Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Kołysanka - Leila Slimani

Gdy Myriam, matka dwójki małych dzieci, postanawia mimo oporów męża wrócić do zawodu i rozpocząć pracę w kancelarii adwokackiej, para zaczyna szukać niani. Po surowym castingu zatrudniają Louise, do której dzieci bardzo szybko się przywiązują, a która stopniowo staje się centralną postacią w rodzinie. Powoli bohaterowie wpadają w pułapkę wzajemnej zależności, aż wreszcie dochodzi do tragedii… Poprzez szczegółowy opis młodego małżeństwa oraz fascynującej i tajemniczej postaci niani czytelnik odkrywa naszą epokę i obowiązujące w niej podejście do miłości i wychowania, relacje opierające się na dominacji i pieniądzu, a także przesądy klasowe i kulturowe. Suchy i bezlitosny styl Leïli Slimani, w którym pobrzmiewają mroczne poetyckie nuty, wciąga i intryguje już od pierwszych stron. „Trzymający w napięciu, niepokojący i pouczający dramat społeczny”. La Croix „Mistrzostwo polega tu w równej mierze na stylu, na jego zimnej, stłumionej, pełnej napięcia sile, jak i na konstrukcji, poprowadzonej równiutko, prosto do celu”. Lire „W Kołysance Leïla Slimani potwierdza swój niewiarygodnie bezlitosny talent narracyjny”. Elle

Opinie o ebooku Kołysanka - Leila Slimani

Fragment ebooka Kołysanka - Leila Slimani

Tytuł oryginału: 978-83-8110-245-2

CHANSON DOUCE

Copyright © Éditions Gallimard, 2016.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki: C. Hélie © Editions Gallimard

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Aleksandra Mól, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-245-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Émile’a

„Panna Vezzis przybyła spoza linii granicznej, aby zająć się opieką nad dziećmi pewnej pani (…). Owa pani wyrażała się o pannie Vezzis niezbyt pochlebnie, nazywając ją kiepską niańką, brudasem i gapą. Nigdy jej przy tym do głowy nie przyszło, że panna Vezzis miała też własne sprawy i kłopoty życiowe i że te kłopoty były dla panny Vezzis rzeczą najważniejszą w świecie”.

Rudyard Kipling, Gawędy spod Himalajów, przeł. J. Birkenmajer

„Czy pan rozumie, czy pan rozumie, panie szanowny, co to znaczy, gdy już nie ma dokąd pójść? – przypomniało mu się znienacka wczorajsze pytanie Marmieładowa. – Albowiem trzeba, żeby każdy człowiek miał jakiekolwiek miejsce, dokąd by mógł pójść…”

F. Dostojewski, Zbrodnia i kara, przeł. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski

Młodsze dziecko nie żyje. Wystarczyło kilka sekund. Lekarz zapewniał, że nie cierpiało. Położono je w szarym pokrowcu i zasunięto zamek błyskawiczny nad bezwładnym ciałkiem, które spoczywało pośród zabawek. Natomiast dziewczynka jeszcze żyła, kiedy przyjechało pogotowie. Walczyła jak lew. Znaleziono ślady walki, kawałki skóry pod jej miękkimi paznokciami. W karetce, która wiozła ją do szpitala, była pobudzona, wstrząsały nią konwulsje. Wytrzeszczała oczy, jakby starała się złapać powietrze. Jej gardło wypełniła krew. Miała przedziurawione płuca i mocno uderzyła głową w niebieską komodę.

Scenę zbrodni obfotografowano. Policja zdjęła odciski, zmierzyła pokój dziecięcy i łazienkę. Leżący na podłodze dywan księżniczki nasiąknął krwią. Stół do przewijania był przechylony. Zabawki włożono do przezroczystych toreb i opieczętowano. Nawet niebieska komoda zostanie wykorzystana w trakcie procesu.

