Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 898

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Komora - John Grisham

Greenville, stan Missisipi, rok 1967. Dwóch aktywistów Ku-Klux-Klanu podkłada bombę w biurze żydowskiego adwokata Marvina Kramera. W eksplozji giną dwaj pięcioletni synowie prawnika, a on sam zostaje ciężko ranny. Ujęty praktycznie na miejscu zbrodni zatwardziały rasista Sam Cayhall jest sądzony za podwójne zabójstwo. W atmosferze amerykańskiego Południa dwa kolejne procesy kończą się – wskutek niemożności uzgodnienia werdyktu – unieważnieniem postępowania. Kilkanaście lat później Sam Cayhall ponownie staje przed sądem. Tym razem zostaje uznany za winnego morderstwa i skazany na karę śmierci. Zaczyna się dziewięcioletnia batalia odwoławcza, zakończona niepowodzeniem. Cayhall, któremu do egzekucji w komorze gazowej zostały tylko tygodnie, rezygnuje z usług prawników. Niespodziewanie do walki o uratowanie mu życia włącza się młody adwokat z chicagowskiej kancelarii prawnej, Adam Hall. Decyzja Halla nie jest przypadkowa: Cayhall jest w rzeczywistości jego dziadkiem. Adam przenosi się do Memphis, zamieszkuje u swojej ciotki Lee i podejmuje beznadziejną walkę o odroczenie egzekucji lub ułaskawienie skazańca przez gubernatora. Dzięki Lee poznaje historię rodziny Cayhallów, dowiadując się przy okazji o takich wyczynach dziadka, które nawet jemu – zaprzysięgłemu przeciwnikowi kary śmierci – każą wątpić, czy zasługuje na jego obronę. Wydaje się, że tylko cud może ocalić Sama... jak na przykład ujawnienie pewnej tajemnicy dotyczącej okoliczności popełnionej przez niego zbrodni....

Opinie o ebooku Komora - John Grisham

Fragment ebooka Komora - John Grisham

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Gre­envil­le, stan Mis­si­si­pi, rok 1967. Dwóch ak­ty­wi­stów Ku-Klux-Kla­nu pod­kła­da bom­bę w biu­rze ży­dow­skie­go ad­wo­ka­ta Ma­rvi­na Kra­me­ra. W eks­plo­zji giną dwaj pię­cio­let­ni sy­no­wie praw­ni­ka, a on sam zo­sta­je cięż­ko ran­ny. Uję­ty prak­tycz­nie na miej­scu zbrod­ni za­twar­dzia­ły ra­si­sta Sam Cay­hall jest są­dzo­ny za po­dwój­ne za­bój­stwo. W at­mos­fe­rze ame­ry­kań­skie­go Po­łu­dnia dwa ko­lej­ne pro­ce­sy koń­czą się – wsku­tek nie­moż­no­ści uzgod­nie­nia wer­dyk­tu – unie­waż­nie­niem po­stę­po­wa­nia. Kil­ka­na­ście lat póź­niej Sam Cay­hall po­now­nie sta­je przed są­dem. Tym ra­zem zo­sta­je uzna­ny za win­ne­go mor­der­stwa i ska­za­ny na karę śmier­ci. Za­czy­na się dzie­wię­cio­let­nia ba­ta­lia od­wo­ław­cza, za­koń­czo­na nie­po­wo­dze­niem. Cay­hall, któ­re­mu do eg­ze­ku­cji w ko­mo­rze ga­zo­wej zo­sta­ły tyl­ko ty­go­dnie, re­zy­gnu­je z usług praw­ni­ków. Nie­spo­dzie­wa­nie do wal­ki o ura­to­wa­nie mu ży­cia włą­cza się mło­dy ad­wo­kat z chi­ca­gow­skiej kan­ce­la­rii praw­nej, Adam Hall. De­cy­zja Hal­la nie jest przy­pad­ko­wa: Cay­hal l jest w rze­czy­wi­sto­ści jego dziad­kiem. Adam prze­no­si się do Mem­phis, za­miesz­ku­je u swo­jej ciot­ki Lee i po­dej­mu­je bez­na­dziej­ną wal­kę o od­ro­cze­nie eg­ze­ku­cji lub uła­ska­wie­nie ska­zań­ca przez gu­ber­na­to­ra. Dzię­ki Lee po­zna­je hi­sto­rię ro­dzi­ny Cay­hal­lów, do­wia­du­jąc się przy oka­zji o ta­kich wy­czy­nach dziad­ka, któ­re na­wet jemu – za­przy­się­głe­mu prze­ciw­ni­ko­wi kary śmier­ci – każą wąt­pić, czy za­słu­gu­je na jego obro­nę. Wy­da­je się, że tyl­ko cud może oca­lić Sama… jak na przy­kład ujaw­nie­nie pew­nej ta­jem­ni­cy do­ty­czą­cej oko­licz­no­ści po­peł­nio­nej przez nie­go zbrod­ni…

JOHN GRI­SHAM

Au­tor 29 po­wie­ści (w tym trzech dla mło­dzie­ży), fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go re­por­ta­żu oraz zbio­ru opo­wia­dań. Jego książ­ki uka­zu­ją się w 40 ję­zy­kach, a ich łącz­ny na­kład osią­gnął 275 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Aż dzie­więć po­wie­ści Gri­sha­ma zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych. W 2011 pi­sarz otrzy­mał pre­sti­żo­wą na­gro­dę li­te­rac­ką Har­per Lee Pri­ze.

www.jgri­sham.com

Tego au­to­ra w Wy­daw­nic­twie Al­ba­tros

FIR­MA

KAN­CE­LA­RIA

ZA­KLI­NACZ DESZ­CZU

KRÓL OD­SZKO­DO­WAŃ

WIĘ­ZIEN­NY PRAW­NIK

OSTAT­NI SPRA­WIE­DLI­WY

CA­LI­CO JOE

KO­MO­RA

PO­DA­RUJ­MY SO­BIE ŚWIĘ­TA

NIE­WIN­NY CZŁO­WIEK

RA­PORT PE­LI­KA­NA

TRE­NER

UŁA­SKA­WIE­NIE

The­odo­re Bo­one

OSKAR­ŻO­NY

AK­TY­WI­STA

Jake Bri­gan­ce

CZAS ZA­BI­JA­NIA

SY­CA­MO­RE ROW

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE CHAM­BER

Co­py­ri­ght © John Gri­sham 1994

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Lech Z. Żo­łę­dziow­ski 2013

Re­dak­cja: Agniesz­ka Ło­dziń­ska

Kon­sul­ta­cja praw­ni­cza: prof. Ta­de­usz To­ma­szew­ski, UW

Zdję­cie na okład­ce: mi­cah/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-186-8

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Podziękowania

Sam by­łem kie­dyś ad­wo­ka­tem i re­pre­zen­to­wa­łem lu­dzi oskar­ża­nych o róż­ne prze­stęp­stwa. Szczę­śli­wie nie bro­ni­łem nig­dy ni­ko­go, kto po­peł­nił­by prze­stęp­stwo za­gro­żo­ne karą śmier­ci i zo­stał na nią ska­za­ny, dzię­ki cze­mu nig­dy nie mu­sia­łem od­wie­dzać ska­zań­ca w celi śmier­ci i ro­bić tego wszyst­kie­go, co ro­bią ad­wo­ka­ci w tej po­wie­ści.

Po­nie­waż nie­na­wi­dzę ślę­cze­nia w bi­blio­te­kach, zro­bi­łem tak, jak zwy­kle po­stę­pu­ję przy pi­sa­niu książ­ki. Wy­szu­ka­łem praw­ni­ków zna­ją­cych się na rze­czy, za­przy­jaź­ni­łem się z nimi i wy­dzwa­nia­jąc o róż­nych po­rach dnia i nocy, za­mę­cza­łem ich dzie­siąt­ka­mi py­tań. I za to chcę im te­raz po­dzię­ko­wać.

Le­onard Vin­cent, któ­ry przez wie­le lat pra­co­wał w wy­dzia­le wię­zien­nic­twa we wła­dzach sta­no­wych Mis­si­si­pi, otwo­rzył przede mną drzwi swo­je­go biu­ra. Po­mógł mi w zro­zu­mie­niu miej­sco­we­go pra­wa, udo­stęp­nił akta, za­pro­wa­dził do blo­ku śmier­ci i opro­wa­dził po ogrom­nym te­re­nie wię­zie­nia sta­no­we­go zna­ne­go jako Parch­man. Opo­wie­dział mi też wie­le hi­sto­rii, któ­rych okru­chy tra­fi­ły do tej opo­wie­ści. Obaj z Le­onar­dem nadal zma­ga­my się z dy­le­ma­ta­mi mo­ral­ny­mi, ja­kie to­wa­rzy­szą i za­pew­ne za­wsze będą to­wa­rzy­szyć ka­rze śmier­ci. Dzię­ku­ję też per­so­ne­lo­wi i straż­ni­kom wię­zien­nym z Parch­man.

Jim Cra­ig jest świet­nym, peł­nym wy­ro­zu­mia­ło­ści praw­ni­kiem. Jako dy­rek­tor wy­ko­naw­czy Mis­sis­sip­pi Ca­pi­tal De­fen­ce Re­so­ur­ce Cen­ter, dla więk­szo­ści ska­zań­ców prze­by­wa­ją­cych w ce­lach śmier­ci jest ofi­cjal­nym rzecz­ni­kiem ich in­te­re­sów. Z ogrom­ną zna­jo­mo­ścią rze­czy prze­pro­wa­dził mnie przez gąszcz pro­ce­dur od­wo­ław­czych i bi­tew to­czo­nych w są­dach. Wszel­kie błę­dy w tej książ­ce ob­cią­ża­ją mnie, nie jego.

Tom Fre­eland i Guy Gil­le­spie są mo­imi ko­le­ga­mi ze stu­diów praw­ni­czych i obu im dzię­ku­ję za chęć nie­sie­nia po­mo­cy. Marc Smir­noff, mój przy­ja­ciel i wy­daw­ca „The Oxford Ame­ri­can”, jak zwy­kle prze­sie­dział wie­le go­dzin nad tek­stem, za­nim go wy­sła­łem do wy­daw­nic­twa w No­wym Jor­ku.

Dzię­ku­ję też za po­moc Ro­ber­to­wi War­re­no­wi i Wil­lia­mo­wi Bal­lar­do­wi. Jak zwy­kle spe­cjal­ne wy­ra­zy wdzięcz­no­ści na­le­żą się mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ce Re­nee, któ­ra nadal czy­ta mi przez ra­mię każ­dy ko­lej­ny roz­dział.

Rozdział 1

Decy­zja o pod­ło­że­niu bom­by w biu­rze za­wzię­te­go ży­dow­skie­go ad­wo­ka­ta za­pa­dła sto­sun­ko­wo ła­two. W jej pod­ję­ciu uczest­ni­czy­ły tyl­ko trzy oso­by. Jed­ną z nich był czło­wiek fi­nan­su­ją­cy przed­się­wzię­cie, dru­gą miej­sco­wy ak­ty­wi­sta, trze­cią mło­dy pa­trio­tycz­ny fa­na­tyk, któ­ry znał się na ma­te­ria­łach wy­bu­cho­wych i miał nie­zwy­kłą umie­jęt­ność zni­ka­nia bez śla­du. Po pod­ło­że­niu tej bom­by znik­nął i przez sześć lat ukry­wał się w Ir­lan­dii Pół­noc­nej.

Ce­lem ata­ku był Ma­rvin Kra­mer, przed­sta­wi­ciel czwar­te­go po­ko­le­nia osia­dłych w sta­nie Mis­si­si­pi ży­dow­skich imi­gran­tów, któ­rzy do­ro­bi­li się na han­dlu w Del­cie Mis­si­si­pi. Miesz­kał w Gre­envil­le, nad­rzecz­nym mia­stecz­ku z nie­wiel­ką, ale pręż­ną mniej­szo­ścią ży­dow­ską, w sta­rym du­żym domu sprzed woj­ny se­ce­syj­nej. Mia­stecz­ko było spo­koj­ne i za­miesz­ki na tle ra­so­wym pra­wie się tu nie zda­rza­ły. Ma­rvin zde­cy­do­wał się na stu­dia praw­ni­cze, bo zaj­mo­wa­nie się han­dlem go nu­dzi­ło. Jak więk­szość Ży­dów po­cho­dze­nia nie­miec­kie­go, jego ro­dzi­na bez tru­du wto­pi­ła się w kul­tu­rę ame­ry­kań­skie­go Po­łu­dnia i jej człon­ko­wie uwa­ża­li się za ty­po­wych po­łu­dniow­ców, któ­rzy od są­sia­dów róż­ni­li się tyl­ko wia­rą.

Pra­wie nie spo­ty­ka­li się z prze­ja­wa­mi an­ty­se­mi­ty­zmu i upra­wia­li swój za­wód jako peł­no­praw­ni człon­ko­wie miej­sco­wej so­cje­ty.

Jed­nak losy Ma­rvi­na po­to­czy­ły się in­a­czej. Pod ko­niec lat pięć­dzie­sią­tych oj­ciec wy­słał go na pół­noc, gdzie spę­dził czte­ry lata w col­le­ge’u w Bran­de­is i ko­lej­ne trzy na wy­dzia­le pra­wa Uni­wer­sy­te­tu Co­lum­bia. Gdy w 1964 roku po­wró­cił do Gre­envil­le, stan Mis­si­si­pi stał już w ogniu wal­ki o pra­wa oby­wa­tel­skie dla mniej­szo­ści et­nicz­nych i ra­so­wych. Ma­rvin z peł­nym za­an­ga­żo­wa­niem rzu­cił się w jej wir i już nie­ca­ły mie­siąc po otwar­ciu skrom­nej kan­ce­la­rii wraz z dwo­ma ko­le­ga­mi z Bran­de­is zo­stał aresz­to­wa­ny za pró­bę wpi­sy­wa­nia czar­nych na li­sty wy­bor­ców. Oj­ciec się na nie­go wściekł, cała ro­dzi­na mia­ła mu to za złe, ale na Ma­rvi­nie nie zro­bi­ło to wra­że­nia. Gdy miał dwa­dzie­ścia pięć lat, po raz pierw­szy za­gro­żo­no mu śmier­cią, i od tej pory za­czął no­sić broń. Ku­pił też pi­sto­let żo­nie, dziew­czy­nie z Mem­phis, a tak­że po­le­cił ich czar­no­skó­rej po­mo­cy do­mo­wej, by za­wsze mia­ła w to­reb­ce broń. Bliź­nia­cy Kra­me­rów mie­li wte­dy po dwa i pół roku.

Pierw­szy po­zew z kan­ce­la­rii praw­ni­czej Ma­rvin B. Kra­mer i Part­ne­rzy – choć wte­dy nie było jesz­cze żad­nych part­ne­rów – tra­fił do sądu w roku 1965 i do­ty­czył no­to­rycz­ne­go na­ru­sza­nia przez urzęd­ni­ków miej­sco­wej ad­mi­ni­stra­cji pra­wa do gło­so­wa­nia.

O spra­wie pi­sa­no na pierw­szych stro­nach tu­tej­szych ga­zet, któ­re po­ka­za­ły też zdję­cie Ma­rvi­na. To star­czy­ło, by tra­fił na li­sty Ku-Klux-Kla­nu do gro­na Ży­dów za­słu­gu­ją­cych na na­ucz­kę. Był ży­dow­skim ra­dy­ka­łem z bro­dą i mięk­kim ser­cem, wy­kształ­co­nym przez Ży­dów z Pół­no­cy, któ­ry pod­bu­rzał Mu­rzy­nów z Del­ty Mis­si­si­pi1. Cze­goś ta­kie­go nie moż­na było to­le­ro­wać.

