Komisja Morderstw. Złoty Pociąg - Krzysztof Kopka - ebook
  • Wydawca: WAB
  • Kategoria: Kryminał
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2016
Opis

Bezwzględni poszukiwacze skarbów nie cofną się przed niczym… Ciąg dalszy przygód bohaterów serialu TVP2 Komisja Morderstw!

Legendarny pociąg pełen skarbów, który 60 lat temu miał zostać ukryty przez wycofujących się hitlerowców, znów budzi emocje w całej Polsce. Tymczasem inspektor Maciej Stasiński odkrywa, że brutalnie zamordowany starszy mężczyzna, były funkcjonariusz milicji, przed laty zajmował się sprawą „złotego pociągu” na zlecenie generała Kiszczaka. Bez wątpienia jego śmierć nie jest przypadkowa…

Krzysztof Kopka (ur. 1958) – pisarz, tłumacz, reżyser, autor adaptacji, krytyk, aktor, dziennikarz, dyrektor artystyczny, kierownik literacki. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Reżyserował w teatrach w Zakopanem, Gdańsku, Legnicy, Jeleniej Górze, Białymstoku, Łodzi, Zabrzu i we Wrocławiu.
Jego najsłynniejszy utwór to „Ballada o Zakaczawiu”, zrealizowana w legnickim Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej. Stworzył serię adaptacji Szekspira: od „Koriolana”, przez „Otella”, po „Hamleta. Księcia Danii” i „Wieczór Trzech Króli”. Odkrywał też na nowo teksty Cervantesa, Gombrowicza, Schulza, Słowackiego. Ostatnio przełożył na język teatru powieść kryminalną Marka Krajewskiego „Koniec świata w Breslau”. Kopka znany jest jako promotor rosyjskiej dramaturgii w Polsce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


KRZYSZTOF

KOPKA

KOMISJA MORDERSTW

ZŁOTY POCIĄG

Copyright © Krzysztof Kopka, MMXVI

Wydanie I

Warszawa

Prolog

Gdy pierwsze odłamki wybitych szyb zadźwięczały na posadzce, Fatima otworzyła oczy, zsunęła się z łóżka i natychmiast się pod nie wczołgała. To był odruch. Przez chwilę leżała, nasłuchując. Nie było żadnych strzałów ani wybuchów, tylko brzęk rozbijanego szkła i głuche uderzenia cegieł lądujących na podłodze sypialni.

I jeszcze to… Z dołu, z podwórza, dochodziły liczne głosy, skandujące coś w nieznanym języku.

Najgorsze jednak, że były to głosy pełne radości. Rozbrzmiewała w nich rosnąca satysfakcja. Jakby u ludzi w wesołym miasteczku, wpierw wahających się przed zajęciem miejsca w diabelskim młynie, którzy teraz, gdy przezwyciężyli strach i lecą z krzykiem w powietrzu, wiedzą, że nigdy nie przeżyli niczego równie fantastycznego. Że teraz, właśnie teraz, nadeszła ta chwila, do której tęsknili nieświadomie przez lata, i dlatego zrobią wszystko, dosłownie wszystko, aby ten lot, ta chwila trwały jak najdłużej.

Tak właśnie krzyczeli wojownicy Państwa Islamskiego, gdy wchodzili do jej dzielnicy w mieście Dajr az-Zaur…

Fatima miała uszy pełne tego krzyku, kiedy biegła z rodzicami przez zaułki i w prześwicie między domami zobaczyła, jak czarno ubrani mężczyźni podrzynają gardła jej sąsiadom, panu Baszirowi i małemu Alemu, z którym tak lubiła się bawić.

Na szerokiej ulicy, którą trzeba było przebiec, żeby dotrzeć do wypalonych domów, w których już nie mordowano cię tylko dlatego, że jesteś alawitą i inaczej interpretujesz Koran. Na tej szerokiej ulicy, gdzie jeszcze kilka lat temu pełno było bogatych sklepów i zatłoczonych kawiarni. Na tej szerokiej ulicy, która stała się nagle linią frontu… Tata dostał serię, kule roztrzaskały mu biodro. Upadł, bił ich po rękach, kiedy próbowali go podnieść, i krzyczał, żeby biegli, biegli, biegli. Natychmiast!

Więc pobiegli. Bo wszyscy, tak jak Fatima, słuchali taty.

Potem przez wyrwę w ścianie domu, w którym się schronili, patrzyli na tatę, jak umierał przez kilka następnych godzin i nikt nie mógł mu nawet zanieść wody, bo ulica była pod ostrzałem. Fatima patrzyła i słuchała głosów dobiegających z ich dawnej dzielnicy. Były to głosy ludzi szczęśliwych i spełnionych… Mężczyzn w czarnych kombinezonach, teraz już sztywnych od krwi.

Wtedy Fatima słyszała ten ton nie po raz pierwszy. Tata zwrócił jej na niego uwagę i powiedział, że zawsze gdy tylko Fatima usłyszy taką nutę w męskim głosie, ma natychmiast biec, biec, biec – do swojej najtajniejszej kryjówki. I siedzieć w niej dotąd, aż głosy pijanych mocą i szczęściem mężczyzn nie umilkną, nie zmienią się w chrapanie albo narkotyczny bełkot. (O tym, że w każdym miejscu, do którego trafi, musi najpierw znaleźć dla siebie dobrą kryjówkę, Fatima wiedziała od dawna, od czterech przynajmniej lat, czyli od chwili gdy musieli uciekać ze swojego domu w Homs).

Dlatego teraz, gdy tylko znów usłyszała w głosach obcych mężczyzn tę znaną, tę samą pod każdą szerokością geograficzną radość, jaką daje czyn, nie namyślała się długo, tylko zaczęła energicznie czołgać się ku drzwiom sypialni.

Po korytarzu biegali w tę i z powrotem przerażeni uchodźcy, jakaś kobieta chwyciła Fatimę za ramię, ale dziewczynka wyszarpnęła się, krzycząc: „Puść! Idę do mamy!”. (Po trzech tygodniach w ośrodku znów zaczynała trochę mówić. Zamilkła dwa miesiące wcześniej, gdy na pokładzie greckiego statku, który wyłowił ją z Morza Egejskiego, zobaczyła zwłoki swojej matki i najmłodszego braciszka, Hassana).

Szybko, nie zważając niemal na drobiny rozbitego szkła, które kaleczyły jej bose stopy, zbiegła po schodach i namacała klamkę drzwi do piwnicy. Nacisnęła. Na szczęście otwarte.

Schody prowadzące w dół, do kotłowni, oświetlała słaba żarówka.

Fatima szła po omacku. Gdy Węgrzy zamknęli granicę, grupa, do której przyłączyła się jeszcze na Lesbos, próbowała nocą sforsować zasieki z drutu kolczastego kilka kilometrów od strzeżonego przez transportery opancerzone przejścia granicznego Horgosz-Röszke. Mieli pecha i wyszli prosto na węgierskich strażników. Jeden z nich chwycił Fatimę za włosy i spryskał jej twarz gazem pieprzowym. Substancja dostała się do oczu, strasznie piekło, nigdzie nie było wody i przez kilka dni Fatima nic nie widziała. Potem wzrok częściowo wrócił, ale nie był taki jak dawniej. Obrazy pojawiały się jakby za mgłą, a gdy zapadał zmierzch, widziała jedynie silne światło.

Taka właśnie jasność biła z końca korytarza, z uchylonych drzwi kotłowni.

Już pierwszej nocy po przybyciu znalazła tam fantastyczną kryjówkę. Tata na pewno pochwaliłby Fatimę, gdyby tylko mógł zobaczyć jej schowek.

Kotłownia była dużym, stale pogrążonym w półmroku pomieszczeniem. Za niską drewnianą ścianką, ograniczającą z jednej strony wielką pryzmę koksu, zgromadzono mnóstwo złomu. Wśród zardzewiałych kaloryferów i wiader był pęknięty bojler, do środka którego można się było wślizgnąć, a potem, jeśli się było pięcioletnią, chudą, arabską dziewczynką, całkiem wygodnie w nim ułożyć.

W kotłowni przebywał wprawdzie niemal na okrągło jakiś stary mężczyzna, ale siedział odwrócony tyłem do wejścia i przez cały czas studiował w skupieniu pożółkłe mapy rozłożone na malarskich kobyłkach.

