Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 419

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 14 min Lektor: Monika Dąbrowska-Jarosz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 14 min Lektor: Monika Dąbrowska-Jarosz

Opis ebooka Kołysanka dla Rosalie - Renata Kosin

Do wartemborskiego pałacu, obecnie funkcjonującego jako hotel, przyjeżdżają goście: pisarz zainteresowany historią drugiej wojny światowej, emerytowany architekt o nienagannych manierach, roztargniona, samotna dziewczyna, sympatyczne starsze małżeństwo, wścibska pani Róża z mężem pantoflarzem i tajemniczy wędkarze, którzy znikają na całe dnie. Czy ktoś z nich stoi za uprowadzeniem małej Rosalie oraz jej niani? I jaki związek z tym incydentem ma wygrywana przez zabytkową pozytywkę stara kołysanka?

Tę zagadkę spróbuje rozwikłać Klara, znana czytelnikom z powieści „Tajemnice Luizy Bein”, jednocześnie usiłując nie zepsuć swojego obfitującego w burzliwe momenty związku z Kubą.

Renata Kosin – z wykształcenia humanistka, z zamiłowania niespokojny duch imający się zajęć wszelakich, zbyt wielu, by dało się je wymienić, nikogo nie zanudzając. Roztargniona marzycielka, która nade wszystko ceni ład i dobrą organizację. Prowincjuszka z urodzenia i wyboru (kiedyś podlaska, teraz warmińska). Nie przepada za wielkomiejskim zgiełkiem, choć uwielbia być wśród ludzi. Ceni sobie spokój, lecz nie znosi nudy i bezczynności. Energię i pogodę ducha czerpie z zewnątrz, dlatego lgnie do miejsc, gdzie dużo się dzieje i osób umiejących cieszyć się nawet z błahostek. Idealistka i optymistka. W okiełznaniu tak sprzecznej natury pomaga jej to, co czasem też wpędza w kłopoty – wyobraźnia pozwalająca zmienić każdą dysharmonię w dobrze nastrojone historie. Autorka scenariuszy teatralnych oraz powieści: „Mimo wszystko Wiktoria”, „Bluszcz prowincjonalny” oraz „Tajemnice Luizy Bein”.

Opinie o ebooku Kołysanka dla Rosalie - Renata Kosin

Fragment ebooka Kołysanka dla Rosalie - Renata Kosin

RenataKosin
Kołysanka dla Rosalie
Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA
Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Sięgnij po nasze powieści dla kobiet

http://nk.com.pl/literatura-dla-kobiet/9/kategoria.html

W SERII:

TAJEMNICE LUIZY BEIN

KOŁYSANKA DLA ROSALIE

PROLOG

Żółtawy płomień świecy migotał i nikł kołysany w rytm jej kroków. Ledwie widoczny przez brudne szkło prowizorycznej latarenki, skleconej z oplecionego drutem słoja, dawał niewiele światła, lecz to nie miało większego znaczenia. Poradziłaby sobie nawet w ciemności, a lampkę zabrała bardziej z nawyku niż z potrzeby. Jak zawsze przewiesiła ją przez łokieć, przez co słój bujał się na długim pałąku, od czasu do czasu boleśnie uderzał ją o kolano albo zawieruszał w fałdach szerokiej spódnicy. Nie zwracała jednak na to uwagi. Pochłaniało ją coś ważniejszego.

Stąpała po nierównym gruncie całkiem pewnie. Obojętnie mijała ślizgające się po kamiennych ścianach cienie. Z przyjemnością wdychała zimne, nieco stęchłe i wilgotne powietrze, wsłuchiwała się w stłumione dźwięki – szepty, szmery, szelesty i zduszone postukiwanie – echo głosów, których nie potrafiła rozpoznać, choć zdołała je oswoić. Znała je na pamięć, jak każdy fragment nasiąkłej wilgocią, chropowatej ściany. Rozpoznawała bezbłędnie wszystkie nierówności posadzki i miejsca, gdzie ceglany strop obniżał się na tyle, że zwisające z sufitu pajęczyny muskały jej twarz i oplatały włosy.

Jak zawsze mimowolnie liczyła kroki i kolejne zakręty. Już za chwilę miała dotrzeć do miejsca, gdzie korytarz krzyżował się z innym, nieco węższym, ze ścianami z czerwonej cegły i zaokrąglonym sklepieniem. Tu zazwyczaj na krótko przerywała marsz. Teraz też przystanęła, choć tym razem bezwiednie. Wybita z rytmu niechętnie odegnała pochłaniające ją myśli. Uniosła latarnię. Z tym samym co zawsze wahaniem spojrzała w ciemną czeluść tunelu. Wiedziała, dokąd prowadzi, choć nigdy tam nie dotarła. Mimo to czuła, jakby była w połowie drogi do jego końca. Celu, który już dawno stał się jej przeznaczeniem i finałem długiej podróży. Tym, na co od dawna czekała i co wydawało się już bardzo blisko.

Zachwiała się, więc aby nie upaść, oparła się ramieniem o zimną ścianę. Gdy uderzyła w nią trzymaną w rękach latarnią, usłyszała brzęk tłuczonego szkła. Zamknęła oczy. Spodziewała się, że gdy je otworzy, ujrzy jedynie ciemność, ale świeca, pozbawiona brudnej osłony, jarzyła się nadal, nawet jaśniej niż przedtem. Wyjęła ogarek spomiędzy resztek słoika i osłoniwszy drżący płomień drugą ręką, ruszyła głównym korytarzem.

Kiedy przecisnęła się przez szczelinę w murze, ogarnęła ją kolejna fala podszytej niepokojem ekscytacji. Znacznie silniejszej niż wtedy, kiedy była tu ostatni raz. Kolejny znak, że niebawem nadejdzie to, na co tak długo czekała. Odstawiła na moment świeczkę i mimo narastającego drżenia rąk wprawnie zasłoniła drewnianą belką wąskie przejście. Otrzepała się, a potem oświetliwszy sobie drogę, weszła na kilkustopniowe schody, u szczytu których znajdowały się drzwi. Powoli nacisnęła klamkę i uchyliła je na szerokość palców. Znieruchomiała, wytężając słuch i wzrok. Nie działo się nic niepokojącego. Po chwili znalazła się w niewielkiej, ciemnej kuchni, na środku której stał stół z jednym krzesłem, a w kącie stary, zniszczony fotel. Poza rudobrązowym kaflowym piecem nie było tu innych sprzętów.

Na wszelki wypadek znów wsłuchała się w panującą ciszę i popatrzyła w ciemne okno. Upewniła się, że jest sama. Postawiła świeczkę na stole i podeszła do pieca. Z wysiłkiem wyciągnęła z jego bocznej części dwa kafle. Wsunęła ręce w powstały otwór. Ostrożnie wyjęła spory przedmiot okutany grubą warstwą juty. Ułożyła go na stole i powoli rozwinęła. Jutowa tkanina opadła na podłogę. Nie zwróciła na to uwagi. Przycupnęła na chyboczącym się krześle i położyła drżące z emocji dłonie na oprawionej w czerwony materiał grubej księdze. Uśmiechnęła się, gładząc z czułością obwolutę i odciśnięty w niej kształt.

Nagle płomień świecy zamigotał i przygasł pchnięty ledwie wyczuwalnym podmuchem wiatru. Nie podnosząc głowy, błyskawicznie ściągnęła z ramion bury wełniany szal i okryła księgę, a potem przytuliła ją z całych sił do piersi. Poderwała się jednocześnie ze skrzypnięciem drzwi wejściowych, a zaraz potem usłyszała zdecydowane kroki. Nie miała szans na ucieczkę, jednak mimowolnie cofała się w stronę piwnicy z nadzieją, że ocali chociaż księgę. Ukryje ją w lochu za tajemnym przejściem. Szybko zrozumiała, że nie zdąży. Z bijącym mocno sercem i dławiącym krtań strachem wytężyła wzrok, żeby dojrzeć, kto stanął w progu kuchni.

Na twarzy kobiety odmalowało się bezgraniczne zdumienie. Oparła się plecami o ścianę, a potem osunęła po niej i uderzyła kolanami w podłogę. Mimo bólu nie krzyknęła. Przycisnęła usta do szorstkiej, czerwonej obwoluty i zamarła w bezwolnym oczekiwaniu na nieuniknione.

I

Z wściekłością trzasnęła drzwiami. Pałacowa sień zatrzęsła się w posadach, o czym dała znać amfora z krakelurowej porcelany, ustawiona na konsoli pod lustrem. Z bukietu kulistych, zasuszonych jeszcze w ubiegłym roku kwiatów hortensji osypały się bladozielone płatki.

Klara wzięła głęboki oddech i ukradkiem wyjrzała przez szczęśliwie ocalały witraż, by się przekonać, że Kuba wciąż stoi na werandzie. Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Idź sobie! – wrzasnęła przez drzwi. – Wynoś się natychmiast!

– Ale dlaczego? – usłyszała stłumioną odpowiedź. – Kochanie, porozmawiajmy, proszę! Wszystko ci wytłumaczę!

– Akurat! – fuknęła i przycisnęła pięści do pulsujących skroni. – Naprawdę myślałeś, że się nie dowiem?

– Ależ ja chciałem ci powiedzieć! Czekałem tylko na dobry moment.

Tym razem jego głos wydał się wyraźniejszy. Mężczyzna chyba przytulił policzek do drzwi. Klarze wydało się, że słyszy też ciche skomlenie.

– Żałosne – prychnęła do siebie. – Ale nie powiedziałeś! – dodała już głośno. – I dam sobie głowę uciąć, że gdyby nie ten przypadek, jeszcze długo byś ją przede mną ukrywał.

