Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 45 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 45 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Kołysanka dla mordercy - Mariusz Czubaj

Jesień 2008 roku. W kanałach ciepłowniczych w Warszawie znaleziono kolejną ofiarę seryjnego zabójcy. Sprawca - nazwany przez policję Doktorem Śmierć - zabija bezdomnych zastrzykiem w serce, a następnie odcina denatom dłonie. Profiler Rudolf Heinz zostaje wysłany do stolicy, by pomóc w śledztwie. Okazuje się, że sprawa, nad którą przyjdzie mu pracować, łączy się także z tajemniczym zgonem znanego przedsiębiorcy. Wszystko wskazuje na to, że ta śmierć ma związek z wydarzeniami sprzed wielu lat, gdy biznesmen prowadził fabrykę zatrudniającą nielegalne imigrantki ze Wschodu. Profiler krąży w labiryncie podziemnego miasta, opanowanego przez kloszardów, i w plątaninie dyskretnych powiązań łączących ludzi interesu. W tle wydarzeń jak zły cień pojawi się pacjent szpitala psychiatrycznego na Śląsku, zwany Inkwizytorem, czyli morderca, który wiele lat temu omal nie pozbawił życia Rudolfa Heinza. Obaj mają ze sobą niewyrównane rachunki...

Opinie o ebooku Kołysanka dla mordercy - Mariusz Czubaj

Cytaty z ebooka Kołysanka dla mordercy - Mariusz Czubaj

Właśnie na tym polega błędne autodefiniowanie problemu – powiedziała Iza. – Pan chce. Wydaje się panu, że pańska wola wystarczy. Chwila odpoczynku i znów da pan sobie radę ze wszystkim. Pan chce – powtórzyła. – Ale czy pan jeszcze może?
Bo może jednak uda się, proszę pani, wywalczyć odszkodowanie. Chcemy – przekonywał Kolba – powrócić do tej sprawy, ktoś powinien naprawić krzywdy, należy się pani zadośćuczynienie. To jeszcze jeden przykład, jak państwo traktuje swoich najlepszych funkcjonariuszy.
Nie powinien się oszukiwać. To nie jesienna pogoda sprawiła. Znów się bał. Nienawidził takiego stanu. I nienawidził siebie. Drżenie ciała przywodziło wspomnienia o wilgotnej, zatęchłej piwnicy, czekaniu na ból i panicznym strachu.
Spear of Destiny. Włócznia przeznaczenia. Wybrałaś to celowo, czy przypadkiem? Heinz nie wierzył w los, jego złośliwe lub dobre siły. Poza nami, nic na tym świecie nie ma. Sami jesteśmy odpowiedzialni za wszelkie decyzje. Nie ma co zwalać win na przeznaczenie. A jeśli, spojrzał na Jolkę, nas samych już prawie nie ma?
Zaczął trenować pod koniec liceum. Wtedy jeszcze nie palił. Stopniowo zwiększał obciążenia, dodając kilometr po kilometrze. Bieganie uspokajało go, wyciszało, oddalało od problemów. Wysiłek sprawiał, że codzienność rozpływała się w jego głowie.
Chodził pan po domu i czuł, że wszystko jest inaczej… Ogarnął pana niepokój, prawda? – Dokładnie tak było. – To właśnie jest efekt muszli. Gdy był pan dzieckiem, wmawiano panu, że to szumi morze. A to szumi pańska krew. Pańskie ciśnienie. Słyszy pan samego siebie. Dlatego to tak działa.
Nie wiedział, jak zachowa się ten człowiek. Ruszy na niego czy zrezygnuje? Zaatakuje czy uzna się za pokonanego? Heinz mógł liczyć tylko na siebie. Maciejewski i Prałat mu nie pomogą. Teraz on kątem oka spojrzał na sekator.
posłuchaj uważnie. Śmierć nie ma żadnego sensu, cierpienie i ból też nie. Cierpienie nie uszlachetnia, strach i ból także nie, rozumiesz? Nie opowiadaj mi tych głodnych kawałków – uniósł głos – że człowiek cierpiący jest lepszy, głębszy, bardziej myślący. Taki człowiek jest kaleką! – krzyknął. – Z bólu rodzi się tylko inny ból! Nic więcej!

Fragment ebooka Kołysanka dla mordercy - Mariusz Czubaj

MARIUSZ

CZUBAJ

KOŁYSANKA DLA MORDERCY

Copyright © Grupa Wydawnicza Foksal, MMXI

Wydanie II

Warszawa MMXV

And I know that in the morning

I will wake up in the shivering cold

And the spiderman is always hungry

The Cure, Lullaby

Because something is happening here

But you don’t know what it is

Do you, Mister Jones?

Bob Dylan, Ballad of a Thin Man

Prolog

Był pewien, że tej rozmowy nie zapomni do końca życia. Albo zrobi coś szalonego, by o niej zapomnieć.

Siedzieli przy barze i popijali whisky. Dwaj starzejący się biznesmeni w Starym Młynie Spa. Przed chwilą doświadczył na własnej skórze, że czas nie zatrzymał się w miejscu. Podszedł do atrakcyjnych dziewczyn i zaproponował im drinka. Brunetka wyjęła słuchawkę z ucha, druga wciąż łączyła telefon komórkowy z jej koleżanką. Przypatrywała się mężczyźnie uważnie, jakby próbowała oszacować, ile wydał na swoje ubranie. Albo jakby patrzyła na rzadki okaz zoologiczny. Ta druga, ruda, o ognistych włosach, utkwiła wzrok w rozłożonym na stoliku folderze. Fototerapia, aromaterapia, łaźnia parowa czy jacuzzi w ogrodzie pośród zieleni? Ciekawe, co sobie zaplanowała w rajskim spa na Mazurach? Stopą uderzała rytmicznie w nóżkę stolika, jakby ten ruch miał jej pomóc w podjęciu decyzji.

Brunetka pociągnęła drinka przez słomkę. W szklance zabulgotało.

– Mamy sobie wybrać, tak pan powiedział? Wie pan co, bardzo chętnie. Poproszę jeszcze drinka LP.

– Chyba nie podają tu nic takiego… – powiedział niepewnie.

– Ależ podają! – Zielone oczy spojrzały na niego. – Lady Pank. Mniej niż zero. Pan właśnie ma takie IQ, przepraszam, LP. Mniej niż zero.

Usłyszał śmiech i odwrócił się. Wieloletni wspólnik groził mu palcem. Kitka szpakowatych włosów podskakiwała mu na karku.

– Powinien pan znać ten stary przebój. To coś z czasów młodości pańskiego syna. Albo córki – prychnęła i z powrotem włożyła słuchawkę do ucha.

Rozmowa była zakończona. Zaproszenie nie zostało przyjęte.

Szyja i klatka piersiowa zaczęły go gwałtownie piec. I nie był to efekt sierpniowego słońca, grzejącego nadzwyczaj mocno w ostatni weekend wakacji. Poczuł ucisk na pęcherz. Musi pójść do toalety.

Stanął przy pisuarze. Przymknął oczy. Nikt i nic nie zepsuje mu dobrego humoru. Zwłaszcza te dwie dziewczyny. Nie żałował, że zdecydował się na weekendowy wyjazd. Podciągnął opadające spodnie. Podszedł do umywalki i ochlapał twarz zimną wodą. Poczuł ulgę. Szyja przestała piec. Wszystko wróciło do normy. Delektował się tym stanem przez krótką chwilę. Zbyt krótką chwilę.

– Współczuję panu. – Usłyszał głos za plecami.

Drgnął gwałtownie. Wydawało mu się, że w toalecie oprócz niego nie ma nikogo. Nerwowo wytarł twarz papierowym ręcznikiem.

– Pan Mateusz Dudziński, prawda? Z Warszawy.

