Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Komin pokutników - Jan Długosz

Książka najwybitniejszego polskiego taternika lat 50. i 60., przez blisko pół wieku uchodząca za kultową. Jan Długosz, ginąc w 33. roku życia na grani Zadniego Kościelca, pozostawił po sobie legendę oraz trzynaście opowiadań, których akcja rozrzucona jest pomiędzy Tatrami, Alpami i Kaukazem. Wydane po raz pierwszy przez Iskry w 1964 roku w zbiorze Komin pokutników do dziś wygrywają czytelnicze plebiscyty na bestseller górski wszech czasów.
Komin pokutników to książka szczególna; to dobra górska literatura, ale też niemal reporterski zapis wspinaczek o znaczeniu przełomowym dla historii taternictwa. Można ją czytać jako literacką opowieść o przygodzie, z wartką akcją i ujmującym dowcipem, bądź jako źródło faktograficzne – w tym pomaga komentarz historyczny dodany do obecnego wydania, stanowiący klucz do rozszyfrowania bohaterów oraz dokonanych przez nich przejść.
Tekstowi towarzyszy blisko setka unikalnych zdjęć, przeważnie dotąd niepublikowanych.

Opinie o ebooku Komin pokutników - Jan Długosz

Fragment ebooka Komin pokutników - Jan Długosz

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: An­drzej Ba­rec­ki

© Re­dak­cja tek­stu i ko­men­tarz hi­sto­rycz­ny: Ewa De­reń

Ko­rek­ta: Ewa De­reń

Na ob­wo­lu­cie wy­ko­rzy­sta­no fo­to­gra­fię Bro­ni­sła­wa Ku­nic­kie­go i zdję­cie z ar­chi­wum au­to­ra

Na oklej­ce wy­ko­rzy­sta­no fo­to­gra­fię Bro­ni­sła­wa Ku­nic­kie­go

© Wy­bór i układ zdjęć: Ewa De­reń

Wy­daw­nic­two do­ło­ży­ło wszel­kich sta­rań, by skon­tak­to­wać się z twór­ca­mi za­miesz­czo­nych w książ­ce zdjęć. W kil­ku przy­pad­kach oka­za­ło się to nie­moż­li­we, dla­te­go twór­ców, z któ­ry­mi nie zo­sta­ły pod­pi­sa­ne umo­wy, pro­si­my o pil­ny kon­takt z se­kre­ta­ria­tem wy­daw­nic­twa.

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2008

Wy­da­nie III peł­ne

ISBN 978-83-244-0242-7

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na 11 00-375 War­sza­wa

tel./faks: (0-22) 827-94-15

e-mail:iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od redaktora

„Ko­min po­kut­ni­ków” to książ­ka szcze­gól­na. To do­bra gór­ska li­te­ra­tu­ra, ale też so­lid­ny ka­wa­łek hi­sto­rii ta­ter­nic­twa. Moż­na ją czy­tać wy­łącz­nie jako li­te­ra­tu­rę, opo­wieść o przy­go­dzie, z wart­ką ak­cją i spe­cy­ficz­nym dow­ci­pem – i na tej przy­go­dzie, prze­ży­ciu po­prze­stać. Tak wła­śnie czy­ta­no „Ko­min…” przez 40 lat od chwi­li jego pierw­sze­go wy­da­nia w 1964 roku.

Rów­no­cze­śnie jed­nak każ­de nie­mal opo­wia­da­nie w tej książ­ce do­ty­czy ja­kie­goś waż­ne­go mo­men­tu w hi­sto­rii ta­ter­nic­twa – nie na dar­mo był Dłu­gosz au­to­rem kil­ku prze­ło­mo­wych do­ko­nań. Moż­na więc po­ku­sić się o od­two­rze­nie szcze­gó­łów tam­tych przejść, któ­re mia­ły prze­cież swo­ją hi­sto­rię, daty, uczest­ni­ków. Taką wła­śnie rolę – fak­to­gra­ficz­ne­go przy­czyn­ka do Dłu­go­szo­wych opo­wie­ści – peł­ni „Ko­men­tarz hi­sto­rycz­ny”, do­da­ny współ­cze­śnie do ory­gi­nal­ne­go tek­stu au­tor­skie­go. W jego stwo­rze­niu po­mo­gli mi sami bo­ha­te­ro­wie książ­ki – ta­ter­ni­cy, part­ne­rzy od liny i to­wa­rzy­sze wspi­na­czek Dłu­go­sza lub tyl­ko świad­ko­wie opi­sy­wa­nych przez nie­go wy­da­rzeń. Dzię­ki nim po­zna­łam do­dat­ko­we szcze­gó­ły i oko­licz­no­ści wie­lu fak­tów, czę­sto cie­ka­we, ale po­zo­sta­ją­ce „za ku­li­sa­mi”. Do­łą­cze­nie owe­go hi­sto­rycz­ne­go anek­su na­da­je książ­ce do­dat­ko­wy, obok li­te­rac­kie­go, wa­lor – czy­ni z niej po­zy­cję z po­gra­ni­cza li­te­ra­tu­ry pięk­nej i re­por­ta­żu. Za re­por­te­ra ucho­dził zresz­tą sam Dłu­gosz już za ży­cia, gdy swo­je opo­wia­da­nia-re­la­cje ze wspi­na­czek pu­bli­ko­wał w pra­sie, sta­jąc się naj­słyn­niej­szym w la­tach 50. i 60. pol­skim al­pi­ni­stą-li­te­ra­tem.

Po­nie­waż opo­wia­da­nia uło­żo­ne są zgod­nie z chro­no­lo­gicz­ną ko­lej­no­ścią wy­da­rzeń, ko­men­tarz po­zwa­la śle­dzić roz­wój ka­rie­ry gór­skiej Dłu­go­sza, a rów­no­le­gle – rów­nież pi­sar­skiej; za­miesz­czo­na bi­blio­gra­fia od­no­to­wu­je wszyst­kie pu­bli­ka­cje po­prze­dza­ją­ce osta­tecz­ne, książ­ko­we wer­sje opo­wia­dań.

Same opo­wia­da­nia zo­sta­ły opra­co­wa­ne – wzglę­dem wy­da­nia pierw­sze­go z 1964 roku – na nowo. Było to moż­li­we dzię­ki od­na­le­zio­ne­mu prze­ze mnie ar­chi­wum au­to­ra; wśród bo­gac­twa do­ku­men­tów ro­dzin­nych zna­la­złam tak­że rę­ko­pi­sy, ma­szy­no­pi­sy, no­tat­ki i wła­sno­ręcz­ne szki­ce Dłu­go­sza – te wła­śnie ma­te­ria­ły po­słu­ży­ły mi do przy­go­to­wa­nia obec­nej po­sta­ci „Ko­mi­na po­kut­ni­ków”. Od­na­le­zie­nie słyn­nej w śro­do­wi­sku wspi­nacz­ko­wym „skrzy­ni Dłu­go­sza”, któ­rej ist­nie­nie przez bli­sko 40 lat uwa­ża­no li tyl­ko za le­gen­dę, od­bi­ło się w świat­ku gór­skim spo­rym echem. Zwłasz­cza że nie­mal wszyst­kie ele­men­ty owej le­gen­dy oka­za­ły się praw­dą – mię­dzy in­ny­mi ten, że skrzy­nia za­wie­ra nie­zna­ne do­tąd tek­sty Dłu­go­sza prze­zna­czo­ne do ko­lej­nych pla­no­wa­nych przez nie­go ksią­żek. Z tych tek­stów istot­nie skom­po­no­wa­łam póź­niej jesz­cze dwie książ­ki Jana Dłu­go­sza, „Flirt z Czar­ną pa­nią” oraz „Wy­wiad z yeti”, wy­da­ne w 1994 i 1995 roku. Ale – co tu waż­niej­sze – od­na­la­złam w niej tak­że wie­le no­ta­tek Dłu­go­sza z cza­sów pra­cy nad „Ko­mi­nem Po­kut­ni­ków”, dzię­ki cze­mu moż­li­we było przy­wró­ce­nie kom­po­zy­cji nie­któ­rych opo­wia­dań we­dług jego au­tor­skie­go za­my­słu. Mo­głam też po­pra­wić nie­ści­sło­ści i błę­dy, ja­kie za­kra­dły się do wy­da­nia pierw­sze­go – co czę­sto sta­je się udzia­łem ksią­żek wy­da­wa­nych po­śmiert­nie, nad któ­ry­mi nie czu­wa już oko au­to­ra.

Zmia­ny w war­stwie ję­zy­ko­wej ogra­ni­czo­ne zo­sta­ły do nie­zbęd­nej re­dak­cji uwzględ­nia­ją­cej dzi­siej­sze re­gu­ły or­to­gra­ficz­ne i in­ter­punk­cyj­ne, przy za­cho­wa­niu naj­da­lej po­su­nię­te­go sza­cun­ku wo­bec ory­gi­nal­ne­go sty­lu au­to­ra, za któ­ry „Ko­min po­kut­ni­ków” jest ko­cha­ny przez wciąż nowe po­ko­le­nia czy­tel­ni­ków.

Mimo iż Dłu­gosz nie re­zy­gno­wał z ob­szer­nych i szcze­gó­ło­wych opi­sów wspi­na­czek, książ­ka do­sko­na­le może się obejść bez słow­nicz­ka wy­ra­żeń fa­cho­wych. Jest zro­zu­mia­ła dla każ­de­go, bę­dąc ra­czej zbio­rem wspo­mnień, re­flek­sji i prze­żyć niż tech­nicz­nych opi­sów.

Dla­te­go na­le­ży do ka­no­nu lek­tur po­cząt­ku­ją­cych wspi­na­czy I dla­te­go na­le­ży do ka­no­nu lek­tur gór­skich we­te­ra­nów.

Pra­gnę zło­żyć naj­ser­decz­niej­sze po­dzię­ko­wa­nia „ku­sto­szo­wi” Dłu­go­szo­we­go ar­chi­wum, tak­że al­pi­ni­ście, Paw­ło­wi Mu­la­rzo­wi, któ­ry prze­cho­wał i uchro­nił przed roz­pro­sze­niem nie tyl­ko oso­bi­ste pa­pie­ry au­to­ra „Ko­mi­na po­kut­ni­ków”, lecz rów­nież ar­chi­wa­lia, rzu­ca­ją­ce snop świa­tła na dzie­je jego za­słu­żo­nej – tak­że dla hi­sto­rii Pol­ski – ro­dzi­ny.

Rów­nie ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nie kie­ru­ję pod ad­re­sem Grze­go­rza Głaz­ka, któ­ry słu­żył mi radą i po­mo­cą przy przy­go­to­wa­niu I wy­da­nia peł­ne­go „Ko­mi­na Po­kut­ni­ków” w 1994 roku.

Ewa De­reń

Ka­to­wi­ce, ma­rzec 2008

Lawina

Wy­pa­dek to dziw­na rzecz –

nig­dy go nie ma,

do­pó­ki się nie wy­da­rzy.

A.A. Mil­ne,

Chat­ka Pu­chat­ka

Kłę­by roz­py­lo­ne­go w po­wie­trzu śnie­gu za­czy­na­ją z wol­na opa­dać. Sto­ję na nie­pew­nych, chwiej­nych no­gach, zbie­ra­jąc my­śli. W zu­peł­nej pu­st­ce ko­ła­czą na­tręt­ne py­ta­nia: „Czy tyl­ko ja się ura­to­wa­łem? Trój­ka jest na pew­no tam, w dole, ale gdzie jest Adam? Może zo­stał wy­żej?”.

Wy­tę­żam nie naj­lep­szy wzrok; w gó­rze ma­ja­czy ciem­na syl­wet­ka. Przy­mru­żam oczy: chy­ba się po­ru­sza…

– Adam, to ty?! – wrzesz­czę.

– Ja­nek! Ży­jesz? – do­la­tu­je nie­pew­na od­po­wiedź.

Nie­wy­raź­na ciem­na pla­ma po­więk­sza się, kon­tu­ry za­ry­so­wu­ją się ostrzej – wresz­cie roz­po­zna­ję wy­stra­szo­ną twarz czła­pią­ce­go ku mnie Ada­ma. Wy­glą­da ra­czej na ca­łe­go, tyl­ko cze­kan i czap­kę po­rwa­ła mu la­wi­na.

– Ale­śmy mie­li nie­wia­ry­god­ne szczę­ście! – po­wta­rzam chy­ba po raz dzie­sią­ty.

– Tak, tak, chodź­my pręd­ko do nich – od­po­wia­da nie­spo­koj­nie Adam.

Za chwi­lę sta­je­my nad kra­wę­dzią kil­ku­set­me­tro­we­go, prze­cię­te­go stro­mym, miej­sca­mi pio­no­wym żle­bem urwi­ska. Pa­trzy­my w dół, nie mó­wi­my nic. Wiel­kiej na­dziei nie ma.

Scho­dzę wol­niej, prze­szka­dza mi brak oku­la­rów i złe raki. Na nie­któ­rych gła­zach czer­wo­ne pla­my – krew. Boję się tego, co za­sta­nie­my. Wciąż jesz­cze nie mam wra­że­nia, że to rze­czy­wi­stość, ra­czej zły sen. Idę jak w tran­sie, w szo­ku po­ko­nu­ję trud­ne stro­me od­cin­ki. Chciał­bym się zbu­dzić, ale w głę­bi du­szy wiem, że to nie­moż­li­we. Z dołu sły­szę okrzy­ki:

– Ja­nek, prę­dzej!

Mi­jam ostat­nie krę­te ska­ły i wi­dzę nie­wia­ry­god­nie wiel­kie la­wi­ni­sko, się­ga­ją­ce aż po za­mar­z­nię­ty staw, do po­ło­wy za­sy­pa­ną fi­gur­kę Stasz­ka i Ada­ma ner­wo­wo grze­bią­ce­go rę­ka­mi w śnie­gu. Za chwi­lę cwa­łu­ję po ubi­tej la­wi­nie i za­czy­nam ryć z dru­giej stro­ny bez­wład­nej ręki w ska­fan­drze. To Han­ka.

Nie wiem, czy to se­kun­dy, mi­nu­ty czy kwa­dran­se. Han­ka żyje – jest żół­ta jak Chiń­czyk, zda­je się zła­ma­na ręka – ale żyje, choć po­tę­pień­czo szczę­ka zę­ba­mi.

– Adam! Ja­nek! – woła unie­ru­cho­mio­ny zła­ma­ną nogą Sta­szek. – Zo­staw­cie ją! Szu­kaj­cie Ma­ry­ny!