– Wcale nie! – Trochę zbyt wysoki ton głosu zdradzał desperację. – Dziś zamierzałem przyznać się do wszystkiego i specjalnie przyszedłem tutaj z nią. Pomyślałem, że kiedy ją poznasz, zrozumiesz, że nie mogłem inaczej.

– Nie zamierzam niczego rozumieć. Wynoś się razem z tym... Z tą swoją suką!

Gotowała się z wściekłości. Pozwoliła zwodzić się tak długo! Powinna zorientować się wcześniej. Gdy pytała Jakuba, gdzie znika wieczorami, zwykle zmieniał temat i odwracał wzrok. Jakby z lęku, że wyczyta z jego oczu prawdę. Podświadomie czuła, że coś jest nie tak, jednak nie znalazła czasu na szczerą rozmowę. Teraz było już za późno na dialog, a tym bardziej na szczerość.

Z furią kopnęła w drzwi, by wyładować całą złość. Kątem oka dostrzegła Łucję. Strapiona mina wskazywała na to, że kobieta musiała obserwować scenę, ale się nie odzywała. Widać nie była pewna, czy powinna się wtrącać.

– Może jednak ... – zaczęła z wahaniem w głosie.

– Co? – żachnęła się Klara, po niewczasie zdając sobie sprawę ze swojego opryskliwego tonu, na który przyjaciółka, w przeciwieństwie do Jakuba, zupełnie nie zasłużyła.

– Gdybyś pozwoliła mu wytłumaczyć... – odpowiedziała Łucja niezrażona, choć pewnie czuła, że wtrącanie się w sprawy zwaśnionej pary może nie być najszczęśliwszym posunięciem. Postanowiła jednak zaryzykować. – Porozmawiajcie spokojnie, a nie w taki wrogi sposób. – Kiwnęła brodą w stronę nadal zamkniętych drzwi.

– Doprawdy? – Klara już nie hamowała złości. – Perfidnie mnie oszukał! Dlaczego nie przyznał się od razu? Z góry założył, że nie zrozumiem! Czy ja jestem pozbawiona uczuć? Skoro tak uważa, nie mamy o czym ze sobą rozmawiać.

– A czy teraz dałaś mu choćby najmniejszy powód, aby myślał inaczej? – Łucja wbrew swojej woli również podniosła nieco głos, jednak widząc minę Klary, szybko się zreflektowała, że nie tędy droga, i przybrała przesadnie łagodny wyraz twarzy. – No dobrze, przyznaję, masz rację. Zachował się okropnie. Pochopnie założył, że się wściekniesz. Bo przecież obie wiemy, że nigdy w życiu nie dopuściłabyś, żeby to biedactwo tułało się po świecie bez dachu nad głową. Prawda? To byłoby nieludzkie. – Wskazała znacząco okno.

Klara zmieszała się i zerknęła na przyjaciółkę zaskoczona. Zrozumiała podstęp.

– Więc trzymasz jego stronę? – spytała z rezygnacją i wciąż rosnącą złością. – A mnie brakuje empatii? Zatem sama go sobie weź!

Łucja nagle spochmurniała.

– Wzięłabym... – Urwała i spojrzała gdzieś w bok. – Ale jeszcze nie mogę... Nadal tęsknię za moim potworkiem. Czasem nawet zapominam, że już go nie ma. Nie jestem gotowa na kolejnego psa.

Klara zakłopotana przełknęła ślinę. Przesadziła. Teraz czuła się niezręcznie, zawstydzona własną bezmyślnością i egoizmem. Powinna uszanować smutek Łucji, która niedawno straciła przyjaciela. Fido dożył sędziwego wieku, więc jego odejście nie było dla niej zaskoczeniem, co nie znaczyło, że się z tym pogodziła. Zresztą wszyscy odczuwali nieobecność beżowego kudłacza na kanapie albo w fotelu na werandzie.

Teraz zamiast niego przed domem czekał inny pies, a właściwie suka, przytulona do nogi Jakuba. Zaniedbane psisko, które plątało się w ruinach, gdzie grupa archeologów prowadziła badania. Szybko odkryli, dlaczego nie chciała odejść. W ceglanym rumowisku znaleźli kilkutygodniowe szczenięta. Na szczęście uroczym maluchom udało się znaleźć domy, niestety nikt nie mógł zaopiekować się ich matką. Dlatego Kuba zabrał ją ze sobą, choć wiedział, że Klara, w natłoku obowiązków związanych z rozpoczynającym się sezonem turystycznym, nie zgodzi się na przygarnięcie psa. Mimo to zaryzykował i urządził zwierzakowi posłanie w szopie na narzędzia ogrodowe. Codziennie przekradał się z psem do kuchni, a kucharka chowała blaszaną miskę przed powrotem Klary. Łucja też o wszystkim wiedziała. Konspirowali wspólnie i solidarnie dbali, aby tajemnica się nie wydała. To właśnie ją najbardziej rozzłościło – wykluczenie. W dodatku pewnie spisek trwałby nadal, gdyby dziś nie wróciła wcześniej z pracy.

Coraz częściej czuła się zmęczona i rozdrażniona. Wciąż w biegu, z głową nabitą myślami i ciągłym strachem, że nie sprosta zadaniom, które zbyt pochopnie sobie wytyczyła. W redakcji nie wiadomo czemu (bo przecież pracowała niemal na okrągło) piętrzyły się kolejne zaległości, a w pałacu, do którego mieli niebawem przybyć goście, nie wszystko było gotowe. Kubę pochłaniała praca albo urządzanie ogrodu, choć to drugie powinno w tej chwili zejść na dalszy plan. Anna nie wróciła jeszcze ze Szwajcarii, gdzie załatwiała swoje sprawy, Łucja niebawem miała tam pojechać, natomiast kucharka codziennie przypominała o konieczności zatrudnienia kogoś do pomocy.

Dlatego dziś, kiedy naczelna gazety podrzuciła jej kolejny temat, Klara zrozumiała, że jeśli natychmiast nie wtuli głowy w poduchy kanapy we własnym salonie, z pewnością oszaleje. Na szczęście udało jej się wyjść z redakcji wcześniej. Gnała do domu uradowana perspektywą beztroskiego (jak sobie solennie obiecała) odpoczynku. Niestety, dobry nastrój prysł, gdy dotarła do pałacu. Zastąpiło go bezgraniczne zdumienie, które wręcz odebrało jej mowę.

Stała oparta o drzwi, nie wierząc własnym oczom. Na jej nowiutkiej jasnobeżowej kanapie leżał pies. Dość duży, w typie golden retrievera, tylko w kolorze bardziej choco niż gold, i niemiłosiernie brudny. Patrzył na nią i merdał przyjaźnie ogonem, gdy ona w ogóle nie miała ochoty na odwzajemnienie sympatii (sądząc również po zadowolonym psim pysku) zwierzaka. Rosła w niej wściekłość. Nie na sukę, ale na Kubę, który ją tutaj wprowadził. Błyskawicznie połączyła fakty. Jakub ostatnio zachowywał się podejrzanie. Znikał wieczorami, a po powrocie dziwnie pachniał. Teraz już wiedziała czym, ponieważ ta woń wypełniła cały apartament.

Nim ochłonęła, zjawił się winowajca z kawałkiem kiełbasy w ręce. Na widok Klary beztroski uśmiech na jego obliczu natychmiast zgasł. Przerażony ściągnął opornego psa z kanapy i wyprowadził. Łudził się, że w ten sposób udobrucha ukochaną, jednak coraz bardziej purpurowa twarz Klary szybko rozwiała te nadzieje. Pobiegła za nim i ignorując chaotyczne wyjaśnienia, gdy wyszedł, z hukiem zatrzasnęła za nim frontowe drzwi. Teraz od dłuższej chwili stała oparta o nie rękami i nie wiedziała, co począć.

Łucja podeszła i objęła przyjaciółkę ramieniem.

– Chodź, zrobię ci herbaty.

Klara westchnęła z rezygnacją i dała się pociągnąć do kuchni. Po drodze dostrzegła Jakuba przez szklane drzwi tarasu. Z zatroskaną miną czochrał po karku psa siedzącego posłusznie przy jego nodze. Pomyślała mimowolnie, że choć to oni zostali wyrzuceni za drzwi, tę bitwę przegrała ona. Cokolwiek teraz postanowi, i tak wyjdzie źle.

Rozgoryczona klapnęła na kuchenne krzesło, oparła łokcie na stole i spojrzała w okno. Stąd nie widziała Kuby, jednak była pewna, że wciąż tkwił na dziedzińcu i czekał na decyzję. Oboje czekali.

– Powiedz mu, proszę, że pies może zostać w szopie, dopóki nie znajdziemy mu domu – odezwała się zdziwiona, że wypowiedziała te słowa na głos. – Nie chcę na razie z nim gadać. Muszę ochłonąć.

– Pewnie. – Łucja pogłaskała ją po ramieniu. – Powiem. Potem. Teraz niech się jeszcze trochę pomartwi, w końcu przecież nabroił – dodała, jakby zapomniała, że sama również maczała w tym palce. – A tymczasem napijemy się herbaty.

– Mówisz zupełnie jak Alex. – Klara roześmiała się nagle. – Chodzi mi o herbatę – uzupełniła na widok zaskoczonej miny Łucji. – On też wierzy, że filiżanka herbaty jest lekiem na wszystko.

Łucja się uśmiechnęła. Postawiła na blacie dwa kubki i wlała do każdego zaparzoną wcześniej esencję.

– Tęsknisz za nimi, prawda? – Klara wciąż nie spuszczała z niej wzroku.

– Bardzo. – Łucja odstawiła czajnik, usiadła naprzeciwko i przesunęła w jej stronę naczynie z parującym naparem. – Cieszę się, że już niedługo będziemy razem.

– Tylko szkoda, że tak krótko. Naprawdę musisz jechać do Brienz?

