Wydawca: Ole Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kołyska Judasza - Ben Berkeley

„Zajrzyj pod fotel, Jessiko…”

Psychopata przy użyciu bomb chowanych we wnętrzu samochodu zmusza młode kobiety do jazdy na pustkowia. Tam torturuje je i zabija, stosując średniowieczne narzędzie tortur: kołyskę Judasza.

Książkę wyróżniają opisywane przez autora innowacyjne techniki śledcze, takie jak: eksperymentalna jednostka Cyber Crime Unit, która wykorzystuje specjalne oprogramowanie do poszukiwania zaginionych osób w sieci, eskadra wyszkolonych kondorów do poszukiwania zwłok oraz wprowadzenie pojęcia „triple-identity” (potrójnej tożsamości) do profilu sprawcy.

Opinie o ebooku Kołyska Judasza - Ben Berkeley

Fragment ebooka Kołyska Judasza - Ben Berkeley

Ben Ber­ke­ley

Kołyska Ju­da­sza

Przekład: Agniesz­ka Ewa Hof­f­mann

Tytuł ory­gi­nału: Ju­da­swie­ge

Co­py­ri­ght © 2011 by Pi­per Ver­lag GmbH, München

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., War­sza­wa 2013

All ri­ghts re­se­rved

Tłuma­cze­nie: Agniesz­ka Ewa Hof­f­mann

Re­dak­tor pro­wadzący: Agniesz­ka Trzeb­ska-Cwa­li­na/Ha­chet­te Pol­ska

Re­dak­cja: Mag­da­le­na Od­no­us

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okładki: © Ibu­shu­ev / Istock­pho­to.com

Skład i łama­nie: Sławo­mir Dra­chal

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 828 02 82, 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-267-8

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Ane­ta Raw­ska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Od au­to­ra do au­to­ra

Roz­dział 1

Czer­wiec 2004

Big Be­ach, wy­spa Maui, Ha­wa­je

Jes­si­ca, bez­tro­sko roześmia­na, z plu­skiem roz­bi­jała sto­pa­mi płyt­kie fale roz­le­wające się po plaży. Wokół niej do­ka­zy­wał obcy czar­no-biały pies. Cie­szyła się z tej przy­pad­ko­wej zna­jo­mości z sym­pa­tycz­nym fu­trza­nym kłębkiem. Ze śmie­chem spry­skała mu mordkę kil­ko­ma kro­pla­mi wody, co zwie­rzak skwi­to­wał krótkim szczek­nięciem i popędził z po­wro­tem do pana po miękkiej plaży, rozświe­tlo­nej wie­czor­nym słońcem.

Po­zwo­liła fa­lom spłukać pia­sek ze stóp i wróciła bie­giem do ręczni­ka; zro­biło się późno. Była za kwa­drans siódma, o wpół do ósmej miała zjeść ko­lację z Ad­ria­nem. Pew­nie zno­wu wy­cza­ru­je coś wspa­niałego; był ku­cha­rzem nie tyl­ko z za­wo­du, ale i pa­sji. Nic dziw­ne­go, że sta­wał przy kuch­ni na­wet w niektóre wie­czo­ry ich mio­do­we­go mie­siąca. Jes­si­ca ko­rzy­stała wte­dy z oka­zji, żeby popływać albo po­cho­dzić po górach, ale na ko­lację punk­tu­al­nie wra­cała do kwa­te­ry.

Czy to nie piękne, że po sześciu la­tach nadal wy­cze­ki­wała spo­tka­nia z nim z radością, pomyślała z uśmie­chem. Wiatr mu­skał drob­ne włoski na jej cie­le, aż zadrżała z zim­na. Owinęła ręcznik wokół bio­der i wzięła klap­ki.

Raz jesz­cze obej­rzała się za sie­bie na mo­rze, na ta­jem­niczą wyspę, która wzno­siła się u wy­brzeża jak po­nadwy­mia­ro­wy ciem­ny głaz. Cie­ka­we, czy miesz­kają tam lu­dzie? – po raz set­ny zadała so­bie to py­ta­nie po dro­dze do sa­mo­cho­du wziętego z wypożyczal­ni. Mo­kry, lep­ki pia­sek łasko­tał przy­jem­nie między pal­ca­mi stóp.

Po nie­całych dwóch mi­nu­tach była przy sa­mo­cho­dzie. Włożyła let­nią su­kienkę na bi­ki­ni. Wnętrze je­epa było na­grza­ne; ze środ­ka buchnęła fala dusz­ne­go, gorącego po­wie­trza. Po­otwie­rała okna, po­tem uru­cho­miła sil­nik i sa­mochód po­wo­li wy­to­czył się z par­kin­gu. Czuła ssa­nie w żołądku. Naj­wyższa pora, żeby coś zjeść. Może zno­wu będą te fan­ta­stycz­ne ste­ki z sa­mogłowa?

Ślin­ka na­biegła jej do ust i w tym mo­men­cie z zamyśle­nia wy­rwał ją dźwięk komórki. To pew­nie Ad­rian za­sta­na­wiał się, gdzie się po­dzie­wa.

– Halo, Ad­rian – przy­wi­tała z uśmie­chem swe­go świeżo poślu­bio­ne­go uko­cha­ne­go. Coś trzasnęło w słuchaw­ce. Słabe połącze­nie, pomyślała. To ty­po­we na Maui, wy­spia­rze wyraźnie nie pa­nują nad swo­imi sie­cia­mi komórko­wy­mi.

– Ad­rian? – powtórzyła.

– Nie­zu­pełnie – od­po­wie­dział czyjś ci­chy głos.

– Kto mówi? – za­py­tała z lek­kim po­iry­to­wa­niem, pew­na, że ktoś do­dzwo­nił się do niej przez pomyłkę.

– Jes­si­co, chcę, żebyś za­cho­wała spokój – po­wie­dział nie­zna­jo­my.

Co to miało zna­czyć? Czyżby coś się stało z Ad­ria­nem? Żołądek ścisnął się jej w prze­czu­ciu cze­goś złego.

– Co się stało? – Chciała wie­dzieć.

– Jesz­cze nic – uspo­koił ją głos. – Zaj­rzyj pod fo­tel, Jes­si­co. – Głos brzmiał zim­no i bez­na­miętnie.

Zadrżała jej ręka. Cze­go chciał ten fa­cet? Po co miała zaglądać pod fo­tel? Oszołomio­na skie­ro­wała ciężki wóz na po­bo­cze i spoj­rzała we wstecz­ne lu­ster­ko. Oprócz niej na szo­sie nie było żywej du­szy. Prze­sunęła dźwi­gnię au­to­ma­tycz­nej skrzy­ni biegów w po­zycję par­ko­wa­nia i schy­liła się. Jej oczy z tru­dem przy­zwy­cza­jały się do ciem­ności pod sie­dze­niem. Wstrzy­mała od­dech, ser­ce biło jej nierówno. Co to wszyst­ko miało zna­czyć? Kiep­ski żart któregoś ze zna­jo­mych Ad­ria­na? Za­trzy­mała wzrok na czer­wo­nej, mi­gającej równo­mier­nie dio­dzie. Świa­tełko umiesz­czo­ne było na spo­rym sza­rym pa­kun­ku z pla­sti­ku, okle­jo­nym sze­roką taśmą.

Sie­działa na bom­bie.

– Jes­si­co, zaj­rzałaś pod sie­dze­nie? – ode­zwał się głos. Tym ra­zem po­brzmie­wała w nim wyższość. Od­niosła wrażenie, że mężczy­zna na dru­gim końcu li­nii się uśmie­cha.

– Tak – wy­du­siła.

– Do­brze. Nie wy­sia­daj z wozu.

Myślała gorączko­wo. W zasięgu wzro­ku nie było żad­nych sa­mo­chodów, była sama na za­ku­rzo­nej szo­sie. Skąd niby miał wie­dzieć, czy wysiądzie, czy nie?

Jak­by czy­tając w jej myślach, powtórzył:

– Nie wy­sia­daj, Jes­si­co. Nie rób nam tego. Widzę cię.

Cho­ciaż Jes­si­ca nie miała skłonności do po­ce­nia się, su­kien­ka lepiła się jej do skóry; ad­re­na­li­na robiła swo­je. Strach, stres i pot. Ogarnęła ją pa­ni­ka. Co miała robić, cze­go chciał ten fa­cet? Chciał ją upro­wa­dzić? Z po­wo­du Ad­ria­na? Dla pie­niędzy? Do cho­le­ry, Ad­rian…

– Nie py­taj, dla­cze­go. Nie cho­dzi o Ad­ria­na, cho­dzi tyl­ko o nas dwo­je.

Jak­by czy­tał w jej myślach. Przełknęła ślinę i wybąkała:

– Co to zna­czy: o nas dwo­je?

– Do­wiesz się we właści­wym cza­sie – zaśmiał się głos. – A te­raz jedź da­lej. I nie prze­kra­czaj prędkości, w końcu nie chce­my, żeby wy­da­rzył się wy­pa­dek, praw­da, Jes­si­co?

Dla­cze­go on bez prze­rwy po­wta­rza moje imię? – zi­ry­to­wała się. Po­pie­przo­ny fre­ak. Jaki miała wybór? Jeśli bom­ba jest praw­dzi­wa, musi grać na zwłokę. A jeśli nie, jeśli to tyl­ko jakiś psy­chol, który chce napędzić jej stra­chu? Jakoś w to nie wie­rzyła. Może to daw­ny ko­cha­nek. Który z nich był na tyle sza­lo­ny, żeby zro­bić coś ta­kie­go? Nie miała pojęcia. Z dru­giej stro­ny, kto wie, co w kim sie­dzi? W naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­kach, tam, gdzie kryją się naj­mrocz­niej­sze fan­ta­zje.?

Je­dy­ne, co przy­cho­dziło jej na myśl, to tam­ten je­den raz. Parę lat temu, mrocz­ny bar, parę drinków, jed­na noc. W łóżku zaczął ją pod­du­szać. Nie robiła z tego afe­ry, była za­mro­czo­na al­ko­ho­lem i na­wet ją to kręciło. Czy to mógł być jego głos? Nic już nie wie­działa, poza tym, że sie­dzi na bom­bie, a jakiś głos gro­zi jej, że bombę zde­to­nu­je, jeśli nie zro­bi tego, cze­go żąda.

Po­sta­no­wiła nie ry­zy­ko­wać i chwi­lo­wo pod­dać się jego woli. Rozsądek wal­czył o przejęcie pa­no­wa­nia nad sy­tu­acją. A gdy­by tak po pro­stu za­trzy­mała się gdzieś przed po­ste­run­kiem po­li­cji i wy­sko­czyła z wozu? Bo­ha­te­ro­wie filmów za­wsze wy­ska­ki­wa­li z eks­plo­dujących sa­mo­chodów i ucho­dzi­li z tego cało. Oce­niła własne szan­se, ale mu­siała przy­znać, że zbyt mało wie­działa. Czuła wszech­ogar­niającą bez­rad­ność. Mimo to uru­cho­miła sil­nik.

– Do­brze, Jes­si­co. Po­jedź tą drogą do następne­go roz­droża i na północy wy­spy skręć w stronę Hany. Po­tem do cie­bie za­dzwo­nię. I pamiętaj, że cię widzę, do­brze? Zro­bisz to dla mnie, Jes­si­co?

Jak­by mogła w ten sposób cofnąć czas, przy­cisnęła słuchawkę do ucha, wsłucha­na we własny od­dech. Wal­czyła z pa­niką. Kie­dy nie od­po­wie­działa, głos przy­brał ostrzej­szy ton:

– Jes­si­co, zro­zu­miałaś mnie?

– Tak – od­parła. Co in­ne­go jej po­zo­stało?

– Do­brze. Odezwę się – obie­cał.

Zgod­nie z żąda­niem sza­leńca ru­szyła da­lej szosą i we wska­za­nym miej­scu skręciła do Hany. Dro­ga pro­wa­dziła wzdłuż wy­brzeża ostry­mi zakrętami. Trasę tę upodo­ba­li so­bie turyści; po­dob­no należała do naj­piękniej­szych na Ha­wa­jach. Był kwa­drans po siódmej. O tej po­rze oko­li­ca już się wy­lud­niła, a zakręty prze­ci­nały sa­mot­nym wężykiem bujną roślin­ność Maui. Mu­siała je­chać wol­no, dro­ga raz po raz zwężała się w jed­no­pasmówkę. Mijała ko­lej­ne atrak­cje: bliźnia­cze wo­do­spa­dy i… opusz­czo­ny stra­gan ofe­rujący za dnia chleb ba­na­no­wy. O tej po­rze jed­nak wszyst­kie skle­py były za­mknięte na głucho.