Jednak dziś, gdy Fatima, bardzo ostrożnie, aby nie poruszyć uchylonych drzwi, wcisnęła się do środka, mężczyzna był odwrócony twarzą do wejścia. Siedział na krześle tuż obok rozgrzanego do czerwoności pieca. Ale na pewno nie widział Fatimy, gdyż jego oczy wypłynęły, a ciało płonęło intensywnym, żywym ogniem.

Rozdział I

Szewski poniedziałek

Październikowe słońce nadspodziewanie ostro świeciło z błękitnego nieba i na ułamek sekundy zupełnie oślepiło inspektora Macieja Stasińskiego, gdy ten, jak zwykle na pamięć i jak zwykle dodając w tym miejscu gazu, skręcił w ulicę Łąkową, aby szerokim łukiem zajechać przed bramę Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu i z odpowiednim piskiem opon zahamować centymetr przed stalową ścianą. Ale dziś ta zawsze o tej porze bezludna, boczna uliczka była zapchana autami i przeciskającymi się między nimi ludźmi. Maciek odetchnął głęboko, gdy w ostatniej chwili udało mu się uniknąć zderzenia z cofającym właśnie busem z logo telewizji Polsat.

Rozejrzał się.

Na podjeździe przed bramą prowadzącą na dziedziniec komendy stało już kilka kamer i ustawiano następne, kierując je na tłum zebrany przy bocznym wyjściu z gmachu. Podest przed drzwiami zajmowało kilkanaście osób ze zwiniętymi transparentami i flagami w biało-czerwonych barwach. W ich stronę kierowały się tyczki z mikrofonami i obiektywy fotoreporterów. Oni jednak milczeli, patrząc ku kamerom. Najwyraźniej dawali czas ekipom telewizyjnym na zajęcie odpowiednich miejsc.

Z tyłu rozległ się wściekły klakson. Maciek zjechał na prawo, na parking dla klientów komendy, gdzie tuż obok auta Polsatu czekało na niego ostatnie wolne miejsce. Z satysfakcją obejrzał się na nerwowego kierowcę, który czerwony ze wściekłości obrzucił go wiąchą niesłyszalnych zza szyby przekleństw. Obok gościa siedziały cztery jego klony: otyłe, łyse, okrągłolice wyrostki w czarnych, nylonowych kurtkach i z szalikami Śląska Wrocław na szyjach.

Na schodach przed wyjściem zawył ostro i krótko sprzęgający mikrofon.

– Dzisiejsza decyzja sądu we Wrocławiu – mówił niski czterdziestolatek w eleganckim garniturze wprost do kamer – który przyjął poręczenie społeczne i zwolnił tych sześciu młodych patriotów z aresztu, jest być może pierwszą jaskółką zapowiadającą, że nasza Ojczyzna staje się powoli państwem prawa. Że polskie sądy będą polskie nie tylko z nazwy i zaczną w końcu bronić prawa Polaków do wolnego życia w Polsce! Nasz kraj! – krzyknął, a mikrofon znów lekko sprzęgnął. – Nasze zasady!

Przez tłum zebrany przed wejściem przetoczyła się burza oklasków i skandowanie:

– Duma! Duma! Duma narodowa!

– A oto nasi bohaterzy! – Elegant odszedł na bok i wskazał kilku krępych chłopaków we flyersach, którzy dotąd skromnie czekali za nim. Ich stojący z boku koledzy rozwinęli transparent. Widniało na nim kilkunastu wyrostków w koszulkach czwartoligowego klubu Hutnik Warszawa i z kapturami Ku-Klux-Klanu na głowach. Stali wokół drzewa, na którym wisiał czarnoskóry mężczyzna. Dołem biegł napis: „Sezon łowczy się zaczyna, polowanie na murzyna”.

Fotoreporterzy skoczyli do przodu, elegant krzyknął do kibiców coś, co utonęło w oklaskach zebranych. Miłośnicy piłki nożnej szybko odstawili transparent zachęcający do stosowania prawa sędziego Lyncha i rozwinęli następny: „Stop islamizacji Polski. Mamy prawo do obrony”.

– Brawa dla młodych patriotów! – krzyknął elegant.

Huragan oklasków. Uśmiechnięci szeroko chłopcy we flyersach podnieśli w górę obie ręce, jak nie przymierzając Rafał Majka po etapowym zwycięstwie we Vuelta a España, po czym, jak na komendę, równocześnie opuścili lewe ręce, pozostawiając prawe wyciągnięte w faszystowskim pozdrowieniu.

– Pewnie zamawiają pięć piw. – Maciek usłyszał tuż nad uchem poirytowany głos Zbyszka Sajdy z Wydziału do spraw Zwalczania Przestępczości Pseudokibiców.

– Znasz ich?

– Widzisz tego przystojniaka? Drugiego z lewej? Jedyny z czuprynką… Sześć razy zatrzymywałem go przed podstawówkami, jak rozdawał szczeniakom coco chanel…

– Perfumy? – zdziwił się Maciej.

– Cukierki z amfą. „Coco chanel”, „split”. Tak się mówi. Dziesięciolatków uzależnia!

– I nie siedzi?

– On?! Wnuk prokuratora Korwin-Romotowicza?! Zapomnij! Patrz – Sajda wskazał na podwyższenie – jakich chłopcy mają obrońców…

Teraz mikrofon trzymał młody Romotowicz.

– Chciałbym w imieniu własnym i moich kolegów z Ruchu Narodowego podziękować wybitnym wrocławianom, autorytetom moralnym naszego miasta, za udzielenie poręczenia, które pozwoliło nam wyjść na wolność. Dziękuję więc księdzu diakonowi Józefowi Ziejce! Dziękuję wielkiemu filozofowi, profesorowi Uniwersytetu Wrocławskiego, Romanowi Szelidze, panu posłowi Lasocie…

– Elita! – prychnął Zbyszek. – Od rana do wieczora niuchają, czyje akcje idą w górę. Przyczepiają się potem, jak gówno do Batorego, i „płyniemy”! Aż zimno się robi, że teraz postawili na tych faszystów… Bo co jak co, ale nosa, bracie, to ci nasi wielcy gumaniści mają…

Maćkowi mignął w oddali Dominik Hertz, młodszy kolega z Komisji Morderstw, prowadzący przez tłum szczupłą dziewczynę o wspaniałej, lewantyńskiej urodzie. Szli szybko, dziewczyna z głową nisko opuszczoną, nie odpowiadając na pogardliwe spojrzenia ani zaczepki patriotów.

– Co to będzie, bracie, co to teraz będzie? – lamentował dalej Sajda.

– Dobrze będzie. Policja każdej władzy jest potrzebna. Siema.

KWP we Wrocławiu. Biuro Komisji Morderstw

Nie, to nie była narzeczona Dominika – wyjaśniła Alicja. – To była jego szefowa z fundacji pomocowej dla uchodźców. Nasz kolega jest tam wolontariuszem, tylko wyobraź sobie…

W aneksie kuchennym Maciej wciskał drugą połówkę cytryny do kubka. Bo przecież nic tak nie pomaga na kaca, jak mocna kawa po turecku z cytryną. Poza klinem oczywiście, ale ten, o tej porze i w tym miejscu, był naturalnie poza zasięgiem…

– A to jest dozwolone? – Maciej czekał, aż fusy opadną na dno. – Takie zaangażowanie policjanta?

– Dozwolone i wręcz pożądane. Poza partiami politycznymi policjant może należeć do wszelkich stowarzyszeń obywatelskich. Ale ty ustawy o policji oczywiście nie czytałeś?

– Oczywiście, nie. – Ostrożnie doniósł kawę do swojego biurka. – To jakaś Arabka była?

Alicja roześmiała się.

– Przyciąga spojrzenia, co? Syryjka.

– Nie najlepszy moment wybrali na wizytę u nas. Akurat kiboli wypuścili z aresztu… Oko w oko z łysymi…

– Nie wybierali momentu. I ta Adilla, i narodowcy byli w sądzie w tej samej sprawie, Sulistrowiczek.