– Nie muszę, ale powinnam – westchnęła Łucja, podpierając policzek pięścią. – Sara i Alex przenieśli się do pensjonatu, żebym nie musiała go sprzedawać. Doceniam to i muszę im pomóc. Przynajmniej dopóki Kristina nie wydobrzeje, czyli pewnie za jakieś trzy tygodnie. Wtedy ona zajmie się gośćmi. – Podniosła kubek z herbatą do ust. – Na razie są tam rodzice Sary, potem muszę ich zmienić.

– Że też Kristina musiała zwichnąć nogę akurat w takim momencie. – Klara pokręciła głową. – Pech!

– Pewnie, że pech. Ciężko w ostatniej chwili znaleźć zastępstwo. Muszę ratować sytuację.

– Ale będziesz tam ze wszystkim sama.

– Teraz nie ma tak wielu gości jak zimą, spokojnie sobie poradzę. Bardziej martwię się o ciebie. – Łucja popatrzyła z troską na przyjaciółkę. – Wyglądasz ostatnio na wykończoną.

– Kocioł w pracy – ucięła Klara. – Poza tym przecież niedługo wraca Anna.

– Mówiła, że to może jeszcze potrwać.

– Dam radę. Zasłużyła na trochę oddechu. Przez ostatnie miesiące tyrała jak wół.

– Tak jak ty – podchwyciła Łucja. – Też zasłużyłaś na odpoczynek.

– Gdyby to było takie proste. – Klara uśmiechnęła się cierpko. – Przecież ciągle coś się dzieje, choćby ta afera z psem. Widziałaś, co zrobił w salonie? Mam nadzieję, że Kuba przynajmniej wyczyści uświnioną kanapę. – Skrzywiła się na samo wspomnienie. – Wczoraj odhaczyłam ostatni pokój. Gość przyjeżdża już niebawem. Mężczyzna, raczej starszy, sądząc po głosie, o arystokratycznie brzmiącym nazwisku, nie pamiętam, jakiś „von”.

– Niemiec?

– Austriak, ale dobrze mówił po polsku.

– Zaczyna się pierwszy turnus. – Łucja zmarszczyła czoło. – Jutro przyjeżdża też niemieckie małżeństwo, o którym ci wspominałam, i dwaj mężczyźni, chyba wędkarze, bo rozpytywali o okoliczne łowiska. Zrobiłam zakupy, Kazia już obmyśla menu. Trzeba tylko jeszcze przygotować pościel i przewietrzyć pokoje.

– Ja to zrobię! – Klara poderwała się z miejsca.

– Zostaw. – Przytrzymała ją gestem. – Dopij herbatę i zjedz coś, a potem się połóż, bo wyglądasz jak śmierć na chorągwi. Kuba się tym zajmie. – Mrugnęła szelmowsko. – Obiecał.

– Niebywałe! – Klara uniosła w zdumieniu brwi. – Przecież rzadko ściele nawet własne łóżko! Chyba naprawdę zamierzał powiedzieć mi o psie. Obawiam się jednak, że to mimo wszystko jednorazowy akt dobrej woli. O ile nie chowa w zanadrzu kolejnych niespodzianek. – Zrobiła palcami cudzysłów w powietrzu.

– Tak czy owak, musimy zatrudnić jakąś pomoc.

– Kazia też naciska. – Przypomniała sobie Klara. – Domaga się również osoby do wydawania posiłków.

– Właśnie. I wspominała o jakiejś znajomej studentce, która chciałaby sobie dorobić w sezonie.

– Jutro się tym zajmę. Dziś muszę jeszcze trochę popracować.

– Miałaś odpoczywać!

Łucja spojrzała na nią z przyganą. Klara westchnęła ciężko i machnęła ręką.

– Dostałam nowy temat. Podobno idealny dla mnie.

Łucja milczała w oczekiwaniu na ciąg dalszy, ale Klara uciekła wzrokiem. Widać było, że coś ją gryzie.

– Mam napisać o happeningu ulicznym – wyjaśniła wreszcie. – Ktoś przykleja na budynkach w różnych częściach miasta ceramiczne płaskorzeźby.

– A ty musisz go odnaleźć? I to cię martwi?

– Nawet nie... Chodzi o to, co przedstawiają te płaskorzeźby. Powód, dla którego to ja dostałam ten temat.

– Nie powiesz mi chyba, że... – Łucja była wyraźnie zaintrygowana.

– Tak. Znów róże – potwierdziła Klara zmęczonym głosem. – A ja, szczerze mówiąc, mam dość. Róż i wszystkiego, co z nimi związane!

– Ale sama nalegałaś, by uczynić je wizytówką pałacu, ze względu na jego historię...

– Wiem i to był chyba błąd. Za dużo ich wszędzie. Dlatego wolałabym nie badać zagadki ceramicznych róż. Intuicja mi mówi, że wręcz nie powinnam.

– Ejże! Chyba nie myślisz, że happening ma jakiś związek z Luizą i pałacem?

– Nic podobnego! – Klara zaśmiała się trochę sztucznie, tuszując zakłopotanie równie udawanym ziewnięciem. – Jestem tym po prostu zmęczona. A jeszcze podobno ktoś ostatnio widział gdzieś ceramicznego kota, a ten raczej tutaj nie pasuje.

– Więc czego się obawiasz?

– Niczego. Przecież mówię, po prostu mam przesyt. Nie chcę więcej róż. Zaczyna mnie od nich mdlić. Wystarczy to, co jest. Tapety, poduszki, filiżanki i cała reszta.

– Bo to jest przecież Pałac Stu Róż! – Łucja zachichotała. – I o ile pamiętam, to był twój pomysł.

– Nie przypominaj mi. – Klara się skrzywiła. – Ani o tych stu odmianach przebrzydłego kwiecia, które chcecie posadzić w ogrodzie.

– Myślę, że to nastąpi niebawem. Kuba mówił... – Urwała i obie spojrzały na siebie.

– Pójdę do niego i spytam, czy napije się herbaty. – Łucja taktownie nie skomentowała tego, że pochłonięte rozmową zapomniały i o nim, i o psie. – A ty sobie odpocznij. I nie myśl o niczym, a już na pewno nie o różach.

II

Usilnie próbowała nie myśleć o kwiatach. Starała się skupić na bezpańskim psie i poszukiwaniach osoby, która mogłaby go przygarnąć, róże jednak uparcie do niej wracały – w postaci dziesiątek żywych posadzonych w pałacowym ogrodzie, kilku martwych, wypalonych przez kogoś w glinie, oraz tych, od których wszystko się zaczęło. Siedmiu srebrnych róż w wianku hrabianki, której grób odnaleziono pod brukiem staromiejskiego rynku w Wartemborku.

Od tamtych wydarzeń minęło siedem lat, ale wciąż miała wrażenie, że zaledwie wczoraj pojechała do Szwajcarii, by z Alexem odkryć tajemnice Luizy Bein. Wtedy wierzyła, że udało im się tego dokonać, dziś już nie była pewna. Wszystko przez odkopaną w ogrodzie fontannę i zagadkowy napis V.I.T.R.I.O.L. na ocalałym fragmencie. Anna wyjawiła wówczas zaskakujące fakty ze swojej przeszłości, o których do dziś nie chciała bądź nie potrafiła mówić.

Visita Interiora Terrae Rectificando Invenies Occultum Lapide. Odwiedź wnętrze ziemi, przez oczyszczenie odnajdziesz kamień tajemny[1]. Te słowa zabrzmiały jak zrządzenie losu. Prastara dewiza tajemniczego Bractwa Różokrzyżowców ponownie wprowadziła w ich głowach zamęt. Inskrypcja na fontannie mogła oznaczać, że z bractwem miały coś wspólnego Luiza Bein i hrabina Annette von Viereck, dawne właścicielki pałacu.

Klara, zafascynowana odkryciem, początkowo z zapałem wertowała książki o różokrzyżowcach. Również te, które Kuba znalazł na strychu. Poznała biografię Christiana Rosenkreutza – legendarnego założyciela bractwa. Spodobały jej się idee, jakie głosili jego członkowie. Mówiły o zjednoczeniu człowieka z przyrodą, tolerancji oraz dążeniu do duchowej wolności. Różokrzyżowcy angażowali się w pomoc chorym i potrzebującym. Tak jak Luiza, która przecież poświęciła temu życie. Wspierali również rozwój nauki i sztuki. Z nich mogła brać przykład Annette, mecenaska wielu początkujących artystów. To ona zmotywowała Albrechta Beina do doskonalenia rzeźbiarskich umiejętności w najlepszych szwajcarskich szkołach.

Klara z pobłażliwym uśmiechem kartkowała opisy alchemicznych prób zamiany ołowiu w złoto oraz opowieści o poszukiwaniach słynnego kamienia filozoficznego, mającego zapewnić nieśmiertelność. W miejsce uśmiechu pojawił się niepokój, gdy dotarła do fragmentu o okultyzmie, tajemnych rytuałach, gnozie, kabale i czarnej magii, rzekomo uprawianej przez różokrzyżowców. Jej uwagę przykuło przewijające się podczas lektury znajome pojęcie. Misterium. Mistyczne wizje, rytuały i symbole. Magiczne przedmioty manipulujące przeznaczeniem, zmieniające losy ludzi, wpływające na ich życie, czy wręcz prowadzące do śmierci. Czasem nawet wielokrotnej, z wiarą w oczywistą reinkarnację. Odrodzenie w nowym, lepszym ciele.