Nie­kie­dy wy­da­wało się jej, że do­strze­ga w tyle parę re­flek­torów. Zwol­niła, ale sa­mochód jej nie do­go­nił. A więc tam je­steś, pomyślała. Czy mogła za­ry­zy­ko­wać wy­sko­cze­nie z wozu w tym miej­scu? Dro­ga była tak kręta, że prześla­dow­ca, chcąc nie chcąc, mu­siał stra­cić ją z oczu. Tak, to mogło się udać. Za­cze­kała na dwa bar­dzo wąskie następujące po so­bie prze­smy­ki, jed­no­cześnie próbowała wy­biec wzro­kiem jak naj­da­lej naprzód. Kie­dy żółty znak z dużymi czar­ny­mi strzałkami za­po­wie­dział nie­zwy­kle ostry zakręt, po­sta­no­wiła spróbować szczęścia w tym miej­scu. Jesz­cze czter­dzieści metrów, dwa­dzieścia. Za­dzwo­niła komórka. Drżącymi pal­ca­mi wcisnęła przy­cisk.

– Jes­si­co, spójrz na pra­wo, w górny róg przy ra­mie drzwi. I proszę, nie trak­tuj mnie jak idio­ty. To dra­stycz­nie zmniej­sza two­je szan­se przeżycia. Je­steśmy pra­wie na miej­scu, pierwszą część masz już nie­mal za sobą. Za naj­bliższym zakrętem zjedź w pra­wo w bam­bu­so­wy za­gaj­nik. Dro­ga jest wąska i błotni­sta, ale je­stem pe­wien, że ją znaj­dziesz.

Rozłączył się. Zerknęła we wska­za­ne miej­sce i zaklęła. Do szy­by przy­kle­jo­ny był le­d­wie wi­docz­ny czar­ny obiek­tyw. Ob­ser­wo­wał ją przez cały czas. Shit. Jej plan spa­lił na pa­new­ce. Nie miała szans, to on dyk­to­wał wa­run­ki. To miażdżące przeświad­cze­nie spra­wiło, że weszła w zakręt ze zbyt dużą prędkością. Po­czuła, że wy­pa­da z dro­gi. Potężnym wo­zem za­rzu­ciło i Jes­si­ca gwałtow­nie wcisnęła ha­mu­lec. W ostat­niej chwi­li za­trzy­mała się przed stro­mym urwi­skiem. Puls i od­dech ścigały się ze sobą w sza­leńczym tem­pie. Miała wrażenie, że ser­ce za mo­ment prze­sta­nie jej bić. Ale wte­dy ten po­my­le­niec osiągnąłby swój cel bez kiw­nięcia pal­cem. Za­cisnęła kur­czo­wo dłonie na kie­row­ni­cy i ru­szyła da­lej.

Za ko­lej­nym zakrętem w pra­wo zaczęła szu­kać bocz­nej dro­gi, o której mówił. Gęste kępy bam­busów wy­strze­li­wały w górę ni­czym set­ki mon­stru­al­nych szaszłyków. Cze­go on od niej chciał? W głowie prze­my­kały jej kosz­mar­ne ob­ra­zy: roz­war­te uda, krzyk, dłoń zasłaniająca jej usta. I ból. Po­czuła skurcz w żołądku. Jaki miała wybór?

Roz­pacz­li­wie próbowała utrzy­mać w drżących rękach kie­row­nicę, kie­dy po pra­wej stro­nie do­strzegła od­chodzący w bok błotni­sty trakt, pro­wadzący w głąb nie­prze­by­tej gęstwi­ny. Pra­wie prze­ga­piła skręt. W ostat­niej chwi­li szarpnęła kie­row­nicą, a sa­mochód zno­wu wpadł w poślizg.

Kie­dy od­zy­skała nad nim kon­trolę, tak gwałtow­nie zakołysał się na wy­kro­tach, że wy­stra­szyła się, iż bom­ba sa­mo­ist­nie eks­plo­du­je, ale nic ta­kie­go się nie stało. Po pięćdzie­sięciu me­trach dro­ga skończyła się raptow­nie. Mu­siała źle skręcić. Odwróciła głowę i wrzu­ciła wstecz­ny bieg, i w tym mo­men­cie zno­wu za­dzwo­nił te­le­fon. To cud, że na tym od­lu­dziu w ogóle miała zasięg. Ode­zwała się drżącym głosem:

– Tak?

– Do­brze się spra­wiłaś, Jes­si­co. Pierw­szy etap masz za sobą.

– Jaki pierw­szy etap? – wy­krzyknęła w pa­ni­ce łamiącym się głosem. – Cze­go pan chce?

– Za­cho­waj spokój. To znacz­nie zwiększa two­je szan­se przeżycia. Nie lek­ce­waż mnie i trzy­maj ner­wy na wo­dzy, to naj­ważniej­sze.

Przełknęła łzy. Jed­no było pew­ne: jeśli chciała bez szwan­ku wyjść z tego kosz­ma­ru, mu­siała wziąć się w garść. Nie dla­te­go, że on tak mówił, ale dla­te­go, że in­a­czej umrze ze stra­chu. Nie po­trze­bo­wała do tego per­wer­syj­ne­go gwałci­cie­la, który podłożył jej pod fo­tel bombę. Więc do­brze. Przede wszyst­kim musi się do­wie­dzieć, cze­go on od niej chce, a po­tem jakoś po­wia­do­mić Ad­ria­na. On będzie wie­dział, co robić; on za­wsze wie, co robić.

– Cze­go pan ode mnie chce? – za­py­tała po­now­nie. Jej głos brzmiał pew­niej, miała już przy­najm­niej mgli­sty po­mysł, jak umknąć sza­leńcowi.

– Ro­zu­miem twoją cie­ka­wość. Po­wiem ci. – Jej uwagę zwrócił błysk we wstecz­nym lu­ster­ku. Z głównej dro­gi zbo­czył na błotni­sty leśny trakt dru­gi sa­mochód. To mu­siał być on. Światła pod­ska­ki­wały, kie­dy wóz po­ko­ny­wał wy­bo­je. Zno­wu po­czuła na­ra­stającą pa­nikę, ale stłumiła ją. Pa­nuj nad ner­wa­mi, uspo­ka­jała się.

– Jes­si­ca? – ode­zwał się głos. Prześla­dow­ca się za­trzy­mał. Re­flek­to­ry rozświe­tlały mrok; słońce już pra­wie zaszło i za parę mi­nut w bam­bu­so­wym za­gaj­ni­ku za­pa­nują kom­plet­ne ciem­ności.

– Tak? – od­po­wie­działa.

– Te­raz zga­sisz sil­nik i wyłączysz światła, a po­tem położysz klu­czy­ki na da­chu sa­mo­cho­du.

Przełknęła ślinę. Uświa­do­miła so­bie, że z każdym się z tego piekła. Z dru­giej stro­ny – nie mogła go pro­wo­ko­wać. Chciał, żeby położyła klu­czy­ki na da­chu. No i do­brze, na tej ty­kającej bom­bie i tak nie wy­trzy­małaby ani se­kun­dy dłużej. Jeśli chciał, żeby wy­siadła z wozu, to niech tak będzie. Wyłączyła światła. Las wyrósł przed nią ciemną zasłoną. W zwol­nio­nym tem­pie wyjęła klu­czy­ki ze sta­cyj­ki, przełożyła je do le­wej ręki i położyła na da­chu. Za­mknęła oczy, w myślach układała plan.

– Cze­go pan ode mnie chce?

– Do­sta­niesz szansę. Na­prawdę – po­wie­dział ta­kim to­nem, jak­by to było coś naj­bar­dziej na­tu­ral­ne­go na świe­cie.

– Gdy­by nie pan, nie po­trze­bo­wałabym żad­nej szan­sy. Nie pro­siłam o to wszyst­ko, za­po­mniał pan?

Głos za­re­cho­tał. Po­zba­wio­ny emo­cji śmiech, dziw­nie nie­rze­czy­wi­sty. Śmiech psy­cho­pa­ty.

Jes­si­ca pomyślała o Ad­ria­nie i mat­ce, która za­wsze ostrze­gała ją przed mężczy­zna­mi. Mamo, ge­ne­ra­li­zu­jesz, od­po­wia­dała wte­dy.

– Te­raz komórka i możesz ru­szać. Daję ci pół go­dzi­ny prze­wa­gi, w końcu obie­całem ci szansę.

A więc to o to cho­dzi.? Co to ma być? Jakaś zbo­czo­na gra? Za­ba­wa w pod­cho­dy w ogródku sąsia­da;. Nie­win­na i bez kon­se­kwen­cji. Co pla­nu­je ten człowiek, który zadał so­bie tyle tru­du, by umieścić bombę w jej samocho­dzie? A może jed­nak bom­ba jest atrapą? Zda­wała so­bie sprawę, że ma związane ręce: on może ją ob­ser­wo­wać i na każdy jej krok od­po­wie­dzieć uru­cho­mie­niem de­to­na­to­ra. Na każdy, poza – być może – jed­nym. Ostrożnie, tak żeby się nie zo­rien­to­wał, wy­ma­cała przez cien­ki ma­te­riał su­kien­ki za­pa­sową komórkę. Tak, jesz­cze ją miała. To była jej szan­sa na zdo­by­cie prze­wa­gi. Mogła spo­koj­nie zo­sta­wić te­le­fon na da­chu wozu. Jeśli się okaże, że to kawał, nic nie stra­ci.

Kie­dy jed­nak kładła te­le­fon na da­chu sa­mo­cho­du, nie mogła po­wstrzy­mać drżenia rąk. Cofnęła dłoń, za­sta­na­wiając się, co te­raz za­mie­rza zro­bić mężczy­zna, sko­ro nie mógł już się z nią po­ro­zu­mie­wać. Usłyszała prze­ciągły pisk. Ogarnęła ją pa­ni­ka. Odpięła pasy i spoj­rzała na bombę. Na wyświe­tla­czu po­ja­wiły się czer­wo­ne cy­fry: 00:27, po­tem 00:26. Ze­gar od­li­czał po se­kun­dzie. Miała nie­całe pół mi­nu­ty, żeby od­biec od auta na bez­pieczną od­ległość. Fuck. Na tyl­nym sie­dze­niu chy­ba leżała la­tar­ka. Szu­kała tam wczo­raj zgu­bio­ne­go kol­czy­ka. Czar­na ma­gli­te, ciężka i z no­wy­mi ba­te­ria­mi. Po­trze­bo­wała la­tar­ki. Gorączko­wo grze­bała w bałaga­nie, prze­kli­nając własne nie­dbal­stwo. Raz jesz­cze rzu­ciła okiem na ze­gar. Piętnaście se­kund. Czter­naście. Wresz­cie wy­ma­cała opusz­ka­mi palców chłodny me­tal. Napięła się i po­rwała la­tarkę, po­tem otwo­rzyła drzwi wozu i wy­sko­czyła na zewnątrz. Biegła, po­ty­kając się na błotni­stym podłożu. Dla­cze­go nie założyła te­nisówek, tyl­ko wsiadła do sa­mo­cho­du na bo­sa­ka? Po­nie­waż dziś po południu nie było po­wo­du, by wkładać kry­te obu­wie. Dzi­siej­sze popołudnie wydało jej się na­gle bar­dzo od­ległe.

Jesz­cze dwa­naście se­kund. Śli­zgała się po leśnym po­szy­ciu, roz­pacz­li­wie próbując cze­goś się przy­trzy­mać. Zsunęła się po zbo­czu pagórka. Ale stok po­wi­nien osłabić siłę wy­bu­chu, praw­da? Jesz­cze pięć se­kund. Przy­cupnęła za wyjątko­wo gęstym sku­pi­skiem krzewów, gdy ogłuszająca eks­plo­zja nie­mal ro­ze­rwała jej bęben­ki. Noc rozświe­tliła ogrom­na kula ognia. Jes­si­ca pa­trzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem. Z jej te­renówki nie zo­stało chy­ba zbyt wie­le.

A jed­nak nie atra­pa, pomyślała. Prze­czu­cie jej nie myliło. To na­prawdę było dzieło psy­cho­pa­ty, a nie kiep­ski żart. Uświa­do­miła so­bie, że gra to­czy się o jej życie. Tam­ten obie­cał jej pół go­dzi­ny prze­wa­gi, ale wolała nie ry­zy­ko­wać i zna­leźć się gdzieś da­lej, za­nim za­dzwo­ni po po­moc. Kto wie, czy ten świr do­trzy­ma słowa. Puściła się co sił w no­gach w dół zbo­cza. Z zie­mi wy­sta­wały ka­mie­nie, na jed­nym z nich stra­ciła równo­wagę i przewróciła się w błoto. Ja­sna cho­le­ra. Ner­wo­wo zerknęła przez ramię. Zdołała po­ko­nać nie­całe dwa­dzieścia metrów. Jesz­cze kawałek.