– A co tam się stało? Bo ja, wiesz, przez cały weekend byłem raczej wyjęty…

– Widzę właśnie. – Szefowa Komisji Morderstw, starsza inspektor Alicja Grześkowiak, zrobiła minę surowej wychowawczyni. – Z nieodmienną odrazą myślę o twoich niezdarnych próbach zatrzymania upływającego czasu. Co za banał. Motocykl i panienki! Co tydzień nowy podryw, żeby sprawdzić, czy wszystko nadal działa… Żałosne, ale twoja sprawa. Takie właśnie życie sobie wybrałeś: samotne, pozbawione celu i pełne wewnętrznej pustki.

Zabrzmiało to tak, że oboje nie mogli powstrzymać uśmiechu.

– Ale przecież te twoje panienki są coraz starsze! – kontynuowała Alicja. – I jak to śpiewano w odległych czasach twojej młodości: „Ja wiem, że nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak…”. A twoja wątroba tego wszystkiego już nie wytrzymuje! Maciuś, spróbuj się starzeć z godnością. Mówię to jako twoja przełożona i przyjaciel.

Maciej pokiwał głową i pociągnął łyk kawy kwaśnej jak ocet siedmiu złodziei.

Rzeczywistość była dużo gorsza i wcale nie tak śmieszna jak występ Alicji. Swój ostatni weekend inspektor Stasiński spędził w zimnym i wilgotnym domku kempingowym nad Jeziorem Sławskim. Tam właśnie odbył się, wielokrotnie wcześniej przekładany, zjazd jubileuszowy jego klasy maturalnej. Czterdziestolecie egzaminu dojrzałości, psia jego mać! Miał nie jechać, ale w ostatniej chwili, trochę może wystraszony perspektywą dwóch całkowicie wolnych dni, wskoczył na motocykl…

To było jak wizyta w rodzinnym grobowcu!

Klasowe laski stały się awatarami własnych mamuś, które Maciej pamiętał bardzo dobrze, bo wciąż go przecież opieprzały za to, że zawraca głowę ich pociechom, i to teraz, tuż przed maturą albo przed egzaminem na studia, który jest przecież przepustką do przyszłego, udanego i szczęśliwego życia.

Patrzył, jak przed śniadaniem w stołówce ośrodka wypoczynkowego każda z tych dawnych szkolnych piękności wyciąga z torebki baterię leków, jak je porównują, licytują się między sobą na dolegliwości i przewlekłe choroby, i wiedział, że nigdy nie zada im tego najprostszego, a przecież najmocniej nasuwającego się pytania: Jakie ono było, to ich życie? Udane? Ile razy w ciągu ostatnich czterdziestu lat czuły się szczęśliwe?

A on sam?… Co by na takie pytania odpowiedział?

– Więc co jest właściwie w tych Sulistrowiczkach?

– Ośrodek Caritasu, w którym mieszka, czy może raczej „mieszkała”, setka uchodźców z Syrii. Siksa z Wrocławia, która pracowała w biurze ośrodka, poskarżyła się swojemu chłopakowi, że jest prześladowana przez islamistów ze względu na strój. Podobno miało dojść nawet do usiłowania gwałtu, a że chłopak jest kibicem Śląska, więc skrzyknął swoich kolegów i pojechali uczyć czarnuchów tolerancji i szacunku dla odmiennych wartości kulturowych. Wybili szyby, zdemolowali ośrodek…

– Sąd ich wypuścił. Widziałem.

– Ich tak. Ale uchodźców, którym podobno nie podobała się miniówa dziewczyny kibola, nie. Siedzą u nas na dołku. To jest już…

Ale Maciek nie dowiedział się, czym według Alicji jest taka decyzja sądu, gdyż na biurku szefowej zadzwonił telefon, który machinalnie odebrała.

Chwilę później w drzwiach stanął Dominik.

– Są jeszcze wolne miejsca w tej waszej fundacji? Moglibyśmy na zmianę eskortować panią prezes… – Maciej zrobił perskie oko, ale Hertza to nie rozbawiło.

– Nasza kochana „klassa polityczna” tak rozhuśtała ksenofobię, że za chwilę rzeczywiście nie będzie mogła wyjść na ulicę bez obstawy – mruknął młody policjant.

Alicja skończyła rozmowę.

– Komendant wzywa. Wszystkich.

– Wreszcie! – Maciej energicznie zdjął czarną motocyklową kurtkę z portretem szatana na plecach. – Idziemy.

KWP we Wrocławiu. Gabinet komendanta

Wczoraj pod Wałbrzychem lokomotywa rozjechała jednego poszukiwacza Złotego Pociągu. Od soboty szukamy innego, czternaście lat!, który przepadł w podziemiach walimskich. Po całych Górach Sowich włóczy się tłum ludzi w amoku, którzy się szpiegują, kłócą, biją ze sobą, niszczą sobie auta. Gorączka złota! Musimy z tym wreszcie skończyć – ciągnął.

– Więc chcesz, żebyśmy znaleźli ten Złoty Pociąg? – spytała Alicja.

– Chcę żebyście pojechali do Głuszycy. Tam, na posterunku, mają zdjęcia trzech aut, które tydzień temu parkowały na prywatnej posesji w Osówce. Podejrzewamy, że któryś z kierowców, a może, kto wie, wszyscy razem, bo wiele wskazuje na to, że działali wspólnie, spowodował wybuch w sztolni kompleksu Riese. Wysadził tamę, która powstrzymywała podziemny potok, i teraz korytarz jest zalany. Miejmy nadzieję, że to wszystkie straty, że nikt nie zginął. Przecież to stwarza zagrożenie dla życia! Do tego nielegalne posiadanie materiałów wybuchowych! Zdjęcia aut dostarczył nam właściciel leżącej przy wejściu do podziemnego miasta posesji, który ma już serdecznie dosyć poszukiwaczy skarbów rozjeżdżających mu łąkę. Zadanie jasne? To wykonać!

Alicja i Dominik wykonali regulaminowy w tył zwrot, a Maciej stał jak wmurowany i patrzył na Komendanta, swego dawnego kolegę ze szkoły w Szczytnie.

– Co jest? Nie doszło? Szewski poniedziałek? Mam powtórzyć? – Komendant nie mógł znieść autentycznego zdumienia, które malowało się w oczach Stasińskiego, i zaczął porządkować gazety zalegające na biurku.

Na pierwszej stronie „Faktu” makabryczne zdjęcie szczątków rozjechanego przez pociąg amatora złota III Rzeszy przecinały wielkie litery tytułu: „…I KAMIENI KUPA. PAŃSTWO POLSKIE BEZRADNE wobec poszukiwaczy Złotego Pociągu”. Niżej zdjęcie patrolu drogówki z suszarkami wycelowanymi w szosę opatrzono podpisem: „Policja woli ściągać haracz z kierowców, niż dbać o bezpieczeństwo w Wałbrzychu”.

– Słucham, Maciek, o co chodzi? Bo ja czasu nie mam.

– Kiedy tu szedłem, byłem na stówę przekonany, że spotkam u ciebie wewnętrznych z Warszawy, że w końcu zacznie się dochodzenie…

– Zacznie się, Maciuś, przecież wiadomo, że się zacznie… Ale zrozum, my tu dziś mamy sytuację kryzysową, mamy, widzisz, kryzys i…

– O tym, że mamy kryzys, wiemy od miesięcy! Od chwili gdy weszliśmy do kliniki Frejncza w Kliczkowie, a jego tam nie było. Bo pół godziny wcześniej dał dyla! Bo go ktoś ostrzegł! Być może ktoś stąd, z komendy! To jest prawdziwy kryzys! Że być może któryś z naszych kolegów poszedł na współpracę z wielokrotnym mordercą i psychopatą!

O przeszłości, którą żył inspektor Maciej Stasiński

Przez ostatnich dwanaście miesięcy komisja walczyła z Cieniem. Najpierw po omacku, bardziej przeczuwając, niż dostrzegając jego obecność w kolejnych sprawach. Potem, gdy z biegiem czasu mroczne kształty stawały się coraz wyraźniejsze, już znacznie bardziej świadomie, coraz ciaśniej obstawiając teren działania Cienia wciąż nowymi policyjnymi reflektorami.

Bo walka z Cieniem nie jest przecież łatwa. W zależności od tego, skąd pada światło, cień rośnie albo się kurczy, przybiera postać szanowanego obywatela, prawdziwej podpory społeczeństwa, żarliwego kochanka, filantropa, melancholijnego estety, aby w końcu, kiedy zapłoną pełne światła ze wszystkich stron, ukazać swoje prawdziwe, odrażające oblicze monstrum żyjącego poza dobrem i złem.

