Kołysanka z Auschwitz - Mario Escobar - ebook + audiobook
lub
Opis

Historia inspirowana życiem Helene Hannemann, matki, która poświęciła wszystko dla rodziny i dzieci, które miała nadzieję uratować.

Helene Hannemann, rodowita Niemka, mieszka z mężem romskiego pochodzenia, z którym ma piątkę dzieci. Pewnego poranka 1943 roku do ich życia wkracza niemiecka policja nasłana przez SS. Najbliżsi Helene mają opuścić mieszkanie i zostać zesłani do obozu Auschwitz-Birkenau. Kobieta nie wyobraża sobie życia bez rodziny i dobrowolnie decyduje się na zesłanie do obozowego piekła.

Gdy doktor Mengele zleca założenie przedszkola, wyznacza Helene do opieki nad obozowymi dziećmi. Mają zająć baraki obok jego laboratorium. Kobieta nie ma złudzeń co do jego okrutnych intencji. Wspólnie z innymi więźniarkami zaczyna rozpaczliwą walkę o obozowe dzieci. Każdego dnia próbuje złagodzić ich cierpienia, chociaż wie, że los jej podopiecznych jest z góry przesądzony.

Kołysanka z Auschwitzto poruszająca opowieść o wytrwałości, nadziei i sile w jednym z najbardziej przerażających okresów w historii świata

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 251

Popularność


Mojej ukochanej żonie, Elisabeth, która odwiedziła [muzeum] Auschwitz wraz ze mną i historia obozu głęboko zapadła jej w serce. Chcę z tobą spędzić resztę życia.

Pamięci ponad dwudziestu tysięcy Romów, którzy zostali uwięzieni i poddani eksterminacji w Auschwitz, oraz ćwierci miliona zamordowanych w lasach i rowach północnej Europy i Rosji.

Dla Stowarzyszenia na rzecz Pamięci Ludobójstwa Dokonanego na Romach (Asociación de la Memoria del Genocidio Gitano), w podziękowaniu za walkę o prawdę i sprawiedliwość.

Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz obojętność. Przeciwieństwem piękna nie jest brzydota, lecz obojętność. Przeciwieństwem wiary nie jest herezja, lecz obojętność. A przeciwieństwem życia nie jest śmierć, lecz obojętne zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią.

— Elie Wiesel

W godzinę po opuszczeniu Krakowa nasz pociąg zatrzymuje się na jakiejś większej stacji. Gotycki napis obwieszcza nazwę miejscowości „Auschwitz”. Nic nam to nie mówi. Nigdy nie słyszeliśmy o niej.

– Miklós Nyiszli

(tłum. Tadeusz Olszański)

Potrzeba było niezwykłej siły moralnej, by chwiejąc się na krawędzi nazistowskich niegodziwości, nie pogrążyć się w tym bagnie. Widziałam jednak wielu osadzonych, którzy wytrwali w swej ludzkiej godności do samego końca. Nazistom udało się zdegradować ich fizycznie, lecz nie zdołali upodlić ich moralnie.

Olga Lengyel

OD AUTORA

Kołysanka z Auschwitz pozostanie w mojej pamięci jako książka, którą najtrudniej mi było napisać w całej zawodowej karierze – jednak nie z powodu jakichś formalnych trudności dotyczących pisania czy dylematów na temat tego, dokąd zmierza opowieść. Martwiło mnie, że na tych kartach, w tych linijkach nie jestem w stanie oddać prawdziwej wielkości ducha Helene Hannemann.

Ludzkie istoty są ulotnymi tchnieniami pośród huraganu otaczających nas okoliczności, ale historia Helene przypomina nam, że możemy być panami własnego losu, nawet kiedy dosłownie cały świat jest nam przeciwny. Nie potrafię powiedzieć, czy ta książka nauczyła mnie, jak być lepszym człowiekiem, ale na pewno po jej napisaniu mam mniej wymówek dla swych błędów i słabości.

Gdy Larry Downs, mój przyjaciel i wydawca, usłyszał historię Helene, stwierdził, że świat musi ją poznać. Ale to nie od nas zależy… tylko od Ciebie, drogi Czytelniku, od tego, czy kochasz prawdę i sprawiedliwość. Pomóż mi opowiedzieć światu historię Helene Hannemann i jej pięciorga dzieci.

Madryt, 7 marca 2015 roku

(nieco ponad siedemdziesiąt lat po wyzwoleniu obozu Auschwitz)

PROLOG

Marzec 1956 roku, Buenos Aires

Wstrzymałem oddech, kiedy samolot ostro nabierał wysokości. Przez całe sześć lat, które spędziłem w Argentynie, prawie wcale nie ruszałem się poza stolicę. Myśl o tym, że będę przez tyle godzin zamknięty w tak małej przestrzeni, przyprawiała mnie o ból w piersi, ale kurs samolotu lecącego do Szwajcarii wyrównał się, a z nim mój oddech, i powrócił spokój.

Gdy podeszła atrakcyjna blondynka i zapytała, czy się czegoś napiję, poprosiłem o herbatę. Przez sekundę zastanawiałem się nad czymś mocniejszym, żeby ukoić nerwy, ale od czasu pobytu w Auschwitz nie cierpię napojów alkoholowych. Żałosny był widok pijanych dzień w dzień kolegów, których stan komendantowi Rudolfowi Hössowi wyraźnie nie przeszkadzał. Prawdą jest, że w tamtych ostatnich miesiącach wojny wielu ogarnęła desperacja. Niektórzy w barbarzyńskich nalotach aliantów stracili żony i dzieci. Jednak niemiecki żołnierz – a zwłaszcza członek SS – powinien zachować opanowanie bez względu na okoliczności.

