Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 382 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Koma - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Wojciech Chmielarz

Współczesna historia Romeo i Julii, namiętność i zbrodnia, osadzona w małomiasteczkowych realiach, inspirowana najwspanialszą historią miłosną wszech czasów.

Ulica skąpana w strugach deszczu świeci pustkami. Wzdłuż niej, w precyzyjnym urbanistycznym szyku, wyrasta szpaler czteropiętrowych bloków. Starsza kobieta udaje się na komendę policji, żeby zgłosić zaginięcie syna. Młody chłopak, Karol Górski, prymus w najlepszym liceum w mieście, znika bez śladu.

Pani burmistrz zapada w śpiączkę i walczy o życie na oddziale intensywnej terapii pobliskiego szpitala. W bagażniku jej samochodu zostają znalezione ślady krwi. Czy te dwie sprawy łączą się w jakiś sposób? Jak daleko można się posunąć w imię miłości?

Kobieta i mężczyzna, współcześni Romeo i Julia, małe, senne miasto i wielkie uczucie, które wymyka się konwenansom.

Piękna opowieść, inspirowana najwspanialszą historią miłosną wszech czasów.

Opinie o ebooku Koma - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Wojciech Chmielarz

Fragment ebooka Koma - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, Wojciech Chmielarz

(…)

Aż dnia pewnego biorą pochodnie,

w pochód ruszają, brzydcy i głodni.

„Chcemy Romea – wrzeszczą dziewczyny –

my na Kamienną już nie wrócimy”.

„My chcemy Julii – drą się chłopaki –

dajcie nam Julię zbiry, łajdaki”.

Idą i szumią,

idą i krzyczą,

amor szmaciany płynie ulicą...

…Potem znów cicho,

potem znów ciemno,

potem wracają znów na Kamienną.

– Kochankowie z ulicy Kamiennej,

Agnieszka Osiecka

1.

Lekarstwo działa. Pocałunek śmierci[1]

Szum.

Wszystko wydaje mi się szumem. Przeciągłym i narastającym.

Słyszę nierówne bicie własnego serca. Słyszę, jak przez sieć żył przelewa się krew. Zawodzenie syreny i wrzaski obcych ludzi. Bliskie i odległe zarazem. Docierają do mnie, niczym przez dźwiękoszczelną szybę. Trzask drzwi. Stukot kauczukowych kółek toczących się po wyłożonej płytkami podłodze, szybkie kroki, westchnienia aparatury – medycznej? – której złowrogi zaśpiew wibruje, zaś poszczególne akordy nakładają się na siebie, tworząc kakofonię. Zapach choroby i środków do dezynfekcji. Pod powiekami niepokojąco pulsuje światło. Jak z dyskotekowego stroboskopu. Tak przyjemnie z nim płynąć. I płynąć z tym szumem.

Czy to znaczy, że umarłam? Umieram?

Czy to znaczy, że coś poszło nie tak, plan zawiódł?

Szpital nie był w nim przecież ujęty. Szpitala miało nie być wcale. Tymczasem właśnie tu się znalazłam. Wiem to i nie wiem. Na pewno. Wszystko jest trochę nierealne, rozmyte, sztuczne jak teatralne dekoracje, jakbym znalazła się w jednym z tych banalnych seriali o lekarzach, które kiedyś oglądałam z nudów. Nieważne...To było przed. Teraz ciasne uniwersum zamknięte w moim ciele rozwarstwia się, rozpływa. Ktoś krzyczy: „Ewa, pani Ewo!”. Ktoś się głośno zastanawia: „Długo jest nieprzytomna?!”. Ktoś ordynuje: „Płukać, intubować, zgłębnik, szybko, szybko...!”.

To do mnie? O mnie?

Może powinnam im powiedzieć, że tu jestem, że wszystko słyszę, wiem i czuję, lecz jakoś nie chce mi się gadać. A może nie mogę? Członki mam jak z waty, to co na zewnątrz – ciało, szpital, ludzie w kitlach – przelewa się we mnie powoli, jak lepki waniliowy budyń. Jego gęsta masa wszystko zakleja. Zasklepia mi wargi, knebluje je bezsilnością. Zresztą dobrze mi tu. Dobrze tu, gdzie jestem. Przyjemnie, chociaż ktoś mną szarpie, rozbiera. Zrywa ze mnie ubrania. Dlaczego? Czy powinnam się wstydzić? Skończyłam czterdzieści jeden lat, czas wypłukuje resztki młodości z komórek mojej skóry, piersi opadają, brzuch staje się wiotki, chociaż ćwiczę, dbam o siebie, walczę ze wskazówkami i czasami nawet myślę, że wychodzę z tej walki zwycięsko. Ale to tylko myślenie życzeniowe, czas nie zwalnia. Aktu obumierania nie da się powstrzymywać w nieskończoność. Bruzdy, zmarszczki, rozstępy, przebarwienia. Niedyskretny blask świetlówek na pewno eksponuje niedoskonałości. Wydobywa na światło dzienne artefakty przemijania. Pozwala, żeby wszyscy zobaczyli to, czego wolałabym nie pokazywać. W moim wieku ciału służy wyłącznie ciepły płomień świec i lampka wina odbierająca ostrość spojrzeniu. A tu ani świec, ani chianti, a oni ściągają ze mnie wszystko. Zrywają. Bez pardonu. Wstydzę się? Nie, jednak wcale się nie wstydzę. Tu i teraz nagość nic nie znaczy. W ustach czuję coś twardego, plastikowego, duszącego. Kiedy to we mnie wkładali, odruchowo kasłałam. Przeszył mnie krótki, ostry ból. W gardle zasyczały rozgrzane węgle kaleczonych błon śluzowych.

Poddaję się wszystkiemu, co się ze mną dzieje, co ze mną robią. Niech robią... To nie ma najmniejszego znaczenia. Nie istnieje nic przed tą chwilą i nie istnieje nic poza nią. I ja sama też w pewnym sensie nie istnieję. Jakby mnie tu nie było, albo jakby było trochę mniej...

Są za to tamte oczy.

Bardzo wyraźne, niebieskie. Pruski błękit – tak zwykłam określać ich kolor. Chłodny. Chłodne spojrzenie. Paradoksalnie to wspomnienie mnie rozgrzewa. Rozpala od środka. Jest głęboko we mnie, wbite pazurami w podświadomość. Niepokoi i koi – jednocześnie. I on jest ze mną, jest przy mnie. On...?

Chociaż w głowie wciąż szum, krzyk, a w gardle chłód plastiku, w przełyku i dalej miękki gumowy dren, a w żołądku coś zaczyna bulgotać złowieszczo, jak przy zasysaniu ostatnich kropli drinka przez słomkę z dna szklanki. Wsuwanie rurki intubacyjnej we wnętrze ciała przypomina trochę gwałt – gwałt przez usta – odziera mnie z intymności, jest nieprzyjemne, bolesne. Nic już ode mnie nie zależy.