Jak sza­leń­cy chwy­ta­my za gi­ną­cą pod śnie­giem linę i po­ty­ka­jąc się, upa­da­jąc i pod­no­sząc, wy­ry­wa­my ją z bia­łe­go la­bi­ryn­tu. Lina – wście­kle po­skrę­ca­ny wąż – robi prze­dziw­ne pę­tle, od­bie­ga, za­wra­ca. Opór, ko­pie­my go­ły­mi rę­ka­mi – psia­krew, blok skal­ny! I znów w lewo, pra­wo, ósem­ki, łuki, na­resz­cie w dół. Głę­bo­kość śnie­gu jest od­wrot­no­ścią na­szych na­dziei, z upo­rem krwa­wi­my pal­ce o za­mar­z­nię­tą szreń. Sły­chać tyl­ko świsz­czą­ce od­de­chy. Nad nami słoń­ce, bez­na­mięt­ne, obo­jęt­nie oświe­tla­ją­ce nas słoń­ce. Han­ka i Sta­szek bez sło­wa cze­ka­ją na wy­nik.

Zni­ka­my pra­wie w wy­ko­pa­nym dole, prze­szka­dza­jąc so­bie na­wza­jem…

Do­ko­pu­ję się pierw­szy. Leży metr pod śnie­giem, gło­wą w dół. Zle­pio­ne krwią wło­sy, sina twarz, wpó­ło­twar­te usta… To chy­ba ko­niec. Adam usta­wia jej ję­zyk we wła­ści­wym po­ło­że­niu i na­gle… ci­chy jęk – za­czy­na od­dy­chać.

– Żyje! – krzy­czę.

– Żyje… – cie­szą się asy­stu­ją­cy z od­da­li Han­ka i Sta­szek.

Jest zu­peł­nie nie­przy­tom­na.

Słoń­ce cof­nę­ło się tro­chę ku za­cho­do­wi i obej­mu­je nas cień; kil­ka­na­ście stop­ni mro­zu, trze­cia po po­łu­dniu, za pół­to­rej go­dzi­ny noc…

Prze­ry­wa­my bez­sku­tecz­ne cu­ce­nie.

– Adam, leć do Po­pradz­kie­go, ja zo­sta­nę z nimi. Znasz dro­gę?

– Przez próg do Zło­misk, po­tem pro­sto?

– Tak. Wra­caj za­raz. Ja­kieś je­dze­nie, koce, to­bo­gan… i za­dzwoń po „Za­chran­kę”1.

– Trzy­maj­cie się. Lecę!

– Adaś, tyl­ko po ga­zie, po ga­zie, bo za­mar­z­nie­my! – wtrą­ca Sta­szek.

Adam pę­dzi twar­dym la­wi­ni­skiem, ale wnet za­czy­na za­pa­dać się w śnie­gu, fika ko­zła za ja­kimś wy­sta­ją­cym gła­zem i zni­ka. Zo­sta­ję sam z trze­ma po­ła­mań­ca­mi. Sam, na nie wia­do­mo jak dłu­go – w naj­lep­szym wy­pad­ku na pięć, sześć go­dzin, w naj­gor­szym…

Cień obej­mu­je już Han­kę, do­cho­dzi do Stasz­ka. Hen w gó­rze, pra­wie ki­lo­metr nad nami, nie­do­stęp­ne Cze­ski Szczyt i Wy­so­ka. Z le­wej ja­kieś po­tęż­ne urwi­sko – z nie­do­wie­rza­niem roz­po­zna­ję wschod­nią ścia­nę po­gar­dza­nych Ko­pek.

– Wiesz – mówi Sta­szek – kie­dy to wszyst­ko sta­nę­ło i spoj­rza­łem do góry… naj­pierw po­my­śla­łem, o rany! jak wy­so­ko trze­ba bę­dzie pod­cho­dzić… Te­raz – do­da­je – chciał­bym tyl­ko ja­koś z tego wyjść…

– No, no, nie prze­sa­dzaj, nie jest zno­wu tak źle – od­po­wia­dam nie­pew­nie. Robi się cho­ler­nie zim­no. Nada­rem­nie usi­łu­ję od­szu­kać za­rzu­co­ne w śnie­gu rę­ka­wicz­ki. Je­stem w sa­mej ko­szu­li, bo na moim ska­fan­drze i swe­trze leży Ma­ry­na. Za­czy­na mną trząść, po­now­nie za­bie­ram się do cu­ce­nia. Ma­ry­na nie re­agu­je na sło­wa, na roz­cie­ra­nie skro­ni śnie­giem, na kle­pa­nie po po­licz­kach. Beł­ko­cze coś. Wtem otwie­ra oczy i przy­pa­tru­je mi się uważ­nie:

– Ktoś ty? – pyta. – Cze­mu mnie bu­dzisz! Ja chcę spać! – Za­czy­na pła­kać: – Zo­staw mnie! Zo­sta­aw! Tak cie­pło… Wio­sna, ptasz­ki, psz­czo­ły brzę­czą… Zo­staw! Brzę­cząą!!!

Po chwi­li otwie­ra oczy, tym ra­zem przy­tom­niej­sza:

– Ja­nek – szep­cze sła­bo – co się sta­ło? Ja chcę do domu… Ma­mu­siu! Tłu­ma­czę jej jak dziec­ku, że to nie­moż­li­we; po­le­cie­li­śmy z la­wi­ną, Adam po­szedł po po­moc i za­raz wró­ci. Kiwa po­ta­ku­ją­co gło­wą, ale za­czy­na zno­wu swo­je:

– Cze­muś mnie zbu­dził? Ja chcę do domu…

Je­stem tro­chę tym wszyst­kim zmę­czo­ny. Na do­bit­kę Sta­szek i Han­ka dają znać o so­bie chó­ral­ny­mi krzy­ka­mi i szczę­ka­niem zę­bów – nie czu­ją zmar­z­nię­tych nóg. „Mu­szę po­sa­dzić mo­ich roz­bit­ków ra­zem – my­ślę – za­wsze cie­plej. Naj­le­piej bę­dzie ścią­gnąć Stasz­ka w dół”. Ale na­po­ty­kam opór; Sta­szek nie po­zwa­la ru­szyć zła­ma­nej nogi, jego opty­mizm przez te pół­to­rej go­dzi­ny ulot­nił się tro­chę. Nio­sę więc w górę pół­przy­tom­ną Ma­ry­nę i wra­cam po Han­kę. Od­wra­cam się na krzyk. Ma­ry­na jak wań­ka-wstań­ka kiwa się nad Stasz­kiem:

– Ktoś ty? Ja idę do domu…

– Mań­ka! Ma­ań­ka! Zwa­rio­wa­łaś? Uwa­żaj!!!… Ja­nek! Ja­nek! Bo ona upad­nie i do resz­ty zła­mie mi tę nogę!

Za­nim zdą­ży­łem do­biec, Ma­ry­na, za­ta­cza­jąc się jak na­ło­go­wy al­ko­ho­lik, scho­dzi w dół – w po­ło­wie la­wi­ni­ska leży jak dłu­ga. A więc – od po­cząt­ku. Wresz­cie wszy­scy są ra­zem. Sa­dzam ich na ska­fan­drze. Robi się zu­peł­nie ciem­no. Noc.

***

Była nas piąt­ka: Ma­ry­na, Sta­szek, Han­ka, Adam i ja. Zde­cy­do­wa­li­śmy się na po­wrót do Kra­ko­wa i z ża­lem pa­trzy­li­śmy na ba­jecz­ną biel pa­no­ra­my Mię­gu­szo­wiec­kich Szczy­tów, na po­tęż­ną za­chod­nią ścia­nę Niż­nich Ry­sów i na ciem­ne, gdzie­nieg­dzie tyl­ko przy­pró­szo­ne śnie­giem urwi­sko Ka­zal­ni­cy. Wie­dzie­li­śmy, że góry zo­ba­czy­my nie wcze­śniej niż wio­sną, sło­necz­nym, cie­płym kwiet­niem.

I na­gle Sta­szek za­wo­łał:

– Po­pa­trz­cie! Chmur­ka nad Ża­bim Ko­niem!

Rze­czy­wi­ście – ma­leń­ka ró­żo­wa chmu­recz­ka… To ona była wszyst­kie­mu win­na.

Ku­si­ła. Opo­wia­da­ła o słoń­cu, nie­bie­skim nie­bie i bia­łych śnie­gach… Opo­wia­da­ła o sa­mot­no­ści, ci­szy, o na­wi­sach, o ogrom­nych so­plach i o lśnią­cych lo­dem prze­wiesz­kach. Mó­wi­ła, że na szczy­tach przez te kil­ka mie­się­cy nie sta­je ludz­ka sto­pa… Wa­bi­ła nie­zna­nym, nie­wy­po­wie­dzia­nym… Ule­gli­śmy.

Do­brze po po­łu­dniu, za­miast je­chać wy­god­nie w wa­go­nie, da­li­śmy się za­sko­czyć zmierz­cho­wi na stro­mej grzę­dzie pod wierz­choł­kiem Ry­sów. Ciem­ną już nocą dy­go­ta­li­śmy na szczy­cie w bu­rzy i za­wiei, a Sta­szek usi­ło­wał zna­leźć dro­gę do schro­ni­ska na Wa­dze. Ro­bi­ło się co­raz prze­past­niej, te­ren na­wet jak na noc – gdy nie wi­dzi się eks­po­zy­cji – był sta­now­czo zbyt stro­my. W koń­cu jed­nak do­brnę­li­śmy do roz­le­głych śnież­nych pól, ukry­wa­ją­cych gdzieś na swo­ich zbo­czach ma­leń­kie pu­de­łecz­ko – Cha­tę pod Ry­sa­mi. Do­lin­kę za­le­ga­ła mgła, było bar­dzo zim­no – dziew­czę­ta skar­ży­ły się na od­mro­żo­ne nogi. Roz­sta­wi­li­śmy się w ty­ra­lie­rę, prze­szu­ku­jąc stok. Mie­li­śmy szczę­ście: jak po sznu­recz­ku tra­fi­li­śmy na ma­ja­czą­ce w ciem­no­ści schro­ni­sko.

Zimą nikt tu nie miesz­ka… pe­wien kło­pot spra­wi­ło do­sta­nie się do środ­ka, ale uchy­lo­na okien­ni­ca i ru­cho­ma szy­ba przy­szły nam z po­mo­cą. We­wnątrz ciem­no, zim­no – nie pa­lo­no tu ład­nych parę mie­się­cy – tem­pe­ra­tu­ra po­ni­żej zera. Tro­skli­wie za­mknę­li­śmy tar­ga­ne śnie­ży­cą okno.

– Kto ma za­pał­ki? – za­py­ta­łem.

Od­po­wie­dzia­ło mi głu­che mil­cze­nie.

– Jak to? Nikt nie wziął za­pa­łek ani la­tar­ki? – py­tam jesz­cze raz zdu­mio­ny – ład­na hi­sto­ria… No nic, szu­kaj­my…

Piąt­ka lu­dzi, po­trą­ca­jąc się na­wza­jem i obi­ja­jąc o sprzę­ty, czła­pie nie­zdar­nie po ciem­ku i ob­ma­cu­je każ­dy przed­miot. Trwa to dość dłu­go. Na­gle moje pal­ce do­ty­ka­ją ma­łe­go, kan­cia­ste­go kształ­tu, któ­ry nie może być ni­czym in­nym niż…

–  J e s t!

W środ­ku tyl­ko jed­na za­pał­ka.

– Ma­cie świecz­kę?

– Tak.

Po­cie­ram głów­ką o szorst­ką ścian­kę pu­deł­ka. W krót­kim bły­sku wi­dzę zmar­z­nię­te, za­nie­po­ko­jo­ne twa­rze. Przy­ty­kam pło­my­czek do kno­ta, skwier­cze­nie, gło­śny syk – i za­pał­ka ga­śnie.

– Cho­le­ra! Niech to ja­sny szlag…

I znów głu­chy tu­pot nóg i sze­lest ma­ca­ją­cych rąk, jak w ja­kimś wiel­kim domu ślep­ców. Pod moim ad­re­sem sy­pią się wy­rzu­ty za nie­wy­ko­rzy­sta­nie szan­sy. Sam sie­bie tak­że prze­kli­nam w du­chu, z każ­dą mi­nu­tą utwier­dza­jąc się w prze­ko­na­niu, że była to ostat­nia za­pał­ka w schro­ni­sku. Ale los jesz­cze raz się do nas uśmie­cha: ręka znów po­trą­ca coś lek­kie­go, co spa­da na zie­mię i wy­da­je cha­rak­te­ry­stycz­ny, ko­ła­czą­cy od­głos.

– Uwa­ga! Nie ru­szać się!

Ostroż­nie ob­ma­cu­ję pod­ło­gę, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze…

– M a m!

Ko­goś, kto nie wie­rzy w zło­śli­wość losu, może ta sy­tu­acja jed­nak prze­ko­na: w pu­deł­ku znów była tyl­ko jed­na za­pał­ka. Sta­nę­li­śmy wszy­scy wko­ło, żeby osło­nić pło­my­czek od ewen­tu­al­ne­go po­dmu­chu. Wy­cią­gną­łem plik sta­rych li­stów mi­ło­snych. Adam trzy­mał je koło mo­je­go nosa, kie­dy po­cie­ra­łem za­pał­kę. Od ni­kłe­go pło­my­ka buch­nął sil­ny pło­mień, po raz pierw­szy oświe­tla­jąc kąty kuch­ni.

– Hur­ra! – wy­rwa­ło się z pię­ciu gar­deł.

*

Spa­li­śmy jak za­bi­ci, nie sły­sząc jed­nej z naj­więk­szych ta­trzań­skich śnie­życ, jaka roz­sza­la­ła się wkrót­ce. Ran­kiem ter­mo­metr po­ka­zy­wał mi­nus dwa­dzie­ścia pięć stop­ni, a hu­ra­gan pę­dzą­cy masy śnie­gu chciał ze­rwać dach. O wy­chy­le­niu na ze­wnątrz choć­by nosa nie mo­gło być mowy.

W świe­tle dnia oka­za­ło się, że pu­de­łek z za­pał­ka­mi jest znacz­nie wię­cej. Ale za­czę­ły się pe­ry­pe­tie z pa­le­niem w pie­cu. Roz­pa­lo­ny ogień na­tych­miast gasł. Kie­dy wy­kry­li­śmy, że rura do ko­mi­na za­tka­na jest pa­pie­rem, wiatr za­czął nam dąć śnie­giem po­przez pa­le­ni­sko na po­kój. Sta­szek zna­lazł gdzieś w ru­pie­ciar­ni ko­min z ko­gut­kiem od wia­tru. Wy­pra­wa – z ra­ka­mi i z liną – by usta­wić go na da­chu, trwa­ła oko­ło pół go­dzi­ny, a Adam od­mro­ził rękę. Ale jak za to po­tem było cie­pło… Od­kry­li­śmy za­ma­sko­wa­ny skład drew­na i na­pa­li­li­śmy jak w łaź­ni.