To było raczej stwierdzenie niż pytanie.

– My się chyba nie znamy… – powiedział.

Nieznajomy przewyższał go o głowę. Był młodszy, miał najwyżej pięćdziesiąt lat. Krzaczaste brwi i śniada cera mężczyzny rzucały się w oczy. Trudno było nie dostrzec czegoś jeszcze: muskularnych bicepsów częściowo skrytych pod koszulą z krótkim rękawem oraz blizny ciągnącej się niemal przez całe lewe przedramię.

Chciał wyjść, ale tamten przewidział jego ruch i stanął w drzwiach. Poruszał się miękko, jak kot. Chyba właśnie ten ruch, zdecydowany, a zarazem wykonany od niechcenia, sprawił, że zaczął się bać. Poczuł ukłucie pod łopatką. Z trudem przełknął ślinę.

– Współczuję panu, bo pan się niczego nie nauczy. – Mężczyzna mówił poprawnie po polsku, ale z wyraźnym obcym akcentem. – Wtedy też kończyło się lato… – powiedział cicho. – Ile to już czasu minęło? Trzynaście… nie – poprawił się. – Będzie czternaście lat.

Dudziński cofnął się. Chciał krzyknąć, ale coś sprawiało, że nie mógł wydobyć głosu.

– Przypomniał już pan sobie tę dziewczynę?

– Nie wiem, o czym pan mówi – szepnął. – Zostaw mnie w spokoju, przyjacielu.

Skłamał. Nie musiał sobie niczego przypominać. Pamiętał ją doskonale. A mężczyzna, który stał naprzeciwko, wiedział o tym dobrze.

– Pamiętasz… – Głos mężczyzny stwardniał. – Nawet umierając, będziesz o tym pamiętał. Takich rzeczy się nie zapomina. I nie mów do mnie: przyjacielu. – Usłyszał gniewny ton. – Nie jestem twój barekam1.

Zacisnął powieki. To nie może być prawda. Takie spotkania się nie zdarzają. Nie w spa na Mazurach, absurdalna myśl zawirowała mu w głowie. Gdy otworzył oczy, nieznajomego nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Znikł równie bezszelestnie, jak się pojawił.

Wrócił do sali. Dziewczyny też zniknęły. Miał je gdzieś. Bar opustoszał. Jego towarzysz pewnie poszedł się przebrać. Chrzanić go i jego interesy.

Weekend w starym młynie przerobionym na gigantyczny salon urody skończył się dla niego w jednej chwili. Jakby ktoś gwałtownie odciął mu tlen. Poszedł do pokoju i oznajmił zaskoczonemu wspólnikowi, że wyjeżdża. Drżały mu ręce. Nie słuchał pytań. Nie chciał się wdawać w dyskusje. Sięgnął po koszulę wiszącą na oparciu krzesła, wrzucił ją do torby i wyszedł. Jeśli coś zostawił, to trudno.

Zbiegł po schodach i usłyszał swoje imię. „Mateusz Dudziński, prawda? Z Warszawy”. Nerwowo spojrzał w górę. Nie. Przy balustradzie nie stał nieznajomy mężczyzna. Zobaczył głowę swojego wspólnika. Wybiegł na parking.

Chevrolet suburban mknął, jakby brał udział w Rajdzie Polski. Miał szczęście. Ominął kontrole drogowe ustawione w ramach akcji „Bezpieczny powrót do domu”. Dopiero pod Warszawą utknął w korkach.

Był ostatni dzień sierpnia 2008 roku. Zbliżała się dwudziesta druga trzydzieści, gdy pilotem otworzył bramę wjazdową na posesję. Zanim wszedł do środka, rozejrzał się niepewnie, jakby się bał, że ktoś czai się w ogromnym pustym domu. Na wyświetlaczu telefonu zobaczył dziesięć nieodebranych połączeń. Wszystkie od wspólnika, który pozostał w Starym Młynie Spa.

Dwa tygodnie później dostał tę przesyłkę. Otworzył niewielkich rozmiarów paczuszkę i zamarł z przerażenia.

Zrozumiał, że już się nie wycofa. Decyzja zapadła. Wykona ruch, po którym zmieni się jego całe życie. Jedna tylko sprawa została mu do załatwienia. Jeden krok.

Miesiąc potem już nie żył.

Część IDół

1

Wypatrywał swojej ofiary. Wiedział, że zaraz się pojawi.

Przed trzema tygodniami, gdy był na cmentarzu, ostatecznie podjął decyzję. Wrześniowe popołudnia były wtedy ciepłe, ale gdy nastawał zmierzch, czuło się nadchodzącą jesień. Kilka razy w chłodne, wilgotne wieczory i mgliste poranki czuł gwałtowny przypływ bólu. Już wiele lat temu zdał sobie sprawę, że powracające z okrutną regularnością ataki nie przypominają stanów, których doświadczają inni chorzy. To prawda, inni też martwieli z przerażenia i bali się poruszyć. Jednak w jego przypadku nie chodziło o fizyczne dolegliwości. Trwał w bezruchu, jakby w obawie, że nawet najlżejsze drgnięcie przywoła znów do życia tę potworną zwalistą postać. Tak, choroby to co innego. Cierpienie i strach kojarzyły mu się z twarzą człowieka. Jedynego człowieka, którego w swoim życiu nienawidził.

Tak było do niedawna. Ale już nie teraz. Teraz stał się kimś zupełnie innym. Gdy zdecydował się tam, na cmentarzu, wyzwolił się z przeszłości. Pokonał ją. Teraz, kiedy pracował, a jego dłonie wykonywały przez lata wyćwiczone ruchy, myślami przebywał w innym świecie. W świecie, do którego miał się dopiero wedrzeć jako nieproszony gość.

Myślał o polowaniu. I szukaniu odpowiedniej zwierzyny. Polowanie i zwierzyna. Sam nie wiedział, skąd wzięło mu się takie porównanie. Przecież odgłos wystrzału przyprawiał go o gęsią skórkę. Nawet wtedy, gdy strzelano w telewizyjnym serialu.

Miał dużo czasu i był cierpliwy. Wszystko dokładnie zaplanował. Starannie wybrał czas i miejsce. Godzinami krążył wokół olbrzymich hal ozdobionych napisami Auchan i Leroy Merlin. Hipermarkety przypominały mu gigantycznych rozmiarów pudełka. W dzieciństwie bawił się podobnymi, tylko, rzecz jasna, mniejszymi. Wolał jednak nie myśleć o przeszłości.

Wreszcie zdecydował.

To stanie się tu. Niedaleko włazu do kanałów ciepłowniczych przy ulicy Elektronowej. Był pewien, że nikt przypadkowy nie zabłąka się w księżycowym krajobrazie Żerania, nie przeszkodzi mu i nie narobi kłopotów. Będą tylko we dwoje. Myśliwy i niczego nie spodziewająca się zwierzyna, która ufnie zmierza wprost w zastawioną pułapkę.

Potrafił bardzo długo włóczyć się po okolicy. Kupił wędkę i wyciągnął z piwnicy wiaderko, by upodobnić się do wędkarzy łowiących nad Wisłą. Wraz z nadchodzącą jesienią przybywało bezdomnych w okolicach elektrociepłowni i żerańskiego kanału. Jakby się rozmnażali w zawrotnym tempie i wiedzeni instynktem przetrwania, przybywali do podziemnych korytarzy i zimowych schronisk.

Nauczył się rozpoznawać twarze tych nurków, którzy pracowali w duetach. Wykluczył ich od razu. Za dużo komplikacji, zbyt wielkie ryzyko. Szukał samotnika. Kogoś, kto chodzi własnymi ścieżkami. Raz wydawało mu się już, że trafił idealnie. I o mało się nie pomylił. Nurek jednak nie był sam, a on tylko stracił czas na bezowocne poszukiwania.