Przełom nastąpił wówczas, gdy przekonany o swojej wszechmocy Cień postanowił zaprząc do własnych celów samą Komisję Morderstw, czyli używając oficjalnej nomenklatury, Wydział Spraw Niewyjaśnionych, niedawno powołaną do życia agendę w Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Wydział działał w ramach europejskiego programu „Zbrodnia bez przedawnienia” i miał wyjaśniać stare zagadki kryminalne, które swego czasu nie znalazły rozwiązania.

Z tego właśnie powodu komórka bywała przedmiotem kpin „policjantów prawdziwych” (czy komisja znalazła już sprawców ciężkich uszkodzeń ciała Henryka D., pseudo „Pobożny”, których ten doznał podczas głośnej ustawki na Legnickim Polu w roku 1241?), ale też z tego powodu zgłosił się do nich, Cień, doktor Adam Frejncz, z prośbą o pomoc w wyciągnięciu z katatonii swojej pacjentki Anny Podhorskiej.

Pani Anna przez całe życie walczyła o rehabilitację ojca, bohaterskiego AK-owca, potem wyklętego żołnierza WiN-u, który w 1947 roku miał odebrać sobie życie w więzieniu w Świdnicy. Przedtem jednak długo i szczegółowo zeznawał śledczym z UB, doprowadzając do aresztowania i zguby wielu swoich towarzyszy z podziemia.

Córka nie wierzyła ani w to, że porucznik Podhorski załamał się w śledztwie, ani też w jego samobójczą śmierć. Grypsy, które udało mu się wysłać z więzienia, były przecież tak pełne nadziei i wiary w przyszłość…

Kiedy po latach udało się jej odnaleźć grób ojca i doprowadzić do jego ekshumacji, okazało się, że w trumnie są szczątki kobiety… Okoliczności śmierci Podhorskiego stawały się coraz bardziej tajemnicze i warte zbadania.

I wtedy z dziejowego niebytu wypłynęły nagle tzw. papiery Ackermanna. W ich świetle okazywało się, że moralna degrengolada Podhorskiego zaczęła się dużo wcześniej, jeszcze w czasie wojny, kiedy porucznik stał się płatnym niemieckim agentem, osobiście odpowiedzialnym za wielkie wsypy polskiego podziemia.

Tego już pani Anna nie wytrzymała. Miała wylew, po którym pogrążyła się w katatonicznej śpiączce. Wybudził ją z niej, tylko na pewien czas, doktor Frejncz. W swojej prywatnej klinice w Kliczkowie zastosował eksperymentalną terapię udoskonaloną wersją L-dopy (specyfiku, którego użył przed laty wielki amerykański neurolog Oliver Sachs).

L-dopa zadziała, ale tak jak w wypadku pacjentów Sachsa, jedynie okresowo. Jej wzmocniona przez Frejncza wersja miała też nieprzewidziane i wyjątkowo silne skutki uboczne, które mogły zagrozić życiu pacjentki.

Powrócono do mniej inwazyjnych technik. Na okrągło czytano pani Annie listy jej ojca, mówiono do niej. Kto wie, jaki efekt mógłby zostać osiągnięty, gdyby można było powiedzieć staruszce, że jej ojciec został oczyszczony z zarzutu zdrady?

Kiedy więc archeolodzy z IPN-u odkryli tajny cmentarz, gdzie w latach czterdziestych i pięćdziesiątych chowano więźniów ze Świdnicy i kiedy w jednej z ekshumowanych czaszek znaleziono kulę, która zatrzymała się na metalowej płytce wstawionej podczas trepanacji w kość czołową zmarłego (takiej właśnie operacji poddano tajnie w 1944 roku rannego w akcji Podhorskiego w szpitalu wolskim). Zabitego klasycznym ubeckim strzałem w potylicę! Wtedy to doktor Frejncz pojawił się w Komisji Morderstw z prośbą o wszczęcie dochodzenia.

Dlaczego bowiem UB pozbyło się tajnie i pokątnie tak wydajnego jak Podhorski współpracownika? Dlaczego wcześniej, w czasie wojny, Podhorskiego, agenta gestapo, prowadził pułkownik Wehrmachtu, Klaus Ackermann?

Pytań było znacznie więcej i po żmudnym, wielowątkowym śledztwie komisji udało się na wszystkie odpowiedzieć.

Odkryła przede wszystkim gigantyczne fałszerstwo będące dziełem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Otóż posiadając znalezione formularze, pieczątki, maszyny do pisania i archiwa gestapo i przetrzymując w swoich więzieniach wysokich dowódców niemieckich, komunistyczni bojownicy o świetlaną przyszłość postanowili nieco skorygować obraz niedawnej przeszłości i zohydzić w oczach niewolonego społeczeństwa „reakcyjne podziemie”. Zarzucono jego schwytanym bojownikom współpracę z nazistami, a akty oskarżenia opierały się na sfabrykowanych tuż przed procesem „dowodach”. Autorem wielu z nich był właśnie pułkownik Ackermann. Skazany przez polski sąd na śmierć za zbrodnie wojenne dokonane na ludności cywilnej podczas tłumienia powstania warszawskiego, kupował sobie w ten sposób kolejne miesiące życia, pogrążając coraz to nowych bohaterów polskiego podziemia.

(Można powiedzieć, że odniósł sukces, zmarł bowiem śmiercią naturalną, na raka trzustki, w 1957 roku, we wrocławskim więzieniu na Kleczkowskiej, w celi, w której wiele lat wcześniej siedziała Róża Luksemburg).

Jednym z pogrążonych w infamii był właśnie Podhorski. Świadczyły przeciw niemu dziesiątki stron „dokonanych przez niego denuncjacji”, które Ackermann zapisywał nienaganną szwabachą na zdobycznych, nieco już w 1947 roku pożółkłych formularzach gestapowskich, opatrzonych wszystkimi niezbędnymi pieczęciami. Mistyfikacja była tak doskonała, że zwiodła dwa pokolenia historyków badających dzieje Polskiego Państwa Podziemnego.

I dopiero trójka funkcjonariuszy Komisji Morderstw zadała kilka prostych i wydawać by się mogło narzucających się pytań w sprawie „papierów Ackermanna”. Na przykład o to, jak możliwe było spotkanie pułkownika z Podhorskim 10 marca 1944 roku w Konstancinie, jeśli w tym właśnie czasie Ackermann dowodził wielką obławą na partyzantów Tita w północnej Bośni?

Komisji udało się nie tylko zdemaskować historyczną fałszywkę, lecz także odnaleźć żyjącego wciąż Heliodora Marczaka, człowieka, który w 1947 roku wpakował kulę w tył głowy porucznika Podhorskiego.

To, że emerytowany ubek nie stanął przed sądem i nie odpowiedział za popełnioną sześćdziesiąt osiem lat wcześniej zbrodnię (która zaklasyfikowana została jako „zbrodnia przeciw Narodowi Polskiemu” i jako taka nie uległa przedawnieniu), spowodowane było jedynie stwierdzoną przez biegłych „głęboką demencją, uniemożliwiającą H. Marczakowi udział w procesie”.

W każdym razie „sprawa Ackermanna” była jedną z tych, które sprawiły, że we wrocławskiej komendzie zaczęto traktować ludzi z komisji jako pełnoprawnych frontowych policjantów.

Pewien stażysta przebywający wówczas na okresie próbnym w redakcji „Gazety Policyjnej” opublikował na jej łamach tyleż entuzjastyczny, co utrzymany w podniosłym tonie tekst:

Jesteśmy własną historią

Tą gatunkową, zapisaną w genomie, który wyznacza długość naszego życia i przesądza o podatności na groźne choroby z rakiem, tą współczesną dżumą, na czele.