Stewardesa ostrożnie postawiła moją herbatę na stoliku, a ja posłałem jej uśmiech. Miała idealne rysy. Usta w sam raz szerokie, oczy jasne, intensywnie niebieskie, policzki małe i zaróżowione – doskonała aryjska twarz. Potem zwróciłem oczy na swoją starą teczkę z czarnej skóry. Wcześniej włożyłem do niej kilka książek z dziedziny biologii i genetyki, żeby szybciej zleciała mi podróż. Nie mogę wyjaśnić czemu, ale w ostatniej chwili postanowiłem też zabrać stare zeszyty z przedszkola Zigeunerlager w Auschwitz-Birkenau. Wiele lat temu dołączyłem je do raportów z badań genetycznych prowadzonych w Auschwitz, lecz nigdy więcej do nich nie zaglądałem. Owe zeszyty to były pamiętniki Niemki, którą poznałem w Auschwitz, Helene Hannemann. Frau Hannemann i jej rodzina oraz wojna należały teraz do odległej przeszłości, o której wolałem zapomnieć. Nie chciałem wracać do czasów, gdy byłem młodym oficerem SS i wszyscy znali mnie jako pana doktora Mengele.

Sięgnąłem do teczki i wyjąłem pierwszy zeszyt. Okładka była zupełnie wyblakła, a rogi – pokryte zaschniętymi plamami. Papier przybrał barwę spłowiałej żółci, typową dla starych historii, które nikogo już nie obchodzą. Sącząc herbatę, powoli zacząłem czytać. Wydłużone, pochyłe odręczne pismo Helene Hannemann, dyrektorki cygańskiego przedszkola w Auschwitz, przeniosło mnie z powrotem do Birkenau, do sekcji BIIe, gdzie trzymano Romów. Błoto, ogrodzenia pod prądem i słodkawa woń śmierci – tym Auschwitz był dla nas, tym zapisał się w naszej pamięci.

1

Maj 1943 roku, Berlin

Było jeszcze ciemno, kiedy nie do końca przebudzona wstałam z łóżka. Chociaż za dnia zaczynało już się robić ciepło, poranki były na tyle chłodne, że przyprawiały o gęsią skórkę. Narzuciłam na siebie lekki satynowy szlafroczek i nie budząc Johanna, poszłam do łazienki. Na szczęście nasze mieszkanie wciąż miało ciepłą wodę i zanim zaczęłam budzić dzieci, wzięłam szybki prysznic. Wszystkie oprócz małej Adalii szły rano do szkoły. Otarłam ręką zaparowane lustro i przez kilka sekund przyglądałam się swoim niebieskim oczom, które w otoczeniu pojawiających się zmarszczek wyglądały na mniejsze niż jeszcze niedawno. Powiększyły mi się worki pod oczami, ale to przecież nic dziwnego u matki pięciorga dzieci niemających jeszcze dwunastu lat, w dodatku pracującej na dwie zmiany jako pielęgniarka, żeby jakoś utrzymać rodzinę. Wycierałam sobie włosy ręcznikiem, przywracając im słomkową barwę, ale zatrzymałam się, żeby popatrzeć na pasemka siwizny wędrujące w górę od skroni. Zaczęłam sobie podkręcać włosy, lecz kilka minut później usłyszałam, że wołają mnie Emily i Ernest, bliźniaki. Narzuciłam na siebie ubranie i – wciąż bosa – pośpieszyłam do drugiego pokoju.

Gdy weszłam, siedzieli we dwoje na łóżku i rozmawiali. Ich dwaj starsi bracia, zwinięci na swoich posłaniach, chwytali ostatnie sekundy snu. Adalia nadal sypiała z nami, rodzicami, ponieważ łóżko jej starszego rodzeństwa było za małe, żeby pomieścić całą piątkę.

– Ciszej, kochani. Reszta jeszcze śpi – szepnęłam. – Przygotuję śniadanie.

Rozpromienili się na mój widok, jakby im wystarczał, żeby radośnie rozpocząć dzień.

Wzięłam z krzesła ich ubrania i położyłam na łóżku. Mieli już sześć lat i nie potrzebowali rano mojej pomocy. Im więcej ludzi jest w rodzinie, tym sprawniej musi działać domowy system, aby proste zadania były wykonywane możliwie jak najszybciej.

Poszłam do naszej maleńkiej kuchni i postawiłam wodę na gotowanie. Po kilku minutach pomieszczenie wypełniło się gorzkim zapachem taniej kawy. Słaba namiastka prawdziwej, właściwie brązowawa woda, była jedynym sposobem na to, by jakoś zamaskować brak smaku wodnistego mleka. Choć właściwie starsze dzieciaki wiedziały już, że nie pijamy prawdziwego. Co jakiś czas przy odrobinie szczęścia udawało się dostać kilka puszek mleka w proszku, lecz od początku wojny, w miarę jak pogarszało się na froncie, racje żywnościowe stawały się coraz bardziej skąpe.

Dzieci wbiegły do kuchni, przepychając się w wąskim korytarzu. Wiedziały, że ta odrobina chleba z masłem i cukrem, jaką dostają codziennie na śniadanie, nie poleży długo na stole.

– Proszę, kochani, nie hałasujcie tak. Ojciec i Adalia jeszcze śpią – napomniałam, kiedy zajmowali miejsca.