Miło wspo­mi­nam tam­te chwi­le. Na­oko­ło nas sza­la­ło pie­kło, w krót­kim cza­sie nisz­czą­ce każ­de ży­cie, a tu­taj my – za­gu­bie­ni w ogrom­nych śnie­gach, w sa­mym ser­cu gór, sa­mot­ni i nie­za­leż­ni – za­sta­na­wia­li­śmy się, jaką jesz­cze po­tra­wę moż­na wy­kom­bi­no­wać z dłu­gie­go ma­ka­ro­nu i kon­ser­wo­wych pa­ra­daj­ków. Wie­czo­rem, kie­dy wiatr tar­gał z wście­kło­ścią okien­ni­ca­mi, zmy­wa­li­śmy ta­le­rze, śpie­wa­jąc smęt­ną „ban­do­skę”. By­li­śmy szczę­śli­wi, że bu­rza trwa, by­li­śmy szczę­śli­wi wbrew wszyst­kie­mu, wbrew zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi.

Koło po­łu­dnia prze­ja­śni­ło się tro­chę. Męż­czyź­ni po­sta­no­wi­li zro­bić wy­pad na Wy­so­ką. Na szczę­ście wiatr po­zwie­wał śnieg z pół­noc­nych ścian i nie gro­zi­ły la­wi­ny. Sto me­trów pod wierz­choł­kiem za­trzy­ma­ła nas prze­wiesz­ka. Zro­bi­ło się póź­no – mu­sie­li­śmy za­trą­bić do od­wro­tu. Zmrok zła­pał nas koło prze­łę­czy, ale świa­teł­ko do­pro­wa­dzi­ło do schro­nu. Po­sta­no­wi­li­śmy ju­tro znów spró­bo­wać.

*

Rano po­go­da przed­sta­wia­ła się kiep­sko – lecz cóż, sło­wo się rze­kło. Szczyt osią­gnę­li­śmy w hu­ra­ga­nie, śnie­ży­cy i mgle. Scho­dząc, to­nę­li­śmy w bia­łej pie­rzy­nie aż po uszy, śnieg za­sy­py­wał śla­dy. Nie obe­szło się bez lek­kich od­mro­żeń i trud­no by­ło­by tra­fić do „domu”, gdy­by nie Han­ka sto­ją­ca z lam­pą naf­to­wą w oknie.

*

I znów dzień sza­leń­stwa ży­wio­łów, po­dob­nie jak i na­stęp­ny. Do­pie­ro pod wie­czór tro­chę się uspo­ko­iło. Adam i Sta­szek wpa­dli na sza­tań­ski po­mysł wy­sko­cze­nia na po­bli­ski, nie­wiel­ki szczyt Ko­pek. Tym ra­zem na­wet ja się zbun­to­wa­łem:

– Nie zdą­ży­cie przed nocą!

To ich oczy­wi­ście tyl­ko zdo­pin­go­wa­ło. Wró­ci­li koło szó­stej, przy­no­sząc na do­wód ja­kąś kart­kę z pusz­ki szczy­to­wej, sami jed­nak przy­zna­li, że mie­li wię­cej szczę­ścia niż ro­zu­mu.

Ale w koń­cu głód zaj­rzał nam w oczy. Na­wet ma­ka­ron i po­mi­do­ry się skoń­czy­ły. Na­le­ża­ło wra­cać. Po­go­da do­pie­ro o zmro­ku po­zwo­li­ła na re­ko­ne­sans; szczyt Ry­sów i dro­ga zej­ścio­wa to­nę­ły w śnie­gu. A więc ju­tro wie­czo­rem po­wrót – za­de­cy­do­wa­li­śmy. Zna­le­zio­na przy­pad­kiem pusz­ka mię­sa po­pra­wi­ła hu­mo­ry. A może by tak ran­kiem – je­śli bę­dzie ład­na po­go­da – sko­czyć z dziew­czę­ta­mi na Cze­ski Szczyt? Zro­bić kil­ka zdjęć?

*

Zi­mo­we wie­czo­ry są dłu­gie. Ciem­no się robi już o czwar­tej, a za­sy­pia do­pie­ro o dzie­wią­tej. Co tu ro­bić? Dys­ku­to­wać, śpie­wać, grać w kar­ty – moż­na też tyl­ko do cza­su.

– Po­staw mi ka­ba­łę – za­pro­po­no­wa­ła Ma­ry­na.

Jako bacz­ny ob­ser­wa­tor zaj­mu­ją­cej się tym na­ło­go­wo sta­rej ciot­ki, mia­łem pew­ne umie­jęt­no­ści w tym kie­run­ku. Z nu­dów, dla żar­tu, da­łem się upro­sić. Z nie­wie­lu ze­sta­wień kart i po­jęć na­tu­ry ogól­nej, że kier to mi­łość, a trefl – kło­po­ty, za­pa­mię­ta­łem ze­sta­wie­nie ozna­cza­ją­ce śmierć: as trefl, dama trefl i dzie­wiąt­ka trefl. Kie­dy koło damy karo sym­bo­li­zu­ją­cej Ma­ry­nę uło­ży­ła się po­wyż­sza kom­bi­na­cja – po­czu­łem się tro­chę nie­swo­jo.

Resz­ta to­wa­rzy­stwa wy­ra­zi­ła pew­ne za­in­te­re­so­wa­nie:

– No to po­staw mnie! – z uśmie­chem za­pro­po­no­wał Sta­szek.

Ku ogrom­ne­mu za­sko­cze­niu, mimo wie­lo­krot­ne­go ta­so­wa­nia i prze­kła­da­nia kart – as trefl, dama i dzie­wiąt­ka ota­cza­ły Stasz­ka wia­nusz­kiem… po­pa­trzy­li­śmy na sie­bie…

– Te­raz moja ko­lej – po­wie­dział Adam.

Wszy­scy sku­pi­li się przy sto­le, kie­dy od­kry­wa­łem kar­ty. W naj­bliż­szym są­siedz­twie Ada­ma czer­ni­ły się krzy­że: as, dama…

Po­czu­łem się bar­dzo głu­pio, jak rzad­ko kie­dy w ży­ciu. Coś, w co nie spo­sób było uwie­rzyć, co trak­to­wa­łem jak żart, jed­nak – po­mi­mo wszyst­ko – da­wa­ło wie­le do my­śle­nia. Kie­dy kła­dłem ka­ba­łę dla sie­bie, po czo­le spły­wał mi pot, a czwór­ka zbi­tych głów za­sła­nia­ła wi­dok na czar­ne i czer­wo­ne ob­raz­ki. Wszy­scy mil­cze­li, sły­chać tyl­ko było go­rącz­ko­we od­de­chy. Obok mnie sta­ły rzę­dem: as, dama, dzie­wiąt­ka…

Na­głym ru­chem ręki zmio­tłem kar­ty:

– Do dia­bła z głup­stwa­mi!

Ale po­god­ny na­strój już nie wró­cił. Mil­cze­li­śmy, pa­trząc na sie­bie nie­uf­nie.

– Po­le­ci­my z la­wi­ną – za­wy­ro­ko­wał Adam.

– Trze­ba bę­dzie cho­ler­nie uwa­żać przy zej­ściu…

– Wra­caj­my wie­czo­rem, jak nie bę­dzie słoń­ca – po­wie­dział Sta­szek.

Usi­ło­wa­łem się uśmiech­nąć:

– Eee, kto by tam wie­rzył w kar­ty…

To nie była praw­da. Już mó­wiąc te sło­wa, sły­sza­łem, że brzmia­ły fał­szy­wie. Ir­ra­cjo­nal­ny nie­po­kój z każ­dą chwi­lą rósł.

*

Dzień wstał pięk­ny jak nig­dy. Noc wy­pę­dzi­ła stra­chy, a resz­ty do­ko­na­ło nie­oglą­da­ne od wie­lu dni słoń­ce. We­se­li pstry­ka­li­śmy zdję­cia i w naj­lep­szych hu­mo­rach pod­cho­dzi­li­śmy pod Ko­gut­ka2. Śnieg był twar­dy, ale wczo­raj­sza ka­ba­ła pod­świa­do­mie ka­za­ła dmu­chać na zim­ne. W efek­cie zwią­za­li­śmy Stasz­ka z dziew­czę­ta­mi i szli­śmy ostroż­niej niż zwy­kle. Na Ko­gut­ku znów ogar­nę­ło nas słoń­ce i we­szli­śmy na oświe­tlo­ne po­łu­dnio­we sto­ki. Tu­taj jed­nak spusz­cza­ne w dół małe kul­ki śnież­ne szyb­ko ro­sły w ogrom­ne kule. Przy­tłu­mio­ny nie­po­kój obu­dził się zno­wu.

– Jest cho­ler­nie la­wi­nia­sto – po­wie­dzia­łem do Stasz­ka.

Ale Sta­szek miał do mnie ja­kieś za­daw­nio­ne pre­ten­sje i każ­dą uwa­gę zby­wał iro­nicz­ny­mi okrzy­ka­mi. Zresz­tą słoń­ce, cie­pło – nie po­zwa­la­ły uwie­rzyć w nie­szczę­ście. A po­tem sta­ło się to wszyst­ko bar­dzo na­gle.

Do­cho­dzi­li­śmy do szczy­tu, kie­dy śnieg drgnął pod no­ga­mi i ra­czej wy­czu­łem, niż usły­sza­łem tępy dźwięk. Na­gle po­ble­dli przy­sta­nę­li­śmy z Ada­mem, bez­rad­nie pa­trząc w dół. Wiem do­sko­na­le, co ozna­cza ta­kie głu­che tąp­nię­cie… Gdzie ucie­kać? Ogrom­ne pola śnież­ne, pod­cię­te dwu­stu­me­tro­wym pro­giem skal­nym, od­ci­na­ją od­wrót. Kil­ka­na­ście me­trów nad nami wy­ra­sta ze śnie­gu po­tęż­ny głaz… Boże! Żeby się tam do­stać!

– Uwa­żaj­cie! Pę­kło! – krzy­czę do Stasz­ka i nie ba­cząc na nic, w sza­lo­nym, zwie­rzę­cym wprost stra­chu prze­bie­ga­my kil­ka­dzie­siąt ner­wo­wych kro­ków. Trzy­mam już z ca­łej siły ręką chro­po­wa­tą, moc­ną ska­łę, ale nie czu­ję się bez­piecz­nie. W żleb­ku nade mną wi­dzę głę­bo­ką szcze­li­nę w bia­łej po­kry­wie, w dole sły­szę gde­ra­ją­cy głos Stasz­ka:

– Gdzie pę­kło? Gdzie pę­kło? Prze­cież wca­le nie jest la­wi­nia­sto…

Ale już pod­mi­no­wał nas lęk. Adam zdła­wio­nym gło­sem żąda, że­bym szedł da­lej. Je­stem bez­rad­ny jak dziec­ko, w gło­wie bo­le­sna myśl: „wszyst­ko prze­pa­dło…”. Do szczy­tu ja­kieś trzy­dzie­ści me­trów, idę z roz­pa­czą da­lej, brnę w mo­krym śnie­gu po pier­si, wal­czę o każ­dy metr i se­kun­dę. To już nie ja – to sam in­stynkt ży­cia…

Pęk­nię­cie zo­sta­je w dole, te­ren lek­ko się kła­dzie, śnieg już tyl­ko do po­ło­wy ły­dek, raki zgrzy­ta­ją po ska­le – ostat­nie me­try do wierz­choł­ka. Za­czy­nam mieć nie­roz­sąd­ną na­dzie­ję, że i tym ra­zem się uda. Po ci­chu ślu­bu­ję so­bie, że już nig­dy wię­cej…

Jesz­cze dwa, trzy kro­ki i będę bez­piecz­ny. I na­gle…

W ułam­ku se­kun­dy ru­sza cały ota­cza­ją­cy mnie świat. Pró­bu­ję ha­mo­wać cze­ka­nem, lecz jesz­cze nie­zu­peł­nie zda­ję so­bie spra­wę z tego, co za­szło. Wy­la­tu­ję w po­wie­trze jak z ka­ta­pul­ty i w sza­leń­czych sal­tach wi­dzę ty­sią­ce ton śnie­gu su­ną­ce po zbo­czach. Wiem, że to ko­niec, żad­ne tam ob­raz­ki z dzie­ciń­stwa, tyl­ko myśl: „szko­da, że tak głu­pio…”. Nie ma we mnie cie­nia na­dziei. Lecę, ude­rzam, od­bi­jam się i znów lecę. Mam tyl­ko jed­no pra­gnie­nie – pal­nąć tak, żeby prze­stać czuć i mieć spo­kój! Nie może być mowy o ja­kimś dzia­ła­niu; po­rwał mnie pie­kiel­ny ko­ło­wrót, ma­glu­je, prze­wra­ca, strą­ca z kil­ku­na­sto­me­tro­wych pro­gów, dziw­nym zrzą­dze­niem losu – w mięk­ki śnieg.

W pew­nej chwi­li la­wi­na tro­chę zwal­nia – ogrom­ne zwa­ły nie mogą się po­mie­ścić w wą­skim uj­ściu żle­bu. Po­wra­ca pra­gnie­nie ży­cia. Uzmy­sła­wiam so­bie, że trę brzu­chem po zlo­do­wa­cia­łym zbo­czu, że przy­gnia­ta­ją mnie mo­kre masy śnie­gu i że mam cze­kan w gar­ści. Pró­bu­ję ha­mo­wać. Wy­ry­wa mi ostrze, ale pę­tel­ka na prze­gu­bie po­zwa­la wal­czyć da­lej. Tym ra­zem wy­cho­dzi mi le­piej, robi się ja­śniej, ja­sno – sta­ję.

Ką­tem oka wi­dzę prze­wa­la­ją­cą się na pra­wo, rwą­cą śnież­ną po­wódź, ka­wa­łek liny, czy­jeś roz­wia­ne wło­sy. I ci­sza… Ci­sza. Świe­ci słoń­ce.

Wsta­ję oszo­ło­mio­ny, ogłu­pia­ły i wła­ści­wie bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Żyję! Na­praw­dę żyję! Świat wy­glą­da nie­re­al­nie. Nade mną ja­kieś ogrom­nie wiel­kie góry, któ­rych przed­tem nie było, i nie­wia­ry­god­ny fakt, że jed­nak żyję. Oku­la­ry oczy­wi­ście zgi­nę­ły w la­wi­nie, to­też ota­cza­ją­ce kon­tu­ry są nie­co za­ma­za­ne. Po­wo­li wra­ca zdol­ność roz­sąd­ne­go my­śle­nia. Gdzie resz­ta? Do świa­do­mo­ści prze­bi­ja się przy­tłu­mio­ny, ro­sną­cy huk. Pa­trzę w dół i da­le­ko w głę­bi wi­dzę wy­sy­pu­ją­cą się na gład­ką ta­flę sta­wu la­wi­nę. Pod­no­szą­cy się śnież­ną chmu­rą pył lśni krysz­tał­ka­mi w słoń­cu. Ciar­ki prze­cho­dzą mi po ple­cach – resz­ta jest  t a m !