Położyli mnie na boku, chyba po to, żebym się nie zadławiła tym, co zaraz ze mnie wypłynie. Niewygodnie mi w tej pozycji, czuję się zbrukana, poniżona, jest mi zimno, skaj, którym obity jest stół, klei się do mojej skóry. I nikogo to nie obchodzi. Zresztą ów dyskomfort doprawdy nie jest ważny, nic nie jest ważne, tylko... Tamte oczy? Z jakiegoś powodu, którego już nie potrafię sobie przypomnieć, myśli wciąż uciekają w ich kierunku.

Tymczasem przez moje ciało przelewa się fala ciepła. Rzeka torsji. Rwąca. Wyrywa mi trzewia. Przywraca do rzeczywistości. Powietrze przesyca odór wymiocin, a ja na moment otwieram szeroko oczy, by po chwili znowu zanurzyć się pod powierzchnię ciemności połyskującej złowrogo, smoliście.

„Ewa... Pani Ewo... Jeszcze trochę”.

Dajcie mi spokój. Po co oni tak krzyczą?

Woda. Ciepła woda wypełnia mnie od środka. Rozdyma mnie. Mogłabym przysiąc, że zaraz coś mi w środku pęknie. Mój brzuch przypomina balon. Prezerwatywę w śmigus-dyngus; napełnioną ciepłą wodą i przetrawioną treścią żołądka.

I znowu wstrząsa mną spazm. Rzygowiny płyną po brodzie. Fizyczność jest taka paskudna. Niezbyt finezyjna – nazbyt ludzka. Dlaczego nie pozwalają mi zachować godności? Niechby jej pozorów jedynie. Dlaczego nie dadzą mi spokoju?

Dajcie mi spokój. Mam dość!

Nie dają. Męczą mnie. Pastwią się.

Na co to wszystko? Mam dość!

Tortura trwa w nieskończoność.

Trwa…

Wreszcie cisza. Wyciągają obce ciało z mojego ciała, wszystkie te rurki, dreny, plastik. Teraz już boli tylko trochę. Znośnie. Nieznośnie. Teraz jestem pusta w środku. Bardzo pusta. I wolna. Przekładają mnie na plecy. Wprawdzie już śpię, lecz zaraz zasnę jeszcze głębiej. Odpocznę. Jestem śmiertelnie zmęczona. Zapadam się głęboko w słodkie, miękkie nic. W pruskie spojrzenie. W jego spojrzenie. W niego. Jeszcze na chwilę.

[1] William Shakespeare, Romeo i Julia, tłum. Jerzy S. Sito, Polskie Media AMER.COM SA, Poznań 2002.

2.

Dzień ten fatalny więcej takich wróży;

Gdy się raz zacznie złe, zwykle trwa dłużej[2].

Powoli dochodzi dziewiąta, lecz skąpana w strugach deszczu ulica nadal świeci pustkami. Wzdłuż niej, w precyzyjnym urbanistycznym szyku, przypominając klocki domina, wyrasta szpaler czteropiętrowych bloków. Osiedle Wyzwolenia. Niegdyś zadbane, z placami zabaw i przystrzyżonymi trawnikami, należało do huty szkła, stanowiąc zaplecze mieszkaniowe dla pracowników. Po upadku zakładu przeszło w zarząd miasta i zaczęło popadać w ruinę, zmieniając się w przytulisko dla bezrobotnych malkontentów, którzy od dwudziestu pięciu lat, szukając sensu istnienia na dnie butelek, przerzucają odpowiedzialność za życiową porażkę na „tego złodzieja Balcerowicza”. Kto miał trochę oleju w głowie i jakiekolwiek zaskórniaki, już dawno stąd prysnął na inne osiedla, w inne rejony miasta. Tym, którzy zostali, robak wykolejenia wyżera mózgi i wątroby. Place zabaw rozkradziono na złom, trawniki zasłały butelki i psie kupy, a od śmierdzących uryną klatek po zmroku lepiej trzymać się z daleka. Nastroje mieszkańców i ich stosunek do świata idealnie oddaje krzykliwe graffiti widniejące na jednym z bloków, które głosi, że „wszystko to chuj”.

W tym niezbyt wesołym miejscu, w drzwiach jednej z klatek, pod eternitowym daszkiem, pojawia się kobieta. Niestara, choć zmęczona życiem, prawdopodobnie jest grubo po czterdziestce, a może i nie. Trudno stwierdzić. Przed laty musiała być bardzo atrakcyjna. Dzisiaj, przez mocny makijaż, zbyt krótką wyzywającą sukienkę i przepalone farbą blond włosy, wygląda ordynarnie, tanio, ale też – w pewien specyficzny sposób – smutno. Jak typowa dzidzia-piernik, zdetronizowana królowa balu, przechodzona cheerleaderka porzucona przez kapitana drużyny. Z jej wyzywającym emploi gryzie się pokaźnych rozmiarów medalik z Matką Boską spoczywający na pełnym dekolcie. Kobieta ma podpuchnięte oczy, jakby dzisiejszej nocy nie spała albo za dużo wypiła. A może jedno i drugie? Umalowane na różowo usta zaciska w niesmaku. Krzywi się na widok kaskad chlustających z rynien. Ogarnia pustym spojrzeniem spływającą deszczem ulicę. Przez zasłonę wody świat wydaje się jeszcze bardziej odpychający, nieprzyjazny, nieostry. Czubki drzew uginają się pod naporem wiatru. Chodnikiem meandruje dzika rzeka petów i śmieci. Przy studzienkach tworzą się obwódki z brudnej piany. Kobieta ogląda ów odstręczający spektakl z wyraźnym zniechęceniem. Chyba nie ma ochoty ruszać się spod klatki. Robi krok w tył, w stronę drzwi. Może jednak się rozmyśli i przeczeka załamanie pogody w środku? Łapie za klamkę, zastyga. Zatrzymuje się w pół gestu, w pół kroku. Waha się. Gęsta pokrywa chmur, które szczelnie wypełniają niebo, nie daje nadziei, że ulewa szybko ustanie. Niby czerwiec, a pogoda zupełnie do niczego. W telewizji mówili, że to front ze Wschodu – jak zwykle wina ruskich, którzy jak nie mgłę, to ulewę na ciemiężony naród polski sprowadzają – i że to co najmniej do jutra potrwa.

Ale ona wie swoje. To nie żaden pogodowy front, lecz potop. Prawdziwy boski potop. Gniew Najwyższego, który postanowił oczyścić to brudne miejsce z grzechu. Zmyć kurewstwo, które rozpleniło się w mieście, a szczególnie w tej dzielnicy. Ona to wie! Usłyszała w błogosławionym radiu z piernikowego miasta – miej je, Panie, w opiece – jedynym miejscu, gdzie jeszcze głoszą prawdę. Powiedzieli, że deszcz szybko nie minie, gdyż źle się dzieje w Narodzie Wybranym, więc Bóg litościwy ma swój plan!