I jesteśmy także naszą historią indywidualną, zapisaną w języku, którego uczyliśmy się od rodziców, w obyczaju, zachowaniach dobrych i złych, w naszych ruchach wreszcie, w postawie właściwej lub nie, gestach wdzięcznych lub ordynarnych… I to te odpowiednie gesty, słowa, skojarzenia, wartości, te, które łączą nas z naszymi przodkami, są w procesie wychowania wzmacniane. Lubimy myśleć o sobie jako o niepowtarzalnych indywidualnościach, tracąc z oczu to, iż jesteśmy również kolejnym ogniwem w wielkim łańcuchu pokoleń…

Potem kształtuje nas, wpisując w szerszą od rodu wspólnotę, kanon szkolnych lektur, a potem każdy z naszych kolejnych wyborów i uczynków, kierując nas w tę, a nie inną stronę „ogrodu o rozwidlających się ścieżkach”, jakim jest nasze życie.

Nie o każdym z owych uczynków chcemy pamiętać, ale każdy zapisuje się automatycznie w szarej materii naszego mózgu.

Nie jesteśmy jednak bez reszty wytworami historycznego determinizmu.

Posiadamy wolną wolę, która pozwala nam nasze życie kształtować i zmieniać. Aby zmiany te nie stały się tylko chaotycznym miotaniem, niezbędna jest wiedza o miejscu, w którym obecnie znajdujemy się na naszym życiowym szlaku, oraz o drodze, która nas do niego doprowadziła. Niezbędna jest wiedza o historii. Jednostek i zbiorowości.

Odkrywaniem tej wiedzy zajmuje się KOMISJA MORDERSTW. Penetrując zakazane i przeklęte rewiry dawnych zbrodni, ujawnia niewidzialne nitki łączące przeszłość z dniem dzisiejszym, niegdysiejszych rabusiów i wyłaniające się z mroku dziejów monstra z ich współczesnymi spadkobiercami i beneficjentami dawnych nieprawości.

Stażysta etatu w redakcji ostatecznie nie dostał, a inspektor Maciej Stasiński dość szybko doszedł do wniosku, że demaskując dawne fałszerstwa pułkownika Ackermanna, on i jego koledzy uderzali dzisiaj w syna nazisty, eurodeputowanego z frakcji Zielonych. Młody (bo ledwo siedemdziesięcioletni) Ackermann piastował funkcję przewodniczącego brukselskiej komisji badającej nielegalne praktyki medyczne, jakich miały dopuszczać się prywatne kliniki skupione w międzynarodowym konsorcjum Rootstock, czyli „kłącze”…

Miesiąc później przewodniczący Ackermann miał wizytować ośrodek doktora Frejncza w Kliczkowie, który z Rootstock od lat współpracował… Do wizyty nie doszło. Skandal związany z ojcem nazistą, a zwłaszcza z kłamstwem, na którym przyłapano eurodeputowanego (utrzymywał, że nigdy nie widział ojca, gdy w rzeczywistości odwiedził go z matką we wrocławskim więzieniu trzykrotnie w latach 1956–1957), spowodował, że Ackermann junior podał się do dymisji.

Lecz jego komisja działała nadal.

Podobnie jak Komisja Morderstw, która zaczęła dociekać, jak to się stało, że informacje o „sprawie Ackermanna” wyciekły do niemieckich mediów niemal równocześnie ze złożeniem przez nich raportu.

A gdy pół roku później w siedmiu krajach europejskich policja w ramach zintegrowanej akcji weszła do klinik Rootstock, w Kliczkowie nie zastano Frejncza.

W piwnicach dawnego pałacu, przy piecu krematoryjnym, odnaleźli zwłoki młodego Albańczyka, który zmarł po pobraniu mu (żyjącemu jeszcze!) narządów wewnętrznych; w biurach kliniki – dokumentację świadczącą o tym, że Kliczków specjalizował się w nielegalnych i zbrodniczych transplantacjach, zaś jego szeroko reklamowana Fundacja Pomocy Uchodźcom była w rzeczywistości organizacją zajmującą się poszukiwaniem dawców. Biedaków z Trzeciego Świata traktowano w niej jako materiał biologiczny, służący przedłużaniu życia bogaczom.

Główny odpowiedzialny za trwanie tej makabry, doktor Adam Frejncz, rozpłynął się w powietrzu! I choć w kilka dni później udało się go schwytać, to pytanie, kto ostrzegł mordercę w białym fartuchu, nadal nie dawało inspektorowi Stasińskiemu spokoju.

Odprawa została zakończona. Komendant otworzył drzwi i członkowie komisji przeszli do sekretariatu.

Na widok szefa poderwała się z krzesła nowa rzeczniczka prasowa KWP, młodsza inspektor Angelika Pawlak, zwana w komendzie „Pamelą Anderson” ze względu na uderzające ponoć podobieństwo do gwiazdy serialu Słoneczny patrol.

– Panie komendancie, media już się zbierają – zameldowała.

– Świetnie. Proszę do mnie, przegadamy jeszcze porządek konferencji. – Komendant uśmiechnął się czule do swojej ulubienicy i jakby nagle sobie o czymś przypomniał, krzyknął: – Stasiński! Pani inspektor pracuje z nami od niedawna… Skarży się, że często gdy idzie korytarzem, słyszy za sobą jakieś gwizdy, jakieś…

– Cmokania – podpowiedziała Angelika, zabijając Macieja spojrzeniem.

– Właśnie: cmokania. Wiesz coś o tym?

Maciek z namysłem pokręcił głową.

– Cmokania?… Aż się wierzyć nie chce. Oczywiście to czysty seksizm. Jeszcze nigdy nie spotkałem się z czymś takim w polskiej policji.

Komendant przygryzł wargi.

– Gdybyś się spotkał, daj znać. Miłego popołudnia w Głuszycy.

Głuszyca

Głuszyca to siedmiotysięczne miasteczko leżące w malowniczej kotlinie rzeki Bystrzycy między Górami Sowimi a parkiem krajobrazowym w paśmie Sudetów Wałbrzyskich. Ze wzniesienia prezentowało się idyllicznie. Kryte czerwoną dachówką domy tonęły pośród drzew, o tej porze roku już wprawdzie rzadko zielonych, ale za to, jak pisał Puszkin, odzianych w pyszną bagiereti zołoto.

Kiedy jednak samochód komisji wjechał między zabudowania, sielanka prysła. Dziewiętnastowieczne w dużej części domy przy przelotowej ulicy Grunwaldzkiej były szare i zaniedbane. Wyglądały, jakby od 1945 roku nikt ich nie remontował. Przed kilkoma sklepami spożywczymi siedzieli milczący mężczyźni, którzy z uwagą przyglądali się przejeżdżającemu vanovi i długo odprowadzali go wzrokiem.

W końcu jakaś rozrywka.

Minęli piętrowy dom z liszajami odpadającego tynku i tablicą: „Gotówka na życzenie!”. Było pusto. Jakby w Głuszycy wszyscy zwątpili w sens podejmowania jakiejkolwiek aktywności.

Kierujący vanem Maciej nie mógł otrząsnąć się z wrażenia, że wrócił oto do krainy swych lat dziecinnych. Legnica lat sześćdziesiątych, gdzie dorastał (jeszcze przed odkryciem miedzi i związanej z nią prosperity), była właśnie taka: szare mury, zapuszczone klatki schodowe z zamalowanymi olejną farbą secesyjnymi sztukateriami, magnolie dziczejące w ogródkach. Tyle że tam, w Legnicy, było jeszcze pełno żołnierzy w obcych radzieckich mundurach. Pełno też było jego rosyjskojęzycznych rówieśników, oficerskich dzieci. Pamięta, jak im zazdrościł czerwonych pionierskich chust, kiedy stali w grupach na osobnych przystankach, czekając na specjalny autobus mający zawieźć ich do rosyjskiej szkoły.

Obecność czterdziestotysięcznego garnizonu i sztabu Północnej Grupy Armii Radzieckiej nadawała miastu wyjątkowy, niepowtarzalny klimat.

Gdy więc w ostatniej chwili wdepnął hamulec i z piskiem opon stanął, unikając o włos zderzenia z frontowym gazikiem pełnym sołdatów z kałaszami, w furażerkach z czerwoną gwiazdą, zamarł na dłuższą chwilę z rękoma na kierownicy i mocno zaciśniętymi powiekami. Ale gdy otworzył oczy, obraz nie chciał zniknąć. Uczucie déjà vu było pełne.

Do tego w ślad za ruskim gazikiem z bocznej uliczki wytoczył się pomalowany w barwy ochronne niemiecki samochód pancerny. Na dachu miał obłożone workami z piaskiem stanowisko ogniowe. Przy lśniącym od smaru karabinie maszynowym trwało w pełnej gotowości dwóch grenadierów z dywizji pancernej: czarne mundury, czapki z nazistowską gapą…

– Rany… Co tu się dzieje? – wykrztusiła wreszcie Alicja.

