Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kolory Polinezji - Robyn Donald

Taryn nie domyśla się, że biznesmen Cade Peredur oferuje jej pracę sekretarki, bo ma w tym ukryty cel. Chce ją bliżej poznać i dowiedzieć się, czy jest winna tragicznej śmierci jego przybranego brata.

Cade zabiera Taryn w podróż służbową na polinezyjską wyspę, by tam zrealizować swój plan. Nie wszystko jednak idzie po jego myśli.

Opinie o ebooku Kolory Polinezji - Robyn Donald

Fragment ebooka Kolory Polinezji - Robyn Donald

Robyn Donald

Kolory Polinezji

Tłumaczenie: Natalia

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Cade Peredur kolejny raz odtworzył wiadomość, którą jego brat, Peter Cooper, zostawił mu w poczcie głosowej. Z kamienną twarzą słuchał rozpaczliwych, chaotycznych słów nagranych tuż przed tragicznym końcem.

­- Cade, gdzie jesteś? Gdzie ty się, do diabła, podziewasz? Pewnie dogadzasz lady Louisie. Niech cię szlag, Cade. Potrzebuję cię bardziej niż te wszystkie kobiety. Dlaczego nie zostałeś w domu? Dlaczego na mnie nie czekasz?

Nastąpiła krótka chwila cisza.

– Cade, byłem taki głupi…

Nawet na dźwięk zdławionego szlochu nie drgnął ani jeden mięsień twarzy Cade’a.

– Taryn była moją ostatnią nadzieją. To tak cholernie boli, Cade, tak bardzo… – Ponownie dało się słyszeć jedynie przyspieszony oddech, a potem padły wstrząsające słowa: – Nic mi nie zostało. Roześmiała się, gdy zapytałem… roześmiała się…

Cisza trwała tak długo, że gdy Cade odsłuchiwał nagranie za pierwszym razem, sądził, że to koniec. W końcu jednak rozległ się szept brata:

– To nie ma sensu, Cade. Przepraszam, ale nic już nie ma sensu. Nie mogę tak żyć. Ona odeszła na dobre. Przeproś ode mnie rodziców za to, że okazałem się takim bezużytecznym synem. Na szczęście mają ciebie. Chcieli, żebym był taki jak ty i Bóg jeden wie, że próbowałem. Ale zawsze wiedziałem, że to nie ma sensu. Ożeń się, Cade, i daj im wnuki, które pokochają. Będą ich teraz potrzebować…

Przerwał niespodziewanie, po czym dodał drżącym głosem:

– Spróbuj mną nie gardzić, Cade. Kocham cię. Żegnaj.

Cade wyłączył nagranie, po czym przeszedł przez luksusowo urządzony pokój, żeby spojrzeć na londyński pejzaż. Z trudem zdławił trawiącą go wściekłość. Odsłuchał wiadomość od brata osiem godzin po jej nagraniu. Gdy dotarł do apartamentu Petera, znalazł tylko zimne ciało.

Odkąd Cade pamiętał, młodszy brat próbował mu we wszystkim dorównać. Z czasem stało się to jego obsesją. Na szczęście, kiedy poszedł na studia, odnalazł własną drogę i przestał z nim konkurować. Mimo to Cade zawsze traktował go z nadmierną opiekuńczością i troską.

Zaciskając pięści, odwrócił się i wszedł go gabinetu. Zatrzymał się przy biurku. Stojące na nim zdjęcie zrobiono podczas obchodów czterdziestej rocznicy ślubu jego przybranych rodziców, kilka miesięcy przed śmiercią Petera. Isabel i Harold Cooper uśmiechali się na nim promiennie, a twarz Petera zdradzała ekscytację. Cade jak zwykle się wyróżniał. Był wyższy od dwóch pozostałych mężczyzn, miał od nich ostrzejsze rysy, a jego mina była nieodgadniona.