Szkoda tylko, że zaczął go realizować właśnie dziś – nielitościwie i zupełnie bez pomyślunku – bowiem koliduje z jej własnym. A ona musi wyjść!

Diabli nadali.

Musi! Nie ma sensu dłużej zwlekać. Wzdycha więc, podnosi medalik do ust, całuje go z nabożnym szacunkiem, znacząc różowym stygmatem szminki, po czym otwiera parasol i opuszcza suche miejsce. Lawirując pomiędzy kałużami, szybko mija osiedlowy skwer i dociera do ulicy. Zmierza w stronę parku, oddalając się tym samym od centrum miasta i zostawiając za plecami Osiedle Wyzwolenia.

Przed nią rozpościera się teraz aleja klonowa. Aleja... Jednak drzewa tu mizerne, przykurczone, rachityczne, smutno zwieszają swe korony nad ulicą. Kobieta idzie szybko, nie rozglądając się na boki. Wokół wciąż żywego ducha. Jest sobotnie przedpołudnie, wiadomo, że wszyscy jeszcze na kacu leżą w chałupach. Jezdnią przemykają jedynie pojedyncze samochody. Jakieś kilkunastoletnie audi o pordzewiałych progach pobekuje przedśmiertnie wyziewami trawionego oleju – sprawia wrażenie, jakby w każdej chwili miało się rozpaść – i dostawczak z zakładów mięsnych Gołębiewskiego, oklejony wyblakłymi zdjęciami reklamowymi kiełbas i szynek, i radiowóz wracający z patrolu. Ale przechodniów brak. Ulewa przegoniła z parkowych alejek matki z wózkami, dzieciarnię, zazwyczaj palącą ukradkowo w krzakach, a nawet najtrwalszy element krajobrazu – meneli.

Po kilku minutach kobieta opuszcza park. Wzdłuż ulicy zaczynają wyrastać domy jednorodzinne. Wszystkie na jedno kopyto, upaćkane niemodnym cementowym barankiem. Vis-à-vis wznosi się gmach powiatowej komendy policji – to właśnie on stanowi jej cel.

Kiedy dociera na miejsce, jest trochę przemarznięta, a w jej czarnych szpilkach z imitacji skóry chlupocze woda. Jednak nie od razu wchodzi do środka. Przystaje przed schodami, pod daszkiem, tuż obok ustawionej w kącie popielniczki – zanim przestąpi próg komendy, nim powie, co ma powiedzieć i zrobi, co należy zrobić, musi koniecznie zapalić, uspokoić się, ochłonąć. To grzech zabijać rakotwórczym dymem ciało dane przez Stwórcę, lecz czasami jak człowiek musi... Dlatego i tym razem On na pewno jej wybaczy, wszak sytuacja jest wyjątkowa.

Próbując zapanować nad drżeniem dłoni, kobieta dobywa z torebki paczkę chesterfieldów i zapalniczkę. Wsuwa papierosa do ust i szybko go przypala. Zaciąga się. Delektuje się gryzącym smakiem tytoniu. Dym wypełnia jej płuca spokojem. Kobieta pali niespiesznie, wsłuchując się w krople uderzające o daszek nad wejściem. Patrzy w głąb ulicy. Tam, gdzie kończą się domki jednorodzinne, wyrasta żółto-czerwona hala sieciówki o nazwie „Owada”. Na parkingu sporo samochodów, widocznie coś rzucili w promocji. Po tym, jak zamknięto kino – ponoć nie opłacało się, bo teraz to wszystko w telewizji – hipermarket stanowi ostatni bastion życia miasta. Dalej, za blaszaną halą, już tylko resztki opuszczonej huty – ceglane kominy, baraki, dawny budynek biura, wybebeszony ze wszystkiego, co cenne, pozbawiony szyb, a nawet metalowych futryn. Na zarośniętych wysoką trawą szynach wąskotorówki nadal stoją pojedyncze wagoniki, które okazały się zbyt ciężkie, aby je ukraść.

I wreszcie pola. Pola po horyzont. Koniec miasta. Koniec świata. Koniec Alei Wyzwolenia.

Kobieta uśmiecha się drwiąco na myśl o nazwie ulicy. W zasadzie popękany wąski asfalt, obsadzony po obu stronach rachitycznymi klonami, tyle samo ma wspólnego z aleją, co i z wyzwoleniem. Nigdy nie przedefilowała tędy żadna armia, w pokazie siły nie przejechały czołgi, nie załopotały na wietrze flagi biało-czerwone i nikomu nie zakręciła się w oku łza wzruszenia na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego. Chociaż, jak głosiła plotka: zaraz po wejściu czerwonoarmistów do miasta w czterdziestym czwartym, dowództwo urządziło sobie w jednym z domów stojących przy parku tymczasową kwaterę, a w niej ostrą popijawę. Samogon lał się wiadrami. Rozbawieni chłopcy w samych gaciach – chociaż byli i tacy, którzy twierdzili, że widzieli ruskich z gołymi dupami – pląsali do dźwięków harmoszki, obłapiając przy tym miejscowe dziewuchy. Niespotykana dotąd w bogobojnym mieście sodoma i gomora musiała się skończyć karą boską, czyli ciężkim kacem. I tak, na cały kolejny dzień, przyjaciele zza Buga zalegli pokotem w przydomowym ogródku, pomiędzy szczypiorem i boćwiną, oraz bezpośrednio na ulicy. Wtedy jeszcze Parkowej. Zaraz po wojnie, na cześć zwycięskiej armii, i aby przypochlebić się nowej władzy – a może z powodu prowincjonalnych kompleksów miejscowych prominentów, którzy marzyli, żeby z zabitej deskami dziury zrobić metropolię – zwyczajna ulica zamieniła się w aleję. Aleję Wyzwolenia! Kocie łby zalano asfaltem, posadzono drzewa. A ponad dwie dekady później, aby dodać miejscu powagi i splendoru, pobudowano dodatkowo przyczółek lokalnej praworządności – komendę milicji.

Niestety klony, pieczołowicie podlewane i nawożone przez bezpańskie burki, nie zdołały się rozrosnąć i zasłonić potworka wzniesionego bez polotu i fantazji w czasach gierkowskiej prosperity. Toteż przysadzisty budynek straszy z daleka kratami w oknach i poszarzałą elewacją, tu i ówdzie poznaczoną ciemniejszymi smugami zacieków. Na domiar złego, po latach do istniejącego gmachu doklejono przybudówkę. Szpetny nowotwór błyszczy teraz od frontu szkłem i stalą, nijak nie korespondując ze starą częścią. Komenda jest jak wszystko inne w mieście – zdaje się trwać w dysonansie. Kolejni urbaniści musieli dobrze brać w łapę, a przez to nic tu do niczego nie pasuje. Socjalistyczne bloki z wielkiej płyty wyrastają przy uliczkach z kocich łbów, które pokrywając się piaskiem wybiegają hen w pola i łąki, donikąd. Paździerz lat dziewięćdziesiątych puszy się przy rozdygotanych starością drewnianych chałupach. Nic nie trzyma się kupy. Wszystko jest jedną wielką dysproporcją. Dysfunkcją. Dysharmonią.