Drobne niepowodzenie nie wyprowadziło go z równowagi. Nauczyło większej przezorności. Polowanie to zajęcie dla cierpliwych. A on, przez te wszystkie lata, gdy trwał w uśpieniu, wyrobił w sobie umiejętność czekania.

W końcu znalazł idealną ofiarę. Po raz pierwszy zobaczył go przy hipermarkecie budowlanym. Nurek zbierał kartony rozrzucone wokół śmietników. Gniótł je i kładł na zardzewiałym wózku, z którego wystawał postrzępiony materac. Mężczyzna przewiązał swoją zdobycz sznurkiem i potoczył wózek w kierunku Elektronowej. Skrzypienie powyginanych kół ustało, gdy dotarł do włazu. Wtedy sięgnął do kieszeni, podniósł dłoń do ust i odchylił głowę. Pił łapczywie. Po chwili zniknął w kanałach.

Następnego dnia zobaczył go znowu. Wszystko odbyło się prawie tak samo. Tym razem nurek ciągnął na wózku prostokątny przedmiot, który okazał się drewnianą szafką. Wtedy myśliwy zrozumiał. Materac. Szafka. Najwyraźniej wprowadzał się. Nowy lokator w podziemnym labiryncie. Nie przeżyje zimy, pomyślał myśliwy. Nie doczeka nawet późnej jesieni.

Obserwował go prawie tydzień. Nurek powracał do włazu z zadziwiającą regularnością, zawsze około wpół do siódmej wieczorem. Ostatni etap wędrówki stanowiły śmietniki hipermarketów. Nie wraca później, bo jest nowy i boi się, że ktoś zajmie jego miejsce albo zabierze mu rzeczy. A może słyszał, że czasami łysi młodzieńcy z Tarchomina, Białołęki albo Bródna robią naloty w tych okolicach. Podobnie jak on teraz, tamci urządzają swoje polowania. Skinheadzi polują na śmieci, a on…

Zresztą nieważne. Ważne było, że regularność, z jaką nurek przybywał w okolice włazu, ułatwiała zadanie. Szósta trzydzieści po południu. I ostatni odcinek, który można pokonać tylko jedną drogą. Tu przetną się ich ścieżki. To stanie się w tym miejscu.

Przygotował się starannie. Od trzech tygodni nie golił się i nieregularny, niechlujny zarost pokrył jego policzki. Zakupy zaczął robić w sklepach oddalonych od domu, by nie rzucać się w oczy znajomym ekspedientkom. Z garażu przyniósł poplamione spodnie, czarny sweter i zniszczone adidasy. Ostatni raz miał je na sobie, gdy odnawiał dom.

Odnalazł zielony wojskowy plecak pamiętający odległe licealne czasy. Do środka włożył ubranie, kilka foliowych toreb oraz sporych rozmiarów sekator przeznaczony do cięcia żywopłotu. Plecak zaniósł do gabinetu. Na stole z nierdzewnej stali leżały dwie napełnione strzykawki. Podniósł je do światła. Zmrużył oczy. Delikatnie nacisnął tłok. Ciemny płyn dotarł do końca cylindra i kropla zawisła na szczycie igły. Uśmiechnął się sam do siebie. Więc tak to się odbędzie.

Kierując się w stronę żerańskich kanałów, zahaczył o Biedronkę. Za trzy złote i dziewięćdziesiąt pięć groszy kupił wino Amarena. Niezły mózgotrzep. Ciekawe, jak nurkowie je nazywają? Dokupił papierosy. Zgniótł w dłoni paczkę fajrantów. Taka wygnieciona będzie wyglądała lepiej. Był z siebie zadowolony. Pokiwał głową jak nauczyciel, który z uznaniem wysłuchuje ucznia. Musi dbać o szczegóły. Zwierzyna nie może poczuć zagrożenia, nie może się domyślić, że jest namierzona. Że jest na celowniku. Że jest już trupem.

W samochodzie zdjął nakrętkę i wsypał do butelki z jabolem kilka pigułek. Zaparkował na miejscach przeznaczonych dla klientów Leroy Merlin. Wcześniej, zanim dojechał, zatrzymał granatowego forda, zszedł w kierunku Wisły i założył stare ubranie. Spojrzał na dymiące kominy elektrociepłowni Żerań. Teraz nie różnił się niczym od budowlańców w pochlapanych farbą i gipsem ubraniach.

W sklepie zwanym potocznie „lirojem” ruch był niewielki. Może dlatego, że poniedziałek, a może ze względu na kryzys? Co go to zresztą obchodzi? Skarcił się w duchu i zacisnął mocniej dłoń na pasku plecaka. Nie może się rozpraszać. Przez cały czas musi być skoncentrowany. Nie przyjechał tu przecież na zakupy. Był tu w zupełnie innym celu.

Zaklął pod nosem.

Szczegóły. Zapomniał o drobiazgu. A przecież drobiazgi zawsze są ważne. Przecież nie będą rozmawiali na stojąco. Zwierzyna nie może się niczego spodziewać. Muszą na czymś usiąść. Na czym? Nie wziął niczego ze sobą. Podszedł do śmietnika i ku swojemu zdumieniu, zobaczył pękniętą na pół plastikową obudowę komputera. Uznał, że nadaje się idealnie. Wziął ją ze sobą i poszedł w stronę włazu.

Siedział na plastikowej obudowie, drugą część postawił naprzeciwko siebie i czekał. Zaczął drżeć z zimna. Wtulił głowę w ramiona. Kwadrans później usłyszał cichy, znajomy zgrzyt. Odgłos stawał się coraz wyraźniejszy. Nurek, pochylony jak bokser, z trudem pchał swój dobytek.

– Znasz go? Kruchego Władka. Szukam… – Myśliwy zawiesił głos.

Nurek podniósł głowę i przyglądał się mu ciekawie. Otworzył usta. Nie spodziewał się nieproszonych gości.

– Jakiego Władka? – wybełkotał wreszcie.

Albo miał wadę wymowy, albo za dużo wypił. Podtoczył wózek i raz jeszcze przyjrzał się nieznajomemu. Nigdy wcześniej go nie widział. To żaden z jego kumpli. A potem zobaczył butelkę postawioną obok plecaka.

– Może znam, a może nie znam – burknął. – Co tam masz? – Wskazał na flaszkę. – To chyba nie denat?

– Nie, nie denaturat – mruknął myśliwy. Sięgnął po wino. – Jak chcesz, to masz, napij się.

Kloszard schylił się i łapczywie wyciągnął drżącą rękę. Miał olbrzymie, brudne dłonie pokryte strupami. Wyglądały, jakby ktoś przypalał je papierosami.

Nurek wypił zachłannie kilka łyków, beknął i usiadł na plastikowej obudowie. Wymieszany odór potu, wina i zepsutych zębów sprawił, że myśliwy odruchowo wyprostował się. Popatrzył na zniszczoną twarz, która równie dobrze mogła należeć do czterdziesto-, jak i sześćdziesięciolatka.

– Nie znam cię – wyseplenił kloszard. – Nie jesteś stąd. Jak się nazywasz?

– Nazywam się Karitas. Rozdaję wino. I szukam Kruchego Władka.

Bezdomny zacisnął dłoń na butelce i zaczął się śmiać. Zlepione włosy opadły na twarz. Odgarnął je ręką.

– Karitas… A to dobre. Podobasz mi się, gościu. A czy Karitas może ma przypadkiem fajka?

Ujrzał przed sobą zmaltretowaną paczkę fajrantów.

– Władka szukam. – Usłyszał cichy głos. – Razem kopaliśmy rowy. Melioracje, nie? Wtedy to na rowerze jeździłem do roboty. Piętnaście kilometrów w jedną stronę, piętnaście w drugą i tak cały miesiąc. Wyobrażasz sobie? A wiatr wiał zawsze w twarz, nigdy w plecy. Zawsze w twarz – powtórzył i zamilkł. – Bo biednemu wiatr zawsze w oczy.