***

Noc. Wy­iskrzo­ne gwiaz­da­mi nie­bo. Czar­ne kon­tu­ry szczy­tów. Ci­sza, za­sty­głe la­wi­ni­sko i my – czwór­ka roz­bit­ków, któ­ra cze­ka, trwa i musi prze­trwać. Z mro­ków od­zy­wa­ją się co chwi­lę ża­ło­sne gło­sy:

– Ja­necz­kuu, ja już nogi w ogó­le nie czu­ję…

Bie­gam, ma­su­ję nogi, ręce, biję po ple­cach. Nie mogę się roz­tro­ić, dla­te­go cią­gle ktoś na­rze­ka. W myśl nie­zbyt może słusz­nej za­sa­dy, że tego boli naj­wię­cej, kto naj­gło­śniej wrzesz­czy – naj­gło­śniej­szych ob­słu­gu­ję w pierw­szej ko­lej­no­ści.

– Ja­nek, jak my­ślisz, czy Adam do­szedł? A może Sło­wa­cy nie chcą tu przyjść? – do­py­tu­je się Sta­szek.

– Może c… coś mu s… się sta­ło, prze­cież do… do­brze nie z… znał dro­gi – jąka się Han­ka.

– Rany Bo­skiee, jak bo­liii! – na­rze­ka Sta­szek.

– Ja­necz­ku, roz­grzej mi nogi… Ja­sień­ku, wo­łaj­my! – pro­si Han­ka.

Mi­nę­ło do­pie­ro kil­ka go­dzin i po­moc, o ile jest na­wet w dro­dze, to da­le­ko. Ale le­piej ro­bić coś niż nic. Krzy­czę w ciem­ność – chwi­la ocze­ki­wa­nia. Hen w dole jak­by głos sy­re­ny okrę­to­wej.

– Oho, po­go­to­wie – mówi Han­ka.

Wiem do­sko­na­le, że to elek­tric­ka w Szczyrb­skim Je­zio­rze, ale niech tam!

Han­ka szczę­ka zę­ba­mi, Sta­szek na­rze­ka, Mań­ka jest chwi­la­mi zu­peł­nie nie­przy­tom­na, ale wła­ści­wie wszy­scy są dziel­ni. Chcę ich ja­koś za­jąć, opo­wia­dam nie­stwo­rzo­ne hi­sto­rie, de­kla­mu­ję na­wet bar­dzo ak­tu­al­ny wiersz Gał­czyń­skie­go:

Księ­życ w nie­bie jak ba­ła­łaj­ka,

ech! za wstąż­kę by go tak ścią­gnąć

i na ser­dusz­ko…

Księ­życ rze­czy­wi­ście jest, z tym ser­dusz­kiem by­ło­by tro­chę go­rzej… Je­stem w sa­mej ko­szu­li i po kil­ku mi­nu­tach ma­so­wa­nia, kie­dy czu­ję, że sztyw­nie­ją mi ręce, urzą­dzam dzi­ki bieg do­oko­ła na­szej trój­ki, za­bi­ja­jąc po do­roż­kar­sku ręce. Sta­szek pa­trzy na mnie z za­zdro­ścią. Je­stem lek­ko pod­nie­co­ny, zmar­z­nię­ty i głod­ny. Chciał­bym, żeby już przy­szli. Wie­rzę, że wszyst­ko skoń­czy się do­brze – tyl­ko ten prze­klę­ty mróz. Nie za­sta­na­wiam się nad tym, co bę­dzie ju­tro lub za ty­dzień – te­raź­niej­szość ab­sor­bu­je mnie cał­ko­wi­cie. Nie czu­ję jesz­cze po­sma­ku tra­ge­dii – do­tąd wszyst­ko w po­rząd­ku – ale nie­ja­sne prze­czu­cie mówi mi, że za kil­ka go­dzin, je­śli nie daj Boże ze­rwie się wiatr.

Cią­gle nie mogę zro­zu­mieć, jak piąt­ka lu­dzi może zje­chać kil­ka­set me­trów z tak apo­ka­lip­tycz­ną la­wi­ną i żyć.

Nogi, ręce, ple­cy, bieg wko­ło, mo­no­ton­ne po­ję­ki­wa­nie Stasz­ka, szczę­ka­nie zę­ba­mi Han­ki i bre­dze­nie Ma­ry­ny. „Księ­życ w nie­bie jak ba­ła­łaj­ka”… Dla­cze­go jak ba­ła­łaj­ka, do cho­le­ry? Ogar­nia mnie złość na Bogu du­cha win­ny księ­życ i na Gał­czyń­skie­go. Żeby już przy­szli albo co…

Mi­nu­ty ro­sną w kwa­dran­se, te prze­mie­nia­ją się w go­dzi­ny. Ci­sza. Wy­gwież­dżo­ne nie­bo, ciem­ne góry, księ­życ. „Czy ja się boję? Chy­ba nie… Tego uczu­cia nie­po­dob­na na­zwać lę­kiem”.

– Ja­sień­ku, ma­suj…

– Cze­mu ich nie ma? – pyta Ma­ry­na.

Tłu­ma­czę spo­koj­nie to, o czym sam nie je­stem już tak głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że jesz­cze nie mogą być. Za­czy­nam mar­z­nąć. Ko­szu­la, choć weł­nia­na, na dwa­dzie­ścia stop­ni mro­zu to mało. Znów bieg z za­bi­ja­niem rąk…

– Ja się boję! Mamo! Mamo! – bre­dzi Ma­ry­na.

Biję, kle­pię i spo­koj­nym, rze­czo­wym ar­gu­men­to­wa­niem wy­pę­dzam wkra­da­ją­ce się zwąt­pie­nie. Boję się jed­ne­go: naj­póź­niej za go­dzi­nę po­win­ni­śmy usły­szeć po­moc – czyż­by Adam jed­nak nie do­szedł?

– Ja­nek, wo­łaj­my. Może już idą?

Chcę im tłu­ma­czyć, że to nie ma sen­su, ale ma­cham z re­zy­gna­cją ręką i na­wet do­łą­czam się do przy­po­mi­na­ją­cej bar­dzo, bar­dzo sta­ry i roz­stro­jo­ny in­stru­ment trój­ki.

Z dołu sły­chać nie­wy­raź­ną jesz­cze, ale nie­bę­dą­cą echem od­po­wiedź. Na­sze krzy­ki zmie­nia­ją się w trium­fal­ny ryk. Na­stro­je od razu inne. Sta­szek dow­cip­ku­je, wra­ca tro­ska o do­cze­sne spra­wy, o to, żeby nie od­mro­zić kil­ku pal­ców. Je­stem za­trud­nio­ny jak nig­dy przed­tem. Wo­ła­my co chwi­lę w ciem­ność. Jak wol­no, jak dłu­go wle­cze się czas w ocze­ki­wa­niu na to, w co już pra­wie prze­sta­li­śmy wie­rzyć. My­śli­my te­raz tyl­ko o tym, że wkrót­ce zje­my może coś cie­płe­go i otu­li­my się w koce. Ale gło­sy nie przy­bli­ża­ją się zbyt­nio, sta­le są jak­by w jed­na­ko­wym od­da­le­niu. Po­zwa­lam so­bie na ma­ka­brycz­ny żart:

– Wie­cie co? Ale by­ła­by heca, gdy­by ich te­raz przy­sy­pa­ła la­wi­na!

Żart nie znaj­du­je uzna­nia:

– Daj spo­kój wróż­bom… Już raz sta­wia­łeś ka­ba­łę!

Za­mie­rzam ich wy­kpić, ale mój uśmiech nik­nie na ło­skot scho­dzą­cej nie­da­le­ko la­wi­ny. Han­ka i Sta­szek pa­trzą na mnie ja­koś dziw­nie i za­czy­na­ją krzy­czeć w ciem­ność, by się upew­nić, że nic nie za­szło.

Ci­sza. Te­raz i ja pró­bu­ję bez­sku­tecz­nie siły swo­je­go gło­su – nikt nie od­po­wia­da. Spa­da na mnie grad pre­ten­sji:

– A wi­dzisz! Wi­dzisz, co na­ro­bi­łeś?! To two­ja wina!

Śmie­ję się z tych za­rzu­tów, ale nie po­tra­fię wy­tłu­ma­czyć mil­cze­nia eki­py ra­tun­ko­wej. Mo­ich roz­bit­ków znów ogar­nia apa­tia – sie­dzą oso­wia­li, nie żą­da­ją już ma­so­wa­nia, Ma­ry­na bre­dzi. Pa­trzą na mnie krzy­wo… Nie ma rady, sam mimo wszyst­ko za­nie­po­ko­jo­ny, scho­dzę la­wi­ni­skiem w dół. Wkrót­ce czar­na, ża­ło­śnie po­krzy­ku­ją­ca grup­ka, po­dob­na do stad­ka przy­cup­nię­tych w gnieź­dzie pi­skląt, nik­nie mi z oczu. Brnąc w śnie­gu i prze­wra­ca­jąc się na nie­rów­no­ściach, scho­dzę na staw. Kie­dy sta­ję na pro­gu opa­da­ją­cym do Do­li­ny Zło­misk, wy­da­je mi się, że już wiem. „Mu­szą być bli­sko i wiel­ki za­łom ścia­ny tłu­mi ich gło­sy” – my­ślę.

Z drżą­cym ser­cem de­cy­du­ję się na okrzyk:

– Heej! Ha­loo!

Chó­ral­na od­po­wiedź wy­bu­cha tuż-tuż…

To pierw­szy rzut – Adam i trój­ka ze sło­wac­kie­go schro­ni­ska: ku­charz, kel­ner i tra­garz. To­bo­gan, wód­ka, kieł­ba­sa i buł­ki. Jemy, ma­su­je­my. Ma­ry­na prze­sta­ła bre­dzić i goli wódę.

Po­go­da się psu­je, gwiaz­dy zni­ka­ją. Za­czy­na­my trans­port. Adam z Ju­lem pro­wa­dzą Han­kę pod ręce. Ja z dwo­ma in­ny­mi cią­gnie­my Stasz­ka i Ma­ry­nę na to­bo­ga­nie. Na twar­dym la­wi­ni­sku jest do­brze – po­tem ka­tor­ga. Kop­ny śnieg, ob­cią­żo­ne po­nad nor­mę sa­nie wci­na­ją się głę­bo­ko. Cią­gnie­my czte­ry, pięć kro­ków i trze­ba od­po­cząć. Ser­ce wali jak mło­tem. Nie wiem, jak dłu­go to trwa­ło – może go­dzi­nę, może dwie, jak przez mgłę przy­po­mi­nam so­bie, że do­brnę­li­śmy do sta­wu.

Na­gle Julo po­chy­la się w przód, nad­słu­chu­je, zwi­ja rękę w trąb­kę i krzy­czy Od­po­wia­da mu bli­ski od­zew.

„Za­chran­ka”!

Wy­czer­pa­ni sta­je­my i pa­trzy­my, jak na nie­da­le­kim pro­gu Do­li­ny Zło­misk po­ja­wia się mała fi­gur­ka – jed­na, dwie, po­tem cała chma­ra. An­dra­si, Julo Pa­rak, Vla­do Simo, Ste­fan Se­pe­la i inni. Sta­rzy zna­jo­mi. Po­wi­ta­niom nie ma koń­ca. Sta­szek za­po­mi­na o zła­ma­nej no­dze i szcze­bio­cze do Vla­da jak pta­szek:

– A po­mniš, po­mniš u Téry­ho3? Ano, ano Mar­ta, vel­mi do­bre… Ako­je s’Mar­tou? (Mar­ta to żona Vla­da, jed­na z naj­ład­niej­szych Sło­wa­czek, do któ­rej po ci­chu wszy­scy wzdy­cha­li).

W roz­gwa­rze po­wszech­nej ra­do­ści i od­prę­że­nia uświa­da­miam so­bie, że je­stem po­tęż­nie zmę­czo­ny, głod­ny i mam tego wszyst­kie­go dość. Na­gle dają znać o so­bie roz­ma­ite czę­ści cia­ła, któ­rych przed­tem nie czu­łem. Za­czy­na mnie bo­leć gło­wa. Jed­nak oka­zu­je się, że mój lot nie prze­szedł zu­peł­nie bez echa. Opa­no­wu­ję się z wy­sił­kiem – przed nami stro­me zbo­cze.

Po chwi­li ru­sza­my. Po pię­ciu, sze­ściu lu­dzi przy każ­dych sa­niach, z przo­du, z tyłu, z boku. Wcze­pie­ni pal­ca­mi w linę, wle­cze­ni cięż­kim to­bo­ga­nem – zwa­la­my się z pa­ro­me­tro­wych pro­gów w śnieg. Ha­mu­ję ca­łym cia­łem, my­śląc o jed­nym – nie wol­no pu­ścić! Księ­życ otu­la się li­sią cza­pą, zry­wa się wiatr – kur­nia­wa. Wal­ka nie skoń­czo­na.

Dno do­li­ny, za­cisz­niej. Pada śnieg. Idzie­my ubi­tym trak­tem i co mo­ment wpa­da­my w wy­kro­ty. Jed­na go­dzi­na, dwie… Je­stem już tak zmę­czo­ny, że idę, pra­wie śpiąc. Nikt nic nie mówi, au­to­ma­tycz­nie po­ru­szam no­ga­mi i po­da­jąc w przód cię­żar cia­ła – na­prę­żam lin­kę to­bo­ga­nu. Nie re­agu­ję na­wet na py­ta­nia. Wtem nie­wy­raź­ny błysk prze­bi­ja przez kur­ty­nę śnież­nych płat­ków. Trze­cia go­dzi­na w nocy. Do­bi­ja­my do schro­ni­ska.

*

Co da­lej? Cie­płe rze­czy, her­ba­ta, je­dze­nie i łóż­ko. Koce. Ster­ta kocy. Upra­gnio­ne nade wszyst­ko łóż­ko. Nie­ste­ty, ze snem nie jest tak ła­two. Adam zmor­do­wa­ny chra­pie, a ja nie­szczę­sny, ob­da­rzo­ny lek­kim snem – nie mogę. Sta­szek wrzesz­czy, że boli go noga i żeby mnie o tym zu­peł­nie prze­ko­nać, zry­wa ze mnie koce. Ma­ry­na w ciem­no­ściach mo­no­lo­gu­je:

– Jak to się wła­ści­wie sta­ło? Ja­nek był na gó­rze, Adam pod nim, po­tem Han­ka, Sta­szek i ja. Hm… to jed­nak dziw­ne, że ży­je­my…

Nie mogę jej ro­zu­mo­wa­niu od­mó­wić słusz­no­ści, tym nie­mniej od­sy­łam ją w my­ślach do wszyst­kich dia­błów: też pora na roz­wa­ża­nia.

Już, już za­sy­piam, kie­dy sły­szę jęki Han­ki i prze­ni­kli­wy, wy­peł­nia­ją­cy po­kój szept:

– Ja­necz­ku…

Uda­ję, że śpię.