Samobójstwo Petera osłabiło tę mocną rodzinną więź. W noc po pogrzebie syna Harold Cooper zmarł na zawał serca. Z kolei Isabel, która z trudem sklejała kawałki dawnego życia, miała potwornego pecha: weszła prosto pod koła samochodu. Naoczni świadkowie twierdzili, że poruszała się jak lunatyczka. Nic dziwnego, skoro prawie nie sypiała, a funkcjonowanie w ciągu dnia zawdzięczała silnym lekom.

Cade wiedział, że jego matka nie chciała targnąć się na własne życie. Mimo to brakowało jej woli walki. Musiał znaleźć sposób, by pomóc jej powrócić do normalności.

Okazja nadarzyła się pewnego dnia w szpitalu, gdy trzymając go za rękę, powiedziała zbolałym głosem:

– Gdybym wiedziała… dlaczego… nie czułabym się tak potwornie. Chcę wiedzieć, Cade. Muszę poznać prawdę, zanim odejdę.

– Nigdzie się nie wybierasz – zapewnił ją zachrypniętym głosem. – A ja dowiem się, co się stało.

W jej oczach zapłonęła nadzieja.

– Obiecujesz?

– Tak, ale potrzebuję twojego wsparcia.

Zdobyła się na słaby uśmiech.

– Zgoda.

To był punkt zwrotny. Od tej pory robiła wszystko co w jej mocy, żeby odzyskać siły i wrócić do zdrowia. Upłynęło wiele miesięcy rehabilitacji, zanim mogła opuścić szpital. Musiała jednak korzystać z wózka inwalidzkiego.

Rozmyślając o tragicznych wydarzeniach z niedawnej przeszłości, Cade jeszcze raz spojrzał na zdjęcie, a potem na list, który Peter zostawił dla rodziców. Cade kolejny raz wyjął go z koperty i przeczytał. W przeciwieństwie do nagrania na poczcie głosowej list nie zdradzał żalu. Peter zapewnił rodziców o swojej miłości i przeprosił za zadany im ból. Dodał także, że jego życie nie ma sensu.

Nie wspomniał o kobiecie, która zamieniła jego egzystencję w otchłań rozpaczy. Nigdy nie przedstawił jej rodzinie. Rzadko wspominał o niej w rozmowach. Właściwie nie wymienił nawet jej imienia. Podobnie było podczas jego ostatniej wizyty w domu rodzinnym, gdy świętowali z okazji jego pierwszego poważnego zlecenia: miał wykonać rzeźbę w parku miejskim. Był taki podekscytowany. Wciąż opowiadał tylko o pracy i powtarzał, że nic innego nie ma znaczenia. Dlaczego zatem wspomniał o Taryn Angove w ostatniej wiadomości, jaką mu zostawił? W jaki sposób ta kobieta przyczyniła się do śmierci Petera? Co takiego powiedziała albo zrobiła, co popchnęło go do ostatecznego rozwiązania?

Zemsta to nienasycona bestia, Cade wiele razy widział, jak trawiła umysł i niszczyła duszę. Dlatego jej nie ulegał. Nie zamierzał jednak zapomnieć o sprawiedliwości. Jego brat na nią zasługiwał.

Niestety śledztwo postępowało niezwykle wolno. Cade wiedział, że osiem godzin przed samobójstwem Petera dziewczyna wsiadła do samolotu lecącego do Nowej Zelandii, skąd pochodziła. Planowała tę podróż od dłuższego czasu. Zamierzała zniknąć z jego życia bez względu na to, co ich łączyło. A łączyło ich wiele – Cade był tego pewien. Zdołał ustalić, że się przyjaźnili i najprawdopodobniej także ze sobą sypiali.

Poza tym zainteresował się finansami brata. Okazało się, że spora kwota, która zasiliła konto Petera w związku z realizacją zamówionej przez miasto rzeźby, zniknęła niemal tak szybko, jak się pojawiła. Drobna jej część została przelana na konto Taryn Angove, a po reszcie nie został nawet ślad. Czy to możliwe, że zdołała nakłonić Petera do wypłacenia całej gotówki i przekazania jej? Nawet jeśli tak się stało, brakowało na to dowodów.