– Ja tu jeszcze nie znam nikogo. Byłem tam, w Golędzinowie. – Nurek kiwnął głową. – Wiesz gdzie? – Zaczął dłubać brudnym paznokciem w zębach.

Myśliwy mruknął coś pod nosem.

– No tam, na Jagiellońskiej. Na tyłach FSO. Mieszkałem z tymi skurwielami, co potem zaprószyli ogień. Całe szczęście wyniosłem się wcześniej. Jeden się spalił. Tu mam spokój. Nikt nic ode mnie nie chce. Zupełnie jak wtedy, gdy robiłem w parku krajobrazowym. Drzewo upadnie, to sobie leży. Nikt się nie przypierdala. Jak ciepło, to i ty leżysz. I patrzysz na dęby kandelabrowe. Spokojna robota. Dlatego taki młody na gębie wciąż jestem. Młody jak bandyta! – Zaśmiał się i kolejny raz sięgnął po butelkę.

Zapadła cisza. Zrobiło się ciemno.

Myśliwy rozejrzał się. Wokół nie było nikogo. Uznał, że czas kończyć.

Odchylona głowa. Przymknięte oczy.

Uśmiech na zniszczonej twarzy.

Jabol przytknięty do sinych warg.

Wstał i z całej siły kopnął w spód butelki. Nie wiedział, czy słyszy zgrzyt pękającego szkła, czy łamanych zębów. Pewno jedno i drugie naraz. Nurek upadł na plecy z rozłożonymi ramionami. Butelka cały czas tkwiła w jego ustach.

– Chciał, bym śpiewał mu do snu… – Pochylił się nad bezdomnym i wpatrywał się w białka jego oczu. – Też ci zaśpiewam. – Sięgnął do plecaka. – Ale z ciebie śmieć. Gówniany śmieć – mówił z nienawiścią w głosie. – I po co się śmiałeś? Śmiałeś się. Nawet nie zauważyłeś, że mam na dłoniach rękawiczki – szeptał gorączkowo. – A wiesz, dlaczego je mam?

Bełkot, jęk i szloch zmieszały się ze sobą.

– Za późno… To przyszło o wiele lat za późno – mamrotał myśliwy do siebie.

Kloszard z trudem uniósł głowę i zobaczył strzykawkę w dłoni nieznajomego. Chciał wstać, ale nie miał siły.

Igła nieubłaganie zbliżała się do jego serca.

– Twoja kołysanka – wyszeptał mężczyzna. – Zaraz będzie po wszystkim.

To było ostatnie zdanie, jakie usłyszał, umierając.

Myśliwy wpatrywał się w swoją ofiarę. Poczuł, jak gwałtowny powiew lodowatego wiatru przeszywa mu nerki.

– Takich jak on… – urwał. – Takich jak ty…

Odwrócił się i rozpiął plecak.

Wyjął sekator. Na ubranie założył foliowy płaszcz przeciwdeszczowy.

Jeszcze chwila i było po wszystkim.

Zegar w samochodzie wskazywał siódmą, gdy włączył silnik. Spojrzał na komórkę. Pokazywała tę samą godzinę. Szybko poszło. Tam przy kanale czas dłużył mu się w nieskończoność.

Był pewien, że nikt go nie widział. Sięgnął do schowka i wyjął paczkę davidoffów. Starał się ograniczyć palenie, ale dziś postanowił sobie nie odmawiać. Przecież to jego wielki dzień. Prawdziwe święto.

Włączył radio. Dowiedział się, że rząd niemiecki pomoże największemu krajowemu bankowi i że Islandia bankrutuje.

6 października 2008 roku był kolejnym czarnym dniem światowej gospodarki. Jakby na potwierdzenie tych słów po wiadomościach zabrzmiał stary przebój The Boomtown Rats I Don’t Like Mondays.

Pierwszy raz tego dnia się uśmiechnął. W przeciwieństwie do śpiewającego Boba Geldofa on lubi poniedziałki.

Wypuścił dym i uchylił okno w samochodzie. Dzisiaj zaśnie spokojnie. Był tego pewien.

Od dziś poniedziałki będzie lubił szczególnie.

2

Myślę, że źle diagnozuje pan swój problem, panie komisarzu.

Dwukrotnie, przy słowach „źle” oraz „problem”, uderzyła pomalowanymi na czerwono paznokciami w blat biurka, jakby chciała nadać dodatkowe znaczenie swojej wypowiedzi.

Siedzący naprzeciw niej mężczyzna podrapał się w policzek. Kilkudniowy siwiejący zarost postarzał go. Podobnie jak sklejone na głowie włosy odstające we wszystkich możliwych kierunkach i ciemne obwódki pod oczami, a wysłużona sztruksowa marynarka z łatami na łokciach kojarzyła się z lumpeksem.

Rudolf Heinz, policjant z second handu. Komisarz zleżałego gatunku.

Heinz patrzył na atrakcyjną doktor psychiatrii i czuł, że rzeczywiście należy do czasów, które bezpowrotnie minęły. To było ich trzecie spotkanie. Trzecia runda, a z każdą kolejną komisarz czuł się coraz bardziej osłabiony. Rano, gdy przypatrywał się uważnie swojej twarzy w lustrze, pomyślał, że te wizyty go wykończą. Jeszcze dwa starcia i ktoś będzie musiał rzucić ręcznik na ring. Zaczęło się całkiem niewinnie, za pierwszym razem czuł nawet, że może polubić tę kobietę. Gra wstępna skończyła się, gdy zapytała o jego najbliższą rodzinę.

Rodzina. To słowo wywoływało w nim bolesne wspomnienia. Działało z siłą elektrowstrząsów. Gówno pani do tego, pomyślał wtedy. Nikt nie będzie mnie terapeutyzować. I pouczać, jak mam żyć.

Policjant i lekarka od czubków. Prawie jak w hollywoodzkim kryminale.

Jeszcze chwila i eksploduje.

– Po prostu, jak to mówią, klękła mi psycha, rozumie pani? – powoli wychrypiał każde słowo, jakby ważył je w myślach. Bolało go gardło. Ale był sam sobie winien. Mógł wieczorem nie pić trzech piastów, które zalegały w zamrażarce.

– Od lat mam kłopoty ze snem. Ale nauczyłem się zasypiać przy muzyce. Od jakiegoś czasu i to nie pomaga. Piwo też już nie pomaga, a środki nasenne mnie zamulają, pani doktor. Potrzebuję więcej czasu, by dojść do siebie. Jeszcze trochę czasu.

Odwrócił głowę w stronę ściany. Znów widzi tę kobietę. Popatrzył na regał wypełniony głównie anglojęzyczną literaturą z dziedziny psychiatrii i psychologii. I jakieś opasłe trzy tomy po polsku. Ciekawe, czy kiedykolwiek do tych książek zajrzała? Czy stoją tylko po to, by podkreślić jej wątpliwe kompetencje? Wątpliwe, bo się do niej zraził: to jego subiektywne odczucie.

Pomyślał, że kiedyś było prościej. Gdy jeszcze pracował Chodźko. Tamten patrzył na człowieka, ciężko wzdychał i dawał dwa tygodnie zwolnienia bez pytania. A potem kolejny tydzień. Ale Chodźko też już należał do przeszłości.

– Podsumujmy nasze dwie poprzednie sesje – powiedziała i spojrzała na monitor laptopa. Tu też zaszła zmiana. Chodźko zawsze sporządzał odręczne notatki. – Korzysta pan z poradni od wielu lat…

– Jak pani wie, nie ja jeden w moim fachu – wtrącił szybko.