Matka była w szoku. Tak mówili strażacy, tak powtarzali policjanci, tak pisali dziennikarze. Gdy weszła do pokoju, w którym leżały dzieci, krzyknęła, to był krzyk z samych trzewi, wycie lwicy. Zadrżały od niego ściany. W środku majowego dnia zapadła ciemność. Wymiotowała i tak zastała ją policja, gdy w brudnych ubraniach kucała w pokoju, wstrząsana czkawką, jak oszalała. Wyła tak, aż zdawało się, że wypluje płuca. Sanitariusz dał dyskretny znak głową, podnieśli ją, mimo że stawiała opór i kopała. Podnieśli ją powoli i młoda stażystka z pogotowia podała jej coś na uspokojenie. To był pierwszy miesiąc jej stażu.

Tamtą też trzeba było ratować. Z takim samym profesjonalizmem i obiektywizmem. Nie potrafiła umrzeć. Umiała tylko zadać śmierć. Nacięła sobie nadgarstki i wbiła nóż w gardło. Straciła przytomność koło dziecięcego łóżeczka. Podnieśli ją, zbadali jej puls i ciśnienie. Położyli ją na noszach, a młoda stażystka przyciskała jej szyję ręką.

Pod domem zebrali się sąsiedzi. Głównie kobiety. Niedługo trzeba pójść po dzieci do szkoły. Oczami pełnymi łez patrzą na karetkę. Płaczą i chcą wiedzieć, co się stało. Stają na palcach. Próbują dostrzec, co się dzieje za kordonem policji, w karetce, która rusza z wyciem syreny. Szeptem przekazują sobie informacje. Już rozeszła się pogłoska. Coś złego przytrafiło się dzieciom.

To elegancka kamienica przy rue d’Hauteville w dziesiątej dzielnicy. Kamienica, w której sąsiedzi mówią sobie z sympatią dzień dobry, mimo że się nie znają. Państwo Massé mieszkają na piątym piętrze. To najmniejsze mieszkanie w budynku. Gdy urodziło się im drugie dziecko, Paul i Myriam przedzielili salon ścianką działową. Śpią w wąskim pokoiku, między kuchnią a oknem wychodzącym na ulicę. Myriam lubi meble znalezione na targach staroci i berberyjskie dywany. Na ścianach powiesiła grafiki japońskie.

Dziś wróciła do domu wcześniej. Skróciła spotkanie i postanowiła, że zapozna się z aktami jutro. Siedząc na rozkładanym siedzeniu w metrze linii 7, myślała o tym, że zrobi dzieciom niespodziankę. Gdy wysiadła, wstąpiła do piekarni, gdzie kupiła bagietkę, deser dla dzieci i ciasto pomarańczowe dla niani. Jej ulubione.

Miała zamiar zabrać je na karuzelę. Potem zrobią razem zakupy na kolację. Mila pewnie będzie chciała, żeby kupić jej zabawkę, Adam będzie ssał kawałek bagietki w wózku.

Adam nie żyje. Mila wkrótce umrze.

– Tylko żeby papiery miała w porządku, zgoda? Nie mam nic przeciwko nielegalnym imigrantom, gdy chodzi o sprzątanie lub malowanie. Muszą mieć jakąś pracę, ale w przypadku opieki nad dziećmi to zbyt ryzykowne. Nie chcę zatrudniać kogoś, kto będzie się bał zadzwonić na policję albo jechać do szpitala, gdyby coś się stało. Poza tym żeby nie była za stara, nie chodziła w chuście i nie paliła. Najważniejsze, żeby była inteligentna i dyspozycyjna. Żeby pracowała, żebyśmy też mogli pracować. – Paul wszystko przygotował. Zrobił listę pytań i zaplanował po pół godziny na każdą rozmowę. Zarezerwowali sobie całe sobotnie popołudnie, żeby znaleźć nianię dla swoich dzieci.

Gdy Myriam kilka dni wcześniej rozmawiała o poszukiwaniach niani z Emmą, przyjaciółka skarżyła się na swoją opiekunkę. „Ma tu dwóch synów, więc nigdy nie może zostać dłużej ani popilnować moich chłopców wieczorem. To naprawdę kłopot. Pamiętaj o tym, gdy będziesz z nimi rozmawiała. Jeśli ma dzieci, lepiej, żeby były za granicą, u niej w kraju”. Myriam podziękowała za radę, ale nie spodobało jej się to, co powiedziała Emma. Gdyby jakiś pracodawca mówił o niej albo o którejś z koleżanek w ten sposób, oburzałyby się, że to dyskryminacja. Uznała, że straszne jest pozbawianie szans kogoś dlatego, że ma dzieci. Wolała nie poruszać tej kwestii z Paulem. Jej mąż jest taki jak Emma. To pragmatyk, który na pierwszym miejscu stawia rodzinę i karierę.