Na szczęście nie wszystko było stracone. Dzięki skrupulatności wynajętych detektywów Cade zdołał ustalić dokładne miejsce pobytu panny Angove. Dobrze wiedział, dokąd powinien się udać na poszukiwania. Z tą myślą spojrzał na spakowaną walizkę. Wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Wystarczyło znaleźć kobietę, która mogła znać odpowiedzi na dręczące go pytania.

Przez cały dzień panowała bezwietrzna pogoda. Na horyzoncie błękitne niebo stykało się z połyskującym morzem. Porośnięte drzewami wzgórza górowały nad zatoką. Ostre światło oślepiło Cade’a, gdy spojrzał w górę na ptaki morskie.

Drobne fale bezgłośnie rozbijały się o brzeg. Tysiące cykad wygrywały swoją melodię. Harmonię dźwięków zakłócił natarczywy dzwonek telefonu komórkowego. Tylko Roger, asystent Cade’a, znał ten numer i używał go wyłącznie z ważnych powodów. Prawdopodobnie pojawiły się problemy.

– Musimy omówić kilka kwestii w związku ze spotkaniem na Fala’isi – poinformował Roger na wstępie.

– A konkretnie? – zapytał Cade.

Jakiś czas temu poproszono go, żeby wziął udział w spotkaniu dotyczącym przyszłości Oceanii. Jako człowiek, który odniósł wielki sukces w realizacji dużych projektów biznesowych także w tym regionie, miał podzielić się swoimi spostrzeżeniami z wieloma wpływowymi ludźmi, których zaproszono na to ważne wydarzenie.

Po kilku minutach Cade rozwiał wszelkie wątpliwości swojego asystenta, a wtedy ten odezwał się nieco nerwowo:

– Dzwoniła pani Louisa.

Cade uniósł ciemne brwi.

– W jakiej sprawie?

– Prosiła o twój aktualny adres. Twierdziła, że to coś pilnego. Nie była zadowolona, gdy odmówiłem.

– Dobrze zrobiłeś. – Cade nie lubił zdradzać szczegółów z życia prywatnego, ale po chwili namysłu dodał: – Rozstaliśmy się, więc możesz ją ignorować.

– Jak sobie życzysz.

Cade uśmiechnął się cynicznie. Dobrze wiedział, że Louisa nie dołączyłaby do niego w Nowej Zelandii za żadne skarby. Uwielbiała luksus i ekskluzywne butiki, których brakowało w tym odległym zakątku świata. Poza tym brakowałoby jej publiczności, u której mogłaby wywoływać zazdrość.

– Musisz jednak wiedzieć, że wydawała się naprawdę przejęta… a nawet zdesperowana – powiedział Roger po krótkiej przerwie.

– To nie twój problem – skwitował Cade, wzruszając ramionami. – Jak się ma twoja córka?

Roger zawahał się, zanim odpowiedział.

– Dopiero jutro poznamy pierwsze wyniki badań – wyjaśnił zmienionym tonem.

– Gdybyś czegoś potrzebował, daj znać. – Cade nie znalazł lepszych słów. Właściwie nie miał pojęcia, co powiedzieć ojcu dziecka, które mogło cierpieć na nieuleczalną chorobę.

– Jasne. Dzięki.

– Nie dziękuj. Po prostu mów, co mogę zrobić.

– Będę o tym pamiętał. Odezwę się wkrótce.

Cade odłożył telefon, marszcząc czoło. W sytuacji, gdy trzyletniej dziewczynce mogła grozić śmierć, kłopoty z Louisą traciły znaczenie. Niemniej musiał przyznać, że zanim postanowiła uczynić z niego swojego męża, była zmysłową kochanką. Ten atut nie wystarczył jednak, by nakłonić go do zmiany decyzji dotyczącej ich związku.

Pewnego dnia podsłuchał rozmowę telefoniczną, podczas której zdradziła swoje plany. Okazało się, że przepuściła znaczną część fortuny odziedziczonej po dziadku, a ojciec, którego zasoby finansowe znacznie uszczuplił kryzys, odmówił uregulowania jej niebotycznych rachunków. Dlatego uznała, że najlepszym wyjściem będzie małżeństwo z bogatym mężczyzną.

