Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 700 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kolos - Finn Alnæs

Wielka skandynawska powieść powraca po latach!

Debiut norweskiego pisarza w 1963 roku stał się wydarzeniem na skalę światową.

Kipiąca drapieżną, młodzieńczą energią, obrazoburcza i bezkompromisowa powieść pozostaje zaskakująco aktualna do dziś.

Wciągające studium samotności i wyobcowania, sprzeciw wobec koszmaru cywilizacji i wzruszające love story w jednym. Ta książka nikogo nie pozostawi obojętnym.

1954 rok. Młody, zbuntowany Brage Bragesson zaciąga się na statek, aby przeżyć historię życia. W domu zostawia ukochaną Siv. Jedna noc w Amsterdamie zmienia jego losy. Brage bierze udział w bójce, która kończy się śmiercią jednego z uczestników. Oskarżony, postawiony przed sądem, odpowiada za swoje czyny, tocząc spory na temat dobra, zła, winy i kary. Kiedy kilka lat później, zwolniony z więzienia, próbuje odszukać miłość swojego życia, stopniowo popada w szaleństwo.

Kiedy skończyłem czytać tę książkę, przestałem być dzieckiem.

Marek Niedźwiecki

Opinie o ebooku Kolos - Finn Alnæs

Cytaty z ebooka Kolos - Finn Alnæs

Nigdy nie mogłem pojąć tych, którzy wpierw żądają cudu, aby potem uwierzyć w Boga. Bo czy jakiś Bóg istnieje, czy nie, trudno mi wyobrazić sobie większy cud niż fakt, że my istniejemy, że żyjemy i umieramy; trudno o większy cud jak ten, że poruszamy się po czymś, co nazywamy kulą ziemską, co wokół tego, co nazywamy słońcem, krąży w bezkresnej przestrzeni nazywanej wszechświatem – i nie rozumiem, czy cud ten miałby wydawać się mniejszy po uzyskaniu informacji, że słońce jest kulą świecącego gazu o promieniu miliona czterystu tysięcy kilometrów, i tak dalej. Nie widzę powodu, aby zjawisko przestało być cudowne dlatego, że nauka określa je przy pomocy faktów i danych. Tak, ludzie są często głupcami.
Cóż to za przeżycie obserwować rankiem, jak Skaget, królowa leżąca na wschodzie, otwiera wrota wschodzącemu słońcu. Wtedy pierwszy promień ozłaca króla Blaatinda. „Oto pierwszy na dziś pocałunek dla Waszej Królewskiej Mości” – mówi królowa i na promieniu słonecznym posyła mu miłosny znak.

Fragment ebooka Kolos - Finn Alnæs

Dyskutując na temat skłonności przestępczych, nie wolno nigdy zapominać, że osobowość człowieka nie składa się z różnych oderwanych od siebie cech, lecz stanowi jedność, a w tej jedności należy poszczególne cechy traktować jako część składową całości.

(PROF. JOHS. ANDENÆS)

Największą i najważniejszą dla nas zagadką jest sam człowiek. Najwyższym celem rozumu jest dążyć niezmordowanie do coraz głębszego poznania psychiki ludzkiej, chociaż nie można nawet marzyć, iż da się to kiedykolwiek osiągnąć.

(C. G. JUNG)

SŁOWO WSTĘPNE

BRAGEGO BRAGESSONA

Promienie kuli świecącego gazu mają dziś wolną drogę na ziemię, a gdy patrzę na topniejący śnieg, przychodzi mi na myśl, że jest to kula o średnicy jednego miliona czterystu tysięcy kilometrów i jej odległość od śniegu wynosi w tej chwili mniej więcej sto pięćdziesiąt milionów. Od miliardów lat paliła się w przestrzeni i jeszcze miliardy lat będzie się palić, lecz oto pewnego dnia albo pewnej nocy – cóż to będzie za dzień! cóż za noc! – jej energia wyczerpuje się, kula gaśnie, krzepnie, i z ziemi znów widać gwiazdy. Nic nie jest niezniszczalne, nawet słońce. Zamiera, jak moje serce.

Nigdy mnie nie męczy podziwianie słońca. W największe zdumienie wprawiają mnie jednak nie dane naukowe o nim, owo minione stadium w naszej świadomości, lecz fakt, że ono tam jest: że słońce tam jest!

Nazywam się Brage Bragesson i jestem kozłem górskim. Czasami czuję się nim całkiem dosłownie: jak kozioł. Kozioł. Kozioł. Podoba mi się ta nazwa. Zresztą pewna stara wiedźma powiedziała mi niedawno, że w październiku czy listopadzie mimo wszystko, mimo wszystko, czeka mnie jakaś nowa i wielka, wielka miłość.

Coś łagodnego i czułego dla kozła. Niezwykłe. Niezwykłe.

O, kocham te stare wiedźmy, które rozwiązują różne moje problemy, lubię potem pogadać sobie z nimi przy rocznym bilansie: proszę bardzo! W styczniu nie zainteresowałem się czarnowłosą dziewczyną. W lutym nie wzbogaciłem się, wręcz przeciwnie, a na wiosnę wcale mnie nie spotkał szczęśliwy ożenek, bo moja jasnowłosa ukochana w Wielką Sobotę zniknęła, a ja wtedy siedziałem w ciupie. No? Jak? Dostanę forsę z powrotem, czy nie?

Ale potem w rozmarzeniu stykamy się głowami. – W październiku albo listopadzie, powiada pani? Czy to możliwe? I szczęśliwie? A kto to jest, można wiedzieć? Wampuś? Rzepka? Ruth albo Smokcia, albo jeszcze coś nowego? Ho, ho, zobacz, czy ma duże piersi i tęgie uda? Zobacz, stara! Co pani mówi, widzi to pani? Wielkie nieba, wielkie nieba! O Jezu, dziękuję pani!

Tak, nazywam się Brage Bragesson i urodziłem się 15 stycznia 1932. Gdy rozpoczynam to sprawozdanie, mam lat dwadzieścia osiem, nie posiadam stałego miejsca zamieszkania, jestem stanu wolnego i bezdzietny. Mój tytuł brzmi: były student, były narciarz, były marynarz i były więzień. Jest majowy dzień roku 1960.

Nie mam pojęcia, dokąd zaprowadzi mnie to sprawozdanie. Nie mam żadnego innego celu, któremu mógłbym się poświęcić, i opiszę te wydarzenia, jakie uważam za najważniejsze w swoim życiu: proces 1955, późniejsze wypadki i przeżycia podczas zamieci śnieżnej 1960... historię kilku ampułek szybko działającej insuliny.

To jest moje zadanie. Nie wymaga ono rzeczy niewykonalnej: żebym był obiektywny. Wymaga czegoś przeciwnego: żebym w tym opowiadaniu odbił swój wewnętrzny krajobraz tak, aby stał on przede mną jak coś w rodzaju lustra. Ale w celu zachowania pewnej dozy obiektywizmu – który wprowadzam, bo mnie samego to bawi – mam przed sobą na biurku dokumenty z rozprawy sądowej, wycinki prasowe i trochę innych papierów. Użyję ich wszystkich po to, aby w przybliżeniu pokazać swój obraz widziany oczyma opinii publicznej. Nie mam jednak zamiaru wiązać się chronologią procesu, sam ustalam swój własny porządek: tu trochę przemówienia, tam trochę przesłuchania, tu trochę pisaniny z gazet, ówdzie trochę opinii rzeczoznawców – krótko mówiąc, biorę wszystko, co uważam za najważniejsze, w porządku, który wydaje mi się najwłaściwszy, a przy tym tu trochę opuszczam, a ówdzie trochę dodaję.

Ale sprawozdanie musi się przecież od czegoś zacząć i wielu ciągle jeszcze uważa, że najmądrzejszą taktyką jest zacząć od dzieciństwa – szczególnie, jeśli było smutne – tak jakby w nim można znaleźć przyczyny postępowania dorosłego człowieka – szczególnie wtedy, gdy było smutne.

Mnie jednak taka taktyka nie interesuje, uważam bowiem, że dorosły człowiek w żadnym wypadku nie jest prostym zadaniem arytmetycznym. Uważam, że najbardziej zasadniczych spraw nie można określić w związku czasowym i przyczynowym, ponadto zaś babranie się dorosłego człowieka w swoim własnym lub cudzym dzieciństwie wydaje mi się nieprzyzwoite. Gdy to się dzieje w imię nauki, świadczy również o zarozumiałości: człowiek wyobraża sobie, że udało mu się znaleźć klucz do zagadki świata, i w zapale rozwiązywania, rozwiązywania problemów, rozwiązuje je, lecz czyni to z punktu widzenia swoich malutkich i lekkomyślnych założeń, nie może więc zauważyć, że dziecko w dorosłym człowieku jest tym, czym nasz system słoneczny we wszechświecie: małą wielkością w bezmiarze wielkości.

Jeżeli jednak rozpoczynam od sylwetek rodziców, robię to nie dlatego, bym widział w nich jakieś ważne, współdziałające czynniki mego życia, tak jak ono się układa, lecz dlatego że mgliste wspomnienie tych dwojga ludzi po prostu mnie wzrusza.

Mimo wszystko ma się przecież rodziców. Choć trudno to pojąć, miał ich nawet Führer i deprawator Trzeciej Rzeszy. No bo proszę: o godzinie pół do siódmej wieczorem, dnia 20 kwietnia 1889, w małej gospodzie „Gasthof zum Pommer”, w miasteczku Braunau nad rzeką Inn, pewna kobieta imieniem Klara naprawdę urodziła chłopca, którego ochrzczono i wpisano do księgi metrykalnej jako Adolfa Hitlera! Może łatwiej byłoby to wszystko zrozumieć, gdyby tych dwoje turystów, Alois i Klara – o nazwiskach kojarzących się dla Norwega z czymś w rodzaju pumpernikla i kiełbasy, czyli Schicklgruber i Pölzl – natknęło się na to stworzenie u stóp jakiegoś świeżo wybuchłego wulkanu, tak że później można by było uznać, że znajda był rodem z piekła.

I uwinęli go w pieluszki, i ułożyli go w koszu, a potem pospieszyli do domu w Braunau nad rzeką Inn nie przewidując, ile nieszczęść spadnie kiedyś przez to na świat.

A więc do dzieła. Mam dość czasu, bo ciągle jeszcze jestem rekonwalescentem po obrażeniach, jakich doznałem podczas zamieci śnieżnej 25 lutego tego roku, właśnie w tym czasie, kiedy – według amatorsko-astrologicznych przepowiedni mojej wiedźmy – miałem się wygrzewać w gorącym słońcu Południa.

I

PROCES

Mój ojciec był potężny, ciężki, jakby wyciosany z granitu, prawie dwumetrowego wzrostu, z wyglądu imponujący, ale – według słów matki – jak „niedostępne zamczysko”, zamknięty w sobie i milczący, człowiek, który wszędzie wydawał się nie na miejscu. Nie na miejscu, ale jak głaz.

Miał ładne oczy, patrzące trochę bojaźliwie, z wyrazem zdziwienia, a usta zacięte, choć wrażliwe. Przedziwna gęba. „Urzekająca”, mawiała moja matka.

Mówiąc o matce, ojciec rzadko używał jej imienia, zwykle nazywał ją uroczyście „małżonką” lub zwracał się do niej „moja droga”. Pod wpływem alkoholu miał ją podobno kilka razy nazwać „swoją kochanką” lub „swoją nieszczęśliwą kochanką” i powiedzieć, że nie była jego żoną i moją matką, lecz „tylko małżonką i kochanką”. W ogóle zaś te kilka razy, kiedy był skłonny do zwierzeń, to znaczy gdy miał w czubie, mówił głównie o niej, krótkie, urywane zdania o tej, która go tak obchodziła.

Była popielatą blondynką, kobietą pełną wigoru, dobrze zbudowaną i, o ile rozumiem, lubiącą się podobać. Spojrzenie miała powłóczyste, ale jej oczy często patrzyły z boku szelmowsko i wyzywająco.

Jak daleko sięgam pamięcią, oboje prowadzili z sobą ciągłą wojnę, bez głośnych słów i wrogich czynów, lecz po cichu, zawzięcie i równocześnie nie bez uczucia. Nic nie wskazywało na to, aby robili sobie na złość. Ta ich wojna była czymś w rodzaju atmosfery ciągłego napięcia, które prawdopodobnie rodziło się z tego, że nawzajem żądali od siebie zawsze czegoś innego, czego nie chcieli lub nie mogli sobie dać albo nie wiedzieli, jak dać. Może też nie umieli nigdy wyrazić swoich życzeń słowami.