Tego ranka poszli całą rodziną na targ na zakupy, we czwórkę. Paul niósł Milę na barana, Adam spał w wózku. Kupili kwiaty, a teraz sprzątają mieszkanie. Chcą zrobić dobre wrażenie na nianiach, które się zjawią. Zbierają książki i pisma walające się na podłodze, pod łóżkiem, a nawet w łazience. Paul prosi Milę, by schowała zabawki do dużych plastikowych pojemników. Dziewczynka protestuje, popłakując, więc w końcu sam umieszcza je w stosie pod ścianą. Składają ubranka, przebierają pościel. Szorują, wyrzucają, starają się rozpaczliwie wywietrzyć mieszkanie, w którym można się udusić. Chcą, by opiekunki zobaczyły, że są ludźmi na poziomie, poważnymi i uporządkowanymi, którzy starają się dać swoim dzieciom to, co najlepsze. Żeby zrozumiały, kto tu rządzi.

Mila i Adam śpią po obiedzie. Myriam i Paul, niespokojni i skrępowani, siedzą na skraju łóżka. Nigdy nie zostawiali dzieci pod cudzą opieką. Myriam kończyła prawo, gdy zaszła w ciążę z Milą, obroniła się dwa tygodnie przed porodem. Paul robił jeden staż za drugim, pełen optymizmu, którym ujął Myriam, gdy się poznali. Był pewien, że da radę pracować za dwoje, że zrobi karierę jako producent muzyczny mimo kryzysu i ograniczeń budżetowych.

Mila była wątłym pobudliwym niemowlęciem i bez przerwy płakała. Nie przybierała na wadze, nie chciała ssać piersi ani pić z butelek, które przygotowywał jej ojciec. Pochylona nad kołyską Myriam zapominała o istnieniu świata zewnętrznego. Jej ambicje ograniczały się do tego, jak sprawić, aby tej chudziutkiej rozwrzeszczanej dziewczynce przybyło kilka gramów. Nie zdawała sobie sprawy, że mijają miesiące. Nigdy z Paulem nie rozstawali się z Milą. Udawali, że nie widzą, iż drażni to znajomych, którzy szeptali za ich plecami, że ani bar, ani sofa w restauracji nie są odpowiednim miejscem dla niemowlęcia. Ale Myriam nie chciała słyszeć o baby-sitterce. Nikt poza nią nie był w stanie zaspokoić potrzeb dziecka.

Mila miała zaledwie półtora roku, gdy Myriam znowu zaszła w ciążę. Zawsze utrzymywała, że to była wpadka. „Pigułka nigdy nie daje stuprocentowej pewności”, mówiła ze śmiechem do przyjaciółek. A tak naprawdę zaplanowała tę ciążę. Adam był pretekstem, by nie opuszczać domowego zacisza. Paul nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Właśnie dostał pracę asystenta w renomowanym studiu i spędzał tam całe dnie i noce, uzależniony od kaprysów artystów i ich kalendarzy. Żonie najwyraźniej służyło to pierwotne macierzyństwo. Życie w kokonie, z dala od świata i innych ludzi, chroniło ich przed wszystkim.

A potem czas zaczął się dłużyć, doskonały mechanizm rodzinny się zaciął. Rodzice Paula, którzy po przyjściu małej na świat stale im pomagali, zaczęli spędzać coraz więcej czasu w domu na wsi, gdzie przystąpili do dużego remontu. Miesiąc przed porodem wyjechali na trzy tygodnie do Azji i uprzedzili o tym Paula dopiero w ostatniej chwili. Był oburzony, żalił się Myriam na egoizm swoich rodziców, na ich lekkomyślność. Ale Myriam ulżyło. Nie znosiła, gdy Sylvie kręciła się po mieszkaniu. Z uśmiechem słuchała rad teściowej, zaciskała zęby, gdy Sylvie grzebała w lodówce i krytykowała jej zawartość. Teściowa kupowała sałatę ekologiczną. Przygotowywała jedzenie dla Mili, ale zostawiała potworny bałagan w kuchni. Nie zgadzały się z Myriam w żadnej kwestii, toteż w mieszkaniu panowała ciężka wybuchowa atmosfera, która w każdej chwili mogła przerodzić się w kłótnię.