Dźwignęła się i brnęła chwiej­nie da­lej. Do­strzegła przed sobą rzeczkę. Trud­no, musi do­stać się na prze­ciw­legły brzeg. Woda była lo­do­wa­ta, co na Ha­wa­jach nie zda­rzało się często, ale na szczęście nie­zbyt głęboka. Wzięła komórkę do ręki, żeby jej nie za­mo­czyć, i ru­szyła, brodząc, w kie­run­ku dru­gie­go brze­gu. Bam­bu­so­wy las wyglądał tam na jesz­cze gęstszy. Zdołała roz­po­znać tyl­ko za­ry­sy drzew, głębiej w zaroślach pa­no­wały zupełne ciem­ności.

Kie­dy do­tarła na brzeg, osunęła się na zie­mię i wy­brała nu­mer Ad­ria­na. Nic. Czuła, jak wzbie­ra w niej pa­ni­ka. Po­pa­trzyła na wyświe­tlacz i prze­ko­nała się, w czym tkwi pro­blem: nie było zasięgu. Stłumiła pa­nikę, ale strach po­zo­stał. Tyl­ko nie świ­ruj. Ro­zej­rzała się wokół gorączko­wo. Za dnia rzecz­ka na pew­no wyglądałaby uro­czo. Tuż za miej­scem, gdzie przez nią przeszła, stru­ga nie­dużym wo­do­spa­dem wpa­dała do do­li­ny. Powyżej roz­ciągały się roz­ległe góry re­zer­wa­tu Ko’olau Fo­rest: lasu tro­pi­kal­ne­go położone­go we wschod­niej części Maui.

W górę czy w dół? Gdzieś w dole leżało mia­stecz­ko Paia, sen­na dziu­ra, którą upodo­ba­li so­bie sur­fe­rzy. Jak da­le­ko do­je­chała? Do­bre piętnaście ki­lo­metrów. Na przełaj przez dżunglę zej­dzie jej co naj­mniej do rana, za­nim do­trze do cy­wi­li­za­cji. Z dru­giej stro­ny nie wia­do­mo, czy zasięg w górach będzie lep­szy. Pomyśl, myśl wresz­cie. Spoj­rzała na wyświe­tlacz komórki: dzie­więtna­sta czter­dzieści pięć. Jej prze­wa­ga skur­czyła się do nie­całych dwu­dzie­stu mi­nut.

Naj­bar­dziej obie­cująca możliwość była oczy­wi­sta: mu­siała wrócić do miej­sca, w którym wa­riat połączył się z nią po raz ostat­ni. Stamtąd będzie mogła za­dzwo­nić. Ale to ozna­czało powrót w kie­run­ku głosu. Powrót do psy­cho­pa­ty, który cze­kał na nią w swo­im wo­zie. Jes­si­ca wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Ale czy nie była to naj­lep­sza z wszyst­kich możliwości? Myślała gorączko­wo. A może po­win­na prze­bić się przez dżunglę do mia­stecz­ka? Nie, zde­cy­do­wała. Musi jak najprędzej do­dzwo­nić się do Ad­ria­na, musi spra­wić, by sza­la prze­chy­liła się na jej stronę, i wziąć los w swo­je ręce. Spoj­rzała raz jesz­cze na te­le­fon: za dzie­sięć ósma. Zo­stało jej jesz­cze piętnaście mi­nut. A cze­kanie z pew­nością nie po­pra­wiało sy­tu­acji.

Wyszła z kryjówki za łody­ga­mi bam­bu­sa i spoj­rzała w stronę rze­ki. Było jesz­cze na tyle wid­no, by bez pro­ble­mu do­stać się na drugą stronę. Rusz się, po­na­gliła samą sie­bie. Wzięła swój naj­większy skarb, te­le­fon komórko­wy, do le­wej ręki, a ciężką la­tarkę, swą je­dyną broń, do pra­wej. Była go­to­wa jej użyć, jeśli zaj­dzie po­trze­ba.

Kie­dy do­tarła na dru­gi brzeg, przy­stanęła na chwilę i wytężyła słuch. Do­biegł ją trzask gałęzi. Skąd do­cho­dził ten dźwięk? Nie po­tra­fiła go zlo­ka­li­zo­wać. Czy to on? Z roz­paczą wpa­try­wała się w czarną ścianę lasu. Na­gle wszyst­ko ucichło. Słyszała tyl­ko plusk wody i lo­do­wa­ty głos w swo­jej głowie: „Daję ci pół go­dzi­ny, Jes­si­co”.

Za­cisnęła moc­niej dłoń na la­tar­ce i zaczęła prze­dzie­rać się przez gąszcz. Liście i gałązki przy każdym ru­chu dra­pały ją po rękach i, sprężynując, wra­cały z sze­le­stem do po­zy­cji wyjścio­wej. Ich szmer wydał jej się nie­re­al­nie głośny. Ale miała prze­cież jesz­cze spo­ry kawałek do po­ko­na­nia, po­nie­waż mu­siała obejść sa­mochód świra, by wy­do­stać się na drogę od za­cho­du. Stamtąd wresz­cie będzie mogła za­dzwo­nić. Dla pew­ności jesz­cze raz spraw­dziła zasięg: nic. Z zie­mi wy­ra­stały gru­be źdźbła, które nie­mal przy każdym kro­ku głęboko cięły skórę bo­sych stóp. Nie myśl o tym.

Skra­dając się, po­ko­nała mniej więcej pięćdzie­siąt metrów w stronę szo­sy. Co rusz zer­kała na sym­bol zasięgu, ale po­zo­sta­wał bez zmian. Na szczęście te­le­fon był nałado­wa­ny. Za­to­czyła sze­ro­ki łuk i do­tarła do nie­wiel­kie­go wznie­sie­nia. Stąd mogła już do­strzec w mro­ku as­fal­tową na­wierzch­nię szo­sy parę metrów poniżej. Wresz­cie! Te­le­fon właśnie za­lo­go­wał się do sie­ci. Drżącym pal­cem wy­brała nu­mer. Minęła wiecz­ność, za­nim w słuchaw­ce roz­legł się ciągły sy­gnał. Do­cisnęła te­le­fon do ucha i cze­kała. Wresz­cie usłyszała sy­gnał łącze­nia. Te­le­fonu nikt nie od­bie­rał. Po­dejdź, Ad­rian, proszę, od­bierz wresz­cie. I wte­dy po­czuła na ple­cach de­li­kat­ny po­wiew.

– Wie­działem, że wrócisz – wy­szep­tał zim­ny głos pro­sto do jej ucha. Szarpnęła głową i spoj­rzała w odrażającą czarną gębę. Ścigał ją sam dia­beł! Ze stra­chu ugięły się pod nią nogi. Za­machnęła się wście­kle la­tarką, żeby ude­rzyć nią na­past­ni­ka. Ręka, w której trzy­mała te­le­fon, zo­stała bru­tal­nie szarp­nięta w lewo.

– Ad­rian! – krzyknęła Jes­si­ca i wyciągnęła rękę po te­le­fon, ale tra­fiła w próżnię; jej skarb roz­trza­skał się na as­fal­cie. Potwór chwy­cił ją za włosy, pociągnął gwałtow­nie w tył, aż trzasnęło jej w kręgosłupie.

– A te­raz bie­gnij, Jes­si­co – po­le­cił, ciężko dysząc, po czym bru­tal­nie ją ode­pchnął.

Roz­dział 2

Luty 2011

Kra­jo­we Cen­trum Ana­li­zy Przestępstw Bru­tal­nych, Qu­an­ti­co, Wir­gi­nia

Agent spe­cjal­ny Sam Bur­ke wydłuby­wał brud zza pa­znok­ci i pstryk­nięciem posyłał grud­ki do ko­sza na śmie­ci, stojącego po pra­wej stro­nie biur­ka. Muszę częściej upra­wiać sport, pomyślał i pogładził lek­kie wy­brzu­sze­nie na śnieżno­białej ko­szu­li, zdra­dzające, że przy­tył, odkąd zaczął pra­co­wać w Qu­an­ti­co. Nic dziw­ne­go: rano je­chał sa­mo­cho­dem do pra­cy, cały dzień spędzał przy kom­pu­te­rze, a wie­czo­rem wra­cał sa­mo­cho­dem do domu. Ru­chu miał mniej niż go­ryl w zoo; na­wet nie mógł się pohuśtać na li­nach. W prze­rwach stołówko­we żar­cie i do­nu­ty. Stra­co­na spra­wa, za­wy­ro­ko­wał Sam i wgryzł się w słod­kie ciast­ko w kształcie śli­ma­ka, leżące na jego wymie­cionym z akt i ku­rzu biur­ku.

Bur­ke nie cier­piał pa­pie­rzysk, a jesz­cze bar­dziej roz­poczętej i po­rzu­co­nej ro­bo­ty. Pa­pie­ry roz­mnażają się, gdy zo­sta­wić je same so­bie, po­wta­rzał, za­ga­dy­wa­ny o czyściut­ki blat. Był prze­ko­na­ny, że to żaden fioł na punk­cie porządku, mimo że ten czy ów dro­biazg mógł na to wska­zy­wać: po­sia­dał sie­dem­naście par butów w dwóch ko­lo­rach, dzie­więć czar­nych gar­ni­turów, dwa­dzieścia pięć par iden­tycz­nych skar­pe­tek, trzy­naście białych ko­szul i jed­ne dżinsy. Dżinsy wkładał tyl­ko w nie­dzielę, co tyl­ko pod­sy­cało biu­ro­we plot­ki. Ale on miał swo­je za­sa­dy. Nie cho­dziło o porządek, tyl­ko o to, że tak było prak­tycz­niej.

Mo­gli go so­bie uważać za pe­dan­ta, naj­ważniej­sze, żeby ro­bo­ta nie roz­mnażała się jak króliki tyl­ko dla­te­go, że człowiek na mo­ment spuścił ją z oczu. Jego roz­myśla­nia prze­rwał te­le­fon. Znu­dzo­ny spoj­rzał na wyświe­tlacz: We­sley Brown z wewnętrzne­go 2256.

– We­sley, ty cho­ler­ny nadęty małola­cie. Nie­na­wi­dziłem cię już na stat­ku En­ter­pri­se. Za­wsze wszyst­ko mu­sisz wie­dzieć le­piej – po­wie­dział do sie­bie. Mimo to ode­brał. Go­dzinę później miał stwier­dzić, że nie całkiem się mylił.

Prze­mie­rzając asce­tycz­ny ko­ry­tarz wy­działu zaj­mującego się cy­ber­przestępczością, za­sta­na­wiał się, ja­ki­mi trze­ba być ro­dzi­ca­mi, by dać dziec­ku na imię We­sley. Czy to możliwe, że sta­rym nie zaświtało w głowie, iż w ten sposób wy­mie­rzają sy­no­wi su­rową karę? Nie, nie­możliwe. Do­ra­sta­li w la­tach osiem­dzie­siątych i dzie­więćdzie­siątych i mu­sie­li znać Star Tre­ka. Każdy zna Star Tre­ka i tego przemądrzałego dup­ka We­sleya Cru­she­ra. I Tashę Yar, ideał ko­bie­ty z czasów młodości Sama. Równać się z nią mogła tyl­ko jego eks, Kla­ra, która go skreśliła, kie­dy znisz­czył jej ka­rierę.

Jakże często za­da­wał so­bie py­ta­nie, czy wszyst­ko mogło po­to­czyć się in­a­czej i czy rze­czy­wiście wyłącznie on po­no­sił winę, jak su­ge­ro­wała Kla­ra. Do dzi­siaj co ty­dzień nie­wy­raźnym cha­rak­te­rem pi­sma gry­zmo­lił do niej li­sty na czer­pa­nym pa­pie­rze. Cie­ka­we, czy nadal pra­cu­je jako kel­ner­ka? Pew­nie tak, jaki wybór miała jako była agent­ka spe­cjal­na na zwol­nie­niu wa­run­ko­wym. Czy ona kie­dy­kol­wiek za­ak­cep­tu­je, że wszyst­ko i tak daw­no było stra­co­ne, że zupełnie nic nie mógł dla niej zro­bić?

