostrze­że­nie! Wpuść­cie nas albo wej­dzie­my sami!

Clay już otwo­rzył usta, by mu po­wie­dzieć, że ten nu­mer nie przej­dzie, na pew­no nie dzi­siaj, kie­dy zza kon­tu­aru re­cep­cji po­wo­li wy­ło­ni­ła się łysa gło­wa. Jak­by pa­trzy­li na wy­nu­rza­ją­cy się pe­ry­skop. Clay roz­po­znał tego czło­wie­ka, za­nim jesz­cze zo­ba­czył jego twarz. To był re­cep­cjo­ni­sta, któ­ry za­mel­do­wał go, pod­bił bi­let par­kin­go­wy na par­king prze­czni­cę da­lej, a dzi­siaj rano mu wy­tłu­ma­czył, jak tra­fić do ho­te­lu przy Co­pley Squ­are. Jesz­cze przez chwi­lę po­zo­stał za swo­im biur­kiem, więc Clay po­ka­zał mu przez szy­bę klucz z zie­lo­ną pla­sti­ko­wą przy­wiesz­ką Atlan­tic Ave­nue Inn. Po­tem pod­niósł tak­że tecz­kę z port­fo­lio w na­dziei, że może re­cep­cjo­ni­sta ją so­bie przy­po­mni.

Może tak wła­śnie się sta­ło, ale ra­czej fa­cet do­szedł do wnio­sku, że nie ma in­ne­go wyj­ścia. Tak czy in­a­czej wy­szedł zza kon­tu­aru i po­truch­tał do drzwi, omi­ja­jąc sze­ro­kim łu­kiem nie­ru­cho­me cia­ło. Clay Rid­dell po­my­ślał, że chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu wi­dzi, jak ktoś bie­gnie z ocią­ga­niem. Zna­la­zł­szy się przy drzwiach, re­cep­cjo­ni­sta zmie­rzył wzro­kiem naj­pierw Claya, a po­tem Toma, i znów Claya. Cho­ciaż naj­wy­raź­niej nie uspo­ko­iło go to, co zo­ba­czył, wy­jął z kie­sze­ni pęk klu­czy na me­ta­lo­wym kół­ku, szyb­ko od­szu­kał wła­ści­wy, wło­żył do zam­ka i prze­krę­cił. Clay na­tych­miast się­gnął do gał­ki, ale re­cep­cjo­ni­sta po­wstrzy­mał go ta­kim sa­mym ge­stem, ja­kie­go on użył nie­daw­no wo­bec dziew­czy­ny, in­nym klu­czem otwo­rzył dru­gi za­mek i uchy­lił drzwi.

– Wchodź­cie – po­wie­dział. – Szyb­ko. – Po­tem za­uwa­żył ob­ser­wu­ją­cą ich z bez­piecz­nej od­le­gło­ści dziew­czy­nę. – Ona nie.

– Ona też – rzekł Clay. – Chodź, mała.

Nie za­re­ago­wa­ła. Kie­dy zro­bił krok w jej kie­run­ku, od­wró­ci­ła się na pię­cie i ucie­kła.

8

– Ona tam może zgi­nąć! – rzekł Clay.

– To nie mój pro­blem – od­parł re­cep­cjo­ni­sta. – Wcho­dzi pan czy nie, pa­nie Rid­dle?

Mó­wił z moc­nym bo­stoń­skim ak­cen­tem, zu­peł­nie nie­po­dob­nym do tego, do któ­re­go przy­wykł Clay, a któ­rym mó­wi­li urzęd­ni­cy z po­łu­dnia Ma­ine, gdzie moż­na było od­nieść wra­że­nie, iż co trze­ci do­pie­ro co przy­je­chał z Mas­sa­chu­setts i usi­łu­je przy­po­mnieć słu­cha­czom o swo­ich bry­tyj­skich sym­pa­tiach.

– Na­zy­wam się Rid­dell – po­pra­wił go Clay.

Ja­sne, że wcho­dził. Te­raz, kie­dy drzwi były otwar­te, ten fa­cet nie zdo­łał­by go za­trzy­mać na ze­wnątrz, ale jesz­cze przez chwi­lę stał na chod­ni­ku, roz­glą­da­jąc się za dziew­czy­ną.

– Chodź­my – po­wie­dział ci­cho Tom. – Nic nie mo­że­my zro­bić.