– Może wpadliśmy w pętlę czasową? – domyślał się Dominik. – Albo przeskoczyliśmy do alternatywnej rzeczywistości, w której Ribbentrop z Mołotowem dogadali się bardziej długoterminowo?

Maciej spojrzał na GPS.

– Jeśli za sto metrów po lewej, za kościołem, będzie komisariat, to jesteśmy nadal w naszym świecie. – Ruszył powoli za tankietką. – Wszystkiego się dowiemy.

Komisariat w Głuszycy był wprawdzie nadal na swoim miejscu, ale wyglądało na to, że został całkowicie opanowany przez siły zbrojne III Rzeszy. Niewielki parking oraz placyk z boku kościoła zajęte były przez wojskowe ciężarówki i motocykle. Pomiędzy nimi snuli się niemieccy żołnierze w mundurach różnych formacji.

Z boku, tuż przy szosie, stało kilkunastu więźniów obozu koncentracyjnego, palili papierosy i śmiali się z dowcipu, który właśnie opowiedział niski esesman. Rosjanie, jak to Rosjanie, siedzieli w swoim gaziku, dyskretnie pociągali z puszczonej wkoło butelki wódki i nie myśleli wcale o walce z faszyzmem.

Nad wejściem do komisariatu wisiał baner: „Dolnośląski Piknik Historyczny”.

– Rekonstruktorzy… – Maciej odetchnął z ulgą. – Wszystko jasne.

I z piskiem opon zaparkował vana obok gazika krasnoarmiejców, wysiadł i ruszył do drzwi posterunku w Głuszycy.

Spod kół samochodu wyglądały gałązki rozjechanej sadzonki cisa.

– Kilka tygodni temu pan Kumorek z Osówki obsadził granicę swojej działki szlachetnymi drzewami. – Inspektor Walkosz kładł na biurku kolejne zdjęcia dokumentujące straty w niedoszłym drzewostanie. – Modrzew… Cedr syberyjski… Cis… Z czasem miały stworzyć naturalny żywopłot, ale odkąd zaczęło się to wariactwo ze Złotym Pociągiem, ciągle mu te sadzonki rozjeżdżają… Paręset metrów dalej jest wejście do starej niemieckiej sztolni, wejście do Riese, więc Kumorek ma u siebie ostatnio prawdziwe pielgrzymki.

Zdjęcia zostały zrobione w zeszły wtorek. Poszkodowany mieszkaniec Osówki chciał od razu zawiadomić policję o wykroczeniu, a ponieważ na dole, przy sztolni, tam gdzie parkowały samochody poszukiwaczy, nie było zasięgu, poszedł w stronę stojącego na szczycie stoku domu. Gdy był w połowie drogi, poczuł, że ziemia się pod nim zatrzęsła. Wyraźnie. Niespodziewanie. Mocno.

Chwilę potem usłyszał z dołu odgłosy uruchamianych silników. Zbiegł nad jar prowadzący do podziemi i zobaczył, jak trzy samochody, które wjechały w jego cisy i modrzewie i które pieczołowicie obfotografował, odjeżdżają właśnie w wielkim pośpiechu. Dalej, za pagórkiem, widać było wejście do starej sztolni. Wypływała z niego woda.

– Czyli sprawa jest dość jasna – podsumowała Alicja. – Wiele wskazuje, że podziemną tamę wysadzili ci, którzy zajechali we wtorek do Osówki. Ten pan… Kumorek, tak? Spisał numery samochodów? Czy tylko dokumentował rozjechane sadzonki?

– Sfotografował te auta. – Walkosz położył na blacie trzy kolejne zdjęcia. Między dwoma lśniącymi mercedesami klasy V 250d avantgarde stał wiekowy, mocno poobijany i niemiłosiernie brudny opel astra. Zdjęcia były zrobione z przodu, lekko od dołu, żeby tablice rejestracyjne były dobrze widoczne.

– Poszukiwanie skarbów to sport jak widać egalitarny. – Alicja uśmiechnęła się.

– Słucham? – Walkosz najwyraźniej nie zrozumiał.

– Wspólna pasja badania tajemnic łączy biednych i bogatych – wyjaśniła.

– Jasne – rozpromienił się Walkosz. – Sam kiedyś pętałem się trochę po podziemiach Riese. Nie żeby od razu znaleźć Bursztynową Komnatę… Ale tam wszystko jest takie… – Szukał przez chwilę odpowiedniego słowa. – No ciekawe po prostu, niecodzienne, te hipotezy różne, teorie. Słyszeliście, że Niemcy próbowali robić w tych naszych podziemiach latające talerze? Taka superbroń nowej generacji, lasery, bajery. Kto wie, może gdyby mieli jeszcze kilka miesięcy, toby im się udało? – westchnął rozmarzony Walkosz.

– I losy drugiej wojny potoczyłyby się zupełnie inaczej? Tak, panie Obersturmbannführer? – zapytał nadspodziewanie ostro Maciej. Szef posterunku policji w Głuszycy przyjmował ich w kompletnym, szytym najwyraźniej na miarę mundurze podpułkownika Waffen SS.

Zaskoczony Walkosz popatrzył w milczeniu na Stasińskiego, po czym pochylił się nad zdjęciami samochodów.

– Monachium. – Wskazał charakterystyczną, białą tablicę rejestracyjną mercedesa. – Świdnica, opel ze szrotu, i Wrocław. Jak widzicie, wszystko poza terenem naszego działania, więc meldunek o zajściu posłaliśmy wyżej…

– Trafił do nas. – Alicja podniosła teczkę, którą dostała od Komendanta.

– Więc jest udokumentowany akt zniszczenia prywatnej własności w postaci siedmiu sadzonek. – Walkosz pakował z powrotem zdjęcia do koperty. – Jest podejrzenie o spowodowanie wybuchu w zabytkowym obiekcie historycznym, a jakby się uprzeć, to nawet stwarzanie zagrożenia dla zdrowia i życia. Ale – podał Alicji zdjęcia pana Kumorka – nie spodziewałem się, że to tak ważne, że aż specekipa z Wrocławia się za to weźmie…

– Bo nie jest ważne. Turystycznie żeśmy tu wpadli. Na grilla – warknął Maciej.

Kiedy jechali do Głuszycy, włączył radio i w wiadomościach lokalnych wysłuchali relacji z konferencji prasowej Komendanta Wojewódzkiego: „Zapewniam państwa, że wszyscy, dosłownie wszyscy nasi funkcjonariusze, są w terenie, gdzie na miejscu dbają o bezpieczeństwo poszukiwaczy złota III Rzeszy”.

Jeśli bowiem nawet Komendant był mistrzem świata w ukrywaniu prawdy i zastępowaniu jej dobrze brzmiącymi ogólnikami („więcej nie mogę państwu powiedzieć ze względu na dobro śledztwa”), to przecież nie znosił i unikał kłamania wprost. Tym cechom zawdzięczał swoją spokojnie rozwijającą się karierę, a komisja – wycieczkę do Głuszycy. Bo jeśli Komendant mówi: „wszyscy w polu”, to wszyscy w polu!

Maciej na tyle dobrze znał swojego dawnego kolegę ze szkoły policyjnej i obecnego szefa, że od początku wiedział, że „sprawa w Głuszycy” to pic na wodę, jedna z tych niezliczonych akcji wykonywanych dla piaru czy na polityczne zamówienie i angażujących bez sensu siły policyjne, które mogły być potrzebne gdzie indziej. Do tego zaś nie mógł się przyzwyczaić, mimo trzydziestu przeszło lat służby. Więc wściekało go wszystko i wszyscy z Bogu ducha winnym hobbystą w niemieckim mundurze.

– Grilla mieliśmy wczoraj. A dzisiaj wziąłem sobie wolny dzień – Walkosz odpowiedział Maciejowi tak samo ostro. Odwrócił się do Alicji. – Jeśli to wszystko, wrócę do kolegów, dobrze? Będziemy się żegnać.