Kobieta wreszcie kończy papierosa. Mimo że tuż obok stoi popielniczka, niedopałek ciska w kierunku kałuży. Wzdycha z rezygnacją, ponownie całuje medalik, aż wreszcie przekracza próg komendy. W środku panuje niemal kompletna cisza. Tutaj też weekend. Tylko gdzieś z końca korytarza dochodzi szum rozmowy i dźwięki radia. Ktoś w głębi budynku się śmieje. Trzaskają drzwi...

Mundurowy, siedzący w dyżurce niedaleko wejścia, wgapia się tępo w monitor komputera. Pasjans? Facebook? Chłopak jest bardzo młody – niewiele starszy od syna kobiety – trochę przy tuszy, jego twarz szpecą księżycowe kratery, pamiątki hormonalnych wybuchów. Pewnie dopiero co skończył szkołę. Wygląda na znudzonego albo głęboko nieszczęśliwego, jakby znalazł się tu przez przypadek albo za karę. Prawdopodobnie wolałby spędzać sobotę gdzie indziej. Może z dziewczyną, jeśli takową posiada. A raczej nie posiada. Za to ma w sobie coś z lamy.

Na widok kobiety z ociąganiem odrywa się od ekranu i nieznacznie prostuje. Marszczy brwi.

– Słucham?

Głos ma dziwnie wysoki i piskliwy, jak panienka. Kobietę uderza złośliwa konkluzja, że z takimi warunkami dzieciak raczej nie ma szans na błyskotliwą karierę w policyjnym fachu. Pies, według niej, żeby wzbudzać strach i szacunek, musi mieć głos głęboki i męski, a do tego lekko zachrypnięty i przepity, jak – dajmy na to – Boguś Linda. O, tamten to ma chrypę. I aparycję zimnego drania. Tymczasem ten tutaj...? Lama-kastrat. Gdzie się podziali prawdziwi mężczyźni? Prawdziwi tacy...

– Słucham? – powtarza młody człowiek, a wraz z wysokim C w powietrzu zaczyna wibrować irytacja.

Kobieta postępuje krok naprzód, opiera dłonie na pulpicie. Kolor jej paznokci idealnie harmonizuje ze wściekłym różem warg. Nabiera powietrza – nadszedł ten moment. Ten moment! Mleko zaraz się rozleje. Słowa wywołają nieuniknioną lawinę wydarzeń. Efekt motyla. Wszystko potoczy się jak na filmie. A ona zostanie gwiazdą. Oczywiście wolałaby, żeby nie był to kryminał, czy raczej jakiś pikantny romans z Richardem Gere’em, ale w życiu nie można mieć wszystkiego.

A zatem kurtyna w górę!

– Chciałam zgłosić zaginięcie – mówi, może trochę zbyt kokieteryjnie modulując głosem, po czym milknie. Nie odrywając oczu od chłopaka, obserwuje jego reakcję.

Teraz musi nastąpić trzęsienie ziemi. Dzieciak powinien się poderwać na równe nogi i jąć ją wypytywać: co, gdzie, kiedy. Ale nic z tego. Siedzi, ślamazara, dalej na tyłku i patrzy na nią tym swoim rozmemłanym spojrzeniem lamy. I nawet powieka mu nie drgnie. Jakby co chwila ktoś mu zgłaszał zaginięcie. Czego ich uczą w tych szkołach policyjnych?

– Czyje zaginięcie? – pyta z flegmą.

Kobieta cała się w środku trzęsie, lecz próbuje nie dać tego po sobie poznać. Wydmuchuje powietrze z afektacją.

– Syna! Chciałam zgłosić zaginięcie syna. – Nieznacznie czerwienieje na twarzy.

Może teraz wreszcie gówniarz wybudzi się z otępienia?

– Dobrze. Proszę się uspokoić. Proszę sobie usiąść, o tam. – Wskazuje na drzwi, przy których ustawiono kilka składanych krzesełek. – Zaraz kogoś do pani poproszę.

Weź tu się uspokój, weź usiądź – kobiecie cisną się na usta nieparlamentarne wyrazy, ale posłusznie zajmuje miejsce na krześle. Jakiś respekt czuje przed władzą. Chłopak tymczasem chwyta za słuchawkę i wykręca numer. Czekając na zgłoszenie się rozmówcy, przygładza dłonią mundur na pękatym brzuchu. Po chwili zaczyna mówić. Kobieta bardzo chciałaby usłyszeć, co tam szepcze, jednak zasłonił usta dłonią. Po chwili odkłada telefon i rzuca w stronę rzędu krzeseł:

– Podkomisarz Baran zaraz panią przyjmie.

Baran?! Podkomisarz? Nawet nie komisarz? Cóż za rozczarowanie. Nie, zupełnie nie tak sobie wyobrażała tę chwilę. Że też w jej życiu wszystko musi być nie takie, jak sobie założyła. Nie takie, jak w serialach i filmach. Takie byle jakie.

[2] William Shakespeare, Romeo i Julia, tłum. Józef Paszkowski, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2001.

3.

W grze tu nienawiść wielka, lecz i miłość.

O! wy sprzeczności niepojęte dziwa!

Szorstka miłości! nienawiści tkliwa![3]

Spokój. Musi natychmiast odzyskać spokój! Rozkleił się jak baba, a to do niego niepodobne.

Gdy ratownicy wyszli z domu, sprzątnął wymiociny z podłogi, a później opadł na kanapę. Tę samą, na której ją znalazł. Od kilku minut trwa w jednej pozycji. Odrętwiały, niewidzącym wzrokiem wpatruje się w kartkę trzymaną w dłoni. Nie ma siły znowu jej przeczytać. Za pierwszym razem litery roztańczyły się na papierze, pociemniało mu przed oczami i niewiele zrozumiał z tego, co tam napisane. Może podejmie kolejną próbę, ale jeszcze nie teraz. Nie teraz... Nie tak łatwo się zmierzyć z prawdą, nie tak łatwo zebrać rozsypane myśli.

Zresztą jeżeli nawet uda mu się to przeczytać raz jeszcze, i ponownie, i znowu – aż słowa wgryzą się w pamięć – czy zrozumie więcej? Czy to się w ogóle da zrozumieć?