– Daj spokój rodzicom, mają rację, chcąc korzystać z życia teraz, gdy są wolni – powiedziała w końcu Myriam do Paula.

Nie zdawała sobie sprawy ze skali tego, co ją czeka. Z dwójką dzieci wszystko stało się bardziej skomplikowane: zakupy, kąpiele, wizyty u lekarza, sprzątanie. Stos rachunków zaczął rosnąć. Myriam sposępniała. Znienawidziła spacery po parku. Zimowe dni zdawały się ciągnąć bez końca. Denerwowały ją kaprysy Mili, z obojętnością reagowała na próby gaworzenia Adama. Każdego dnia czuła coraz większą potrzebę, by samodzielnie iść naprzód, a na ulicy miała ochotę wrzeszczeć jak szalona. „Pożerają mnie żywcem”, myślała sobie nieraz.

Zazdrościła mężowi. Wieczorami czekała na niego nerwowo pod drzwiami. Przez godzinę żaliła się, że dzieci płaczą, że mieszkanie jest małe, że nie ma żadnej rozrywki. Gdy dopuszczała go do głosu, a on opowiadał o perypetiach związanych z sesją nagraniową jakiejś grupy hiphopowej, rzucała przez zęby:

– Masz szczęście.

Odpowiadał:

– Nie, to ty masz szczęście. Tak bardzo chciałbym patrzyć, jak rosną.

W tej grze nie było zwycięzców.

Nocą Paul spał obok niej głębokim snem człowieka, który przez cały dzień pracował i zasłużył na odpoczynek. Ją zżerały gorycz i żal. Myślała o tym, ile wysiłku kosztowało ją skończenie studiów mimo braku pieniędzy i wsparcia ze strony rodziców, o radości, którą poczuła, gdy przyjęto ją do palestry, gdy po raz pierwszy włożyła togę adwokacką i Paul sfotografował ją, dumną i uśmiechniętą, pod bramą ich kamienicy.

Przez długie miesiące udawała, że znosi tę sytuację. Nawet Paulowi nie potrafiła powiedzieć, jak bardzo się wstydzi. Jak bardzo jej doskwiera, że może opowiadać innym jedynie o tym, co śmiesznego zrobiły dzieci, i o rozmowach nieznajomych, których śledziła w supermarkecie. Zaczęła odrzucać wszystkie zaproszenia na kolacje, przestała odbierać telefony od przyjaciół. Bała się zwłaszcza kobiet, które potrafiły być takie okrutne. Miała ochotę udusić te, które udawały, że ją podziwiają albo co gorsza, że jej zazdroszczą. Nie mogła znieść ich uskarżania się na pracę, na to, że za mało czasu spędzają z dziećmi. Nade wszystko obawiała się nieznajomych. Tych, którzy niewinnie pytali, gdzie pracuje, i odwracali się, słysząc, że zajmuje się domem.

Któregoś dnia, gdy robiła zakupy w Monoprix przy bulwarze Saint-Denis, zorientowała się, że zabrała ze sklepu skarpetki dziecięce, zapomniała, że wsadziła je do wózka. Była pod domem i mogła wrócić do sklepu, żeby je oddać, ale zrezygnowała. Nie opowiedziała o tym Paulowi. Była to błahostka, a jednak nie mogła przestać o tym myśleć. Później co jakiś czas chodziła do Monoprix i chowała w wózku synka szampon, krem albo szminkę, której nigdy nie użyje. Wiedziała, że gdyby ktoś ją zatrzymał, wystarczyłoby odegrać przemęczoną matkę i z pewnością uwierzono by w jej uczciwość. Te śmieszne kradzieże wprawiały ją w podniecenie. Śmiała się do siebie na ulicy, miała wrażenie, że zakpiła sobie z całego świata.