Mimo że byli głodni, nie rzucili się od razu na chleb. Zaczekali, aż im podam po kubku, i odmówiliśmy krótką modlitwę dziękczynną za posiłek.

Parę sekund później chleba już nie było, a dzieci pośpiesznie kończyły kawę, żeby zaraz potem umyć zęby w łazience. Wykorzystałam tę chwilę, by pójść do naszego pokoju i włożyć buty, płaszcz oraz czepek pielęgniarski. Wiedziałam, że Johann już nie śpi. Zawsze udawał pogrążonego we śnie, dopóki nie usłyszał, że zamykają się drzwi wejściowe. Zawstydzało go, że teraz ja jestem żywicielką rodziny, ale przecież z wybuchem wojny w Niemczech wszystko się zmieniło.

Johann był wirtuozem skrzypiec. Przez wiele lat grał w Berlińskiej Filharmonii, ale w 1936 roku zaostrzono restrykcje skierowane przeciwko wszystkim niepasującym do wprowadzanych przez nazistów praw o czystości rasy. Mój mąż był Romem, choć większość Niemców na określenie ludzi jego pochodzenia używała słowa Zigeuner, Cygan. W kwietniu i maju 1940 roku prawie całą jego rodzinę deportowano do Polski. Od trzech lat nie mieliśmy o tych krewnych żadnych wieści. Na szczęście w oczach nazistów ja byłam czystej rasy i dzięki temu od tamtej pory nie byliśmy niepokojeni. Mimo to za każdym razem, gdy ktoś pukał do drzwi lub w nocy zadzwonił telefon, ściskało mi się serce i bezwiednie podskakiwałam ze strachu.

Kiedy podeszłam do drzwi wyjściowych, czwórka starszych dzieci czekała już w pozapinanych płaszczach, włożonych szkolnych czapkach i z brązowymi skórzanymi tornistrami u stóp. Sprawdziłam wszystkich po kolei, poprawiłam szaliki i zamarudziłam trochę przy tej części rytuału, gdy ich całowałam w policzki. Blaz, najstarszy, odpychał czasem moje czułe gesty, lecz Otis i bliźniaki łapczywe chwytali owe cenne chwile tuż przed przekroczeniem progu i wyruszeniem do szkoły.

– Chodźcie. Nie chcę, żebyście się spóźnili, a moja zmiana zaczyna się już za dwadzieścia minut – powiedziałam, otwierając drzwi.

Ledwie znaleźliśmy się na klatce schodowej i włączyliśmy światło, gdy usłyszeliśmy ciężkie stąpanie butów – ktoś hałaśliwie wspinał się po drewnianych schodach. Po plecach przebiegł mi dreszcz. Z trudem przełknęłam ślinę i spróbowałam uśmiechnąć się do dzieci, które zwróciły się do mnie, wyczuwając mój lęk. Machnęłam od niechcenia ręką, żeby je uspokoić, po czym ruszyliśmy na dół. Dzieci nie śmiały oddalić się bodaj na krok. Normalnie musiałam je powstrzymywać, żeby nie pędziły na łeb na szyję, lecz teraz coraz bliższe dudniące kroki stłumiły ich energię. Trzymały się jak najbliżej mnie, jakby moje lekkie zielone palto mogło je ukryć i ochronić.

Kiedy dotarliśmy na drugie piętro, odgłos ciężkiego stąpania wypełniał już całą klatkę. Blaz wychylił się przez barierkę, żeby rzucić okiem, i zaraz odwrócił się do mnie z miną, jaką tylko starszy brat może zrobić, by zakomunikować, że wie, ale nie chce martwić młodszego rodzeństwa. Serce biło mi jak oszalałe. Nie mogłam oddychać, ale schodziłam dalej, mając nadzieję, że nieszczęście tak jak do tej pory po prostu mnie ominie. Nie chciałam uwierzyć, że tym razem będę musiała przyjąć cierpienie.

Policjanci wpadli na nas w połowie drugiego biegu schodów. Byli młodzi, ubrani w ciemnozielone mundury ze skórzanymi pasami i złoconymi guzikami. Zatrzymali się tuż przed nami. Moje dzieci przez kilka sekund podziwiały ich szpiczaste kaski ze złocistym orłem, lecz zaraz spuściły oczy i popatrzyły na ich lśniące buty. Wystąpił naprzód sierżant. Lekko zdyszany, zmierzył nas wzrokiem, po czym zaczął mówić. Długie wąsy w pruskim stylu trzęsły mu się w rytm uprzejmie wygłaszanych, ale groźnych słów.

– Frau Hannemann, obawiam się, że będzie pani musiała wrócić z nami do swojego mieszkania.

Zanim cokolwiek powiedziałam, spojrzałam mu prosto w oczy. Chłodna odpowiedź jego zielonych tęczówek przeszyła mnie strachem, ale starałam się zachować spokój i uśmiech na twarzy.

– Sierżancie, obawiam się, że nie rozumiem, o co chodzi. Muszę zabrać dzieci do szkoły i iść do pracy. Czy coś się stało?

– Frau Hannemann, wolałbym rozmawiać w pani mieszkaniu – odrzekł i chwycił mnie mocno za ramię.

Wystraszył tym dzieci, mimo że próbował nie robić tego ostentacyjnie. Od lat oglądaliśmy przemoc i agresję w wykonaniu nazistów, ale w tej chwili po raz pierwszy poczułam się naprawdę zagrożona. Od tak dawna miałam nadzieję, że nas po prostu przeoczą. Najlepszym sposobem na przetrwanie w nowych Niemczech było pozostać niewidzialnym.