Po­tem jesz­cze ro­ze­szły się po­gło­ski, że Kra­mer z wła­snych pie­nię­dzy wpła­ca kau­cje za Jeźdź­ców Wol­no­ści2 i in­nych dzia­ła­czy w wal­ce o pra­wa czar­nej mniej­szo­ści. Wy­ta­czał też spra­wy są­do­we prze­ciw ogra­ni­cza­niu swo­bód pod ha­słem „tyl­ko dla bia­łych” i sfi­nan­so­wał od­bu­do­wę ko­ścio­ła dla czar­nych, pod­pa­lo­ne­go przez KKK. Przyj­mo­wał też w domu czar­no­skó­rych, a tak­że jeź­dził na Pół­noc i wy­gła­szał mowy do tam­tej­szych Ży­dów, na­ma­wia­jąc ich do czyn­ne­go udzia­łu w wal­ce o pra­wa mniej­szo­ści. Pi­sał sąż­ni­ste li­sty do miej­sco­wych ga­zet, jed­nak tyl­ko kil­ka z nich uka­za­ło się dru­kiem. Krót­ko mó­wiąc, me­ce­nas Kra­mer zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zmie­rzał ku swe­mu prze­zna­cze­niu.

Obec­ność noc­ne­go stró­ża, któ­ry noc w noc su­mien­nie pil­no­wał klom­bów wo­kół domu, za­po­bie­gła bez­po­śred­nie­mu ata­ko­wi na dom Kra­me­rów. Stróż był uzbro­jo­nym po zęby daw­nym po­li­cjan­tem, któ­re­go Kra­mer za­trud­niał od dwóch lat, roz­po­wia­da­jąc po ca­łym Gre­envil­le, że on i jego ro­dzi­na znaj­du­ją się pod sta­łą ochro­ną do­świad­czo­ne­go strzel­ca wy­bo­ro­we­go. Człon­ko­wie Ku-Klux-Kla­nu, do któ­rych to oczy­wi­ście do­tar­ło, wo­le­li zo­sta­wić dom Kra­me­rów w spo­ko­ju. Dla­te­go za­pa­dła de­cy­zja, że ce­lem ata­ku sta­nie się biu­ro Ma­rvi­na Kra­me­ra.

Przy­go­to­wa­nie ca­łej ak­cji trwa­ło bar­dzo krót­ko, głów­nie dla­te­go, że uczest­ni­czy­ło w nim tak nie­wie­le osób. Fa­cet z kasą, aro­ganc­ki i pew­ny sie­bie bu­rak na­zwi­skiem Je­re­miah Do­gan, peł­nił w tym cza­sie funk­cję Wiel­kie­go Maga Kla­nu w sta­nie Mis­si­si­pi. Jego po­przed­ni­ka wła­śnie wsa­dzo­no do wię­zie­nia i Do­gan z en­tu­zja­zmem prze­jął obo­wiąz­ki kie­ru­ją­ce­go ak­cją pod­kła­da­nia bomb. Mógł być pro­sta­kiem, ale nie był głu­pi. Do tego stop­nia, że FBI przy­zna­ło póź­niej, że Do­gan do­sko­na­le spraw­dził się w roli ter­ro­ry­sty, przy­jął bo­wiem za­sa­dę roz­dzie­la­nia brud­nej ro­bo­ty mię­dzy małe au­to­no­micz­ne bo­jów­ki dzia­ła­ją­ce zu­peł­nie nie­za­leż­nie od sie­bie. FBI od­no­si­ło suk­ce­sy w in­fil­tro­wa­niu sze­re­gów Kla­nu i zdo­by­wa­niu in­for­ma­to­rów, w związ­ku z czym Do­gan nie ufał ni­ko­mu poza ro­dzi­ną i garst­ką naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków. Był wła­ści­cie­lem naj­więk­szej w Me­ri­dian fir­my han­dlu­ją­cej uży­wa­ny­mi sa­mo­cho­da­mi i dzię­ki róż­nym prze­krę­tom za­ra­biał kro­cie. By­wał też ka­zno­dzie­ją i cza­sa­mi wy­gła­szał ka­za­nia w wiej­skich ko­ściół­kach.

Dru­gim człon­kiem gru­py był Sam Cay­hall z Clan­ton w okrę­gu Ford w Mis­si­si­pi, trzy go­dzi­ny na pół­noc od Me­ri­dian i go­dzi­nę na po­łu­dnie od Mem­phis. Agen­ci FBI do­brze zna­li Cay­hal­la i wie­dzie­li, że na­le­ży do Ku-Klux-Kla­nu, nie wie­dzie­li na­to­miast nic o jego po­wią­za­niach z Do­ga­nem. W jego stro­nach Klan prak­tycz­nie nie prze­ja­wiał ak­tyw­no­ści i Cay­hal­la uwa­ża­no bar­dziej za nie­szko­dli­we­go dzi­wa­ka. Ostat­nio w okrę­gu Ford spa­lo­no wpraw­dzie kil­ka krzy­ży, ale nie do­szło do żad­nych za­ma­chów i nikt nie zgi­nął. FBI wie­dzia­ło, że oj­ciec Cay­hal­la też kie­dyś na­le­żał do Kla­nu, ale całą ro­dzi­nę uwa­ża­no za z grun­tu nie­szko­dli­wą. Wcią­gnię­cie do ak­cji Sama Cay­hal­la było ze stro­ny Do­ga­na świet­nym po­su­nię­ciem.

Sy­gna­łem do roz­po­czę­cia ak­cji w biu­rze Kra­me­ra był te­le­fon wie­czo­rem sie­dem­na­ste­go kwiet­nia 1967 roku. Po­dej­rze­wa­jąc – zresz­tą słusz­nie – że jego te­le­fo­ny są na pod­słu­chu, Do­gan od­cze­kał do pół­no­cy i po­je­chał na sta­cję ben­zy­no­wą na po­łu­dnie od Me­ri­dian. Po­dej­rze­wał, że jest śle­dzo­ny przez agen­tów FBI, w czym też się nie my­lił, bo nie od­stę­po­wa­li go na krok, nie wie­dzie­li na­to­miast, do kogo dzwo­ni z au­to­ma­tu na sta­cji.

Sam Cay­hall wy­słu­chał wia­do­mo­ści, za­dał kil­ka py­tań, odło­żył słu­chaw­kę i spo­koj­nie wró­cił do łóż­ka. Nic nie po­wie­dział żo­nie, ona zaś była na tyle tak­tow­na, by o nic go nie py­tać. Na­stęp­ne­go dnia wcze­śnie rano wy­szedł z domu, wsiadł w sa­mo­chód i po­je­chał do Clan­ton. Jak co dzień zjadł śnia­da­nie w The Cof­fee Shop, po czym spo­koj­nie wy­krę­cił nu­mer au­to­ma­tu w bu­dyn­ku sądu okrę­go­we­go.

Dwa dni póź­niej, dwu­dzie­ste­go kwiet­nia o zmro­ku, Cay­hall wy­je­chał z Clan­ton i od­był dwu­go­dzin­ną po­dróż do Cle­ve­land w Mis­si­si­pi, go­dzi­nę dro­gi od Gre­envil­le. Sta­nął na par­kin­gu ru­chli­we­go cen­trum han­dlo­we­go i po­cze­kał całe czter­dzie­ści mi­nut, ale zie­lo­ny pon­tiac się nie po­ja­wił. W ob­skur­nym bar­ku zjadł por­cję sma­żo­ne­go kur­cza­ka i po­je­chał do Gre­envil­le, by przyj­rzeć się sie­dzi­bie kan­ce­la­rii Ma­rvin B. Kra­mer i Part­ne­rzy. Dwa ty­go­dnie wcze­śniej przez cały dzień wa­łę­sał się po Gre­envil­le, co po­zwo­li­ło mu nie­źle po­znać mia­stecz­ko. Bez tru­du od­szu­kał biu­ro Kra­me­ra, po­tem prze­je­chał obok jego wiel­kiej po­sia­dło­ści nad rze­ką, po­tem jesz­cze raz zlo­ka­li­zo­wał sy­na­go­gę. Do­gan go uprze­dził, że sy­na­go­ga może być ich na­stęp­nym ce­lem, ale naj­pierw mu­szą się roz­pra­wić z ży­dow­skim ad­wo­ka­tem. O je­de­na­stej wie­czo­rem był już z po­wro­tem w Cle­ve­land i tym ra­zem zo­ba­czył zie­lo­ne­go pon­tia­ca, tyle że nie na par­kin­gu cen­trum han­dlo­we­go, a na par­kin­gu dla cię­ża­ró­wek przy szo­sie 61, któ­ry sta­no­wił za­pa­so­wy punkt kon­tak­to­wy. Zna­lazł klu­czy­ki pod dy­wa­ni­kiem przed fo­te­lem kie­row­cy, wsiadł i ru­szył w dro­gę po­śród ży­znych pól Del­ty. Za­trzy­mał się na jed­nej z po­lnych dróg i otwo­rzył kla­pę ba­gaż­ni­ka. W kar­to­nie pod war­stwą sta­rych ga­zet le­ża­ło pięt­na­ście la­sek dy­na­mi­tu, trzy de­to­na­to­ry i lont. Wró­cił do mia­stecz­ka i za­siadł w ca­ło­noc­nej ka­fej­ce.

Do­kład­nie o dru­giej nad ra­nem do ka­fej­ki wszedł trze­ci z człon­ków eki­py i usiadł przy sto­li­ku Cay­hal­la. Na­zy­wał się Rol­lie We­dge i miał nie­speł­na dwa­dzie­ścia dwa lata, ale już cie­szył się re­pu­ta­cją god­ne­go za­ufa­nia uczest­ni­ka woj­ny w kwe­stii praw oby­wa­tel­skich. Utrzy­my­wał, że jest z Lu­izja­ny i obec­nie miesz­ka w gó­rach, gdzie go nikt nie znaj­dzie. Nie był z na­tu­ry chwa­li­pię­tą, ale kil­ka­krot­nie po­wtó­rzył Cay­hal­lo­wi, że go­tów jest od­dać ży­cie za su­pre­ma­cję bia­łej rasy. Jego oj­ciec też na­le­żał do Kla­nu, pro­wa­dził fir­mę roz­biór­ko­wą i to od nie­go Rol­lie na­uczył się ob­cho­dzić z ma­te­ria­ła­mi wy­bu­cho­wy­mi.

Sam nie­wie­le wie­dział o We­dge’u, ale nie bar­dzo wie­rzył w jego opo­wie­ści. Nig­dy też nie spy­tał Do­ga­na, skąd tego chło­pa­ka wy­trza­snął.

Pół go­dzi­ny mi­nę­ło na są­cze­niu kawy i roz­mo­wie o ni­czym. Ku­bek Cay­hal­la chwi­la­mi drżał mu w pal­cach, dłoń Rol­lie­go była spo­koj­na i nie­ru­cho­ma, a on na­wet nie mru­gnął okiem. Już parę razy uczest­ni­czy­li w tego typu ak­cjach i Cay­hall nie mógł się na­dzi­wić, że ktoś tak mło­dy umie za­cho­wać taki spo­kój. W ra­por­tach skła­da­nych Do­ga­no­wi za­wsze pod­kre­ślał, że chło­pa­ko­wi nig­dy nie pusz­cza­ją ner­wy, na­wet gdy pod­cho­dzi do celu i bie­rze do ręki dy­na­mit.

Sa­mo­chód, któ­rym We­dge przy­je­chał, zo­stał wy­po­ży­czo­ny na lot­ni­sku w Mem­phis. Po wyj­ściu z ka­fej­ki We­dge za­brał nie­wiel­ką tor­bę z tyl­ne­go sie­dze­nia, za­mknął wóz i usiadł obok Cay­hal­la. Zie­lo­ny pon­tiac z Cay­hal­lem za kie­row­ni­cą wy­je­chał z Cle­ve­land i ru­szył na po­łu­dnie szo­są 61. Do­cho­dzi­ła trze­cia nad ra­nem i pra­wie nie było ru­chu. Kil­ka ki­lo­me­trów za wio­ską Shaw Cay­hall skrę­cił w ciem­ną szu­tro­wą dro­gę i się za­trzy­mał. Rol­lie ka­zał mu zo­stać w sa­mo­cho­dzie, sam zaś wy­siadł, żeby spraw­dzić ma­te­ria­ły w ba­gaż­ni­ku. Wziął z sobą tor­bę, wło­żył do ba­gaż­ni­ka i do­kład­nie obej­rzał dy­na­mit, de­to­na­to­ry i lont. Za­trza­snął kla­pę, wró­cił na miej­sce i ka­zał Sa­mo­wi ru­szać do Gre­envil­le.

Po raz pierw­szy prze­je­cha­li obok kan­ce­la­rii Kra­me­ra oko­ło czwar­tej nad ra­nem. Na uli­cy było pu­sto i ciem­no; Rol­lie bąk­nął, że za­no­si się na naj­ła­twiej­szą ro­bo­tę ze wszyst­kich.

– Szko­da, że nie moż­na wy­sa­dzić domu – mruk­nął pod no­sem, gdy mi­ja­li po­sia­dłość Kra­me­rów.

– No, szko­da – od­rzekł Cay­hall nie­pew­nie. – Ale wiesz, ma tam ochro­nia­rza.

– Tak, wiem. Są­dzę, że by­śmy so­bie z nim po­ra­dzi­li.

– Pew­nie tak. Tyl­ko że są tam też dzie­ci.

– Naj­le­piej je za­bi­jać, póki są małe – burk­nął Rol­lie. – Z ma­łych ży­dow­skich gnoj­ków wy­ra­sta­ją po­tem duże ży­dow­skie gno­je.

Cay­hall za­par­ko­wał w za­uł­ku na ty­łach kan­ce­la­rii Kra­me­ra. Zga­sił sil­nik i obaj wy­sie­dli. Ostroż­nie otwo­rzy­li ba­gaż­nik i wy­jąw­szy kar­ton i tor­bę, ru­szy­li wzdłuż ży­wo­pło­tu do tyl­ne­go wej­ścia do bu­dyn­ku.

Cay­hall bez tru­du sfor­so­wał drzwi i po paru se­kun­dach byli już w środ­ku. Uda­jąc, że szu­ka ja­kie­goś ad­re­su, Sam dwa ty­go­dnie wcze­śniej zaj­rzał do biu­ra Kra­me­ra i za­mie­nił parę słów z re­cep­cjo­nist­ką, po czym po­pro­sił o po­zwo­le­nie na sko­rzy­sta­nie z to­a­le­ty. W przej­ściu mię­dzy to­a­le­tą a drzwia­mi pro­wa­dzą­cy­mi do ga­bi­ne­tu – za­pew­ne Kra­me­ra – sta­ła wą­ska sza­fa z se­gre­ga­to­ra­mi peł­ny­mi sta­rych szpar­ga­łów.

– Stań przy drzwiach i pil­nuj, czy nikt nie idzie – za­rzą­dził chłod­nym to­nem Rol­lie, a Sam bez na­my­słu wy­ko­nał po­le­ce­nie. Wo­lał stać na cza­tach i nie brać do ręki ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych.

Rol­lie szyb­ko we­pchnął kar­ton do dol­nej czę­ści sza­fy i uzbro­ił bom­bę. Wy­ma­ga­ło to pre­cy­zji ru­chów i ser­ce wa­li­ło Sa­mo­wi jak mło­tem. Jak za­wsze pod­czas tego typu ak­cji, na wszel­ki wy­pa­dek usta­wił się do We­dge’a ple­ca­mi.