– Ja­necz­kuu…

Krew mnie za­le­wa, ale je­stem twar­dy.

– Ja­necz­kuu…

Adam smacz­nie chra­pie. Za­ła­mu­ję się:

– Co?

– Po­praw mi nogę…

Zre­zy­gno­wa­ny wsta­ję. Po­pra­wiam. Te­raz za­czy­na Sta­szek:

– Ja­necz­kuu!

– Co?!

– Ja chcę siu­siu…

Co mam zro­bić? Od­bi­jam ja­kiejś flasz­ce po wi­nie szyj­kę – jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Jęki i krzy­ki, mo­no­lo­gi Mań­ki, zbie­ga­ją się w ja­kąś prze­dziw­ną ca­łość. Moje cia­ło ta­kie cięż­kie…

– Ja­necz­kuu!

Mru­czę coś w od­po­wie­dzi… Nic nie sły­szę, nic nie pa­mię­tam. Śpię.

Direttissima

Dwóch lu­dzi scho­dzi­ło po­wo­li na za­śnie­żo­ną ta­flę sta­wu. Kil­ka me­trów od brze­gu przy­sta­nę­li.

– Mu­si­my do­pro­wa­dzić się do ja­kie­goś wy­glą­du! – po­wie­dział wyż­szy.

Za­czę­li więc wy­trzą­sać ukry­ty w fał­dach ska­fan­drów, za skar­pet­ka­mi, a na­wet za koł­nie­rzem śnieg, ostu­ki­wać za­lo­dzo­ne raki, wy­kru­szać ze­sztyw­nia­łe na mro­zie rę­ka­wi­ce. W swo­ich wy­sił­kach po­dob­ni byli do ry­ba­ków, zrzu­ca­ją­cych po sztor­mie mo­krą, prze­sy­co­ną za­pa­chem śle­dzi i wody mor­skiej odzież. Kie­dy prze­cze­sy­wa­li zmierz­wio­ne, po­skle­ja­ne wło­sy, ich twa­rze roz­ja­śnił prze­lot­ny cień uśmie­chu. Po chwi­li pod­nie­śli ple­ca­ki i ru­szy­li wol­no da­lej. Ich rów­ny i spo­koj­ny krok nie mó­wił wie­le o mi­nio­nym, ale wy­star­czy­ło po­pa­trzeć na za­czer­wie­nio­ne oczy, na ocię­ża­łość ru­chów, na mięk­kie, bez­wol­ne po­ru­sze­nia cia­ła…

Jesz­cze tyl­ko kil­ka­dzie­siąt schod­ków dzie­li­ło ich od ciem­nie­ją­ce­go na mo­re­nie schro­ni­ska. Cze­ka­ła tam go­rą­ca her­ba­ta, mięk­kie łóż­ko i tak po­trzeb­ny sen.

– Ostat­nie po­dej­ście – po­wie­dział niż­szy.

Szli wol­no, bar­dzo wol­no, cze­pia­jąc się cięż­ko po­rę­czy, przy­sta­jąc co chwi­lę, by uspo­ko­ić szyb­ki od­dech.

– Cie­ka­we, dla­cze­go nikt nie wy­szedł na­prze­ciw? – mruk­nął wyż­szy.

Z wes­tchnie­niem ulgi opu­ści­li ostat­ni sto­pień. Na gan­ku sta­ło kil­ka nie­ru­cho­mych po­sta­ci. Ciem­no­wło­sa dziew­czy­na ze­szła ze schod­ków, nio­sąc gar­nek sma­żo­nej, wy­mie­sza­nej z cu­krem owsian­ki. Resz­ta ob­ser­wo­wa­ła ich da­lej w mil­cze­niu.

Spoj­rze­li na sie­bie ze zdzi­wie­niem; nie na ta­kie po­wi­ta­nie li­czy­li. Wie­lo­let­ni zwy­czaj na­ka­zy­wał wi­tać po­wra­ca­ją­cych okrzy­ka­mi, gra­tu­la­cja­mi, ra­do­ścią. Mie­li prze­cież za sobą di­ret­tis­si­mę4 pół­noc­nej ścia­ny Mię­gu­szo­wiec­kie­go Szczy­tu – jed­ną z naj­pięk­niej­szych wspi­na­czek zi­mo­wych w Ta­trach.

– Cóż tu u was jak w ro­dzin­nym gro­bie? Bari zdechł, czy co? – pró­bo­wał za­żar­to­wać niż­szy, ma­jąc peł­ne owsian­ki usta.

Wyż­szy prze­stał jeść i po­pa­trzył uważ­nie na nie­ru­cho­me twa­rze, jego wzrok prze­śli­zgi­wał się z jed­nej na dru­gą w ja­kimś nie­mym za­py­ta­niu. Na­gle błysk zdu­mie­nia po­ja­wił się w oczach i spoj­rze­nie za­trzy­ma­ło się na ogo­rza­łej, po­sęp­nej twa­rzy.

– Wła­dek! – za­wo­łał. – Ty tu­taj?

– A bo co, nie wie­dzia­łeś? – za­drwił za­py­ta­ny.

Mil­czą­ce au­dy­to­rium ema­no­wa­ło sil­ną, do­sko­na­le da­ją­cą się wy­czuć nie­chę­cią. Wtem drzwi od sali ja­dal­nej otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie i sta­nę­ła w nich pani Dziu­nia – kie­row­nicz­ka schro­ni­ska.

– Jak mo­gli­ście coś po­dob­ne­go zro­bić? – spy­ta­ła z wy­rzu­tem.

Pa­trzy­li na obec­nych osłu­pia­łym, nic nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem, a po­tem niż­szy – jak zwy­kle bar­dziej im­pul­syw­ny – za­py­tał prze­ry­wa­nym ze zło­ści gło­sem:

– Co to wszyst­ko ma, do cho­le­ry, zna­czyć?

– An­drzej jest w szpi­ta­lu w Kra­ko­wie. Nie wia­do­mo, czy bę­dzie żył… – po­wie­dział po­wo­li Wła­dek.

***

Było to w mar­cu 1953 roku. Schro­ni­sko nad Mor­skim Okiem na­bi­te do ostat­nie­go miej­sca – aw nim Adam Sko­czy­las i ja, peł­ni świa­to­bur­czych pla­nów. Nie­po­ko­iła nas di­ret­tis­si­ma Mię­gu­szo­wiec­kie­go Szczy­tu, naj­wspa­nial­sza dro­ga zi­mo­wa w oko­li­cy. Po­sta­no­wi­li­śmy pójść cał­kiem na lek­ko, bez sprzę­tu bi­wa­ko­we­go, i przejść ją w je­den dzień. Nie­ste­ty, po­go­da nie do­pi­sy­wa­ła; dwu­krot­nie wsta­wa­li­śmy po ciem­ku, by – spoj­rzaw­szy na ter­mo­metr – za­wró­cić do łó­żek. Do­pie­ro za trze­cim ra­zem roz­iskrzo­ne gwiaz­da­mi nie­bo upew­ni­ło nas, że to ten wła­śnie, tak ocze­ki­wa­ny dzień.

Po­czą­tek dro­gi nie miał wła­ści­wie hi­sto­rii. W błę­kit­nie­ją­cym po­wo­li, a po­tem sza­rze­ją­cym mro­ku pod­cho­dzi­li­śmy twar­dym jak be­ton śnie­giem, w któ­ry le­d­wie za­głę­bia­ły się koń­ce ra­ków. Zwią­za­li­śmy się pod pro­giem. Kil­ka wy­rą­ba­nych w lo­dzie stop­ni otwo­rzy­ło ogrom­ne bia­łe pola, koń­czą­ce się hen, hen wy­so­ko, w pół­okrą­głej ko­pu­le szczy­to­wej, prze­cię­tej wy­raź­nym, prze­chy­lo­nym „V” za­cho­dów.

Co­raz wy­żej i wy­żej, z pól­ka na pól­ko, z pła­ta na płat. Uka­za­ło się słoń­ce i syp­ki śnieg zmie­nił się w mo­krą, ob­le­pia­ją­cą sto­py pap­kę. Zmniej­szy­ło to znacz­nie tem­po. Zdję­li­śmy ska­fan­dry i zo­sta­li­śmy już tyl­ko w ko­szu­lach. Pot za­le­wał oczy, słoń­ce od­bie­ra­ło za­pał. Te­raz znacz­nie le­piej uświa­da­mia­łem so­bie ogrom przed­się­wzię­cia. Po­wra­ca­ły za­sły­sza­ne opo­wie­ści o wie­lo­let­nich bo­jach o tę „al­pej­ską”, nie­mal ty­siąc­me­tro­wą ścia­nę. My­śla­łem o wy­pad­ku Ab­ga­ro­wi­cza w dol­nym ko­mi­nie, jego po­wro­cie na­stęp­ne­go roku i śmier­ci z wy­czer­pa­nia nie­da­le­ko szczy­tu…

– Ja­nek! Po­patrz! – prze­rwał mi głos Ada­ma.

Spoj­rza­łem w dół; w śnież­nej, ucie­ka­ją­cej bia­ły­mi pła­ta­mi pu­st­ce cie­niut­ką ni­tecz­ką na­szych śla­dów peł­zły trzy ma­leń­kie krop­ki.

– To chy­ba ze­spół Wład­ka Ma­cio­łow­skie­go? – po­wie­dzia­łem ze zdu­mie­niem. – Kto tam jesz­cze jest?

– Trusz­kow­ski i Len­czow­ski… Nie szko­dzi, jak bę­dzie­my na gór­nym za­cho­dzie, oni do­pie­ro po­dej­dą pod za­cię­cie – od­parł Adam.

Wkrót­ce wid­no­krąg za­ciem­ni­ła nie­do­stęp­na ba­rie­ra skal­na. W jed­nym tyl­ko miej­scu prze­ci­na­ło ją sko­śne, ucie­ka­ją­ce w pra­wo za­ła­ma­nie. Było to klu­czo­we za­cię­cie, naj­tward­szy orzech do zgry­zie­nia. Tu do­pie­ro mia­ła się za­cząć praw­dzi­wa za­ba­wa.

Rą­biąc cze­ka­nem stop­nie i czysz­cząc chwy­ty, pią­łem się w górę, a syl­wet­ka Ada­ma ma­la­ła w oczach. Wy­żej za­cię­cie – po­zba­wio­ne śnie­gu, skrze­sa­ne gład­ki­mi, źle uwar­stwio­ny­mi pły­ta­mi – sta­wa­ło cał­ko­wi­cie dęba. W po­ło­wie skrzy­ła się w słoń­cu sta­ra, wy­gię­ta lo­do­wa igła. Z wes­tchnie­niem ulgi wpią­łem do niej ka­ra­bi­nek i linę.

– Do­cią­gnij – rzu­ci­łem zdy­sza­nym gło­sem.

Wtem świat cały za­wi­ro­wał – usły­sza­łem me­ta­licz­ny, z tru­dem do­cho­dzą­cy do świa­do­mo­ści brzęk ude­rza­ją­cych o sie­bie ha­ków i do­się­gnął mnie po­tęż­ny cios. Sie­dzia­łem sześć me­trów ni­żej na stro­mej pły­cie, z no­ga­mi wy­so­ko za­dar­ty­mi do góry. W tej dziw­nej po­zy­cji utrzy­my­wa­ła mnie na­pię­ta jak żył­ka węd­ki lina. W gło­wie szu­mia­ło, a w ca­łym cie­le czu­łem tępy ból. Tuż pod sobą spo­strze­głem Ada­ma.

– No i jak? – za­py­tał.

– Nic, hu­czy mi we łbie i boli ty­łek… Co się sta­ło?

– Hak wy­sko­czył. Kie­dy le­cia­łeś, spa­dły ci oku­la­ry i czap­ka; nie wie­dzia­łem, co trzy­mać!

– To ład­nie… W każ­dym ra­zie dzię­ki.

– Nie trze­ba. Pu­ścisz mnie?

– Nie, spró­bu­ję jesz­cze raz.

Go­dzi­nę póź­niej skoń­czy­łem ten fa­tal­ny wy­ciąg. W gło­wie cho­ler­nie łu­pa­ło i stra­ci­łem pra­wie cały za­pał. Adam mi­nął mnie i wkrót­ce ła­twym już te­re­nem do­tar­li­śmy do wiel­kie­go za­cho­du pod ko­pu­łą szczy­to­wą. Od­po­czę­li­śmy tro­chę i roz­po­czę­ła się dal­sza wę­drów­ka. Czu­łem się co­raz go­rzej, ale z upo­rem od­pę­dza­łem myśl o od­wro­cie. Oko­ło dru­giej po po­łu­dniu, za­pa­da­jąc się w roz­mię­kłym śnie­gu, do­brnę­li­śmy do Ryn­ny Waw­ryt­ki.

Wbi­ja­łem hak ase­ku­ra­cyj­ny. Sil­ny­mi ude­rze­nia­mi młot­ka, au­to­ma­tycz­nie, nie pa­trząc, wkli­no­wy­wa­łem mięk­kie że­la­zo w szcze­li­nę. Na­gle coś ude­rzy­ło mnie moc­no w ko­la­no i nie­mal rów­no­cze­śnie usły­sza­łem krzyk Ada­ma:

– Eeeej! Osza­la­łeś? Cze­mu rzu­casz ka­mie­nia­mi?!

– Coś ty, zgłu­piał? Ja rzu­cam?

– A kto? Duch Świę­ty?

Ro­zej­rza­łem się do­oko­ła i spo­strze­głem, że za­miast młot­ka trzy­mam w ręce uła­ma­ny drew­nia­ny trzo­nek.

– Ja­sna cho­le­ra… – po­wie­dzia­łem pra­wie spo­koj­nie – te­raz to je­ste­śmy za­ła­twie­ni do­ku­ment­nie…

Kie­dy wy­ro­sła przed nami groź­ba nocy, przy­szłość nie ry­so­wa­ła się zbyt ró­żo­wo. W wy­ści­gu z ucie­ka­ją­cym dniem, śnie­ży­cą lub gdy zmę­cze­nie na­peł­nia oło­wiem sto­py – trze­ba wal­czyć o za­gro­żo­ne ist­nie­nie i leży to w pra­wi­dłach gry. Ale je­śli do tego wtrą­ci swo­je trzy gro­sze przy­pa­dek, wte­dy po­god­ny we­stern zmie­nia się nie­ocze­ki­wa­nie w dra­mat.