Powinien pojechać do szpitala, lecz przy nodze ołowiana kula niemocy, a w żołądku delirium strachu. Boi się, co zastanie na miejscu. Czy ją jeszcze zastanie? Musi więc chwilę poczekać, żeby powstrzymać, uspokoić wewnętrzny dygot. Drżenie dłoni. Łopot tego czegoś, co zwykle jest sercem, chociaż ona wykrzyczała mu wielokrotnie, że u niego znajduje się tam tylko próżnia... Tak czy inaczej, powinien ochłonąć, zanim usiądzie za kierownicą. Na dzisiaj starczy ofiar.

Powinien zrozumieć, co tu się właściwie stało. Nie czuje się winny.

No dobrze, trochę się czuje.

Jest winny.

Ale jak ona mogła to zrobić?

Potrzebowała pomocy i pomógł jej, jak potrafił. Bał się, że ona zrobi coś głupiego. Nie powinien był do tego dopuścić. Nie powinien był pozwolić, żeby wszystko zniszczyła, dlatego uprzedził fakty. Tak należało postąpić. Tak postąpiłby każdy na jego miejscu. Tak jest najlepiej. Czasami, w imię wspólnego dobra, ktoś musi odegrać rolę złego porucznika. Nie wziął jedynie pod uwagę, że Ewa tak się przejmie, że to dla niej takie ważne. A może właśnie wiedział i dlatego interweniował? Tym razem zabrnęła za daleko.

Miłość? Latami wmawiała mu, że nic podobnego nie istnieje. Że to puste słowo, niewiele znacząca mrzonka, lukrowane ciastko z krótkim terminem do spożycia. To fantom. Efemeryda o trwałości mydlanej bańki. Jest tylko tkliwa nienawiść. I przywiązanie trwalsze niż nienawiść. I system zachowań i codziennych rytuałów, który – chociaż co do zasady nudny – wygodny jest i bezpieczny. Uwierzył jej, zaoferował to wszystko. Czegóż chciała więcej?

I dlaczego nagle zmieniła zdanie? Zawsze była mądrą, rozsądną dziewczynką, a teraz ta pomroczność jasna. Choroba przenoszona drogą płciową. Jak wirus Zika. Ta cała miłość nic by Ewie nie dała, za to zaszkodziłaby im wszystkim.

Ale ona była głucha. Naiwna! Nagle uznała, że w życiowej rozgrywce główną rolę grają kiery, gdy tymczasem zawsze wygrywają piki. Wszyscy to wiedzą. Uważał, że ona także zna reguły. Zawsze twierdziła, że zna. A później zjawił się tamten. Wydawał się niegroźny. Na początku. Do czasu.

Szymon zrobił to, co należało zrobić. Właśnie tak! Zatem teraz musi zebrać myśli. Musi odzyskać panowanie nad sobą, policzyć do dziesięciu. Raz, dwa, trzy... Niechże ten cholerny deszcz wreszcie przestanie padać! Cztery, pięć...

[3]Ibidem.

4.

Ach, Julio!

Jakżeś ty jeszcze piękna! Mam–że myśleć,

Że bezcielesna nawet śmierć ulega

Wpływom miłości? że chudy ten potwór

W ciemnicy tej cię trzyma jak kochankę?[4]

...Sześć, siedem, osiem...

Liczę uderzenia swojego pulsu, a tymczasem potwór apatii bezlitośnie przyszpila mnie do łóżka. Bezlitośnie i stanowczo przytrzymuje w ciemnościach. Jak niewolnicę, płochliwą kochankę... Lecz ja się wyrywam, nie zamierzam mu się poddać – oddać – opuszczam swoje ciało. Patrzę z dystansu na to, czym teraz jestem. Ze strachem? Raczej ze zdumieniem. Obserwuję siebie – pozbawioną treści wydmuszkę. Ciało bez życia. Płynę nad nim, kiedy przewożą mnie na OIT. Zawisam pod sufitem, gdy podłączają do aparatury podtrzymującej życie. I obserwuję. Konotuję wszystkie szczegóły przestrzeni, zapisuję każdą minutę niecodzienności.

I myślę.

Chciałabym wydostać się w niebyt, dać już sobie spokój, dać za wygraną, jednak tkliwy nihilizm przegrywa z praktyczną częścią mej natury. Jeszcze przez jakiś czas muszę tu zostać. Pruski błękit, miękki i kleisty, jak świeże drożdżowe ciasto, wnika we mnie, oblepia od środka, wypełnia... Zanim odejdę, chcę sobie przypomnieć, co znaczy jego chłodna barwa i kim właściwie jestem. Co tutaj robię? To ważne. Powinnam to wiedzieć, bowiem błękit wgryza się, wnika we mnie coraz intensywniej, próbuje mną zawładnąć. Nie daje o sobie zapomnieć. Osadza się niczym niszczycielska rdza na cienkich postronkach synaps. Wywołuje we mnie niepokój i... podniecenie. Dlatego tak zawzięcie karczuję splątane gęstwiny wspomnień. Wracają niechętnie, bez pośpiechu. Odzyskuję je w rytmie kropel glukozy spływających w żyły wprost z kroplówki. Odzyskuję siebie słowo po słowie. Spowiadam się przed nieruchomym ciałem leżącym na szpitalnym łóżku poniżej, uginam się przed niewygodnymi faktami. Mam sporo na sumieniu, toteż czuję, że wolałabym nie wiedzieć, kim jestem. Nie stawać ze sobą twarzą w twarz. Ponieważ chyba nie lubię siebie. Anonimowi alkoholicy na mityngach pewnie też siebie nie lubią, a jednak twierdzą, że prawda wyzwala. Zatem i ja się wyzwalam. Mówię i słucham. Wstyd chowam na inną okazję...

Mam na imię Ewa.

Istnieję od czterdziestu jeden lat i nieco ponad miesiąca. Nie istnieję od jakichś trzech godzin.

W moim życiu wszystko już się wydarzyło.

Lata chude i tłuste mam za sobą. Znam każdy z odcieni smutku i smaki radości. Nie jestem młoda, nie jestem też stara. Od czasu, gdy skończyłam czterdziestkę, nikt nie mówi o mnie: fajna laska, co najwyżej rzuca – nie kryjąc zaskoczenia – że jak na swój wiek jeszcze nieźle się trzymam. Jak na swój wiek! – te słowa zawsze są jak policzek. Weszłam w idiotyczną fazę istnienia, kiedy człowiekowi się wydaje, że wszystko może, lecz tak naprawdę coraz mniej mu wypada. Wprawdzie później wypada jeszcze mniej, jednak wraz z osiągnięciem starości nabieramy dystansu i więcej spraw mamy w dupie. Ja jeszcze nie mam, na razie tkwię w stadium, kiedy pętają mnie normy i zasady, wolność jest iluzją, zaś każdy gest i słowo zdeterminowane są przez oczekiwania innych. Według nich powinnam być dojrzała, odpowiedzialna, racjonalna. Nie powinnam być za to zbyt ekspresyjna, naiwna i mieć złudzeń. Udaję, że tak właśnie jest. Udaję nawet przed sobą. Obudowuję się maskami, a jest ich tyle, że sama się w nich pogubiłam. Przed światem gram kogoś, kim nie jestem, i – co gorsza – kim chyba wcale nie chcę być. W miejscu, w którym obecnie tkwię, znalazłam się przypadkiem. Moje życie to suma nieoczekiwanych zrządzeń losu i zbiegów okoliczności. Ulegałam im. Jak większość z nas. Trwając w uśpieniu, pozwoliłam nieść się prądom zdarzeń, stąd też dzisiaj jestem tym, kim jestem. Równocześnie nie będąc sobą.