Miał ra­cję. Nic nie mo­gli zro­bić. I to było w tym wszyst­kim naj­gor­sze. Wszedł do środ­ka za To­mem, a re­cep­cjo­ni­sta na­tych­miast za­mknął za nimi na dwa zam­ki drzwi Atlan­tic Ave­nue Inn, jak­by to wy­star­czy­ło, żeby uchro­nić ich przed cha­osem pa­nu­ją­cym na uli­cach.

9

– To Fran­klin – po­in­for­mo­wał ich re­cep­cjo­ni­sta, kie­dy omi­ja­li męż­czy­znę w li­be­rii, le­żą­ce­go twa­rzą do pod­ło­gi.

Ten fa­cet jest chy­ba za sta­ry na ho­te­lo­we­go boya, po­wie­dział Tom, za­glą­da­jąc przez szkla­ne drzwi, i miał ra­cję. Fran­klin był ni­skim czło­wiecz­kiem o buj­nej si­wej czu­pry­nie. Nie­ste­ty gło­wa, na któ­rej wciąż ro­sły te wło­sy (Clay wy­czy­tał gdzieś, że wło­sy i pa­znok­cie re­agu­ją ze spo­rym opóź­nie­niem na śmierć ich wła­ści­cie­la), była wy­krzy­wio­na pod nie­praw­do­po­dob­nym ką­tem, jak gło­wa wi­siel­ca.

– Pra­co­wał tu od trzy­dzie­stu pię­ciu lat, o czym z pew­no­ścią in­for­mo­wał każ­de­go no­we­go go­ścia. Nie­któ­rych na­wet dwa razy.

Bo­stoń­ski ak­cent co­raz moc­niej dzia­łał Clay­owi na ner­wy. Prze­mknę­ło mu przez gło­wę, że gdy­by re­cep­cjo­ni­sta pierd­nął, za­brzmia­ło­by to jak dźwięk wy­da­wa­ny przez uro­dzi­no­wą trąb­kę, w któ­rą dmu­cha ast­ma­tycz­ny dzie­ciak.

– Z win­dy wy­sko­czył ja­kiś czło­wiek – cią­gnął re­cep­cjo­ni­sta, cho­wa­jąc się za kon­tu­ar. Naj­wy­raź­niej czuł się tam w mia­rę bez­piecz­ny. Ży­ran­dol w holu oświe­tlił jego twarz i Clay zo­ba­czył, że re­cep­cjo­ni­sta jest bla­dy jak ścia­na. – Je­den z tych sza­leń­ców. Fran­klin miał pe­cha, bo stał tuż przy drzwiach i…

– Szko­da, że nie po­my­ślał pan o tym, żeby choć zdjąć mu ten ob­raz z tył­ka – wtrą­cił Clay.

Po­chy­lił się, pod­niósł opra­wio­ną w ramy re­pro­duk­cję Cur­rie­ra & Ive­sa i po­sta­wił na ka­na­pie. Jed­no­cze­śnie strą­cił z ka­na­py sto­pę nie­bosz­czy­ka. Ta opa­dła na pod­ło­gę z od­gło­sem, któ­ry Clay do­sko­na­le znał. Wie­lo­krot­nie wpi­sy­wał go w dym­ki swo­ich ko­mik­sów jako ŁUP!

– Ten z win­dy ude­rzył go tyl­ko raz – po­wie­dział re­cep­cjo­ni­sta. – Bied­ny Fran­klin po­le­ciał aż pod ścia­nę. Po­dej­rze­wam, że skrę­cił so­bie kark. W każ­dym ra­zie ten ob­raz spadł, kie­dy Fran­klin rąb­nął w ścia­nę.

Wy­da­wa­ło się, że zda­niem re­cep­cjo­ni­sty to wszyst­ko uspra­wie­dli­wia­ło.

– A co z tym, któ­ry go ude­rzył? – za­py­tał Tom. – Co się z nim sta­ło? Do­kąd po­szedł?

– Na uli­cę – od­parł re­cep­cjo­ni­sta. – Wła­śnie wte­dy po­my­śla­łem, że naj­mą­drzej bę­dzie do­brze za­mknąć drzwi. Za­raz po tym, jak wy­szedł. – Spoj­rzał na nich ze stra­chem i nie­po­ha­mo­wa­ną cie­ka­wo­ścią. To po­łą­cze­nie wzbu­dzi­ło głę­bo­ki nie­smak Claya. – Co tam się wła­ści­wie dzie­je? Jak bar­dzo jest źle?

– Po­dej­rze­wam, że w tej kwe­stii świet­nie się pan orien­tu­je. Czyż nie dla­te­go za­mknął pan drzwi na klucz?