To ją przerosło. Oszołomiona mimowolnie pomyślała o Luizie. Czy naprawdę udało im się poznać wszystkie tajemnice praprababki Alexa? A może prócz sekretu pozbawionego miłości rodzicielskiej dziecka zabrała do grobu prawdę o wiele bardziej mroczną niż ta, którą odkryli? Józefina często powtarzała, że czasem lepiej zostawić przeszłość w spokoju. By nie obudzić złego. Klara była realistką i nie wierzyła w przesądy, a tym bardziej w magiczną moc tajemnych rytuałów, ale wolała omijać te sprawy z daleka. Na wszelki wypadek. Tak jak na wszelki wypadek nie przechodzi się pod drabiną i nie tłucze luster, by uniknąć pecha, łapie się za guzik na widok kominiarza albo po prostu trzyma kciuki, by zatrzymać szczęście.

Dlatego zrezygnowała z badania tajemnic Bractwa Różokrzyżowców. Zignorowała zdziwienie Jakuba, gdy wynosiła na strych wszystkie książki, które wcześniej tak ją zajmowały. Postanowiła zapomnieć, co w nich wyczytała, niestety, nie było to łatwe. Ciągle coś jej o tym przypominało. Właśnie dlatego róże, początkowo fascynujące, z czasem zaczęły coraz bardziej denerwować. W każdej postaci. Nawet niewinnej rozety odkrytej w pałacu podczas remontu.

Kiedy okazało się, że pod paskudną terakotą, którą ktoś dawno temu przykrył podłogę najatrakcyjniejszego pałacowego pomieszczenia, znajduje się piękny drewniany parkiet, Klara nie kryła zachwytu. Podobnie jak wtedy, gdy odkryli, że kominek pomalowany farbą olejną w kolorze zielonego groszku jest w całości wykonany z cennego marmuru. Początkowa wściekłość na bezmyślność „wandala” szybko zmieniła się we wdzięczność, ponieważ jego działania ocaliły przed szabrownikami zarówno marmur, jak i drewniane deski. Teraz wystarczyło jedynie usunąć farbę z kominka i płytki z podłogi, by główny salon, pełniący niegdyś funkcję bawialni, odzyskał dawną świetność. Stał się nie tylko miejscem wypoczynku dla gości, ale także – jak sobie wymarzyła Klara – elegancką biblioteczką.

Jednak gdy drewniana podłoga została wreszcie odsłonięta, entuzjazm osłabł. Nie pomogły tłumaczenia Jakuba, że rozeta, czyli element dekoracyjny w kształcie rozwiniętej róży, bywa powszechnym motywem w podobnych wnętrzach. Ona czuła, że ta ułożona z klepek parkietu jest czymś więcej. Znalazła się przecież w miejscu, gdzie na każdym kroku królowały róże. Rozeta stanowiła symbol tajemnicy powstałej z krzyża obracającego się wokół własnej osi. Róża i krzyż. Różokrzyż. Przypominała sobie o tym za każdym razem, gdy jakaś siła kazała jej znów zajrzeć do bawialni, która mimo ukończonego remontu wciąż nie była gotowa na przyjęcie gości.

Co prawda stały tam sprzęty z domu Anny i mieszkania Józefiny. W serwantce Łucja ustawiła filiżanki w kremowe różyczki. Brakowało nadal stolików kawowych, sof, półek na książki, lamp i zasłon. Klara, choć zamierzała sama wyszukać coś odpowiedniego, nieustannie odkładała zadanie na później. Powinna dawno wyłożyć na półki książki zalegające od paru lat w pudłach na strychu, zarzucić sofy, fotele i fantazyjne siedziska miękkimi poduchami, by przygotować wygodne miejsce do czytania i wypoczynku, tak jak to obmyśliły z Łucją i Anną, ale nie potrafiła się zebrać w sobie. Coś ją powstrzymywało przed realizacją tego planu.

Czasem nachodziły ją obawy, że przytulnie urządzone pokoje, pyszne, domowe posiłki przyrządzone przez panią Kazię i piękna, sprzyjająca spacerom okolica nie wystarczą, by zaspokoić wymagania gości. Nie przewidzieli innych atrakcji, co mogło się okazać błędem. W dodatku lada dzień przyjeżdżali Beinowie z dziećmi. Gdy o nich pomyślała, uświadomiła sobie, że zagospodarowując posiadłość, zapomnieli o najmłodszych. Nie tylko o Rosalie i Albercie, lecz także o dzieciach pałacowych gości.

Nieoczekiwanie poczuła jeszcze większy niepokój. Zdała sobie sprawę, że ich nieprzygotowanie jest być może znakiem, iż powinni przynajmniej na jakiś czas odłożyć marzenia o własnym dziecku. Sądzili, że są gotowi, by zostać rodzicami, a tymczasem mogło to być jedynie złudzenie. Możliwe, że dziecko było tylko pretekstem do zmian, by zapobiec panoszącej się w ich związku rutynie. Bo skoro żadne z nich nie pomyślało, żeby zaplanować w pałacu przestrzeń dla innych dzieci...

Usłyszała ciche pukanie. Zza drzwi wychyliła głowę Łucja.

– Jednak nie śpisz. Pomyślałam, że zajrzę i zapytam, jak się czujesz.

– Nie jesteśmy przygotowani na pojawienie się dzieci – wypaliła Klara, siadając gwałtownie na łóżku.

Łucja zamarła wyraźnie skonsternowana.

– Dzieci? – wyjąkała niepewnie.

– No tak, dzieci – podchwyciła Klara. – Urządziliśmy tylko prowizoryczny plac zabaw dla Rosalie i Alberta. A jeśli inni goście przyjadą z dziećmi?

Poczerwieniała, gdy się zorientowała, jak dwuznacznie zabrzmiały jej wcześniejsze słowa. Nie zamierzała z nikim rozmawiać o tak intymnych planach.

– Wątpię. – Łucja tymczasem otrząsnęła się z zaskoczenia i popatrzyła na Klarę sceptycznie. – Ludzie, którzy planują urlopy z dziećmi, raczej nie wybierają takich miejsc. Wolą wakacje w pobliżu kąpielisk albo gospodarstwa agroturystyczne z gromadą zwierząt, na przykład takie jak u Lucjana. – Wspomniała ich najbliższego sąsiada, który rzeczywiście miał prawdziwe wiejskie gospodarstwo i wszystko, co potrzeba, by spełnić oczekiwania gości spragnionych sielskich klimatów. – Poza tym, o ile dobrze pamiętam, pokoje zarezerwowały tylko dwa małżeństwa, ale nie prosiły o dostawki dla dzieci. Prócz nich przyjeżdża jakiś mężczyzna, który wielokrotnie podkreślał, że potrzebuje ciszy i spokoju, więc jeśli nawet ma dzieci, to chce pewnie od nich odpocząć – wyliczała, zginając kolejne palce. – Potem ta dziwna roztrzepana kobieta. – Łucja uśmiechnęła się pobłażliwie. – Ta, która nie podała nam daty przyjazdu. Poza nimi wędkarze i jeszcze ten Austriak von coś tam. Sama widzisz, żadnych dzieci – dodała triumfalnie.

– Nie licząc Alberta i Rosalie.

– Moim wnukom pałac bardzo się podoba, a urządzanie specjalnych kącików zabaw jest zbędne – skonstatowała Łucja, a Klara pomyślała, że choć ma rację co do wnuków, to w drugiej kwestii już nie.

Powinni mimo wszystko pomyśleć o tym wcześniej. I pałac, i oni sami muszą być lepiej przygotowani na przyjęcie dzieci.

[1] Tadeusz Cegielski, Sekrety masonów. Pierwszy stopień wtajemniczenia, wyd. Agencja Omnipress, 1992.

III

Odnalazła i sfotografowała prawdopodobnie wszystkie ceramiczne róże porozrzucane w różnych częściach miasta. Nie zdołała zlokalizować jedynie czarnego kota, o którym doniósł redakcji czytelnik „Tygodnika Olsztyńskiego”, niestety, zapomniał o dokładnym podaniu miejsca, gdzie go widział. Nikt inny też nie potwierdził istnienia takiej płaskorzeźby, więc ceramiczny kocur mógł być tylko wymysłem jakiegoś dowcipnisia. Tymczasem ona wolała, żeby istniał. To by ją uspokoiło. Uwolniło od podejrzeń, że ceramiczne róże mogą być czymś więcej niż tylko ulicznym happeningiem.

Tymczasem jedynym efektem poszukiwań okazał się koszmarny ból stóp opuchniętych ze zmęczenia i upału. Kota nie było, ponieważ nie pasował do intencji autora projektu, a to mogło oznaczać, że przesłanie miało dotyczyć tylko róż i ich symboliki. Powoli, choć niechętnie, zaczynała akceptować taką wersję.

Wyjęła z torebki tablet, by jeszcze raz przejrzeć dokumentację. Wszystkie kwiaty wyglądały na odlane z tej samej formy, różniły się jedynie kolorami. W rogu każdej tabliczki umieszczono dziwny znak. Niestety, ku jej rozczarowaniu ekspertyza specjalisty od symboli niczego nie wyjaśniła, wydawało się, że oznaczenia nie mają żadnego sensu.

Róże umieszczono w okolicach najstarszych zabudowań Olsztyna, raczej przypadkowych i niezwiązanych ze sobą. Nie uspokoiło jej to jednak. Szukała dalej, aż odkryła, że w miejscu obecnego ratusza niegdyś stał kościół św. Krzyża, zburzony na początku XIX wieku, ponieważ groził zawaleniem, a na parceli zaczęto chować zmarłych. Ponad sto lat później cmentarzysko zostało zlikwidowane, a ziemia odsprzedana magistratowi. Początkowo Klarę zelektryzowała informacja, że grunty wcześniej należały do parafii św. Jakuba, którego postać pojawiła się przecież na rycinach w Biblii Alexa. Zamierzała nawet przyjrzeć się ołtarzowi przeniesionemu do współkatedry św. Jakuba, jednak szybko porzuciła tę myśl. To raczej nie mogło mieć związku ze starymi ilustracjami.