– Jak – zabębniła paznokciem – prawie każdy policjant. Uzależnienie alkoholowe, depresja, wielokrotne przerwy w pracy – odczytywała z ekranu beznamiętnym głosem kartę pacjenta.

– Czyta to pani tak jak przepis na ciasto babuni. A przecież – uniósł głos – to, kurwa, moje życie!

Znieruchomiała.

– Słucham, komisarzu?

Patrzył jej teraz prosto w oczy.

– Czy widziała pani kiedyś związaną kobietę, torturowaną i spaloną żywcem? Tak jak paliło się kiedyś czarownice na stosie? Bo ja widziałem i powiem pani…

– Że ja też jestem taką wiedźmą? – Uśmiechnęła się. – Nie robi to na mnie wrażenia. Rozmawiałam natomiast z pańskim szefem, naczelnikiem Kościukiem… – zawiesiła głos, a Heinz wstrzymał oddech.

– I co powiedział pani ten gejzer intelektu?

– By przestał się pan wygłupiać. Wrócił do wydziału. Albo – wyczuł wahanie w jej głosie – przeszedł na emeryturę. Zasłużoną emeryturę, jak podkreślał naczelnik.

Heinz poczerwieniał na twarzy i chwycił za krawędzie biurka. Miał już wykrzyczeć, co sądzi o radach Kościuka, gdy rozległo się pukanie. Zanim kobieta zdążyła zareagować, w drzwiach stanął otyły mężczyzna. Sapiąc, przecisnął się bokiem przez framugę, podszedł do kobiety i podał jej mięsistą dłoń.

– Jak sobie radzisz, Izo? Wszystko w porządku?

– Widzę, że tak ciężki przypadek jak mój diagnozujecie zespołowo. I pewnie macie lustro fenickie, zupełnie jak u nas. – Heinz sięgnął do wewnętrznej kieszeni, by wyciągnąć paczkę chesterfieldów.

Wieloletnie przyzwyczajenie znów wzięło górę. A przecież nie palił od miesiąca.

– Pan się źle czuje, komisarzu Heinz? – zapytała Iza.

– A, więc to jest nasz sławny komisarz! – Grubas wpatrywał się w Heinza wyblakłymi oczami. – Nazywam się Marcinkowski, jestem, jak się to dziś modnie mówi, superwajzorem. Konsultuję z panią doktor rozmaite przypadki. Czy ma pan może jakieś życzenie?

Żebyś się odpierdolił.

– Chcę zapalić. Ssie mnie.

– Właśnie na tym polega błędne autodefiniowanie problemu – powiedziała Iza. – Pan chce. Wydaje się panu, że pańska wola wystarczy. Chwila odpoczynku i znów da pan sobie radę ze wszystkim. Pan chce – powtórzyła. – Ale czy pan jeszcze może?

– Czytałem – wtrącił Marcinkowski – pańską dokumentację.

Bogato w niej. Rockefeller by się nie powstydził takiego majątku. Do-bro-sta-nu-psy-chicz-ne-go. Chyba tak to nazywają w swoim żargonie.

– Może niech pan pomyśli pozytywnie. I bez takiego wewnętrznego spinania się. Zaproponuję panu – doktor próbował usiąść na skraju biurka – taką grę. Proszę wyobrazić sobie, że jest pan piłką. Taką futbolówką…

Tylko nie to, pomyślał. Tylko nie piłka nożna.

– I co?

– Niech pan wyzwoli jakieś pozytywne skojarzenia.

– Nie mam żadnych pozytywnych skojarzeń.

– No, na przykład, że jest pan bardzo ważną piłką. Że tą piłką będzie grany mecz otwarcia na Euro 2012. A potem że piłkarze składają na panu autografy. I że licytują za grube pieniądze podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trochę pozytywnych emocji! W końcu nie samą destrukcją człowiek żyje.

Heinz miał dosyć. Podniósł się z krzesła i poszedł w stronę drzwi.

– Panie doktorze, ja też mam dla pana grę. – Oparł się o framugę. – Wyobraźmy sobie, że jest pan cygarem…

Marcinkowski klepnął się po nalanych udach.

– Świetne! – krzyknął. – Więc produkują mnie w najlepszej hawańskiej fabryce cygar. Pali mnie Fidel Castro. Albo mam jeszcze lepszy pomysł. – Spojrzał na Izę. – Należę do Billa Clintona. Dobre, nie?

– Nie, doktorze.

– Słucham.

Superwajzor zamrugał oczami.

– Nie należy pan do Billa Clintona i Moniki Lewinsky. – Heinz ściszył głos. – Tak naprawdę nie jest pan cygarem. Przypomina pan psie gówno, które przezimowało w śniegu i szczęśliwe wyjrzało na światło dzienne po marcowych roztopach pod moim blokiem.

Uśmiech zastygł Marcinkowskiemu na twarzy. Iza wpatrywała się tępym wzrokiem w monitor laptopa.

– Tyle o tym – mruknął Heinz i trzasnął drzwiami.

3

Wprawdzie wyszedł z tego zwarcia z ciosem, ale czuł, że przegrał rundę. W gruncie rzeczy poniósł klęskę.

Biegł w stronę samochodu. Z jego ust wydobywała się para, która przypominała upragniony papierosowy dym. Miejsca parkingowe w okolicy poradni były zajęte, musiał więc zatrzymać się w jednej z bocznych uliczek. Po przebiegnięciu stu pięćdziesięciu metrów poczuł, że opada z sił. Ostatnie metry pokonał, ciężko dysząc, i oparł się o maskę.

Sięgnął po kluczyki do kieszeni i natrafił na gumę nicorette. Włożył jedną do ust i skrzywił się.

Klęska za klęską. Zaczęło się od tego, że złamał rękę podczas treningu karate. Postanowił zrobić coś, co już dawno powinien mieć za sobą. Zdać egzamin mistrzowski. Zdobyć czarny pas. Zostać senseiem.

– Pamiętaj – powtarzał mu Kastoriadis, Grek zadomowiony w Polsce, który od wielu lat uczył go sztuk walki – dziewczyny lubią brąz. Twój pas powinien być w dostojniejszym kolorze.

Zaczął więc trenować cztery razy w tygodniu. Do upadłego. Podczas jednego z letnich treningów źle zablokował kopnięcie. Usłyszał charakterystyczny chrobot w ręce. W pierwszej chwili nawet nie czuł bólu, ale i tak wiedział, co się stało. Zapamiętał pełne politowania spojrzenie Kastoriadisa.

– Tyle razy ci powtarzałem, Hipis, byś w ostatnim momencie, gdy blokujesz, przekręcił rękę i zamortyzował uderzenie. Chyba teraz zapamiętasz. Ale rękę – Kastoriadis dotknął przedramienia komisarza, a ten syknął z bólu – masz do remontu.

Dojechał na Osiedle Tysiąclecia i zaparkował samochód. Siedział nieruchomo i wpatrywał się w kierownicę. Hipis. Jaki z niego hipis? Tak nazywali go niektórzy, najstarsi stażem policjanci w komendzie wojewódzkiej, tak wołali na niego koledzy z kapeli, w której grał. I Kastoriadis. W najczarniejszych snach nie wyobrażał sobie, że znajdzie się w takiej sytuacji. Że będzie siedział z ręką w gipsie i patrzył na stojącą w kącie pokoju gitarę elektryczną. A jeśli już nigdy nie odzyska pełnej sprawności w lewej dłoni i nie będzie mógł grać? Chłopaki z zespołu wiele razy ostrzegali go, że te treningi tak się kiedyś skończą.

Pierwsze, co zrobił, gdy zdjęli mu ten cholerny gips, to chwycił za epiphone’a i zmusił palce, by przycisnęły struny do gryfu gitary. Krople potu ściekały mu po policzkach i szyi, ale oddychał z ulgą. Wiedział, że jeszcze tym razem wszystko skończy się dobrze.