Podobnie jak Louisa Cade nie wierzył w taką miłość, jaką najznamienitsi poeci opisywali w wierszach. Życie odarło go z romantycznych złudzeń. Mimo to zamierzał pewnego dnia ustatkować się i założyć rodzinę. Nie chciał jednak widzieć u swojego boku kobiety, która ceniłaby w nim wyłącznie wypchany portfel.

Mrużąc oczy, Cade skupił wzrok na zacienionym hamaku rozciągniętym między majestatycznymi drzewami na skraju plaży. Po kilku sekundach spojrzał wysoko w niebo, gdzie na błękitnym tle wzbijał się w górę słup dymu.

W środku lata, gdy piekielny upał dawał się we znaki przyrodzie, panował absolutny zakaz rozniecania ognia. Ktoś najwyraźniej zignorował ostrzeżenie i żywioł wymknął się spod kontroli. Cade bez zastanowienia chwycił kluczyki samochodu oraz telefon, wciskając przyciski na klawiaturze.

– Wybuchł pożar – poinformował zarządcę farmy, który doglądał także posiadłości Cade’a. – Na południu, w sąsiedniej zatoce. Chyba szybko się rozprzestrzenia.

Zarządca zaklął pod nosem, po czym dodał na głos:

– To pewnie ci przeklęci wczasowicze zaprószyli ogień. Proszę się nie ruszać. Sprowadzę pomoc. Przy odrobinie szczęścia zapanujemy nad sytuacją, zanim zrobi się naprawdę nieprzyjemnie.

Cade spojrzał na złowieszczy dym.

– Pojadę tam i sprawdzę, czy mogę jakoś pomóc.

– Lepiej nie ryzykować. Ale jeśli zamierza pan zignorować ostrzeżenia, proszę przynajmniej wziąć wiadro.

Wykrzywiając usta w grymasie, Cade zakończył połączenie. Nie miał czasu do stracenia. Pospiesznie założył koszulę z długim rękawem i spodnie. Nie zawracał sobie głowy wiadrem. Nawet gdyby jakieś znalazł, nie zyskałby nic prócz złudnego poczucia panowania nad sytuacją.

Pobiegł do jeepa i ruszył z piskiem opon. Jechał tak szybko, jak tylko mógł, nie zważając na ograniczenia prędkości. Zaciskając smukłe palce na kierownicy, wprawnie manewrował wzdłuż wąskiej, krętej drogi prowadzącej do sąsiedniej zatoki przez gęsty busz.

Gdy w końcu jego oczom ukazało się porośnięte trawą wybrzeże, oślepiło go słońce. Zamrugał kilka razy, po czym rozejrzał się dookoła. Nie zauważył żadnych namiotów ani śladów biwakowania − nic prócz starego auta zaparkowanego w cieniu ogromnych drzew.

Nieopodal młoda kobieta w skąpym bikini stała zbyt blisko płonącej trawy. Na ten widok Cade rzucił się nieznajomej na ratunek.

Dopiero, gdy znalazł się kilkanaście metrów od niej, zauważył, że dziewczyna trzyma w rękach szlauch wycelowany w płomienie. Pomimo zagrożenia musiał przyznać, że prezentowała się niezwykle seksownie – wysoka, z długimi nogami i jędrnym ciałem, na którym połyskiwały kropelki potu.

Nagle iskry wystrzeliły w górę, więc dziewczyna odskoczyła, a burza włosów w kolorze miedzi zasłoniła jej twarz. Cade pomyślał, że musiała stracić rozum, skoro w pojedynkę próbowała walczyć z żywiołem.

Nie było jednak czasu na analizowanie sytuacji, musiał działać. Ruszył więc w jej stronę. Odwróciła się, posyłając mu pełne wdzięczności spojrzenie, i natychmiast wcisnęła mu szlauch w ręce.

– Celuj prosto w płomienie, a ja zmoczę ręcznik i spróbuję powstrzymać ogień z drugiej strony.