Uchyliły się drzwi od sąsiadów, Wegenerów, i przez szczelinę dostrzegłam bladą, pokrytą głębokimi zmarszczkami twarz. Spojrzała na mnie z niepokojem i zaraz drzwi otworzyły się szeroko.

– Herr Polizei, moja sąsiadka Frau Hannemann jest wspaniałą żoną i matką. Ona i jej rodzina to wzór uprzejmości i dobroci. Mam nadzieję, że nie oczernił jej ktoś o złych zamiarach – odezwała się Frau Wegener.

Ten akt odwagi sprawił, że łzy mi napłynęły do oczu. Nikt w środku wojny nie ryzykował takiego wystąpienia przed przedstawicielami władz. Spojrzałam w zasnute kataraktą oczy sąsiadki i z wdzięcznością uścisnęłam jej ramię.

– Wypełniamy rozkazy. Chcemy po prostu porozmawiać z pani sąsiadką. Proszę wejść do swojego mieszkania i pozwolić nam wykonywać nasze obowiązki w spokoju – odparł sierżant. Złapał za klamkę i zatrzasnął drzwi.

Dzieci drgnęły z zaskoczenia, Emily zaczęła płakać. Wykorzystałam moment i przycisnęłam ją mocno do piersi. Jedyne słowa, jakie przecisnęły mi się przez gardło mimo smutku i odrętwienia mózgu, brzmiały:

– Nie pozwolę, żeby was ktoś skrzywdził, dzieci.

Chwilę później staliśmy przed drzwiami naszego mieszkania. Szukałam klucza w torebce wypchanej herbatnikami, chusteczkami, papierami i przyborami do makijażu, lecz jeden z policjantów odsunął mnie na bok i ostro zabębnił pięścią w drzwi.

Dźwięk poniósł się echem w dół schodów. Było jeszcze dość wcześnie, miasto wciąż trwało pogrążone w nocnej ciszy. Ludzie zapewne dopiero rozpoczynali swe poranne rytuały, szukając ucieczki w normalności, która tak naprawdę od dawna już nie istniała.

Usłyszeliśmy pośpieszne kroki i drzwi się otworzyły, na klatkę padła smuga światła. Kaskada czarnych kręconych włosów częściowo przesłaniała Johannowi oczy, nadając mu szczególnie zaniedbany wygląd. Popatrzył najpierw na policjantów, potem na nas. Nasze oczy w milczeniu błagały go o jakąś ochronę, lecz jedyne, co mógł zrobić, to otworzyć szerzej drzwi i wpuścić nas do środka.

– Johann Hanstein? – zapytał sierżant.

– Tak, Herr Polizei – odpowiedział mój mąż drżącym głosem.

– Z rozkazu Reichsführera SS Heinricha Himmlera wszyscy Romowie i Sinti Rzeszy mają być umieszczeni w specjalnych obozach – wyrecytował funkcjonariusz. Zapewne w ostatnich dniach powtarzał tę formułkę dziesiątki razy.

– Ale… – zaczął mój mąż. Wydawało się, że jego wielkie czarne oczy pochłaniały tę ciągnącą się w nieskończoność chwilę, zanim policjant dał sygnał i jego koledzy otoczyli Johanna, biorąc go pod ręce.

Położyłam dłoń na ramieniu sierżanta.

– Proszę, nie. Wystraszycie dzieci.

W jego spojrzeniu dostrzegłam jakiś ciężar. Ideom nigdy nie udaje się w pełni zdławić uczuć. Mówiła do niego Niemka, która mogłaby być jego siostrą albo kuzynką, nie groźna zbrodniarka zamierzająca go oszukać.

– Proszę, pozwólcie, żeby mój mąż się ubrał. Wezmę dzieci do drugiego pokoju – dodałam miękko, próbując załagodzić pełną przemocy sytuację.

Sierżant machnął ręką, dając swym ludziom znak, by się odsunęli od Johanna, lecz zaraz warknął:

– Dzieci idą z nami.

Te słowa rozorały mi wnętrzności niczym nóż. Zgięłam się wpół, szarpnięta nagłymi mdłościami. Usiłowałam sobie wmówić, że musiałam się przesłyszeć. Dokąd chcą zabrać moją rodzinę?

– Dzieci też są Romami. Rozkaz dotyczy ich tak samo. Proszę się nie martwić, pani może zostać – rzekł sierżant, by mi wyjaśnić sytuację. Zapewne na mojej twarzy w końcu odbiła się rozpacz, którą odczuwałam od tylu lat.

Próbowałam się spierać:

– Ale ich matka jest Niemką.

– Obawiam się, że w tym momencie to nie ma znaczenia – odparł sierżant bardzo poważnym tonem. – Brakuje jednego dziecka. Z moich dokumentów wynika, że ma być pięcioro dzieci i ojciec.

Nie umiałam mu odpowiedzieć. Sparaliżował mnie strach. Starałam się przełknąć łzy. Musiałam być silna, dzieci przez cały czas nie spuszczały ze mnie wzroku.

– Zaraz je przygotuję. Wszyscy z wami pójdziemy. Najmłodsza córka jest jeszcze w łóżku. – Zdziwiłam się, słysząc swój głos, jakby te słowa wychodziły z ust jakiejś innej kobiety.

– Pani nie jedzie, Frau Hannemann, tylko ci z cygańską krwią, Zigeuner – rzekł sierżant sucho.

– Herr Polizei, pójdę tam, gdzie moja rodzina. Proszę pozwolić mi spakować rzeczy i ubrać najmłodszą córkę.