Jestem pełna sprzeczności. Słaba i silna. Mądra i głupia. Ekstrawertyczna i zamknięta w sobie. Jestem szczodra i skąpa. Jestem nikim. Jestem kimś. Tą Ewą. Panią Ewą. Osiągnęłam sukces, zrobiłam błyskotliwą karierę – w wieku zaledwie trzydziestu siedmiu lat zostałam burmistrzem i pozostaję nim do dziś. Zostałam wielkim imperatorem gminy, panem i władcą powiatu. Nie dałam się wykiwać, rozgryzłam wszystkie układy, układy jedzą mi z ręki, nie mają przede mną tajemnic. Podobnie jak to miasto. Ani duże, ani małe, szaro-bure, jak tysiące innych w tym kraju. Ono pulsuje w moich żyłach, wiem o nim wszystko. Jestem nim – jam jest miasto! – z jego uroczymi zakątkami nad rzeką, z sosnowym lasem szumiącym na Piaskach, ze stuletnim parkiem i falującymi łąkami, które tworzą niepowtarzalny pejzaż sielskiej Lubelszczyzny.

Jestem miastem.

Wraz z brudem Osiedla Wyzwolenia, rdzą nieużywanych trakcji kolejowych, z zaszczaną bramą obok sklepu monopolowego „Bachus” i z niedofinansowanym szpitalem popadającym w ruinę, w którym teraz leżę. Miasto pączkuje we mnie wraz z wieloletnimi przyjaźniami, które tu się zrodziły i tu zakończą, z serdecznością, ciepłem, z niepowtarzalnym kameralnym klimatem prowincji, z leniwymi niedzielnymi porankami. Z ciszą i dzikim winem porastającym fasadę ratusza. Ale też plotkami, zakłamaniem, małomiasteczkową ksenofobią, nieznośną hermetycznością. Z przaśnością typową dla miast drugiej kategorii, które dla ludzi z zewnątrz nie są niczym więcej niż kropką na mapie.

Kocham to miejsce.

Nienawidzę go.

Często w głębi duszy nim gardzę – czuję się lepsza od większości osób, które tu mieszkają. Należę do elity, zaściankowej socjety, co naturalnie łechce moją próżność i napędza chore ambicje. Władza wynaturza, demoralizuje, więc w pewnym sensie taka właśnie jestem. Nigdy jednak nie pokazuję tego po sobie. Żeby w polityce odnieść sukces, należy ukryć poczucie wyższości wobec maluczkich w najciemniejszych zakątkach osobowości. I bratać się z tłuszczą, i poklepywać po plecach prostaczków, i szczerzyć do wszystkich z braterską poufałością. Takie są zasady gry. Polityk, gdy trzeba, zatańczy na dożynkach, z każdym napije się wódki, innym razem zaśpiewa piosenkę disco polo podczas wiecu – nawet jeżeli już po pierwszym takcie Ona tańczy dla mnie dostaje wysypki i ma ochotę puścić pawia w rozbujany, rozradowany tłum...

Taka właśnie jestem. Zakłamana. Nie ma powodu, żeby mnie szanować, lecz dzięki władzy nie można mnie nie szanować. Nie można mi nie ufać. Jestem prawem. Jestem sprawiedliwością. Praworządnością i świętością. Chociaż wychowana przez zdeklarowaną ateistkę nigdy nie dostąpiłam łaski – bądź przekleństwa – wiary, potulnie chadzam na msze i dopełniam wszelkich religijnych obrzędów. Siedzę w pierwszej ławie. Pierwsza się wyrywam, aby przyjąć Ciało Chrystusa. Spowiadam się najdłużej. Najpokorniej schylam głowę w żalu za grzechy. Najgłośniej śpiewam Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie... Obserwowana w kościele przez czujnych wyborców zwykle myślę o wszystkim i o niczym – o wizycie u kosmetyczki, lampce wina, którą wczoraj wychyliłam, książce, którą przeczytałam, o ustawieniu jakiegoś przetargu, albo męskich ramionach, w które chętnie bym się zapadła – lecz nigdy o istocie sacrum. Mojego małego profanum i tak nikt nie odkryje. Wszak wyśmienicie gram bogobojnego polityka, na obu kolanach modlę się żarliwie, aby mnie wybrano na kolejną kadencję, proszę o łaskę Pańską, żeby nikt nie dopatrzył się malwersacji, których się dopuszczam...

Mimo że małpuję z zaangażowaniem, czasami obawiam się, że ktoś domyśli się mistyfikacji, rozgryzie mnie, przejrzy blagę. Niepotrzebnie – większości ludzi wystarczają pozory. Hipokryzja to nasz sport narodowy. Chowam się więc za fasadą świętoszkowatości, gram, gdyż niewierzącego odszczepieńca nikt w naszym powiecie nie wybrałby do sprawowania urzędu. Może gdzieś w Słupsku rządzi sobie gej-ateista, ale nie tutaj. Ateiści, geje, lesbijki, kolorowe ptaki-lewaki, liberałowie, gorszy sort, Żydzi i zakamuflowana opcja niemiecka u nas nie mają dostępu do koryta. Zresztą nikt taki tu nie mieszka. Wszyscy o odmiennych poglądach czy orientacji dawno się stąd wynieśli, pochowali w mysich norach, bądź zostali grzecznie wyproszeni. Dla inności nie ma tu miejsca. Dopasowuję się do zasad.

Nawet jeżeli w głębi duszy – zakładając, że w ogóle ją posiadam – nie podzielam narodowych fobii, to otwarcie się do tego nie przyznam. Za daleko zaszłam. Zabrnęłam? Za wiele mnie to kosztowało. Zbyt głęboko uwikłałam się w układy. Przywdziewam więc maskę, ukrywam się za gębą. Nie mam wyrzutów sumienia. Z wyrachowania się nie spowiadam. Z tego, że w środku jestem wypalona, zgorzkniała, moralnie przegniła i rozczarowana – a ponadto niespecjalnie lubię ludzi, nie wyłączając siebie – też nikomu się nie zwierzam. Bo i po co? Wystarczy, że na zewnątrz uchodzę za sympatyczną, miłą i otwartą. Nie walczę z wiatrakami, nie kontestuję rzeczywistości. Nie komplikuję świata dodatkowo. Jest wystarczająco popieprzony bez mojego wkładu.

Czy zawsze taka byłam?