Ich związek roz­padł się nie­od­wra­cal­nie, i to przez nie­go, co do tego nie było naj­mniej­szych wątpli­wości. Czy nie mo­gli jed­nak po­zo­stać przy­najm­niej przy­ja­ciółmi? W głębi du­szy w to nie wie­rzył, ale na­dzie­ja umie­ra ostat­nia. Tęsknił za wie­czo­ra­mi spędza­ny­mi z Klarą przy ko­min­ku, za chwi­la­mi, gdy mówił do niej „Sis­si”, i mo­men­ta­mi, kie­dy zaśmie­wa­li się z naj­większych głupot.

Otwo­rzył drzwi do po­ko­ju We­sleya Brow­na. W noz­drza ude­rzyła go spe­cy­ficz­na woń: ewi­dent­nie pach­niało tu bur­ge­rem. Cu­dow­nie wy­smażonym, z ce­bulą i pla­strem świeżutkie­go po­mi­do­ra.

– Co tu się dzie­je? Jakiś pie­przo­ny dri­ve-in? – rzu­cił z uda­waną złością.

Drob­ny, ru­dowłosy chłopak, który rze­czy­wiście wyglądał trochę jak chorąży Cru­sher z te­le­wi­zyj­ne­go se­ria­lu, po­spiesz­nie zdjął nogi z biur­ka i zasłonił nieszczęsne­go bur­ge­ra kupką pa­pierów. Co za ma­nie­ry, pomyślał Sam.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej, sir. To mój lunch…

– Wy­lu­zuj­cie, chorąży Cru­sher – prze­rwał mu Sam. Czy mu się wy­da­wało, czy ten szcza­wik na­prawdę wywrócił ocza­mi? Nie mógł mieć więcej lat niż jego se­ria­lo­wy imien­nik, pew­nie le­d­wie skończył dwu­dziestkę. Nowo utwo­rzo­ny wy­dział zaj­mujący się ha­ke­ra­mi i in­nym wy­wro­to­wym ele­men­tem no­we­go tysiącle­cia sku­piał całą masę osob­ników wyglądających nie­co in­a­czej niż resz­ta ko­legów z FBI, a przede wszyst­kim znacz­nie młod­szych. Sam, który – mimo kon­ser­wa­tyw­nych przy­zwy­cza­jeń – ucho­dził za otwar­te­go przed­sta­wi­cie­la swe­go rocz­ni­ka, cie­szył się z tego, cho­ciaż pu­blicz­nie nig­dy by się do tego nie przy­znał. Dla chłopców z cy­ber­ne­tycz­ne­go po­ko­le­nia jako czter­dzie­sto­dwu­la­tek był już pra­wie dziad­kiem.

– Okej, sir, nie ma pro­ble­mu, sir – wybąkał We­sley. Wyraźnie od­zy­ski­wał pew­ność sie­bie.

– Hej, wra­casz z balu ma­ry­na­rzy? Prze­stań mi tu „si­ro­wać”, tyl­ko po­wiedz, o co cho­dzi z tym fo­to­ska­ne­rem, o którym tak piałeś przez te­le­fon – zażądał Sam i z za­do­wo­le­niem za­uważył, że udało mu się zbić rozmówcę z pan­tałyku. Od daw­na sto­so­wał tę tak­tykę wo­bec żółto­dziobów i za­zwy­czaj działała bez za­rzu­tu. Tyl­ko w przy­pad­ku Kla­ry jakoś nie. Zno­wu myślał o Kla­rze. Znik­nij z mo­jej głowy, przy­najm­niej do faj­ran­tu, do­brze?

– Eem… – zająknął się chłopak. – Więc tak: te­stu­je­my właśnie nową tech­no­lo­gię, którą opra­co­wa­liśmy ra­zem z gost­ka­mi z Go­ogle’a. Uprasz­czając, cho­dzi o roz­sze­rzoną wy­szu­ki­warkę zdjęć w sie­ci, które porównu­je się następnie ze zdjęcia­mi osób z bazy za­gi­nio­nych.

Sam wpa­try­wał się w We­sleya bez zro­zu­mie­nia.

– Okej, jesz­cze raz, dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi – zaczął ru­dzie­lec.

To była bez­czel­ność, ja­kiej nor­mal­nie Sam nig­dy by nie prze­puścił, ale dziś był wyjątko­wo łaska­wie uspo­so­bio­ny. Młody wska­zał na mo­ni­tor na biur­ku.

– Weźmy to zdjęcie za­gi­nio­nej oso­by…

Fo­to­gra­fia przed­sta­wiała niezłą laskę o la­ty­no­skich ry­sach twa­rzy. Przy­stojną ko­bietę, po­pra­wił się na­tych­miast w myślach.

– A tu­taj. – Chłopak po­ka­zał na dru­gi mo­ni­tor: – leci pro­ces wy­szu­ki­wa­nia zdjęć w In­ter­ne­cie: na ser­we­rach fir­mo­wych, na pry­wat­nych stro­nach, w por­ta­lach społecz­nościo­wych, wszędzie. Re­zul­ta­ty wi­dzi pan tu­taj.

Sam uniósł prawą brew. Czy ten młokos chciał mu za­ko­mu­ni­ko­wać, że FBI po­tra­fiło od­na­leźć za­gi­nioną osobę, jeśli założyła so­bie kon­to na Fa­ce­bo­oku na dru­gim końcu świa­ta? Bo chy­ba na tym to, w uprosz­cze­niu, po­le­gało. Mu­siał przy­znać, że wy­wo­dy młode­go ge­eka były dość in­te­re­sujące. Tyl­ko co to miało wspólne­go z nim? Ofia­ry klien­te­li, którą się zaj­mo­wał, nie zakładały kont na fej­sie. Nie mogły. Jego sek­cja Wy­działu Badań nad Za­cho­wa­niem zaj­mo­wała się se­ryj­ny­mi zabójca­mi.

– Pod­czas testów na ba­zie da­nych Pro­gra­mu Ści­ga­nia Bru­tal­nych Przestępców, zna­leźliśmy to…

We­sley kliknął ikonkę pli­ku. Ob­raz wypełnił cały ekran.

– Ja pier­dzielę – mruknął Sam i usiadł na wol­nym miej­scu obok chorążego Cru­she­ra.

Roz­dział 3

Ma­rzec 2011

Sąd Okręgowy No­we­go Jor­ku

Pia Lindt dolała wody do szklan­ki. Pa­ra­graf siódmy ko­dek­su postępo­wa­nia Ste­ina brzmiał: „Pu­sta szklan­ka wywołuje u obrońcy w pro­ce­sie kar­nym blo­kadę”. Tyle przy­najm­niej na­uczyła się w ciągu trzech mie­sięcy, odkąd zaczęła pra­co­wać dla Thi­baul­ta God­freya Ste­ina w jego nad­zwy­czaj pre­stiżowej kan­ce­la­rii. Ko­deks postępo­wa­nia jego au­tor­stwa był ar­cy­ważny, by nie po­wie­dzieć święty. To dla­te­go skrzętnie dbała o to, by wody w szklan­ce nie było mniej niż dwie trze­cie objętości, i pamiętała, by przy­go­to­wać właściwe akta.

Nie­ste­ty, ka­pry­sy me­ce­na­sa były trud­ne do prze­wi­dze­nia. Nie­wy­so­ki mężczy­zna o kru­chym wyglądzie po­tra­fił w sądzie klu­czyć jak spłoszo­na sar­na. Nie­za­leżnie od wszyst­kie­go Pia mogła się cie­szyć, że udało jej się podłapać po­sadę będącą szczy­tem ma­rzeń każdego am­bit­ne­go stu­den­ta pra­wa kar­ne­go: po­sadę asy­stent­ki Ste­ina. Z jed­nej stro­ny − kan­ce­la­ria owia­na le­gendą, z dru­giej – ta­jem­nicą po­li­szy­ne­la było, że Ste­in ani nie wy­zna­czył następcy, ani nie miał spad­ko­bierców. Dla upar­cie dążących do celu przyszłych praw­ników, śmi­gających po ko­ry­ta­rzach Ha­rvar­du, Yale czy Stan­for­du, mie­szan­ka pre­stiżu i pie­niędzy miała nie­od­par­ty urok. Na eli­tar­nych uni­wer­sy­te­tach określano Ste­ina mia­nem ad­wo­ka­ci­ny – choć w tych słowach po­brzmie­wał ra­czej po­dziw niż lek­ce­ważenie. Żaden inny obrońca nie mógł po­chwa­lić się na­wet w przy­bliżeniu tak porażającym bi­lan­sem jak Thi­bault God­frey Ste­in, mierzący nie­całe metr sześćdzie­siąt pięć, si­wowłosy mężczy­zna o bla­dej twa­rzy oraz no­sie przy­po­mi­nającym – Pia zno­wu nie mogła odpędzić tego sko­ja­rze­nia – zeschły ko­rzeń im­bi­ru.

To w końcu Ste­in wy­bro­nił słyn­ne­go fut­bo­listę, który za­mor­do­wał żonę – tak czy nie? To on re­pre­zen­to­wał w sądzie Ko­lum­bij­czy­ka, w którego sa­mo­cho­dzie zna­le­zio­no pięćdzie­siąt ki­lo­gramów ko­ka­iny – ale czy to na pew­no był jego wóz? Dla Ste­ina wina za­czy­nała się do­pie­ro w chwi­li wy­da­nia wy­ro­ku, a pa­ra­graf dzie­siąty jego ko­dek­su postępo­wa­nia brzmiał: „Jeśli nie możesz wy­grać, to po­sta­raj się przy­najm­niej nie prze­grać”. Pię zżerała cie­ka­wość, jak za­mie­rzał po­ra­dzić so­bie dzi­siaj, po­nie­waż spra­wa była ja­sna jak słońce, a do­wo­dy prze­ciw­ko ich klien­to­wi wy­da­wały się miażdżące.

Oskarżenie właśnie zakończyło przesłuchi­wa­nie swe­go naj­ważniej­sze­go świad­ka, de­tek­ty­wa z wy­działu zabójstw, który pro­wa­dził do­cho­dze­nie. Pro­ku­ra­tor świet­nie so­bie po­ra­dził, żaden z przy­sięgłych, który miał choć odro­binę ole­ju w głowie, nie mógł wątpić w jego pre­cy­zyj­ne wy­wo­dy. Te­raz wszyst­ko było w rękach Ste­ina. Pro­ku­ra­tor wrócił na swo­je miej­sce, ob­ca­sy jego dro­gich włoskich butów za­stu­kały na stu­let­niej ka­mien­nej po­sadz­ce. Pe­wien zwy­cięstwa opadł na krzesło.

– Świa­dek jest pański, pa­nie me­ce­na­sie – po­wie­dział sędzia.

Pia zerknęła na kul­fon przy­po­mi­nający bulwę im­bi­ru po swej le­wej stro­nie. Ste­in ze­tknął dłonie czub­ka­mi palców i uśmiechnął się. Upił łyk wody z pełnej szklan­ki. Nie za szyb­ko, nie za wol­no, dokład­nie tak, by gest spra­wiał wrażenie mi­mo­wol­ne­go.

– Dziękuję – od­po­wie­dział i odchrząknął.

– Pa­nie i pa­no­wie przy­sięgli – za­gaił, co było nie­zwykłe, po­nie­waż miał za­da­wać py­ta­nia świad­ko­wi. – Przed państwem sie­dzi wier­ny sługa tego mia­sta, poważany funk­cjo­na­riusz po­li­cji. Pan Fo­udy bez wątpie­nia dla wszyst­kich z nas – powędro­wał wzro­kiem po twa­rzach przy­sięgłych – jest sy­no­ni­mem uczci­we­go człowie­ka.

Fo­udy po­ru­szył się nie­spo­koj­nie na krześle.

– Po­wie­rzyłbym mu bez wa­ha­nia życie własnych dzie­ci – ciągnął ni­ski człowie­czek. – Po­nie­waż wiem, że chro­niłby je z narażeniem sie­bie. Po­dob­nie chro­niłby każdego miesz­kańca No­we­go Jor­ku. Każdego z was – po­now­nie prześliznął się wzro­kiem po ławie przy­sięgłych. – Czyż nie mam ra­cji, po­rucz­ni­ku Fo­udy?

Po­li­cjant skinął głową, za­sko­czo­ny. Za­sta­na­wiał się za­pew­ne, kie­dy praw­nik przej­dzie do rze­czy.