Policjant zmarszczył brwi, ale ruchem dłoni pokazał, że mogę zabrać dzieci. Przeszliśmy do dużego pokoju, gdzie wspięłam się na krzesło i zdjęłam z szafy dwie duże kartonowe walizki. Położyłam je na łóżku i zaczęłam wkładać do nich ubrania. Dzieci otoczyły mnie w ciszy. Nie płakały, choć ich zaniepokojone twarze nie mogły ukryć trwogi.

– Dokąd jedziemy, mamo? – zapytał Blaz, najstarszy.

– Zabierają nas do czegoś w rodzaju letniego obozu. Pokazywałam wam kiedyś taki, gdy byliście mali. Pamiętacie? – Zmusiłam się do uśmiechu.

– Jedziemy na obóz? – dopytał z ożywieniem Otis, drugi syn.

– Tak, kochani. Spędzimy tam trochę czasu. Pamiętacie, jak kilka lat temu mówiłam wam, że zabrano waszych kuzynów? Może ich nawet spotkamy – dodałam nieco lżejszym tonem.

Bliźniaki naprawdę się rozemocjonowały, jakby pod wpływem moich słów zapomniały o wszystkim, co właśnie widziały.

– Możemy wziąć piłkę? A łyżwy i inne zabawki? – spytał Ernest. Zawsze był gotów organizować zabawę.

– Weźmiemy tylko to, co nam niezbędnie potrzebne. Na pewno tam, dokąd jedziemy, będzie mnóstwo rzeczy dla dzieci – skłamałam, w pewnym sensie desperacko próbując sama w to uwierzyć.

Wiedziałam, że naziści wyciągają Żydów z ich domów, podobnie jak dysydentów politycznych i zdrajców. Słyszeliśmy pogłoski, że ci „wrogowie” Rzeszy są trzymani w obozach koncentracyjnych, ale my nie stanowiliśmy dla nazistów żadnego zagrożenia. Zapewne zamierzają nas po prostu umieścić w jakimś prowizorycznym obozie do czasu, aż wojna się skończy.

Tymczasem obudziła się Adalia i przeraziła na widok bałaganu na łóżku. Wzięłam ją na ręce. Była chudzieńkim trzyletnim maluchem o miękkich rysach twarzy i bardzo bladej cerze. Wyraźnie różniła się od starszego rodzeństwa, które z wyglądu bardziej przypominało ojca.

– W porządku, nic się nie dzieje, kochanie. Jedziemy na wycieczkę – powiedziałam, przyciskając ją mocno do piersi.

Poczułam gulę w gardle i znowu ogarnął mnie strach. Pomyślałam, że powinnam zadzwonić do rodziców, aby przynajmniej wiedzieli, że nas zabierają, ale wątpiłam, by policja pozwoliła mi sięgnąć po telefon.

Ubrałam Adalię, dokończyłam pakowanie walizek i przeszłam do kuchni. Zabrałam kilka konserw, tę odrobinę mleka, która nam została, chleb, resztki wędliny i herbatniki. Nie miałam pojęcia, jak długo potrwa podróż, ale na wszelki wypadek lepiej było mieć prowiant.

Wróciwszy do saloniku, zobaczyłam, że mąż wciąż jest w piżamie. Postawiłam dwie ciężkie walizki na podłodze i poszłam do pokoju, żeby mu znaleźć ubrania. Wybrałam jego najlepszy garnitur, brązowy krawat, kapelusz i płaszcz. Podczas gdy przebierał się przy policjantach, wróciłam do naszej sypialni i zdjęłam pielęgniarski fartuch. Dzieci stały rzędem pod drzwiami łazienki, czekając, aż się pojawię z powrotem. Wybrałam garsonkę z brązowym żakietem i niebieską bluzkę. Gdy wyszłam ubrana na korytarz, cała piątka spojrzała na mnie niecierpliwie. Wróciliśmy do salonu i przez kilka sekund przyglądałam się Johannowi. W tym eleganckim stroju wyglądał jak cygański książę. Kiedy wchodziłam do pokoju, włożył kapelusz i trzej policjanci zwrócili się w moją stronę.

– Nie ma potrzeby, żeby pani jechała, Frau Hannemann – powtórzył swoje sierżant.

Spojrzałam mu prosto w oczy i rzekłam:

– Uważa pan, że matka zostawiłaby swoje dzieci w takiej sytuacji?

– Byłaby pani zszokowana, gdybym pani powiedział, co musiałem oglądać w ciągu ostatnich kilku lat – odparł. – Będzie lepiej, jeśli pójdzie pani z nami na dworzec. Mamy ich dostarczyć na pociąg przed dziesiątą.

Pod wpływem tego prostego stwierdzenia pomyślałam, że podróż będzie dłuższa, niż początkowo zakładałam. Rodzina męża została swego czasu deportowana gdzieś na wschód, ale przypuszczałam, że zabierają nas do jakiegoś obozu dla internowanych Cyganów, który zbudowali blisko Berlina.