Nie.

Czy mam na sumieniu jeszcze jakieś grzechy...?

Owszem. Jestem resortowym dzieckiem, ale nie kochałam ojca. Szybko straciłam dziewictwo. Jako nastolatka paliłam blanty – i w przeciwieństwie do byłego premiera zawsze się zaciągałam – a obecnie, po powrocie z pracy, lubię napić się wina. Rzadko kończy się na lampce. Zalewam robaka, żeby się znieczulić. Aby zapomnieć o szambie, w jakim nurzam się na co dzień. I żeby uodpornić się przed nocą – na szczęście mąż coraz rzadziej zagląda do mojej sypialni. Spełniamy swoje obowiązki jedynie dla zachowania pozorów i higieny związku. Nie kochamy się. Uprawiamy seks. Tak jak się uprawia jogging albo zagon ziemniaków. Metodycznie, bez emocji, bo należy. Dzisiaj nie potrafię nawet sobie odpowiedzieć, czy kiedykolwiek Szymona kochałam. Jakby to, co nas kiedyś połączyło, wydarzyło nie w moim, lecz życiu kogoś innego. Nie jestem tamtą dziewczyną, a on tamtym chłopakiem. Wszystko, co między nami było, czas jakoś rozmył, zniekształcił, wyjałowił.

Kiedy się z nim wiązałam, byłam bardzo młoda, bardzo głupia i zachłyśnięta jego siłą, męskością buzującą testosteronem. Szymon, absolwent AWF-u, wysportowany, umięśniony, sprawny. Był kompletnie różny ode mnie. Panna mądralińska w okularkach i mięśniak w dresach. Właśnie skończyłam prawo w Warszawie i wróciłam do miasta. Wanda namawiała mnie, żebym stąd uciekła, żebyśmy uciekły razem, żebym zdawała na aplikację w stolicy. Ale zabrakło mi wiary w siebie i jakoś nie widziałam się w todze. Pięć lat wkuwania paragrafów, wyjęte z życiorysu, wystudziło mój entuzjazm. Poza tym nie potrafiłam przywyknąć do Warszawy, do szumu wielkiej aglomeracji. Tutaj mogłam być kimś, tam na zawsze pozostałabym nikim – słoikiem, dziewczyną z prowincji, obywatelką drugiej kategorii, która rodowitym warszawiakom odbiera miejsca pracy i miejsce parkingowe pod biurem. Persona non grata. Nie chciałam tak żyć. W ogóle nie wiedziałam, jak żyć. Czegoś tam niby ważnego chciałam dokonać, lecz nie wiedziałam, co by to miało właściwie być. Po latach studiów najbardziej pragnęłam wolności. Hic et nunc. Chciałam korzystać z młodości, pieprzyć się do utraty zmysłów, pić wódkę i tańczyć do rana. Szymon miał wtedy podobne priorytety i był na każde zawołanie. Adorował mnie, nosił na rękach. Prosty, nieskomplikowany, zadurzony we mnie bez pamięci – chłopak totalnie z innej bajki niż ja. Jego niewiedza mnie śmieszyła, czułam się przy nim jeszcze lepsza, mądrzejsza. Jego zachwyt łechtał moje ego. Nie mogliśmy wprawdzie podyskutować o Heideggerze, ale i tak nie byłoby na to czasu. Nie wychodziliśmy z łóżka. Powinniśmy byli uważać, jednak kto w ekstazie pamięta o terminowym łykaniu tabletek.

Zaszłam w ciążę. Nie bałam się społecznej anatemy, szkarłatnej litery, jednakże mojej przyszłej teściowej podobna hańba nie mieściła się w głowie – na rany Chrystusa, dziecko, bez ślubu?! Broń was, Panie Boże, i co ludzie powiedzą! Szymon zdawał się zachwycony, po dziecięcemu, bezrefleksyjnie zachłyśnięty perspektywą zostania tatusiem. Wanda była zrozpaczona naszą indolencją w sprawach antykoncepcji. Nie mogła znieść, że uwikłałam się w związek z kimś poniżej jej oczekiwań. Namawiała – jeżeli już naprawdę nie chcę się poddać aborcji – żebym przynajmniej odpuściła sobie ślub. Przekonywała, że pomoże mi wychować to dziecko, bylebym darowała sobie ten cyrk z kościołem i białym welonem...

Całe życie pielęgnowała we mnie poczucie niezależności, więc zrobiłam z niego użytek i jej nie posłuchałam.

Kiedy Szymon poprosił mnie o rękę, powiedziałam „tak”. Dałam się porwać fali wydarzeń. Do tej pory zawsze musiałam w jakiś sposób za siebie odpowiadać, być odpowiedzialna. Okazało się, że to całkiem wygodne, pozwolić, by inni myśleli za mnie, załatwili wszystko, rozpisali scenariusz na resztę mojego życia. Siostra Szymona wybrała za mnie sukienkę, teść kupił wódkę. Teściowa wyprosiła szybki termin u proboszcza. Wyprawili nam takie weselisko, że pół miasta się urżnęło. A ja przy okrzykach „gorzko-gorzko” doszłam do wniosku, że chyba jednak – na złość Wandzie – będę szczęśliwa.

Tydzień później poroniłam.

Płakałam kilka dni bez przerwy. Wanda pocieszała mnie, że przecież jesteśmy młodzi, kiedyś jeszcze na pewno będziemy mieli dziecko. Może po cichu myślała, że odejdę od męża. Ale tego nie zrobiłam. Po jakimś czasie doszłam do siebie. Szymon mocnymi pchnięciami bioder każdego dnia wybijał z mojej głowy złe wspomnienia. Znowu było w porządku. Jakość naszej relacji przeliczaliśmy na ilość orgazmów. Mąż mnie kochał i tej miłości starczało za nas oboje. Przez pierwsze dwa lata po ślubie było nam tak dobrze, że niespecjalnie się przejmowaliśmy tym, iż żaden nowy plemnik nie zaprzyjaźni się bliżej z moją komórką jajową. Później to się zmieniło.

Zaczęłam się obwiniać. Temat pustej macicy urósł do rozmiarów obsesji. Zdrowa dieta. Owulacyjny małżeński seks z zegarkiem w ręku. Po wszystkim nogi w górze, żeby nie uronić ani kropli świętego mężowskiego nasienia. Zaciśnięte uda, wstrzymywany oddech, trzymane kciuki. Sikanie na plastikowe płytki testów... Z nadzieją wypatrywałam dwóch kresek. Lecz kreska zawsze była jedna. Samotne blade nic. Później przyszły łzy i krzyk wściekłości, walenie głową w prokreacyjny mur. Bowiem wszystko na marne. I zegarek, i nogi w górze. Na marne... Od ścian macicy wciąż odbijało się jedynie głuche echo pustki.