Zanim wszedł do wieżowca, zwanego, jak kilka podobnych, „kukurydzą” – jednego z cudów katowickiej blokowiskowej architektury – popatrzył na logo spółdzielni mieszkaniowej Piast. Ponury brodaty władca z mieczem mógłby straszyć małe dzieci. Zauważył, że w napisie wieńczącym sąsiednią „kukurydzę” odpadła kolejna litera. „S.M. ast”. Wybrakowane osiedle i jej wybrakowany mieszkaniec, komisarz Rudolf Heinz.

Otworzył drzwi mieszkania. Kolejna życiowa porażka. Stopniowo się z nią oswajał, tak jak przyzwyczaił się do samotności. Całymi dniami nie było go w domu, gdy jako ekspert podnajmowany w różnych województwach pomagał miejscowym policjantom ścigać piromanów, morderców i gwałcicieli. A gdy wracał, wpatrywał się w pustą przestrzeń. O tym, że ktoś jeszcze tu mieszka, do niedawna świadczyła wymiętoszona pościel w pokoju syna. Ale i to się skończyło miesiąc temu.

Intuicja podpowiadała mu, że młody już do mieszkania w „kukurydzy” nie wróci. Gdy uświadomił to sobie, poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Przypomniał sobie sytuację sprzed dwóch tygodni. Jadł resztki obiadu, ugotowanego cztery dni wcześniej. Jak zwykle włączył muzykę. Przy Tea for One Zeppelinów nie wytrzymał. Herbatka dla jednej osoby. A dla ilu, kurwa, miałaby być? Cisnął talerzem o ścianę. Kompozycja złożona z zaschniętego makaronu i sosu pomidorowego okazała się wyjątkowo trudna do zeskrobania. Rozprysk jak po strzale w głowę.

Żyli z synem na orbitach, które rzadko kiedy się przecinały, chociaż był taki moment, gdy wydawało się, że po wielu latach wreszcie się dogadają. Że pękła niewidzialna tama oddzielająca ich od siebie. Ale trwało to tylko chwilę i wszystko wróciło do normy, jaką sobie sami wypracowali.

Heinz wyjął z lodówki ostatnie piwo. Skrzywił się. Będzie musiał wyjść do Biedronki. Zjadł dwie kanapki z mielonką konserwową. Wrzucił nóż do zlewu. Nie miał apetytu. Ostatnio bardziej był hydro niż gastro, jak określił to kiedyś basista z ich kapeli. Musiał się napić. Jeszcze bardziej chciało mu się palić. Wziął duży łyk piwa i sięgnął po nicorette. Włączył TVN24. Jakiś ekspert pokazywał opadające słupki wskaźników gospodarczych zaznaczone na czerwono.

Czuł, że sam ostro pikuje w dół. W ostatnich miesiącach ściął się z synem dwa razy. Za pierwszym poszło o muzykę. Któregoś dnia, gdy wieczorem wrócił z komendy do domu, zobaczył migającą zieloną lampkę w telefonie. Kto w dzisiejszych czasach nagrywa się na telefon stacjonarny? Gdyby wcześniej zapalił światło, pewnie nie zauważyłby sygnału informującego o zostawionej wiadomości. Nacisnął klawisz.

– Cześć, Mały. – Usłyszał nieznajomy głos. – Nagrałem ci się na komórkę, ale na wszelki wypadek zostawiam ci też na stacjo. We wtorek gramy jednak ten koncert w Old Timersie! W poniedziałek wszystko na próbie obgadamy.

W pierwszej chwili pomyślał, że ta wiadomość jest do niego. Ale przecież, z zagipsowaną ręką, nie mógł zagrać nawet akordu. A poza tym nikt nie nazywał go Małym. Hipis to zupełnie co innego. Wtedy zrozumiał. To była informacja dla syna. Odruchowo wykasował komunikat z telefonu. Zrobi młodemu niespodziankę. We wtorek był przed dziewiętnastą na ulicy generała Jankego, a dziesięć minut później, wsparty o filar klubowej sali, czuł, jak dźwięki gitary basowej wymierzają mu serię prosto w żołądek.

Młody, w czarnym T-shircie, wspierał się na mikrofonie. Koło nogi stał plastikowy kubek z piwem. Zespół skończył grać jakiegoś bluesa, którego Heinz nie znał, i płynnie przeszedł do kolejnego utworu. Ten znał na pamięć. Każdy gitarzysta w kraju zagra to o dowolnej porze dnia i nocy. Elementarz. Gdy Krzysztof zaczął śpiewać Czerwony jak cegła, nieśmiertelny utwór Dżemu, Heinz poczuł dumę. Wokalista dobrze wykonywał swoją robotę. Cały czas kurczowo przytrzymywał dłońmi statyw i wciąż miał zamknięte oczy. Przynajmniej tak się zdawało.

Awantura wybuchła dwa dni później, gdy spotkali się w domu. Heinz usłyszał, że nikt go na koncert nie zapraszał. Próbował coś tłumaczyć, ale daremnie. Wreszcie, gdy kłótnia osiągnęła szczytowy punkt i gdy pan Karolak, sąsiad z dołu i emerytowany nauczyciel, zaczął stukać w kaloryfer, Heinz usłyszał to, co zwykle:

– Nie jesteś prawdziwym ojcem – rozległ się szept pełen nienawiści. Nie był prawdziwym ojcem.

W tym oskarżeniu zawierało się jego życie. Wypadek samochodowy, który zabrał mu żonę, a chłopcu matkę, lata policyjnej pracy, które nieomal skończyły się osieroceniem syna, stopniowe i nieubłagane rozluźnianie się więzów między nimi. Oschłość i obcość. Obcość i wrogość. Nadciągające na przemian jak następstwo dnia i nocy albo pór roku.

Drugi raz zderzyli się, gdy zobaczył pocztę w laptopie syna. Wiadomość od Alojzego Brycha. Miał zamknąć system, gdy nagle zamarł przed monitorem. Alojzy Brych. Nazwisko przywołane gdzieś z oddali. Z głębinowego kręgu pamięci. Kojarzyło mu się z kobiecym głosem. Z głosem matki. Raz jeszcze wymówił po cichu to nazwisko. Brych. To przecież niemożliwe. Otworzył wiadomość w skrzynce pocztowej. Przeczytał.

„Z Pańskim dziadkiem słyszałem się ostatni raz pięć lat temu. Gdy przeprowadził się do Hamburga, kontakt nam się urwał. Mówił mi, że chciałby przyjechać do Katowic. Dobrze by było. Mielibyśmy co wspominać. Bernarda Blauta, który w Odrze zaczynał, i Engelberta Jarka, który grał jeszcze, gdy Pański dziadek zaczął już karierę w Niemczech. Gdyby Pan się czegoś dowiedział o Józku, proszę dać mi znać”.

Ojciec zawsze powtarzał, że Brych to prawdziwy żniwiarz. Ścinał wszystkich napastników w lidze, rozległ mu się w głowie głos matki.

Ojciec zawsze powtarzał. Przez pierwsze miesiące, gdy Józef Heinz, jedna z gwiazd Odry Opole, niespodziewanie wyjechał do Niemiec, przytaczała te opowieści pewnym głosem. Z czasem coraz ciszej i z coraz większym zakłopotaniem. Po roku przestała wspominać boiskowe wyczyny męża i jego kolegów. A teraz młody postanowił odnaleźć dziadka.

Heinz obiecał sobie, że tym razem nie będzie krzyczeć.

– Jeśli go tu sprowadzisz, zatłukę go jak psa. Wiesz, że zostawił moją matkę i mnie. Zostawił nas samych! – wrzasnął. – A ten twój informator, ten Brych, nogi łamał, ale w piłkę grać nie potrafił!