Zaniepokoił ją jednak cmentarz, bo nie odnalazła spisu pogrzebanych. Podobne wątpliwości wzbudziła lokalizacja kolejnych róż. Ulice Marii Skłodowskiej-Curie i Wyzwolenia znajdowały się na wzgórzu zwanym niegdyś Górą Szubieniczną ze względu na egzekucje wykonywane tam prawdopodobnie od czasów średniowiecza aż do połowy XVIII wieku. O straconych wiedziała jedynie, że nie grzebano ich na cmentarzu w parafii św. Jakuba, bo ten powstał niemal pół wieku później. Związek obu lokalizacji, do którego kluczem miałyby być róże, nadal pozostawał nieznany. O ile w ogóle istniał.

Nie potrafiła też wyjaśnić obecności róż w pobliżu staromiejskich arkad i na budynku dawnego gimnazjum męskiego przy ulicy Mickiewicza. Nadzieją był ostatni trop, który celowo zostawiła na koniec, ponieważ wydał jej się najmniej prawdopodobny. Teraz stał się ostatnią deską ratunku.

Tuż po odnalezieniu fontanny z tajemniczą inskrypcją, kiedy próbowała dowiedzieć się więcej o ideologii różokrzyżowców, natknęła się na informację o ich wpływach na doktrynę wolnomularską. Zrzeszeni w lożach masoni, tak jak różokrzyżowcy, pragnęli równości, braterstwa i wolności dla każdego człowieka. Sprawdziła nawet wówczas, czy Luiza lub jej matka mogły należeć do jednej z pruskich lóż, ale w tamtym czasie nie przyjmowano do polskiego ruchu wolnomularskiego kobiet, poza tym olsztyńska loża Kamień nad Łyną powstała dwadzieścia pięć lat po śmierci Luizy. Klara postanowiła jednak na wszelki wypadek obejrzeć dawną siedzibę masonów na ulicy Kajki 3.

Nie znalazła tam żadnej róży, podobnie jak w pobliżu willi Sperlów, członków olsztyńskiej loży w czasach jej świetności, czyli jeszcze za życia Albrechta i Friedricha, jak skonstatowała po chwili. Być może dlatego zatrzymała się na dłużej przy tym uroczym architektonicznie budynku, w którym obecnie mieścił się hotel. Dzięki temu wypatrzyła tuż pod zwieńczeniem dachu ceramiczną płaskorzeźbę przedstawiającą nie róże, ale gniazdo z białymi gołębiami. Noe wypuszcza gołębicę, wyszeptała bezwiednie. Poczuła znajome pieczenie w żołądku, choć rozum podpowiadał jej, że to tylko zbieg okoliczności. Ani gołębica, ani święty Jakub, ani tym bardziej ceramiczne tabliczki z różami raczej nie miały związku z przeszłością przodków Klary ani Alexa. Właśnie to „raczej” wciąż nie dawało jej spokoju. Obawy mógł rozwiać jedynie pomysłodawca dziwnego happeningu. Udowodnić, że jego róże nie dotyczą symboliki różokrzyża. Niestety, artysta skrzętnie ukrywał swoją tożsamość i dotąd się nie ujawnił, co budziło tylko kolejne wątpliwości i niepokój Klary.

Wróciła do pałacu. Nadal podenerwowana przysiadła w fotelu na werandzie, żeby w cieniu parasola spokojnie jeszcze raz wszystko przeanalizować. Odłożyła tablet na stolik i wytarła spocone dłonie w spodnie. Zawinięte za uszy włosy opadły jej na twarz, kiedy się schyliła, by poluzować paski sandałków, które boleśnie wrzynały się w opuchnięte, piekące stopy. Szamotała się z klamerką i usiłowała jednocześnie zdmuchnąć z nosa łaskoczący kosmyk, gdy niespodziewanie poczuła na odsłoniętym karku coś mokrego i lepkiego. Poderwała się z krzykiem, uderzając w to coś głową, aż pociemniało jej w oczach. Zdążyła jeszcze zobaczyć brązowe futro, nim zrozumiała, że podskakując, grzmotnęła w pysk psa tak mocno, że zadzwoniły mu wszystkie zęby. Nadal otumaniona wpatrywała się w oszołomione zwierzę, które przywarło całym ciałem do posadzki, tuż przy jej stopach, podkuliwszy ogon i uszy. Niewiele myśląc, przyklękła, przytuliła policzek do głowy psiska i objęła go za szyję.

– Przepraszam, strasznie cię przepraszam, naprawdę nie chciałam – wymamrotała przez zaciśnięte gardło, prosto w miękką sierść, walcząc z napływającymi do oczu łzami. – Jezu, jak mi głupio. Musiało cię bardzo zaboleć – chlipnęła, całkiem zapominając, że ją samą zabolało pewnie tak samo, w dodatku na głowie prawdopodobnie rósł spory guz.

Wzięła kilka głębokich oddechów, by się nie rozpłakać. Resztki zdrowego rozsądku podpowiadały jej, że to byłoby nieadekwatne do rangi wydarzenia. Pomogło, jednak dalej czuła się winna wobec zwierzaka, który wciąż tkwił rozpłaszczony na podłodze, łypiąc na nią raz jednym, raz drugim okiem. Czuła się podle. Przecież była główną sprawczynią niedoli bezpańskiego psa. Najpierw wyrzuciła go z domu, bo pobrudził kanapę, a teraz omal nie wybiła mu zębów tylko dlatego, że chciał po prostu się przywitać, liżąc ją po karku.

– Samolubna kretynka – powiedziała na głos. – Ja, nie ty – dodała, gładząc sukę po szyi. – Ty jesteś w porządku. I w dodatku czyściutka!

Naraz zdała sobie sprawę, że sierść przybłędy jest zaskakująco puszysta i miła w dotyku. Bez śladu błota i dawnego zapachu. Zmienił się też odcień czekoladowej barwy. Stał się mleczny, jedynie w okolicach pyska, łap i uszu – gorzki, ciemnobrązowy, niemal czarny. Oczy również w kolorze ciemnej czekolady wpatrywały się w nią nieruchomo, wręcz badawczo.

– Kuba cię wykąpał, prawda? – spytała jedynie po to, by coś powiedzieć, całkiem bez sensu, jakby usprawiedliwiała się przed psem. – Teraz, kiedy jesteś czysta, zapewne szybko znajdziemy pana dla ciebie – dodała jeszcze, zdając sobie sprawę, że zachowuje się irracjonalnie. Zresztą nie pierwszy raz.

Działo się z nią coś niedobrego. Zbyt często także myślała w sposób kompletnie niedorzeczny. Wręcz miała wrażenie, że popada w paranoję. Zamknęła się we własnym świecie i umykało jej to, co ważne, choć jednocześnie zwyczajne. Nie zauważyła, że Jakub wykąpał psa. Beztrosko zlekceważyła swoje obowiązki i nie sprawdziła, czy pokoje są należycie przygotowane i przewietrzone na przyjęcie pierwszych gości, a tych spodziewali się przecież już dziś. Wszystko zostawiła na głowie Łucji, która niebawem miała wyjechać, więc powinna się zająć własnymi sprawami. Poza tym wkrótce mieli zjawić się Alex i Sara z dziećmi. Widziała, jak bardzo jej przyjaciółka do nich tęskni i jak cenny jest czas, który z nimi spędza. Tymczasem Klara absorbowała ją swoimi wyimaginowanymi problemami.

– Widzisz? Pieprzona egoistka ze mnie – skwitowała głośno własne myśli. – Nie byłabym dobrą panią dla takiego fajnego psa jak ty. Dlatego dużo lepiej ci będzie u kogoś innego.

– Niech Klara tak nie siedzi tyłkiem na zimnej terakocie, bo jeszcze wilka dostanie. – Usłyszała nagle tuż za sobą głos pani Kazi. Poderwała się natychmiast, jednak nie ze strachu przed wilkiem, ale zażenowana tym, że kucharka pewnie słyszała, jak przemawia do psa. – I to nie jest pies, ale suka – kontynuowała kobieta niewzruszona, bezceremonialnie otrzepując połą fartucha spodnie Klary w miejscu, które zwykle się brudzi przy siadaniu na ziemi. – I już ona sama najlepiej wie, gdzie jej będzie dobrze, a gdzie nie.

Zanim postawiła na stole miseczkę z chłodnikiem ogórkowym, przesunęła ostrożnie tablet na bok.

– Dziękuję, pani Kaziu. – Klara uśmiechnęła się przepraszająco. – Ale nie jestem jakoś głodna.

– Głodna nie głodna, zjeść trzeba – mruknęła Kazia już na odchodnym, bardziej do siebie niż do niej. – A jak tak dalej nic nie będzie jadła, to ją w końcu nie wiatr, ale i czyjeś pierdnięcie przewróci, za przeproszeniem.

Zniknęła w drzwiach, zanim osłupiała Klara zdążyła wykrztusić słowo. Zawsze, kiedy już myślała, że zdołała się przyzwyczaić do bezpretensjonalności, bezceremonialności i dosadnego języka Kazi, kucharka zaskakiwała ją błyskotliwą, spontaniczną „złotą myślą”. Taką, która powodowała, że Klara zapominała języka w gębie.

Oszołomiona usiadła posłusznie przy stole, zamieszała łyżką chłodnik, po czym roześmiała się na całe gardło. Pies znów podniósł na nią zdziwiony wzrok.

– Jak to dobrze, że ją tu mamy – zwróciła się do suki na tyle donośnie, by doleciało do uszu pani Kazi, która z pewnością wciąż tkwiła za drzwiami i sprawdzała, czy Klara zjada zupę. – Naszą kochaną panią Kazię. Bez niej przepadlibyśmy z kretesem! Wszyscy! I ty też, mój drogi psie czy raczej suczko.