Zażywny więzień Gross-Rosen sięgnął szybko do kieszeni pasiaka, wyciągnął z niej komórkę i wpisał w kontaktach numer podyktowany mu przez uśmiechniętego gestapowca, świeżo poznanego kolegę z innej grupy rekonstrukcyjnej.

– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego się tak wściekasz – stwierdził Dominik, wsiadając do vana. – Co jest złego w tym, że ludzie mają pasję, że poznają historię?

– Popatrz na tego lagrowca. – Maciej wskazał na tłuściocha, któremu trzymana w dłoni komórka przeszkadzała w ściąganiu obozowej kurtki. – Ma na sobie termoizolacyjny podkoszulek z Decathlonu. To jaką historię on poznaje? Bezkofeinową. Bo tamta historia to było na przykład stanie godzinami w śniegu na placu apelowym.

– Przecież wiadomo, że nikt się dziś nie będzie gazował! W szczegółach jest oczywiście różnica, wszyscy wiedzą, że pełna rekonstrukcja jest niemożliwa, ale to nie o szczegóły przecież chodzi. Oglądałem angielski film z rekonstrukcji bitwy walijskich górników z policją. Bitwy sprzed trzydziestu lat, kiedy Margaret Thatcher zamykała kopalnie. I wiecie co? W rekonstrukcji brali udział ci sami górnicy, których wtedy pałowano! – Dominik się zapalił i zaczął skandować stare górnicze hasła. – Miners united we’ll never be defeated! Coal not dole!

Alicja podniosła głowę znad laptopa i z niepokojem zauważyła, że palce Maćka zaczynają bębnić nerwowo po kierownicy. Van nie mógł ruszyć, gdyż blokował go wóz pomocy drogowej, na którego przyczepę wjechał już sowiecki gazik, a teraz, powoli i ostrożnie, wjeżdżał niemiecki samochód pancerny.

– Autorzy filmu podkreślili, że ta cała rekonstrukcja była dla górników rodzajem zbiorowej terapii. – Dominik się rozkręcił. – To, co było dawną klęską, upokorzeniem, hańbą, stawało się teraz czymś zupełnie innym. Mitem. Oni sami stawali się postaciami mitologicznymi.

– Skupmy się, panowie! – Alicja energicznie zatrzasnęła laptopa. – Maciek, ruszaj. Chyba już się zmieścisz. Wracamy. Ale przez Sulistrowiczki. Tam mieszka jeden z tych poszukiwaczy skarbów. Ten najbiedniejszy. Opel ze świdnicką rejestracją. Odrobimy szybko pańszczyznę i do domu. Dobrze mówię, Maciuś?

Maciej zacisnął zęby i z wigorem ruszył na wstecznym.

Nie miał wątpliwości, że Alicja nie chciała dopuścić do wybuchu kolejnej awantury w vanie.

Bo przecież byli ze sobą, we trójkę, od ponad roku. Wiedzieli, że mogą na sobie polegać. Szanowali się. Pewnie nawet lubili. Połączyła ich niechęć okazywana nowemu wydziałowi na komendzie w początkach istnienia komisji, a jeszcze bardziej wspólnie przeżyte niebezpieczeństwa.

A mimo to Dominik wciąż potrafił doprowadzić Maćka do białej gorączki! I wielokrotnie doprowadzał!

– Chłopak jest chory na własną niewinność – tłumaczył się potem ze swego gniewu Alicji. – Niech sobie prywatnie będzie, jaki chce, niech myśli, co mu się podoba, ale w robocie ten jego permanentny optymizm zaburza mu ogląd rzeczywistości! A to może być niebezpieczne! Dla niego i dla nas też!

Wprawdzie potem, indagowany cierpliwie przez szefową o konkretne sprawy, w których naiwna wiara Dominika Hertza w to, że w każdym z nas (także ściganym przestępcy) tkwi, choćby i niewielka, ale przecież nieusuwalna cząstka boskiego dobra, popchnęła komisję na fałszywy trop albo stworzyła dla któregoś z jej członków realne niebezpieczeństwo, Stasiński milkł, bezradnie kręcił głową, znacząco dotykał swego nosa i warczał ponuro: „Czuję, że wszystko jeszcze przed nami!”.

Bo konkretnym przykładów błędów Dominika podać nie potrafił.

Choć aspirant Hertz był swoistym fenomenem. Szczeniak, który z powodu swej wybitnej inteligencji i ogromnej wiedzy, a zwłaszcza założenia, że występują one – wiedza z inteligencją – powszechnie i w związku z tym każdy nadąży za tokiem jego rozumowania, omal nie przekreślił już na starcie swojej kariery zawodowej, bowiem nie mógł „się przyjąć” w żadnym wydziale wrocławskiej policji i pierwszych kilka miesięcy służby musiał spędzić jako osobisty asystent Komendanta. Trafił w końcu do powstającej właśnie Komisji Morderstw, którą tworzyły takie same jak on „wyrzutki”, policjanci mający poważne problemy ze zmieszczeniem się w przyjętym formacie.

Tu, w komisji, przeżył swoją frontową inicjację. Niełatwą…

W niewiele ponad rok spotkał się tutaj z wieloma manifestacjami przerażającego niekiedy zła. Doświadczył jego upartego trwania, jego zadziwiającej zdolności do zarażania wszystkich, którzy nieopatrznie znaleźli się w pobliżu, spotkał się z tym, że raz wpuszczone do naszego świata, na przykład przez zbrodnię dziadka, potrafi odezwać się niespodziewanie w czynach wnuka…

W ciągu tych miesięcy Dominik musiał skuć kajdankami ręce własnego ojca, protestanckiego fundamentalisty, przez którego zresztą został wyklęty, biblijnie i ostatecznie; zabił człowieka, który okazał się nieszczęsną, niepanującą nad własnym ciałem ofiarą medycznych eksperymentów i… nadal pozostał nietknięty! Nadal niezachwianie wierzył w ostateczny tryumf Dobra, Piękna i Sprawiedliwości.

Tak to przynajmniej widział Maciej Stasiński i gotował się w środku ze wściekłości za każdym razem, gdy Dominik wtrącał to swoje: „No tak, ale przecież…”.

Wtedy Stasiński wybuchał, a kiedy już wdeptał w ziemię naiwnego chłoptasia, było mu bardzo głupio i bardzo wstyd… Dlatego teraz czuł wdzięczność wobec Alicji, która czujnie i taktownie rozbroiła minę.

Maciej wydostał się na szosę i skupił na prowadzeniu. Postanowił zachować dla siebie refleksję nad faktem, że sytuacja w większości nadal bezrobotnych po zamknięciu przez Żelazną Damę ich kopalni walijskich górników, którzy odgrywają za marną dniówkę samych siebie sprzed lat i skandują hasła o „zjednoczonych górnikach, co to nigdy nie zostaną pokonani”, jest chichotem losu tak rozpaczliwym i ironią tak gorzką, że w porównaniu z nią piołunem można by słodzić! W każdym razie tylko aspirant Hertz mógł w tej historii dostrzec argument na rzecz Panglossowej „metafizyko-teologo-kosmologo-nigologii” oraz potwierdzenie fundamentalnego twierdzenia tej szkoły filozoficznej, że „wszystko dzieje się najlepiej na tym najlepszym z możliwych światów”.

Sulistrowiczki

Ktoś mocno popracował nad znakiem drogowym na początku wsi. Na niebie rozpościerającym się nad konturowo zaznaczonymi dachami „obszaru zabudowanego” jakaś niewidzialna ręka wkleiła wąski mahometański półksiężyc, zaś nazwę miejscowości próbowała przerobić sprayem na „Sulistrostan”.

Maciej zwolnił, rozglądając się za domem przy Świdnickiej 18, gdzie mieszkał poszukiwany przez nich właściciel zdezelowanego opla, podejrzany o „zniszczenie mienia nieznacznej wartości w postaci trzech sadzonek cedru syberyjskiego”. Lecz jak to często na polskiej wsi, gdzie żyją tylko sami swoi, kolejne posesje albo wcale nie miały numerów, albo też miały je na tabliczkach tak przerdzewiałych, że oznaczenia były całkowicie nieczytelne. Nie było też kogo zapytać, bo choć obszar był niewątpliwie zabudowany, wydawał się też całkowicie niezamieszkany, jeśli oczywiście nie liczyć kotów wylegujących się spokojnie na nierównym asfalcie.