– Ale… – Ste­in za­trzy­mał się przed ławą przy­sięgłych i za­wie­sił głos. – …Nie o to dziś cho­dzi, praw­da? Dzi­siaj nie cho­dzi o stwier­dze­nie, czy po­rucz­nik Fo­udy jest poważanym po­li­cjan­tem, któremu po­wie­rzy­li­byśmy na­sze dzie­ci. W grun­cie rze­czy cho­dzi o coś zupełnie in­ne­go.

Przy­sięgli spoglądali po so­bie nie­pew­nie. Naj­wy­raźniej Ste­in za­nie­po­koił ich swo­im wy­wo­dem. Po­dob­nie jak Fo­udy, nie byli przy­go­to­wa­ni na mowę końcową w środ­ku pro­ce­su.

Ste­in kon­ty­nu­ował nie­wzru­sze­nie:

– Chętnie po­twierdzę to, co pan pro­ku­ra­tor jakże traf­nie przed­sta­wił dzi­siej­sze­go przed­południa. Gior­gio Ca­nel­li wrócił do domu dwu­dzie­ste­go trze­cie­go lu­te­go o go­dzi­nie dwu­dzie­stej trze­ciej pięć. Sa­mo­cho­dem. Z ko­la­cji biz­ne­so­wej na mieście, gdzie zjadł ta­lerz spa­ghet­ti i wypił lampkę czer­wo­ne­go wina.

Pia Lindt uśmiechnęła się w du­chu. Ta­lerz spa­ghet­ti? Zgod­nie z ze­zna­niem posiłek składał się z ta­glia­tel­li z tru­fla­mi z re­gio­nu Péri­gord oraz hor­ren­dal­nie dro­gie­go ba­ro­lo, za którego bu­telkę re­stau­ra­cja li­czyła so­bie trzy­sta pięćdzie­siąt do­larów. Ste­in próbował przy­bliżyć świat swe­go klien­ta do po­zio­mu będącego w zasięgu przy­sięgłych. Pia po raz trze­ci to­wa­rzy­szyła Ste­inowi w sądzie i za każdym ra­zem ad­wo­kat wy­bie­rał całko­wi­cie od­mienną stra­te­gię. Pa­ra­graf trze­ci ko­dek­su postępo­wa­nia: „Zmie­niaj tak­tykę częściej niż kra­wat”. Pia za­czy­nała ro­zu­mieć, dla­cze­go me­to­dy Ste­ina nie dało się stu­dio­wać i dla­cze­go ka­te­go­rycz­nie od­ma­wiał wykładów. Jego sposób myśle­nia wy­kra­czał poza ramy ja­kie­go­kol­wiek se­mi­na­rium.

Pia po raz ko­lej­ny ze zdzi­wie­niem zadała so­bie py­ta­nie, dla­cze­go właśnie ją wy­brał na swoją asy­stentkę. Ze względu na wygląd? Nie uważała się za nie­atrak­cyjną, ale jako mo­del­ka nie miałaby naj­mniej­szych szans. Wpraw­dzie jej metr osiem­dzie­siąt to od­po­wied­ni wzrost na wy­bieg, ale od­po­wied­ni wzrost to wszyst­ko, czym mogła się po­chwa­lić. Miała zbyt krągłą fi­gurę i za duży nos. Czy mężczy­znom też ko­ja­rzył się z ko­rze­niem im­bi­ru? – prze­stra­szyła się i do­tknęła go ukrad­kiem. Non­sens, nie jest tak źle. Skup się le­piej na pro­ce­sie, Pio.

– Kie­dy pan Ca­nel­li otwo­rzył drzwi wejścio­we, zawołał żonę.

Ste­in nadal po­twier­dzał tyl­ko wersję pro­ku­ra­tu­ry, co w grun­cie rze­czy było całko­wi­cie zbędne. Pia za­sta­na­wiała się, kie­dy jej szef wresz­cie przystąpi do za­da­wa­nia pytań.

– Ale ona nie od­po­wie­działa – ciągnął. – Ca­nel­li po­szedł do kuch­ni, nalał so­bie wina i zszedł do sy­pial­ni, gdzie spo­dzie­wał się ją za­stać. Zawołał ją po imie­niu: „Ma­rio, skar­bie, je­steś tam?”. Wołał raz po raz. Kie­dy nadal nie otrzy­my­wał od­po­wie­dzi, wy­szedł przez otwar­te drzwi na ta­ras, pod­szedł do ba­se­nu. I wte­dy przeżył szok. Zo­ba­czył żonę leżącą na zie­mi w kałuży krwi! Pod­bie­ga do niej, na­chy­la się, bie­rze w dłonie jej głowę. Z nie­do­wie­rza­niem, jak w tran­sie. Wciąż po­wta­rza jej imię, mimo iż wie, że to bez­ce­lo­we. Rozgląda się wokół, do­strze­ga pi­sto­let. Bie­rze go do ręki, za­mro­czo­ny żalem i prze­rażeniem. Jego uko­cha­na żona nie żyje. Sąsie­dzi słyszą strzał i wzy­wają po­licję. Po­rucz­nik Fo­udy znaj­du­je się w po­bliżu i to on jest funk­cjo­na­riu­szem, który wkra­cza z wyciągniętą bro­nią. Oczy­wiście jest ostrożny, któżby nie był? Osta­tecz­nie ktoś oddał tu strzał. Po­rucz­nik Fo­udy zbliża się z bro­nią w ręku do ba­se­nu.

Ste­in zmie­nił po­zycję. Nie zwra­cał się już do przy­sięgłych, ale do świad­ka oskarżenia.

– Czy tak było, po­rucz­ni­ku?

Otyły po­li­cjant odchrząknął. Widać było, że jest przy­zwy­cza­jo­ny ze­zna­wać jako świa­dek. Wie­dział, cze­go ocze­ku­je od nie­go pro­ku­ra­tor, wy­po­wia­dał się ja­sno i wyraźnie:

– Nie sądzę, pa­nie me­ce­na­sie.

– To in­te­re­sujące, pa­nie Fo­udy. A za­tem nie sądzi pan… – Ste­in zmarsz­czył brwi i odwrócił się w stronę przy­sięgłych. Ge­sty­ku­lo­wał trzy­maną w ręku laską, a w srebr­nej gałce od­bi­jało się światło lamp. – To ważne, proszę do­brze za­pa­miętać te słowa: po­rucz­nik Fo­udy nie sądzi, by tak to się ro­ze­grało.

Funk­cjo­na­riusz próbował za­pro­te­sto­wać, ale Ste­in uciął mu w pół słowa.

– W rze­czy sa­mej bo­wiem dokład­nie o to cho­dzi. Nie mu­si­my dziś de­cy­do­wać, czy ślepo po­wie­rzy­my po­rucz­ni­ko­wi Fo­udy’emu na­sze dzie­ci. Jest sza­no­wa­nym po­li­cjan­tem, po­nad wszelką wątpli­wość, co do tego je­steśmy zgod­ni. Ale dziś, pa­nie i pa­no­wie przy­sięgli, sta­wia­my py­ta­nie, czy ten poważany oby­wa­tel może wy­ro­bić so­bie zda­nie o tym, co się na­prawdę wy­da­rzyło. Muszę przy­znać, że na­wet ro­zu­miem po­rucz­ni­ka. Proszę so­bie wy­obra­zić, że zja­wiają się państwo na miej­scu zda­rze­nia. Sąsie­dzi słysze­li strzały, a wy z pi­sto­le­tem w dłoni po­ru­sza­cie się po ob­cym domu, z obawą, że w każdej chwi­li ktoś was może po­strze­lić. I kie­dy do­cie­ra­cie do ba­se­nu, wi­dzi­cie tam mężczyznę z bro­nią w ręku, po­chy­lo­ne­go nad ciałem. Co wam przycho­dzi do głowy?

Spoj­rzał po przy­sięgłych. Po­tem po­wo­li, sztyw­nym kro­kiem prze­szedł do sto­li­ka, by napić się wody. W ten sposób dawał im czas do na­mysłu, i to tak, że przy­sięgli sądzi­li, że to on po­trze­bu­je chwi­li na ze­bra­nie myśli. To stąd pa­ra­graf wod­ny. Sta­ry na­prawdę był szczwa­nym li­sem.

Wypił do połowy, a po­tem z uśmie­chem zwrócił się do przy­sięgłych.

– Oczy­wiście, każdy by tak pomyślał. Oto spraw­ca z bro­nią w ręku. Na­tu­ral­nie. Każdy człowiek, który ma choć odro­binę rozsądku, na­tych­miast na­brałby ta­kie­go prze­ko­na­nia. I dla­te­go po­rucz­nik Fo­udy nie sądzi, że wszyst­ko mogło ro­ze­grać się in­a­czej. Ale dziś, sza­now­ni przy­sięgli, wa­szym obo­wiązkiem jest roz­strzygnąć, czy rze­czy­wiście taki był prze­bieg wy­da­rzeń. A może praw­dzi­wa jest wer­sja pana Ca­nel­le­go? Jeśli bo­wiem mają państwo choćby cień wątpli­wości, wówczas pan Ca­nel­li będzie mógł ju­tro i po­ju­trze spożyć swo­je spa­ghet­ti na wol­ności. Tyl­ko wte­dy, gdy będą państwo ab­so­lut­nie pew­ni, że w grę nie wcho­dzi żaden inny spraw­ca, wol­no wam będzie wydać na nie­go wy­rok w spra­wie o mor­der­stwo.

Ste­in ce­lo­wo zro­bił przerwę, za­nim podjął:

– Proszę po­wie­dzieć, pa­nie Fo­udy, od ilu lat pra­cu­je pan w po­li­cji?

– W przyszłym roku będę ob­cho­dził dwu­dzie­sto­pięcio­le­cie służby – od­po­wie­dział z wyraźną dumą.

– W ta­kim ra­zie można za­ry­zy­ko­wać stwier­dze­nie, iż jest pan eks­per­tem jeśli cho­dzi o miej­sca zbrod­ni?

Mężczy­zna przy­taknął.

Ste­in zaczął wer­to­wać do­ku­men­ty, które Pia ułożyła w ten sposób, by mógł je wy­god­nie czy­tać.

– Jeśli cho­dzi o miej­sca zbrod­ni ogólnie… Gdzie najczęściej znaj­du­je pan naj­lep­sze ma­te­riały do­wo­do­we? Naj­bar­dziej przy­dat­ne ślady? Nie w tym kon­kret­nym przy­pad­ku, tyl­ko ogólnie. Po­wiedz­my, we wszyst­kich spra­wach o mor­der­stwo, które pan pro­wa­dził.

– Cóż, z reguły tam, gdzie najczęściej znaj­du­je się DNA. W łóżku, w ka­bi­nie prysz­ni­co­wej, na grze­bie­niu…

– Na przykład w odpływie ba­se­nu? – za­py­tał Ste­in zmie­nio­nym głosem, który tym ra­zem za­brzmiał ostro, jak tnąca pa­pier brzy­twa. Pia wy­czuła, że Ste­in wkra­cza w de­cy­dującą fazę.

– Ogólnie rzecz biorąc, owszem… – zaczął po­li­cjant, a Ste­in mu prze­rwał.

– W ta­kim ra­zie proszę po­wie­dzieć, pa­nie Fo­udy, czy zle­cił pan spraw­dze­nie odpływu ba­se­nu pana Ca­nel­le­go pod kątem śladów DNA?

– W tym przy­pad­ku nie było to ko­niecz­ne, po­nie­waż broń…

– Proszę od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie, pa­nie Fo­udy. Czy zle­cił pan ba­da­nie ba­se­nu pana Ca­nel­le­go pod kątem śladów DNA?

– Nie, ale…

– Wi­dzi pan, pa­nie Fo­udy, a ja owszem. – Ste­in uśmiechnął się z wy­ro­zu­miałością. – Jak już wspo­mniałem na wstępie, je­stem w sta­nie pana zro­zu­mieć. Każdy nor­mal­ny człowiek za­re­ago­wałby tak jak pan. Mężczy­zna sie­dzi z bro­nią w ręku na brze­gu ba­se­nu, na­chy­lo­ny nad ciałem. Spra­wa ja­sna jak słońce. Wyj­mu­je mu pan broń z ręki i próbuje go uspo­koić.

– Ale on był zupełnie spo­koj­ny… – Fo­udy próbował ura­to­wać dla pro­ku­ra­to­ra to, co było jesz­cze do ura­to­wania. Ten zaś wier­cił się nie­spo­koj­nie na krześle, wy­cze­kując spo­sob­ności, by zgłosić sprze­ciw wo­bec no­wych do­wodów. Gme­rał jed­no­cześnie w pa­pie­rach w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, co prze­oczył; twarz miał kre­do­wo­białą.