Cała ope­ra­cja nie trwa­ła na­wet pię­ciu mi­nut. Wy­szli z bu­dyn­ku i spo­koj­nym kro­kiem ru­szy­li w stro­nę zie­lo­ne­go pon­tia­ca. Byli nie­zwy­cię­że­ni, wszyst­ko wy­da­wa­ło im się ta­kie ła­twe. Mie­li już za sobą pod­ło­że­nie bom­by w biu­rze agen­cji nie­ru­cho­mo­ści w Jack­son, bo jej wła­ści­ciel od­wa­żył się sprze­dać dom czar­nej pa­rze, a w do­dat­ku sam był Ży­dem. Wy­sa­dzi­li też biu­ro lo­kal­nej ga­ze­ty, po­nie­waż jej wy­daw­ca zaj­mo­wał neu­tral­ne sta­no­wi­sko w kwe­stii se­gre­ga­cji ra­so­wej. Ob­ró­ci­li też w kupę gru­zu naj­więk­szą w ca­łym sta­nie sy­na­go­gę w Jack­son.

Na zga­szo­nych świa­tłach wy­je­cha­li z za­uł­ka i Sam za­pa­lił re­flek­to­ry, do­pie­ro gdy pon­tiac zna­lazł się na uli­cy.

We wszyst­kich do­tych­cza­so­wych ła­dun­kach We­dge sto­so­wał pięt­na­sto­mi­nu­to­wy lont, któ­ry za­pa­lał za­pał­ką jak zwy­kłą pe­tar­dę. Mie­li po­tem zwy­czaj otwie­rać szy­by w sa­mo­cho­dzie i krą­żyć po oko­li­cy tak dłu­go, aż ci­szę roz­ry­wa­ła po­tęż­na de­to­na­cja. Ro­bi­li to za­wsze z bez­piecz­nej od­le­gło­ści, po czym spo­koj­nie opusz­cza­li miej­sco­wość.

Dziś jed­nak mia­ło być in­a­czej. Sam po­my­lił dro­gę, skrę­cił w nie­wła­ści­wą prze­czni­cę i na­gle wy­ro­sły przed nimi mi­ga­ją­ce czer­wo­ne świa­tła na prze­jeź­dzie ko­le­jo­wym, gdzie mu­sie­li po­cze­kać na prze­jazd dość dłu­gie­go po­cią­gu to­wa­ro­we­go. Sam ner­wo­wo zer­kał na ze­ga­rek, pod­czas gdy Rol­lie sie­dział nie­po­ru­szo­ny. Po­ciąg wresz­cie prze­je­chał, Sam ru­szył i zno­wu źle skrę­cił. Zna­leź­li się w po­bli­żu rze­ki, w od­da­li wzno­si­ła się syl­wet­ka mo­stu, nad­brzeż­na uli­ca była za­bu­do­wa­na roz­pa­da­ją­cy­mi się ru­de­ra­mi. Sam raz jesz­cze spoj­rzał na ze­ga­rek. Wy­ni­ka­ło z nie­go, że zie­mia za­drży za nie­ca­łe pięć mi­nut, i zde­cy­do­wa­nie wo­lał­by się już znaj­do­wać na pu­stej ciem­nej szo­sie. Rol­lie po­ru­szył się tyl­ko raz na znak znie­cier­pli­wie­nia bra­kiem uwa­gi swe­go kie­row­cy, ale nic nie po­wie­dział.

Ko­lej­ny skręt, ko­lej­na prze­czni­ca. Gre­envil­le nie było du­żym mia­stem, więc Sam uznał, że je­śli bę­dzie kon­se­kwent­nie skrę­cał, w koń­cu do­trze do ja­kiejś uli­cy, któ­rą roz­po­zna. Ko­lej­ny nie­uda­ny skręt oka­zał się jed­no­cze­śnie ostat­nim. Wje­chał pod prąd w jed­no­kie­run­ko­wą uli­cę i gwał­tow­nie wdep­nął ha­mu­lec; sa­mo­chód szarp­nął i sil­nik zgasł. Sam prze­su­nął dźwi­gnię bie­gów w po­zy­cję „park” i prze­krę­cił klu­czyk; roz­rusz­nik gład­ko za­dzia­łał, jed­nak sil­nik nie za­sko­czył. A po­tem w po­wie­trzu za­pach­nia­ło ben­zy­ną.

– Jas­sna cho­le­ra! – syk­nął Sam przez za­ci­śnię­te zęby. – Jas­sna cho­le­ra!

Rol­lie wci­snął się głę­biej w fo­tel i spoj­rzał przez okno.

– Ja­sna cho­le­ra! Za­lał się! – Po­now­nie prze­krę­cił klu­czyk, ale znów bez re­zul­ta­tu.

– Nie wy­czerp aku­mu­la­to­ra – po­wie­dział spo­koj­nie Rol­lie.

Sam był bli­ski pa­ni­ki. Wpraw­dzie się zgu­bił i nie bar­dzo wie­dział, gdzie jest, jed­nak czuł, że nie od­je­cha­li da­le­ko od cen­trum. Głę­bo­ko wes­tchnął i ro­zej­rzał się po uli­cy, po­tem znów spoj­rzał na ze­ga­rek. Wo­kół nie było żad­nych sa­mo­cho­dów, wszę­dzie pa­no­wa­ła ci­sza. Nic, tyl­ko pod­kła­dać bom­by. Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dział tlą­cy się lont. Czuł drżą­cą pod no­ga­mi zie­mię, sły­szał trzask roz­ry­wa­ne­go drew­na, huk wa­lą­ce­go się muru, brzęk pę­ka­ją­cych szyb. Prze­mknę­ło mu przez gło­wę, że są tak bli­sko, że mogą na­wet do­stać odłam­ka­mi.

– Moż­na by po­my­śleć, że Do­gan przy­śle ja­kiś przy­zwo­ity sa­mo­chód – burk­nął pod no­sem. Rol­lie sie­dział nie­ru­cho­mo, wpa­tru­jąc się w coś za oknem.

Od wyj­ścia z biu­ra Kra­me­ra mi­nę­ło do­bre pięt­na­ście mi­nut i lada chwi­la moż­na się było spo­dzie­wać eks­plo­zji. Otarł rę­ka­wem kro­ple potu z czo­ła i raz jesz­cze prze­krę­cił klu­czyk. Tym ra­zem sil­nik ła­ska­wie za­sko­czył. Sam zer­k­nął z uśmie­chem na Rol­lie­go, ten jed­nak nadal sie­dział nie­po­ru­szo­ny, jak­by to wszyst­ko go nie do­ty­czy­ło. Wy­co­fał więc sa­mo­chód z jed­no­kie­run­ko­wej ulicz­ki i pę­dem ru­szył przed sie­bie. Ko­lej­na uli­ca wy­glą­da­ła zna­jo­mo i dwie prze­czni­ce da­lej skrę­ci­li w Main Stre­et.

– Ja­kie­go lon­tu uży­łeś? – spy­tał Sam, gdy w koń­cu do­tar­li do wjaz­du na szo­sę 82, nie­ca­łe dzie­sięć prze­cznic od biu­ra Kra­me­ra.

Rol­lie wzru­szył ra­mio­na­mi, jak­by to była jego spra­wa i Cay­hall nie po­wi­nien na­wet py­tać. Zwol­ni­li na wi­dok za­par­ko­wa­ne­go na po­bo­czu ra­dio­wo­zu, po­tem znów przy­śpie­szy­li i do­tar­li do koń­ca za­bu­do­wań. Chwi­lę póź­niej Gre­envil­le zo­sta­ło już za nimi.

– Ja­kie­go lon­tu uży­łeś? – po­wtó­rzył Sam, tym ra­zem bar­dziej na­tar­czy­wie.

– Wy­pró­bo­wa­łem coś no­we­go – od­rzekł Rol­lie, nie od­wra­ca­jąc gło­wy.

– Co?

– I tak tego nie zro­zu­miesz – burk­nął chło­pak i Sam po­czuł na­ra­sta­ją­cy gniew.

– Ja­kiś za­pal­nik cza­so­wy?

– Coś w tym ro­dza­ju.

* * *

Całą dro­gę do Cle­ve­land od­by­li w mil­cze­niu. Cay­hall zer­kał we wstecz­ne lu­ster­ko i wi­dząc, jak świa­tła Gre­envil­le stop­nio­wo roz­my­wa­ją się w od­da­li, spo­dzie­wał się uj­rzeć ogni­stą kulę i usły­szeć da­le­ki huk eks­plo­zji, jed­nak nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło. We­dge chy­ba ni­cze­go nie ocze­ki­wał, bo na­wet tro­chę się zdrzem­nął.

Na par­kin­gu było peł­no cię­ża­ró­wek, ich kie­row­cy tło­czy­li się w przy­droż­nej knaj­pie. Rol­lie jak zwy­kle wy­siadł bez sło­wa i za­trza­snął za sobą drzwi.

– Do na­stęp­ne­go razu – rzu­cił przez otwar­te okno i ru­szył do swo­je­go sa­mo­cho­du z wy­po­ży­czal­ni. Sam od­pro­wa­dził go wzro­kiem, jak zwy­kle zdu­mio­ny jego opa­no­wa­niem i zim­ną krwią.

Było po wpół do szó­stej i nie­bo na wscho­dzie za­czy­na­ło ró­żo­wieć. Sam wy­je­chał z par­kin­gu; zie­lo­ny pon­tiac ru­szył szo­są 61 z po­wro­tem na po­łu­dnie.

* * *

Kosz­mar ata­ku bom­bo­we­go na biu­ro Kra­me­ra za­czął się mniej wię­cej w chwi­li, gdy dro­gi Rol­lie­go We­dge’a i Sama Cay­hal­la ro­ze­szły się w Cle­ve­land. Naj­pierw za­dzwo­nił bu­dzik na sto­li­ku noc­nym tuż przy gło­wie Ruth Kra­mer. Włą­czył się jak zwy­kle o pią­tej trzy­dzie­ści, tyle że Ruth od razu po­czu­ła, że jest z nią coś nie tak. Czu­ła lek­ką go­rącz­kę, świ­dru­ją­cy ból w skro­niach i mdło­ści. Ma­rvin po­mógł jej do­wlec się do ła­zien­ki, a ona prze­sie­dzia­ła w niej całe pół go­dzi­ny. Od mie­sią­ca w Gre­envil­le sza­lał wi­rus pa­skud­nej gry­py i wy­glą­da­ło na to, że wła­śnie od­na­lazł dro­gę do domu Kra­me­rów.

O szó­stej trzy­dzie­ści słu­żą­ca obu­dzi­ła pię­cio­let­nich bliź­nia­ków Kra­me­rów, Jo­sha i Joh­na, i do­pil­no­wa­ła, by szyb­ko wzię­li prysz­nic, ubra­li się i zje­dli śnia­da­nie. Ma­rvin uznał, że naj­le­piej bę­dzie nic nie zmie­niać w pla­nie i za­wieźć chłop­ców do przed­szko­la, co uchro­ni ich przed zła­pa­niem wi­ru­sa od mat­ki. Przed wyj­ściem za­dzwo­nił do zna­jo­me­go le­ka­rza, po­pro­sił o wy­sta­wie­nie re­cep­ty i zo­sta­wił słu­żą­cej dwa­dzie­ścia do­la­rów na le­kar­stwo, po któ­re mia­ła iść do ap­te­ki. Zo­sta­wił Ruth na pod­ło­dze w ła­zien­ce z po­dusz­ką pod gło­wą oraz wo­recz­kiem lodu na twa­rzy i wy­je­chał z domu z chłop­ca­mi.

Jego pra­ca nie ogra­ni­cza­ła się tyl­ko do po­ty­czek są­do­wych w spra­wie prze­strze­ga­nia praw oby­wa­tel­skich. W roku 1967 nie było ich w Mis­si­si­pi aż tak wie­le, by dało się z tego wy­żyć. Zaj­mo­wał się też spra­wa­mi kry­mi­nal­ny­mi, a tak­że ty­po­wy­mi spra­wa­mi cy­wil­ny­mi: roz­wo­da­mi, ban­kruc­twa­mi, umo­wa­mi kup­na i sprze­da­ży nie­ru­cho­mo­ści. I mimo iż jego oj­ciec pra­wie się do nie­go nie od­zy­wał, a resz­cie ro­dzi­ny z tru­dem przy­cho­dzi­ło wy­ma­wiać jego imię, jed­ną trze­cią cza­su spę­dza­ne­go w kan­ce­la­rii po­świę­cał spra­wom ro­dzin­nym. Aku­rat tego dnia miał się sta­wić w są­dzie o dzie­wią­tej, by zło­żyć wnio­sek w spra­wie nie­ru­cho­mo­ści na­le­żą­cej do jego wuja.

Chłop­cy uwiel­bia­li by­wać w jego biu­rze. W przed­szko­lu po­win­ni zja­wić się o ósmej, miał więc tro­chę cza­su, by przed od­sta­wie­niem ich tam i pój­ściem do sądu za­jąć się spra­wa­mi bie­żą­cy­mi. Wi­zy­ty chłop­ców w biu­rze zda­rza­ły się mniej wię­cej raz w mie­sią­cu, ale nie było dnia, by go nie bła­ga­li, żeby za­brał ich do pra­cy i do­pie­ro stam­tąd za­wiózł do przed­szko­la.

Do­tar­li do kan­ce­la­rii oko­ło wpół do ósmej i chłop­cy bez za­sta­no­wie­nia do­pa­dli biur­ka re­cep­cjo­nist­ki, gdzie jak zwy­kle le­ża­ła ster­ta pa­pie­rów cze­ka­ją­ca na po­se­gre­go­wa­nie, sko­pio­wa­nie, po­spi­na­nie i po­wkła­da­nie do ko­pert. Biu­ro było dość duże, skła­da­ło się z kil­ku po­miesz­czeń, któ­re w mia­rę roz­wo­ju kan­ce­la­rii były re­mon­to­wa­ne i udo­stęp­nia­ne. Drzwi wej­ścio­we pro­wa­dzi­ły do nie­wiel­kiej po­cze­kal­ni, w któ­rej biur­ko re­cep­cjo­nist­ki sta­ło nie­mal wci­śnię­te pod scho­dy. Pod ścia­na­mi usta­wio­no czte­ry krze­sła dla klien­tów, na pod­ło­dze le­ża­ły ster­ty cza­so­pism. Po pra­wej i le­wej znaj­do­wa­ły się drzwi pro­wa­dzą­ce do ga­bi­ne­tów dwóch pra­cow­ni­ków, jako że Ma­rvin za­trud­niał już trzech praw­ni­ków. Na wprost po­cze­kal­nia prze­cho­dzi­ła w ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy w głąb bu­dyn­ku i ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć me­trów od drzwi fron­to­wych znaj­do­wa­ło się tyl­ne wyj­ście z bu­dyn­ku. Naj­więk­szym po­miesz­cze­niem na par­te­rze był ga­bi­net Ma­rvi­na, do któ­re­go pro­wa­dzi­ły ostat­nie drzwi po le­wej, tuż obok sza­fy z se­gre­ga­to­ra­mi. Po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza, do­kład­nie na­prze­ciw­ko ga­bi­ne­tu Ma­rvi­na, mie­ścił się po­kój jego oso­bi­stej se­kre­tar­ki. Mia­ła na imię He­len i była zgrab­ną mło­dą ko­bie­tą, któ­ra już od pół­to­ra roku po­ja­wia­ła się w jego snach.

Na pierw­szym pię­trze znaj­do­wał się ga­bi­net trze­cie­go pra­cow­ni­ka oraz po­ko­je dwóch se­kre­ta­rek. Dru­gie pię­tro nie mia­ło ogrze­wa­nia i kli­ma­ty­za­cji, więc znaj­du­ją­ce się na nim po­miesz­cze­nia wy­ko­rzy­sty­wa­no na ar­chi­wum i pod­ręcz­ny ma­ga­zy­nek.