Gdy przypadkowo spotkała Pascala, odebrała to jako znak. Dawny kolega z wydziału prawa w pierwszej chwili jej nie poznał: spodnie na niej wisiały, na nogach miała zniszczone botki, a brudne włosy spięła w kok. Stała koło karuzeli, z której Mila nie chciała zejść.

– Ostatnie kółko – powtarzała za każdym razem, gdy jej córka kurczowo wczepiona w konika mijała ją, machając rączką. Podniosła wzrok: uśmiechał się do niej Pascal z ramionami otwartymi na znak radości i zaskoczenia. Odpowiedziała mu uśmiechem, kurczowo ściskając wózek. Pascal się spieszył, ale na szczęście miał spotkanie dwa kroki od mieszkania Myriam.

– I tak miałam wracać. Przejdziemy się razem? – zaproponowała.

Rzuciła się na Milę, która zaczęła przenikliwie krzyczeć. Nie chciała iść, a Myriam uparcie się uśmiechała, udając, że panuje nad sytuacją. Nie przestawała myśleć o starym swetrze, który miała pod płaszczem, Pascal z pewnością zauważył przetarty golf. Nerwowo pocierała ręką skronie, jakby to wystarczyło, by doprowadzić do porządku wysuszone splątane włosy. Pascal zdawał się niczego nie zauważać. Opowiadał jej o kancelarii, którą otworzył z dwoma kolegami z roku, o kłopotach i radościach rozkręcania własnego biznesu. Spijała słowa z jego warg. Mila ciągle mu przerywała i Myriam dałaby wszystko, by ją uciszyć. Nie spuszczała wzroku z Pascala, grzebała w kieszeniach, w torebce w poszukiwaniu lizaka, cukierka, wszystko jedno czego, by kupić milczenie córki.

Pascal ledwie rzucił okiem na dzieci, nie zapytał, jak mają na imię. Wydawało się, że nawet spokojna cudowna buzia śpiącego w wózeczku Adama nie rozczula go ani nie wzrusza.

– To tutaj. – Pascal pocałował ją w policzek. Powiedział: – Bardzo się cieszę z naszego spotkania – i wszedł do budynku, którego ciemnoniebieskie drzwi zamknęły się z takim hukiem, że Myriam podskoczyła. Zaczęła po cichu się modlić. Tu, na ulicy, była tak zrozpaczona, że mogłaby usiąść na ziemi i rozpłakać się. Chciała się wczepić w nogę Pascala, błagać go, by wziął ją ze sobą, by dał jej szansę. Po powrocie do domu czuła się kompletnie zdołowana. Popatrzyła na Milę, która spokojnie się bawiła. Wykąpała niemowlę i pomyślała sobie, że to szczęście, zwyczajne nieme więzienne szczęście nie wystarczy, aby ją pocieszyć. Pascal pewnie się z niej natrząsał. Może nawet zadzwonił do dawnych kolegów z wydziału, żeby opowiedzieć im o żałosnym życiu Myriam, która „się zaniedbała” i „wbrew naszym oczekiwaniom, nie zrobiła kariery”.

Wizje tych rozmów dręczyły ją przez całą noc. Następnego ranka, gdy wyszła spod prysznica, usłyszała dźwięk SMS-a.

– Nie wiem, czy chcesz wrócić do prawa. Jeśli cię to interesuje, możemy porozmawiać.

Myriam o mało nie wrzasnęła z radości. Zaczęła skakać w mieszkaniu, wyściskała Milę, która powtarzała:

– Co się stało, mamo? Dlaczego się śmiejesz?

Później Myriam się zastanawiała, czy Pascal dostrzegł jej rozpacz czy też po prostu uznał, że szczęśliwym trafem natknął się na Myriam Charfę, najbardziej sumienną studentkę, jaką dane mu było poznać. Może pomyślał, że jest wybrańcem losu, skoro może zatrudnić taką kobietę jak ona, która w dodatku dzięki niemu wróci na salę sądową.

Myriam opowiedziała o tym Paulowi, ale jego reakcja ją rozczarowała. Wzruszył ramionami.

– Nie wiedziałem, że chciałabyś iść do pracy.

Strasznie ją to rozzłościło, bardziej niż powinno. Rozmowa szybko zamieniła się w kłótnię. Zarzuciła mu egoizm, a on oskarżył ją o brak konsekwencji.