Kiedy z wylizaną do czysta miską (miała nadzieję, że pani Kazia się nie zorientuje, kto spałaszował chłodnik) wchodziła do pałacu, wpadła na Łucję.

– Och, dobrze, że jesteś! – wykrzyknęła kobieta uradowana. – Właśnie skończyłam szykować pokoje i chciałam ci powiedzieć...

– Wiem, wiem. – Klara przerwała jej w pół słowa i chwyciła za ramiona. – Dziś przyjeżdżają wędkarze i jeszcze ten von coś tam. Przepraszam. Powinnam była ci pomóc.

– Ale wędkarze już przecież są – zdziwiła się Łucja. – Nie wiedziałaś?

Klara pokręciła głową zdezorientowana. Znów coś przegapiła! Ucisk w żołądku zaczynał się nasilać. A już myślała, że wcześniejsze rozedrganie minęło. Nie zdążyła nawet się nacieszyć odzyskanym spokojem.

– No tak, pewnie jeszcze spałaś. – Łucja zdawała się nie zauważyć zmiany nastroju przyjaciółki. Sama za to wciąż wyglądała na niebywale zadowoloną.

– Jak to? Przecież wstałam przed siódmą! – Klara chciała, by to nie zabrzmiało jak usprawiedliwienie, choć czuła się winna, że nie pomogła Łucji zakwaterować gości.

– Przyjechali o szóstej z dwoma wiadrami pełnymi ryb. Pewnie łowili całą noc. Zostawili je Kazi do przyrządzenia i poszli spać.

– Jak oni sobie poradzą ze zjedzeniem dwóch wiader ryb? – zauważyła mimowolnie.

– Ale oni nie zamierzają ich jeść – roześmiała się Łucja. – Podobno nie przepadają za rybami i woleliby na obiad coś innego.

– Trochę to dziwne... – Klara zmarszczyła nos.

– Też tak myślę. Co jak co, ale żeby zapaleni wędkarze nie lubili ryb? Na szczęście Kazi to nie przeszkadza, wręcz jest zachwycona. Mimo że pół dnia spędziła na skrobaniu i patroszeniu, a potem kolejne dwie godziny przy patelni. Obiecała trochę zamarynować w occie.

– Mam nadzieję, że nie będą nam przynosić wszystkiego, co złowią.

– Część pewnie chętnie od nich kupi Lucjan, przecież on stale wędzi u siebie jakieś ryby. Muszę im o tym wspomnieć – uspokoiła ją Łucja. – Nam także przyda się trochę ryb. Niedługo przyjadą kolejni letnicy, na pewno chętnie spróbują dobrych, warmińskich, świeżo złowionych i uwędzonych na miejscu rybek. – Zamilkła nagle, jakby sobie coś przypomniała. – Miałam ci przecież powiedzieć...

Przerwał jej warkot samochodu wjeżdżającego na dziedziniec. Zamiast dokończyć zdanie, wykrzyknęła jedynie: „Ach!” i z radosnym błyskiem w oku wybiegła. Klara nieco zaskoczona przesadną reakcją przyjaciółki podreptała na powitanie, jak się domyślała, następnych turystów. Na widok gości prawie sfrunęła ze schodów, zapomniawszy o bolących i wciąż opuchniętych stopach.

– Dlaczego nikt mi nie powiedział?! – wykrzyknęła z daleka, siląc się nieudolnie na pełen pretensji ton, ponieważ w jej głosie brzmiała wyłącznie radość.

– Właśnie miałam zamiar, ale nie zdążyłam – oświadczyła Łucja, witając się już z Sarą, która wysiadła pierwsza. – Aluś dzwonił rano. Powiedział, że udało im się wyjechać wcześniej, tak powiedziałeś, prawda? – zwróciła się do syna i cmoknęła go w czoło.

– To dzięki Annie – odparł.

– Jest z wami? – zdziwiła się Klara. Puściła Sarę, którą pochwyciła w ramiona, gdy tylko nowo przybyła przywitała się z teściową. – Przecież miała przyjechać później.

– Jestem, jestem. – Usłyszeli z tylnego siedzenia samochodu.

Anna gramoliła się na zewnątrz, co nie było łatwe, ponieważ na rękach trzymała małego Alberta, a ten obejmował ją kurczowo za szyję. Na szczęście już po chwili ukochana die Tante Ann[2] została wyswobodzona.

– A kto się tak stęsknił do babci? – zaszczebiotała Łucja, tuląc niewidzianego od miesięcy wnuka.

– Buś! – wykrzyknął i wbił wzrok w jej twarz, wyraźnie oczekując aprobaty.

Łucja aż pokraśniała z zachwytu na dźwięk uroczego zdrobnienia, które sama wymyśliła. Tak brzmiało w ustach trzyletniego dziecka imię Bertuś, jakim się do niego zwracała podczas rzadkich spotkań i częstych rozmów internetowych. Była dumna i szczęśliwa, że je zapamiętał.

Anna przez dłuższą chwilę strzepywała z siebie resztki ciastek i chrupek. Gdy wyprostowała się wreszcie zadowolona i gotowa na powitalne uściski, Klara mimowolnie parsknęła śmiechem na widok jej wymiętej sukienki, rozwichrzonej fryzury i przede wszystkim przyklejonego do dekoltu zielonego żelka w kształcie dinozaura. Sara przechwyciła rozbawione spojrzenie Klary i pokręciła głową z zakłopotaniem.

– Nie chciała się zgodzić, żebym to ja usiadła z tyłu.

– To byłby fatalny pomysł ze względu na twój stan. Poza tym zupełnie nie wiem, o co wam chodzi – odparła Anna dumnie, jednak jej rozbawione spojrzenie zdradzało, że doskonale wie, jak urządził ją bratanek, i nie ma nic przeciwko temu.

– Jaki stan? – Klara z Łucją nie kryły ciekawości.

– Nie, nie! – Sara zamachała gwałtownie rękami. – Rety, to zabrzmiało zupełnie jak...

– Jakbyś była w ciąży – uzupełnił Alex, wychylając się zza klapy bagażnika.

– A nie jesteś? – Łucja zmarszczyła brwi.

– Nie, oczywiście, że nie. To znaczy chyba nie... – zawahała się zarumieniona.

Zerknęła figlarnie na męża, a gdy ten zrobił zdezorientowaną minę, wybuchnęła śmiechem.

– Nie sądzę, kochanie, żeby to był powód do żartów – odburknął, stawiając na ziemi kolejną walizkę. – Podobnie jak twój zabieg. Powinnaś na siebie uważać.

– Zabieg? – Klara i Łucja znów zapytały chórem.

– Sara miała niewielkie guzki w piersi – wyjaśnił, zanim żona zdążyła otworzyć usta. – Lekarz od początku uznał, że to raczej nic groźnego, jednak woleliśmy się upewnić, zanim wam powiemy.

– Ale już wszystko dobrze? – Łucja objęła z troską synową. – Usunęli ci te guzki, tak? I wyniki są w porządku?

– Tak, tak! – potwierdziła Sara. – Czuję się świetnie, tylko ranka jeszcze się nie zagoiła. Właśnie przez to planowaliśmy przyjazd dopiero za kilka dni, ale dzięki Annie jesteśmy wcześniej. Pomogła mi przy dzieciach. Chciała, żebyś dłużej mogła nacieszyć się wnukami, zanim wyjedziesz do Brienz. Tylko teraz mam wyrzuty sumienia, bo Berti ją wymęczył.

– Oj, nie przesadzaj – żachnęła się Anna. – Był bardzo grzeczny – oświadczyła stanowczo i posłała bratankowi czułe spojrzenie.

– A co z Rosalie? Czemu wciąż siedzi w samochodzie? – zaniepokoiła się Klara.

– Śpi jak suseł! – Łucja, która już wcześniej próbowała przywitać się z wnuczką, parsknęła śmiechem. – Nawet nie zauważyła, że dojechała na miejsce.

– Już nie śpię! – Rosalie wychyliła się z auta, przecierając zmrużone, zaspane wciąż oczy, by już po chwili trafić w objęcia Łucji i Klary.

Niedługo potem wszystkie usadowiły się przy stole na rozsłonecznionej werandzie. Alex i Jakub wnosili resztę bagaży, a Kazia nakrywała do obiadu. Buś, który chwilę wcześniej pracowicie wykładał kamyki z wielkich donic z agawami, teraz wszedł pod stół, skąd śledził niemal każdy jej ruch. Od czasu do czasu jakby na próbę pociągał za róg obrusa, jednak upominany przez siostrę niechętnie wypuszczał z piąstki tkaninę niezadowolony, że nie może zrobić psikusa i zrzucić wszystkiego na podłogę. Sara również nie odrywała wzroku od synka, gotowa w każdej chwili interweniować. Wreszcie zniecierpliwiona schyliła się po niego.

– Zostaw, kochana, bo znów narobisz sobie kłopotów. – Anna sama podniosła malucha. – Ostatnio, kiedy go dźwignęła, otworzyła jej się rana – dodała tonem wyjaśnienia. – Jeśli to się powtórzy, zostanie brzydka blizna.

– Przecież wiesz, jaki jest Berti i ile ma pomysłów – westchnęła Sara z czułością. – Czasem to tylko kwestia sekund, a Alex przecież nie zawsze jest obok.

– Wiem, dlatego ci pomogę i zajmę się małym, póki nie wydobrzejesz.

– Oczywiście – podchwyciła Łucja. – Buś swoje waży, a ty w żadnym wypadku nie powinnaś dźwigać. Anna dobrze mówi.

– Wiem, jesteście kochane, ale musimy sobie z Alexem sami jakoś radzić. Wy macie swoje obowiązki, a Łucja niedługo wyjeżdża.