„Ewka, jesteś do niczego” – myślałam sobie. Nie jesteś prawdziwą kobietą. Błogosławioną Matką-Polką. To pewnie kara za ojca komunistę i ciotkę ateistkę. Czułam się wszystkiemu winna.

Pierwszy raz w życiu coś mi się nie udawało. Rozgoryczenie pogłębiały pytania życzliwych. Bezustanne pytania. Bezduszne, nietaktowne, bolesne, jak dłubanie w otwartej ranie. „Kiedy doczekacie się dzidziusia?”, „Nie za dobrze wam tak tylko we dwoje, nie czas wziąć się do roboty?”. Od tej roboty byłam już cała w środku poobcierana i obolała. Dostawałam piany na ustach, mordercze myśli zatruwały umysł. Moje jajniki stały się zagadnieniem numer jeden, głównym tematem debat rodziny męża. Katowali mnie przy każdej sposobności. U cioci na imieninach – „Kiedy dzidziuś?”. Wielkanocne jajeczko – „Jak, Ewciu, twoje jajeczkowanie?”. Boże Narodzenie – „Kiedy narodzenie waszego potomka?”. Aaa! Miałam ochotę ich rozszarpać. Wreszcie przestałam u nich bywać. Szymon mnie nie zmuszał.

Oczywiście leczyłam się. Byłam u wszelkiej maści specjalistów. Jakość nasienia męża w normie, u mnie też niby wszystko okej. Lekkie tyłozgięcie macicy, ale nie z takimi wadami kobiety zachodzą w ciążę. Może problem leży w głowie, może podświadomie wcale nie chcę dziecka? – głowili się specjaliści. Oczywiście moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina... Żeby udowodnić wszystkim, że mi zależy, wyprawiałam cuda-wianki. Piłam tybetańskie zioła. Byłam u homeopaty, a nawet u szeptuchy pod białoruską granicą. Kazała mi palić świece z pszczelego wosku, pić jakieś śmierdzące napary i wkładać ciepłe kamienie w pochwę. Zasłuchana w słowiańską melodię jej języka, zatopiona w tej irracjonalnej scenie, wmawiałam sobie, że to tylko zły sen. Zresztą te dziwaczne metody nic nie dały. Pewnie zbyt słabo wierzyłam w uzdrawiającą moc rzecznych otoczaków.

Wreszcie przyszedł czas na in vitro.

W tajemnicy przed ultrakatolicką rodziną Szymona. Na zabiegi wydaliśmy mnóstwo kasy i mamy z nich kilkoro dzieci. Troje niezagnieżdżonych, resztę zamrożoną. Po kolejnej nieudanej implementacji daliśmy sobie spokój.

Na koniec moja teściowa pojechała w naszej intencji na pielgrzymkę do Watykanu. Jej ofiara, oprócz ładnej, włoskiej opalenizny i poświęconych przez samego papieża dewocjonaliów, przyniosła podobny rezultat, co ciepłe kamienie w moich narządach rodnych. Myślałam o adopcji, jednak Szymon nie wyobrażał sobie, że mógłby pokochać cudze dziecko. Powtarzając za swoja rodziną, twierdził, że na pewno dadzą nam w bidulu pomiot po jakimś pijaku albo ćpunie. I jak to kochać? Byłam innego zdania, jednak nie miałam siły, żeby o nie walczyć.

Od tamtej chwili koncentruję się na pracy. Musiałam czymś zająć myśli. Szybko zaczęłam piąć się po drabinie kariery w administracji. Najpierw przyjęłam pracę rzecznika w miejscowym UOKiK-u, później w wyborach zostałam wybrana do rady powiatu. Miałam coraz więcej pieniędzy i coraz mniej czasu na życie. Coraz mniej czasu dla Szymona. Byliśmy sobą zmęczeni. Rozczarowani. Bliskość zastąpiła nam niepohamowana konsumpcja. Skupiliśmy się na wydawaniu i posiadaniu coraz lepszych ubrań, samochodów, sprzętu RTV i AGD. Wreszcie kupiliśmy dom na Piaskach. Awansowaliśmy do miejscowej elity. Wszystko byłoby super, tylko nas już wtedy nie było.

I tak, od jakichś paru lat istniejemy obok siebie, w równoległych światach. Od mniej więcej dwóch. Wiem, że Szymon mnie zdradza. Wiem, ale nie rwę włosów z głowy. Jestem odporna, kalkuluję to na chłodno. Czy istnieją pary, które nie miewają skoków w bok? Uwierzyłam w teorię, że monogamia to wymysł cywilizacyjny, sprzeczny z biologią i zdrowym rozsądkiem. W razie zdrady lepiej zachować spokój, niż walczyć z wiatrakami i pierwotną, ludzką naturą. Zresztą wiedziałam, że Szymon ode mnie nie odejdzie. Ja od niego także. W pewnym momencie nasz związek przeistoczył się w dobrze prosperujący układ. Finansowy, towarzyski, społeczny. Wszystko działało jak należy. Żadne z nas nie zrezygnowałoby zbyt łatwo – czy jest sens szukać nowego wroga, kiedy własnego poznało się tak dobrze?

Słowo „rozwód” nie istniało w naszym słowniku. Nie mieliśmy ochoty na ludzkie gadanie, połajanki mamusi, reprymendy z ambony, publiczny lincz. Rozwódki nikt by nie wybrał na następną kadencję. Pragnienie władzy hamowało w ostatnim czasie moje rozwodowe zapędy. Szymon też zachowywał status quo. Jego siłownia, wypieszczony biznes, w połowie należała do mnie. Uwikłaliśmy się w wiele brzydkich spraw… Tkwiliśmy w nich po uszy, ponosiliśmy konsekwencje.

Może gdybym nadal Szymona kochała, nie pozwoliłabym, żeby tak się ode mnie odsunął. Nie pozwoliłabym na te wszystkie niunie. Lecz między nami nie było już chemii, dawnych emocji. Nie było czułych spojrzeń, drżenia kolan, wilgotnych pocałunków. Nie było nic. Były wspomnienia. Przywiązanie, uzależnienie, splątany węzeł wzajemnych zależności. A Szymon wciąż był młody, jego ciało nadal domagało się spełnienia. Moje również. Nie mieliśmy ochoty na siebie, toteż erzac miłości znajdowaliśmy poza związkiem. Oczywiście ja jako kobieta, w naszym patriarchalnym małomiasteczkowym środowisku nie miałam przyzwolenia na romanse. Mąż zdradzający żonę to równy gość, mocny kozak, taki, co to się w życiu potrafi ustawić, co to go koledzy przy piwku poklepią po plecach. Zdradzająca żona to dziwka. Szybko to zrozumiałam, dlatego dobrze się kryłam z moimi małymi przygodami. Doszłam do perfekcji. W rodzinnym teatrzyku co jakiś czas zjawiał się drugoplanowy aktor, który odegrawszy swoją rolę, po kilku spektaklach bez żalu usuwany był ze sceny.