– Wie pan, co jest zdu­mie­wające, pa­nie Fo­udy? W ba­se­nie zna­le­zio­no ślady dokład­nie czte­rech osób: po pierw­sze pana Ca­nel­le­go i jego żony, co ni­ko­go nie dzi­wi, wszak to ich ba­sen. Następnie chłopa­ka ba­senowego, co również nie sta­no­wi po­wo­du do za­nie­po­ko­je­nia. Ale zna­le­zio­no również czwar­te DNA, pa­nie Fo­udy. Zgod­nie z pla­nem czysz­cze­nia ba­senu filtr wy­mie­nio­no w po­nie­działek. Ów osob­nik mu­siał prze­by­wać w domu pana Ca­nel­le­go w tym sa­mym dniu – i to albo w po­bliżu ba­senu, albo w sa­mym ba­se­nie. Czy można wy­klu­czyć, iż oso­ba ta za­strze­liła żonę mo­je­go klien­ta, a wszyst­ko ro­ze­grało się tak, jak opi­sał oskarżony?

Po­rucz­nik od­zy­skał pew­ność sie­bie.

– Cóż, teo­re­tycz­nie tak. Ale ślady mógł zo­sta­wić każdy. Chy­ba że pan może usta­lić, do kogo należy to DNA?

– Otóż, pa­nie Fo­udy, w rze­czy sa­mej mogę – ode­zwał się Ste­in moc­nym głosem te­le­wi­zyj­ne­go ka­zno­dziei. – Był bo­wiem ka­ra­ny za uszko­dze­nie ciała. Cho­dzi o Ma­teo d’Albę. – Ste­in wska­zał końcem la­ski na wi­dow­nię. – Mógłbym pro­sić pana o po­wsta­nie, pa­nie d’Alba?

Z tyłu sali pod­niósł się czar­nia­wy, to­por­ny fa­cet w skórze i posłał krzy­wy uśmiech w stronę ławy przy­sięgłych. W sali za­pa­no­wało nagłe po­ru­sze­nie, roz­legły się szep­ty, a niektórzy z obec­nych le­d­wie mo­gli usie­dzieć na miej­scu. Pro­ku­ra­tor roz­dzia­wił usta. Pia uzmysłowiła so­bie, że Ste­in właśnie odniósł zwy­cięstwo. Ten skład ławy przy­sięgłych nie wyda wy­ro­ku ska­zującego, a pro­ku­ra­tu­ra będzie mu­siała bar­dzo się wytężyć, jeśli ze­chce wszcząć ko­lej­ne postępo­wa­nie.

Pro­ku­ra­tor wstał i przystąpił do pa­ko­wa­nia do­ku­mentów, mrucząc nie­wy­raźnie:

– Pro­ku­ra­tu­ra wno­si o umo­rze­nie postępo­wa­nia.

Pod­czas gdy sędzia, po­stu­kując młotkiem, próbował za­pro­wa­dzić spokój, pro­ku­ra­tor wy­ce­dził w stronę po­li­cjan­ta:

– Spar­to­lo­na spra­wa, Fo­udy. Niech mi się pan nie po­ka­zu­je na oczy. I niech mi pan znaj­dzie wszyst­ko o tym d’Al­bie.

Pia zna­lazła się u boku Ste­ina, który usłyszał uwagę pro­ku­ra­to­ra. Uśmiechnął się drwiąco.

– Pa­nie ko­le­go, ale d’Alba twier­dzi, że to nie on. Mówi, że to tam­ten. – Po­ka­zał mężczyznę w jed­nym z ostat­nich rzędów, który wyglądał iden­tycz­nie jak świeżo upie­czo­ny spraw­ca.

– Bliźnięta jed­no­ja­jo­we – dodał Ste­in, mru­gając do pro­ku­ra­to­ra. – Za­pew­ne się pan zgo­dzi, że pro­ces prze­ciw­ko bra­ciom d’Alba może pan w tym mo­men­cie odłożyć ad acta. Bliźnięta jed­no­ja­jo­we ce­chu­je nie­mal stu­pro­cen­to­wa zgod­ność DNA. Niech pan zgłębi te­mat, a stwier­dzi pan, że będzie mógł udo­wod­nić co naj­wyżej, iż je­den z nich prze­by­wał na miej­scu zbrod­ni. Ale nig­dy pan nie udo­wod­ni, który.

To rzekłszy, pożegnał się i ru­szył w kie­run­ku zatłoczo­ne­go przejścia, igno­rując po dro­dze wy­lew­ne po­dzięko­wa­nia Ca­nel­le­go.

Pia podążyła za nim ze stertą do­ku­mentów w objęciach. Ona również się uśmie­chała. Po­czu­cie wy­gra­nej mile ją łech­tało, cho­ciaż nie była prze­ko­na­na, czy tego dnia zwy­ciężyła spra­wie­dli­wość.

Na uli­cy cze­kała już li­mu­zy­na Ste­ina, sta­ry rolls-roy­ce phan­tom VI. Tym sa­mym mo­de­lem nadal jeździła królowa an­giel­ska. Me­ce­nas twier­dził, że to ostat­ni porządny sa­mochód, jaki wy­pro­du­ko­wa­no.

Kie­dy zo­sta­wi­li za sobą zgraję re­por­terów i za­trzasnęły się ciężkie drzwi auta, Pia ode­tchnęła. Położyła do­ku­men­ty na sie­dze­niu między sobą a drob­nym sta­rusz­kiem i wygładziła spódnicę gar­son­ki. Sta­rała się nie pa­trzeć na boki.

– Niechże się pani nie krępuje, pan­no Lindt. Proszę pytać – po­wie­dział Ste­in.

Posłała mu spoj­rze­nie z uko­sa. Wyglądał na za­do­wo­lo­ne­go, nie­mal szczęśli­we­go. W małych oczkach osa­dzo­nych nad im­bi­ro­wym kul­fo­nem czaił się uśmiech, a po­ora­na zmarszcz­ka­mi twarz sie­dem­dzie­sięcio­lat­ka nie zdra­dzała oznak zmęcze­nia. Już nie wyglądał tak cher­la­wo jak przed chwilą w sądzie.

– Jak pan z tym so­bie ra­dzi? – za­py­tała Pia. – Z winą klien­ta?

Przełożony uśmiechnął się z wy­ro­zu­miałością.

– Nie wol­no pani pa­trzeć na to w ten sposób, pan­no Lindt. Nie na­szym za­da­niem jest rozsądzać o wi­nie czy nie­win­ności klientów. My wypełnia­my nasz obo­wiązek, a pro­ku­ra­tu­ra swój. Jeśli prze­ciw­ni­ka nie stać na twórcze po­dejście … cóż, jego pech. Równie do­brze oni mo­gli zle­cić spraw­dze­nie odpływu. Nie zro­bi­li tego.

– Chce pan przez to po­wie­dzieć, że nie zma­ni­pu­lo­wał pan śladów DNA? – za­py­tała z na­dzieją w głosie.

– W ta­kim sa­mym stop­niu, jak Ca­nel­li nie za­mor­do­wał swo­jej żony, pan­no Lindt. – Kąciki jego ust ściągnęły się lek­ko w dół, jak­by z tru­dem po­wstrzy­my­wał uśmiech.

Pia skie­ro­wała wzrok za okno, by w spo­ko­ju za­sta­no­wić się nad słowa­mi me­ce­na­sa. Jak zwy­kle w paru krótkich zda­niach kil­ka­krot­nie odwrócił kota ogo­nem. To w końcu Ca­nel­li za­strze­lił żonę czy nie? Nie nadążała za nim. Jesz­cze nie na­deszła pora lun­chu, a ten le­ci­wy człowiek o porażająco ostrym umyśle spra­wił, że jej własne sza­re komórki uległy całko­wi­te­mu zmące­niu.

Po­pa­trzyła na zewnątrz: nie­kończąca się ka­wal­ka­da sa­mo­chodów, w większości czar­nych, białych lub srebr­nych, prze­ta­czała się w śli­ma­czym tem­pie przez wąwozy ulic. Czte­ry pa­sma wście­kle trąbiących kie­rowców kon­ku­rujących o ko­lej­ne cen­ty­me­try. Po naj­barw­niej­szym mieście świa­ta jeździły mo­no­chro­ma­tycz­ne auta. Je­dy­nym uroz­ma­ice­niem tej bla­sza­nej mo­no­to­nii były żółte taksówki. W śla­ma­zar­nym ru­chu go­dzin szczy­tu, który na Man­hat­ta­nie kończył się gru­bo po za­cho­dzie słońca, Pia po raz ko­lej­ny po­czuła po­dziw dla kunsz­tu Edwar­da, szo­fe­ra Ste­ina, któremu mimo wszyst­ko jakoś uda­wało się łagod­nie przepływać uli­ca­mi. Edward był jesz­cze star­szy niż Ste­in, miał twarz do­bro­tli­we­go dziad­ka. I był tak samo szar­manc­ki.

Pia zagłębiła się w miękkiej skórze sie­dze­nia i zerknęła na Ste­ina. Czy­tał ma­ile, które rano po­le­cił jej wy­dru­ko­wać. Wy­raz roz­ba­wie­nia na jego twa­rzy zniknął, ad­wo­kat za­sta­na­wiał się nad czymś ze zmarsz­czo­nym czołem.

– Czy coś się stało, pa­nie me­ce­na­sie? – za­gaiła ostrożnie.

– Można to tak na­zwać, pan­no Lindt – przy­znał Ste­in, po czym dodał z wes­tchnie­niem: – Będzie­my mu­sie­li prze­ka­zać sta­re­mu przy­ja­cie­lo­wi przykrą wia­do­mość. Proszę mi podać te­le­fon.

Pia wyłowiła z tecz­ki swój te­le­fon komórko­wy. Kan­ce­la­ria nie miała własne­go, za to po­sia­dała wi­zytówki ręcznie od­bi­ja­ne ze sta­lo­rytów oraz dys­po­no­wała cen­tralką te­le­foniczną, która od trzech lat wy­gry­wała me­lo­dyjkę San­ta Claus is co­ming to Town na­wet w środ­ku lata. Kan­ce­la­ria cie­szyła się niewątpli­wie zna­ko­mitą re­nomą, Ste­in jed­nak miał pew­ne skłonności do ana­chro­nizmów. Wy­brał nu­mer z pamięci, a za­tem mu­siało cho­dzić o na­prawdę do­bre­go przy­ja­cie­la, wy­wnio­sko­wała.

– Ad­ria­nie, tu Ste­in. Szko­da, że pan nie od­bie­ra, mu­si­my spo­tkać się jak najprędzej. Jest pan w No­wym Jor­ku? Proszę do mnie od­dzwo­nić pod nu­mer… – Za­ma­chał w jej stronę laską. Pia za­no­to­wała na kar­tecz­ce swój nu­mer te­le­fo­nu i podała mu ją. Ste­in od­czy­tał do słuchaw­ki ciąg cyfr i rozłączył się. Pew­nie nie lubił au­to­ma­tycz­nych se­kre­ta­rek albo do nich nie na­wykł, pomyślała. Wzięła od nie­go komórkę i położyła ją na ko­la­nach. Spoj­rzała jesz­cze py­tająco na Ste­ina, ale ten zno­wu za­to­pił się w pa­pie­rach.

Dwa­dzieścia mi­nut później prze­kro­czy­li próg kan­ce­la­rii położonej w sza­cow­nej dziel­ni­cy Up­per East Side. Wik­to­riańska ka­mie­ni­ca mieściła na bel-étage’u kan­ce­la­rię, a oba piętra powyżej zaj­mo­wał sam Ste­in. Do eks­tra­wa­gan­cji ad­wo­ka­ta należał fakt, iż mimo wy­so­kich ho­no­ra­riów, które bez wątpie­nia in­ka­so­wał, nie za­trud­niał se­kre­tar­ki. Pia była jego je­dyną pra­cow­nicą. Dla­te­go to ona otwo­rzyła drzwi wejścio­we, pro­wadzące na klatkę scho­dową, która ni­czym wąż opla­tała wnętrze nie­małego domu.

Pia zda­wała so­bie sprawę, że war­tość bu­dyn­ku prze­kra­cza piętnaście mi­lionów do­larów, ale no­wo­jor­skie­go ryn­ku od cza­su kry­zy­su w nie­ru­cho­mościach i tak nikt już nie ogar­niał. Ste­in się nie­cier­pli­wił, więc po­spie­szyła z otwar­ciem drzwi. Me­ce­nas po­ma­sze­ro­wał przo­dem po ciem­nym drew­nia­nym par­kie­cie. Kan­ce­la­ria składała się za­le­d­wie z trzech po­miesz­czeń. Klien­ci po­dej­mo­wa­ni byli w dużej re­cep­cji. Na jej ścia­nach wi­siały cen­ne ob­ra­zy, pod którymi królowały potężne fo­te­le, obi­te zie­loną skórą. Na nie­wiel­kich sto­li­kach obok cza­so­pism poświęco­nych grze w polo i żeglar­stwu roz­sta­wio­no po­piel­nicz­ki.