– A jakby tak nająć opiekunkę od czasu do czasu? – odezwała się nieoczekiwanie pani Kazia, podejrzanie wolno ustawiając na stole dzbanek z kompotem i szklanki. – Nie to, żebym się wtrącała, ale gdyby tak zrobić, to i rodzice mogliby też od czasu do czasu złapać trochę oddechu od dzieciaczka.

– Opiekunkę? – Sara podniosła na nią zaskoczone spojrzenie. – Przecież nie sposób znaleźć nikogo zaufanego z dnia na dzień.

– Oj tam, może i by się dało – odparła enigmatycznie Kazia, a Klara dyskretnie posłała porozumiewawcze spojrzenie Łucji, która kiwnęła głową na znak, że również przejrzała zamiary kucharki.

Obie przeczuwały, że chętną do zaopiekowania się dzieckiem Kazia już ma. Dokładnie tak jak wtedy, gdy zdecydowały się na zatrudnienie pomocy, o którą od dawna wierciła im dziurę w brzuchu. Okazało się, że kucharka (całkiem przypadkowo) zna idealną kandydatkę, czyli córkę swojej znajomej, studentkę, która cudownym zbiegiem okoliczności właśnie szuka pracy na wakacje. Było zatem wielce prawdopodobne, że teraz inna znajoma poprosiła Kazię o protekcję z nadzieją, że w pałacu znajdzie się zajęcie i dla niej. Znały dobre serce kobiety i jej chęć niesienia pomocy każdemu, kto o to poprosi czy też nie, dlatego zwykle godziły się na jej manipulacje. Wiedziały, że pomaga bezinteresownie.

– Chyba nie mogłabym powierzyć dzieci obcej osobie... – Sara wciąż się wahała. – To musiałby być ktoś naprawdę zaufany.

– A może nasza pani Kazia mogłaby kogoś polecić? – Klara postanowiła wejść do gry i wspomóc kucharkę. – I poręczyć za tę osobę.

– Jakby to pani Sarze starczyło, czemu nie – odparła kobieta z udawanym ociąganiem. – Bo właściwie to może i bym kogoś takiego znała... – Przysiadła na jednym z krzeseł i zgniotła w rękach róg fartucha. Zerknęła po twarzach wpatrzonych w nią kobiet, a widząc przyzwolenie i zachętę, pociągnęła ochoczo: – Anielskiej dobroci kobieta! Jak myśmy się z mężem tutaj trzydzieści lat temu z Podlasia sprowadzili, to była nasza najbliższa sąsiadka. Wtenczas jeszcze mieszkała w tej starej chałupie, co to teraz do rozbiórki stoi. I ona, ta Liska, bo tak na nią wołają, moimi dzieciakami się zajmowała, kiedy jeszcze u Szulca w lodziarni pracowałam, tej, co to słynna na całe województwo była. Pani Klara za młoda, żeby pamiętać, ale starsi to...

– Pamiętam z opowiadań rodziców – wtrąciła szybko Klara, by w porę powstrzymać dygresję. – Pani pracowała, a ktoś zajmował się pani dziećmi, tak?

– Właśnie. Liska. Moje urwipołcie wprost za nią przepadały, a i do dziś ją lubią, dlatego pomyślałam, że się nada do pilnowania Bercika i Rozalki.

– Ale czy to nie będzie dla niej za duże obciążenie?

Klarę ogarnęły wątpliwości. Wiedziała, że dzieci pani Kazi od dawna są dorosłe, zatem Liska nie mogła być już pierwszej młodości, a nawet drugiej. Może sobie nie poradzić z ruchliwym, pomysłowym i absorbującym dzieckiem, jakim jest Buś.

– Pewnie, że sobie poradzi. Sama mówiła. – Pani Kazia bezwiednie zdradziła się, że sprawa opieki nad dziećmi została już omówiona z potencjalną nianią. – A poza tym kobiecinie przydałoby się parę groszy do emerytury. Ona sama jak palec jest. Ktoś tam jej podobno od czasu do czasu parę ojro przysyła, z Niemiec chyba, ale nie wiadomo kto to, czy rodzina jakaś, czy kto obcy, bo własnych dzieci to ona nigdy nie miała, a mąż od dawna nie żyje...

– Ile ona ma lat? – Do rozmowy włączyła się Łucja.

– Dokładnie to ja nie wiem. – Z pani Kazi odrobinę zeszło powietrze. Jakby nagle do niej dotarło, że zamiast pomóc, wyświadcza znajomej niedźwiedzią przysługę. – Bo jak ona moich dzieciaków pilnowała, to już wtedy nie była młoda – brnęła, ale wyraźnie zdała sobie sprawę, że coraz gorzej brzmi. – Ale nic od tamtej pory się nie zmieniła, naprawdę! Jakby czas o niej zapomniał. – Pani Kazia próbowała ratować sytuację: – To może by choć na próbę przyszła, wtedy pani Sara sama zobaczy i zdecyduje.

Wczepiła się spojrzeniem w pobladłą nagle matkę dzieci, która zaczęła nerwowo przełykać ślinę i zerkać raz na Klarę, raz na Łucję, najwyraźniej szukając wsparcia.

– Myślę, że Berti potrzebowałby kogoś bardziej energicznego – zaczęła niepewnie.

– Ale ja zaręczam, że Liska to bardziej żywotna i prędka jest niż my wszystkie razem wzięte! – zapewniła gorliwie pani Kazia. – I po niemiecku umie nawet lepiej jak ja, toby się z dzieciakiem ładnie dogadała.

Argument lingwistyczny okazał się koronny (Albert dopiero zaczynał poznawać język swoich przodków), ponieważ Sara z lekkim jeszcze wahaniem skinęła głową.

– Dobrze, porozmawiam z nią. Ale niczego nie obiecuję – dodała szybko, widząc pojaśniałą nagłym szczęściem twarz rozmówczyni.

– To ja zaraz do niej zadzwonię! – oznajmiła, po czym zaskakująco przytomnie chwyciła obiema rękami za krawędź stołu, który niebezpiecznie się zachybotał.

– Berti! – krzyknęła Sara z desperacją w głosie, po czym spojrzała zdezorientowana na syna, który siedział na kolanach Anny i upychał jej za dekolt wyjęte z kieszeni kamyki. Pochyliła się i zajrzała pod stół. – A cóż to takiego?! – zawołała zdumiona, odchyliwszy się na krześle.

Spod obrusa wynurzył się najpierw brązowy łeb, a po chwili cały psiak, bardzo uradowany, co demonstrował energicznym wymachiwaniem ogonem, którym rytmicznie uderzał w blat stołu i powodował pobrzękiwanie naczyń.

– Oj, czmychnął, podlec jeden, a przecież zamknęłam go, jak tylko przez okno zobaczyłam, że goście jadą – zafrasowała się pani Kazia, próbując bezskutecznie odciągnąć na bok opierającego się psiaka, zachwyconego wylewnością Rosalie. Zanim ktokolwiek jej przeszkodził, mała zeskoczyła ze swojego krzesła i z głośnym piskiem przylgnęła do kudłacza.

– Nie miałam pojęcia, że sprawiliście sobie psa! – Sara usiłowała przekrzyczeć córkę.

– Ani ja – zawtórowała jej Anna, równie zaskoczona.

Nie zdążyła powstrzymać bratanka, który zsunął się z jej kolan i pobiegł do zwierzaka. Objął go mocno za szyję.

– Buś kocha Fido!

Anna zamarła w pół kroku i spojrzała na Sarę. Berti, który nie lubił mówić po polsku, po raz pierwszy zrobił to bez zachęty. W dodatku wszyscy byli zaskoczeni, że mały wciąż pamięta starego, zniedołężniałego pupila swojej babci.

– Figa z makiem – odparła Rosalie znacznie lepiej radząca sobie z językiem. – To wcale nie Fido.

– Figa? – spytał malec niezrażony.

– Może być Figa – podchwyciła ze śmiechem pani Kazia, wciąż na wszelki wypadek przytrzymując psa uparcie garnącego się do zabawy z dziećmi. – A to ci wymyślili! Wreszcie ktoś dał tej biednej przybłędzie imię.

– Figa! – zawołał uszczęśliwiony Buś.

Widać świetnie zrozumiał słowa pani Kazi, podobnie jak zwierzak, który skorzystał z chwili nieuwagi i przejechał jęzorem po policzku chłopca. Sara poderwała się na równe nogi, choć powodem jej paniki nie było zachowanie psa. Patrzyła w stronę, gdzie chwilę wcześniej pojawił się Alex. Stał w drzwiach odwrócony tyłem i mówił coś do Jakuba.

– Nie widział – szepnęła Łucja przytomnie. – Psa też nie.

Sara opadła z powrotem na krzesło i spokojnie wysupłała z torebki paczkę nawilżanych chusteczek. Dopiero potem podeszła do malca, wytarła mu buzię i przy okazji lepiące się od żelków łapki, którymi właśnie zainteresował się pies. Odsunęła Figę delikatnie i spokojnie przystąpiła do wymiatania z zakamarków pulchnych rączek wszystkiego, co zdążyło się tam przykleić.

– No co? – burknęła, patrząc na zaśmiewające się kobiety. – Jak to się u was mówi: czego nie widzą oczy, tego się nie żałuje, tak?

– Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – sprostowała Kazia. – Święta prawda.

– Zgadza się, gdyby Alex zobaczył, jak pies liże po twarzy jego dziecko... – szepnęła Klara ze zgrozą, zerkając znów w stronę drzwi.