Poprowadzili nas przez korytarz do wyjścia. Mąż szedł pierwszy z dwiema walizkami, tuż za nim obaj młodsi rangą policjanci. Potem dwaj nasi starsi synowie, bliźniaki czepiające się mojego płaszcza i ja z Adalią na rękach. Kiedy znaleźliśmy się na klatce schodowej, obejrzałam się, by po raz ostatni spojrzeć na mieszkanie. Obudziłam się dzisiaj rano z bezwiednym przekonaniem, że mamy przed sobą normalny dzień. Blaz trochę się denerwował sprawdzianem, który miał mieć przed przerwą; Otis wstał z silnym bólem ucha – niechybny znak zbliżającej się choroby; bliźniaki były zdrowe jak rydze, ale i tak marudziły, że muszą wcześnie wstawać do szkoły; Adalia, nasz aniołek, jak zawsze zachowywała się grzecznie i starała się we wszystkim dorównać rodzeństwu. Żaden zły znak nie zwiastował, że cała ta normalność za chwilę ma prysnąć.

Schody nie były dobrze oświetlone, lecz z saloniku w głębi docierał do nas słaby blask porannego słońca wpadający już przez okna. Przez chwilę czułam dojmujący ból z powodu opuszczenia domostwa, uświadomiłam sobie jednak, że głęboko się mylę: moje domostwo to pięcioro dzieci i Johann. Zamknęłam drzwi mieszkania i ruszyłam w dół po schodach, nucąc kołysankę, której dzieci zawsze się domagały, gdy były niespokojne albo miały kłopot z zaśnięciem. Niewypowiedziane słowa popłynęły przez pustkę klatki schodowej i uspokoiły dziecięce serca, podczas gdy zdążaliśmy ku niewiadomemu losowi.

Guten Abend, gute Nacht,

mit Rosen bedacht,

mit Näglein besteckt,

schlupf unter die Deck:

Morgen früh, wenn Gott will,

wirst du wieder geweckt,

morgen früh, wenn Gott will,

wirst du wieder geweckt.

Guten Abend, gute Nacht,

von Englein bewacht,

die zeigen im Traum

dir Christkindleins Baum:

Schlaf nur selig und süß,

schau im Traum’s Paradies,

schlaf nur selig und süß,

schau im Traum’s Paradies*.

Dobrej nocy, czas spać,

Z różyczkami się kłaść,

Z goździkami do snu

tulić się: luli-lu.

A gdy nastanie brzask,

Dobry Bóg zbudzi nas,

A gdy nastanie brzask,

Dobry Bóg zbudzi nas.

Dobrej nocy, we śnie

Anioł Stróż strzeże cię,

I pokazać chce ci,

Że Dzieciątko też śpi.

Śpij spokojnie, lu-laj,

By we śnie ujrzeć Raj,

Śpij spokojnie, lu-laj,

By we śnie ujrzeć Raj.

* Tekst znanej dziś na całym świecie Kołysanki Johannesa Brahmsa (przyp. tłum.).

2

Maj 1943 ROKU, Droga do Auschwitz

Wszystko wydarzyło się naprawdę szybko. W dworcowej strefie załadunku i rozładunku na peronach stłoczono setki ludzi. Początkowo byliśmy oszołomieni. Policjanci zostawili nas z grupą żołnierzy SS, a ci wepchnęli naszą grupkę do budynku dworcowego. Zdumiałam się na widok ciemnobrązowego wagonu bydlęcego z szeroko otwartymi drzwiami, zaraz jednak zrozumiałam, co się dzieje. Wciąż trzymałam Adalię, ale drugą ręką chwyciłam zimne spocone dłonie bliźniaków. Starsi trzymali się walizek, na których Johann zaciskał ręce z całych sił. Żołnierze zaczęli nas popychać i peron powoli pustoszał, w miarę jak ludzie gramolili się do bydlęcych wagonów. Johann postawił walizki, by pomóc wsiąść Blazowi i Otisowi. Potem wsadził do wagonu bliźniaki. W tym momencie poczułam, że tłum przesuwa mnie dalej. Johann wdrapał się do wagonu, żeby przejąć Adalię, a ja z trudem utrzymywałam się przed drzwiami. Podałam mu córeczkę, sama jednak zostałam przepchnięta dalej. Ludzkie morze, złożone z mężczyzn, kobiet i dzieci, porywało mnie ku następnemu wagonowi, ale nie mogłam przecież pozwolić, by mnie rozdzielono z rodziną. Z całych sił uczepiłam się pręta przy wagonie i skoczyłam w górę. Przez ułamek sekundy wisiałam nad głowami przemieszczających się ludzi, gdy nagle poczułam mocny cios w żebra. Odwróciłam się i zobaczyłam żołnierza SS, który próbował mnie stamtąd strącić pałką. Mój mąż widział, co się dzieje. Przepełznął wzdłuż wagonu do miejsca, gdzie wisiałam z wyciągniętą do niego wolną ręką. Skrzyżowaliśmy spojrzenia, kiedy drugi cios o mało nie zrzucił mnie z powrotem w tłum. Udało mi się dosięgnąć ręki Johanna, a on wciągnął mnie do środka.

Ledwie powstrzymałam mdłości, gdy poczułam odór bijący z wagonu. Wspólnymi siłami zdobyliśmy dla dzieci odrobinę miejsca, by mogły usiąść na sianie cuchnącym uryną i pleśnią. Johann i ja staliśmy. W wagonie znajdowało się dziewięćdziesiąt sześć osób – nie było możliwości, by wszyscy usiedli.

Pociąg drgnął i powoli ruszył. Szarpnięcie wytrąciło nas z równowagi, ale staliśmy tak ciasno, że nikt nie upadł. Piekło dopiero się zaczynało.