– Gdybyś nie kazał wymontować GPS-u… – zaczął swoje Dominik.

– Patrz! Sklep! – Maciej wcisnął gaz i skręcił na niewielki placyk. – Prawdziwe wiejskie forum, centrum dialogu i bieżącej informacji. Dowiesz się tu rzeczy, których nigdy nie znajdziesz w sieci. A GPS degraduje hipokampa. Co wykazali amerykańscy uczeni!

Przed sklepem była oczywiście ławeczka okupowana przez trzech tutejszych, podejrzliwie i niechętnie przyglądających się, jak miastowi wysiadają ze swojego wypasionego auta. Dalej zamknięty na głucho kiosk z ofertą: „Kurczak z rożna. Zapiekanka”, a od strony jezdni krzyż z rozpiętym na nim Zbawicielem, którego cierpiące ciało miało zastanawiającą, jasnomiętową barwę.

Krzyż otoczony był niskim płotkiem, nad którym pochylała się drobna staruszka, wyłuskująca tkwiące między sztachetami białe, papierowe kwiaty. Obok niej stał kościsty czterdziestolatek z fryzurą zrobioną przez kogoś najwyraźniej rzucającego palenie i perorował w podnieceniu, wymachując przy tym gwałtownie trzonkiem siekiery.

– A co pani tam wie, pani Śmiertka! Udowodniono przecież w gazetach, że to żydki rotszyldy i reszta tej banksterskiej hołoty wymyśliła wojny na Bliskim Wschodzie i opłaca przemyt bydła terrorystycznego, aby podbiło Europę i wymordowało białych chrześcijan!

– Ej, kolego! – Dominik jednym skokiem znalazł się przy sulistrowickim geopolityku. – Policja! Czy on pani grozi?

– Marianek? – Staruszka parsknęła z pogardą. – Niechby tylko spróbował. Zerżnęłabym mu dupsko jak dawniej. Krew by, o! tak sikała.

– Taa… sikała… akurat… – bąknął Marianek i zaczął powoli wycofywać w kierunku ławki. – Policja… Teraz to was tu pełno… A jak było prawdziwe zagrożenie? Kto wtedy z islamistami w pojedynkę walczył? No, kto?!

– Społeczeństwo – odpowiedział jeden z lokalesów, chociaż pytanie Marianka było naturalnie retoryczne.

– Straż Obywatelska – sarknęła staruszka. – Znalazły sobie na koniec życia cel darmozjady. Pilnują porządku! A kwiaty muszę zabierać do domu, żeby mi przed Wszystkimi Świętymi nie pokradli.

– Przecież widzieliście, chłopaki, tych arabusów? – Marianek kontynuował podniesionym głosem, żeby być słyszanym także przez wrocławskich policjantów. – Młode, wypasione byki islamskie! Dlaczego nie walczą o swój kraj? Gdzie ich baby i dzieci, skoro tam ponoć wojna? W Turcji! W Maroko! Bezpiecznie jest tam ich rodzinom. Tam są ich miliony czekające na przerzut. I już wkrótce zaczną mordować białych Europejczyków, a ulice będą spływały naszą krwią! Kopara i Tusk pod sąd polowy za zdradę Polski i holokaust Polaków! Wyrok wykonać natychmiast, inaczej po nas! – Marianek zamilkł na chwilę, jakby sparaliżowany grozą nadciągającej apokalipsy, po czym zupełnie innym tonem zapytał kolegów. – Zbierzemy jeszcze osiem zeta na cztery książe?

– Państwo pobłądzili? Do Caritasu może? – zainteresowała się staruszka.

– Świdnicka 18.

– Tak sobie zaraz pomyślałam: jak z policji, to do Caritasu… Jedźcie dalej prosto, po prawej stronie, naprzeciw parku. Nie można przegapić.

– A co tam się zdarzyło? – spytała Alicja. – Słyszałam, że imigranci prześladowali jakąś dziewczynę? Próba gwałtu była, tak?

– Akurat! – Pani Śmiertka machnęła lekceważąco papierowymi kwiatami. – Ciekawe, kto by się odważył? Przychodziła tu, do sklepu. Istna herod-baba. Dwa razy jak Marianek. Podejść strach. Warczy, nie mówi, klnie jak furman… Przez to pewnie samotna i z tej samotności, ja tak myślę, nazmyślała, nafantazjowała, że ktoś się do niej normalnie, po ludzku uśmiechnął, za atak wzięła, bo nieprzyzwyczajona, bo chyba mało kto się do niej w życiu uśmiechał… Z igły widły, moim zdaniem.

– Ale Straż Obywatelska działa. – Dominik popatrzył na towarzystwo na ławce: strażnicy odłożyli pałki i w skupieniu przetrząsali kieszenie w poszukiwaniu ostatnich grosiaków. – Chociaż Syryjczyków już tu nie ma.

Pani Śmiertka wzruszyła ramionami.

– Żydów też nie ma, a na murach „jude” wypisują i wieszają na szubienicy. Ze zjawą zawsze łatwiej walczyć.

– A pani nie ma tu kłopotów?

– Jakich kłopotów? – zdumiała się staruszka. – Dlaczego?

– Głosi pani takie poglądy. Wśród rasistów…

– Tu żadnych rasistów nie ma, młody człowieku. – Pani Śmiertka zmierzyła Dominika surowym spojrzeniem. – Głupków, owszem, nie brakuje. Jak wszędzie. Tylko że gdzie indziej głupkom tłumaczy się co i jak: powoli, przystępnie, żeby doszło. A u nas nikt nie ma na to czasu. O tym, że przyjedzie do nas stu Syryjczyków, ludzie dowiedzieli się z gazet. Jak na Sulistrowiczki, w których mieszka sto czterdzieści zdaje się osób, setka obcych to dużo… Co oni będą tu robić? Będą siedzieć w Caritasie czy chodzić po wsi? A ich dzieci? Pojadą z naszymi do szkoły? Nikt nic nie wie, nikt nikogo nie informuje… A gazety trąbią, że w tym tłumie uchodźców są ukryci terroryści, a pan Kaczyński informuje w Sejmie, że oni są nosicielami chorób, dla nich niegroźnych, dla nas śmiertelnych… I wy się dziwicie, że ludzie mają stracha? Że chcą stąd uciekać? Tu jest dużo domków letniskowych. Ludziska się pobudowali, bo cisza, spokój, z jednej strony rezerwat na Ślęży, z drugiej zalew… Jak tylko poszła wieść o uchodźcach, wszystkie domki wystawione na sprzedaż! Tyle że nikt nie chce kupować! A jeśli już, to za grosze. Więc jak: sprzedawać za grosze? Wypieszczoną daczę? Dorobek życia? A przez kogo to wszystko, przez Syryjczyków. I co, ludzie mają ich kochać? A was, policji, też wcześniej tu nie było… Ludzie by się mniej bali, jakby zobaczyli mundur. Ale nie: przyjeżdżacie dopiero teraz, jak się już mleko wylało…

Jechali w milczeniu, przygnębieni opowieściami pani Śmiertki, przygnębieni Mariankiem i jego koleżkami od butelki i obrony cywilizacji białego człowieka.

– A wracając do GPS-u… – rzucił Maciej, chcąc odpędzić beznadziejne myśli. – Przecież to prawda, że można z niego odczytać, gdzie jeździłeś? – ni to stwierdził, ni to spytał Dominika.

– Prawda – potwierdził Hertz. – Elektroniczny kij ma dwa końce. Ale kto by niby miał odczytywać nasze trasy? I po co?

– Jak to kto? Wrogowie – odpowiedział Maciej i skręcił w bramę ośrodka Caritasu.

Szkło z podjazdu już pozamiatano, a czteroosobowa ekipa w kolorowych kombinezonach kończyła wymianę na nowe powybijanych szyb.

– Państwo z policji? – Młoda kobieta zeszła ze schodków prowadzących do wejścia do Caritasu i ruszyła w stronę vana.

– To aż tak widać? – Maciej posłał jej uwodzicielski uśmiech.

– Widać – odpowiedziała uśmiechem i z zainteresowaniem przyjrzała się inspektorowi. – Ale ja już złożyłam zeznania, a nagranie z monitoringu przekazałam wam jeszcze w piątek, tuż po napaści skinów.

– Jaka szkoda. – Stasiński zmartwił się. – Czyli