– Radzę najpierw się ubrać – odparł Cade, kierując strumień wody na płonącą trawę.

Spojrzała na niego zdumiona, po czym skinęła głową.

– Święta racja.

Pobiegła do swojego samochodu i wyjęła szorty, koszulkę oraz parę znoszonych sandałów. Gdy się ubrała, popędziła w stronę morza, żeby zmoczyć ręcznik.

Cade obserwował ją z uwagą, dopóki płomień nie znalazł się niebezpiecznie blisko jego stóp. Wtedy skoncentrował się na walce z żywiołem, chociaż uważał, że jest skazana na porażkę. Z jednym szlauchem i wilgotnym ręcznikiem mogli zapomnieć o ujarzmieniu ognia.

Mimo to kobieta sprawiała wrażenie zdeterminowanej, a Cade podziwiał odważnych ludzi, nawet jeśli odwaga szła u nich w parze z brakiem rozsądku.

– Wezmę szlauch, a ty chwytaj ręcznik. Jesteś ode mnie silniejszy, więc zdziałasz więcej – poinstruowała go, stając tuż obok. – Tylko uważaj.

Kolejne minuty upływały w gorączkowej atmosferze. Oboje robili, co mogli, chociaż linia ognia nieuchronnie przesuwała się w głąb lądu, centymetr po centymetrze.

– Cofnij się! – wrzasnął Cade, gdy płomienie omal nie osmoliły jej łydek.

– Dzięki – odparła ochrypłym głosem, po czym niezrażona skierowała strumień wody w kierunku zagrożenia.

I chociaż Cade kolejny raz poczuł podziw dla jej odwagi, nie potrafił zapomnieć o naukach swojej przyrodniej matki, która wpoiła mu, że mężczyzna musi bronić kobietę. Nerwowo zerknął na drogę. Wiedział, że jeśli wkrótce pomoc nie nadejdzie, będzie zmuszony zabrać ją jak najdalej stąd. Zdawał sobie sprawę także z tego, że nie obędzie się bez użycia siły, ponieważ nieznajoma wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie zamierza się poddać.

Gdyby ogień zajął sitowie, a oni nie zdołaliby do tego czasu uciec, mogliby zginąć. Nawet niebieskie wody oceanu nie uchroniłyby ich przed gryzącym dymem. Zapewne oboje by się udusili.

W takiej sytuacji nie tylko ich życie byłoby zagrożone. Żywioł dosięgnąłby z pewnością także chaty Cade’a oraz zabudowań gospodarczych i farm ciągnących się dalej wzdłuż wybrzeża. Dlatego Cade miał nadzieję, że znajomy zarządca uprzedził okolicznych mieszkańców o niebezpieczeństwie.

Nagle z oddali dobiegł ryk silnika, który natychmiast rozniecił ledwie tlącą się nadzieję.

­− Dzięki ­­­Bogu – powiedział z ulgą.

Taryn omal nie podskoczyła z zachwytu, gdy strażacy zaczęli wyskakiwać z wozów.

­− Zejdźcie z drogi! – wrzasnął na nich dowódca brygady. – Zaczekajcie na plaży!

Dziewczyna pobiegła do samochodu po butelkę wody, po czym ruszyła prosto na piaszczysty brzeg. Nie zadając sobie trudu, żeby zdjąć buty, weszła do wody po kolana i zaczęła pić łapczywie. Potem ściągnęła koszulkę, zmoczyła ją i otarła twarz. Wypiła jeszcze trochę wody i odetchnęła z ulgą.

Nieznajomy, który pomagał jej walczyć z żywiołem, stanął tuż obok.

− Nic ci nie jest? – zapytał z naciskiem.

Był tak wysoki, że musiała zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

− Nie. – Przyjrzała mu się uważnie, zanim dodała: − Dziękuję za pomoc.

Od razu rozpoznała angielski akcent, który skojarzył jej się z Peterem. Oczywiście Peter nigdy nie pozwalał sobie na tak wyniosły ton wobec niej. Łagodny z natury z pewnością nie wyszedłby zwycięsko z konfrontacji z tak aroganckim mężczyzną jak ten nieznajomy.