Czu­łem się źle. Bi­wak bez sprzę­tu gro­ził od­mro­że­nia­mi, a brak młot­ka zmu­szał do po­wol­ne­go tem­pa. Nie moż­na było bić ha­ków, a w za­lo­dzo­nej ryn­nie Adam wy­rą­by­wał cze­ka­nem co­raz to nowe lśnią­ce prze­szko­dy. Gdy­by od­padł, nie utrzy­mał­bym go. Sku­lo­ny na ma­łej śnież­nej plat­fo­rem­ce, zno­si­łem nie­ustan­ny ob­strzał ka­wał­ków lodu. By­łem zmę­czo­ny, tro­chę za­ła­ma­ny i nie wie­rzy­łem, że skoń­czy­my dro­gę do zmro­ku. Czas le­ciał. Śnieg za­czy­nał przy­bie­rać nie­bie­ska­wą bar­wę, ska­ły gra­na­to­wia­ły i czer­nia­ły w oczach. Adam znik­nął za nie­wiel­ką prze­wiesz­ką i usły­sza­łem jego nie­wy­raź­ny głos:

– No, tu jest le­piej!

Rze­czy­wi­ście, ryn­na kła­dła się nie­co i cią­gnę­ła ła­god­nym, z rzad­ka tyl­ko prze­ry­wa­nym skał­ka­mi zbo­czem ku ciem­nie­ją­cym ze­rwom – tam, gdzie in­stynk­tow­nie wy­czu­wa­ło się szczyt. Zmar­z­nię­ty, usy­pia­ją­cy ze zmę­cze­nia zro­zu­mia­łem, że ist­nie­je jesz­cze mi­ni­mal­na szan­sa skoń­cze­nia dziś dro­gi, a może na­wet unik­nię­cia bi­wa­ku. Zro­zu­mia­łem, że jesz­cze raz trze­ba za­po­mnieć o bo­lą­cej gło­wie.

– Adam, puść mnie! Ja po­pro­wa­dzę… – po­wie­dzia­łem.

Adam po­pa­trzył na mnie z lek­kim nie­do­wie­rza­niem, ale nie za­pro­te­sto­wał. Te kil­ka­dzie­siąt me­trów w brud­no­sza­rych pół­to­nach błą­dzi­łem pra­wie po omac­ku. Sta­no­wi­sko za­ło­ży­łem pod małą skał­ką. Adam do­szedł, zo­sta­wił ple­cak i wto­pił się w tło du­żych, ma­ja­czą­cych już tyl­ko w mro­ku blo­ków.

– Na szczy­cie! – do­le­cia­ło po chwi­li – Cho­odź!

Na wierz­choł­ku z tru­dem roz­po­zna­łem jego śla­dy – za­czął już scho­dzić. Mia­łem do nie­go tro­chę żalu, że nie po­cze­kał i nie wziął cięż­kie­go ple­ca­ka – prze­cież czuł się znacz­nie le­piej niż ja – ale wie­dzia­łem, że czas już od daw­na li­czy się nie na mi­nu­ty, ale na se­kun­dy. Cała przy­szłość za­my­ka­ła się w py­ta­niu: czy zdo­ła­my przed nocą zejść na Hiń­czo­wą?

Scho­dzi­łem wol­no, cze­pia­jąc się nie­wi­docz­nych już ma­leń­kich chwy­tów, sta­wia­jąc nogi nie­mal na oślep w mrok i wy­ma­cu­jąc sto­pa­mi syp­ki, osu­wa­ją­cy się śnieg. Nie, po ciem­ku to nie było wca­le ta­kie pro­ste. Na­gle noga ze­śli­znę­ła się z wą­tłe­go opar­cia, cię­żar ple­ca­ka prze­wa­żył cia­ło i zgię­te pal­ce pra­wej dło­ni sta­ły się ostat­nią in­stan­cją. Spoj­rza­łem głę­bo­ko w mrok: w ula­tu­ją­cej w dół czer­ni kry­ło się dwa­dzie­ścia, a może dwie­ście me­trów pust­ki. Ką­tem oka zo­ba­czy­łem luź­ne zwo­je po­skrę­ca­nej, wlo­ką­cej się wśród skał liny. W wy­obraź­ni za­czę­ły wi­ro­wać cha­otycz­ne ob­ra­zy: ude­rze­nie o twar­de, ostre ska­ły, zgrzyt cze­ka­na i ra­ków, iskry, ośle­pia­ją­ca eks­plo­zja pod czasz­ką… „Nie! Nie!” – otrzeź­wił mnie in­stynkt. Mach­ną­łem nogą do tyłu i raki za­głę­bi­ły się w śnieg. Błą­dzą­ca po ob­lo­dzo­nych ska­łach ręka zna­la­zła ja­kiś chwyt. Sta­ną­łem bez­piecz­nie, od­dy­cha­jąc cięż­ko.

– Adam! Nie ma sen­su iść da­lej! – za­wo­ła­łem.

– Chodź! Chodź! Tu jest ła­twiej! – do­le­cia­ło gdzieś spod nóg.

Spró­bo­wa­łem po­now­nie i uda­ło się. By­łem już jed­nak nie­zbyt przy­tom­ny; sen­ne, ode­rwa­ne my­śli, nie­świa­do­me – w po­szu­ki­wa­niu ni­kłych sto­pień­ków – nogi. Obu­dzi­ły mnie kur­czo­wo za­ci­śnię­te na wą­skim gzym­si­ku pal­ce. W ułam­ku se­kun­dy zro­zu­mia­łem, że te­raz nie­odwo­łal­nie po­le­cę. Pra­wem ostat­niej szan­sy, na oślep po­szu­ka­łem opusz­czo­ne­go przed se­kun­dą chwy­tu. Zna­la­złem. Cierp­ki smak w ustach, ko­lo­ro­we, prze­ci­na­ją­ce się koła i po­czu­cie wła­snej nie­re­al­no­ści… To był kres.

– Adam! – za­wo­ła­łem. – Nie idę da­lej!

Od­po­wie­dzia­ła mi ci­sza. Za­wo­ła­łem jesz­cze raz:

– Adam! Nie dam rady iść da­lej!

– Ja­nek! Chodź przy­najm­niej tu… Mam do­bre miej­sce na bi­wak.

To trwa­ło chwi­lę. „A jed­nak ra­zem bę­dzie nam cie­plej – my­śla­łem – poza tym w ple­ca­ku mam tro­chę je­dze­nia i ko­cher, mu­szę się tym po­dzie­lić…”

– Ścią­gaj! – za­wo­ła­łem. – Spró­bu­ję!

Ma­leń­ka, ubi­ta no­ga­mi pła­sien­ka śnież­na i my, przy­wią­za­ni do ha­ków. W dole błysz­czy schro­ni­sko nad Mor­skim Okiem. Jest jesz­cze wcze­śnie, wpół do dzie­wią­tej, a nie­bo bez jed­nej chmur­ki za­po­wia­da mroź­ną noc.

Sie­dzę na śnie­gu, opar­ty o ni­ską skal­ną ścian­kę, z no­ga­mi w pu­stym ple­ca­ku. Od po­łu­dnia Adam usi­łu­je go­to­wać her­ba­tę; od pół­no­cy – na­ma­cal­ne ury­wa się pół me­tra w pra­wo i gdzieś tam, po­nad ki­lo­metr w dole, mi­go­czą ni­kłe punk­ci­ki okien. „Tyl­ko nie za­snąć! Tyl­ko nie za­snąć!” – my­ślę, kie­dy znu­żo­na gło­wa opa­da. Mróz chwy­ta co­raz więk­szy, a wy­sta­wio­ny spod czap­ki ko­niu­szek ucha daje o tym znać przy­krym pie­cze­niem. Bez­sku­tecz­nie pró­bu­je­my śpie­wać, a roz­mo­wa ogra­ni­cza się do re­to­rycz­nych py­tań i od­po­wie­dzi: – śpisz?

– Yhmm…

– Po­patrz! Po­patrz! – woła na­gle Adam.

Pod­no­szę z wy­sił­kiem po­wie­ki i wi­dzę, jak w Mor­skim Oku ga­śnie na chwi­lę i za­pa­la się zno­wu świa­tło. Po­wta­rza się to trzy razy.

– Dają zna­ki – mówi Adam. – Do nas?

– Eee… chy­ba nie.

Ale mimo to jest nam przy­jem­nie, że tam w dole mru­ga schro­ni­sko, że w ja­dal­ni przy sto­li­kach sie­dzą ko­le­dzy, roz­ma­wia­ją…

Z dwo­ru wcho­dzi Cze­siek Ła­piń­ski i za­cie­ra­jąc zmar­z­nię­te ręce, mówi: „Po­go­da jest mu­ro­wa­na – tyl­ko nie wia­do­mo jesz­cze jaka!”.

Ktoś pyta: „Ile stop­ni mro­zu, pa­nie Cześ­ku?”.

„W tej chwi­li mamy szes­na­ście… Ale tym na di­ret­tis­si­mie daje w kość, co?”. Wszy­scy ki­wa­ją gło­wa­mi i za­sta­na­wia­ją się, co trze­ba bę­dzie ju­tro zro­bić, je­śli nie wró­ci­my…

– Ja­nek! Her­ba­ta! – z roz­my­ślań wy­ry­wa mnie głos Ada­ma.

Her­ba­ta jest tyl­ko let­nia i bez sma­ku, ale przy­jem­ne cie­pło roz­cho­dzi się po cie­le. Pa­trzę w dół: schro­ni­sko jest już ciem­ne. „No, mi­nę­ło chy­ba spo­ro cza­su” – my­ślę. Rany Bo­skie! Do­pie­ro pięt­na­ście po dzie­sią­tej – pod­po­wia­da fos­fo­ry­zu­ją­ca tar­cza ze­gar­ka. „Pięt­na­ście po dzie­sią­tej. To zna­czy, że sie­dzi­my tu nie wiecz­ność, a tyl­ko czter­dzie­ści pięć mi­nut!”. Od dołu po­wo­li sztyw­nie­ją mi nogi. „I tak wy­trzy­mać jesz­cze sie­dem go­dzin, to prze­cież zu­peł­nie nie­moż­li­we!”. Znów opa­da­ją mnie ma­ja­ki, dresz­cze co­raz sil­niej wstrzą­sa­ją cia­łem. Za­pa­dam jak­by w spi­ry­ty­stycz­ny trans, nie bar­dzo wie­dząc, gdzie je­stem i co się ze mną dzie­je. Co ja­kiś czas do­cho­dzi mnie roz­dy­go­ta­ny głos Ada­ma:

– Ja­ne­ek, śśpisz?

– Yhmm – mru­czę, bro­niąc się przed na­ra­sta­ją­cą sen­no­ścią. „Na mi­łość bo­ską, nie za­snąć! Nie za­snąć!”

Wy­da­je mi się, że ktoś coś do mnie mówi, wi­ru­ją ja­kieś kół­ka, dmie zim­ny, przej­mu­ją­cy wiatr. Da­le­ki głos wzbra­nia mi su­ro­wo, kie­dy chcę się na­pić go­rą­cej her­ba­ty – a po­tem jest już cał­kiem ciem­no.

*

Bu­dzę się, gdy sza­rze­je. Adam leży nie­ru­cho­mo, wci­śnię­ty pod ska­łę; nie wiem dla­cze­go wy­da­je mi się, że za­marzł.

– Adam! Adam! – szar­pię go za rękę. Otwie­ra oczy.

– Coo?

– Już ja­sno, trze­ba iść!

Nie jest to ła­twe. Spodnie przy­mar­z­ły do śnie­gu, nie moż­na ich ode­rwać, a ze­sztyw­nia­łe nogi nie chcą zro­bić kro­ku. „Mamy jed­nak cho­ler­ne szczę­ście” – my­ślę le­ni­wie.

Tyl­ko je­den uskok i ła­god­ne zbo­cze od­dzie­la­ły nas od prze­łę­czy; wczo­raj za­bra­kło do­słow­nie dwu­dzie­stu mi­nut. Zjazd na spodniach z Hiń­czo­wej roz­grze­wa nie­co. Na Ga­le­rii Cu­bryń­skiej spo­strze­ga­my nie­zbyt wy­raź­ny, tra­wer­su­ją­cy z pół­noc­nej ścia­ny sznu­re­czek śla­dów.

– Po­patrz! – po­ka­zu­ję mu ru­chem gło­wy. Adam wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Dia­bli wie­dzą… – mru­czy.

Jesz­cze je­den zjazd mrocz­nym Mni­cho­wym Żle­bem, roz­mię­kły śnieg pod Cu­bry­ną – i uka­zu­je się Mor­skie Oko. Nad brze­giem dłu­go do­pro­wa­dza­my do po­rząd­ku po­strzę­pio­ne ska­fan­dry i spodnie.

– Mu­si­my wkro­czyć do schro­ni­ska w peł­ni for­my i chwa­ły – żar­tu­je Adam.

I wte­dy do­pie­ro na­stą­pi­ło dru­gie w tym dniu prze­bu­dze­nie…

***

– O czym my­ślisz? – za­py­tał mnie An­drzej Trusz­kow­ski. Chu­dy, ko­ści­sty, o po­tęż­nej gło­wie i dłu­gich jak u źre­ba­ka koń­czy­nach, z tru­dem mie­ścił się w fo­te­lu.

By­li­śmy jego go­ść­mi; mały, ru­chli­wy jak żywe sre­bro Sta­szek Wor­wa, ja i Zby­szek Ja­wo­row­ski alias „Baca”. Zby­szek, ze swo­im sta­le błą­ka­ją­cym się po ustach lek­ko ob­le­śnym uśmiesz­kiem, dla sa­mej przy­jem­no­ści sprze­ci­wia­nia się po­tra­fił w cią­gu jed­ne­go wie­czo­ru trzy razy zmie­nić zda­nie. Te­raz miał po­waż­ny kło­pot – nikt nie chciał z nim po­le­mi­zo­wać.

Sie­dzie­li­śmy w mrocz­nym, może nie­co sta­ro­świec­kim po­ko­ju, ga­wę­dząc przy­jaź­nie. Cie­pły piec ka­zał za­po­mnieć o za­ci­na­ją­cym desz­czu, a dys­kret­na lamp­ka nie mę­czy­ła oczu.

Nie mia­łem ocho­ty na roz­mo­wę. Śli­zga­łem się wzro­kiem po me­blach i ob­ra­zach, po­zy­tyw­nie oce­ni­łem świecz­nik i an­tycz­ną ser­want­kę, by wresz­cie, po­przez otwar­te drzwi, zo­ba­czyć w dru­gim po­ko­ju coś, cze­go w ża­den spo­sób nie mo­głem zi­den­ty­fi­ko­wać. „Co to może być? – my­śla­łem. – Ryn­graf? Pod­ko­wa?”

Ale to nie było to. Do­pie­ro ja­śniej­sze pa­smo na ciem­nej czu­pry­nie An­drze­ja na­pro­wa­dzi­ło mnie na ślad. O mało nie krzyk­ną­łem ze zdu­mie­nia; nig­dy nie przy­pusz­cza­łem, że zna­lazł i po­wie­sił so­bie nad łóż­kiem ten ka­wa­łek me­ta­lu! Z za­le­wu na­tar­czy­wych ob­ra­zów wy­rwał mnie do­pie­ro jego głos. Od­po­wie­dzia­łem tro­chę nie­przy­tom­nie:

– Przy­po­mnia­łem so­bie tę hi­sto­rię sprzed dwóch lat… Cho­ler­nie mi było głu­pio…

– Aha… – uśmiech­nął się Trusz­kow­ski. – A niech was dia­bli! Mo­gli­ście przy­najm­niej krzyk­nąć!