Ste­in, nie oglądając się na asy­stentkę, zniknął w ga­bi­ne­cie, prze­stron­nym po­miesz­cze­niu przy­po­mi­nającym bi­blio­tekę. Pia po­wie­siła płaszcz i weszła do swo­je­go po­ko­ju. Mimo że był znacz­nie mniej­szy od ga­bi­ne­tu praw­ni­ka, czuła się tu całkiem do­brze. Sta­ro­mod­ne, ale ele­ganc­kie wy­po­sażenie po­ma­gało jej od­dzie­lić pracę od życia pry­wat­ne­go. Tyl­ko na­gie ścia­ny prze­szka­dzały jej odro­binę. Po raz set­ny po­wzięła po­sta­no­wie­nie, że po­wie­si na nich ob­ra­zy, by nadać po­miesz­cze­niu oso­bi­sty rys. Z roz­myślań wy­rwał ją dźwięk te­le­fo­nu. Ode­brała i przed­sta­wiła się pełnym imie­niem i na­zwi­skiem.

– Proszę pani, otrzy­małem ten nu­mer od Thi­baul­ta Ste­ina. Chy­ba się nie po­my­liłem? – ode­zwał się na­der przy­jem­ny męski głos.

Pia przełknęła ślinę. To mu­siał być ów ważny klient, z którym chciał się spo­tkać szef. Czy nie na­zwał go na­wet przy­ja­cie­lem? Odchrząknęła i od­po­wie­działa:

– Nie, nie, do­brze pan wy­brał nu­mer. Je­stem nową asy­stentką pana Ste­ina. Za­dzwo­nił do pana z mo­je­go te­le­fo­nu.

– Nadal nie ma własne­go? – od­parł z przy­ganą atrak­cyj­ny męski głos. Po­brzmie­wało w nim roz­ba­wie­nie. – Wie pani, dla­cze­go chce się ze mną spo­tkać?

– Nie­ste­ty nie, pa­nie…

– Von Bin­gen. Proszę mi wy­ba­czyć, nie przed­sta­wiłem się. Na­zy­wam się Ad­rian von Bin­gen.

– A za­tem, pa­nie von Bin­gen, nie­ste­ty nie mogę służyć tą in­for­macją, ale chętnie prze­każę słuchawkę panu Ste­ino­wi…

– To nie będzie ko­niecz­ne. Proszę po­wie­dzieć Thi­baul­to­wi, że je­stem w mieście i wpadnę do nie­go dziś wie­czo­rem. Po­wiedz­my o dwu­dzie­stej. Od­po­wia­da to pani?

W tle usłyszała ude­rze­nie me­ta­lu o me­tal, po czym męski głos bluznął bar­dzo nie­przy­zwo­ity­mi prze­kleństwa­mi.

– Szcze­rze mówiąc, pa­nie von Bin­gen, nie wiem… Pry­wat­ny ter­mi­narz…

– Proszę mu po­wie­dzieć, żeby do mnie za­dzwo­nił, jeśli mu nie od­po­wia­da pora… Muszę kończyć, goście cze­kają. Miło mi było panią po­znać.

Pia z unie­sio­ny­mi brwia­mi spoj­rzała na te­le­fon i wcisnęła przy­cisk, by się rozłączyć. Jesz­cze nig­dy nie słyszała o tym klien­cie, a spra­wiał wrażenie nad­zwy­czaj uprzej­me­go. Cho­ciaż nie, to nie było właściwe słowo. Cie­ka­we, jak wyglądał? Ru­szyła w stronę ga­bi­ne­tu Ste­ina, stu­kając ob­ca­sa­mi po sta­rym par­kie­cie, który pie­czołowi­cie od­re­stau­ro­wa­no kil­ka lat temu.

Drzwi były otwar­te, ale z grzecz­ności przy­stanęła w nich i za­pu­kała w po­la­kie­ro­wa­ne drew­no bo­aze­rii. Ad­wo­kat sie­dział przy ogrom­nym biur­ku i robił no­tat­ki, sta­ra mosiężna lam­pa rzu­cała przyćmio­ne światło na biały pa­pier. Za­pro­sił ją ge­stem do środ­ka i po paru se­kun­dach pod­niósł wzrok.

– Od­dzwo­nił Ad­rian von Bin­gen. Jest w No­wym Jor­ku i chętnie spo­tka się z pa­nem dziś wie­czo­rem. Jeśli to panu od­po­wia­da, przyj­dzie o dwu­dzie­stej.

Ste­in opadł na opar­cie.

– To do­brze, pan­no Lindt. Proszę mu po­wie­dzieć, że jak zwy­kle będzie mile wi­dzia­ny.

– Po­twier­dził już, że będzie, chy­ba że się ode­zwie­my.

– Też do­brze. Cały Ad­rian. W ta­kim ra­zie niech wpa­da. Zo­ba­czy­my, czy w piw­nicz­ce znaj­dzie się jesz­cze bu­tel­ka przy­zwo­ite­go czer­wo­ne­go wina.

Pia odwróciła się i już miała wyjść z ga­bi­ne­tu, kie­dy Ste­in ją za­trzy­mał.

– Ach, pan­no Lindt, jesz­cze jed­no: chciałbym, by mi pani to­wa­rzy­szyła dziś wie­czo­rem. Czy mogłaby pani przyjść tuż przed ósmą? Przy­kro mi, jeśli psuję pani pla­ny na wieczór, ale może się zda­rzyć, że będzie­my mie­li zle­ce­nie.

Ja­kie pla­ny na wieczór? – pomyślała z iry­tacją. Odkąd John się wy­pro­wa­dził, wie­czo­ra­mi pa­no­wała u niej ciągła po­su­cha. Lamp­ka czer­wo­ne­go wina z Thi­baul­tem Ste­inem zwia­sto­wała przy­najm­niej coś cie­kaw­sze­go od sa­mot­ne­go wie­czo­ru z su­szo­ny­mi jabłkami i naj­now­szym od­cin­kiem Za­gi­nio­nych.

– Nie ma pro­ble­mu. Kim w ogóle jest ten Ad­rian von Bin­gen? W ak­tach nig­dzie się nie na­tknęłam na to na­zwi­sko.

– Nie dzi­wi mnie to, pan­no Lindt. Znam Ad­ria­na od wieków, a jego ojca jesz­cze dłużej. Oj­ciec jest ważnym klien­tem, a Ad­rian… cóż, Fran­cu­zi po­wie­dzie­li­by, że to en­fant ter­ri­ble. Ale ja go lubię. Na­wet bar­dzo. Przez lata stał się dla mnie kimś w ro­dza­ju przy­ja­cie­la.

Pia jakoś nie mogła so­bie wy­obra­zić, by praw­nik przy swo­im na­wa­le pra­cy znaj­do­wał czas dla przy­ja­ciół. Cie­ka­wiło ją, kogo Ste­in chciał przyjąć u sie­bie w domu.

– Dla­cze­go nie przyj­mie go pan w kan­ce­la­rii jak wszyst­kich in­nych?

– Jak już mówiłem, to mój przy­ja­ciel, pan­no Lindt. Zresztą i tak nie byłoby go stać na ofi­cjal­ne usługi kan­ce­la­rii. Pre­fe­ru­je spo­tka­nia na pry­wat­nej sto­pie i ja, prawdę mówiąc, również.

– Wspo­mniał pan w taksówce, że ma pan do prze­ka­za­nia złą wia­do­mość?

– Owszem, nie­ste­ty… – zaczął, a po­tem opo­wie­dział jej, dla­cze­go tak bar­dzo zależało mu na tej wi­zy­cie.

Czte­ry go­dzi­ny później za­trzy­mała się przed drzwia­mi miesz­ka­nia Ste­ina. Wcześniej mu­siała się przy­najm­niej odświeżyć przed po­zna­niem właści­cie­la atrak­cyj­ne­go głosu. A hi­sto­ria Ad­ria­na, którą po południu opo­wie­dział Ste­in, tyl­ko pod­sy­ciła jej ocze­ki­wa­nia.

Von Bin­gen po­cho­dził ze sta­re­go nie­miec­kie­go rodu, po­sia­dającego znacz­ny majątek, z którego jed­nak Ad­rian piętnaście lat temu zo­stał całko­wi­cie wy­dzie­dzi­czo­ny. U źródła leżał za­targ z oj­cem o przyszłość dzie­dzi­ca. Po ukończe­niu szkoły ku­char­skiej, który to wybór oj­ciec, zgrzy­tając zębami, jesz­cze po­tra­fił za­ak­cep­to­wać, Ad­rian ubz­du­rał so­bie, że otwo­rzy kuch­nię dla ubo­gich w sto­li­cy Mek­sy­ku. Ojcu za­ser­wo­wał uza­sad­nie­nie, że nad­szedł czas, by ro­dzi­na oddała coś wresz­cie świa­tu po wie­kach nie­ustan­ne­go bra­nia. Na to oj­ciec bez ce­re­gie­li wy­rzu­cił go z domu. Według nie­go Ad­rian umiał pra­co­wać tyl­ko do­ryw­czo i w jego oczach był obi­bo­kiem i pasożytem, który pew­ne­go dnia prze­ko­na się, co będzie miał z ta­kie­go trak­to­wa­nia majątku przodków. Ad­rian bez słowa wy­pro­wa­dził się i wy­je­chał do Mek­sy­ku.

Tam wiódł skrom­ne, ale spełnio­ne życie – i tam spo­tkał swoją miłość: Jes­sicę. Sześć lat później utra­cił ją; za­le­d­wie dwa ty­go­dnie po ślu­bie. Miała wówczas tyl­ko dwa­dzieścia osiem lat. Pod­czas mie­siąca mio­do­we­go na Ha­wa­jach zniknęła bez śladu. Po­li­cja w od­ległym le­sie od­na­lazła jej sa­mochód znisz­czo­ny przez ładu­nek wy­bu­cho­wy. Za­kro­jo­na na dużą skalę ak­cja po­szu­ki­waw­cza zakończyła się fia­skiem czte­ry ty­go­dnie później.

Ad­rian zna­lazł się w prze­paści „głębszej od piekła”, jak się wy­ra­ził Ste­in. Zaczął pić, wy­je­chał z Mek­sy­ku, gdzie wszyst­ko przy­po­mi­nało mu Jes­sicę, wresz­cie osiadł w No­wym Jor­ku. Od tam­tej pory pra­co­wał jako ku­charz w trze­ciorzędnej re­stau­ra­cji przy Czter­dzie­stej Dru­giej Uli­cy, gdzie na­iw­nym tu­ry­stom ser­wo­wa­no roz­go­to­wa­ny ma­ka­ron.

Ste­in twier­dził, że to je­den z naj­lep­szych ku­cha­rzy, ja­kich zna. Ale wyraźnie stra­cił pasję do go­to­wa­nia. Przy­najm­niej jed­nak nie pił już tyle i mógł opłacić ra­chun­ki za prąd.

Ta hi­sto­ria po­ru­szyła Pię do głębi. Oczy­wiście wszy­scy, z po­licją na cze­le, wie­dzie­li, że Jes­si­ca von Bin­gen nie żyje, że nig­dy nie wróci do męża. Padła ofiarą mor­der­cy. Ale Ad­rian nie mógł złożyć w gro­bie jej ciała i dla­te­go nig­dy nie zdołał uwol­nić się od wątpli­wości i nie­pew­ności.

Co to za uczu­cie, kie­dy uko­cha­ny człowiek po pro­stu zni­ka? Jak po­ra­dzić so­bie z pustką i smut­kiem, kie­dy nie ma pew­ności, że nie żyje? Pia czuła, że to musi po­wo­do­wać nie­wy­obrażalne cier­pie­nie.

***

Za­nim na­cisnęła dzwo­nek, jesz­cze raz wygładziła bluzkę. Zde­cy­do­wała się na nie­co mod­niej­szy gar­ni­tur ze spodnia­mi za­miast kon­ser­wa­tyw­nej spódni­cy, którą miała na so­bie w pra­cy, ale − co­kol­wiek by nie po­wie­dzieć − nadal cho­dziło tyl­ko o spo­tka­nie z klien­tem, na­wet jeśli Ste­in przyj­mo­wał go pry­wat­nie, by za­oszczędzić mu hor­ren­dal­nych ra­chunków wy­sta­wia­nych przez kan­ce­la­rię.