– Pójdziesz do pracy, zgoda, ale co zrobimy z dziećmi? – Rechotał, ośmieszając zarazem jej ambicje, a ona jeszcze bardziej czuła się tak, jakby miała na zawsze pozostać uwięziona w tym mieszkaniu.

Gdy się uspokoili, dokładnie przeanalizowali różne możliwości. Był koniec stycznia: nie ma co marzyć o znalezieniu miejsca w żłobku lub w przechowalni. Nie mieli żadnych znajomości w merostwie. A jeśli Myriam pójdzie do pracy, znajdą się w najgorszym przedziale płac: będą zarabiać za dużo, by przysługiwała im pomoc finansowa, a za mało, by zatrudnienie niani nie wiązało się z wyrzeczeniami. Ostatecznie wybrali właśnie to rozwiązanie, po tym, jak Paul stwierdził:

– Uwzględniając godziny nadliczbowe, będziesz zarabiać mniej więcej tyle co niania. Ale skoro uznajesz, że dzięki temu poczujesz się lepiej…

Po tej rozmowie pozostała w niej gorycz. Miała o to pretensje do Paula.

Chciała wszystko załatwić jak należy. Żeby się uspokoić, udała się do agencji, którą niedawno otwarto w dzielnicy. Małe biuro o bezpretensjonalnym wystroju prowadziły dwie kobiety koło trzydziestki. Witrynę pomalowaną na niebiesko, w kolorze wyprawki dla niemowlęcia, zdobiły gwiazdy i złote dromaderki. Myriam zadzwoniła. Właścicielka zlustrowała ją przez szybę. Powoli wstała i wystawiła głowę przez drzwi:

– Tak?

– Dzień dobry.

– Przyszła się pani zapisać? Potrzebna nam pełna dokumentacja. CV i referencje wystawione przez pani byłych pracodawców.

– Nie, nie o to mi chodzi. Szukam niani dla swoich dzieci.

Wyraz twarzy dziewczyny kompletnie się zmienił. Wydawała się zadowolona, że przyjmuje klientkę, i tym bardziej zakłopotana z powodu pomyłki. Ale skąd miała wiedzieć, że ta zmęczona kobieta o gęstych kręconych włosach jest mamą ślicznej dziewczynki popłakującej na chodniku?

Właścicielka otwarła duży katalog, nad którym Myriam się pochyliła.

– Proszę usiąść – zaproponowała dziewczyna.

Przed oczami Myriam przewijały się dziesiątki zdjęć kobiet, w większości z Afryki lub z Filipin. Mila miała rozrywkę. Komentowała:

– Ta jest paskudna, no nie?

Matka ją upominała i z ciężkim sercem wracała do niewyraźnych albo źle wykadrowanych portretów kobiet, z których żadna się nie uśmiechała.

Właścicielka agencji napawała ją niesmakiem. Jej hipokryzja, okrągła zaczerwieniona twarz, postrzępiony szalik na szyi. Jej rasizm, który przed chwilą wyszedł na jaw. Wszystko to sprawiało, że Myriam miała ochotę uciec. Uścisnęła jej dłoń. Obiecała, że porozmawia z mężem, i nigdy więcej już się tam nie pojawiła. Za to sama porozwieszała ogłoszenia w sklepach w dzielnicy. Idąc za radą przyjaciółki, zasypała anonsami strony internetowe, dodając, że sprawa jest pilna. W ciągu tygodnia zadzwoniło sześć osób.

Czeka na tę nianię jak na zbawienie, choć jest przerażona na myśl, że zostawi swoje dzieci. Wie o nich wszystko i chciałaby utrzymać tę wiedzę w tajemnicy. Zna ich upodobania i zwyczaje, natychmiast odgaduje, gdy któreś jest chore lub smutne. Dotychczas nie spuszczała ich z oczu przekonana, że nikt nie będzie ich chronił tak dobrze jak ona.