Wybiegł przed „kukurydzę”.

– Skoro nie mam ojca, może przynajmniej dziadka odzyskam! – Usłyszał głos z okna na trzecim piętrze.

Jakaś para z siatkami pełnymi zakupów przyglądała mu się ciekawie, a potem spojrzała w górę.

Synowie, którzy nienawidzą ojców. Z czymś mu się to skojarzyło. Nie był specjalnie zaskoczony, gdy młody oznajmił mu, że nie będzie dalej studiował stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Śląskim.

– Co zamierzasz robić? – Starał się, by jego głos brzmiał naturalnie.

– Akademia Morska w Gdyni. – W głosie syna usłyszał nieskrywaną satysfakcję.

Byle dalej ode mnie. Byle jak najdalej.

Jednak pójdzie po piwo do Biedronki. Bał się, że bez kilku puszek w zapasie, tak na wszelki wypadek, nie zaśnie. Bezsenność nasiliła się w ostatnich miesiącach. Od wielu lat miał kłopoty z zasypianiem, ale nauczył się sobie z tym radzić. Tym razem zawodził jednak wypróbowany sposób – bluesy puszczane do snu. Oczy Heinza z każdym tygodniem były coraz bardziej przekrwione, zdarzało się, że zaczął przysypiać za biurkiem. Wreszcie Krzysztof Kobuz, policjant, z którym komisarz pracował w jednym pokoju, nie wytrzymał.

– Przyniosłem ci coś. – Wyjął z kieszeni opakowanie. – Po tym będziesz spał jak dziecko. Tylko – popatrzył Heinzowi w zapadnięte oczy – nie przesadź. I przeczytaj uważnie ulotkę.

Oczywiście nie przeczytał. I nie powinien brać pigułek od Kobuza. A już z pewnością nie wolno mu było łączyć stilnoksu z alkoholem. Najpewniej przypadek sprawił, że wciąż jeszcze żył. Wziął środek nasenny, a potem szybko wypił trzy piwa. Puścił wodę do wanny. W drzwiach łazienki poczuł, że nie jest w stanie zrobić kroku w przód. Przytrzymał się framugi i osunął na podłogę. Światło zgasło.

Ocknął się, gdy woda dostała się do jego ust. Brnąc w kałuży i krztusząc się, doczołgał się do wanny i zakręcił kurek. Gdyby zasnął podczas kąpieli, pewnie by już się nie obudził. Może tak zresztą byłoby lepiej. Co miał powiedzieć o swoim życiu? Dół. Straszny dół, jak w islandzkim kryminale, który czytał niedawno.

Piwa trzepotały w siatce, jak karpie przed Bożym Narodzeniem, a on postanowił się przejść. Dobrze mu to zrobi. Jutro miał wrócić do komendy i do dusznej atmosfery wytworzonej przez nowego naczelnika wydziału kryminalnego, Zenona Kościuka. Okrążył staw, przy którym siedziało kilku wędkarzy. W przeciwieństwie do niego oni byli niezniszczalni. Można ich spotkać o każdej porze. Prawdziwi ludzie z żelaza i bez śladu korozji. Przed „kukurydzą” zobaczył napis „Gieksa 4Ever”, krzywe litery świadczyły o tym, że w tej części Tauzena świętą wojnę kibiców Katowic i Chorzowa wygrywali ci pierwsi.

Połknął dwie tabletki dormicum, środka, który według Heinza zawarł z alkoholem pakt o nieagresji. Przynajmniej jego organizm występował tu w charakterze świadka koronnego. Włączył składankę z utworami Billie Holiday. Gdy Lady Day kończyła śpiewać Don’t Explain, zasnął.

W środku nocy zbudził go czyjś krzyk. Nasłuchiwał. Może tylko mu się coś śniło? Jednak nie. Usłyszał odgłos tłuczonego szkła. Kolejna awantura między sąsiadami z góry. Nigdy nie zamienił z nimi zdania. Jeszcze pół roku temu widywał mężczyznę, który ubrany w ciemny garnitur, wyruszał do pracy służbowym samochodem. Na boku volkswagena widniało logo banku. Pomyślał wtedy, że banki mają swoje barwy podobnie jak kluby sportowe. Miesiąc temu sąsiad z góry zaczął jeździć własnym samochodem.

Kolejny rumor. Tym razem taki, jakby przewrócili krzesło. Dwa głosy, kobiecy i męski, zaczęły się przekrzykiwać. Z tej kakofonii rozumiał pojedyncze słowa, głównie przekleństwa. Podniósł się z łóżka. Po minucie wszystko ucichło.

Spojrzał na zegarek. Druga w nocy. Ze złością przekręcił się na drugi bok. Dormicum tak działa. Czasem człowiek budzi się nie wtedy, kiedy trzeba, a potem ma resztę nocy z głowy. A może to wcale nie z winy prochów? Może znów po prostu się bał?

Heinz wiedział, czym jest strach. Kilka razy bał się śmiertelnie, ale zawsze przyczynę tego lęku stanowili ludzie. Tak było, gdy omal nie zginął spalony przez szaleńca. I wówczas, gdy na dachu wieżowca rozmawiał w cztery oczy z mordercą, czekał na posiłki, które nie nadjeżdżały, i myślał jedynie o tym, czy człowiek z obłędem w oczach i nienawiścią w głosie pociągnie go za sobą w przepaść.

Tym razem jednak było inaczej.

Z trudem przyznał się przed sobą, że boi się snu.

Przerażała go scena, która uparcie powracała w nocnym koszmarze.

4

Zegar w laptopie pokazywał jedenastą. Na ekranie wyświetlił się kolejny artykuł. Tytuł sprzed siedmiu lat, z pierwszej strony katowickiego wydania „Gazety Wyborczej”, podobny był do wielu innych, jakie już dzisiaj odnalazł. „Kiedy złapiecie tę bestię?”. Ziewnął. Czytelnicy uwielbiają takie melodramatyczne chwyty. Podpisany pod artykułem autor stał się po latach jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy śledczych w Polsce. Może, przyznał z niechęcią, nawet najlepszym. Ale wszystko do czasu. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że wkrótce to się zmieni. Niebawem to on będzie numerem jeden.

Trzymał w rękach prawdziwą bombę. Ale zanim usłyszą o tym jego przełożeni i zanim zobaczy ją cała Polska, chciał się w samotności nacieszyć swoją zdobyczą. Dzięki niej Andrzej Kolba wyskoczy z tylnego szeregu. Dotychczas zawsze szamotał się w ostatnich rzędach. Tak było wtedy, gdy studiował polonistykę na Uniwersytecie Śląskim i pisał nudną pracę magisterską o błędach językowych w gazetach. I było tak, gdy sam w tych gazetach zaczął pisać o awariach sieci wodociągowej, dziurach w asfalcie, przęsłach, mostach, wiaduktach i niekończących się remontach. Nic się nie zmieniło, gdy zaczął pracować w telewizji regionalnej i dla magazynów internetowych. Pozostawał zawsze gdzieś na uboczu. Niedoceniony, zakompleksiony i skryty. Do teraz.

Wypił łyk zielonej herbaty i rozprostował plecy. Zerknął na ekran. „Nieoficjalnie mówi się, że policjant jest trzecią ofiarą seryjnego mordercy. Informacji tej nie udało się jednak potwierdzić. Lekarze walczą o życie funkcjonariusza”. Kliknął na jeszcze jeden link. Tym razem otworzyło się zdjęcie, które widział już setki razy. Zrobione w oknie jednej z kamienic, przedstawiało szpaler policyjnych samochodów, a w tle budynki z czerwonych cegieł. Przy radiowozach stali policjanci. Uważny obserwator – a on do takich należał – mógł zauważyć, że postaci na zdjęciu patrzą w jednym, tym samym kierunku. W stronę samochodu stojącego w środku kolumny. Powiększył zdjęcie. Na tylnym siedzeniu tłoczyło się trzech mężczyzn. Twarz tego, który znajdował się w środku, była niewidoczna, ale nie mogło być wątpliwości, że to był właśnie on. Uśmiechnął się. Znakomite zdjęcie na czołówkę serialu dokumentalnego.