Ze środ­ka do­biegł głęboki dźwięk trójto­no­we­go gon­gu. Pia jesz­cze nig­dy nie zo­stała za­pro­szo­na do miesz­ka­nia Ste­ina, zwy­kle wszyst­kie spo­tka­nia od­by­wały się w kan­ce­la­rii na par­te­rze. Cie­ka­wiło ją, jak miesz­ka szef. Otwo­rzył drzwi w tym sa­mym czar­nym gar­ni­tu­rze co za­wsze, z per­fek­cyj­nie zawiąza­nym kra­wa­tem. Pew­nie nie zdej­mu­je go na­wet do snu, prze­mknęło jej przez głowę.

– Do­bry wieczór, pan­no Lindt. – Przy­wi­tał ją ser­decz­nie. – Cieszę się, że zna­lazła pani czas.

Po­pro­wa­dził ją do sa­lo­nu i za­pro­po­no­wał lampkę czer­wo­ne­go wina. Apar­ta­ment różnił się od kan­ce­la­rii tyl­ko wy­po­sażeniem. Również i tu­taj ścia­ny były wyłożone ciem­nym drew­nem, ale pod niską ławą, stojącą przy mon­stru­al­nych roz­miarów narożniku, leżał gru­by dy­wan. W ko­min­ku trza­skał ogień, a umiłowa­nie Ste­ina do książek wyraźnie od­cisnęło piętno na wnętrzu: całą sze­ro­kość ścia­ny w głębi zaj­mo­wał regał po brze­gi wypełnio­ny sta­ry­mi to­ma­mi. Pia za­sta­na­wiała się, czy Ste­in zmieści w nim choćby je­den do­dat­ko­wy eg­zem­plarz.

Kie­dy już sie­dzie­li na ka­na­pie na­prze­ciw­ko sie­bie, Ste­in po raz pierw­szy za­py­tał ją o życie pry­wat­ne, jed­nak powściągli­wie, jak­by nie chciał być wścib­ski. Pia de­lek­to­wała się ciężkim wi­nem, pachnącym jeżyna­mi i he­ba­nem, i cier­pli­wie od­po­wia­dała na py­ta­nia. Nie wi­działa po­wo­du, by ukry­wać przed nim co­kol­wiek.

Tuż po ósmej roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Ste­in już chciał się pod­nieść z wy­god­nej sofy, na­wet zaczął się ciężko dźwigać o la­sce, kie­dy Pia go po­wstrzy­mała.

– Proszę po­cze­kać, ja to zro­bię. Znam prze­cież drogę.

Ste­in uśmiechnął się z wdzięcznością.

Gdy otwo­rzyła drzwi, przeżyła praw­dzi­we za­sko­cze­nie. W swej łagod­nie pod­sy­ca­nej cie­ka­wości spo­dzie­wała się ku­cha­rza w wymiętej ko­szu­li albo nud­ne­go ary­sto­kra­ty w kra­cia­stej ma­ry­nar­ce, ale na pew­no nie by­stre­go trzy­dzie­sto­lat­ka, który wyglądał na­wet le­piej, niż można się było spo­dzie­wać po głosie. Miał na so­bie roz­piętą pod szyją białą ko­szulę, dżinsy i skórzaną kurtkę wyglądającą na moc­no sfa­ty­go­waną. Spod bu­rzy bezład­nych loków spoglądały zie­lo­ne oczy.

– Do­bry wieczór. Pani Lindt, jak sądzę. Na­zy­wam się Ad­rian von Bin­gen. – Przy­wi­tał się i uścisnął jej dłoń.

– Pia Lindt. Miło mi pana po­znać. Proszę wejść, me­ce­nas Ste­in już cze­ka.

Wszedł do środ­ka i nie cze­kając na nią, skie­ro­wał się pro­sto do sa­lo­nu. Nie jest tu ni­kim ob­cym, za­uważyła. Nie mogła się po­wstrzy­mać, by nie zmie­rzyć go po­now­nie wzro­kiem: miał ja­kieś metr osiem­dzie­siąt pięć wzro­stu i fi­gurę by­najm­niej nie ku­cha­rza. Jak mu się uda­wało ją za­cho­wać? Jego ręce były sil­ne, ale nie­prze­sad­nie umięśnio­ne, a dłonie miały szczupłe pal­ce. Tyl­ko dwa nie­duże pla­stry zdra­dzały, że pra­co­wał przy gorącej kuch­ni, ale pach­niał trawą, a nie sta­rym tłuszczem. Dość przy­stoj­ny ary­sto­kra­ta, nie­mający w so­bie nic z kuch­ci­ka, za­wy­ro­ko­wała.

Ste­in przy­wi­tał się z nim ser­decz­nie. Pa­dli so­bie w ra­mio­na, choć prze­cież na­wet nie byli ze sobą na ty. Wydało jej się to dziw­ne. Kie­dy Ste­in za­pro­po­no­wał gościo­wi kie­li­szek wina i cała trójka usiadła na wiel­kim narożniku, von Bin­gen z wy­cze­ki­wa­niem spoj­rzał na me­ce­na­sa. Trzy­mał kie­li­szek w obu rękach, jak­by spo­dzie­wał się nie­do­brych wia­do­mości. Pia spuściła wzrok.

– Dla­cze­go mnie pan we­zwał, Thi­bault? – za­py­tał wresz­cie.

Ste­in za­wa­hał się se­kundę, po czym od­parł:

– Mam nie­po­myślne no­wi­ny, Ad­ria­nie.

Jego rozmówca nie kwa­pił się z od­po­wie­dzią, wpa­try­wał się tyl­ko w bor­do­wy płyn. Wresz­cie pod­niósł wzrok. Blask w jego oczach zma­to­wiał, spoj­rze­nie stało się pu­ste i chmur­ne.

– Cho­dzi o Jes­sicę, praw­da?

Ste­in skinął głową. Pia za­uważyła, że Ad­rian przełknął ślinę. Pa­trzył ba­daw­czo na ad­wo­ka­ta.

– Zna­leźli ją?

Me­ce­nas upił łyk wina, po czym od­po­wie­dział:

– Nie­zu­pełnie.

Wręczył mu ar­kusz pa­pie­ru, na którym wśród roz­ma­za­nych li­ter fak­su wid­niało logo FBI. Pia, która tego popołudnia za­po­znała się z treścią pi­sma, po­czuła dreszcz na ple­cach.

Ad­rian drżącą dłonią wziął kartkę i przez długi czas wpa­try­wał się w nią bez słowa. Za­mknął oczy, a spod po­wie­ki spłynęła po­je­dyn­cza łza i roz­prysła się na szkla­nym bla­cie ławy.

– Thi­bault, pomoże mi pan w przy­go­to­wa­niach do po­grze­bu Jes­si­ki?

Sta­ry mężczy­zna ścisnął jego dłoń i po­wie­dział:

– Oczy­wiście, Ad­ria­nie. To się ro­zu­mie samo przez się.

***

Półtora ty­go­dnia później Pia, Thi­bault i Ad­rian sta­li nad świeżo wy­ko­pa­nym gro­bem na cmen­ta­rzu Gre­en Wood na Bro­okly­nie. Mąż zmarłej życzył so­bie ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej w wąskim gro­nie. Zresztą in­nych bli­skich nie ma, wyjaśnił.

Rzęsi­sty deszcz siekł czar­ne pa­ra­so­le, a buty żałob­ników grzęzły w namiękłej wodą tra­wie. Do gro­bu złożono nie­dużą urnę. Ad­rian von Bin­gen po­sy­pał ją szu­felką zie­mi, po­tem rzu­cił czer­woną różę.

Pia stała obok nie­go; spra­wiał wrażenie, jak­by spadł z nie­go wiel­ki ciężar. Sięgnęła po szu­felkę.

– Szko­da, że nig­dy się nie po­znałyśmy, Jes­si­co – mruknęła z na­dzieją, że te słowa nie za­brzmią w uszach Ad­ria­na nie­tak­tow­nie. Grud­ki spadły na urnę, stojącą pośrod­ku wy­ko­pu.

Kie­dy podała mu rękę, by złożyć kon­do­len­cje, przez krótką chwilę wy­czuła w nim iry­tację. Spoj­rzał po­nad jej ra­mie­niem i le­d­wie za­uważal­nie skinął komuś głową. Nie odważyła się odwrócić. Do­pie­ro gdy skie­ro­wa­li się żwi­rową alejką ku wyjściu, rzu­ciła okiem za sie­bie. Do gro­bu po­deszła star­sza para. Wyglądali na za­smu­co­nych i za­gu­bio­nych. Ad­rian von Bin­gen od­da­lił się, nie oglądając się za sie­bie.

Roz­dział 4

Maj 2011

Bro­oklyn, Nowy Jork

Klara „Sis­si” Swell ob­le­wała się po­tem. Pięćdzie­siąt sześć, pięćdzie­siąt sie­dem… Mięśnie ra­mion paliły jak ogień. Za­cisnęła usta. Da­waj, Kla­ro, jesz­cze trzy. Leżąc na brzu­chu na wąskiej ławce, za­ci­skała dłonie na dwu­dzie­sto­pięcio­ki­lo­gra­mo­wych han­tlach i dźwigała je do góry: pięćdzie­siąt osiem, pięćdzie­siąt dzie­więć, sześćdzie­siąt. Z ulgą ode­tchnęła i opuściła ciężarki na gu­mową matę. Z gracją właściwą byłym gim­na­stycz­kom pod­niosła się i prze­rzu­ciła nogi przez ławkę. Mimo że w naj­tańszej siłowni w Lo­wer East Side było zim­no jak w lodówce, jej ciało pa­ro­wało od wysiłku.

Mu­siała za­cho­wać formę. Sko­ro nic in­ne­go w jej życiu tej for­my nie miało, to niech przy­najm­niej ciało pro­mie­nie­je dawną świet­nością. Jako była spor­t­smen­ka o drob­nej fi­gu­rze była dum­na z każdego kawałka mięśni, które wy­ro­biła so­bie w ciągu ostat­nich trzech lat.

Pociągnęła łyk z przy­nie­sio­nej bu­tel­ki wody i spoj­rzała na ze­ga­rek: cho­le­ra, już kwa­drans po trze­ciej. Za nie­całe pół go­dzi­ny za­czy­nała zmianę w Schil­le­rze. Wy­chodząc, wy­rzu­ciła pustą bu­telkę do kubła na­prze­ciw­ko re­cep­cji. Dla Char­lie­go. Za­wsze znajdą się tacy, którym wie­dzie się jesz­cze go­rzej, nie wol­no ci o tym za­po­mnieć, Sis­si. Dzięki za przy­po­mnie­nie, nie przy­pusz­czałam, że kie­dy­kol­wiek będę roz­ważać, czy sa­mej nie zwrócić bu­tel­ki i nie ska­so­wać drob­niaków za za­staw.

Dwa­dzieścia mi­nut później sie­działa na ob­skur­nym stołku ba­ro­wym, po­pi­jała colę i prze­rzu­cała pocztę, którą w dro­dze do pra­cy wyłowiła ze skrzyn­ki.

Co nadal skłaniało go ku temu, by nie­ustan­nie pisać do niej li­sty, których ona nie czy­tała? – prze­mknęło jej przez myśl. Przedarła ko­pertę na czte­ry części. Poza tym w ster­cie ko­re­spon­den­cji zna­lazła tyl­ko re­kla­my fir­my ca­te­rin­go­wej ofe­rującej su­shi i pizzę, pral­ni che­micz­nej obie­cującej bezpłatne upra­nie dwóch par spodni, jeśli odda się do czysz­cze­nia trzy płasz­cze, oraz pi­smo z zakładu kar­ne­go Brad­ford Hills. Tę ostat­nią ko­pertę otwo­rzyła drżącymi rękami. Jesz­cze nig­dy nie otrzy­mała od nich do­brych wieści.

Rozłożyła brud­no­sza­ry ar­ku­sik z logo więzie­nia; wnio­sek o wzno­wie­nie postępo­wa­nia w spra­wie Kla­ry Swell zo­stał od­rzu­co­ny.

– K…wa mać – zaklęła i wy­rzu­ciła wszyst­kie pa­pie­ry do wiel­kie­go ko­sza stojącego za ba­rem.

– Sis­si – za­ja­zgo­tał głos do­chodzący z kuch­ni. – Ro­bo­ta cze­ka!