Zdaje mi się, że oboje bardzo do siebie lgnęli. O ile sobie przypominam, wybuchy namiętności następowały zwykle w chwilach pojednania. Do dziś pamiętam, jakby to się zdarzyło dopiero przed kilku minutami, że moi zawsze tak poprawni rodzice tracili opanowanie prawie na moich oczach; widzę ich obejmujących się czule i szeptających najbardziej pieszczotliwe słowa, jakie w życiu słyszałem. Jeszcze pamiętam niektóre zdania. Matka: – Ty moja kochana, kochana zgryzoto! – Ojciec: – Nie zasłużyłem na to, aby zawiązać rzemyk u twego bucika. – Matka: – Ani ja u twego. Ale wiesz, kochany, oboje musimy na to zasłużyć. – Ojciec: – To jedyna rzecz, na której mi zależy. – Matka: – Tak strasznie cię kocham, tak okropnie... nie mam nawet słów! – Ojciec: – Ciągle zaprzątasz moje myśli. Cały dzień myślę o tobie. Przeszkadzasz mi w pracy. Nie, nie przepraszaj mnie, bo jesteś bardzo kochaną przeszkodą. – Matka: – Pragnę ciebie, ciągle ciebie pragnę! – A potem znów przytłumiony głos matki: – Och, ty! Ty! – Wreszcie niepewne, monotonne pomrukirwanie ojca: – Chcesz, tak bardzo chcesz...

Mogę więc tylko snuć przypuszczenia co do powodów, dla których przeważnie panowała między nimi wojna. Z upływem zaś lat doszło do tego, że żyli osobno, każde w swoim pokoju, a spotkania były tylko sporadyczne i bolesne.

Ojciec często wyjeżdżał za interesami, a matka często wracała późno z miasta. Utarło się, że pod nieobecność ojca przychodził do matki jeden z jej przyjaciół, który mówił o sobie „wuj Teodor”. Czytał mi bajki i rysował śmieszne rzeczy, łódki, samoloty, trolle i wielkie, wielkie słonie. „Teraz się w coś zabawimy”, mawiał wuj Teodor, a wtedy zamieniałem się cały w ciekawość. Wydawał mi się miłym człowiekiem, znacznie milszym od ojca. I oczywiście był milszy.

Ojciec był bardzo: milczący, pracowity, zakochany w matce; interesował się literaturą, uprawiał wędkarstwo i turystykę, lecz rzadko bywał miły. Gdy wchodził do pokoju, natychmiast powstawała dziwnie napięta atmosfera, matka zaś znajdywała sobie zaraz tysiąc różnych zajęć. I jej oczy, te ciągle wędrujące za nim oczy. I jego oczy, które prawie nigdy nie spotykały jej oczu, choć patrzyły na nie i patrzyły w nie...

Sceny pojednania zdarzały się aż do końca, oczywiście coraz rzadziej. O, tacy byli nieszczęśliwi, tacy nieszczęśliwi ze sobą, że chodziłem prawie samopas i mogłem do woli łobuzować. Raz ściąłem słup telefoniczny. Zjawił się glina. Ojciec wyszedł ze swej skorupy, ukarze, ukarze przykładnie! Za wszystkie psoty już popełnione i jeszcze na zapas! Stanąłem w pozycji obronnej. Matka rozdzieliła nas i śmiała się z obu. Ojciec prychnął gniewnie i znów zamknął się w swojej skorupie.

Nie przypominam sobie, abym się martwił z powodu rodziców. Prawdopodobnie w pełni korzystałem z wolności, którą dawała mi ta sytuacja. Świat zaś był nowy, pełen niezbadanych rzeczy i spraw. Miałem ważniejsze zajęcia niż kłopotać się cichą wojną swoich rodzicieli. Czasem jednak przychodziło mi na myśl, że powinni żyć ze sobą tak, jak inni ojcowie i matki. Wtedy szedłem do ojca i przekonywałem go, jaka matka jest miła i dobra. Ojciec nazywał mnie wtedy „maminym rycerzem”. Z kolei przed matką broniłem ojca. Matka wzdychała: byłem za mały, żeby zrozumieć. Raz nazwała mnie „tatusiowym giermkiem”. Tak przeszło kilka lat. Parę razy pogodziłem ich, a wtedy byli tacy wzruszeni, tak się nade mną serdecznie roztkliwiali, nad swoim małym chłopczykiem.

Ojciec uśmiechał się rzadko, a do mnie już prawie nigdy. Zrobił to raz czy dwa, przelotnie, mówiąc przy tym: „No, czego sobie dziś życzy mamin rycerzyk?”. Na ogół czułem się w jego obecności kimś niepożądanym; małym stworzeniem, które przypadkiem znalazło się w jego domu.

Usposobieniami różnili się rodzice tak jak dzień od nocy. Matka potrafiła wesoło szczebiotać, była pełna życia, często reagowała bystro i dowcipnie. W porównaniu z nią ojciec wydawał się na pół senny.

Była od stóp do głów kobietą. Jej najmniejszy nawet ruch odznaczał się wdziękiem, czasami wprost zaskakiwała gracją. Nawet ja, jej synek, choć mały, widziałem to i uznawałem. Raz po raz prawiłem jej komplementy: „Ładnie wyglądasz, mamusiu”. Ona zaś, doświadczona kobieta, umiała cenić uznanie ze strony syna. Moje słowa były dla niej najmilszym, niezaprzeczalnym potwierdzeniem. Jeżeli nawet ja, „mały brzdąc”, to widziałem...!

Była łasa na pochlebstwa. W późniejszych latach głęboko nieraz przeżywała spotkanie dawnego wielbiciela, który mówił: „Wprost nieprzyzwoite! Z roku na rok wyglądasz coraz ładniej!”. Po takim spotkaniu wracała do domu promieniejąc krótkotrwałą radością, z zachwytem opowiadała o tym ojcu, zawsze z takim samym zachwytem mu o tym mówiła. On jednak nie mógł dzielić jej radości.

Od niego nigdy nie domagała się komplementów, obdarzał ją nimi skąpo tylko w chwilach pojednania. Raz powiedział: – Masz taką żywą twarz. Czuję się jak... jak... – szukał odpowiedniego słowa – jak kawał metalu – wyjąkał wreszcie. Ciepły, pewny głos matki odpowiedział: – Może stopię ten metal. – Ojciec przyjął to potwierdzenie kwaśno. Zamilkł, odsunął się od niej i nie odzywał się przez wiele, wiele dni.

Kilka razy do roku matka skupiała całe zainteresowanie na mnie. Chciała wtedy hurtem nadrobić zaniedbania. Sypały się na mnie obietnice wszelkich szczęśliwości: prezentów, kina, pieszczot, spacerów... wszystko w ogłuszającym tempie.

Pewnej nocy dosłyszałem jej przytłumiony głos:

– Nie! Daj spokój. Nie!

Po chwili odezwał się bezbarwny głos ojca:

– No? O co chodzi?

– Nie! Nie!

– Dlaczego? Nie chcesz?

Nastąpiła długa chwila ciszy. Potem znów usłyszałem matkę:

– Czy ja chcę! Czy chcę! Człowieku, jak możesz wątpić? Jak możesz wątpić?

– No więc... o co idzie... nic nie rozumiem.

– O, mój kochany, mój kochany, nie rozumiesz, nic nie rozumiesz. Widzisz... to tak jak... wszystko wymaga czasu, kochany, wszystko wymaga czasu.

Tak mniej więcej oni rozmawiali ze sobą tej nocy, moi rodzice.

Matka umarła w noc świętojańską. Ojciec był „w podróży”, ona zaś wybierała się na wieś do przyjaciół. Wyruszyła samochodem dopiero późno wieczorem. Już wczesnym popołudniem zdradzała niepokój, bez przerwy kręciła się po całym mieszkaniu. Potem usiadła przy telefonie. Starała się dodzwonić do ojca. Telefonowała do wielu ludzi. Czy może ktoś mógłby powiedzieć, gdzie go można znaleźć? Musi z nim pomówić. Dziś. Tak, koniecznie dziś. Dziś w nocy, do diabła!

Jedną z tych rozmów pamiętam tak dobrze, że potrafię ją odtworzyć:

– Nie wiem... nie wiem... a czy ty wiesz, gdzie on jest? O, Magda, nikt nie ma pojęcia, gdzie on jest. – Nie wytrzymam tego. – Ale ja go kocham. – Co? – Ale ja jego właśnie kocham, do licha! Nie mogę z nim na zawsze zerwać, nie mogę, nie mam odwagi, nie chcę. – Bo właśnie jego kocham. – Tak. – Być może. – Magda? Wiesz, ostatnio sama zadawałam sobie pytanie, czy błąd polega na tym, że nie jestem dla niego dość atrakcyjna. Może nie dość się o to starałam. Może stać mnie na więcej. – Ciągle mam nadzieję, Magdo. Nie mogę zrezygnować. Tak, wiem o tym, on biedak jest okropnie zamknięty w sobie. Kocham go. – Tak, to wszystko nie ma sensu, tak jak jest teraz. Ale co mam zrobić? Oszaleję! Doprawdy, oszaleję! Oszaleję!

Potem zapanowała długa cisza. Gdy wszedłem do pokoju, matka siedziała pochylona do przodu, z głową na kolanach; jej charakterystyczna postawa podczas nieobecności ojca.

Podniosła ku mnie twarz, uśmiechnęła się przyjaźnie, jakby usprawiedliwiająco, i powiedziała:

– To ty?

Po chwili ciągnęła dalej:

– Wkrótce wszystko się poprawi. Przeprowadzimy się. Do nowego, ładnego mieszkania. Co o tym myślisz, Brage?

Zawsze żyła nadzieją, że nowe mieszkanie albo nowy dom znów zbliży ich do siebie. W dzieciństwie przeżyłem wiele przeprowadzek.

– Muszę z tobą poważnie porozmawiać, synku – powiedziała nagle z przejęciem. – Powiem ci coś, czego nie wolno ci zapomnieć. Musisz to sobie przypomnieć, gdybyś kiedyś poczuł wobec mnie rozgoryczenie.

Zacząłem zapewniać, że nigdy.

– Jesteś dużym i grzecznym chłopcem. Ale tylko w domu. Dlaczego poza domem jesteś taki niegrzeczny?

Uśmiechnęła się uwodzicielsko. E! Chyba podobało jej się to, że ze mnie był kawał urwisa.

Potem znów zaczęła poważnie:

– Tak, to musisz zapamiętać. Ze mną jest tak... wyobraź sobie, że masz pragnienie, ale nie masz dość wody... masz tylko odrobinę wody... od czasu do czasu... tak że ciągle masz pragnienie. O! To jest nie do zniesienia!

Chwila ciszy.

– Będziesz pamiętał?

Skinąłem głową, ale wiele z tego nie rozumiałem. Matka wstała i mocno pocałowała mnie w czoło:

– Będziesz kiedyś duży i spotkasz jakąś kobietę, jakąś miłą dziewczynę, która będzie ci się podobać. Wtedy musisz od niej żądać wszystkiego! Powtarzam, wszystkiego!

Nie przemawiała do mnie, lecz do ojca. Toteż ja jej wtedy nie rozumiałem. Nie pamiętam więc dokładnie reszty, wiem tylko tyle, że był to wybuch. Ale chyba musiała użyć takich słów:

– Żądaj, żeby ci się oddała bez reszty! Bo tylko miłość między mężczyzną a kobietą jest celem naszego życia, nic innego. Zobacz, jak się od siebie różnimy... zobacz, czy moja ręka nie jest miękka i szczupła...? Dotknij, synku... prawda, że jest miękka i gładka...? A ręka twego ojca jest szorstka, szeroka i silna. Życie opiera się na tej różnicy. Jakie to piękne, kochać drugiego człowieka! Piękne! Tyle radości to przynosi! Tyle radości!

Stała wtedy jak urzeczona, ta moja matka-kolega, jakby zupełnie zapomniała, że moje życie poczęło się kiedyś z jej życia.

Później wyszła. Usłyszałem, że zapala motor, a potem słyszałem oddalający się po drodze warkot samochodu. To było ostatnie wspomnienie wiążące się z matką.

Nazajutrz gazety przyniosły zdjęcia rozbitego samochodu. Naoczni świadkowie stwierdzili, że w szaleńczym tempie jechała wąską drogą, wijącą się nad brzegiem morza, w końcu wóz zarzucił na ostrym zakręcie i po kamiennym usypisku wpadł do wody. Rozbił się na miazgę.

Tuż przed katastrofą matka próbowała przyhamować. Świadczyły o tym głębokie ślady kół na trzydziestometrowym odcinku wysypanej szutrem drogi. Jedni klęli na wariacką jazdę, inni bąkali o chwilowym zamroczeniu umysłu.