Mężczyzna patrzył na nią tak, jakby spodziewał się, że lada moment zemdleje. I chociaż Taryn nie spotkała go nigdy wcześniej, nie dawało jej spokoju wrażenie, że wygląda dziwnie znajomo. Był niezwykle przystojny, miał niebieskie oczy i wydatne kości policzkowe. Gdy spojrzała mu w oczy, przeszył ją dreszcz, więc pospiesznie odwróciła wzrok.

− Napijesz się? – zapytała, uśmiechając się przyjaźnie.

− Dziękuję, ale już piłem. Mam własną wodę.

Taryn odniosła wrażenie, że wyczuła nutę krytyki.

− Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Sama nie dałabym rady powstrzymać ognia.

− Nie przyszło ci do głowy, że rozpalenie ogniska w porze suszy może doprowadzić do nieszczęścia?

Chociaż padła ofiarą niesprawiedliwego oskarżenia, zdołała zapanować nad emocjami.

− To nie ja rozpaliłam ognisko – odparła spokojnie. – Przyjechałam tutaj popływać. Kiedy byłam w wodzie, widziałam jakiś ludzi. Chcieli ugotować świeżo złapane skorupiaki. Niestety, nie przypilnowali paleniska. Zostawili trochę żaru i to wystarczyło. Zamierzałam polać to miejsce wodą ze szlaucha, ale za późno dotarłam na miejsce.

− Rozumiem.

Mina mężczyzny nie wyrażała żadnych uczuć, dlatego Taryn nie miała pojęcia, czy jej uwierzył.

− Od razu zadzwoniłam po straż pożarną.

− To dlatego tak szybko przyjechali.

Mrużąc oczy, spojrzała na słup dymu.

− Wygląda na to, że za chwilę będzie po wszystkim.

Świdrujące spojrzenie nieznajomego sprawiło, że poczuła się tak, jakby była naga. Rzeczywiście skąpe bikini i szorty nie pozostawiały miejsca wyobraźni. Powodowana dziwnym prymitywnym instynktem, zadrżała.

− Jesteś stąd? – zapytał niespodziewanie.

− Niezupełnie. – Mieszkała w małej miejscowości położonej pół kilometra od miasteczka Aramuhu, w którym dorastała.

− Zatem przyjechałaś na wakacje?

Gdy gryzący dym dostał się do jej gardła, zakaszlała głośno.

− Nie.

− A czym się zajmujesz? – zapytał spokojnie, obserwując działania strażaków.

− Jestem bibliotekarką – wyjaśniła zgodnie z prawdą.

Mężczyzna uniósł ciemne brwi, wyraźnie zdumiony.

− Czy to rozsądne pływać w pojedynkę? – zapytał, zmieniając temat.

Taryn wytrzymała spojrzenie chłodnych, błękitnych oczu.

− To bezpieczna zatoka. Nigdy nie ryzykuję.

Nie mogła zrozumieć, dlaczego czuła, że ją ocenia. Przecież w ogóle się nie znali. Nie miał podstaw, żeby wyciągać wnioski na jej temat.

− Walka z żywiołem niewątpliwie była ryzykowna. Gdyby wiatr zmienił kierunek, musiałabyś uciekać ile sił w nogach. I z pewnością straciłabyś samochód.

Oczywiście rozważała taką możliwość, jednak bardziej obawiała się, że ogień zniszczy wybrzeże.

− Potrafię biegać – odparła lodowatym głosem.

Spojrzał na jej gołe nogi.

− Nie wątpię – mruknął. – Ale jak szybko?

Coś w jego postawie przywołało mgliste wspomnienie. Taryn była prawie pewna, że już wcześniej widziała tego człowieka. Ale nadal nie potrafiła skojarzyć go z konkretnym imieniem czy nazwiskiem. Był tylko jeden sposób, żeby je poznać.

− W razie konieczności, całkiem szybko – oświadczyła wyniośle. – Chyba najwyższa pora się przedstawić. Jestem Taryn Angove.