Ma­rvin zwy­kle przy­jeż­dżał do biu­ra mię­dzy siód­mą trzy­dzie­ści a ósmą, po­nie­waż lu­bił mieć go­dzi­nę spo­ko­ju przed przyj­ściem per­so­ne­lu i roz­dzwo­nie­niem się te­le­fo­nów. W pią­tek dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go kwiet­nia jak zwy­kle zja­wił się w biu­rze jako pierw­szy.

Otwo­rzył klu­czem drzwi wej­ścio­we, za­pa­lił świa­tło i za­trzy­mał się w po­cze­kal­ni. Chciał przy­po­mnieć bliź­nia­kom, że nie wol­no im ba­ła­ga­nić na biur­ku He­len, ale nim zdą­żył otwo­rzyć usta, już ich przy nim nie było. Za­nim ich do­go­nił i wsa­dziw­szy gło­wę do środ­ka, wy­gło­sił swo­je na­uki, Josh zdą­żył już chwy­cić no­życz­ki, a John pstry­kał zszy­wa­czem. Ma­rvin uśmiech­nął się, wszedł do sie­bie i po chwi­li bez resz­ty po­grą­żył się w pa­pie­rach.

Mniej wię­cej kwa­drans przed ósmą – jak to so­bie póź­niej od­two­rzył w szpi­ta­lu – po­szedł na dru­gie pię­tro po tecz­kę z do­ku­men­ta­mi, któ­re mia­ły mu się przy­dać w jed­nej z bie­żą­cych spraw. Mru­cząc coś pod no­sem, ru­szył scho­da­mi na górę i to – jak się póź­niej oka­za­ło – ura­to­wa­ło mu ży­cie. Idąc po scho­dach, sły­szał do­bie­ga­ją­cy z dołu śmiech chłop­ców.

Wy­buch roz­szedł się pio­no­wo i po­zio­mo z szyb­ko­ścią paru ty­się­cy me­trów na se­kun­dę. Pięt­na­ście la­sek dy­na­mi­tu w bu­dyn­ku o drew­nia­nej kon­struk­cji w mgnie­niu oka za­mie­ni­ło go w ru­mo­wi­sko. Wy­buch był tak po­tęż­ny, że opa­da­nie drew­nia­nych szczap i gru­zu trwa­ło bli­sko mi­nu­tę. Zie­mia pod no­ga­mi za­drża­ła, jak­by na­stą­pi­ło trzę­sie­nie, a – jak to póź­niej ze­zna­li świad­ko­wie – deszcz spa­da­ją­cych na uli­ce Gre­envil­le okru­chów szkła zda­wał się nie mieć koń­ca.

Josh i John znaj­do­wa­li się oko­ło czte­rech me­trów od epi­cen­trum wy­bu­chu i na swo­je szczę­ście na­wet nie zdą­ży­li się zo­rien­to­wać, co się sta­ło. Przy­najm­niej nie cier­pie­li. Ich zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki zna­leź­li stra­ża­cy pod dwu­ipół­me­tro­wą war­stwą gru­zu. Kra­me­ra naj­pierw rzu­ci­ło o su­fit po­miesz­cze­nia na dru­gim pię­trze, po­tem nie­przy­tom­ny ru­nął wraz z frag­men­ta­mi stro­pu do dy­mią­ce­go kra­te­ru po­środ­ku bu­dyn­ku. Zna­le­zio­no go po dwu­dzie­stu mi­nu­tach i za­wie­zio­no do szpi­ta­la, gdzie przed upły­wem trzech go­dzin pod­da­no go am­pu­ta­cji obu nóg na wy­so­ko­ści ko­lan.

Wy­buch na­stą­pił do­kład­nie o siód­mej czter­dzie­ści sześć i moż­na to było uznać za szczę­śli­we zrzą­dze­nie losu. Se­kre­tar­ka Ma­rvi­na, He­len, wła­śnie wy­cho­dzi­ła z pocz­ty czte­ry prze­czni­ce da­lej, kie­dy po­czu­ła sil­ny po­dmuch. Gdy­by wy­buch na­stą­pił dzie­sięć mi­nut póź­niej, za­stał­by ją w środ­ku szy­ku­ją­cą kawę. Miesz­ka­ją­cy trzy prze­czni­ce od biu­ra Da­vid Lu­kland, mło­dy pra­cow­nik Kra­me­ra, wła­śnie wy­cho­dził z miesz­ka­nia, gdy po­czuł i usły­szał wy­buch. Dzie­sięć mi­nut póź­niej sie­dział­by już przy biur­ku w swo­im ga­bi­ne­cie na pierw­szym pię­trze.

W są­sied­nim bu­dyn­ku wy­buchł po­żar i choć ogień był nie­wiel­ki i zo­stał szyb­ko uga­szo­ny, bar­dzo przy­czy­nił się do ogól­ne­go za­mie­sza­nia. Do­by­wa­ją­cy się z bu­dyn­ku dym był przez ja­kiś czas bar­dzo gę­sty, co skło­ni­ło wie­lu miesz­kań­ców do pa­nicz­nej uciecz­ki.

Były też dwie ofia­ry wśród prze­chod­niów. Me­tro­wy ka­wał bel­ki o prze­kro­ju pięć na dzie­sięć cen­ty­me­trów wy­lą­do­wał na chod­ni­ku, sto me­trów od bu­dyn­ku, od­bił się i wal­nął pa­nią Mil­dred Tal­ton pro­sto w twarz w chwi­li, gdy wy­sia­dła z za­par­ko­wa­ne­go sa­mo­cho­du, by przyj­rzeć się wy­bu­cho­wi. Do­zna­ła zła­ma­nia nosa i głę­bo­kich ran twa­rzy, ale na szczę­ście dość szyb­ko się z tego wy­li­za­ła.

Ob­ra­że­nia dru­giej z ofiar były mniej­sze, ale ich kon­se­kwen­cje oka­za­ły się dużo po­waż­niej­sze. Sam Cay­hall szedł wol­no chod­ni­kiem w stro­nę biu­ra Kra­me­ra, gdy zie­mia tak mu się za­trzę­sła pod no­ga­mi, że stra­cił rów­no­wa­gę i upadł na kra­węż­nik. Wsta­jąc, do­stał jed­nym okru­chem szkła w szy­ję, dru­gim w lewy po­li­czek. Usko­czył za pień drze­wa, by za­sło­nić się przed desz­czem okru­chów szkła i in­nych śmie­ci, po­tem spoj­rzał na roz­ta­cza­ją­cy się przed nim ob­raz spu­sto­sze­nia i rzu­cił się do uciecz­ki.

Ka­pią­ca z po­licz­ka krew wsią­ka­ła mu w ko­szu­lę, two­rząc roz­le­głą pla­mę. Był w szo­ku i póź­niej nie­wie­le z tego pa­mię­tał. Wsiadł do zie­lo­ne­go pon­tia­ca i po­śpiesz­nie od­je­chał z miej­sca za­ma­chu. Pew­nie uda­ło­by mu się po raz dru­gi bez­piecz­nie wy­je­chać z mia­sta, gdy­by nie był tak oszo­ło­mio­ny i tro­chę bar­dziej uwa­żał. Za­wia­do­mie­ni o wy­bu­chu dwaj po­li­cjan­ci w ra­dio­wo­zie ru­szy­li pę­dem w kie­run­ku cen­trum i nie­mal wpa­dli na wlo­ką­ce­go się środ­kiem jezd­ni zie­lo­ne­go pon­tia­ca, któ­ry nie zje­chał na bok i nie ustą­pił dro­gi. Ra­dio­wóz je­chał z włą­czo­ny­mi lam­pa­mi i wy­ją­cą sy­re­ną, gli­nia­rze do­dat­ko­wo trą­bi­li i wrzesz­cze­li, ale kie­row­ca pon­tia­ca upar­cie trzy­mał się środ­ka jezd­ni i nie re­ago­wał. Gli­nia­rze za­trzy­ma­li ra­dio­wóz, pod­bie­gli do auta i szarp­nąw­szy za drzwi, uj­rze­li w środ­ku za­krwa­wio­ne­go męż­czy­znę. Wy­cią­gnę­li go, sku­li mu ręce kaj­dan­ka­mi i nie­zbyt de­li­kat­nie wpa­ko­wa­li na tyl­ne sie­dze­nie ra­dio­wo­zu. W re­zul­ta­cie Sam tra­fił do aresz­tu, a zie­lo­ne­go pon­tia­ca od­pro­wa­dzo­no na po­li­cyj­ny par­king.

* * *

Bom­ba, któ­ra za­bi­ła bliź­nia­ków, na­le­ża­ła do naj­pry­mi­tyw­niej­szych z moż­li­wych. Pę­czek pięt­na­stu la­sek dy­na­mi­tu, okle­jo­nych sza­rą ta­śmą izo­la­cyj­ną. Za­miast lon­tu Rol­lie We­dge za­sto­so­wał de­to­na­tor cza­so­wy w po­sta­ci zwy­kłe­go bu­dzi­ka na sprę­ży­nę. Usu­nął wska­zów­kę mi­nu­to­wą, mię­dzy cy­fer­ka­mi sie­dem i osiem wy­wier­cił otwo­rek i umie­ścił w nim ka­wa­łek dru­tu, któ­ry po ze­tknię­ciu ze wska­zów­ką go­dzi­no­wą za­my­kał ob­wód i de­to­no­wał bom­bę. Rol­lie chciał mieć wię­cej cza­su, niż za­pew­niał pięt­na­sto­mi­nu­to­wy lont. Poza tym uwa­żał się za eks­per­ta i po­sta­no­wił po­eks­pe­ry­men­to­wać z no­wym spo­so­bem od­pa­la­nia ła­dun­ku.

Być może wska­zów­ka go­dzi­no­wa była lek­ko zwi­chro­wa­na. Być może tar­cza bu­dzi­ka nie była ide­al­nie pła­ska. Być może Rol­lie za moc­no lub za sła­bo na­krę­cił sprę­ży­nę. Być może drut nie był dość pre­cy­zyj­nie wpa­so­wa­ny w tar­czę. W koń­cu było to pierw­sze po­dej­ście Rol­lie­go do de­to­na­to­ra cza­so­we­go. A może wy­buch na­stą­pił do­kład­nie tak, jak to so­bie za­pla­no­wał.

Jak­kol­wiek było, w ra­mach kam­pa­nii bom­bo­wej Je­re­mia­ha Do­ga­na i Ku-Klux-Kla­nu w Mis­si­si­pi po­pły­nę­ła ży­dow­ska krew i prak­tycz­nie ozna­cza­ło to ko­niec kam­pa­nii.

Rozdział 2

Po za­bra­niu ciał po­li­cja z Gre­envil­le ogro­dzi­ła miej­sce i nie po­zwo­li­ła ni­ko­mu się zbli­żać. W cią­gu paru go­dzin spra­wę prze­ję­ła gru­pa do­cho­dze­nio­wa FBI z Jack­son i jesz­cze przed za­pad­nię­ciem zmro­ku eki­pa roz­biór­ko­wa za­czę­ła prze­szu­ki­wać ru­mo­wi­sko. Kil­ku­dzie­się­ciu agen­tów FBI przy­stą­pi­ło do skru­pu­lat­ne­go wy­grze­by­wa­nia naj­drob­niej­szych frag­men­tów i prze­ka­zy­wa­nia ich da­lej, gdzie je oglą­da­no, pa­ko­wa­no i od­kła­da­no do póź­niej­szych ana­liz. Wy­na­ję­to pu­sty ma­ga­zyn ba­weł­ny na skra­ju mia­sta i za­mie­nio­no go w skła­do­wi­sko szcząt­ków ze­bra­nych na miej­scu za­ma­chu.

FBI szyb­ko na­bra­ło pew­no­ści, że wstęp­na oce­na oko­licz­no­ści wy­bu­chu była traf­na: dy­na­mit, za­pal­nik cza­so­wy, kil­ka dru­tów. Pry­mi­tyw­na bom­ba spo­rzą­dzo­na przez ama­to­ra, któ­ry miał szczę­ście, że nie wy­bu­chła mu w rę­kach.

Ma­rvi­na Kra­me­ra szyb­ko prze­trans­por­to­wa­no sa­mo­lo­tem do no­wo­cze­śniej­sze­go szpi­ta­la w Mem­phis, gdzie przez trzy ko­lej­ne dni jego stan był okre­śla­ny jako kry­tycz­ny, ale sta­bil­ny. Ruth Kra­mer w sta­nie szo­ku też tra­fi­ła do szpi­ta­la – naj­pierw w Gre­envil­le, po­tem prze­wie­zio­no ją ka­ret­ką do tego sa­me­go szpi­ta­la w Mem­phis i po­ło­żo­no w jed­nym po­ko­ju z mę­żem.

Pań­stwo Kra­me­ro­wie dzie­li­li nie tyl­ko po­kój, ale i ba­te­rię tych sa­mych środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych. Opie­ko­wa­ła się nimi cała ar­mia le­ka­rzy i krew­nych. Ruth uro­dzi­ła się i do­ra­sta­ła w Mem­phis, więc krew­nych i przy­ja­ciół im nie bra­ko­wa­ło.

* * *

Gdy opa­dły tu­ma­ny ku­rzu i frag­men­tów biu­ra Ma­rvi­na, są­sie­dzi ma­ją­cy w po­bli­żu skle­py i biu­ra za­bra­li się do uprzą­ta­nia ka­wał­ków szkła z chod­ni­ków. Roz­ma­wia­jąc mię­dzy sobą, ob­ser­wo­wa­li, jak po­li­cja i eki­py ra­tow­ni­cze przy­stę­pu­ją do roz­grze­by­wa­nia ru­mo­wi­ska. Nie­dłu­go po­tem wszyst­kich ze­lek­try­zo­wa­ła po­gło­ska, że po­li­cja ma już po­dej­rza­ne­go. Koło po­łu­dnia wszy­scy wie­dzie­li, że po­dej­rza­ny na­zy­wa się Sam Cay­hall, po­cho­dzi z Clan­ton w sta­nie Mis­si­si­pi, jest człon­kiem Ku-Klux-Kla­nu i od­niósł w za­ma­chu drob­ne ob­ra­że­nia. Jed­na z wer­sji za­wie­ra­ła prze­ra­ża­ją­ce szcze­gó­ły do­ty­czą­ce wcze­śniej­szych za­ma­chów Cay­hal­la. Opo­wia­da­no o po­twor­nie oka­le­czo­nych ofia­rach i pod­kre­śla­no, że za każ­dym ra­zem ce­lem ata­ku była mu­rzyń­ska bie­do­ta. Inni mó­wi­li o he­ro­icz­nej ak­cji miej­sco­wej po­li­cji, któ­ra w cią­gu paru se­kund od za­ma­chu wy­tro­pi­ła od­po­wie­dzial­ne­go za nie­go sza­leń­ca. W po­łu­dnio­wych wia­do­mo­ściach lo­kal­nej sta­cji te­le­wi­zyj­nej po­twier­dzo­no ofi­cjal­nie to, o czym wszy­scy już wie­dzie­li: w wy­bu­chu zgi­nę­li dwaj mali chłop­cy, ich oj­ciec zo­stał cięż­ko ran­ny, a po­li­cja aresz­to­wa­ła nie­ja­kie­go Sama Cay­hal­la.