Ja jednak wiem bez wątpienia, co zaszło po jej samotnym wyjeździe samochodem. Jadąc, myślała o ojcu, widziała ludzi na brzegu morza, widziała młode szczęście obejmujące się na skraju lasu, palące się ogniska, tańczące pary, słyszała śpiewy i wesołe tony harmonii, wszystko w tę najkrótszą w roku noc, w noc świętojańską, i gdy jej oczy wszędzie widziały miłość – cały świat jest miłością! – serce przepełniała gorycz i gorycz opanowała ją bez reszty; w oszalałej rozpaczy nie chciała już dłużej żyć, załamana, dodała gazu, wóz pędził coraz szybciej, coraz szybciej... zbyt późno się opamiętała, zbyt późno przyznała się sama przed sobą, że mimo wszystko chce żyć, zbyt późno zahamowała – stoczyła się w przepaść. Tak, mogę sobie wyobrazić pełną życia twarz mojej matki w tym momencie, gdy wóz znalazł się już w powietrzu, gdy zbladła w szaleńczym strachu przed śmiercią, a z jej ust wydobył się krzyk: „Nie! Nie!”.

Stare słowa: „los” i „przeznaczenie” zupełnie mi odpowiadają. Nie potrafię znaleźć lepszego określenia na to, co spotyka człowieka albo co go czeka niezależnie od jego woli i wyboru. Drański jest los, który uderza na ślepo: lawina, piorun, powódź, choroba i tak dalej. Nikczemne jest takie przeznaczenie, które zadaje cios z rozmysłem: kryje się za wyborem i wolą, lecz jest jakimś zaślepieniem, zmniejszonym rozeznaniem lub zaburzeniem umysłu, a więc w gruncie rzeczy chorobą.

Mnie podły los po wielekroć dotkliwie uderzał, ale zrobiłem sobie sport z tego, aby nie ulegać i na swój sposób się bronić. Zawsze dźwigałem się na nogi. Zawsze. To mój cel, być niezwyciężonym, niedosięgalnym, jak kolos wysoko górujący nad zrządzeniami Opatrzności. Niech się cały świat wokół mnie wali, ja będę stał prosto na własnych nogach, a jeżeli i ja kiedyś na dobre się zwalę, odbędzie się to z wesołym śmiechem, z krzykiem i hałasem, po maksymalnym oporze. Dobrze jest tak żyć. W ten sposób moje życie ma jakiś sens. Na zdrowie! Mówię wam: używanie własnych sił sprawia rozkosz, nawet gdy przeciwnik jest nieznany. Wspaniałe jest poczucie siły. Prawie upaja. Nie, na pewno upaja! Z satysfakcją i dumą człowiek upaja się własną siłą żywotną.

Siła, siła! To jest mój cel. A więc – zwalić się pewnego dnia tak, żeby tuman kurzu podniósł się z tej ziemi. Potem leżeć tak długo, aż sam się człowiek zamieni w pył unoszony przez wiatr. To jest wielkie. Mówię wam: to jest wielkie! Wielkie i niewytłumaczalne, tak jak wielkie i niewytłumaczalne jest słońce, wokół którego krążymy na naszym malutkim globie. Więcej nie żądam. Więcej po tej tajemnicy nie oczekuję. Już nigdy nie zapytam: dlaczego?

Wkrótce po śmierci ojca zachorowałem na paraliż dziecięcy. Nastąpił bezwład obu nóg i liczono się z tym, że nigdy nie przezwyciężę tego kalectwa. Udało mi się jednak, bo tego chciałem. Gdy w ciężkiej walce wygrzebywałem się z upośledzenia i dążyłem dalej, ciągle dalej, zostawiałem za sobą morze potu i łez. Pewien mój znajomy, Bentein Dagestad, powiedział raz, że „nikt tyle nie trenuje, co Bragesson”. Na pewno miał rację. Długo przedtem, zanim moi rówieśnicy byli zdolni do poddania się wyczerpującym ćwiczeniom, ja trenowałem świadomy celu i z twardym uporem. Dla nich sport był tylko zabawą i zabijaniem czasu, ja już od dwunastego roku życia traktowałem sport z całą powagą: chciałem osiągnąć najwyższy poziom i nie poprzestałem na tym, żeby stanąć znów na nogach. Nie, musiałem ich wszystkich prześcignąć. Musiałem więc oczywiście trenować więcej niż inni, co w moich własnych oczach wcale nie umniejsza mego sukcesu. Przeciwnie. Mam tym większy powód do dumy. Tak, tak, niech Bentein Dagestad myśli, co chce. I niech gada, co chce.

Zimą 1954 moje siły fizyczne osiągnęły szczytowy poziom. Wieloletni metodyczny trening pozwolił mi uzyskać dobre wyniki w biegach narciarskich, tak że przepowiadano mi na przyszłość coraz większą rolę na długich dystansach. Miałem wtedy dwadzieścia dwa lata i trener przewidywał, że jeżeli tylko będę nadal dążył w tym kierunku, to do trzydziestego roku osiągnę wszystkie cele, które sobie wyznaczyłem. Sam nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Wiedziałem, że mogę zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, jeżeli tylko będę chciał.

Bo też osiągnąłem niejedno. Obok uprawiania sportu zdałem kilka egzaminów, w różny sposób zarabiałem na życie, odsłużyłem wojsko, liznąłem też trochę psychologii i historii literatury; interesował mnie człowiek i jego możliwości, rzuciłem więc psychologię, bo pisarzy uważałem za ludzi najbardziej godnych zaufania, psychologów zaś przeważnie za szarlatanów. Na to wszystko znalazłem czas, i jeszcze na coś więcej. Miałem też czas na zabawy i hulanki, a nawet na to, aby się zakochać w uosobieniu kobiecości, któremu na imię było Siv. Wielkie nieba! Skąd brałem na to siły? Dlaczego nie miałem pysznić się swoją potęgą i możliwościami, na złość innym, rzecz oczywista, bo gdakających krytyków nigdy nie brakuje, ale gówno sobie z nich robiłem; gwizdałem na to, czy inni chcą ze mną dzielić moją radość; świat przecież i tak należał do mnie.

A więc na zimę 1955 wyznaczyłem sobie bardzo ambitne cele i przez całe lato i całą jesień ostro trenowałem. Nagle jednak, niedługo przed Bożym Narodzeniem, zaszło coś niespodziewanego. Postanowiłem zaciągnąć się na jakiś statek i uczyć się podczas wolnych wacht, „aby uniknąć dalszego zadłużania się na studia”. „Nienawidzę długów”, powiedziałem sobie. To zaś postanowienie prowadziło do następstw tak nieszczęśliwych, i tak nieprzewidzianych, że nie pozostawały one w żadnym rozsądnym stosunku do niczego, a już najmniej do samej decyzji.

Wszystko zaczęło się od snu. Proszę pomyśleć: zwrotnym punktem mego życia był sen; z mojej podświadomości wydobył się jad i zatruł zdolność rozumowania. Nikczemne było to przeznaczenie od początku, a zmieniło się w drański los.

Zdarzyło się to pewnej nocy w Nordablaas, moim szałasie w górach, latem 1954. Śniło mi się, że ugryzłem Siv do krwi w udo, a gdy sen się zwyrodnił: – gryzłem ją i gryzłem, i zdawało mi się, że w ten sposób osiągnę zaspokojenie żądzy – stopniowo się budziłem, jakby w proteście przeciw tej obrzydliwości.

Nagle zupełnie oprzytomniałem i zapytywałem sam siebie, czy to była jawa, czy sen. Obok mnie pod kocem leżała Siv. Spała spokojnie i równo oddychała. Uniosłem koc i spojrzałem na jej nagie ciało; było tak samo zdrowe i kuszące, jak przedtem. Pomyślałem więc, że tamto musiało mi się przyśnić.

To mnie ucieszyło, ale nagle stwierdziłem rzecz okropną: nie mogłem się skarżyć na brak potencji.

Ogarnął mnie niepokój. Serce zaczęło walić jak młotem, a ręce tak mi się trzęsły, że nie potrafiłem ich utrzymać spokojnie. W końcu wstałem i wybiegłem na podmokłą łąkę. Długi i szybki bieg w kółko, wiele razy. Potem wskoczyłem do sadzawki, wytarłem się szorstkim ręcznikiem i wróciłem na posłanie. Siv przywarła do mnie miękko całym ciałem i w półśnie wśród pocałunków szeptała mi do ucha, że tak słodko jest jej ze mną, tak niepojęcie dobrze. Odpowiedziałem, że jest moją najśliczniejszą, moją koteczką, moją małą Siv. Zamruczała, że ja jestem jej misiem, jej wielkoludem, jej dzikusem, że tak przy mnie ciepło, potem wymyślała jeszcze inne pieszczotliwe słowa, potem ożywiała się coraz bardziej i bardziej, aż nagle zbudziła się zupełnie, z wesołym śmiechem. Patrząc na mnie szeroko rozwartymi oczyma, wykrzyknęła – jakby nie robiła tego już wiele razy przedtem – że „Przecież ja cię kocham!”. A mnie ogarnął żar, nas oboje ogarnął żar, i dobrze nam było ze sobą, tak jak już wiele razy przedtem. Siv była kobietą, która mi naprawdę odpowiadała.

A potem oboje usnęliśmy głębokim i zdrowym snem.

Ale nie zapomniałem tego, co mi się wtedy śniło; nazajutrz długo się nad tym zastanawiałem. Najchętniej wyparłbym się wszystkiego, ale przecież nie mogłem zaprzeczyć, że sen był częścią mego ja. Czy byłem jednak za to odpowiedzialny? Czy w ogóle warto było o tym wspominać? Czy w każdym z nas nie drzemie diabeł? A ja ją przecież kochałem i prawie panika ogarniała mnie na myśl, że mogła ją spotkać jakaś krzywda. Otoczyłem ją całą siecią zakazów. Nie wolno jej było robić tego, nie wolno jej było owego, a późny i samotny powrót skądkolwiek do domu należał do najgorszych wykroczeń. Siv uwielbiała moje zakazy. – Biada temu, kto zrobiłby mi coś złego – mówiła z dumą, i słusznie. Pewnego razu sprałem na kwaśne jabłko jakiegoś świntucha, który podarł jej bluzkę, aby zobaczyć, co ma pod spodem. O! Piersi Siv! – Muszę przyznać, że wspaniale się czułem, sprawiając mu lanie według wszelkich prawideł sztuki. Dobrze mu tak, draniowi, który jeszcze nie wiedział, kto jest dziewczyną Bregessona!

Pewnego dnia wykąpaliśmy się w rzece pod górą Digerhö, a potem ja siedziałem zamyślony na kamieniu i patrzyłem na swoją Siv; leżała obok, grzała się w słońcu i z uśmiechem bawiła się mięśniem mojej łydki; ściskała go, poklepywała, a potem pieszczotliwie głaskała. Ja zaś toczyłem wewnętrzną walkę, zapytywałem sam siebie, czy jest coś podejrzanego w tym, że mężczyzna, bardzo zmysłowy mężczyzna, ma ochotę ugryźć takie apetyczne, białe i dojrzałe ciało kobiece. Przecież to prawie owoc. Weźmy na przykład tyłeczek albo udo, albo pierś. Człowiek może mieć naprawdę ochotę utopić w nich zęby, zjeść je na żywo. Ale przez to samo człowiek chyba nie jest ani ludożercą, ani ludożercą i sadystą w jednej osobie. Bo przecież w końcu tego nie robi. Ma tylko przebłysk ochoty i bawi się tą myślą.

Nie. Nie było w tym nic podejrzanego, tylko dowód gorącego pożądania, nieopanowanej, młodej żądzy, taki jej nadmiar, że człowiek chciałby zjeść swoją ukochaną. O Boże! O Boże! Zjeść swoją najdroższą! Cha, cha!

Ale za chwilę przyłapałem się na myśli, czy jednak nie potrafiłbym ugryźć jej naprawdę, na przykład odgryźć taki kawałek mięsa i połknąć go, ssać świeżą kobiecą krew – jeżeli, oczywiście tylko w tym wypadku – jeżeli miałbym pełną gwarancję, że później da się wszystko naprawić, że jej ciało będzie znów całe i zdrowe. Ze zdziwieniem skonstatowałem, że pod tym warunkiem naprawdę potrafiłbym to zrobić, choćby krzyczała z bólu, może nawet zemdlała. Byle tylko znów mogła być cała i zdrowa, i łagodna.

Ogarnął mnie strach, wstałem i zapytałem:

– Siv! Może chcesz, żebym trochę pobiegał?

– O, tak, pobiegaj dla mnie – odparła zachwycona.

Biegałem więc, zataczając wokół niej wielkie koło, ona zaś wodziła za mną przepełnionymi dumą oczyma.

Jak już powiedziałem, zdarzyło się to latem 1954, a mnie długo potem dręczyła myśl, że mógłbym, chociaż tylko we śnie i w fantazji, zrobić Siv coś złego, i to w tak okropny sposób. Przez następne miesiące nie zdarzyło się jednak nic gorszego i już prawie o wszystkim zapomniałem, gdy pewnego dnia, pod koniec listopada, znów złapałem się na tym, że śnię na jawie.