– Tak, ale…

– Co mó­wią w te­le­wi­zji? – prze­rwał mu Tom.

– Nic. Ka­blów­ka nie dzia­ła od… – Zer­k­nął na ze­ga­rek. – Co naj­mniej od pół go­dzi­ny.

– A co z ra­diem?

Re­cep­cjo­ni­sta ob­rzu­cił Toma wy­nio­słym spoj­rze­niem typu chy­ba pan żar­tu­je. Clay na­bie­rał prze­ko­na­nia, że ten gość mógł­by bez tru­du na­pi­sać be­st­sel­le­ro­wy po­rad­nik Jak szyb­ko zra­żać do sie­bie lu­dzi.

– Ra­dio w ho­te­lu? W ja­kim­kol­wiek ho­te­lu w śród­mie­ściu? Chy­ba pan żar­tu­je.

Z ze­wnątrz do­biegł pi­skli­wy krzyk stra­chu. Dziew­czy­na w za­krwa­wio­nej bia­łej su­kien­ce po­now­nie po­ja­wi­ła się przy drzwiach i za­czę­ła tłuc w nie otwar­ty­mi dłoń­mi, oglą­da­jąc się przez ra­mię. Clay na­tych­miast ru­szył w jej kie­run­ku.

– On za­mknął drzwi! – za­wo­łał za nim Tom.

Clay zu­peł­nie o tym za­po­mniał.

– Otwie­raj.

– Nie – od­parł re­cep­cjo­ni­sta i sta­now­czo skrzy­żo­wał ra­mio­na na wą­skiej pier­si, da­jąc w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że sta­now­czo sprze­ci­wia się ta­kie­mu po­stę­po­wa­niu. Dziew­czy­na po­now­nie obej­rza­ła się przez ra­mię i za­czę­ła do­bi­jać się jesz­cze moc­niej. Jej za­krwa­wio­ną twarz wy­krzy­wiał gry­mas prze­ra­że­nia.

Clay wy­jął zza pa­ska nóż rzeź­nic­ki. Nie­mal o nim za­po­mniał i tro­chę za­sko­czy­ło go to, jak szyb­ko i na­tu­ral­nie mu to przy­szło.

– Otwie­raj, su­kin­sy­nu – wark­nął do re­cep­cjo­ni­sty. – Bo po­de­rżnę ci gar­dło.

10

– Nie ma na to cza­su! – wrza­snął Tom, chwy­cił jed­no z ozdob­nych, uda­ją­cych an­ty­ki krze­seł sto­ją­cych po obu stro­nach sofy. Trzy­ma­jąc je no­ga­mi do przo­du po­pę­dził w kie­run­ku szkla­nych drzwi.

Na jego wi­dok dziew­czy­na cof­nę­ła się o krok i za­sło­ni­ła twarz rę­ka­mi. W tej sa­mej chwi­li przed wej­ściem do ho­te­lu po­ja­wił się ści­ga­ją­cy ją czło­wiek. Był to wiel­ki, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny męż­czy­zna w żół­tym pod­ko­szul­ku opię­tym na wy­dat­nym brzu­chu, z prze­tłusz­czo­ny­mi szpa­ko­wa­ty­mi wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w ku­cyk z tyłu gło­wy.

Nogi krze­sła ude­rzy­ły w szkla­ne drzwi: lewe w skrzy­dło z na­zwą ATLAN­TIC AVE­NUE INN, a pra­we w to z na­pi­sem NAJ­LEP­SZY AD­RES W MIE­ŚCIE. Po roz­bi­ciu szkla­nej ta­fli nogi krze­sła z pra­wej stro­ny tra­fi­ły męż­czy­znę z ku­cy­kiem w mię­si­sty, opię­ty cien­kim żół­tym ma­te­ria­łem bark w tej sa­mej chwi­li, gdy zła­pał dziew­czy­nę za kark. Uła­mek se­kun­dy póź­niej spód sie­dzi­ska za­trzy­mał się na drew­nia­nej fra­mu­dze i Tom McCo­urt za­to­czył się w tył oszo­ło­mio­ny.

Męż­czy­zna z ku­cy­kiem wy­krzy­ki­wał coś bez ładu i skła­du. Krew za­czę­ła mu ście­kać po pie­go­wa­tym bi­cep­sie. Dziew­czy­na zdo­ła­ła mu się wy­rwać, ale za­plą­ta­ły jej się nogi i upa­dła dol­ną po­ło­wą cia­ła na chod­nik, a gór­ną na jezd­nię, krzy­cząc z bólu i stra­chu.