Omal go zresz­tą nie wy­pusz­czo­no za trzy­dzie­sto­do­la­ro­wą kau­cją. W dro­dze do aresz­tu od­zy­skał przy­tom­ność umy­słu na tyle, by go­rą­co prze­pro­sić ro­ze­źlo­nych po­li­cjan­tów za nie­ustą­pie­nie im miej­sca. W re­zul­ta­cie oskar­żo­no go tyl­ko o drob­ne wy­kro­cze­nie i za­mknię­to w po­li­cyj­nej izbie za­trzy­mań, gdzie miał po­cze­kać na za­koń­cze­nie pa­pier­ko­wej ro­bo­ty i wyjść na wol­ność. Po­li­cjan­ci, któ­rzy go tu przy­wieź­li, wró­ci­li do ra­dio­wo­zu i po­je­cha­li na miej­sce wy­bu­chu.

Za­trzy­ma­nym za­jął się stróż, któ­ry jed­no­cze­śnie peł­nił funk­cję po­li­cyj­ne­go me­dy­ka. Przy­niósł moc­no sfa­ty­go­wa­ny ze­staw pierw­szej po­mo­cy, ob­mył Sa­mo­wi twarz z za­krze­płej krwi i zde­zyn­fe­ko­wał. Krwa­wie­nie usta­ło, a Sam jesz­cze raz po­wtó­rzył swo­ją ba­jecz­kę, że wdał się w bój­kę w ba­rze. Zwy­kłą pi­jac­ką bur­dę. Stróż po­szedł, a po go­dzi­nie w okien­ku izby za­trzy­mań po­ja­wi­ła się gło­wa po­moc­ni­ka straż­ni­ka, któ­ry przy­niósł do pod­pi­sa­nia ofi­cjal­ny pro­to­kół. Oskar­żo­no w nim Sama o nie­ustą­pie­nie dro­gi po­jaz­do­wi uprzy­wi­le­jo­wa­ne­mu w ak­cji i usta­lo­no kau­cję w wy­so­ko­ści trzy­dzie­stu do­la­rów. Straż­nik oświad­czył, że je­śli Sam wpła­ci ją go­tów­ką, bę­dzie mógł wyjść, jak tyl­ko po­li­cjan­ci za­koń­czą for­mal­no­ści i zdej­mą plom­by z jego sa­mo­cho­du. Przez na­stęp­ne pół go­dzi­ny Sam ner­wo­wo krą­żył po izbie, raz po raz zer­ka­jąc na ze­ga­rek i ma­su­jąc so­bie ska­le­czo­ny po­li­czek.

Wie­dział, że bę­dzie mu­siał znik­nąć. Opis jego za­trzy­ma­nia tra­fił do pro­to­ko­łu po­li­cyj­ne­go i nie po­trwa dłu­go, za­nim te ma­to­ły po­wią­żą go z za­ma­chem bom­bo­wym, a wte­dy… No cóż, nie po­zo­sta­wa­ło mu nic in­ne­go, jak stąd znik­nąć. Wy­je­dzie z Mis­si­si­pi, może do­łą­czy do Rol­lie­go We­dge’a i ra­zem pry­sną do Bra­zy­lii albo gdzieś in­dziej. Do­gan da im for­sę. Jak tyl­ko wy­je­dzie z Gre­envil­le, od razu o wszyst­kim go po­in­for­mu­je. Jego wła­sny sa­mo­chód stoi na par­kin­gu cię­ża­ró­wek w Cle­ve­land. Prze­sią­dzie się z pon­tia­ca, po­je­dzie do Mem­phis i wsią­dzie w pierw­sze­go lep­sze­go grey­ho­un­da3.

Tak, tak wła­śnie zro­bi. Za­cho­wał się jak osioł, wra­ca­jąc na miej­sce prze­stęp­stwa, ale je­śli tyl­ko za­cho­wa zim­ną krew, ci dur­nie go wy­pusz­czą.

Pół go­dzi­ny póź­niej straż­nik wró­cił z na­stęp­nym for­mu­la­rzem, Sam wrę­czył mu trzy­dzie­ści do­la­rów i do­stał po­kwi­to­wa­nie. Po­szedł za straż­ni­kiem wą­skim ko­ry­ta­rzy­kiem do sta­no­wi­ska dy­żur­ne­go, któ­ry wrę­czył mu we­zwa­nie do sta­wie­nia się za dwa ty­go­dnie przed ob­li­cze sę­dzie­go grodz­kie­go w Gre­envil­le.

– A gdzie sa­mo­chód? – spy­tał, cho­wa­jąc we­zwa­nie.

– Spo­koj­nie. Za­raz go przy­pro­wa­dzą.

Sam spoj­rzał na ze­ga­rek i cze­kał. Przez małe okien­ko w obi­tych bla­chą drzwiach ob­ser­wo­wał ruch na par­kin­gu przed aresz­tem oraz wjeż­dża­ją­ce i wy­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy. Po pięt­na­stu mi­nu­tach drzwi się otwo­rzy­ły i ro­sły po­li­cjant we­pchnął do środ­ka dwóch za­la­nych fa­ce­tów. Sam nie­cier­pli­wie po­pra­wił się na krze­śle i cze­kał da­lej.

Gdzieś zza ple­ców do­biegł go mę­ski głos, któ­ry spo­koj­nie po­wie­dział „pan Cay­hall”. Od­wró­cił gło­wę i uj­rzał ni­skie­go męż­czy­znę w moc­no zno­szo­nym ubra­niu, któ­ry wy­jął od­zna­kę i mach­nął mu nią przed no­sem.

– Śled­czy Ivy, po­li­cja miej­ska w Gre­envil­le. Mu­szę za­dać panu parę py­tań. – Wska­zał ręką rząd drzwi w ko­ry­ta­rzu, Sam po­słusz­nie po­szedł za nim.

* * *

Gdy tyl­ko za­sie­dli po dwóch stro­nach za­pla­mio­ne­go biur­ka, Sa­mo­wi Cay­hal­lo­wi jak­by od­ję­ło mowę. Ivy miał nie­wie­le po­nad czter­dzie­ści lat, ale był już nie­co szpa­ko­wa­ty, a wo­kół oczu wi­dać było sia­tecz­kę głę­bo­kich zmarsz­czek. Wy­jął pacz­kę ca­me­li bez fil­tra, za­pa­lił, po­dał ją Sa­mo­wi i spy­tał, skąd się wzię­ły ska­le­cze­nia na jego twa­rzy. Sam wziął pa­pie­ro­sa, ale nie za­pa­lił. Rzu­cił pa­le­nie wie­le lat temu i choć w tym mo­men­cie czuł ogrom­ną ocho­tę na za­cią­gnię­cie się dy­mem, po­stu­kał tyl­ko pa­pie­ro­sem o blat biur­ka. Nie pod­no­sząc wzro­ku na Ivy’ego, wy­mam­ro­tał, że chy­ba się z kimś po­bił.

Ivy ci­cho par­sk­nął, jak­by się spo­dzie­wał ta­kiej od­po­wie­dzi, i Sam już wie­dział, że ma do czy­nie­nia z za­wo­dow­cem. Ogar­nął go strach, za­czę­ły mu drżeć ręce. Oczy­wi­ście nic z tego nie umknę­ło uwa­dze Ivy’ego. Gdzie ta bój­ka się od­by­ła? Z kim się po­bił? Kie­dy to się sta­ło? Dla­cze­go bił się w Gre­envil­le, sko­ro miesz­ka trzy go­dzi­ny dro­gi stąd? Skąd ma ten sa­mo­chód?

Sam upar­cie mil­czał. Ivy za­sy­py­wał go py­ta­nia­mi, jed­nak on na żad­ne nie mógł od­po­wie­dzieć, bo kłam­stwo pro­wa­dzi­ło­by do ko­lej­nych kłamstw i Ivy w cią­gu paru chwil za­pę­dził­by go do na­roż­ni­ka.

– Chcę roz­ma­wiać z ad­wo­ka­tem – wy­du­sił w koń­cu.

– To świet­nie, Sam – ucie­szył się Ivy. – My­ślę, że do­kład­nie tak po­wi­nie­neś zro­bić. – Za­pa­lił ko­lej­ne­go ca­me­la i wy­dmuch­nął kłąb dymu w stro­nę su­fi­tu. – Bo wi­dzisz, mie­li­śmy tu rano mały wy­buch. Może coś sły­sza­łeś? – Sar­kazm w gło­sie Ivy’ego był aż na­zbyt sły­szal­ny.

– Nie sły­sza­łem.

– Tra­ge­dia. Ktoś pod­ło­żył bom­bę w biu­rze miej­sco­we­go ad­wo­ka­ta, nie­ja­kie­go Kra­me­ra. Dwie go­dzi­ny temu. Wiesz, to pew­nie ro­bo­ta tych cho­ler­nych kluk­sów. U nas nie ma żad­nych kluk­sów, ale Kra­mer jest Ży­dem. Niech zgad­nę: nic o tym nie wiesz, praw­da?

– Nie wiem.

– To na­praw­dę strasz­nie smut­ne. Bo wi­dzisz, Kra­mer miał dwóch syn­ków, Jo­sha i Joh­na, i los tak chciał, że gdy ta bom­ba wy­bu­chła, oni aku­rat byli w jego biu­rze.

Sam głę­bo­ko za­czerp­nął po­wie­trza i spoj­rzał na Ivy’ego. I co da­lej? – na­glił jego wzrok.

– No i tych chłop­ców, bliź­nia­ków, uro­czych pię­cio­lat­ków, ro­ze­rwa­ło na strzę­py. Obaj zgi­nę­li.

Sam opu­ścił gło­wę tak ni­sko, że jego bro­da za­wi­sła dwa cen­ty­me­try nad klat­ką pier­sio­wą. Mają go. Oskar­żą o mor­der­stwo. Po­dwój­ne. Za­czną się ad­wo­ka­ci, roz­pra­wy, sę­dzio­wie, ławy przy­się­głych. Przy­mknął oczy.

– Może ich tata ja­koś się z tego wy­li­że. Jest te­raz w szpi­ta­lu i cze­ka go ope­ra­cja. Ale chłop­cy są już w kost­ni­cy. Praw­dzi­wa tra­ge­dia. Tyl­ko że ty, Sam, nic o tej bom­bie nie wiesz, tak?

– Tak. Chcę roz­ma­wiać z ad­wo­ka­tem.

– Oczy­wi­ście. – Ivy po­wo­li wstał z krze­sła i wy­szedł z po­ko­ju.

* * *

Okruch szkła wy­ję­ty przez chi­rur­ga z po­licz­ka Sama wy­sła­no do la­bo­ra­to­rium FBI. Wy­nik ana­li­zy ni­ko­go nie zdzi­wił: szkło było iden­tycz­ne z szy­ba­mi w oknach biu­ra Kra­me­ra. Szyb­ko też usta­lo­no, że zie­lo­ny pon­tiac, w któ­re­go ba­gaż­ni­ku zna­le­zio­no pięt­na­sto­mi­nu­to­wy lont, na­le­ży do Je­re­mia­ha Do­ga­na z Me­ri­dian. Zna­lazł się też na­ocz­ny świa­dek, któ­ry ze­znał, że do­star­cza­jąc o czwar­tej rano to­war, wi­dział zie­lo­ne­go pon­tia­ca w po­bli­żu biu­ra Kra­me­ra.

FBI do­pil­no­wa­ło, żeby do pra­sy na­tych­miast tra­fi­ło, że Sam Cay­hall jest od wie­lu lat ak­tyw­nym człon­kiem Kla­nu i by­wał już głów­nym po­dej­rza­nym w paru wcze­śniej­szych za­ma­chach bom­bo­wych. Spra­wę uzna­no za roz­wią­za­ną i na po­li­cję w Gre­envil­le po­sy­pa­ły się sło­wa uzna­nia. J. Ed­gar Ho­over wy­dał w tej spra­wie oso­bi­ste oświad­cze­nie.

Dwa dni po za­ma­chu chłop­ców po­cho­wa­no na ma­łym miej­sco­wym cmen­ta­rzu. W owym cza­sie w Gre­envil­le miesz­ka­ło stu czter­dzie­stu sze­ściu Ży­dów i poza Ma­rvi­nem i sze­ścio­ma in­ny­mi wszy­scy oni uczest­ni­czy­li w uro­czy­sto­ściach po­grze­bo­wych. Gru­pa re­por­te­rów i fo­to­re­por­te­rów przy­by­łych z ca­łe­go kra­ju była dwu­krot­nie licz­niej­sza.

* * *

Na­stęp­ne­go dnia Sam w swo­jej cia­snej celi obej­rzał fo­to­gra­fie i prze­czy­tał re­la­cje z po­grze­bu. Po­moc­nik straż­ni­ka Lar­ry Jack Polk był miej­sco­wym pro­sta­kiem i zdą­żył się już z Sa­mem za­przy­jaź­nić, bo – jak mu wy­znał szep­tem – miał ku­zy­nów w Kla­nie i sam też chęt­nie by do nie­go wstą­pił, tyl­ko że żona mu na to nie po­zwo­li­ła. Co­dzien­nie rano do­no­sił Sa­mo­wi świe­żą kawę i po­ran­ne ga­ze­ty, nie kry­jąc po­dzi­wu dla jego wie­dzy w te­ma­cie bomb.

Poza wy­po­wia­da­niem paru słów nie­zbęd­nych do ma­ni­pu­lo­wa­nia Lar­rym, Sam prak­tycz­nie mil­czał. Dzień po za­ma­chu po­sta­wio­no mu for­mal­ny za­rzut po­dwój­ne­go mor­der­stwa pierw­sze­go stop­nia, więc jego my­śli krą­ży­ły głów­nie wo­kół ko­mo­ry ga­zo­wej. Od­ma­wiał wszel­kich roz­mów z Ivym i resz­tą po­li­cjan­tów, a tak­że z agen­ta­mi FBI. Re­por­te­rzy chęt­nie by go po­py­ta­li, ale na dro­dze sta­wał im Lar­ry Jack, któ­ry nie do­pusz­czał ich do więź­nia. Cay­hall za­dzwo­nił do żony, ka­zał jej sie­dzieć w domu i ni­ko­mu nie otwie­rać. Za­mknię­ty w izo­lat­ce z su­ro­wych blocz­ków z żuż­lo­be­to­nu Sam za­czął pi­sać pa­mięt­nik.

Żeby Rol­lie We­dge mógł też być po­sta­wio­ny w stan oskar­że­nia, gli­nia­rze mu­sie­li­by go naj­pierw zna­leźć. Wstę­pu­jąc do Kla­nu, Cay­hall zło­żył przy­się­gę, któ­ra była dla nie­go świę­ta. Przy­siągł, że nig­dy, prze­nig­dy nie do­nie­sie na in­ne­go człon­ka Ku-Klux-Kla­nu. Po­zo­sta­wa­ło mu tyl­ko mieć na­dzie­ję, że Je­re­miah Do­gan rów­nie se­rio po­trak­tu­je swo­ją przy­się­gę.

Dwa dni po za­ma­chu w Gre­envil­le po­ja­wił się Clo­vis Bra­zel­ton – ad­wo­kat z dość męt­ną re­pu­ta­cją i szo­pą wło­sów na gło­wie. Był nie­for­mal­nym człon­kiem Kla­nu i w Jack­son miał złą sła­wę obroń­cy róż­ne­go au­to­ra­men­tu rze­zi­miesz­ków. Chciał star­to­wać w wy­bo­rach na gu­ber­na­to­ra, twier­dził, że wy­stę­pu­je w obro­nie bia­łej rasy, że FBI to sa­ta­ni­ści, że czar­nych na­le­ży chro­nić, ale nie po­zwa­lać im za­da­wać się z bia­ły­mi i tak da­lej, i tak da­lej. Do­gan wy­słał go do Gre­envil­le, żeby za­jął się obro­ną Sama Cay­hal­la i jed­no­cze­śnie do­pil­no­wał, by ten trzy­mał gębę na kłód­kę. FBI sie­dzia­ło mu na kar­ku w związ­ku z zie­lo­nym pon­tia­kiem i Do­gan bał się, że może zo­stać oskar­żo­ny o współ­udział w za­ma­chu.