Prawda, że i przedtem zdarzało mi się niekiedy śnić na jawie, ale nie zwracałem na to większej uwagi. Tym razem w myślach biłem jakąś kobietę, jej ciało było może podobne do ciała Siv, trzepałem ją po tyłku i delektowałem się zaróżowieniem, które występowało na skórze po tych klapsach.

Możliwe, że takie przywidzenia zdarzały mi się już poprzednio, lecz teraz pierwszy raz sobie to uświadomiłem i równocześnie nabrałem przekonania, że owo zmysłowe podłoże było częścią mojej prawdziwej miłości do Siv. Przyciskałem ją mocno do siebie i co chwila szczypałem zębami jej skórę. Nie broniła się, nie robiłem jej krzywdy. Podobało mi się takie kąsanie, bo wtedy tym bardziej czułem, jak pode mną kipiała życiem. Mieć jej skórę między zębami, obejmować ją wpół – czuć, jaka jest jędrna; krew mocno pulsowała jej w żyłach, ciało miała twarde i zdrowe, prężyła mięśnie i cichymi okrzykami wyrażała radość i zadowolenie. I gdyby wtedy zjawił się morderczy instynkt, jakiś jego najmniejszy ślad, wcale bym się go nie wstydził, bo cóż on oznaczał w tej właśnie chwili, kiedy w ten właśnie sposób przeradzał się w pełną rozkosz dla mojej partnerki. Mówiła przecież, że jestem wprost bajecznym kochankiem. Nic nie wskazywało na to, aby choć odrobinę kłamała.

To wszystko mogło pójść w niepamięć i pozostać najwyżej tym, czym rzeczywiście było – bagatelką – gdyby szarlatani psycholodzy mimo wszystko nie wyryli we mnie swoich śladów i nie sprawili, że byłem skłonny do refleksji i „psychologicznie przeczulony”. Wszystko notowałem w pamięci, wszystko przeżuwałem, teraz więc chciałem się bronić przed trującymi oparami z mej podświadomości starając się to – oho! – bagatelizować.

Daj diabłu palec, a złapie całą rękę, mówi nasze przysłowie. I to prawda. Podałem mu palec, a następstwa nie dały na siebie czekać. Przez ciągłe rozmyślanie o tych rzeczach nieświadomie rozwijałem w sobie tę słabą pierwotnie tendencję, tak że potęgowała się i narastała. Pojawiły się nowe mary senne. Nowe sny na jawie prześladowały mnie bez przerwy. Zobaczmy, powiedziałem sobie, jak głęboko tkwi to obrzydlistwo. Wchodzisz do pokoju, rozbierasz ją, ewentualnie siłą, i widzisz jej apetyczne ciało. Może masz ochotę zobaczyć, jak świeża, czerwona krew spływa po jej białej skórze. Ciekawe, czy taki kontrast rzeczywiście specjalnie podnieca...

Pewnego dnia postanowiłem spróbować na serio. Ugryzę ją naprawdę. Tylko gdzie? Muskałem ustami jej piersi, ale nie; w piersiach są gruczoły, można je uszkodzić. Głaskałem ustami jej uda, ale nie; tam jest bardzo wrażliwa; aż tyle bólu nie mogę jej sprawić. Głaskałem ustami jej pośladek, i owszem; pośladki zniosłyby ukąszenie. Ugryzłem ją więc w pośladek, tak najpierw lekko, potem mocniej i mocniej. Podczas tego nabrałem na nią ochoty. Jęknęła cicho, może bardziej ze zdziwienia. Ugryzłem jeszcze silniej, wtedy krzyknęła: au! Miałem takie wrażenie, jakby rozkoszne ciepło pełzło mi po plecach ku szyi, a potem uplasowało się gdzieś w tyle czaszki, upajające ciepło, które nadawało żądzy jakiś nowy odcień, skłaniający do okrucieństwa, podniecało mnie coraz bardziej i bardziej, może nie napięciem samego popędu, lecz tym, że ten popęd był czymś nowym, zakazanym i strasznym. Poczułem skurcz mięśni szczękowych i zrozumiałem, że jeżeli się na czas nie opamiętam, moja prawdziwa natura opanuje mnie bez reszty i każe mi wyrządzić jej wielką krzywdę.

Opamiętałem się. Z przerażeniem i zachwytem gapiłem się na ślady zębów.

– Nie gniewaj się – powiedziałem. – Już nigdy więcej tego nie zrobię. Sam nie wiem, co mnie napadło.

Jęknęła cichutko, przytuliła się do mnie, chciała mnie mieć, ale postanowiłem sam siebie ukarać za swój postępek i odmówić sobie przyjemności. Ona jednak ani myślała się z tym zgodzić. – Nawet się nie waż! – groziła ze śmiechem i przekonywała mnie, że nie powinienem takiego głupstwa brać zbyt poważnie. Sama miała nieraz ochotę mnie ugryźć. A czy może nie drapała mnie? – No, chodź, mój ty wielkoludzie.

Uległem i było nam ze sobą bardzo dobrze.

Siv była taka mądra i dojrzała. O mnie trudno było to samo powiedzieć. Nazajutrz odczuwałem najpierw miłe oszołomienie, potem rozgoryczenie, z kolei wstyd, a na końcu potrzebę czujności. Muszę się pilnować, sam siebie stopniowo demaskować, zrobić generalny porządek i wielkie pranie według najlepszych wzorów psychiatrycznej abrakadabry.

O, jakże się wstydziłem za tę szumowinę, która płynęła z wnętrza mojej jaźni; wstydziłem się, czułem się zraniony i poniżony, a do Siv odnosiłem się niepewnie i milcząco. Ona myślała, że tracę dla niej zainteresowanie, zaczęła się więc uciekać do różnych babskich sztuczek. Tak, była nieodparcie urzekająca, udusiłbym ją z czystej miłości.

To był niesamowity okres, naprawdę. Chodziłem z szarą gębą i podkrążonymi oczyma, w dodatku chciałem być nowoczesny, zapaliłem więc pierwszego w życiu papierosa, aby tym uspokoić nerwy i przepędzić apatyczny nastrój. Dostałem przeraźliwego ataku kaszlu i pochorowałem się na dobre. Jeżeli mówię, że byłem cho-o-o-o-ory, to nie żartuję. Niech szlag trafi wszystkich fabrykantów papierosów! Biedna Siv, bardzo się martwiła, wypytywała trochę, ale nie przypuszczała, że to, co dla niej było tylko głupstwem, bagatelką, dla mnie stało się zmorą z fantastycznej rzeczywistości: sadysta Bragesson!

Od czasu do czasu obejmowaliśmy się namiętnie. Kilka razy upiłem się do nieprzytomności i pewnego ranka wylądowałem w izbie wytrzeźwień. Raz zrobiłem melodramatyczny gest, poszedłem do przystani i skoczyłem w brudną wodę, aby w niej zakończyć życie, ale już podczas skoku, jeszcze w powietrzu, uprzytomniłem sobie komizm tej sytuacji i wybuchnąłem śmiechem; z uciechą zanurzyłem się w wodzie, wypłynąłem i wdrapałem się na molo; gdy tam siedziałem, susząc na sobie brudny osad z portowego basenu, przemówiłem sam do siebie: Słuchaj, Bragesson. Masz przecież poczucie humoru. Dlaczego nie spojrzeć na to wszystko z tego punktu widzenia? Dlaczego nie skwitować tego pobłażliwym uśmiechem?

Wtedy z ciemnego zakątka pod dźwigiem wyłoniła się chyłkiem jakaś obszarpana postać, jakiś łazęga, jeszcze bardziej zalany i jeszcze nędzniejszy ode mnie. Przysiadł obok, objął mnie chudym ramieniem i zaczął mi poufale i kwieciście szeptać do ucha:

– Tak, tak. Życie jest ciężkie. Wypijmy sobie po jednym, kolego, i skończmy z tym na dobre, obaj razem, właśnie tu, zdychajmy obaj razem, dobra?

– Nie, zdychaj sobie sam – odpowiedziałem i zepchnąłem go do wody.

Chlup. Pluskał się w wodzie i wrzeszczał wniebogłosy:

– Ratunku! Ratunku! Nie umiem pływać!

– A czy nie powiedziałeś, że chcesz zdychać, co?

– Eeeeee! – odpowiedzią był chrapliwy wrzask i facet zniknął pod wodą.

No cóż, skoczyłem i wyciągnąłem go na molo. Trząsł się jak mokry kundel. Ja też się trząsłem, bo było to w grudniu. Dałem mu zmoczony banknot pięćdziesięciokoronowy i klepnąłem go po plecach.

– Jutro znajdziesz sobie pracę, chłopie.

– Kiedy nie mogę się rozstać z butelką – zaskomlił.

– Zamknij teraz gębę i ganiaj do domu, do żony, zanim się przeziębisz.

– Ona mi dopiero pokaże.

– Ale byczo było, co? No, wyrywaj do domu. Biegnij przodem. Gazem!

Dałem mu szturchańca w bok. Zaskomlił, zachwiał się i byłby upadł, ale go podtrzymałem i pociągnąłem od przystani w stronę pierwszej ulicy. Chciał usiąść na jakichś schodach, aby odpocząć i popłakać, ale mu nie dałem i popędziłem go dalej.

Nie widziałem żadnej taksówki, nadjechał za to radiowóz.

– Hej, co się tam dzieje?

– Może panowie zawiozą tego biedaka do domu, zbyt usmarowany na taksówkę.

– Wskoczył do wody?

– Tak.

– A pan go wyratował?

– Boże, oczywiście.

– On mnie zepchnął do wody – skarżył się łazęga. – Ale dostałem za to pięćdziesiątaka.

Dwu policjantów wysiadło z radiowozu.

– O, kogo widzimy, przecież to Evensen, prawda? Evensen, Evensen, co ty wyprawiasz, człowieku? Zabierzemy cię ze sobą. A pana też przy okazji odwieziemy do domu.

– Nie, ja sobie pobiegnę.

– W takim stanie nie może pan biec przez miasto. Wsiadaj pan!

– Mogę pobiec, dlaczego nie?

– Nie, wsiadaj pan!

– Skoro Bragesson mówi, że pobiegnie, to pobiegnie.

Pobiegłem, i tak zakończył się ten dzień.

Ale nazajutrz nie widziałem już w swym położeniu nic śmiesznego. Strach, że mógłbym jej kiedyś wyrządzić krzywdę, przeszedł w prawdziwą obsesję.

Trzeba z tym skończyć! – zagrzmiałem i zamówiłem sobie wizytę u psychiatry. Co on mi jednak powie? „Proszę położyć się na kozetce, panie Bragesson. Proszę mi opowiedzieć o swojej matce. Czy kochał ją pan? A ojca? Czy był pan kiedyś zazdrosny o ojca? Czy chciał pan kiedyś popieścić się z matką, gdy ojciec robił to samo? A teraz proszę mi poważnie odpowiedzieć na takie pytanie: Czy dostał pan kiedyś w skórę za zrobienie w majtki? Proszę leżeć spokojnie. Teraz pana zahipnotyzuję. Pan zasypia, pan zasypia, pan zasypia!”.

Pocałuj mnie w dupę, szarlatanie!

Odwołałem wizytę i postanowiłem sam porachować się ze sobą, jak przystało na mężczyznę.

Uderzyłem pięścią w stół. Zdecydowałem, że wyruszę na morze i zobaczę, co czas przyniesie. Gdyby Siv nadal miało grozić z mej strony niebezpieczeństwo, będę się musiał bez niej obejść.

Jak mi się to uda na dłuższą metę, tego nie brałem pod uwagę.

Pomysł był dobry, chciałem więc bez zwłoki wprowadzić go w życie. Tego samego wieczoru odwiedziłem Benteina Dagestada i poprosiłem go, aby jako syn armatora ułatwił mi natychmiastowe zaciągnięcie się na jakiś statek. Wiedziałem zresztą, że Bentein miał za kilka dni wypłynąć na jednym ze statków swego ojca. Myślałem więc o tym samym statku.

W pierwszej chwili Bentein był speszony. To jest bardzo ważne i należy to zapamiętać: Bentein był na początku speszony. Jaki miał po temu powód? Dlaczego kręcił się niespokojnie po pokoju, dotykał nerwowo różnych przedmiotów i mruczał:

– Na morze? Chcesz popływać... ze mną?

– Niekoniecznie razem z tobą – poprawiłem, a on przystanął i wbił we mnie wzrok:

– Nie, oczywiście, że nie – zgodził się, ale pozostał sztywny, poprawny i markotny.

Potem znów pospacerował trochę, jakby chciał opanować jakieś wzruszenie.