Clay stał w miej­scu, gdzie jesz­cze przed chwi­lą znaj­do­wa­ła się jed­na ze szkla­nych ta­fli. Nie pa­mię­tał, jak prze­szedł przez hol, i le­d­wie ko­ja­rzył to, że od­rzu­cił na bok krze­sło.

– Hej, pa­lan­cie! – za­wo­łał i po­czuł przy­pływ otu­chy, gdy sza­le­niec na chwi­lę prze­stał po­krzy­ki­wać i znie­ru­cho­miał. – Tak, ty! – A po­tem, po­nie­waż nic in­ne­go nie przy­szło mu do gło­wy, wrza­snął: – Pie­przy­łem two­ją mat­kę i była do ni­cze­go!

Ol­brzy­mi sza­le­niec w żół­tej ko­szul­ce wy­dał okrzyk za­ska­ku­ją­co po­dob­ny do tego, któ­ry tuż przed śmier­cią wy­skrze­cza­ła ko­bie­ta w ża­kie­cie, upior­nie przy­po­mi­na­ją­cy „szur” – po czym za­ata­ko­wał bu­dy­nek, któ­ry naj­pierw go uką­sił, a po­tem coś do nie­go krzyk­nął. Je­śli co­kol­wiek wi­dział, to z pew­no­ścią nie po­nu­re­go, spo­co­ne­go czło­wie­ka z no­żem rzeź­nic­kim w ręku, któ­ry wy­chy­la się z fra­mu­gi roz­bi­tych szkla­nych drzwi, po­nie­waż męż­czy­zna z ku­cy­kiem po pro­stu sam na­dział się na nóż. Ostrze ze szwedz­kiej sta­li z ła­two­ścią wbi­ło się w ob­wi­słe opa­lo­ne pod­gar­dle, wy­pusz­cza­jąc fon­tan­nę krwi, któ­ra zbry­zga­ła dłoń Claya. Była za­ska­ku­ją­co go­rą­ca – nie­mal jak świe­żo za­pa­rzo­na kawa – i Clay z tru­dem po­wstrzy­mał od­ru­cho­wą chęć cof­nię­cia ręki. Za­miast tego we­pchnął ostrze głę­biej, aż po­czuł lek­ki opór. Za­wa­hał się, ale wło­żył jesz­cze tro­chę siły i ostrze prze­szło na wy­lot, wy­cho­dząc u pod­sta­wy kar­ku. Męż­czy­zna po­chy­lił się do przo­du – Clay z pew­no­ścią nie po­wstrzy­mał­by go jed­ną ręką, nie miał żad­nych szans, tam­ten wa­żył na pew­no z dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów – i przez chwi­lę stał opar­ty o pu­stą fu­try­nę jak pi­jak o słup la­tar­ni, z wy­trzesz­czo­ny­mi piw­ny­mi ocza­mi i wy­wa­lo­nym, żół­tym od ni­ko­ty­ny ję­zy­kiem. Po­tem ugię­ły się pod nim ko­la­na i osu­nął się na zie­mię. Clay nie pu­ścił rę­ko­je­ści noża i zdzi­wił się, jak ła­two ostrze wy­szło z cia­ła. Znacz­nie ła­twiej, niż kie­dy wy­szar­py­wał je ze swo­jej skó­rza­nej tecz­ki.

Kie­dy sza­le­niec upadł, Clay znów zo­ba­czył dziew­czy­nę, któ­ra klę­cza­ła jed­nym ko­la­nem na jezd­ni, a dru­gim na chod­ni­ku. Krzy­cza­ła prze­raź­li­wie, a wło­sy opa­da­ły jej na twarz.

– Skar­bie – po­wie­dział. – Nie krzycz, skar­bie.

Jed­nak ona nie prze­sta­wa­ła krzy­czeć.

11

Na­zy­wa­ła się Ali­ce Ma­xwell. Tyl­ko tyle po­tra­fi­ła im po­wie­dzieć. A tak­że to, że przy­je­cha­ła z mat­ką po­cią­giem do Bo­sto­nu – na za­ku­py, jak pra­wie w każ­dą śro­dę, bo wte­dy mia­ła mniej lek­cji. Wy­sia­dły na So­uth Sta­tion i wzię­ły tak­sów­kę. Kie­row­ca miał na gło­wie błę­kit­ny tur­ban. Na­stęp­ną rze­czą, jaką pa­mię­ta­ła, było to, że re­cep­cjo­ni­sta otwo­rzył roz­bi­te drzwi i wpu­ścił ją do Atlan­tic Ave­nue Inn.