– Wo­ła­nie nie da­ło­by nic… – mruk­ną­łem pod no­sem.

– Słu­chaj, An­drzej – po­pro­sił Sta­szek – opo­wiedz, jak to wła­ści­wie było…

– Nie­ste­ty, wiem nie­wie­le wię­cej od was. Za­czą­łem się wspi­nać w za­cię­ciu, wbi­ja­łem hak… i zro­bi­ło się ciem­no. Wie­cie – tak jak­by elek­trow­nia wy­łą­czy­ła świa­tło: sza­ro, ciem­no i krop­ka. Resz­tę znam już tyl­ko z opo­wia­dań Wład­ka. Po­dob­no po­le­cia­łem i dyn­da­łem nie­przy­tom­ny na li­nie. Nie od­po­wia­da­łem na wo­ła­nia. Wła­dek do­szedł do mnie i pró­bo­wał cu­cić. Było mi nie­do­brze, gło­wa mnie bo­la­ła i nikt nie wie­dział, o co cho­dzi. Wte­dy Adaś Len­czow­ski na­dep­nął nogą – tu wzrok An­drze­ja po­wę­dro­wał przez otwar­te drzwi – na to…

– Za­czę­li­ście od­wrót?

– Tak, oczy­wi­ście. Choć by­łem nie­zbyt przy­tom­ny, mo­głem jesz­cze iść. Z Ryn­ny Waw­ryt­ki le­cia­ły ka­mie­nie i lód. Krzy­cze­li­śmy na was, ale bez skut­ku. W Mor­skim Oku we­zwa­no ka­ret­kę. Czu­łem się jesz­cze nie­źle, do­pie­ro w Kra­ko­wie stwier­dzo­no wła­ma­nie czasz­ki i ko­niecz­ność na­tych­mia­sto­wej ope­ra­cji. Całe szczę­ście – za­żar­to­wał – że tra­fi­ło to w moją „de­li­kat­ną głów­kę”, i to ubra­ną w gru­by, weł­nia­ny be­ret…

– Czy nie uwa­ża­cie – po­wie­dzia­łem po chwi­li mil­cze­nia – że jest to je­den z naj­dziw­niej­szych wy­pad­ków? Kie­dy Adam krzyk­nął „cze­mu rzu­casz ka­mie­nia­mi?” i gdy zo­ba­czy­łem, że za­miast młot­ka trzy­mam w ręce ka­wa­łek uła­ma­ne­go trzon­ka – nig­dy, na­wet w kosz­mar­nym śnie nie wpadł­bym na po­mysł, że odła­ma­na gło­wi­ca po­le­ci uko­sem po za­cho­dzie taki ka­wał dro­gi, ni z tego, ni z owe­go zbo­czy w dół, wpad­nie w za­cię­cie i pal­nie An­drze­ja w gło­wę…

Trusz­kow­ski sie­dział w za­my­śle­niu.

– Wiesz co? – za­py­tał. – Nie­raz za­sta­na­wia­łem się, skąd wzią­łeś ten mło­tek.

– Nie wiem. Zna­la­złem go w Do­lin­kach5, ja­kieś pół roku przed wy­pad­kiem.

– Gdzie?

– W Kar­nio­wi­cach, koło „Okrę­tu”

Sta­szek i Zby­szek słu­cha­li z wi­docz­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Kie­dy to mo­gło być? – za­py­tał pierw­szy z nich.

– Bo ja wiem… Ale po­cze­kaj! To była nie­dzie­la i skoń­czył się kurs. W ta­kim ra­zie chy­ba paź­dzier­nik.

Sta­szek po­trzą­snął prze­czą­co gło­wą:

– Szko­da – po­wie­dział – a już my­śla­łem…

– No, ulżyj so­bie – za­śmiał się Zby­szek. – Nie wi­dzi­cie, że nie opo­wia­dał już od dzie­się­ciu mi­nut?

Sta­szek po­pra­wił się wy­god­nie w fo­te­lu.

– An­drzej Nun­berg – za­czął – po­ży­czył kie­dyś ode mnie lo­do­wy mło­tek. Wte­dy, jak miał je­chać z Woź­nia­kiem do Fran­cji…

– A Nun­berg nie miał swo­je­go młot­ka? – prze­rwa­łem.

– Miał, ale do Fran­cji to chciał mieć ele­ganc­ki, nie prze­szka­dzaj! Jak wie­cie, do Fran­cji nie po­je­cha­li i za­miast tego po­szli na Sło­wa­cję. Z po­cząt­kiem wrze­śnia Ju­rek, przy­ję­ty wła­śnie na me­dy­cy­nę – nie zja­wił się na uczel­ni. Ro­dzi­na za­alar­mo­wa­ła Klub i TOPR. Aku­rat by­łem wte­dy w Mor­skim Oku. Za­czę­li­śmy po­szu­ki­wa­nia. Ja z Ol­kiem i „Szla­chet­nym” po­szli­śmy w oko­li­ce Gan­ku…

…Przed ko­le­bą w Ka­czej rdze­wiał prze­wró­co­ny ko­cher. Obok opar­ta o ka­mień, do po­ło­wy na­peł­nio­na bań­ka z ben­zy­ną. W ko­le­bie dwa ple­ca­ki, a na nich kart­ka:

17 VIII 1949 r.

Wy­cho­dzi­my na śro­dek wschod­niej ścia­ny

Ru­ma­no­we­go Szczy­tu. 6.00

An­drzej Nun­berg

Je­rzy Woź­niak

Wszyst­ko nie­ste­ty sta­ło się ja­sne. Wła­śnie 17 sierp­nia za­ła­ma­ła się po­go­da. Pa­mię­ta­cie ten śnieg? W peł­ni lata kil­ka dni zimy. Za­sko­cze­ni przez śnie­ży­cę, lek­ko ubra­ni, bez je­dze­nia – nie mie­li szans.

Po paru dniach zna­leź­li­śmy Jur­ka. Le­żał w żle­bie bez bu­tów i liny. Gło­wi­li­śmy się, co to może zna­czyć. Cóż, An­drzej chy­ba umarł pierw­szy, a Ju­rek miał na tyle sił, że chciał wy­co­fać się sa­mot­nie. Ska­ła była za­lo­dzo­na, więc pró­bo­wał w skar­pet­kach… Ale po Nun­ber­gu nie było śla­du.

We wrze­śniu po­szu­ki­wa­nia prze­rwa­ła zła po­go­da. Do­pie­ro z koń­cem paź­dzier­ni­ka wy­ru­szy­ła dru­ga wy­pra­wa. Po­ło­że­nie Jur­ka w żle­bie wska­zy­wa­ło, że od­padł ja­kieś sto, dwie­ście me­trów wy­żej, gdzieś z oko­lic Gan­ko­wej Prze­łę­czy. By­li­śmy więc pew­ni, że Nun­berg za­marzł na bi­wa­ku. Ale po­szu­ki­wa­nia nie da­wa­ły re­zul­ta­tów. Nie­któ­rzy już za­czę­li prze­bą­ki­wać, że może An­drzej „wy­brał wol­ność” – cze­go to lu­dzie nie wy­my­ślą?

Pa­mię­tam, czwar­te­go dnia szu­ka­łem z Ka­rol­kiem Ja­ku­bow­skim wła­śnie koło Gan­ko­wej Prze­łę­czy. Był brzyd­ki, mgli­sty dzień i cho­ler­nie zim­no. Na­le­ża­ło już wła­ści­wie my­śleć o od­wro­cie, gdy bar­dzo bli­sko usły­sze­li­śmy umó­wio­ny sy­gnał i wo­ła­nie: „Je­est! Zna-leź-liii-śmy!”.

Głos do­cho­dził zza ma­łe­go że­ber­ka skal­ne­go, ja­kieś dwie dłu­go­ści liny po­ni­żej prze­łę­czy. Wsze­dłem na nie i tro­chę w pra­wo zo­ba­czy­łem coś w ro­dza­ju ma­łej gro­ty, do po­ło­wy za­mu­ro­wa­nej ka­mie­nia­mi. Nie było ni­ko­go, zro­bi­ło mi się cho­ler­nie głu­pio… Krzyk­ną­łem na Ka­ro­la, żeby po­pu­ścił linę. Gro­ta była dość ob­szer­na, po­grą­żo­na w pół­mro­ku. W środ­ku sta­li nie­ru­cho­mo Strze­boń­ski i Haj­du­kie­wicz; pod ścia­ną sie­dział Nun­berg…

Mu­siał umrzeć już pierw­szej nocy. Sie­dział z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi, wspar­ty ple­ca­mi o ska­łę, a na ko­la­nach le­żał za­rdze­wia­ły mło­tek lo­do­wy. My­śla­łem, że to mój, więc go wzią­łem…

– Nie ru­sza się rze­czy nie­bosz­czy­ka – wtrą­cił Trusz­kow­ski.

– No­si­łem go w Do­lin­ki – cią­gnął Sta­szek. – Któ­re­goś dnia wy­padł mi przez dziu­rę w ple­ca­ku… Ale to było w czerw­cu – do­dał z prze­ko­na­niem.

– Dla­cze­go w czerw­cu? – zdzi­wił się Zby­szek.

– Bo Olek Ro­ki­ta po­szedł wte­dy zo­ba­czyć po­grzeb kar­dy­na­ła Sa­pie­hy i kie­dy wró­ci­łem ze ska­łek, miał całą gębę w ban­da­żach; dra­pał się na mur na Wa­we­lu i ktoś mu spu­ścił ce­głę na łeb…

Pa­trzy­li­śmy wszy­scy na za­rdze­wia­łą gło­wi­cę, za­wie­szo­ną pod ob­raz­kiem Ma­don­ny. „Sta­ry mło­tek – po­my­śla­łem – ktoś cho­dził z nim jesz­cze przed woj­ną…”.

Wte­dy spo­koj­nie ode­zwał się Zby­szek:

– Pa­mię­ta­cie „Wan­nę Afro­dy­ty” przy gór­nej ścież­ce do Kar­nio­wic? Tam w czerw­cu 1952 roku zna­la­złem mło­tek. Taki jak ten. Nikt się do nie­go nie przy­zna­wał, więc zo­sta­wi­łem go u „baby” – tej, u któ­rej ma­ga­zy­nu­je­my sprzęt. Le­żał u niej całe lato i do­pie­ro na je­sie­ni so­bie o nim przy­po­mnia­łem. Wzią­łem go i po­sze­dłem się wspi­nać z Ja­siem Słup­skim, wła­śnie koło „Okrę­tu”. Sze­dłem na pierw­sze­go ko­mi­nem, za­mknię­tym u góry prze­wiesz­ką, po dro­dze wbi­łem tyl­ko dwa haki. Prze­wiesz­ka była cho­ler­nie kru­cha i trud­na – na sa­mych ła­pach, i do tego ma­leń­kie chwy­ci­ki. Mia­łem jesz­cze ja­kieś pół me­tra do świet­nej „kla­my” – tyl­ko się do­brze wy­cią­gnąć – kie­dy po­czu­łem, że coś mnie trzy­ma. „Lina!!!” – wrza­sną­łem. „Masz luz” – za­wo­łał Słup­ski. Zer­k­ną­łem bo­kiem w dół; mło­tek wy­padł mi z kie­sze­ni i wi­sząc na sznur­ku, któ­rym był przy­wią­za­ny do pasa, za­cze­pił dzio­bem o wy­stęp skal­ny pod prze­wiesz­ką. Głu­pia hi­sto­ria – nie mo­głem ani się schy­lić, ani iść wy­żej, a pal­ce za­czy­na­ły wy­sia­dać. Szarp­ną­łem się roz­pacz­li­wie w górę i wte­dy wy­je­cha­ła mi noga… Zdą­ży­łem tyl­ko wrza­snąć: „Lecę!” – i gruch­ną­łem w dół. Pa­mię­tam, że po­twor­nie dźwię­cza­ło że­la­zo, po­tem sil­ne szarp­nię­cie, wstrząs i ude­rze­nie. Gór­ny hak wy­le­ciał, dol­ny wy­trzy­mał, ale no­ga­mi pal­ną­łem w zie­mię.

Ze­rwa­łem się i za­raz usia­dłem, klnąc z bólu. Coś na­wa­li­ło w pra­wej ko­st­ce. „P…… ten mło­tek!” – od­wią­za­łem go i ci­sną­łem w krza­ki…

Wol­no wsta­łem i z dru­gie­go po­ko­ju przy­nio­słem twar­dą, me­ta­lo­wą gło­wi­cę. Ob­ra­ca­łem ją w rę­kach; w pierw­szej chwi­li nie za­uwa­ży­łem nic cie­ka­we­go. W jed­nym tyl­ko miej­scu – na opra­wie trzon­ka – rdza była jak­by lek­ko za­klę­śnię­ta…

– Miał wy­bi­ty mo­no­gram? – za­py­ta­łem Stasz­ka.

– Nie…

– No to nie ten sam. Tu coś jest…

Po­skro­ba­łem scy­zo­ry­kiem. Spod kil­ku opa­dłych rdza­wych łu­sek wy­ło­ni­ły się dwie małe li­ter­ki: A.N. – AN­DRZEJ NUN­BERG.

Piosenka Brassensa

„Man, when you go to ask what it is – you’ll ne­ver get to know.”

Bra­cie, nig­dy nie doj­dziesz do tego, co to wła­ści­wie jest…

Lo­uis Arm­strong, za­py­ta­ny o isto­tę jaz­zu

Ktoś wy­po­wia­da się naj­peł­niej w im­pro­wi­za­cjach jaz­zo­wych, ktoś inny w prze­ła­my­wa­niu wła­sne­go lęku, jesz­cze inny w ma­lo­wa­niu ob­ra­zów lub do­świad­cze­niach che­micz­nych.

Nam daje tę moż­li­wość al­pi­nizm. Ale po­wta­rza­nie dróg już zdo­by­tych nie wy­star­cza: do peł­ne­go za­do­wo­le­nia bra­ku­je aktu twór­cze­go, wmu­ro­wa­nia wła­snej ce­gieł­ki w gmach od­kryć. Na ścia­nie zdo­by­tej nie ma ta­jem­nic.

Na dzie­wi­czej – je­ste­śmy ciem­ni jak śle­piec. Wte­dy wła­śnie po­mię­dzy ska­łą a czło­wie­kiem to­czy się pięk­na, je­dy­na w swo­im ro­dza­ju wal­ka. Je­śli uda się zna­leźć przej­ście w bro­nią­cych do­stę­pu prze­wiesz­kach, gład­kich pły­tach i kru­chych ścian­kach – świa­do­mość, że jest się pierw­szym, jest kró­lew­ską na­gro­dą za naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwa i wy­sił­ki.