Odkąd przyszły na świat, wszystkiego się boi. Zwłaszcza, że umrą. Nigdy nie wspomina o tym ani swoim przyjaciołom, ani Paulowi, ale jest pewna, że wszystkim przychodzi to do głowy. Nie wątpi, że tak jak ona każdy czasem patrzył na swoje śpiące dziecko i zastanawiał się, co by czuł, gdyby to ciało było trupem, gdyby te oczy zamknęły się na zawsze. Nic nie może na to poradzić. W jej wyobraźni rodzą się straszne scenariusze, które przegania, potrząsając głową, odmawiając modlitwy, pukając w niemalowane drewno i dotykając ręki Fatimy odziedziczonej po matce. Zaklina los, chorobę, wypadki, zboczone apetyty drapieżników. W nocy śni jej się, że dzieci nagle znikają w obojętnym tłumie. Krzyczy: „Gdzie są moje dzieci?”, a ludzie się śmieją. Myślą, że oszalała.

– Spóźnia się. To źle wróży – niecierpliwi się Paul. Podchodzi do drzwi wejściowych i patrzy przez judasza. Jest czternasta piętnaście, a pierwszej kandydatki, Filipinki, jak nie było, tak nie ma.

O czternastej dwadzieścia Gigi miękko puka do drzwi. Myriam idzie jej otworzyć. Natychmiast zauważa, iż kobieta ma bardzo małe stopy. Mimo chłodu włożyła płócienne tenisówki i białe skarpetki z falbankami. Dobiega pięćdziesiątki, a ma stopy dziecka. Jest dość elegancka, włosy zaplotła w warkocz, który opada jej na plecy. Paul sucho zauważa, że się spóźniła, i Gigi spuszcza głowę, mamrocząc przeprosiny. Bardzo słabo mówi po francusku. Paul bez przekonania rozpoczyna rozmowę po angielsku. Gigi opowiada o swoich doświadczeniach. O dzieciach, które zostawiła w kraju, o najmłodszym, którego nie widziała od dziesięciu lat. Nie zatrudni jej. Zadaje kilka pytań pro forma i o czternastej trzydzieści odprowadza ją do drzwi.

– Zadzwonimy do pani. Thank you.

Potem uśmiechnięta Grace z Wybrzeża Kości Słoniowej bez dokumentów. Caroline, otyła blondyna z tłustymi włosami, która przez całą rozmowę skarży się na bóle pleców i problemy z krążeniem. Malika, Marokanka w dojrzałym wieku, która podkreśla, że od dwudziestu lat pracuje w tym zawodzie i że kocha dzieci. Myriam postawiła sprawę jasno. Nie chce zatrudniać kobiety z Maghrebu do opieki nad dziećmi.

– Dlaczego nie? – próbuje przekonać ją Paul. – Mówiłaby do nich po arabsku, skoro ty nie chcesz.

Ale Myriam absolutnie się sprzeciwia. Obawia się, że połączyłaby je niewidzialna nić porozumienia, zrodziłaby się zażyłość. Że tamta zaczęłaby jej robić uwagi po arabsku. Opowiadać o swoim życiu, a potem prosić o tysiące rzeczy w imię wspólnego języka i religii. Zawsze nieufnie podchodziła do tego, co nazywa się solidarnością imigrantów.

Potem zjawia się Louise. Kiedy później Myriam opowiada o tej pierwszej rozmowie, lubi powtarzać, że było to oczywiste. Jak miłość od pierwszego wejrzenia. Podkreśla zwłaszcza zachowanie córki.

– To ona ją wybrała – dodaje często.

Mila właśnie się obudziła po popołudniowej drzemce, ze snu wyrwał ją przenikliwy płacz brata. Paul idzie po dzidziusia, a mała go nie odstępuje, chowając się za jego nogami. Louise wstaje. Myriam, zafascynowana pewnością siebie niani, wspomina tę scenę do dziś: jak Louise delikatnie wyjmuje Adama z objęć ojca i udaje, że nie widzi Mili.

– Gdzie jest księżniczka? Wydawało mi się, że widzę księżniczkę, ale zniknęła.

Mila zaczyna śmiać się do rozpuku, a Louise kontynuuje zabawę, szukając po kątach, pod stołem, za kanapą tajemniczej zaginionej księżniczki.

Zadają jej kilka pytań. Louise mówi, że jej mąż nie żyje, że jej córka Stéphanie jest już dorosła – ma prawie dwadzieścia lat, wierzyć się nie chce – że jest dyspozycyjna. Podaje Paulowi kartkę z nazwiskami byłych pracodawców. Opowiada o Rouvierach, którzy otwierają tę listę.