Wszyscy w wagonie byli Cyganami, jak mój mąż. Początkowo ludzie próbowali zachować spokój. Lecz w miarę upływu godzin wybuchały kłótnie i utarczki. Po czterech czy pięciu godzinach poważnym problemem stało się pragnienie. Niemowlęta płakały rozpaczliwie, dzieci były głodne, starsi omdlewali z wyczerpania i niewygodnej pozycji, w jakiej musieliśmy stać. Pociąg nieustannie turkotał i szarpał. Był wprawdzie początek maja, ale dokuczało nam zimno. Wieczory o tej porze roku są w Niemczech bardzo chłodne, a my kierowaliśmy się na wschód.

Kiedy zapadła noc, w wagonie podniosła się wrzawa, aż jeden ze starszych Cyganów zabrał głos w swoim ojczystym języku, przebijając się poprzez zgiełk. To uspokoiło nieco nastroje. Johann i kilku innych mężczyzn zdołali zaprowadzić w wagonie nieco porządku i wyznaczyć kącik na coś w rodzaju latryny, z kubłem i zawieszonym u sufitu kocem zapewniającym odrobinę prywatności.

Wykorzystałam moment, żeby dać dzieciom coś do jedzenia i po parę łyków mleka. Starsi synowie wyciągnęli się na sianie, bliźniaki skuliły się u ich stóp, a Adalia wśliznęła się w środek.

Nie było światła, ale nie potrzebowaliśmy go, aby sobie wyobrazić strach i smutek malujące się na twarzach towarzyszy podróży. Warunki, w jakich nas transportowano, nie pozostawiały złudzeń co do tego, co nas może czekać. Gdy wrócił Johann, nie mogłam już dłużej wytrzymać i wybuchnęłam płaczem. Próbowałam stłumić swoje lamenty w jego marynarce, by nie obudzić dzieci. Łzy jednak nie przyniosły ukojenia. Im bardziej szlochałam, tym większą czułam rozpacz.

– Nie płacz, kochanie. Na pewno będzie lepiej, gdy już dotrzemy do obozu. W trzydziestym szóstym wielu Cyganów internowano z powodu olimpiady, ale kilka miesięcy później pozwolono im wrócić do domu – powiedział uspokajająco Johann. To były pierwsze jego słowa od rana.

Z jakiegoś powodu ton głosu męża podziałał na mnie kojąco, jakbym pomyślała, że u jego boku nie może mi się stać nic złego.

– Kocham cię – szepnęłam, tuląc się do niego. Ileż to razy, odkąd się poznaliśmy, mówiłam mu, co odczuwam. Ale wyznanie miłości w tamtym miejscu, w otoczeniu zdesperowanego tłumu, wydało mi się potwierdzeniem wszystkich tych lat nieprzerwanej wierności.

– My, Romowie, jesteśmy prześladowani od wieków, zawsze jednak udaje się nam przetrwać. Jakoś wyjdziemy i z tego – rzekł Johann, gładząc mnie po twarzy.

Znaliśmy się od ponad dwudziestu lat. Po raz pierwszy spotkaliśmy się jako nastolatkowie, gdy jego rodzina przybyła do Freital, miasteczka w pobliżu Drezna, gdzie się urodziłam. Moi rodzice działali w przykościelnej organizacji dobroczynnej i pomagali cygańskim dzieciom integrować się z lokalną społecznością. Gdy tylko zobaczyli Johanna, wiedzieli, że jest szczególnym młodzieńcem. Moi rodzice musieli pokonać uprzedzenia, jakie od zawsze wzbudzali Romowie. Większość naszych sąsiadów uważała, że Cyganom nigdy nie można ufać. W każdej chwili mogą próbować cię oszukać albo okraść. Mój ojciec zaprzyjaźnił się z ojcem Johanna. Jego rodzina zajmowała się głównie kupowaniem i sprzedawaniem koni, ale handlowała też innymi rzeczami. Czasem tata Johanna przychodził do nas, by nam pokazać swoje najnowsze nabytki: obrus ręcznie haftowany w Portugalii, prześcieradła albo ręczniki… Moja mama nieufnie oglądała tkaniny, lecz prawie zawsze w końcu godziła się na zakup. Mężczyźni zazwyczaj targowali się przez chwilę, po czym pieczętowali transakcję uściśnięciem dłoni.

Tymczasem ja nie odrywałam oczu od chłopaka. Wystające kości policzkowe i kwadratowy podbródek sprawiały, że widziałam w nim perskiego księcia. Jednak prawie wcale się nie odzywaliśmy. Czasami zostawiano nas na podwórku, żebyśmy zagrali w piłkę, ale patrzyliśmy tylko na siebie i przerzucaliśmy piłkę tam i z powrotem. Moi rodzice polubili Johanna. Zapisali go do naszej szkoły podstawowej i dopilnowali, żeby przeszedł do średniej. Z własnej kieszeni zapłacili za jego studia w konserwatorium.

Pewnego ranka ojciec Johanna przyniósł do naszego domu stary zegarek kieszonkowy i zaklinał się, że to kwarc wysadzany złotem. Mój tata zastanawiał się przez chwilę, po czym kupił zegarek. Ten po dwóch tygodniach przestał chodzić, a złoto okazało się mosiądzem. Mężczyźni potem nie rozmawiali z sobą przez jakiś czas, ale moi rodzice nadal wspierali Johanna. Stopniowo, podczas gdy razem chodziliśmy w stronę konserwatorium, zaczęłam go darzyć coraz większym uczuciem. Johann mi się oświadczył, dopiero gdy skończył studia. W krótkim czasie został jednym z najlepszych skrzypków w kraju.