– Dlaczego nie odpowiadasz? Nie chcesz mi pomóc? Należymy przecież od lat do jednego klubu i chociaż nigdy zbyt zażyle ze sobą...

– Zażyle, zażyle! – wybuchnął Bentein nie patrząc na mnie, ale w głosie jego brzmiało zdenerwowanie. – Zażyle? Po co używać takich wielkich słów?

– Znajdź więc jakieś mniejsze. Powiedzmy: lubić. Specjalnie za sobą nie przepadamy. To wiadomo.

Mruknął coś niezrozumiałego, a jego obrzydliwe ręce bawiły się nożem do papieru. Potem, wciąż na mnie nie patrząc, oświadczył:

– Nie pamiętam, abym kiedykolwiek powiedział, że cię nie lubię.

– Słusznie, ale chyba to oczywiste, prawda?

Wzruszył ramionami tak szybko, jakby go złapał skurcz, i roześmiał się bardzo nerwowym chichotem.

– Z czego się śmiejesz?

– E, nic.

– Phi... pierwszy raz słyszę, żebyś się śmiał.

– Widocznie mam powód – odparł ponuro.

Ale nagle – podkreślam, jak na niego bardzo nagle – odwrócił się ku mnie i z trochę drwiącym uśmiechem popatrzył na mnie tak, jakby mnie pierwszy raz widział.

Wtedy zrozumiałem wyraźnie, że przypadła mu do gustu rola, którą go obdarzyłem. Dotąd nigdy tak na mnie nie patrzył. Nigdy też jeszcze nie przychodziłem do niego z prośbą o jakąś przysługę. Kąciki ust uniosły mu się w grymasie zadowolenia i zadał mi zupełnie zbyteczne pytanie:

– Zostawisz Siv?

– Kto to powiedział?

– Przecież wyjeżdżasz, a ona zostaje. Chyba nie będzie ci towarzyszyć, powiedzmy, jako kelnerka na statku, co?

– Nie.

– Będzie za tobą tęsknić. Kocha się przecież w tobie.

– Ona studiuje i ma dość zajęć. Zresztą jesteśmy młodzi. Możemy znieść krótką rozłąkę. Ja zaś nigdy nie byłem za granicą, poza Szwecją i Finlandią. W dodatku chcę uskładać trochę pieniędzy. Nienawidzę zaciągania długów na studia.

– A co będzie z treningiem? Może to dziwnie brzmi w moich ustach. Ale kto by pomyślał: Brage Bragesson dobrowolnie zaciąga się na statek, porzuca Siv, narty, śnieg, las...

– Masz dla mnie jakąś robotę, czy nie? Na pokładzie. Chcę być na świeżym powietrzu. Pokładową robotę.

– Dlaczego do mnie z tym przychodzisz? Jest przecież na mieście biuro werbunkowe.

– Tak, ale pomyślałem, że przecież ty sam...

– Ja będę w maszynowni, coś w rodzaju praktyki. Wiesz przecież, że chcę być inżynierem mechanikiem okrętowym.

– Wiem, ale to nie ma nic wspólnego z moją sprawą.

– Tak, właściwie masz rację.

– Przyszedłem, bo wiem, że masz wyruszyć na tym statku. A statek należy do twego ojca. Nie mógłbyś załatwić dla mnie pracy pokładowej?

Jego oczy długo błądziły po mnie. Rumienił się powoli. Jeszcze raz podkreślam ten fakt: Bentein rumienił się powoli, potem odwrócił głowę i nagle, jak eksplozja, padły słowa:

– W porządku!

– Co jest w porządku?

– Popłyniesz z nami.

– Ale ty nie jesteś kapitanem. Czy nie musisz najpierw pomówić z kapitanem?

– Załatwione. Właśnie tak się zbiegło, że chłopiec pokładowy zachorował.

– Ale może kapitan już kogoś znalazł.

– Zostaw to mnie. Popłyniesz z nami. Nie musisz szukać niczego innego. Sprawa jest załatwiona.

Z zastanowieniem pokręciłem głową: Bentein zdecydowanie chciał, żebym z nim popłynął. To było oczywiste.

Ten człowiek zawsze stanowił dla mnie zagadkę, bardzo tego nie lubiłem. Coś zawsze w nim było, coś nie do zniesienia, coś trudnego do zdefiniowania, lecz stale obecnego, co zawsze działało mi na nerwy. Czy miałem się silić na rozwiązanie tej zagadki? Był w końcu tylko znajomym i nie chciałem, by stał się kimś więcej. Rzecz jednak tkwiła w tym, że ten znajomy, który rzadko zamieniał ze mną kilka słów, równocześnie tak często, tak podejrzanie często znajdował się blisko mnie. W życiu klubowym musiałem mieć z nim od czasu do czasu jakiś kontakt, ale stwierdziłem, że również na rozmaitych uroczystościach, zebraniach i podobnych spotkaniach dość często, niby przypadkowo, kręcił się w pobliżu – jakby podsłuchując i szpiegując. To mi się nie podobało. Nie lubiłem, gdy był w pobliżu.

Patrzcie! A teraz przyszedłem i napraszam się, aby spędzić z nim miesiąc, może nawet kilka miesięcy na jednym statku? Musiałem upaść na głowę!

Wzdrygnąłem się lekko, ale opanowawszy się, pomyślałem sobie tak: Wszystko jedno. Na statku będzie wielu ludzi, a w ten sposób wyruszę w rekordowym terminie.

– Dziękuję, jestem zachwycony – powiedziałem głośno.

– O, głupstwo – odparł Bentein, unosząc wysoko brwi. Nagle wydał mi się uosobieniem arogancji.

Statek odpływał za cztery dni, miałem więc urwanie głowy ze zdobyciem na czas potrzebnych papierów.

Siv pobladła i wodziła za mną smutnymi oczyma. Rzecz oczywista, rozumiała, że od niej uciekam, ale ani nie rozumiała przyczyn, ani nie zadawała mi żadnych męczących pytań. Na to była za delikatna.

Serce mi się krajało, ale z drugiej strony byłem bliski szaleństwa i w dodatku poczułem, że robię się okropnie sentymentalny. Ostatniej nocy przed odejściem statku postanowiłem wielkodusznie zrezygnować z tej wspaniałej kobiety na zawsze. Wkradłem się do ogrodu otaczającego dom Siv, wdrapałem się po rynnie i wśliznąłem się do jej sypialni, bo okno jak zwykle było nieco uchylone. Tam, podczas gdy ona leżała na łóżku i spała, usiadłem przy jej małym biureczku i napisałem taki patetyczny, iście pijacki list:

„Ty tu śpisz, śpisz zdrowym snem i nawet nie przypuszczasz, co ci jutro przyniesie. Tak spokojnie śpisz. Leżysz na boku, zwrócona ku mnie, i nie wiesz, że lampa się świeci i ktoś patrzy na ciebie po raz ostatni. Twoje biodra rysują się pod kocem dumnym łukiem, a twoje ramiona, twoje smukłe dłonie, spoczywają splecione u twoich ust jak białe, białe łabędzie.

Żar we mnie kipi. Głowa mi płonie. Bo muszę się pożegnać. Żegnaj, bo używałem przemocy i gwałtu, żegnaj, bo nie mogę pozwolić sobie na to, abyś była moją. Tej nocy jestem łagodny i wszystko we mnie śpiewa, jutro będę może dziki, wszystko będzie we mnie wrzeć. Buduję i rujnuję po to, aby budować. Ciebie też skrzywdziłem. A teraz siebie. Ta ręka, która unosi się do pieszczoty, zdolna jest w tej samej chwili również do tego, aby uderzyć. A gdybym uderzył, ręka chciałaby równocześnie pieścić. Bo pragnę więcej, więcej, ciągle czegoś więcej. Ogień mnie trawi, ogień, ogień, i nie panuję nad płomieniami.

Jeszcze raz – w myślach – całuję twoje uda, twój brzuch, twoje piersi, twoje usta i ręce, jeszcze raz zatapiam się w twoich oczach, jeszcze raz pieszczę twoje jasne włosy, jeszcze raz – zanim zgaszę światło i porzucę cię – szepczę: moje kochanie!”.

I dopiero wtedy – gdy postawiłem ostatnią kropkę – zdziwiło mnie, że w tę ostatnią noc, jaką spędzam na lądzie, ona śpi tak cicho i spokojnie. Jak może! Jak śmie! Czy mnie nie kocha?

Wtedy zobaczyłem! Na szafce nocnej! Trupia główka z napisem „Trucizna”! Dramatycznym gestem sięgnąłem po buteleczkę: „Citopan-Nyco, 1–2 tabletki wieczorem według wskazań lekarza”. Tabletki nasenne! Szybko odkorkowałem buteleczkę. Była prawie pełna. Odetchnąłem z ulgą.

Oczywiście. Wzięła środek nasenny, aby w chwili pożegnania na molo nie mieć podkrążonych oczu, lecz wyglądać tak ładnie, jak zawsze. Kochana Siv! Szalony Brage! Przebacz!

Na wszelki jednak wypadek ukradłem jej buteleczkę i, co dziwniejsze, znalazłem we łbie jeszcze tyle zdrowego sensu, żeby nie zostawić tego żałosnego listu. Przyszło mi na myśl, że muszę się jeszcze zastanowić. A szkoda, bo Siv nigdy nie dałaby się nabrać na taki list; była na to za dorosła, znacznie doroślejsza ode mnie, trzy lata od niej starszego. Zgodnie z umową przyszłaby na molo, śmiałaby się tym swoim zaraźliwym śmiechem, rozumiałaby mnie i przemówiłaby mi do rozsądku, pomogłaby mi pozbyć się tych wariactw trapiących moją podświadomość, tak że machnąłbym ręką na statek i natychmiast zwolniłbym się z pracy.

Niestety miałem za dużo rozsądku. Wsadziłem list do kieszeni, zjechałem po rynnie i pobiegłem do domu.

Wkrótce jednak dostałem nowego napadu, znów zbudził się we mnie sentymentalny trubadur. Zarzuciłem na ramię harmonię i jak idiota pomaszerowałem przez pół miasta do Siv, aby jej zaśpiewać serenadę czy coś w tym guście, opiewać czystą i gorącą miłość, wolną od wszelkiego brudu z mego wewnętrznego bagna.

Stanąłem uroczyście pod jej oknem, gotów zwiać, gdybym przypadkiem zbudził też jej starych.

Zagrałem kilka tonów, ale prześladowała mnie ta myśl o rodzicach. Co będzie, jeżeli się zbudzą? Dopiero wyjdę na głupca! „Co ty tu wyprawiasz po nocy, Brage!”

Przestraszyłem się i czmychnąłem jak zbity pies. Ale płot pana Hansena musiał zapłacić za mój niepokój. Szedłem po chodniku i, równocześnie uśmiechnięty i wściekły, wyrywałem sztachetę po sztachecie.

Po kilku minutach znów odzyskałem równowagę. Wstąpiłem do parku, usiadłem na ławce i akompaniując sobie na harmonii śpiewałem jedną po drugiej smutne piosenki.

Gdy Siv przyszła kilka godzin później do portu, była bardzo blada. Tuż przed sygnałem odejścia statku zapytała mnie drżącym głosem:

– Czy cię jeszcze kiedy zobaczę?

Objąłem ją gorąco i odpowiedziałem, że oczywiście.

Nie miałem jej już jednak nigdy zobaczyć jako wolny człowiek. Widziałem ją raz na sali sądowej, nigdy więcej.

Statek odpływał, ja stałem na rufie i machałem ręką. Z warg Siv mogłem wyczytać, że szeptała:

– Kochany. Mój kochany.

To było wszystko. Ale to znaczyło wiele i było typowe dla Siv.

Co za absurdalna sytuacja! Lecz statek płynął na południe, ja znajdowałem się na jego pokładzie, a data brzmiała: 11 grudnia 1954.

Na statku spotykałem się z Benteinem. Wymienialiśmy pozdrowienia i kilka frazesów. Pięć razy grałem z nim w szachy. On wygrał trzy partie. Czwartą ja wygrałem zasłużenie, piątą trochę niezasłużenie; zrobiłem jedno posunięcie, które okazało się lepsze, niż sam się spodziewałem. Myślę, że Bentein potrafi wcześniej planować ruchy, szybciej niż ja. Zresztą nigdy nie wątpiłem w jego inteligencję.

No i raz odbyliśmy krótką rozmowę na pokładzie. Było to w nocy podczas sztormu na Morzu Północnym. Miałem wolną wachtę i powinienem był spać, ale fascynowała mnie ta burza. Przeżywałem już przedtem burze w górach, ale tu na morzu wyglądało to inaczej, jakby bardziej przerażająco. Między masztami i linami gwizdało, jęczało i wyło – cały diabelski koncert. Morze przewalało się przez pokład ogromnymi, ciężkimi falami. Nie rozumiałem, jak statek to wytrzymuje, wydawał mi się arcydziełem konstrukcji.