– Wiem, co by było – przerwała jej Sara. – Wiem też, co sobie o tym wszystkim myślicie. Przyznaję, te jego fobie i pedanteria bywają wnerwiające, ale... ja nie wyobrażam sobie, żeby Alex był inny. Nie byłby sobą – zająknęła się nagle zarumieniona. – A takiego właśnie go poznałam i takiego... – urwała, jeszcze bardziej czerwieniejąc. – Myślę, że danie mu... nam kolejnej szansy to najlepsza rzecz, jaka mi się w życiu przydarzyła.

Łucja przyłożyła rękę do ust, chcąc pewnie zakryć drżenie brody, a potem objęła synową i mocno przytuliła. Pani Kazia z kolei zdała sobie sprawę, że stała się mimowolnym świadkiem intymnej sceny rodzinnej, więc się odwróciła, chwyciła psa za kark i pociągnęła w kierunku schodów. Gdy znalazła się dokładnie na wprost drzwi, wyhamowała, słysząc pełen oburzenia głos Alexa.

– Skąd tu się wziął ten kundel?

– To znajda. Przybłąkał się do pana Jakuba, ale niedługo już pójdzie do nowego domu – odparła szybko, popatrując nerwowo w stronę pozostałych kobiet.

Panią Kazię niewiele potrafiło onieśmielić, ale w obecności syna Łucji traciła cały swój rezon. Zwykle gadatliwa, kiedy już musiała się przy nim odezwać, bardzo starannie dobierała słowa. Mimo że Alex nigdy nie powiedział wprost, że drażni go jej prostolinijność, Kazia dobrze wiedziała, jak sprawy wyglądają. Pewnie dlatego oboje na ogół się unikali, a kontakty ograniczali do niezbędnego minimum.

– Całe szczęście. – Alex prychnął lekceważąco, jakby celowo omijając wzrokiem zakłopotaną kucharkę. – Jeszcze tego by wam brakowało. Psa!

– A dlaczego nie? – odezwała się Klara zaczepnie.

– Macie tu wystarczająco dużo obowiązków. Pies to tylko niepotrzebny kłopot.

– A Fido? – podchwyciła Łucja. – Przecież mieszkał ze mną tyle lat i jakoś nikomu to nie przeszkadzało.

– Dobrze wiesz, że Fido był równie kłopotliwy jak wypchany miś – sarknął. – A po tym od razu widać, że sprawia kłopoty. W dodatku dzieci mogą się go bać albo czymś od niego zarazić. Oddajcie go jak najprędzej.

– Ale dzieci się nie boją – odezwała się Sara. – Nawet go polubiły. A pies wygląda na zdrowego.

– Tak! – poparła ją niespodziewanie Klara. – I jakim prawem decydujesz, czy mamy mieć psa, czy nie?

– Przecież same mówiłyście, że się przybłąkał.

– Jakie to ma znaczenie?

– Nie wiadomo, czego się po takim spodziewać. Może być agresywny albo chory. To wielka lekkomyślność przetrzymywać go tu nawet tymczasowo.

– On wcale nie jest tu tymczasowo! – wykrzyknęła Klara wzburzona. – Bo... bo zostaje u nas na stałe. Tak! – dodała już znacznie pewniej, przechwytując zdumione spojrzenie Łucji. – A tobie nic do tego!

Odwróciła się urażona. Udała, że nie widzi uradowanej twarzy Jakuba, który wychylił się ciekawie zza Alexa. Skonsternowana Kazia nadal stała na schodach, nie wiedząc, co począć – wyprowadzić psa czy też pozwolić mu zostać. Zapadła krępująca cisza. Pewnie trwałaby dłużej, gdyby nie została przerwana trzaśnięciem drzwi taksówki, której przez kłótnię Klary i Alexa nikt nie zauważył ani nie usłyszał, gdy wjeżdżała na dziedziniec. Z samochodu wysiadł siwowłosy i bardzo dystyngowany straszy pan. Skłonił się lekko, gdy tylko stanął u podnóża schodów. Kuba przytomnie pierwszy do niego podszedł i podał rękę na powitanie.

– Christian von Egloff – przedstawił się mężczyzna. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? – spytał z twardym, obcym akcentem. – Usiłowałem telefonować jeszcze z dworca, ale numer stacjonarny nie odpowiadał.

Kazia poderwała się spłoszona.

– To ja podam jeszcze jedno nakrycie – oświadczyła.

– Nie, nie! Nie trzeba nakrycia, dziękuję. – Gość zamachał energicznie ręką. – Już jadłem. Jeśli można, chętnie udałbym się na spoczynek.

– Ależ oczywiście. – Łucja również poderwała się z miejsca. – Jakub pokaże panu pokój i pomoże z bagażami.

– Będę wdzięczny – powtórzył z czarującym uśmiechem. – A z bagażem dam sobie radę. Mam tylko to. – Wskazał niewielką walizkę.

Gdy zniknął w środku, Klara zerknęła na Łucję najwyraźniej speszona.

– Przepraszam. Kompletnie wyleciało mi z głowy, że on dziś przyjeżdża. Dobrze, że przygotowałaś dla niego pokój.

– A widzisz? – podchwycił Alex z satysfakcją w głosie. – Mówiłem. Nie wyrabiacie się ze wszystkim.

– Wyrabiamy się doskonale. – Łucja spojrzała z przyganą na syna, czym sprawiła, że drwiący uśmiech na jego twarzy przygasł. – A poza tym od jutra przychodzi Marta. Pokojówka.

Odwróciła się do Kazi i zobaczyła, że kucharka stoi z dziwnym wyrazem twarzy i wzrokiem wbitym w drzwi, za którymi zniknął nowy gość.

– Całkiem jakbym go już gdzieś widziała... – powiedziała w zadumie. – Ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie.

– Może już kiedyś był w Wartemborku?

– Może i tak. – Kazia machnęła ręką. – Albo mi się coś przywidziało. Wiadomo, człowiek stary, pamięć już nie ta, a te niemieckie turysty prawie jednakowe... To znaczy, chciałam powiedzieć... – Urwała zawstydzona, zerkając niepewnie na Sarę. – Że noszą się tak podobnie, choć całkiem inaczej niż Szwajcarzy. – Próbowała jeszcze desperacko zatuszować nietakt, po czym znów machnęła z rezygnacją ręką. – To ja może lepiej podam wreszcie ten obiad.

[2] (niem.) ciocia Ania

IV

Liska przyszła tuż po śniadaniu. Okazała się malutką i drobną kobietą. Przy dość korpulentnej Kazi wyglądała jak mała dziewczynka. W letniej sukience w kwiatki z niepasującą do reszty, oplecioną zmarszczkami twarzą, którą okalała puszysta aureola jasnosrebrnych kosmyków. Pewnie nie dały się ujarzmić szpilkami i wpiąć do okrągłego koczka, dlatego teraz falowały swobodnie z każdym jej krokiem i gestem – czyli przez niebywałą ruchliwość właścicielki – właściwie bez przerwy.

– Jestem Liska – powiedziała i wyciągnęła rękę na powitanie. – Proszę się mną nie kłopotać. Kazia mówiła, że mama dzieciaczków jeszcze śpi, to ja tu sobie poczekam. Mam dużo czasu.

Klara oddała uścisk, przytrzymując dłoń kobiety nieco dłużej, niż należało. Z jakiegoś dziwnego powodu nie mogła też oderwać od niej wzroku. Liska wydawała się znajoma, choć raczej nie spotkały się wcześniej. Z pewnością zapamiętałaby równie charakterystyczną postać. Kogoś jej przypominała, jednak nie była to kwestia podobieństwa rysów, ale czegoś innego, mniej uchwytnego, trudnego do określenia.

– Tak – odparła wreszcie trochę mechanicznie. Usiłowała otrząsnąć się z wrażenia, jakiego doznała na widok Liski. – Sarę bardzo zmęczyła podróż i w dodatku wczoraj nie najlepiej się czuła.

– Sen jest dobry na wszystko. – Liska dotknęła lekko jej ramienia.

Klara skinęła głową. Ujęła ją łagodność głosu kobiety. Wciąż nie mogła oderwać wzroku od życzliwego uśmiechu i ciepła bijącego z jej jasnoniebieskich oczu. Poczuła, jak popada w jakiś dziwaczny stan. Jakby ktoś otulił ją troskliwie puszystym kocykiem i wręczył kubek z aromatyczną, malinową herbatą.

– Ale dzieci już wstały, są ze swoją babcią w ogrodzie. – Niechętnie porzuciła wyimaginowany kocyk i odstawiła na bok nieistniejącą herbatę. – Mogłybyśmy do nich pójść...

– Widziałam je z daleka, ale powinnam najpierw porozmawiać z ich mamą. Tak będzie lepiej.

– No tak, oczywiście – wybąkała. Przeczuwała, że ta rozmowa będzie tylko formalnością. Liska wydawała się wręcz stworzona do opieki nad dziećmi lub kimkolwiek. Jej wiek był rzeczywiście trudny do określenia. Mogła mieć sześćdziesiąt lat, ale równie dobrze mniej lub więcej. Z logicznych obliczeń i otrzymanych wcześniej informacji wynikało, że na pewno kilkanaście więcej. W końcu dzieci pani Kazi dobijały czterdziestki. – Ma pani rację – dodała z przepraszającym uśmiechem. – To bardzo rozsądne.

– Jestem Liska – powtórzyła kobieta, znów muskając jej ramię. – Żadna pani. Liska.

Kazia spojrzała na Klarę znad stolnicy, na której zagniatała ciasto na pierogi. Mrugnęła i uśmiechnęła się porozumiewawczo. Całkiem nietypowo jak na nią nie odezwała się ani słowem. Klara postanowiła udawać, że nie rozumie niewerbalnego przekazu. Z pozorną obojętnością wzruszyła tylko ramionami. W rzeczywistości doskonale wiedziała, o co chodziło kucharce. Liska naprawdę była wyjątkowa.

– Ale to chyba nie jest prawdziwe imię, prawda? – zauważyła.