Gdy powiedziałam rodzicom, że jestem mocno zakochana w Johannie, ostrzegli mnie, żebym się dobrze namyśliła, zanim coś zrobię pochopnie. Wywodziliśmy się z bardzo różnych kultur. W końcu jednak miłość pokonała przeszkody i uprzedzenia otaczającego nas świata. Naturalnie, po ślubie wiele wycierpieliśmy. Cyganie mieli własne bardzo surowe prawa. Nie podobało im się mieszanie ich krwi z obcą, chociaż w przypadku mężczyzn byli nieco bardziej pobłażliwi. Johann musiał przysiąc moim rodzicom, że nie będzie prowadził wędrownego życia. Gdy jego rodzina przybyła do naszego miasteczka, zamieszkał w naszym domu.

Pamiętam dni poprzedzające ślub i wesele. Zdawało się, że całe miasto wyczekuje rozstrzygnięcia. Jeden z pastorów naszego kościoła przyszedł do nas, by nam wyperswadować zawarcie, jak to określił, „związku wbrew naturze”. Mimo to czuliśmy się szczęśliwi i nie rezygnowaliśmy ze swoich planów. Kiedy rano przyszliśmy do urzędu, by sfinalizować ślub cywilny, urzędnik odmówił nam wydania świadectwa zawarcia małżeństwa. Dopiero interwencja życzliwego starszego sędziego sprawiła, że dopełniono formalności.

Teraz wszystkie tamte wspomnienia i trudy zdawały się tak odległe, prawie nic nieznaczące wobec przerażającego bezmiaru otchłani, ku której zmierzaliśmy.

Następnego dnia rano zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Pruszkowie, co nas upewniło, że jesteśmy w Polsce. Pragnienie zaczynało nas doprowadzać do szaleństwa. Powietrze wypełniał smród wymiocin, uryny i odchodów, aż prawie nie dało się oddychać. Nagle w wagonie podniósł się szum – mówiono, że przez jedyne okienko do środka zagląda esesman. Ludzie błagali go o wodę i jedzenie. Tamten, kierując w naszą stronę lugera, zawołał:

– Dawajcie wszystko, co macie cennego!

Johann pomógł podróżnym zebrać zegarki, pierścionki i inną biżuterię, by żołnierz dał nam za nią wody. Dostaliśmy tylko jedno wiadro. Na prawie setkę ludzi to była odrobina, dla każdego zaledwie po łyku. Ludzie jęczeli rozpaczliwie, tracąc ostatki manier, które do tej pory z takim trudem starali się zachowywać. Gdy przyszła nasza kolej, Adalia napiła się pierwsza, ledwie kilka maleńkich łyczków, potem bliźniaki i Otis. Blaz spojrzał na mnie z ustami spierzchniętymi z odwodnienia. Potem podał mi kubeł, nie pijąc ani trochę. Wiedział, że w wagonie są chorzy i małe dzieci potrzebujące tej wody bardziej niż on. Jego poświęcenie wzruszyło mnie do łez. Poczułam się bardzo dumna z syna, który postanowił wytrzymać pragnienie, by inni mogli zaspokoić swoje.

Tego drugiego dnia po południu kilkoro dzieci w wagonie miało wysoką gorączkę, a niektórzy ze starszych pasażerów wyglądali na poważnie chorych. Byliśmy już półtora dnia w podróży prawie w ogóle bez jedzenia i picia, wielu też bez snu.

Druga noc okazała się jeszcze gorsza od pierwszej. Tuż obok nas dostał ataku serca i osunął się na podłogę staruszek nazwiskiem Roth. Nie mogliśmy nic dla niego zrobić. Dzieci były przerażone, ale jakoś udało nam się z powrotem je utulić.

– Jak długo tu jeszcze będziemy? – zapytałam męża z głową opartą na jego ramieniu.

– Chyba już niedługo. Obóz jest pewnie w Polsce. Sądząc z tego, jak toczy się wojna, muszą wciąż mieć tam obozy dla jeńców z frontu wschodniego – odparł Johann.

Miałam nadzieję, że się nie myli. Jako pielęgniarka wiedziałam, że po dwóch, trzech dniach bez jedzenia i wody dzieci zaczną umierać, a zaraz po nich staruszkowie i słabsi dorośli. Mogliśmy wytrwać jeszcze co najwyżej dzień w tych warunkach.

Straszna sytuacja sprawiła, że przypomniałam sobie nasze pierwsze mieszkanie. Wprowadziliśmy się do domu wujostwa Johanna na obrzeżach miasta. Pozwolono nam spać w małym zawilgoconym pokoju, ale sam fakt, że jesteśmy razem, tak nas uszczęśliwiał, że nocami śmialiśmy się pod kołdrą, starając się nie przeszkadzać innym domownikom. Pewnego dnia, kiedy Johanna nie było w domu, jego ciotka naskoczyła na mnie z oskarżeniem, że uważam się za nie wiadomo kogo i w niczym nie pomagam rodzinie. Naubliżała mi, nawrzeszczała na mnie, po czym wyrzuciła z domu. Na zewnątrz szalała śnieżyca. Usiadłam na stercie walizek, przemoczona i drżąca z zimna, czekając na powrót Johanna.

Gdy mnie zobaczył, przytulił i starał się ogrzać własnym ciałem. Tamtą noc spędziliśmy w pensjonacie, a następnego dnia znaleźliśmy domek do wynajęcia, z kuchnią i maleńką łazienką. Dwa tygodnie później mąż dostał posadę w konserwatorium i zaczęło się nam wieść znacznie lepiej. Nie musieliśmy już dłużej żywić się jedzeniem z puszek i lepiej radziliśmy sobie pod koniec miesiąca.