– Pracowałam u nich długo, też mieli dwoje dzieci. Dwóch chłopców.

Louise przypada do gustu Paulowi i Myriam. Podobają im się jej gładkie rysy, szczery uśmiech, wargi, które nie drżą. Wydaje się, że nic nie może zmącić jej spokoju. Ma wzrok kobiety, która jest w stanie wszystkiego wysłuchać i wszystko wybaczyć. Jej twarz przypomina spokojne morze, nikt by nie odgadł, że to otchłań.

Tego samego wieczoru dzwonią do małżeństwa, którego numer telefonu zostawiła im Louise. Odbiera kobieta, odpowiada chłodno. Gdy słyszy nazwisko Louise, natychmiast zmienia ton.

– Louise? Co za szczęście, że państwo na nią trafili. Była dla moich chłopców jak druga matka. Rozstawaliśmy się z nią naprawdę z bólem serca. Szczerze mówiąc, w tamtym czasie zastanawiałam się nawet nad trzecim dzieckiem, żeby móc ją zatrzymać.

Louise otwiera okiennice w swoim mieszkaniu. Minęła piąta rano, na zewnątrz jeszcze świecą się lampy. Ulicą idzie mężczyzna, przemyka wzdłuż ścian, chroniąc się przed deszczem. Lało przez całą noc. Wiatr świszczał w rurach i wypełniał sny. Jakby krople padały poziomo, waląc z całej siły w fasadę budynku i szyby. Louise lubi wyglądać przez okno. Naprzeciwko, między dwoma ponurymi budynkami, stoi domek otoczony zarośniętym ogrodem. Na początku lata zamieszkało w nim młode małżeństwo, paryżanie, których dzieci bawią się na huśtawce, a w niedzielę pielą ogródek. Louise się zastanawia, po co sprowadzili się do tej dzielnicy.

Ma dreszcze z braku snu. Końcem paznokcia drapie kąt okna. Na próżno z uporem myje szyby dwa razy w tygodniu, ciągle wydają się jej mętne, pokryte kurzem i czarnymi smugami. Nieraz szoruje je tak, że o mało nie pękną. Drapie coraz mocniej okno, aż łamie paznokieć. Podnosi palec do ust i przygryza go, by przestał krwawić.

Mieszkanie składa się tylko z jednego pokoju, który służy Louise zarówno jako sypialnia, jak i salon. Każdego ranka ścieli tapczan i przykrywa go czarną narzutą. Je posiłki przy niskim stoliku, przed stale włączonym telewizorem. Pod ścianą leżą nadal zamknięte pudła. Może są w nich jakieś przedmioty, które mogłyby ożywić tę bezduszną kawalerkę. Po prawej stronie sofy stoi zdjęcie rudej nastolatki oprawione w błyszczącą ramkę.

Delikatnie rozpostarła na tapczanie długą spódnicę i bluzkę. Podnosi z podłogi baleriny kupione przed ponad dziesięcioma laty, ale tak o nie dba, że wciąż wyglądają jak nowe. Proste lakierki na kwadratowym obcasie, ozdobione dyskretną kokardką. Siada i zaczyna czyścić but, nabierając na wacik krem do demakijażu ze słoiczka. Robi to wolno i dokładnie. Czyści zapamiętale, całkowicie pochłonięta tą czynnością. Wacik jest brudny. Louise przysuwa but do lampy stojącej na okrągłym stoliku. Gdy lakier wydaje się jej dostatecznie błyszczący, odkłada balerinę i sięga po drugą.

Jest tak wcześnie, że zdąży jeszcze pomalować sobie paznokcie zniszczone sprzątaniem. Zakleja palec wskazujący plastrem i powleka pozostałe bardzo dyskretnym różowym lakierem. Po raz pierwszy, mimo ceny, ufarbowała sobie włosy u fryzjera. Czesze je w kok związany nad karkiem. Maluje się, niebieski cień ją postarza, a przecież jest taka krucha, taka drobna, że z daleka wygląda na zaledwie dwadzieścia lat. A ma ponad dwa razy tyle.

Kręci się w kółko po