Clo­vis z miej­sca wy­ja­śnił swe­mu klien­to­wi, że ktoś oskar­żo­ny o współ­udział w spi­sku jest tak samo win­ny jak ten, kto po­cią­ga za spust. Sam go słu­chał, ale mó­wił mało. Sły­szał wcze­śniej o Bra­zel­to­nie i jesz­cze mu nie ufał.

– Sam, po­słu­chaj – po­wie­dział Clo­vis ta­kim to­nem, jak­by miał do czy­nie­nia z tę­pym pierw­szo­kla­si­stą, któ­re­mu trze­ba wszyst­ko wy­ja­śnić. – Wiem, kto pod­ło­żył tę bom­bę. Do­gan wszyst­ko mi po­wie­dział. Je­śli do­brze li­czę, to wie o tym nas czte­rech: ja, ty, Do­gan i We­dge. Do­gan jest pra­wie pew­ny, że We­dge’a nig­dy nie znaj­dą. Nie mają z sobą kon­tak­tu, ale Do­gan wie, że chło­pak ma gło­wę na kar­ku, i jest prze­ko­na­ny, że już zdą­żył zwiać za gra­ni­cę. Czy­li je­steś ty i Do­gan. Szcze­rze po­wiem, że lada chwi­la spo­dzie­wam się po­sta­wie­nia za­rzu­tów Do­ga­no­wi. Jed­nak gli­ny będą mia­ły pro­blem z oskar­że­niem go o co­kol­wiek, chy­ba że uda im się udo­wod­nić, że wszy­scy trzej spi­sko­wa­li­ście z za­mia­rem wy­sa­dze­nia biu­ra tego Żyda. A będą to mo­gli zro­bić je­dy­nie wów­czas, gdy ty im o tym po­wiesz.

– Zna­czy mam wszyst­ko wziąć na sie­bie?

– Nie. Masz tyl­ko mil­czeć w spra­wie Do­ga­na. Wszyst­kie­mu za­prze­czaj. Sfa­bry­ku­je­my hi­sto­rię tego sa­mo­cho­du. Zo­staw to mnie. Za­ła­twię prze­nie­sie­nie po­stę­po­wa­nia do in­ne­go okrę­gu, może gdzieś w góry, gdzie nie ma Ży­dów. Zbie­rze­my czy­sto bia­łą ławę przy­się­głych i tak im na­mie­szam w gło­wach, że obaj wyj­dzie­my na bo­ha­te­rów. Już ja się tym zaj­mę.

– My­ślisz, że nie zo­sta­nę ska­za­ny?

– Ja­sne, że nie. Słu­chaj, Sam, uwierz mi na sło­wo. Zbie­rze­my na ła­wie przy­się­głych tyl­ko pa­trio­tów, lu­dzi ta­kich jak ty. Wy­łącz­nie bia­łych. Za­nie­po­ko­jo­nych tym, że ich dzie­ci mu­szą cho­dzić do jed­nej szko­ły z czar­nu­cha­mi. Zbie­rze­my dwu­na­stu przy­zwo­itych lu­dzi, po­sa­dzi­my na ła­wie przy­się­głych i opo­wie­my im, jak ży­dow­skie par­chy mie­sza­ją w tak zwa­nych pra­wach oby­wa­tel­skich. Za­ufaj mi. Ła­two so­bie po­ra­dzi­my. – Clo­vis po­chy­lił się nad ko­śla­wym sto­łem i po­kle­pał Sama po ra­mie­niu. – Uwierz mi, mam w tych spra­wach do­świad­cze­nie.

Parę go­dzin póź­niej Sama za­ku­to w kaj­dan­ki i w asy­ście po­li­cjan­tów z Gre­envil­le za­pro­wa­dzo­no do ra­dio­wo­zu. Przy wyj­ściu z aresz­tu zo­stał ob­fo­to­gra­fo­wa­ny przez gro­mad­kę fo­to­re­por­te­rów. Inna gru­pa ich ko­le­gów cze­ka­ła na nie­go i jego ob­sta­wę przed bu­dyn­kiem sądu.

Sam sta­nął przed sę­dzią grodz­kim w to­wa­rzy­stwie swe­go obroń­cy, me­ce­na­sa Clo­vi­sa Bra­zel­to­na, któ­ry zre­zy­gno­wał ze wstęp­ne­go prze­słu­cha­nia i za­sto­so­wał jesz­cze parę in­nych krucz­ków praw­nych. Cała pro­ce­du­ra trwa­ła dwa­dzie­ścia mi­nut, po czym Sama od­wie­zio­no z po­wro­tem do aresz­tu. Wcze­śniej Clo­vis obie­cał mu, że za parę dni wró­ci i zaj­mie się stra­te­gią, po czym wy­szedł z bu­dyn­ku sądu i dał po­kaz po­zo­wa­nia przed obiek­ty­wa­mi re­por­te­rów.

* * *

Mi­nął mie­siąc, nim hi­ste­ria lo­kal­nych me­diów w Gre­envil­le za­czę­ła opa­dać. Pią­te­go maja 1967 roku ofi­cjal­nie oskar­żo­no Sama Cay­hal­la i Je­re­mia­ha Do­ga­na o mor­der­stwo pierw­sze­go stop­nia i miej­sco­wy pro­ku­ra­tor okrę­go­wy ogło­sił, że wy­stą­pi o karę śmier­ci dla obu oskar­żo­nych. Na­zwi­sko Rol­lie­go We­dge’a nie po­ja­wi­ło się ani razu. Po­li­cja i FBI na­wet nie wie­dzia­ły o jego ist­nie­niu.

Clo­vi­so­wi, któ­ry re­pre­zen­to­wał obu oskar­żo­nych, uda­ło się do­pro­wa­dzić do zmia­ny miej­sca roz­pra­wy i w re­zul­ta­cie czwar­te­go wrze­śnia 1967 roku pro­ces ru­szył w sto­li­cy okrę­gu Net­tles, trzy­sta dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od Gre­envil­le. Od po­cząt­ku wszyst­ko było jed­ną wiel­ką far­są. Człon­ko­wie Ku-Klux-Kla­nu roz­ło­ży­li obo­zo­wi­sko na traw­ni­ku przed bu­dyn­kiem sądu i za­czę­li ha­ła­śli­wie wie­co­wać. Ścią­gnię­to człon­ków Kla­nu z in­nych sta­nów i na­wet utwo­rzo­no ofi­cjal­ną li­stę mów­ców. Z Sama Cay­hal­la i Je­re­mia­ha Do­ga­na zro­bio­no sym­bo­le su­pre­ma­cji bia­łej rasy, a ich za­kap­tu­rze­ni wiel­bi­cie­le po ty­siąc­kroć skan­do­wa­li dro­gie ser­cu na­zwi­ska.

Pra­sa wszyst­ko ob­ser­wo­wa­ła i cze­ka­ła. Sala roz­praw aż pę­ka­ła w szwach od fo­to­re­por­te­rów i dzien­ni­ka­rzy, ci zaś, któ­rym się nie po­szczę­ści­ło, mu­sie­li za­do­wo­lić się bi­wa­ko­wa­niem przed bu­dyn­kiem sądu. Sie­dząc w cie­niu drzew, przy­glą­da­li się wie­cu­ją­cym kluk­som i przy­słu­chi­wa­li ich wy­stą­pie­niom. Z im więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem to ro­bi­li, tym prze­mó­wie­nia sta­wa­ły się dłuż­sze.

Na sali roz­praw wszyst­ko szło po my­śli Cay­hal­la i Do­ga­na. Bra­zel­ton po­sta­wił na swo­im i do­pil­no­wał, by na ła­wie przy­się­głych za­sia­dło dwu­na­stu bia­łych pa­trio­tów – jak upie­rał się ich na­zy­wać – po czym przy­stą­pił do wy­ty­ka­nia po­waż­nych nie­do­cią­gnięć w ak­cie oskar­że­nia. Przede wszyst­kim, jego zda­niem, spra­wa było czy­sto po­szla­ko­wa. Nikt nie wi­dział Cay­hal­la pod­kła­da­ją­ce­go bom­bę. Clo­vis mó­wił o tym gło­śno i do­bit­nie w swo­im wstęp­nym wy­stą­pie­niu i wy­war­ło to od­po­wied­nie wra­że­nie na przy­się­głych. We­dług jego wer­sji Cay­hall po pro­stu pra­co­wał u Do­ga­na, na jego po­le­ce­nie po­je­chał do Gre­envil­le i przy­pad­kiem zna­lazł się aku­rat w po­bli­żu kan­ce­la­rii Kra­me­ra. Mó­wiąc o tra­gicz­nym lo­sie dwóch nie­szczę­snych chłop­ców w biu­rze taty, miał praw­dzi­we łzy w oczach.

Lont w ba­gaż­ni­ku sa­mo­cho­du praw­do­po­dob­nie zo­stał po po­przed­nim użyt­kow­ni­ku auta, nie­ja­kim Car­so­nie Jen­kin­sie, wła­ści­cie­lu fir­my roz­biór­ko­wej. Po­wo­ła­ny na świad­ka Jen­kins ze­znał przed są­dem, że w ra­mach obo­wiąz­ków służ­bo­wych ma bez prze­rwy do czy­nie­nia z dy­na­mi­tem i wi­docz­nie zo­sta­wił w ba­gaż­ni­ku ka­wa­łek lon­tu, za­nim sprze­dał sa­mo­chód Do­ga­no­wi. Poza tym na­uczał on w nie­dziel­nej szkół­ce ko­ściel­nej i był spo­koj­nym, cięż­ko pra­cu­ją­cym oby­wa­te­lem – praw­dzi­wą solą tej zie­mi – któ­re­mu nie spo­sób było nie wie­rzyć. O tym, że tak­że na­le­żał do Ku-Klux-Kla­nu, FBI już nie wie­dzia­ło. Clo­vis bez­błęd­nie wy­ko­rzy­stał Jen­kin­sa w roli świad­ka.

Po­li­cja ani FBI nig­dy nie wy­kry­ły, że Cay­hall zo­sta­wił swój sa­mo­chód na par­kin­gu dla cię­ża­ró­wek w Cle­ve­land. Pod­czas pierw­szej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej z aresz­tu po­le­cił żo­nie, by na­tych­miast wy­sła­ła do Cle­ve­land ich syna, Ed­die­go, i ka­za­ła mu za­brać sa­mo­chód. Dla obro­ny było to wy­jąt­ko­wo szczę­śli­we po­su­nię­cie.

Ale naj­moc­niej­szym ar­gu­men­tem Clo­vi­sa Bra­zel­to­na było twier­dze­nie, że nikt nie może udo­wod­nić jego klien­tom uczest­nic­twa w ja­kim­kol­wiek spi­sku, więc jak mo­gli­by­ście wy, przy­się­gli okrę­gu Net­tles, ska­zać tych dwóch so­lid­nych oby­wa­te­li na śmierć?

Po czte­rech dniach pro­ce­su przy­się­gli uda­li się na na­ra­dę.

Clo­vis za­pew­nił swo­ich klien­tów, że zo­sta­ną unie­win­nie­ni, oskar­że­nie też było pew­ne prze­gra­nej. Kluk­si na traw­ni­ku przed bu­dyn­kiem sądu zwie­trzy­li zwy­cię­stwo i za­czę­li jesz­cze gło­śniej wie­co­wać.

Oskar­żo­nych ani nie unie­win­nio­no, ani nie ska­za­no. Ku za­sko­cze­niu wszyst­kich, dwóch przy­się­głych się za­par­ło, ob­sta­jąc przy uzna­niu oskar­żo­nych za win­nych. Po trwa­ją­cych pół­to­ra dnia ob­ra­dach prze­wod­ni­czą­cy ławy przy­się­głych był zmu­szo­ny po­in­for­mo­wać sąd, że przy­się­gli nie są w sta­nie się po­ro­zu­mieć. Sę­dzia unie­waż­nił po­stę­po­wa­nie i Sam Cay­hall po pię­ciu mie­sią­cach nie­obec­no­ści wró­cił do domu.

* * *

Po­now­ny pro­ces roz­po­czął się sześć mie­się­cy póź­niej przed są­dem w Wil­son, sto­li­cy rol­ni­cze­go okrę­gu, czte­ry go­dzi­ny dro­gi od Gre­envil­le i sto sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od miej­sca pierw­sze­go pro­ce­su. Jako że pod­czas pierw­sze­go zgła­sza­no skar­gi na pró­by na­ci­sku na przy­się­głych ze stro­ny człon­ków Ku-Klux-Kla­nu, sę­dzia z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn pod­jął de­cy­zję o prze­nie­sie­niu pro­ce­su do okrę­gu aż ro­ją­ce­go się od sym­pa­ty­ków Kla­nu. Ława przy­się­głych była znów czy­sto bia­ła i z całą pew­no­ścią wol­na od ży­dow­skich wpły­wów. Clo­vis wy­gło­sił przed nią te same mowy i po­ło­żył na­cisk na te same spra­wy, Car­son Jen­kins po­wtó­rzył te same kłam­stwa.

Oskar­że­nie nie­co zmie­ni­ło stra­te­gię, jed­nak nic to nie dało. Pro­ku­ra­tor zmie­nił kwa­li­fi­ka­cję z mor­der­stwa pierw­sze­go stop­nia na zwy­kłe mor­der­stwo, a to ozna­cza­ło, że oskar­żo­nym nie tyl­ko nie gro­zi­ła kara śmier­ci, ale ława przy­się­głych mia­ła pra­wo uznać Cay­hal­la i Do­ga­na za win­nych zwy­kłej na­pa­ści ze skut­kiem śmier­tel­nym. Sta­no­wi­ło to dużo lżej­szy za­rzut, choć i tak wy­ma­ga­ją­cy wy­ro­ku ska­zu­ją­ce­go.

Dru­gi pro­ces róż­nił się od pierw­sze­go tak­że pod in­nym wzglę­dem. W pierw­szym rzę­dzie miejsc dla pu­blicz­no­ści za­siadł na wóz­ku in­wa­lidz­kim Ma­rvin Kra­mer i przez trzy dni trwa­nia pro­ce­su świ­dro­wał wzro­kiem ławę przy­się­głych. Ruth pró­bo­wa­ła uczest­ni­czyć w po­przed­nim pro­ce­sie, ale szyb­ko się pod­da­ła i wró­ci­ła do Gre­envil­le, gdzie przy­ję­to ją do szpi­ta­la z ozna­ka­mi za­ła­ma­nia ner­wo­we­go. Ma­rvi­na kil­ka­krot­nie wy­pusz­cza­no ze szpi­ta­la i znów przyj­mo­wa­no, a le­ka­rze nie wy­ra­zi­li zgo­dy na jego uczest­nic­two w pro­ce­sie w Net­tles.

Więk­szość przy­się­głych nie wy­trzy­my­wa­ła jego wzro­ku i od­wra­ca­ła gło­wy. Wręcz nie pa­trzy­li w stro­nę pu­blicz­no­ści, oka­zu­jąc nie­zwy­kłe za­in­te­re­so­wa­nie ze­zna­nia­mi świad­ków.

I tyl­ko jed­na z przy­się­głych, mło­da ko­bie­ta, nie­ja­ka Sha­ron Cul­pep­per, mat­ka bliź­niąt, nie po­tra­fi­ła się opa­no­wać i wciąż zer­ka­ła na Ma­rvi­na. Ich oczy czę­sto się spo­ty­ka­ły, a we wzro­ku Ma­rvi­na było nie­me bła­ga­nie o spra­wie­dli­wość.