Clay po­dej­rze­wał, że dziew­czy­na pa­mię­ta znacz­nie wię­cej. Świad­czył o tym dreszcz, jaki wstrzą­snął jej cia­łem, kie­dy Tom McCo­urt za­py­tał, czy ona albo jej mat­ka mia­ły przy so­bie te­le­fo­ny ko­mór­ko­we. Twier­dzi­ła, że nie pa­mię­ta, ale Clay był pe­wien, że przy­najm­niej jed­na z nich mia­ła. Albo obie. W dzi­siej­szych cza­sach chy­ba każ­dy miał te­le­fon ko­mór­ko­wy. On był tyl­ko wy­jąt­kiem po­twier­dza­ją­cym re­gu­łę. A Tom za­pew­ne za­wdzię­czał ży­cie kotu, któ­ry zrzu­cił mu ko­mór­kę na pod­ło­gę.

Roz­ma­wiał z Ali­ce (co po­le­ga­ło głów­nie na tym, że Clay za­da­wał py­ta­nia, a ona sie­dzia­ła w mil­cze­niu, wpa­tru­jąc się w swo­je po­dra­pa­ne ko­la­na, i od cza­su do cza­su krę­ci­ła gło­wą) w ho­te­lo­wym holu. Wcze­śniej wspól­nie z To­mem prze­cią­gnął cia­ło Fran­kli­na za kon­tu­ar, igno­ru­jąc gło­śne pro­te­sty re­cep­cjo­ni­sty, że „to bę­dzie le­ża­ło mi pod no­ga­mi”. Re­cep­cjo­ni­sta – któ­ry przed­sta­wił się jako Ri­car­di – znikł na za­ple­czu, ale Clay upew­nił się jesz­cze, że Ri­car­di mó­wił praw­dę o nie­dzia­ła­ją­cej te­le­wi­zji, po czym zo­sta­wił go w spo­ko­ju. Sha­ron Rid­dell po­wie­dzia­ła­by za­pew­ne, że pan Ri­car­di jest za­mknię­ty w so­bie.

– Te­raz każ­dy tu może wejść – za­uwa­żył kwa­śno. – Mam na­dzie­ję, że jest pan za­do­wo­lo­ny.

– Pa­nie Ri­car­di… – od­parł Clay, si­ląc się na spo­kój. – Nie­speł­na go­dzi­nę temu wi­dzia­łem, jak na uli­cy po dru­giej stro­nie par­ku roz­bi­ła się awio­net­ka. Zda­je się, że co naj­mniej kil­ka – i to więk­szych ma­szyn – roz­bi­ło się na lot­ni­sku. Być może sza­leń­cy przy­pusz­cza­ją sa­mo­bój­cze ata­ki na ter­mi­na­le. W ca­łym mie­ście sły­chać eks­plo­zje. Wy­glą­da na to, że te­raz każ­dy może wejść wszę­dzie.

Jak­by na po­twier­dze­nie jego słów gdzieś w gó­rze roz­legł się po­tęż­ny wy­buch. Ri­car­di na­wet nie pod­niósł wzro­ku, tyl­ko z re­zy­gna­cją mach­nął ręką. Ekran te­le­wi­zo­ra był pu­sty, więc sie­dział nie­ru­cho­mo za biur­kiem i ga­pił się w ścia­nę.

12

Clay i Tom prze­nie­śli dwa ozdob­ne krze­sła do drzwi, gdzie swy­mi wy­so­ki­mi opar­cia­mi pra­wie za­sło­ni­ły otwo­ry po wy­bi­tych szy­bach. Cho­ciaż Clay był prze­ko­na­ny, że za­ba­ry­ka­do­wa­ny do­stęp od stro­ny uli­cy daje złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, uwa­żał, że do­brze jest za­sło­nić się przed wzro­kiem prze­chod­niów, a Tom przy­znał mu ra­cję. Kie­dy usta­wi­li krze­sła, opu­ści­li ża­lu­zje w głów­nym oknie, dzię­ki cze­mu w holu zro­bi­ło się znacz­nie ciem­niej, a na czer­wo­nej jak in­dy­czy grze­bień wy­kła­dzi­nie po­ja­wi­ły się ni­kłe cie­nie, jak­by wię­zien­nych krat.