– Rzygasz? – zaskrzeczał jakiś głos tuż obok, po mojej lewej ręce. Bentein Dagestad.

– Nie! – wrzasnąłem. – Byczo tu jest!

Roześmiałem się głośno. Ale gęba Benteina nic nie wyrażała. To mnie zirytowało. Powinien był przecież potwierdzić, że burza jak cholera. On natomiast stał wyprostowany, sztywny i ponury.

Wtedy wybuchnąłem:

– Dlaczego nigdy nie masz humoru? Jesteś zdrowy, inteligentny, masz powodzenie u kobiet, majątek i wszystkiego pod dostatkiem, świat stoi przed tobą otworem! Dlaczego zawsze chodzisz taki skwaszony?

Nie odpowiedział, tylko przez następne pół godziny stał obok w milczeniu. Czego właściwie chciał ode mnie?

Raz tylko krzyknął egzaltowanym głosem i wskazując na jakąś falę:

– Hej, ale bałwan, co?

Wkrótce jednak odszedł ze spuszczoną głową i zawstydzoną miną.

Po tygodniu odzyskałem zdrowy rozsądek i chciałem się zwolnić ze statku w najbliższym porcie. Kapitan wściekał się, rzecz całkiem naturalna. Nie przypuszczał, że ze mnie taki szczeniak. Ale ja obstawałem przy swoim. Owszem, zwolni mnie, nie potrzebuje gówniarzy na statku. Muszę tylko zaczekać, aż znajdzie zastępstwo.

W pierwszym porcie nie udało mu się na czas zwerbować kogoś nowego, a statek musiał wypłynąć już po kilkugodzinnym postoju. Zawołał mnie do siebie i oświadczył:

– Słuchaj, Bragesson. Zaciągnąłeś się na statek z własnej i nieprzymuszonej woli, nie możesz więc nam teraz robić trudności. Aż do czasu znalezienia zastępstwa jesteś nam tu potrzebny. Weź się w kupę, jak dorosły człowiek. Na razie zostań, a potem zobaczę, co się da zrobić.

A więc na razie zostałem i napisałem do Siv, że wyruszyłem na morze pod wpływem dziecinnego impulsu – „wolę tego nie wyjaśniać, ale poprosiłem o jak najszybsze zwolnienie ze statku”.

– Chcesz wracać? – spytał ze zdziwieniem Bentein, gdy pewnego dnia spotkaliśmy się na pokładzie.

– Tak – odparłem.

W zamyśleniu pokiwał głową. W głębokim zamyśleniu pokiwał głową.

Resztę swego pobytu na statku traktowałem jako sport. Trochę się wprawdzie rozzłościłem, gdy pewnego dnia kapitan oświadczył, że będę mógł zejść ze statku dopiero 15 sierpnia w Hamburgu, ale nadal brałem to za sport i zrezygnowałem z zimy.

Jestem pewien, że kapitan mógł mnie zwolnić wcześniej, ale on był entuzjastą morza i chciał mnie przez jakiś czas zatrzymać na pokładzie, aby zobaczyć, czy i ja też nie zasmakuję w życiu marynarza. Z zapałem i przekonaniem perorował o tym zawodzie:

– Zostań marynarzem. Przydasz się we flocie handlowej. Weź pod uwagę, Bragesson, że za kilka lat mógłbyś zostać trzecim oficerem, jeżelibyś się dobrze przyłożył. Co? W tych czasach szybko się awansuje. Co? Eeee, nie rób tragedii z tą swoją dziewczyną. Oczywiście rozumiem, że tęsknisz. Jeszcze jak rozumiem. Ale zaproponuj swojej narzeczonej, jak mówiłeś, że ma na imię? Siv? Na pewno morowa dziewczyna, zaproponuj jej, żeby się wyspecjalizowała jako radiotelegrafistka, wtedy moglibyście razem być na morzu, odkładać forsę i zbierać na graty. Weź to pod uwagę, Bragesson. Zrób, jak ci radzę! Pomyśl o tym!

Gdy statek 9 sierpnia 1955 wpłynął do Rotterdamu, wysłałem do Siv taki list:

„Przylatuję na Fornebu 15 sierpnia wieczorem. W szczytowej formie. Strzeż się. Będziesz miała za swoje. Bóg wie, czy to przeżyjesz. Bo jestem tak spragniony miłości, tak stęskniony, że najchętniej bym ryczał długo i przeciągle. A gdy weźmiesz pod uwagę, co potrafię w normalnych warunkach, to możesz sobie wyobrazić, jak to teraz... ho! ho! Kochanie. Zjem cię żywcem.

Twój niemożliwy Brage”.

Kilka minut po wrzuceniu tego listu do skrzynki nadeszła od Siv depesza, nad którą telegrafista szalał z uciechy: „Bassen min. Siv”. „Mój kochany wielkoludzie. Siv”. Wkrótce cały statek powtarzał: „Bassenminsiv”. Gdybym został w marynarce handlowej, nazywano by mnie pewnie: „Bassmisiv” albo „Bassiv”.

Gdy statek zawinął do Rotterdamu, miałem już za sobą około sześciu miesięcy pływania i skończyłem dwadzieścia trzy lata. Dostałem przepustkę na ląd i tego samego popołudnia pojechałem pociągiem do Amsterdamu, aby zobaczyć to miasto kanałów. Wypożyczyłem rower, ze dwie godziny pedałowałem po całym mieście, oddałem rower, jadłem kolację na placu Rembrandta i zaśmiewałem się głośno i nieuprzejmie z holenderskiego szwargotu, który brzmi tak, jakby ktoś miał chroniczny katar i w dodatku napił się benzyny. Potem odwiedziłem jakiś nocny lokal, gdzie tancerka wysilała się, aby striptizem podrajcować trzydziestu lub czterdziestu obecnych na sali wymoczków. Oświetlenie było jaskrawoczerwone, ale przyciemnione, orkiestra akompaniowała wygibasom modernistyczną przeróbką „Tańca Anitry” biednego Griega. Jak zwykle jednak tęskniłem do Siv i myślałem: w porównaniu z moją dziewczyną ta cizia to pic i fotomontaż. Przydałoby się jej pożyczyć od Siv piersi, uda, biodra, talię... o ho, ho...! Oczy, usta, grację. W myśli wyobraziłem sobie, jak ta babka zamienia się w Siv, jak reagują na to siedzący wokół mężczyźni – najpierw z triumfem – ale nagle zrobiło mi się niedobrze, wyschło mi w gardle, wstałem i demonstracyjnie opuściłem salę. Portier dostał kuksańca w bok, a ja musiałem się mocno wziąć w garść, aby nie polecieć pierwszym samolotem do Norwegii.

Potem włóczyłem się bez celu po ulicach, wyobrażałem sobie, z czym tam na mnie Siv czeka – niech Bóg zlituje się nad tym, kto by się odważył nam przeszkodzić! – uśmiechałem się do siebie – i na pewno sprawiałem wrażenie pomylonego. Czy tak jednak myśleli o mnie przechodnie, tego nie wiem, bo nie zwracałem na nich najmniejszej uwagi; dla mnie byli tylko gęstą kaszą, przez którą musiałem się przepchać.

Do domu! Do Norwegii! Do Siv! Hura! Niech żyje! Ale przed opuszczeniem Holandii chciałem zobaczyć sławną dzielnicę Amsterdamu, „Czerwony Amsterdam”, jedną z oficjalnych stolic prostytucji na świecie. I za to właśnie miałem ponieść tak bezwzględną i okrutną karę.

Dziwne, ale miałem przeczucie, że jeżeli pójdę tam tej nocy, spotka mnie coś niedobrego. Ta instynktowna obawa, jakiś sygnał z czasu przyszłego, nie konkretyzowała się w żaden określony kształt. Nie myślałem tak: jeżeli dziś w nocy pójdę do „Czerwonego Amsterdamu”, skończy się to dla mnie pozbawieniem wolności. Nie, przeczucie było niejasne, wyrażało się niepokojem, obawą przed czymś nieokreślonym, i pociągało za sobą dziwaczne – w każdym razie rzucające się w oczy – skutki. Na przykład pojechałem na Dworzec Główny i wpadłem do biura informacji, które w sezonie turystycznym działa do późnej nocy. Tam rozejrzałem się dokoła ponurym wzrokiem – doskonale pamiętam, jak spode łba patrzyłem na młodą osobę za kontuarem, rzucając jej pytanie, kiedy odchodzi pierwszy pociąg z Amsterdamu do Oslo.

– Pierwszy pociąg – odpowiedziała ta pani – odchodzi jutro rano o godzinie... chwileczkę, zaraz panu powiem dokładnie.

– Nie, proszę pani – przerwałem – nie potrzeba, wystarczy mi to, że odejdzie rano. Proszę mi raczej powiedzieć, kiedy odchodzi ostatni pociąg, to znaczy kiedy odszedł ostatni pociąg?

Zwlekała chwilę z odpowiedzią, patrząc na mnie ze zdziwieniem zielonymi oczyma. Potem poinformowała:

– Ostatni pociąg odszedł dokładnie 2 godziny i 24 minuty temu.

– My dear! – krzyknąłem, bo rozmawialiśmy po angielsku. – Czy to naprawdę takie dziwne, jeżeli ktoś chce wiedzieć, kiedy odszedł ostatni pociąg, do licha!

– Oczywiście nie, sir – odparła, rumieniąc się przy tym.

– No właśnie, równie mało dziwne jak to, że pani ma zielone oczy. A pani ma przedziwnie zielone oczy.

Wydawało mi się to wytworną repliką, jakby buchniętą z chytrej powieści hamsunowskiej. Po wyjściu zostawiłem za sobą atmosferę podejrzliwości. Prawdopodobnie pomyślała sobie tak: Coś on nie bardzo w porządku ma w głowie. I jaki dziwny, na drutach robiony kaftan.

Przez kilka godzin wałęsałem się na skraju „Czerwonego Amsterdamu” – jak kot wokół szperki. Czego mam się właściwie bać – myślałem. – Przecież tchórzem podszyty nie jestem, a przyszedłem tu po to, aby zobaczyć tę część Amsterdamu, którą bractwo na statku tak mi zachwalało. Nic mnie do tego nie zmusza. Tylko wścibska ciekawość. Śmiesznie by wyglądało, gdybym nie zobaczył tej dzielnicy. Jestem turystą, do jasnej cholery, muszę zwiedzać świat, razem z jego brudami i bagnem, a więc marsz do tego rynsztoka, Bragesson!

Przy chodniku stał samochód. Siedział w nim jakiś mężczyzna. Miał gruby, różowy, mięsisty kark. To mnie rozdrażniło. Przystanąłem i jak zahipnotyzowany gapiłem się na to karczydło wypełniające okno samochodu, bo facet siedział w wozie bokiem. Właściciel owej kupy mięsa czytał gazetę. Zerknąwszy mu przez ramię stwierdziłem, że to szwedzki dziennik „Sydsvenskan”. A więc to typowe, tłuste karczydło ze Skanii, pomyślałem i z całej siły wbiłem w nie paznokieć, wrzeszcząc przy tym na cały głos:

– Pif! Paf!

Nie czekając na reakcję Szweda, odwróciłem się na pięcie i oddaliłem się długim, zdecydowanym krokiem.

– Do diabła...! – usłyszałem za sobą stek szwedzkich wymyślań.

Nie śmiałem się. Nie było we mnie ani śladu wesołości. Przeciwnie. Byłem w podłym nastroju, rozdrażniony i podniecony, a w najbliższym barze zadałem mikserowi od trucizny takie pytanie:

– Co to za buda?

– Oh, this? – wyseplenił swoją wyszukaną angielszczyzną. – This is interesting place, sir.

Odpowiedziałem:

– Oczywiście. The devil recommends any sector of hell[1].

Nie zrozumiał mnie, bo mieszając koktajl, uśmiechał się jowialnie.

– Oh, yes, oh, yes, the devil, sir, the devil[2].

Coś miękkiego dotknęło mego lewego kolana. Usłyszałem miauczący głos kobiecy:

– Hallo, sailor![3]

Ostatecznie, i ciągle wiedziony ciekawością, znalazłem się w samym sercu „Czerwonego Amsterdamu”.

Oświadczam: zrobiłem to nie po to, żeby sobie przygadać jakąś dziwkę, choć mnie przyciskało, lecz w celu poznania tego zgniłego marginesu cywilizacji, o którym tyle się mówi wśród marynarzy. Wielu ludzi zakończyło tu życie w kanale, wielu marynarzy pobito, obrabowano, struto...