Sha­ron Cul­pep­per była je­dy­ną z dwu­nast­ki przy­się­głych, któ­ra od po­cząt­ku gło­so­wa­ła za uzna­niem oskar­żo­nych za win­nych. Przez dwa dni była ata­ko­wa­na i szka­lo­wa­na przez ko­le­gów przy­się­głych, któ­rzy wy­zy­wa­li ją od naj­gor­szych i do­pro­wa­dza­li do pła­czu, jed­nak upar­cie trwa­ła przy swo­im zda­niu.

Ob­ra­dy przy­się­głych za­koń­czy­ły się nie­moż­no­ścią uzgod­nie­nia wer­dyk­tu przy sta­nie gło­sów je­de­na­ście do jed­ne­go, sę­dzia znów mu­siał unie­waż­nić po­stę­po­wa­nie i ode­słać wszyst­kich do domu. Ma­rvin Kra­mer wró­cił do Gre­envil­le, skąd po­je­chał do Mem­phis na ko­lej­ne za­bie­gi. Clo­vis Bra­zel­ton urzą­dził show dla pra­sy, pro­ku­ra­tor okrę­go­wy nie za­po­wie­dział na­stęp­ne­go pro­ce­su. Sam Cay­hall wró­cił do Clan­ton, przy­rze­ka­jąc so­bie w du­chu, że ze­rwie wszel­kie kon­tak­ty z Do­ga­nem. A Wiel­ki Mag trium­fal­nie po­wró­cił do Me­ri­dian, gdzie wy­gło­sił do swe­go ludu mowę o tym, że wal­ka o su­pre­ma­cję bia­łej rasy do­pie­ro się za­czę­ła, ale do­bro zwy­cię­ży­ło zło i tak da­lej, i tak da­lej.

Na­zwi­sko Rol­lie­go We­dge’a po­ja­wi­ło się tyl­ko raz. W cza­sie prze­rwy obia­do­wej w trak­cie dru­gie­go pro­ce­su Do­gan szep­nął Cay­hal­lo­wi, że do­stał od chło­pa­ka wia­do­mość. Prze­ka­zał mu ją ja­kiś nie­zna­jo­my, któ­ry pod­szedł do żony Do­ga­na na ko­ry­ta­rzu przed salą roz­praw. Wia­do­mość była krót­ka i jed­no­znacz­na. We­dge ukry­wa się w po­bli­skim le­sie i pil­nie śle­dzi prze­bieg pro­ce­su. Je­śli Do­gan lub Cay­hall o nim wspo­mną, po ich do­mach i ro­dzi­nach nie bę­dzie co zbie­rać.

Rozdział 3

W roku 1970 Ruth i Ma­rvin Kra­me­ro­wie prze­pro­wa­dzi­li for­mal­ną se­pa­ra­cję. W tym sa­mym roku Ma­rvi­na przy­ję­to do szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go, gdzie rok póź­niej po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Ruth wró­ci­ła do Mem­phis i za­miesz­ka­ła z ro­dzi­ca­mi. Mimo zwią­za­nych z tym pro­ble­mów, ro­dzi­na na­ci­ska­ła na trze­ci pro­ces. Wła­ści­wie cała ży­dow­ska spo­łecz­ność w Gre­envil­le przy­ję­ła z obu­rze­niem wia­do­mość, że pro­ku­ra­tor jest już zmę­czo­ny prze­gra­ny­mi pro­ce­sa­mi i stra­cił za­pał do ści­ga­nia Cay­hal­la i Do­ga­na.

Ma­rvi­na po­cho­wa­no obok jego sy­nów. Nowy skwer w mie­ście otrzy­mał na­zwę Jo­sha i Joh­na Kra­me­rów; usta­no­wio­no tak­że sty­pen­dium ich imie­nia. Z cza­sem kosz­mar tra­gicz­nej śmier­ci bliź­nia­ków nie­co przy­blakł, mi­ja­ły lata i za­mach bom­bo­wy w Gre­envil­le co­raz bar­dziej od­cho­dził w nie­pa­mięć.

Mimo na­ci­sków ze stro­ny FBI do trze­cie­go pro­ce­su osta­tecz­nie nie do­szło. Nie było żad­nych no­wych do­wo­dów, a sę­dzia nie­wąt­pli­wie znów prze­niósł­by pro­ces w inne miej­sce. Oskar­ży­cie­le wy­glą­da­li na znie­chę­co­nych i tyl­ko FBI nie usta­wa­ło w wy­sił­kach.

Pla­ny ko­lej­nych za­ma­chów bom­bo­wych Do­ga­na spa­li­ły na pa­new­ce, po­nie­waż Cay­hall stra­cił do nich ser­ce, a We­dge gdzieś znik­nął. Do­ga­no­wi po­zo­sta­ło ro­bić do­brą minę, ubie­rać się w pa­rad­ne sza­ty i wy­gła­szać mowy. W re­zul­ta­cie za­czął się uwa­żać za waż­ną oso­bi­stość po­li­tycz­ną. Dzien­ni­ka­rze z Pół­no­cy byli zdu­mie­ni jego jaw­nie ra­si­stow­ski­mi ata­ka­mi, on zaś był za­wsze go­tów wło­żyć dla nich kap­tur i ziać nie­na­wi­ścią. Przez pe­wien czas cie­szył się na­wet nie­ja­kim roz­gło­sem i chęt­nie się w nim pła­wił.

Jed­nak pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych Je­re­miah Do­gan był już tyl­ko zwy­kłym ło­bu­zem w kap­tu­rze i człon­kiem szyb­ko za­mie­ra­ją­cej or­ga­ni­za­cji. Czar­ni zdo­by­li pra­wo gło­su. Skoń­czy­ła się se­gre­ga­cja w szko­łach pu­blicz­nych. Ba­rie­ry ra­so­we na ca­łym Po­łu­dniu pa­da­ły na mocy ko­lej­nych wy­ro­ków są­do­wych. Po­ję­cie praw oby­wa­tel­skich do­tar­ło do Mis­si­si­pi, a Ku-Klux-Klan oka­zał się ża­ło­śnie bez­sil­ny w pró­bach trzy­ma­nia Mu­rzy­nów tam, gdzie we­dług jego człon­ków było ich miej­sce. Pies z ku­la­wą nogą nie zwra­cał już uwa­gi na pło­ną­ce krzy­że Do­ga­na.

W 1979 roku mia­ły miej­sce dwa istot­ne zda­rze­nia we wciąż otwar­tej, ale cał­ko­wi­cie uśpio­nej spra­wie za­ma­chu bom­bo­we­go na kan­ce­la­rię praw­ną Kra­me­ra. Pierw­szym był wy­bór Da­vi­da McAl­li­ste­ra na pro­ku­ra­to­ra okrę­go­we­go w Gre­envil­le. W wie­ku dwu­dzie­stu sied­miu lat zo­stał naj­młod­szym pro­ku­ra­to­rem w hi­sto­rii sta­nu. Jako na­sto­la­tek stał w tłu­mie ga­piów i przy­glą­dał się, jak agen­ci FBI grze­bią w ru­mo­wi­sku po biu­rze Kra­me­ra. Krót­ko po ob­ję­ciu sta­no­wi­ska zło­żył zo­bo­wią­za­nie, że do­pro­wa­dzi do wy­mie­rze­nia spra­wie­dli­wo­ści spraw­com tego za­ma­chu.

Zda­rze­niem nu­mer dwa było po­sta­wie­nie Je­re­mia­ha Do­ga­na w stan oskar­że­nia za prze­krę­ty po­dat­ko­we. Po la­tach wo­dze­nia FBI za nos Do­ga­no­wi tym ra­zem za­bra­kło spry­tu i dał się przy­ła­pać kon­tro­le­rom skar­bo­wym. Wdro­żo­ne śledz­two trwa­ło osiem mie­się­cy i za­koń­czy­ło się oskar­że­niem Do­ga­na o prze­stęp­stwa po­dat­ko­we, któ­re opi­sa­no w trzy­dzie­sto­stro­ni­co­wym pro­to­ko­le. Zgod­nie z jego tre­ścią Do­gan w la­tach 1974–1978 nie zgło­sił do opo­dat­ko­wa­nia przy­cho­du po­nad stu ty­się­cy do­la­rów. Oskar­że­nie obej­mo­wa­ło osiem­dzie­siąt sześć za­rzu­tów i było za­gro­żo­ne karą dwu­dzie­stu ośmiu lat wię­zie­nia.

Wina Do­ga­na nie pod­le­ga­ła dys­ku­sji, więc jego ad­wo­kat (już nie Clo­vis Bra­zel­ton) za­czął od razu szu­kać moż­li­wo­ści za­war­cia ugo­dy. I w tym mo­men­cie wkro­czy­ło FBI.

W wy­ni­ku se­rii ner­wo­wych i nie­przy­ja­znych spo­tkań z Do­ga­nem oraz jego ad­wo­ka­tem wła­dze fe­de­ral­ne za­pro­po­no­wa­ły układ: Do­gan zło­ży ze­zna­nie ob­cią­ża­ją­ce Cay­hal­la w spra­wie za­ma­chu na Kra­me­ra, w za­mian za co nie zo­sta­nie ska­za­ny na wię­zie­nie za nie­pła­ce­nie po­dat­ków. Nie prze­sie­dzi na­wet jed­ne­go dnia za krat­ka­mi. Do­sta­nie ostry do­zór i grzyw­nę, ale obej­dzie się bez od­siad­ki. Do­gan od po­nad dzie­się­ciu lat nie miał kon­tak­tu z Cay­hal­lem i nie dzia­łał już w Ku-Klux-Kla­nie. Było wie­le po­wo­dów, dla któ­rych opła­ca­ło mu się roz­wa­żyć tę pro­po­zy­cję, naj­istot­niej­szym zaś był ten, że miał do wy­bo­ru: po­zo­stać na wol­no­ści lub spę­dzić oko­ło dzie­się­ciu lat w wię­zie­niu.

Chcąc go zdo­pin­go­wać, urząd skar­bo­wy do­łą­czył do pro­po­zy­cji li­stę ca­łe­go jego ma­jąt­ku i za­pla­no­wał wy­prze­daż po ob­ni­żo­nych ce­nach. By do­dat­ko­wo zmo­ty­wo­wać Do­ga­na do pod­ję­cia de­cy­zji, pro­ku­ra­tor McAl­li­ster prze­ko­nał wiel­ką ławę przy­się­głych w Gre­envil­le, żeby raz jesz­cze po­sta­wi­ła jego i jego kom­pa­na Cay­hal­la w stan oskar­że­nia za za­mach na biu­ro Kra­me­ra.

Do­gan się ugiął i za­warł układ.

* * *

Po dwu­na­stu la­tach spo­koj­ne­go ży­cia w okrę­gu Ford Sam Cay­hall znów usły­szał za­rzu­ty, zo­stał aresz­to­wa­ny i sta­nął przed groź­bą pro­ce­su i śmier­ci w ko­mo­rze ga­zo­wej. By ze­brać pie­nią­dze na ad­wo­ka­ta, mu­siał za­cią­gnąć kre­dyt pod za­staw domu i nie­wiel­kiej far­my. Clo­vis Bra­zel­ton nie miał już gło­wy do ta­kich dro­bia­zgów, zresz­tą Do­gan nie na­le­żał te­raz do jego sprzy­mie­rzeń­ców.

Od cza­su pierw­szych dwóch pro­ce­sów w Mis­si­si­pi wie­le się zmie­ni­ło. Czar­ni ma­so­wo wpi­sy­wa­li się na li­sty wy­bor­ców i wy­bie­ra­li czar­nych re­pre­zen­tan­tów lo­kal­nych władz. Tak­że czy­sto bia­łe ławy przy­się­głych na­le­ża­ły już do rzad­ko­ści. W sta­nie Mis­si­si­pi było dwóch czar­no­skó­rych sę­dziów i dwóch czar­no­skó­rych sze­ry­fów, a wie­lu czar­nych ad­wo­ka­tów krę­ci­ło się po ko­ry­ta­rzach są­do­wych w to­wa­rzy­stwie bia­łych ko­le­gów. Ofi­cjal­nie se­gre­ga­cja ra­so­wa do­bie­gła koń­ca, a wie­lu bia­łych miesz­kań­ców sta­nu Mis­si­si­pi ze zdu­mie­niem za­cho­dzi­ło w gło­wę, o co było kie­dyś tyle szu­mu. Dla­cze­go tak się opie­ra­no przed wpro­wa­dze­niem oczy­wi­stych praw dla wszyst­kich? Choć zo­sta­wa­ło jesz­cze wie­le do zro­bie­nia, Mis­si­si­pi w roku 1980 było zu­peł­nie in­nym sta­nem niż w roku 1967. I Sam Cay­hall zda­wał so­bie z tego spra­wę.

Za­trud­nił do­świad­czo­ne­go ad­wo­ka­ta pro­ce­so­we­go z Mem­phis, Ben­ja­mi­na Key­esa, któ­re­go pierw­szym po­su­nię­ciem było zło­że­nie wnio­sku o od­da­le­nie oskar­że­nia z uwa­gi na to, że są­dze­nie Cay­hal­la po tak dłu­giej prze­rwie bę­dzie nie­spra­wie­dli­we. Ar­gu­ment oka­zał się no­śny i spra­wa opar­ła się aż o Sąd Naj­wyż­szy sta­nu Mis­si­si­pi, któ­ry mu­siał pod­jąć osta­tecz­ną de­cy­zję. W koń­cu sto­sun­kiem sze­ściu gło­sów do trzech sąd po­sta­no­wił, że pro­ces może się od­być.

I tak też się sta­ło. Trze­ci i ostat­ni pro­ces Sama Cay­hal­la roz­po­czął się w lu­tym 1981 roku w ma­łym zim­nym bu­dyn­ku sądu w okrę­gu La­ke­he­ad na pół­noc­no-za­chod­nim krań­cu sta­nu Mis­si­si­pi. Dużo da­ło­by się po­wie­dzieć o tym pro­ce­sie. Wy­stą­pił na nim mło­dy am­bit­ny pro­ku­ra­tor Da­vid McAl­li­ster, któ­ry świet­nie so­bie ra­dził na sali, ale miał też okrop­ny zwy­czaj wdzię­cze­nia się do pra­sy. Był przy­stoj­ny, wy­ga­da­ny i pe­łen we­rwy, a wkrót­ce sta­ło się ja­sne, że nie przy­pad­kiem uparł się przy tym pro­ce­sie. Pro­ku­ra­tor McAl­li­ster miał am­bi­cje po­li­tycz­ne i mie­rzył wy­so­ko.

Wśród przy­się­głych było ośmio­ro bia­łych i czwo­ro czar­nych. Na sto­le sę­dziow­skim le­żał ma­te­riał do­wo­do­wy z po­przed­nich dwóch pro­ce­sów w po­sta­ci odłam­ku szkła, lon­tu, ra­por­tów FBI i wszyst­kich pre­zen­to­wa­nych wów­czas fo­to­gra­fii i eks­po­na­tów.

I tym ra­zem tak­że ze­zna­wał Je­re­miah Do­gan, któ­ry ubra­ny w ro­bo­czą dżin­so­wą ko­szu­lę, za­jął miej­sce dla świad­ków i ze skru­chą opo­wie­dział ła­wie przy­się­głych, jak z obec­nym na sali Sa­mem Cay­hal­lem spi­sko­wał w celu pod­ło­że­nia bom­by w biu­rze pana Kra­me­ra. Sam nie spusz­czał z nie­go wzro­ku i chło­nął każ­de jego sło­wo, ale Do­gan na­wet na nie­go nie spoj­rzał. Obroń­ca Sama ma­glo­wał po­tem Do­ga­na przez pół dnia i na­wet zmu­sił go do przy­zna­nia, że się do­ga­dał z wła­dza­mi, jed­nak szko­da była już nie do na­pra­wie­nia.