Ale je­śli nie… Bo to, co w tej wal­ce po­cią­ga rów­nież – to mo­men­ty nie­pew­no­ści wy­ni­ku.

Dzie­więt­na­sty lip­ca 1955 roku. Nie­spo­koj­ny sen. Nie­pew­ność. Prze­wra­cam się z boku na bok. Bu­dzę się. Jesz­cze ciem­no. Usi­łu­ję spać. I wciąż na­tręt­ne my­śli: czy uda się po­ko­nać prze­wiesz­kę? Co jest nad nią? Czy de­pre­sja pu­ści?

Psia­krew! Nie mogę my­śleć o czymś in­nym? Że za dwa dni będę le­żał na sło­necz­ku, za­do­wo­lo­ny z sie­bie i ca­łe­go świa­ta… A co bę­dzie, je­śli zła­pie nas deszcz? Zno­wu jed­no z se­rii na­tręt­nych py­tań. Ner­wy? Wła­ści­wie je­stem spo­koj­ny, no bo co się może stać? Je­ste­śmy do­brze przy­go­to­wa­ni, naj­wy­żej zno­wu nie zro­bi­my… My­śli sta­ją się wol­ne i sen­ne; ja­kieś kino, nie­daw­ny film, uśmiech­nię­ta bu­zia dziew­czę­ca, wio­sna, al­pi­nia­da, czte­ry dni w za­wiei śnież­nej… Ko­szy­sta, Krzyż­ne…

No to cześć! Zbu­dzi­łem się. Ciem­no. Zim­no. „Momo”6 wsta­je – mówi, że już trze­cia. Go­tu­ję her­ba­tę. Sie­dzę na wpół zgię­ty, pa­trząc na sza­rze­ją­ce nie­bo i mo­no­ton­nie gwiż­dżę dwie me­lo­die: jed­na jest we­so­ła, a dru­ga smut­na. Bez­sku­tecz­nie sta­ram się od­pę­dzić py­ta­nie, któ­rą z nich będę gwiz­dał po po­wro­cie.

Po­łu­dnie. Upał. Żar z nie­ba. Czar­na toń pod nami. Zno­wu te same traw­ki, tra­wer­sy, prze­wiesz­ki, pół­ki zbie­ga­ją­ce się pod po­tęż­nym oka­pem nad gło­wa­mi. Ogrom­na zie­lo­na póła; pach­ną kwia­ty, le­ży­my wśród wy­so­kich traw, ło­pia­nów, nad gło­wa­mi ster­czą wy­smu­kłe to­ja­dy – i po­dejrz­li­wie pa­trzy­my w górę. Ru­sza­my – byle prę­dzej. Pra­gnie­nie; o wo­dzie na śmierć za­po­mnie­li­śmy. Ple­cak na­ła­do­wa­ny sprzę­tem i je­dze­niem daje po­twor­nie w kość – żeby go ja­sny szlag tra­fił! I dru­ga lina, któ­ra w koń­cu oka­zu­je się za krót­ka. Do dia­bła z taką liną! – za chwi­lę lą­du­je na piar­gach, tuż przy brze­gu sta­wu. Cze­siek w ślad za nią rzu­ca swe­ter, ale ten za­trzy­mu­je się na pół­ce. Pod­czas tra­wer­su spa­da mu ka­pe­lusz, tego nie było w pla­nie, ale jak się ba­wić, to się ba­wić…

Trzy­na­sta trzy­dzie­ści. Zno­wu, tak jak przed pię­ciu laty, je­ste­śmy w nyży. Zmia­ny pra­wie żad­ne. Pra­gnie­nie do­ku­cza co­raz bar­dziej, prze­wiesz­ka wy­glą­da ab­sur­dal­nie. Za­czy­nam my­śleć, jak by tu się wy­co­fać bez zjaz­dów – co oczy­wi­ście jest zu­peł­nym non­sen­sem. „Momo” sie­dzi na szczy­cie tur­nicz­ki i ase­ku­ru­je. Dwa me­try nad nim – pod­par­ta ma­łym ka­mycz­kiem – wisi wy­łu­pu­ją­ca się ze ścia­ny, wa­żą­ca co naj­mniej tonę pły­ta. Jak­by tak po­le­cia­ła… brr! Mar­mo­la­da!

Ata­ku­ję prze­wiesz­kę bez wia­ry w po­wo­dze­nie – po pro­stu tyl­ko dla­te­go, żeby się od razu nie wy­co­fać. Wi­szę – jak pa­jąk – nad Czar­nym Sta­wem, na dwóch wą­tłych pę­tel­kach, w po­zie, któ­ra po dzie­się­ciu mi­nu­tach wy­da­je się ab­so­lut­nie nie do znie­sie­nia. Stu­kam bez­na­dziej­nie młot­kiem w sta­lo­we wier­tło i całą siłą woli usi­łu­ję po­wstrzy­my­wać opa­da­nie zmę­czo­nych rąk. Mi­ja­ją mi­nu­ty, dzie­siąt­ki mi­nut – wresz­cie jest! Z nie­do­wie­rza­niem sta­ję na za­wie­szo­nej pę­tel­ce: i ta­kie coś mia­ło­by mnie utrzy­mać? A jed­nak, wbrew zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi – nit nie wy­la­tu­je.

Wzru­szam ra­mio­na­mi i za­czy­nam bić dru­gi otwór. Trwa to jesz­cze dłu­żej. Po­tem wcho­dzi hak i zno­wu wier­cę. Mam zu­peł­nie dość, przez całe dwie i pół go­dzi­ny po­su­ną­łem się trzy, czte­ry me­try. Ręce jak z waty. Ko­lej „Momy”.

Sie­dzę sku­lo­ny na ru­cho­mych blo­kach i wal­czę z sen­no­ścią. Na do­bit­kę boli mnie ząb. Cze­siek stu­ka i stu­ka. Je­stem zu­peł­nie za­ła­ma­ny. W tym tem­pie nie zro­bi­my prze­wiesz­ki na­wet przez ty­dzień. Poza tym chy­ba nie wy­star­czy ni­tów. I jesz­cze ten cho­ler­ny ząb, od­bie­ra­ją­cy cał­ko­wi­cie ocho­tę do ży­cia. Dia­bli nada­li… Po­twor­nie chce mi się pić. Wy­ssa­li­śmy już wszyst­kie na­wil­głe mchy do­oko­ła. Te­raz „Momo” od­ry­wa je po dro­dze, na­pęcz­nia­łe ście­ka­ją­cą wodą, spra­wie­dli­wie dzie­li na pół i rzu­ca. Co za smak! Nic to, że w ustach zgrzy­ta pia­sek. Nad moją gło­wą, u stóp wi­szą­ce­go blo­ku, jest małe za­głę­bie­nie. Wkła­dam tam eta­to­wy ka­wa­łek mchu, któ­ry co dzie­sięć mi­nut na­sią­ka wodą – taka wod­na klep­sy­dra.

– Po­opu­uść!

Psia­krew, zno­wu drze­ma­łem… „Momo” po­su­nął się na­przód, wbił dwa haki, jest pra­wie w po­ło­wie prze­wiesz­ki, ale też ma dość. Zbli­ża się wie­czór. Czas na bi­wak…

Krom­ka chle­ba, ser, odro­bi­na wody z mchu – oto na­sza ko­la­cja. Ząb prze­sta­je do­ku­czać. Na­dzie­ja wra­ca.

Wierz­cho­łek tur­nicz­ki nie ma me­tra kwa­dra­to­we­go. Zrzu­ca­my wszyst­kie ster­czą­ce ka­mie­nie. Z pie­kiel­nym ło­sko­tem lecą w dół… ścia­na drży. Hen, po dru­giej stro­nie sta­wu, krę­tą ni­tecz­ką ścież­ki wra­ca­ją do domu na ko­la­cję ja­kieś ro­bacz­ki.

– Heej! Yueek au­brr! Yuek au­brr! – to umó­wio­ny znak: ryk lwa. Na­sza „ob­sta­wa” czu­wa. Ju­rek pyta, co z nami.

– Eoun­n­ghh! – leci w prze­strzeń ryk ty­gry­sa w na­szym wy­ko­na­niu, od­bi­ja się ry­ko­sze­tem od za­chod­niej ścia­ny Niż­nich Ry­sów i po­wra­ca jak echo.

Wszyst­ko w po­rząd­ku.

*

Mia­łem już w ży­ciu wy­god­niej­sze bi­wa­ki. Cze­siek ma nogi w pę­tlach, ja trzy­mam mu gło­wę na brzu­chu, a nogi wi­szą nad Czar­nym Sta­wem, z dru­giej stro­ny tur­nicz­ki. On z ko­lei uci­ska mój żo­łą­dek. Tro­chę zim­na noc. Niby śpi­my, ale nie bar­dzo, ja­kieś ma­ja­ki, my­śli bez związ­ku i sen­su – coś, gdzieś, nie wia­do­mo skąd. Cią­gle się po­pra­wia­my, ale de­li­kat­nie – osta­tecz­nie je­ste­śmy nie byle gdzie. W pod­świa­do­mo­ści błą­dzi wra­że­nie, że jest zim­no i nie­wy­god­nie. Gwiaz­dy mru­ga­ją po­ro­zu­mie­waw­czo do swych od­bić w sta­wie, a nie­to­perz lata wo­kół, zdu­mio­ny nie­co­dzien­ny­mi go­ść­mi.

Pra­wie rów­no­cze­śnie bu­dzi nas głu­chy po­mruk. No, tego jesz­cze bra­ko­wa­ło bu­rza! Grzmot prze­wa­la się ty­siąc­krot­nym echem. W na­głym bły­sku wi­dzę ogrom­ną ścia­nę Niż­nich Ry­sów, uję­tą w ramy prze­wiesz­ki. Sia­da­my. Deszcz wpraw­dzie nam tu nic nie zro­bi – ale za­wsze…

– „Momo”, a jak wal­nie w Ka­zal­ni­cę, to nas nie po­ra­zi?

– Coś ty? – od­po­wia­da z nie­sma­kiem.

To do­brze. Moż­na mu chy­ba wie­rzyć, bo w „cy­wi­lu” jest spe­cem od pio­ru­no­chro­nów. Wy­cią­ga apa­rat i coś przy nim maj­stru­je.

– Co ro­bisz?

– Zdję­cia bły­ska­wic, nie wi­dzisz?

„Za­ki­cha­ny fo­to­graf – my­ślę ze zło­ścią – też ma po­my­sły”… Zno­wu grzmot. Sie­dzi­my na szczy­cie tur­nicz­ki i my­śli­my o smacz­nie śpią­cych w schro­ni­sku ko­le­gach.

– Żeby się dra­nie przy­najm­niej po­bu­dzi­li – stwier­dza „Momo”.

– Cho­le­ra…

Cze­siek wy­grze­bu­je skądś ostat­nie­go pa­pie­ro­sa; ma wspa­nia­ły smak, za­cią­ga­my się po­ma­lut­ku, po ko­lei, jak faj­ką po­ko­ju, przy ostat­nich po­mru­kach od­da­la­ją­cej się bu­rzy.

Mo­men­ty nie­pew­no­ści to spo­tka­nia z nie­zna­nym. Dach skal­ny nad nami kry­je wiel­ką ta­jem­ni­cę; to klucz do dro­gi. Ale też pu­łap­ka, któ­ra – jak le­gen­dar­ny Se­zam – za­my­ka się za śmiał­kiem. Wiem, że ta ogrom­na, „al­pej­ska” ścia­na nie uła­twi­ła­by ak­cji ra­tun­ko­wej, a deszcz lub mgła po­ło­ży­ły­by tej ak­cji kres. Nie­pew­ność wy­ni­ku – sło­wa bu­dzą­ce lęk, lecz jak­że eks­cy­tu­ją­ce. Jak bę­dzie nad prze­wiesz­ką, gdy sta­nie­my w wiel­kiej, nie­tknię­tej ludz­ką sto­pą de­pre­sji ścia­ny? Ła­two – czy bez­na­dziej­nie trud­no? A może kwit­ną tam nie­zna­ne kwia­ty? Może ska­czą ko­zi­ce o ro­gach mu­flo­na? Jak tam jest… jak?

Czu­ję się ma­łym Ko­lum­bem. Cie­ka­wość – wiel­ka na­mięt­ność ludz­ka… Kto oprze się po­ku­sie kup­na cza­ro­dziej­skiej tor­by, peł­nej wra­żeń, emo­cji, za­po­mnie­nia wła­snych kło­po­tów i pra­gnień na całe trzy dni? To praw­da, że pa­li­my za sobą mo­sty, że mo­że­my nie wró­cić… Ale wie­rzy­my w sie­bie, we wła­sny spryt i wy­czu­cie dro­gi, wie­rzy­my, że w każ­dych oko­licz­no­ściach damy so­bie radę – dla­te­go pod­no­si­my rzu­co­ną rę­ka­wi­cę…

Je­de­na­sta dwa­dzie­ścia. Pada deszcz. Za chwi­lę pierw­sza nie­wia­do­ma od­kry­je swo­je kar­ty. Cze­siek jest już na skra­ju prze­wiesz­ki, jemu przy­pad­nie za­szczyt pierw­sze­go spoj­rze­nia na ter­ra in­co­gni­ta. Jest śli­sko, nie­zwy­kle trud­no. Mi­ja­ją ostat­nie mi­nu­ty. Za­mie­niam się cały w słuch.

– Jak tam wy­glą­da? – nie mogę wy­trzy­mać.

– Zu­peł­nie ła­twy te­ren…

Kie­dy i ja mogę to zo­ba­czyć, jest już koło trze­ciej. Po­go­da ze­psu­ła się cał­ko­wi­cie. Pod nami mgły, mży deszcz. Idzie­my w górę – ol­brzy­miej de­pre­sji jesz­cze nie wi­dać. Tra­wia­sta ścian­ka na mo­kro i pięk­na sze­ro­ka pół­ka. Kwia­ty, zło­cie­nie, to­ja­dy, wy­so­kie tra­wy. Ale nie ma cza­su na za­chwy­ty. „Momo” po­ko­nu­je stro­my próg w desz­czu – pięk­na ro­bo­ta!

Po­czą­tek de­pre­sji. Dwie ry­ski. Tem­po. Sta­ję w pę­tli, wy­żej już ła­twiej. Ha, ła­two, ale za to kru­cho, nie ma miej­sca na haki. Niech to dia­bli – gdzie za­ło­żyć sta­no­wi­sko? W pra­wo bie­gną ła­god­ne pół­ki, lina się koń­czy – cóż, Cze­siek musi tro­chę po­dejść.

De­pre­sja wy­glą­da ma­ka­brycz­nie: nad gło­wa­mi za­my­ka się po­tęż­ne prze­wie­szo­ne za­cię­cie – nie ma mowy. Wy­co­fa­nie przez lewy fi­lar też wąt­pli­we, je­dy­na szan­sa wpra­wo!