Ale do rzeczy. „Czerwony Amsterdam” leży w dzielnicy portowej, blisko Głównego Dworca. Obejmuje sieć zaułków, ulic i kanałów, a wśród nich Zeedijk, Oudezijds Achterburgwal i Oudezijds Voorburgwal, Prins Hendrikkade i inne – wszystkich nazw nie pamiętam. Ale wystarczy tylko wsłuchać się w brzmienie tych kilku: Achterburgwal! – to warczy; Prins Hendrikkade! – mizdrzy się; Zeedijk! – świszczy jak szpicruta; Zijd, wymawia się „sajd” – zatruwa. No, co? Czy to wszystko nie brzmi podejrzanie?

Nigdzie na świecie nie widziałem dzielnicy, w której kontrast między ludźmi a budynkami bardziej rzucałby się w oczy niż w „Czerwonym Amsterdamie”. Uliczki są wąskie, jak w miasteczkach południowej Norwegii, niskie domy o spiczastych dachach stoją ściśnięte jak na Niemieckim Nabrzeżu w Bergen, a gdy człowiek zamknie oczy, może sobie łatwo wyobrazić cnotliwych holenderskich mieszczan skrzętnie pracujących dniem, spokojnie chrapiących nocą, w niedzielę paradujących do kościoła w odświętnej odzieży, z poważnymi gębami, przy dźwięku dzwonów obwieszczających pobożną pogodę ducha. Może tak też było kiedyś naprawdę, ale dziś, w połowie dwudziestego wieku, „Czerwony Amsterdam” jest przede wszystkim eldoradem szumowin społecznych, rajem rozpusty, gdzie życie kipi prawie przez całą noc. Nad tym zaś króluje skarlała wielkość, bezgłowy, cuchnący stwór: erotyzm, bożek miłości ery cywilizacji technicznej, odrażający dla każdego, kto nie jest jeszcze zatruty przez sprytne kupczenie kobiecym ciałem – lecz stanowiący atrakcję dla turystów, dreszczyk emocji dla świętoszków, lunapark dla tych, którzy stracili smak miłości, miejsce upragnione przez ludzi, którzy nie potrafią gratisowo zaspokoić swoich potrzeb erotycznych, wymarzony świat dla takich, którzy zagubili swoje ja i nie znoszą samotności, supermarket pornografii, narkotyków i wódki, ujście dla wszystkich społecznych perwersji. Tak, tu każdy taki może mieć, czego tylko zapragnie, byle umiał się rozsądnie dogadać i dobrze płacił. Erotyczny słabeusz potrzebuje, być może, trochę podniety, zanim mu się uda erekcja; może zbyt długo rajcował się pornograficznymi fotografiami, tak że jest już niezdolny do normalnego stosunku i wymaga specjalnych zabiegów, jakie zna rutynowana prostytutka; może musi wpierw zobaczyć, jak ktoś inny do niej się dobiera; może chciałby podpatrzyć, jak dwie dziwki uprawiają lesbijskie karesy; może jest masochistą i trzeba go na wstępie sprać po tyłku; może jest sadystą i sam musi oćwiczyć jakąś dziwkę; może jest hermafrodytą i, chcąc osiągnąć swój raj, musi krążyć między mężczyzną a kobietą. Wszystko jest dostępne, wszystko, jeżeli tylko ktoś umie się mądrze dogadać i zaszeleści banknotami. Zrozumiałe jest więc samo przez się, że w „Czerwonym Amsterdamie” roi się od ludzi.

Zaraz po wejściu do tej dzielnicy odczuwa się zmianę atmosfery. „Wesoły” gwar, pijackie wrzaski i piski, brzęk butelek, melodie płynące bezustannie z grających automatów, hałas orkiestr, wszystko to wypełnia ulice i zaułki, łączy się w jeden niesamowity zgiełk, głos dwudziestego wieku...

Mówiono mi, że właśnie z powodu tej „dzielnicy rozrywek” Amsterdam jest często wybierany na różne międzynarodowe kongresy. Wierzę bardzo. Czegóż nie robi się dla gości? Najpierw zawozi się ich na plac Rembrandta, aby się trochę podniecili striptizem, a potem droga prowadzi do „Czerwonego Amsterdamu”, gdzie proponuje się cudzoziemcom, aby się rozejrzeli każdy na własną rękę. Goście zaś mówią: „Well, I’ll just take a little trip”[4], „Ich kehre bald zurück, ich habe ja solche Dinge fruher gesehen, in Hamburg – Reeperbahn, aber doch...”[5] – i „Merci, Monsieur”[6]. No i goście udają się do tego celu podróży, gdzie kobiety jak towar siedzą na wystawach „sklepów”, a jeżeli tam nie siedzą, nie ma ich także w barze ani też nie frymarczą wdziękami na rogu ulicy, to znaczy, że „pracują”, a wtedy człowiek może przecież stanąć przed pustą wystawą, puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie, co dzieje się za kotarą lub w przyległym pomieszczeniu. Można stać dowolnie długo i delektować się przyćmionym czerwonym światłem. Och, „Czerwony Amsterdamie”! Mój ty romansie! Moja ty miłości! Czyżbym tego nie wiedział: czerwień jest przecież barwą miłości!

– Jeżeli pan się interesuje – pouczał jakiś usłużny Holender z wylizaną fryzurą i szpiczastymi wąsami, w czarnym dwurzędowym ubraniu w białe paski – jeżeli pan się interesuje, to ten... system wystawowy, tak, możemy go tak nazwać, spotyka się nie tylko w tej dzielnicy Amsterdamu, lecz również na Reguliersdwarsstraat w pobliżu Mint Tower i na Leidsestraat. Czy pan jest marynarzem? Bardzo ciekawe. Zdaje mi się, że najtaniej jest na Prins Hendrikkade. Życzę panu dobrej zabawy.

Około godziny trzeciej tej samej nocy, a więc 10 sierpnia, jeszcze wałęsałem się po czerwonej dzielnicy. Wypiłem kilka szklanek piwa, ale nie byłem pijany. Miałem niezły humor, ale też nudziło mnie to cywilizowane świństwo i przemyśliwałem o powrocie do Rotterdamu.

Przeznaczenie zadało mi cios gdzieś między trzecią a wpół do czwartej. Znajdowałem się wtedy w jakimś ciemnym zaułku, w odległości dziesięciu rzutów pustą butelką od wszystkich kurew i całego tłumu. Wtedy się to zdarzyło.

Wziąłem udział w bójce. Celowo mówię, że tylko „wziąłem udział”.

Podczas tej bójki cisnąłem jednego z przeciwników głową o mur. Facet wyzionął przy tym ducha.

A teraz biorę do ręki wycinki prasowe i dokumenty sądowe, aby przedstawić sprawę możliwie obiektywnie – bo mnie samego to bawi.

Gazety podawały, że zwłoki zabitego w „Czerwonym Amsterdamie” znaleziono w „makabrycznym stanie”. Miał pękniętą czaszkę, złamany kark, a krew obryzgała mur i chodnik. Śmierć musiała nastąpić momentalnie. Zdaniem biegłych zabójstwo świadczyło o niezwykle brutalnej i bezwzględnej sile; prawdopodobnie już połowa tej siły wystarczyłaby aż nadto do pozbawienia życia każdego przeciętnego człowieka.

Gdy policja przybyła na miejsce zabójstwa, siedziałem na chodniku obok swej ofiary. Byliśmy sami, ja i on, właśnie zaczął padać deszcz i zaróżowiona woda ściekała do rynsztoka.

Zabity był człowiekiem młodym, miał na sobie dżinsy i czarną skórzaną kurtkę. W pobliżu leżał nowy nóż sprężynowy. Nie było po nim znać, żeby był używany, i ani ja, ani tamten nie mieliśmy żadnych kłutych ran. W portfelu zmarłego policja znalazła kwit wskazujący na to, że właściciel noża zakupił go w Hamburgu dwa dni przed zabójstwem. Zresztą odciski palców też świadczyły, że nóż nie mógł należeć do mnie.

Przyjęto, że nóż wypadł z kieszeni zabitego wtedy, gdy uderzył głową o mur.

Oprócz tego policja znalazła w jego kieszeniach pięć zdjęć pornograficznych, trzy prezerwatywy i serię komiksów o „nadczłowieku” wyjętym spod prawa, który zwyciężał we wszystkich walkach, zarówno z bandytami, jak i stróżami prawa.

Z moich kieszeni policja zabrała kilka zmiętych banknotów, składany nóż, pięć kapsli od butelek z piwem, jeden list i ponadto fotografię na pół zasypanego śniegiem szałasu w górach. Przed szałasem stała młoda blondynka w spodniach narciarskich i uśmiechała się do aparatu, obok niej wbite były w śnieg dwie pary nart i dwie pary kijków.

Siedziałem oparty plecami o mur i w prawej ręce trzymałem lewą rękę zabitego. Byłem poraniony i pokrwawiony, ślady największych obrażeń zdradzała twarz; częściowo zmiażdżony nos, górna warga rozcięta tak, że przypominała zajęczą, od lewego oka głęboka rana ciągnęła się prawie do kości szczękowej. Wydawało się, że nie czuję bólu. W miarę upływu krwi byłem coraz mniej przytomny i siedząc, poruszałem rytmicznie górną częścią ciała. Od czasu do czasu jęczałem coś po cichu w języku, którego policja nie rozumiała, ale w moich zranionych ustach każdy język byłby niezrozumiały. Policja uznała, że wynik krwawej bójki spowodował u mnie szok.

Nie chciałem puścić ręki zmarłego. Policjanci musieli ją wyszarpać z mojej zaciśniętej dłoni.

Wkrótce po zabraniu mnie do komisariatu, do policjantów pilnujących miejsca zabójstwa zgłosiło się sześciu młodych Niemców – wszyscy poniżej dwudziestu lat. Mieli na sobie dżinsy i czarne skórzane kurtki, tak jak zmarły, i byli pobici i poranieni, tak jak ja. Jeden nie mógł utrzymać się na nogach. Dwóch skarżyło się na jakieś złamania, jeden nadgarstka, drugi ramienia. Niektórzy kuleli.

Wszyscy, z wyjątkiem tego, którego podpierano, uśmiechali się dzielnie, jakby chcieli powiedzieć: już my wiemy, co to ból, i znamy widok krwi. Ale od czasu do czasu pojękiwali i na ich twarzach niedorostków zjawiały się dziecinne grymasy.

Dostęp do miejsca zabójstwa został zamknięty barierami. Zwłoki nadal leżały na chodniku. Lekarze i eksperci kryminalni przeprowadzali badania.

Niemców zatrzymano przy barierze. Nie mogli stamtąd widzieć zabitego, który leżał zasłonięty jakimiś schodami. Jeden z nich zwrócił się do policji w imieniu wszystkich. Nadrabiając miną, uśmiechnął się i powiedział, że „tu była nielicha draka”. Aby zilustrować to oświadczenie, wskazał głową plamy krwi na bruku.

Wie, co mówi. On i jego przyjaciele brali udział w tej bójce, co policja chyba sama może zauważyć. Stróże prawa mogą liczyć na ich zeznania, ale oni chcieliby wpierw skorzystać z pomocy lekarskiej.

Przepuszczono ich przez barierę. Lekarz przystąpił do udzielenia pierwszej pomocy. Wezwano nową karetkę pogotowia.

Wtedy zobaczyli tamtego. Wpatrywali się w zwłoki.

Policja zapytała:

– To jeden z waszych, prawda?

Na to padła odpowiedź:

– Tak, to bokser.

Policja:

– Niestety, już nie żyje.

Niemcy stali tylko, wbijając wzrok w leżącą postać.

Policja:

– Gdzie byliście od chwili bójki?

Niemcy gapili się dalej i milczeli.

– Dlaczegoście tu wrócili? – pytała dalej policja.

– Szukaliśmy boksera – padła odpowiedź.

Potem powtarzali słowa „nie żyje”, najpierw tonem pytającym, potem stwierdzającym, ale ciągle nie rozumiejąc. Jeden z nich wybąkał: – Broniliśmy się. – Inny parsknął wściekle: – Der verdammte Slugger[7] – mając mnie na myśli, i natychmiast na ustach wszystkich znalazły się pełne nienawiści słowa; jęczeli z nienawiści, klęli z nienawiści, bełkotali z nienawiści, sami nie wiedzieli, jak daleko sięga ich nienawiść i rozpacz. Nie było słychać żalu. Ani płaczu. Ani skargi. Tylko oskarżenie i potępienie: – On nas napadł. Oni nas napadli. Wymyślali nam od przeklętych niemieckich świń. Nie pozwolili nam przejść spokojnie. On szalał. Używał podstępów. Niebezpieczny facet. Mógł jeszcze i któregoś z nas zabić. Proszę go aresztować. Proszę obu aresztować. Trzeba ich ukarać. Zasłużyli na dożywocie. Verdammte Schweinehunde. Sie, und nicht wir, sind ja Schweinehunde[8].

Nie byłem sam, twierdzili. Byłem z jakąś drugą świnią.