Przy­wo­ła­nie na­zwi­ska Rol­lie­go We­dge’a nie da­wa­ło obro­nie Sama Cay­hal­la żad­nych ko­rzy­ści. Wręcz prze­ciw­nie. Ozna­cza­ło­by przy­zna­nie, że Sam rze­czy­wi­ście przy­je­chał do Gre­envil­le z bom­bą. Mu­siał­by się przy­znać, że uczest­ni­czył w spi­sku, co w świe­tle pra­wa czy­ni­ło z nie­go win­ne­go na rów­ni z tym, kto wła­sno­ręcz­nie pod­ło­żył ła­du­nek. A po­nad­to Sam zo­stał­by w ten spo­sób zmu­szo­ny do ze­zna­wa­nia przed są­dem, cze­go on i jego ad­wo­kat wo­le­li unik­nąć. Wia­do­mo było z góry, że nie po­ra­dzi so­bie z do­cie­kli­wy­mi py­ta­nia­mi oskar­że­nia, bo żeby na nie od­po­wia­dać, mu­siał­by co­raz głę­biej brnąć w kłam­stwa.

W do­dat­ku na tym eta­pie nikt by już nie uwie­rzył w na­głe po­ja­wie­nie się spraw­cy, o któ­rym do­tąd nie było mowy i któ­re­go nikt nig­dy nie wi­dział. Sam wie­dział, że pró­ba zrzu­ce­nia od­po­wie­dzial­no­ści na Rol­lie­go We­dge’a nic mu nie da, i nie wspo­mniał o nim na­wet swo­je­mu ad­wo­ka­to­wi.

* * *

Na za­koń­cze­nie pro­ce­su Da­vid McAl­li­ster sta­nął przed ławą przy­się­głych i w wy­peł­nio­nej po brze­gi sali roz­praw wy­gło­sił mowę koń­co­wą. Mó­wił o swo­im dzie­ciń­stwie w Gre­envil­le, ko­le­gach Ży­dach z tam­tych cza­sów i tym, że ni­czym nie róż­ni­li się od in­nych. O Kra­me­rach, któ­rzy byli uczci­wy­mi, cięż­ko pra­cu­ją­cy­mi ludź­mi, przy­no­szą­cy­mi chlu­bę swe­mu mia­stu. Opo­wia­dał, że jako chło­piec ba­wił się z wie­lo­ma czar­no­skó­ry­mi ró­wie­śni­ka­mi i wie­dział, ja­ki­mi mogą być przy­ja­ciół­mi. Nig­dy nie ro­zu­miał, dla­cze­go mu­szą cho­dzić do in­nej szko­ły niż on. Przed­sta­wił też wzru­sza­ją­cą hi­sto­rię o tym, jak dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go kwiet­nia 1967 roku, kie­dy o po­ran­ku zie­mia za­drża­ła mu pod no­ga­mi, pu­ścił się bie­giem w stro­nę cen­trum, gdzie w nie­bo wzbi­jał się słup czar­ne­go dymu. Jak przez trzy go­dzi­ny stał za ba­rier­ką po­li­cyj­ną i cze­kał. Jak stra­ża­cy od­na­leź­li ran­ne­go Ma­rvi­na Kra­me­ra i jak zbie­gli się do miej­sca na ru­mo­wi­sku, w któ­rym zna­le­zio­no zma­sa­kro­wa­ne zwło­ki jego syn­ków. Jak się roz­pła­kał na wi­dok dwóch okry­tych bia­łym płót­nem cia­łek nie­sio­nych do ka­ret­ki.

Mowa McAl­li­ste­ra była maj­stersz­ty­kiem i gdy skoń­czył, na sali za­pa­dła głu­cha ci­sza, a kil­ko­ro przy­się­głych ocie­ra­ło so­bie oczy chu­s­tecz­ka­mi.

* * *

Dwu­na­ste­go lu­te­go 1981 roku Sama Cay­hal­la uzna­no za win­ne­go po­dwój­ne­go mor­der­stwa pierw­sze­go stop­nia i jed­ne­go usi­ło­wa­nia mor­der­stwa. Dwa dni póź­niej ci sami przy­się­gli w tej sa­mej sali ogło­si­li wer­dykt: kara śmier­ci.

Sama prze­wie­zio­no do wię­zie­nia sta­no­we­go w Parch­man, gdzie dzie­więt­na­ste­go lu­te­go 1981 roku tra­fił do celi śmier­ci. Za­czę­ło się cze­ka­nie na wi­zy­tę w ko­mo­rze ga­zo­wej.

Rozdział 4

Firma praw­ni­cza Kra­vitz & Bane za­trud­nia­ła w Chi­ca­go bli­sko trzy­stu praw­ni­ków w jed­nym miej­scu. Do­kład­nie było ich dwu­stu osiem­dzie­się­ciu sze­ściu, choć usta­le­nie pre­cy­zyj­nej licz­by by­wa­ło trud­ne, bo wciąż jed­ni od­cho­dzi­li, inni przy­cho­dzi­li, więc za­wsze ist­nia­ła grup­ka dwu­dzie­stu kil­ku świe­żo za­trud­nio­nych, któ­rych do­pie­ro szko­lo­no i szy­ko­wa­no do boju. Ale choć fir­ma Kra­vitz & Bane była ogrom­na, nie wsia­dła na czas do po­cią­gu z na­pi­sem „eks­pan­sja”, nie po­łknę­ła słab­szych firm z in­nych miast i nie wy­ka­za­ła się na­le­ży­tą de­ter­mi­na­cją w pod­kra­da­niu klien­tów kon­ku­ren­cji. W re­zul­ta­cie mu­sia­ła się po­go­dzić z by­ciem za­le­d­wie trze­cią co do wiel­ko­ści chi­ca­gow­ską fir­mą praw­ni­czą. Mia­ła wpraw­dzie od­dzia­ły w sze­ściu in­nych mia­stach, ale – ku za­że­no­wa­niu młod­szych sta­żem wspól­ni­ków – na pa­pie­rze fir­mo­wym nie było ad­re­su biu­ra w Lon­dy­nie.

Choć może ostat­nio nie­co zła­god­nia­ła, w bran­ży nadal cie­szy­ła się opi­nią trud­ne­go prze­ciw­ni­ka pro­ce­so­we­go. Dzia­ły ob­słu­gu­ją­ce spra­wy z za­kre­su han­dlu nie­ru­cho­mo­ścia­mi, pra­wa po­dat­ko­we­go i usta­wo­daw­stwa prze­ciw­tru­sto­we­go za­cho­wy­wa­ły się mniej za­dzior­nie, bo praw­dzi­we pie­nią­dze fir­ma za­ra­bia­ła na spo­rach są­do­wych. Roz­glą­da­jąc się za mło­dym na­ryb­kiem, za­wsze kon­cen­tro­wa­no się na wy­bi­ja­ją­cych się stu­den­tach trze­cie­go roku, któ­rzy uzy­ski­wa­li naj­wyż­sze oce­ny z wy­stę­pów w sy­mu­lo­wa­nych pro­ce­sach i praw­ni­czych de­ba­tach. Fir­mie za­le­ża­ło na mło­dych męż­czy­znach (uroz­ma­ico­nych dla po­rząd­ku pa­ro­ma ko­bie­ta­mi), na­da­ją­cych się od razu do prze­szko­le­nia w tech­ni­ce nie­ustę­pli­we­go ata­ku, któ­rą praw­ni­cy Kra­vitz & Bane już daw­no do­pro­wa­dzi­li do per­fek­cji.

Funk­cjo­no­wa­ła spraw­na, choć nie­wiel­ka, sek­cja od­szko­do­wań za ob­ra­że­nia cie­le­sne, któ­ra dzie­li­ła się wy­wal­czo­ny­mi kwo­ta­mi pół na pół z klien­ta­mi. Ist­nia­ła też licz­niej­sza sek­cja zaj­mu­ją­ca się obro­ną osób fi­zycz­nych w spra­wach o cha­rak­te­rze kry­mi­nal­nym, jed­nak tyl­ko na tyle do­brze sy­tu­owa­nych, by mo­gły so­bie po­zwo­lić na ad­wo­ka­ta z fir­my Kra­vitz & Bane. Dwie naj­więk­sze sek­cje spe­cja­li­zo­wa­ły się w spo­rach są­do­wych mię­dzy oso­ba­mi praw­ny­mi i w po­zwach z ty­tu­łu ubez­pie­czeń. Poza ho­no­ra­ria­mi za re­pre­zen­ta­cję, któ­re w ogól­nym bi­lan­sie fir­my pra­wie się nie li­czy­ły, praw­dzi­wym źró­dłem zy­sku były fak­tu­ro­wa­ne klien­tom go­dzi­ny pra­cy po­świę­co­ne na pro­wa­dze­nie ich spraw. Staw­ki wa­ha­ły się od dwu­stu do­la­rów za go­dzi­nę dla firm ubez­pie­cze­nio­wych (wię­cej, je­śli fir­ma była bo­ga­ta), przez trzy­sta do­la­rów za re­pre­zen­ta­cję w spra­wach kry­mi­nal­nych, po czte­ry­sta do­la­rów dla du­żych ban­ków. Zda­rza­ły się na­wet staw­ki pię­ciu­set do­la­rów za go­dzi­nę. Ob­cią­ża­no nimi bo­ga­tych klien­tów kor­po­ra­cyj­nych z gnu­śny­mi wła­sny­mi dzia­ła­mi praw­ny­mi, w któ­rych pod­sy­pia­no za­miast pra­co­wać.

Fir­ma Kra­vitz & Bane go­dzi­na po go­dzi­nie za­ra­bia­ła co­raz więk­sze pie­nią­dze, bu­du­jąc w Chi­ca­go praw­dzi­wą dy­na­stię. Jej sie­dzi­ba wy­glą­da­ła ele­ganc­ko, ale nie po­wa­la­ła prze­py­chem. Biu­ra zaj­mo­wa­ły gór­ne pię­tra trze­cie­go – no­men omen – co do wy­so­ko­ści wie­żow­ca w cen­trum Chi­ca­go.

Jak więk­szość du­żych firm, Kra­vitz & Bane za­ra­bia­ła taką masę pie­nię­dzy, że czu­ła się w obo­wiąz­ku usta­no­wić nie­wiel­ką sek­cję dzia­łal­no­ści pro bono, by wy­peł­nić w ten spo­sób mo­ral­ną po­win­ność wo­bec spo­łe­czeń­stwa. Fir­ma z dumą pod­kre­śla­ła, że w tym celu za­trud­nia eks­cen­trycz­ne­go al­tru­istę E. Gar­ne­ra Go­od­ma­na, któ­ry na sześć­dzie­sią­tym pierw­szym pię­trze zaj­mo­wał prze­stron­ne biu­ro z dwie­ma se­kre­tar­ka­mi i ko­rzy­stał z po­mo­cy asy­sten­ta, dzie­ląc się jego cza­sem z jed­nym z ad­wo­ka­tów pro­ce­so­wych. W pro­spek­cie z wy­tła­cza­ny­mi zło­ty­mi li­te­ra­mi na okład­ce roz­wo­dzo­no się o tym, jak praw­ni­ków za­trud­nio­nych w fir­nie Kra­vitz & Bane za­chę­ca się do dzia­łal­no­ści pro bono. Wy­ni­ka­ło z niej, że w ubie­głym 1989 roku po­świę­ci­li bli­sko sześć­dzie­siąt ty­się­cy go­dzin na ob­słu­gę klien­tów, któ­rych nie było stać na za­pła­ce­nie za po­moc praw­ną. Mło­dzież z blo­ko­wisk, więź­nio­wie w ce­lach śmier­ci, nie­le­gal­ni imi­gran­ci, nar­ko­ma­ni i – co szcze­gól­nie le­ża­ło fir­mie na ser­cu – lu­dzie bez­dom­ni. W pro­spek­cie za­miesz­czo­no na­wet zdję­cie dwóch mło­dych praw­ni­ków bez ma­ry­na­rek, któ­rzy w ko­szu­lach z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi i pla­ma­mi potu pod pa­cha­mi sie­dzą w miej­scu przy­po­mi­na­ją­cym wy­glą­dem miej­skie wy­sy­pi­sko śmie­ci, wpa­tru­jąc się współ­czu­ją­co w gro­mad­kę ko­lo­ro­wych dzie­ci. Praw­ni­cy w służ­bie spo­łe­czeń­stwa.

Adam Hall z pro­spek­tem w cien­kiej kar­to­no­wej tecz­ce szedł ko­ry­ta­rzem na sześć­dzie­sią­tym pierw­szym pię­trze w stro­nę biu­ra E. Gar­ne­ra Go­od­ma­na. Ski­nął gło­wą mło­de­mu praw­ni­ko­wi, któ­re­go nig­dy wcze­śniej nie wi­dział, i za­mie­nił z nim kil­ka słów. Na gwiazd­ko­wym przy­ję­ciu biu­ro­wym każ­dy przy wej­ściu do­sta­wał pla­kiet­kę z na­zwi­skiem, po­nie­waż pra­cow­ni­cy z róż­nych sek­cji wi­dy­wa­li się raz lub dwa razy w roku i na­wet nie wszy­scy wspól­ni­cy zna­li się oso­bi­ście. Otwo­rzył drzwi i wszedł do nie­wiel­kie­go se­kre­ta­ria­tu. Na jego wi­dok se­kre­tar­ka prze­sta­ła stu­kać w kla­wia­tu­rę i pra­wie się uśmiech­nę­ła. Spy­tał o pana Go­od­ma­na, a ona wska­za­ła gło­wą rzą­dek krze­seł pod ścia­ną na znak, że ma usiąść i cze­kać. Adam zja­wił się pięć mi­nut przed umó­wio­nym na dzie­sią­tą spo­tka­niem, jak­by to mia­ło ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Cho­dzi­ło prze­cież o dzia­ła­nie pro bono, więc tu nie li­czył się czas ze­ga­ro­wy, nie były na­bi­ja­ne go­dzi­ny, za któ­re fir­ma mo­gła wy­sta­wiać ra­chun­ki, a on nie do­sta­nie pre­mii za wy­ni­ki. W od­róż­nie­niu od in­nych ga­bi­ne­tów w fir­mie, w biu­rze Go­od­ma­na na jego po­le­ce­nie na ścia­nach nie było ze­ga­rów.

Adam zaj­rzał do tecz­ki i ci­cho za­chi­cho­tał na wi­dok fir­mo­we­go pro­spek­tu. Otwo­rzył go i raz jesz­cze prze­czy­tał kró­ciut­ką not­kę o so­bie: ab­sol­went col­le­ge’u w Pep­per­di­ne i wy­dzia­łu pra­wa w Mi­chi­gan, w trak­cie stu­diów re­dak­tor prze­glą­du praw­ni­cze­go, au­tor opra­co­wa­nia na te­mat okrut­nych i nie­ty­po­wych kar oraz ko­men­ta­rzy do ostat­nio wy­da­nych wy­ro­ków śmier­ci. Ża­ło­śnie skrom­ne re­su­me jego osią­gnięć, ale w koń­cu miał do­pie­ro dwa­dzie­ścia sześć lat. W fir­mie Kra­vitz & Bane pra­co­wał całe dzie­więć mie­się­cy.

Prze­czy­tał dwie roz­wle­kłe opi­nie Sądu Naj­wyż­sze­go USA w spra­wie eg­ze­ku­cji w Ka­li­for­nii i zro­bił no­tat­ki. Rzu­cił okiem na ze­ga­rek i wró­cił do czy­ta­nia. Se­kre­tar­ka w koń­cu za­pro­po­no­wa­ła mu kawę, a on grzecz­nie od­mó­wił.

* * *