Dziś spotkał się z mężczyzną z fotografii. Siedzieli po dwóch stronach stołu w szpitalu psychiatrycznym, obserwowani przez znudzonego pielęgniarza żującego gumę.

– Więc chce pan zrobić serial tylko o mnie? Dlaczego?

Tę rozmowę zapamięta do końca życia. Nagrał każde słowo, ale nie musiał uruchamiać dyktafonu, by ją teraz przywołać. Pamiętał każde słowo i każdy gest swojego rozmówcy. Uśmiechnął się. Byłby idealnym świadkiem dla komisji sejmowej roztrząsającej kolejną aferę.

– W panu jest coś więcej. Jest jakaś… tajemnica.

– Chce pan powiedzieć, że w Marchwickim albo Arnoldzie nie było żadnej głębi? A we mnie tkwią jej niezbadane pokłady? – Dziennikarz wyczuł w jego pytaniu drwinę.

– Panie Urbaniak…

– Proszę mówić do mnie: Inkwizytorze. – Mężczyzna zamknął oczy. – Przyzwyczaiłem się do mojego policyjno-medialnego przezwiska.

– W porządku. – Kolba przełknął ślinę. Aktorskie popisy Urbaniaka nie robiły na nim wrażenia. – Więc sądzę, że nie wszystko w pańskim wypadku zostało wyjaśnione.

– A czego nie wiemy, Holmesie z Katowic?

– Pierwsza ofiara. Ta dziwka, którą pan spalił…

Inkwizytor rozłożył ręce w geście sprzeciwu.

– Brzydko… No naprawdę brzydko tak mówić o upadłej kobiecie – przeciągnął dwa ostatnie słowa jak kiepski artysta kabaretowy.

– Wiedział pan, że ona była ciężko chora, prawda? Że wkrótce by umarła?

Urbaniak zacisnął usta.

– Powiedzmy… – W jego głosie dało się słyszeć wahanie. – Przyjmijmy, że wiedziałem. I co z tego?

– Alfons. Ofiara numer dwa. Okazało się po latach, że facet zamieszany był w zabójstwa przynajmniej dwóch dziewczyn.

– Ale gdybym mógł zabić trzecią ofiarę, zrobiłbym to bez powodu. Dla czystego fanu! Tak to się mówi? Wybrałbym zdrową i niewinną jak łania. – Inkwizytor wybuchł śmiechem. – Przypadek sprawił, że wszystko potoczyło się inaczej… – Spoważniał. – Do czego zmierzasz, Holmesie?

– Coś w śledztwie przeoczono. – Kolba patrzył mordercy prosto w oczy. Czuł, że puls mu gwałtownie przyspieszył. – Odtrąbiono sukces, kolejny maniakalny śląski wampir został złapany. A ja myślę, że razem z panem na ławie oskarżonych powinien zasiąść ktoś jeszcze. Miał pan informatora. Dobrego informatora.

– Najlepszym informatorem jest Bóg. – Inkwizytor wzniósł oczy w stronę białego sufitu.

– Niech pan się nie wygłupia. – Kolba skrzywił się. – Ta dziewczyna powiedziała komuś o swojej chorobie. Może jakiemuś policjantowi? Z tego samego źródła pochodziła też twoja wiedza o tym sukinsynu, którego podłączyłeś do prądu.

– Znowu zaczynasz… Nie mówi się źle o zmarłych. – Urbaniak pogroził palcem. – Informator, mówisz? – Mlasnął. – Tak… Masz kogoś na myśli?

– Dwa lata temu pewien policjant popełnił samobójstwo. Zupełnie przypadkiem dowiedziałem się, że odwiedził cię tu kilka razy. Zacząłem szukać powiązań i…

– To nie jest powód, bym chciał rozmawiać. I zostać bohaterem filmu. Wiesz – ściszył głos, jakby chciał wyjawić głęboko skrywaną tajemnicę – potem będą tu mnie nachodzić jakieś świry… Szaleńcy jacyś… – Jak gdyby na potwierdzenie swoich słów rozejrzał się teatralnie.

– Jest taki powód. Pańska siostra, Barbara Urbaniak…

Inkwizytor drgnął.

Mam go, pomyślał Kolba. Trafiłem w czuły punkt. Ta kobieta jest jedyną osobą, na której zależy temu psycholowi.

– Sam pan wie, że siostra nie miała łatwo, gdy pana aresztowali. Siostra mordercy to siostra mordercy. I na nic nie pomogły tłumaczenia, że to ona zadzwoniła po policję.

Dziennikarz zawiesił głos. Czekał na reakcję Inkwizytora.

– Z tego co wiem, nie jest jej łatwo. Z trudem wiąże koniec z końcem.

– I?

– I jest sposobność, by jej pomóc. Myślę o pańskim honorarium.

Pielęgniarz spojrzał na zegarek. Popatrzył na Inkwizytora i ułożył dłonie w literę T, niczym trener proszący o czas dla drużyny.

– Powiedzmy, że wstępnie się zgodzę – powiedział Urbaniak. – Jeśli mamy pracować razem, mam dla ciebie dwie rady. Następnym razem połóż dyktafon na stół i lepiej panuj nad emocjami. Musimy sobie ufać. Jak… – szukał porównania – …jak podczas spowiedzi.

Kolba speszył się.

– I druga rada. Pamiętasz policjanta, który mnie znalazł?

– Tak. Rudolf Heinz. Od nas, z Katowic.

– Jego też chciałem spalić. Prawie mi się udało. – Skrzywił się, jakby chciał odegnać nieprzyjemne wspomnienie. – I wiesz co? Wiedziałem, co robię. Rada brzmi: dobrze zastanów się dlaczego.

Urbaniak zamknął oczy i lekko uderzył dłońmi o blat stołu. Pielęgniarz położył mu dłoń na ramieniu. Inkwizytor wstał z krzesła.

– Zastanów się dlaczego – powtórzył, stojąc w drzwiach.

Kolba zamknął stronę ze zdjęciem. Kabotyn. W dodatku mitoman. Ale w telewizji wypadnie dobrze. Może, uśmiechnął się do siebie, Urbaniak Telekamerę nawet dostanie? Popatrzył na biblioteczkę. Obok kilku słowników stały podręczniki szachowe. Kiedyś grał całkiem nieźle, ale to dziś rozegrał partię życia.

W wyszukiwarkę wpisał imię i nazwisko komisarza komendy wojewódzkiej w Katowicach. Przebiegł wzrokiem tytuły linków. Nie, w ten sposób nie znajdzie nic interesującego. A przecież do kolejnej rozmowy z Inkwizytorem musi się przygotować. O co mu chodziło z tym Heinzem? Dlaczego tak żałuje, że nie spalił tego policjanta? „Prawie mi się udało”, przywołał w pamięci wyznanie Urbaniaka. I żal, z jakim wypowiedział pierwsze słowo. „Prawie…”.

Pierwsza ofiara, przypomniał sobie, i tak by umarła. Alfons zasłużył sobie na śmierć, a Heinz? Co ma do tego komisarz, gwiazda miejscowej policji? Też sobie zasłużył? Ale czym?

Kolba nie miał najmniejszych wątpliwości. Ten serial będzie hitem. Pięć minut sławy będzie tylko dla niego. Na wyłączność.

Dopił herbatę. Laptop cicho zapiszczał i po chwili przeszedł w stan czuwania.