Wyładowawszy pierwszą złość, popadli w apatię. Ale tuż przed przybyciem karetki znów jeden z nich krzyknął, że to morderstwo trzeba pomścić, drugi zaczął wypytywać, czy w Holandii istnieje kara śmierci, a ten najbledszy, którego musieli podtrzymywać, wygrażał histerycznie pięściami i wrzeszczał coś, co brzmiało: To szatańskie! To szatańskie! To szatańskie!

Policję zawiadomił jakiś nocny przechodzień. Jego zeznania nie wnosiły nic istotnego. Miał do powiedzenia tylko tyle:

– Zobaczyłem, że grupa ludzi bije się, zaraz więc pobiegłem wezwać policję.

Mój obrońca próbował wykazać, że Niemcy mieli zmniejszoną wrażliwość. Do mnie zaś powiedział:

– Chciałbym, żeby oni byli oskarżonymi o morderstwo, a ja ich obrońcą. Bo to są typowi „chorzy ludzie”.

Zostałem zaaresztowany. Ogarnęła mnie zupełna obojętność. Prawie nie reagowałem, gdy lekarz opatrywał mi rany, przez cztery dni nic nie brałem do ust. Jedyne wyjaśnienie, jakie złożyłem policji, napisałem na kartce papieru, bo jeszcze nie mogłem mówić. Napisałem: „Zrobiłem to we własnej obronie”.

Poza tym zachowywałem uparte milczenie, zdolne wzbudzić podejrzenia u najbardziej łatwowiernych, jak pisały niektóre gazety.

Smacznym kąskiem dla organów śledczych i prokuratorskich był fragment listu znalezionego przez policję w mojej kieszeni. List był od Siv: „A więc mój miś musi był grzecznym chłopcem, nie pić za dużo piwa i podobnych rzeczy, nie wdawać się w żadne burdy i zgrywy. Nie wolno mu się bić, nawet dla zabawy. Kochanie, moje kochanie, pamiętaj, że mi to przyrzekłeś. Taka jestem niespokojna”.

Najważniejszymi świadkami były osoby wplątane w sprawę, sześciu pozostałych przy życiu Niemców i ja. Oprócz nas i samotnego przechodnia nie udało się znaleźć żadnych naocznych świadków bójki.

Jak sądzę, Niemców dopuszczono w charakterze świadków między innymi dlatego, że było ich dość wielu, wobec czego większe nieścisłości i sprzeczności w ich zeznaniach miały ewentualnie pozwolić na ujawnienie kłamliwych oświadczeń.

Podczas śledztwa byłem nadal apatyczny, siedziałem jak w półśnie. Niechętnie odpowiadałem na pytania, nadto zaś nie chciałem zaprzysiąc swego nowego zeznania, które krótko i węzłowato brzmiało tak:

– Niemcy mnie napadli. Niemcy zmusili mnie do samoobrony. Byłem sam jeden przeciw siedmiu. Kilka razy próbowałem uciec, ale mi się to nie udało. Bili się brutalnie, chcieli mnie zabić, to są chorzy ludzie, napadli na mnie. Niemcy zmusili mnie do walki, jestem niewinny, bo oni mnie napadli, jestem więc zupełnie niewinny, Niemcy mnie napadli.

Sędzia śledczy nie potrafił nic więcej ze mnie wydobyć.

Jeszcze podczas dochodzeń policyjnych Niemcy utrzymywali, że gdy mnie spotkali, nie byłem sam, lecz w towarzystwie innego mężczyzny. Miał, jak im się zdawało, ciemne włosy i był trochę niższy ode mnie – nie umieli podać jego dokładniejszego rysopisu. Gdy bójka się zaczęła, było chmurno i zaczynało padać, a ten dziewiąty, mój domniemany towarzysz, uciekł wcześnie.

Ja i ten dziewiąty zachowywaliśmy się prowokująco, twierdzili Niemcy, oni zaś długi czas usiłowali trzymać się od nas z daleka, wołali, żebyśmy się uspokoili, ale myśmy się pchali do nich, nie dawali im spokoju i wyzywali ich od „verdammte deutsche Schweinehunde”[9]. W końcu zabraliśmy się do bicia. Niemcy musieli się bronić. „Glücklicherweise”[10] ten dziewiąty zniknął. Został Bragesson, silny, brutalny, niebezpieczny, morderczo usposobiony.

To między innymi Niemcy powiedzieli policji. Podtrzymywali zeznania przed sędzią śledczym. Nie żebym to pamiętał, bo byłem wtedy prawie jak głuchy, ale czytałem wszystko w aktach śledztwa.

Już w tym stadium śledztwa władze posiadały o mnie informacje, które im „dawały do myślenia”. Odgrzebano moją przeszłość, między innymi fakt, że byłem już raz oskarżony, i porównywano ją z postępkiem w „Czerwonym Amsterdamie” (Może to był drugi powód dopuszczenia Niemców w charakterze świadków, chociaż byli zamieszani w sprawę). Wiele gazet już z góry wydało wyrok: „Brage Bragesson ma prawdopodobnie brutalny charakter”. „Urodzony brutal”. „Osiłek ze skłonnością do piwa”. „Barbarzyńca”.

„Człowiek groźny dla otoczenia”. Nikt więc nie był zaskoczony, gdy władze prokuratorskie wniosły oskarżenie o rozmyślne zabójstwo.

Stanąłem przed holenderskim sądem karnym „Arrondissementsrechtbank” – zwanym w skrócie „de Rechtbank”. Odmiennie niż w norweskim systemie wymiaru sprawiedliwości de Rechtbank nie miał ławy przysięgłych, składał się tylko z sędziów zawodowych. Przewodniczącego takiego sądu tytułuje się prezesem.

Nie przyznałem się do winy i cały czas zdecydowanie twierdziłem, że zabiłem w obronie własnej. Celem było nie to, żeby zabić, lecz żeby samemu się ratować.

Sprawa wzbudziła wielkie zainteresowanie, szczególnie w prasie norweskiej. Mam przed sobą jeden z norweskich dzienników, który podał pierwszą wiadomość o wydarzeniu w Holandii. Tytuł brzmi: „Brage Bragesson aresztowany po bójce w Amsterdamie”. Poniżej umieszczono fotografię, przedstawiającą mnie dobiegającego do mety w zawodach narciarskich.

Tęsknię za Nordablaas.

Jeżeli ktoś przyjmie, że prawdą jest, iż wdając się w bójkę z siedmiu młodymi ludźmi, byłem sam, to porównawszy choćby cyfry, musi się zastanowić, jak to możliwe, aby jeden człowiek odważył się wyzwać siedmiu. Każdy chyba przyzna, że to wygląda nieprawdopodobnie, a byłoby prawdopodobne wtedy, i tylko wtedy, gdybym był głupi, nieprzytomny lub chory na umyśle.

Już dwóch przeciw siedmiu brzmiało wątpliwie i szaleńczo. Na tle mojej przeszłości jednak wszystko wydawało się możliwe. A porównanie mego zewnętrznego wyglądu z wyglądem Niemców też przemawiało za tą możliwością.

Czterej z nich byli to chłopcy fizycznie słabo rozwinięci, widocznie mięśnie im długo wiotczały na motocyklach. To prawda, że natura nie poskąpiła im wzrostu, dwu było mniej więcej tak wysokich jak ja, i może w niczym nie ustępowali przeciętnemu miejskiemu chłopcu w Niemczech 1955 roku, w porównaniu jednak ze mną byli dość szczupli i niewysportowani, dwaj nawet sprawiali na mnie wrażenie wymoczków. Pozostali byli trochę lepiej zbudowani, a największą siłą wyróżniał się zabity Fritz Heilmann, który amatorsko parał się trochę boksem.

Jak można przypuścić, że tych siedmiu młodych ludzi odważyło się na bójkę ze mną, skoro musieli dostrzec, że nie wyglądam na takiego, którego bez trudu mogliby powalić i zostawić w rynsztoku?

Ale przyjrzyjmy się tym siedmiu młokosom. Przyjechali do Holandii na motocyklach i nie ulega wątpliwości, że jechali szybko! Szaleńczo szybko! Po kawalersku! Małe móżdżki potrafią przy takiej szybkości wmówić swym właścicielom, że są siłaczami. Nadto te skórzane kurtki robiły z nich wszystkich postawnych atletów, chłopów z ikrą. Takie rzeczy mogą prowadzić do złudzeń, szczególnie wtedy, gdy jest zupełnie ciemno i gdy przeciwnik ma na sobie dziwaczny norweski kaftan.

Mam metr osiemdziesiąt osiem wzrostu. Nie uważam, abym był nienaturalnie silny, ale jestem naprawdę mocny i bardzo wytrzymały. Nic więc dziwnego, że Niemcy nadaremnie próbowali mnie sprać. Muskuły miałem przecież przyzwyczajone do wytrzymywania ciosów. Gdyby jednak choć jeszcze jeden z nich okazał się taki sprawny i szybki jak bokser, byłbym dziś umarlakiem lub kaleką. Cholera, facet zrobiłby ze mnie befsztyk!

Któryś tam dziennikarz napisał, że „Bragesson ma w sobie niewątpliwie coś zwierzęcego”. Chętnie bym dostał tego gościa w swoje łapy. Na litość boską, przecież sam fakt, że człowiek jest duży i silny, ma potężne ręce, długie nogi i głęboko osadzone, jakby stale zachmurzone oczy, nie upoważnia do tego, aby mu zarzucać zezwierzęcenie.

Przeklęty pismak! Krew mnie zalewa, gdy o nim pomyślę. Popierdział sobie taki facet na stołku w redakcji i wydał na mnie wyrok, zanim jeszcze prokurator przygotował oskarżenie!

Zgoda, nie wyglądam na aniołka i nie mam pobożnej miny! U mych przeciwników też trudno się było dopatrzyć cech niebiańskich. Moim zdaniem każdy z nich miał dobre zadatki na bandziora. Byli też praktycznie bandziorami, chociaż różni poczciwcy, tacy co może sami mieli podobnych synalków, określali ich jako zwyczajną powojenną młodzież, tę wyobcowaną młodzież, którą trzeba traktować wyrozumiale i z politowaniem, a także zastanawiać się głęboko, gdy się ją karze za kradzieże samochodów i inne wyczyny mające wszelkie cechy świadomego przestępstwa. Prawda, można ich sobie przedstawić jako impertynenckich rozrabiaczy i bezmyślnych zabijaków w wielkim stylu, ale przecież „viel Geschrei und wenig Wolle”[11] – jeszcze może przydałoby się dodać: dzięki Bogu. Ładnie by to wyglądało, gdyby cała młodzież tego typu miała się zaliczać do zwykłych kryminalistów!

Z punktu widzenia współczesnych kryteriów Niemcy zachowywali się całkiem zwyczajnie. Szli sobie dużą gromadą. A że tego samego nie można było powiedzieć o mnie, zademonstrowałem to w pełni swoim zachowaniem się w sądzie. Było ono w najwyższym stopniu niezwykłe, pisały gazety, a raz, przy jakiejś okazji, wystawiłem sobie nawet wprost przerażające świadectwo, gdyż dałem wyraz takiej brutalności, że wszyscy obecni poczuli zimny dreszcz na plecach. Ta zwierzęca wściekłość, ten bezmyślny brak szacunku dla sądu – niektóre gazety nie znalazły odpowiednich przymiotników – krótko mówiąc, to grubiańskie postępowanie musi postawić oskarżonego w złym świetle.

Po moim napadzie wściekłości długo nikt nie mógł zrozumieć, co się właściwie stało, nikt nawet nie wiedział, kiedy się to zaczęło, prawdopodobnie nie zwracano na mnie uwagi, a ja tymczasem podczas wystąpienia pierwszego niemieckiego świadka zbierałem w sobie pasję, aby następnie, w trakcie zeznań tego świadka, wybuchnąć! Tak, eksplodować! I tygrysim skokiem, „jak wystrzelony z procy”, wypaść z ławy oskarżonych na środek sali, gdzie powiewając bandażami, rzuciłem się na świadka i – dziennikarze nigdy jeszcze nie mieli okazji do pisania podobnych sprawozdań – „norweski barbarzyńca” rozpoczął nową bójkę z jednym ze swych niemieckich przeciwników! Na sali sądowej! W obliczu wysokiego Arrondissementsrechtbank! „Gdyby nie błyskawiczna interwencja policji, kto wie, czy nie bylibyśmy świadkami jeszcze jednego przestępstwa” – pisało wiele gazet.

Sąd usunął mnie z sali na czas zeznań innych niemieckich świadków. Gdy mnie wyprowadzano, wrzasnąłem:

– Kłamcy!

Później, po zamknięciu przewodu, mój obrońca podkreślał, że ten wybuch wściekłości był reakcją człowieka niewinnego: