Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 433 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kolor herbaty - Hannah Tunnicliffe

Po przeprowadzce z mężem na maleńką, tętniącą życiem wyspę Makau na wschodnim wybrzeżu Chin Grace Miller czuje się w nieznanym kraju obco i samotnie. Jej ruda głowa góruje ponad wypełniającym chińskie ulice ruchliwym tłumem. Sytuacja staje się
jeszcze gorsza, gdy dowiaduje się, że nie może mieć dzieci. Jej małżeństwo jest poważnie zagrożone. W tej ciężkiej chwili decyduje się na śmiały krok i postanawia poświęcić się temu, co kocha: pieczeniu ciasteczek i przyjemnościom płynącym z parzenia popołudniowej herbaty.

Grace otwiera kawiarnię, w której serwuje mieszkankom Makau kawę, herbatę i makaroniki – wykwintne, delikatne francuskie ciasteczka. Tam, pomiędzy miejscowymi kobietami i takimi jak ona imigrantkami, wykuwa nową definicję rodziny i domu. Kiedy w jej małżeństwie na powierzchnię wypływają od dawna skrywane tajemnice, młoda kobieta musi rozliczyć się z przeszłością i uwierzyć w siebie. Z każdą kolejną filiżanką herbaty, z każdym kubkiem świeżo parzonej kawy, z każdą porcją upieczonych makaroników Grace uczy się, że siłę można czerpać z najprzeróżniejszych źródeł, a życie bywa pełne niespodzianek.

Opinie o ebooku Kolor herbaty - Hannah Tunnicliffe

Fragment ebooka Kolor herbaty - Hannah Tunnicliffe

TYTUŁ ORYGINAŁU: The Color of Tea

Copyright © 2011 by Hannah Tunnicliffe All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2013

ISBN 978-83-63431-75-4

PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Banachowicz REDAKCJA: Anita Baraniecka-Kozakiewicz KOREKTA: Zofia Smyk, Lidia Szagdaj REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Dla Matta

Prolog

Przyjechaliśmy do Makau pod koniec Roku Złotej Świni. Podobno Rok Złotej Świni zdarza się raz na sześćdziesiąt lat i zwiastuje wszelką pomyślność. Kiedy zjawiliśmy się tu w ostatnich dniach roku, by uczynić Makau naszym domem, w oknie pobliskiej piekarni wisiały błyszczące tekturowe świnki w chińskich piżamach, pulchne różowe wieprze tańczyły na reklamach banków, a na poczcie można było kupić pamiątki w postaci maleńkich figurek złotych prosiąt. Taka obfitość tłustych ryjków i pyzatych uśmiechów była pocieszająca. „Witamy w Makau!” – chrumkały. „Polubicie to miasto. Nam się podoba”. Byłam gotowa zaakceptować każdą formę szczęścia, jaką miał mi do zaoferowania złoty wieprz.

Makau: obwisły chiński nos, półwysep i dwie wyspy połączone jak trzyczęściowy naszyjnik, choć tyle już piasku i mułu między nimi, że niemal przykryły gładką taflę oceanu. Połkniętego, jak wszystko inne tutaj, przez Postęp. Postęp i hazard. Ten maleńki kraj, dawna senna kolonia portugalska, to jedyne miejsce w Chinach, gdzie można wsunąć monetę w paszczę jednorękiego bandyty albo rozłożyć żetony na owalnym blacie z zielonego pluszu. Niewielkie miasto, ale pełne migających świateł i szybkich pieniędzy: Las Vegas Dalekiego Wschodu.

Zeszliśmy z promu z Hongkongu ósmego stycznia 2008 roku. Data dobrze się kojarzyła. Sugerowała początek, kolejną szansę, nowe czyste konto… Przyjechaliśmy z walizkami pełnymi lekkich, zwiewnych ubrań, w sam raz odpowiednich na krótkie, tęsknie wyczekiwane brytyjskie lato. Australijski mąż i jego rudowłosa, rumiana angielska róża. Byliśmy jak dzieci we mgle, z naiwnym optymizmem wyczekujące nowych przeżyć.

Styczniowy ziąb był z wielu powodów trudny do zniesienia. Trafiliśmy na jedną z najchłodniejszych zim w historii i przemarzliśmy do szpiku kości w naszych kolorowych lekkich ciuszkach. Rano niebo miało kolor mleka. W mieszkaniu nie mieliśmy centralnego ogrzewania, a do tego przez długi czas nie zdawaliśmy sobie sprawy, że trudno tu przeżyć bez odwilżacza powietrza. Ściany pokryły się ciemnym nalotem, który na naszych oczach rozrastał się niczym wielki siniak. Wieczorami nie czułam palców. Zimno przenikało nas na wskroś i nie chciało odpuścić.

W tym właśnie miejscu chciałabym zacząć. W środku mroźnego stycznia, na krótko przed początkiem Roku Szczura, kiedy nie dało się dłużej uciekać, kiedy wytropiło nas i dopadło prawdziwe życie. Deptało nam po piętach od Melbourne do Londynu, od Londynu do Makau. Pędziliśmy z miejsca na miejsce, ale ono i tak nas znalazło, nie mogąc dłużej ukrywać się w nic nieznaczących życiowych drobiazgach i pytaniach o to, kto zrobi śniadanie albo kto odbierze pranie z pralni. W końcu musiałam znaleźć mój własny sposób na życie. Stworzyć coś z niczego. Przestać marzyć i jednocześnie zacząć marzyć na nowo.

L’Arrivée – Przyjazd

SŁODKI KARMELOWY ZE SŁONYM KREMEM MAŚLANYM

Mamie spodobałaby się taka wycieczka. Podróż autobusem w nieznanym kraju, wokół mnie morze słów zlewających się w niezrozumiały bełkot i jeszcze bardziej abstrakcyjne napisy. Jestem sama, jeśli nie liczyć skierowanych w moim kierunku dziesiątek twarzy. Rzędy ciemnych oczu, lustrujące moją bladą twarz i rude włosy. Ciepłe stłoczone ciała, obijające się o siebie nieświadomie, gdy koła podskakują na nierównościach asfaltu. Mama byłaby zachwycona, ale ja jestem spięta i trochę mi niedobrze. Kurczowo ściskam torebkę i odruchowo dukam po angielsku słowa przeprosin, bo zdaje mi się, że zawadzam. Czuję się, jak powiedziałby Pete, do bani.

Oglądam Makau zamknięte w ramę brudnego okna. Jedziemy mostem łączącym wyspę Taipa z półwyspem, jakbyśmy wjeżdżali prosto w mlecznobiałe obłoki. Autobus przystaje kilka razy, ostro hamując, więc pasażerowie wpadają jeden na drugiego jak kręgle. Nikt nie narzeka. Mijamy kasyno „Lisboa” w kolorze kiepskiego koktajlu z pomarańczy, z okrągłymi oknami w stylu lat sześćdziesiątych. Zaraz obok wyrasta z ziemi nowe błyszczące „Grand Lisboa” – ma kształt ananasa ze strzelającym w niebo pióropuszem kanciastych liści. Jego okrągła podstawa rozbłyskuje reklamami, niczym na gigantycznie rozdętym ekranie telewizora migają oferty, zaproszenia do restauracji, sypią się monety. Tu wysiadają pasażerowie w jednakowych białych koszulach i czarnych spodniach. Przeciskają się koło mnie, a ja tulę do boku torebkę i czuję wbite w piersi krawędzie okładki mojego przewodnika.

Coraz trudniej jedzie się wąskimi uliczkami, wijącymi się w kierunku centrum miasta. Większość budynków to poszarzałe ze starości bloki, z ciemnymi zaciekami wokół okien i girlandami spranych ubrań, wywieszonych równiutko na miniaturowych sznurach. Między autami lawirują roje hałaśliwych skuterów. Siedzący na chodnikach ludzie pałaszują kluski z plastikowych misek, zupełnie nieczuli na panujący tu hałas: dźwięk klaksonów, warkot tłumików i metaliczny pisk hamulców. Temperatura pomału się podnosi, świat odmarza. Zdejmuję z szyi szalik i wciskam go do torebki. Mam nadzieję, że zakończę tę podróż w San Malo, ale nie mówię po kantońsku, więc nie mogę zapytać o drogę. Przynajmniej mam pewność, że nikt nie wda się ze mną w pogawędkę. Drobna pociecha.

Siedzę z twarzą zwróconą do okna, szukając miejsc, o których czytałam. Skręcamy w dzielnicę wyłożoną czarno-białym portugalskim brukiem, ułożonym w wymyślne ślimaki i fale. Bloki i migające kasyna ustępują miejsca zabytkowym budynkom w kolorach wielkanocnych pisanek – cukierkowo różowym albo cytrynowożółtym fasadom z białymi zdobieniami. Wyglądają mniej atrakcyjnie niż w przewodniku, ale poznaję to miejsce.

– San Malo! – wykrzykuje kierowca, a ja zrywam się na równe nogi i przeciskam między ludźmi, którzy patrzą nie w moje oczy, ale na moje włosy.

Przede mną potoki turystów z workami wypchanymi pamiątkami płyną za kobietami i mężczyznami w szerokich kapeluszach, którzy wymachują żółtymi flagami. Patrzę ponad tłumem, bo morze ciemnych głów kończy się na wysokości mojej brody. Obiecałam Pete’owi, że dziś wyjdę z domu pozwiedzać miasto, w którym mieszkamy. Wcześniej wykręcałam się, mówiąc, że muszę poczekać na sofę, która z jakiegoś powodu nie dojechała z resztą mebli. Ale oboje wiemy, że nie na sofę czekam. Kilka dni wcześniej nakrył mnie w łazience, gdy, zanurzona w gorącej kąpieli, czytałam Czego oczekiwać, gdy spodziewasz się dziecka?. Spojrzał uważnie dwa razy, ale potem udawał, że nie patrzy – jego orzechowobrązowe oczy powędrowały w inną stronę i od niechcenia zasugerował, żebym „wyszła na świeże powietrze” i pooglądała miejscowe atrakcje. Dopiero teraz widzę, że tak przywykłam do anonimowości i do życia w kryjówce naszego mieszkania, że tłum i zainteresowanie, które wzbudzam, przytłaczają mnie. Umykam w małą uliczkę z dala od gwaru i zamieszania, próbując odnaleźć opisaną w przewodniku świątynię.

Po chwili stoję przed wysoką drewnianą bramą, pokrytą ręcznie malowanymi wizerunkami dwóch wojowniczych bogów z wyłupiastymi oczyma i długimi, wijącymi się i powiewającymi na wietrze brodami. Gwar tłumu jest tu mniej dotkliwy, czarno-biały bruk wytarty i nadkruszony. Nogi niosą mnie lekko, jakby znały drogę. Nie wiedzieć czemu, przechodzi mnie dreszcz. Smugi dymu z kadzidła spływają w kierunku wyjścia, gdy wstępuję po kilku drobnych schodkach. W środku jest ciemno, ale rozróżniam kontury złotych rzeźb, owoców i malowideł. Na betonową podłogę kapie miodowy wosk świec. Ponad moją głową pali się kadzidło, a jego dym opada w szerokich szafranowych zwojach jak dziwaczny złoty wąż. Spod moich nóg wyskakuje kot, mieszanka czerni, bieli i imbiru. Wzdycham przestraszona, a on odwraca się i wlepia we mnie okrągłe ślepia. Ktoś w głębi chrząka.

– To tylko Molly. Mieszka tu. – Słyszę język angielski, ale głos na pewno pochodzi z chińskich ust.

Muszę zmrużyć oczy, aby w ciemnym świetle dostrzec sylwetkę młodej kobiety w obcisłym dresie. Przykucnęła na piętach, zupełnie jak kot, i żuje gumę. Oczy ma podkreślone grubą kreską. Trudno powiedzieć, czy w jej spojrzeniu więcej jest ciekawości czy znudzenia.

– Pani do cioci?

– Do tej wróżki?

– Ehm – potwierdza chrząknięciem, nie ruszając głową. – Tędy proszę.

Podnosi się i przechodzi na obrzeże świątyni, gdzie znajduje się mały dziedziniec. Kłęby kurzu wirują w zimnym powietrzu. W dłoni ściska oklejony kryształkami telefon komórkowy, z którego, niczym wahadełko, zwisa mała złota zawieszka. Ogląda się na mnie i podchodzi do starszej kobiety. Wróżka nie wygląda tak, jak ją sobie wyobrażałam. Spodziewałam się raczej damskiej wersji Laozi w zwiewnej jedwabnej piżamie. Moja wróżka ma na sobie dżinsy i siedzi okrakiem na taborecie. Brązowa twarz ściągnięta jest w grymasie niezadowolenia.

– Proszę się nie przejmować – mówi kobieta w dresie. – Nie jest w najlepszym humorze. Ja będę tłumaczyć. Jej angielski jest okropny, więc proszę mnie pytać o to, czego chce się pani dowiedzieć.

Jej wzrok zsuwa się ku mojej lewej dłoni, w której trzymam torebkę. Potem umalowane oczy wędrują do moich.

– Mężatka?

– Tak.

– Dobrze, proszę pytać o cokolwiek, o pieniądze, o zdrowie… Proszę mówić do mnie, a ja spytam ją, jasne?

Dokładnie wiem, o co chcę zapytać, ale pytanie więźnie mi w gardle. Patrzymy na siebie przez kilka chwil, a ja zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam wyjść.

– Jasne – mamroczę.

Siadam na podsuniętym mi plastikowym stołku, a wróżka wpatruje się w moją twarz. Włosy ma ufarbowane na czarno, ale przy skórze widać szeroką srebrzystą aureolę. Przygląda mi się, jakby szukała defektów, z twarzą o kilka cali od mojej. Nerwowo spoglądam na jej stopy. Widzę sandały ze złotych pasków z podróbkami logo Gucci przyszytymi do zewnętrznych boków. Kładzie mi rękę na brodzie – czuję na skórze opuszki zgrubiałych palców.

– Jak się nazywa ten sposób wróżenia?

– Siang Mien – odpowiada moja tłumaczka. – Czytanie z twarzy.

Wróżka chwyta mnie za ramię, aby przyciągnąć jeszcze bliżej. Czuję, że oblewam się rumieńcem, jakby czytała moje myśli, moje ukryte żale i najgłębsze pragnienia.

– Aha – odpowiadam.

– Okej, mówi, że jest gotowa – informuje mnie dziewczyna, tłumiąc ziewanie. Podsuwa taboret, by być bliżej nas. Jej ciotka wyszczekuje jakieś zdanie, a ona tłumaczy.

– Ma pani bardzo kwadratową twarz – zaczyna.

Kiwam głową. Moją twarz można rzeczywiście określić eufemistycznie jako szeroką. Nic nowego.

– To znaczy, że jest pani osobą praktyczną. Kształt oczu sugeruje niezbyt wielki optymizm, ale za to dużą intuicję. I kreatywność. Szczęka jest mocna, co oznacza determinację i upór. Ale jest pani osobą ofiarną…

Zapada krótka cisza. Wróżka spogląda kątem oka na bratanicę, która zdaje się szukać czegoś w głowie.

– Nie znam tego słowa. Kiedy nie chce się robić rzeczy nietypowych, nie chce się sprawiać innym kłopotu. Rozumie pani, o co chodzi?

Przytakuję. Ustępliwość, myślę sobie. Ma rację. W tej sprawie różnię się od Mamy.

Lustracja trwa dalej. Dowiaduję się, iż kształt moich uszu oznacza, że szybko się uczę, ale jestem nieśmiała. Kiedy spogląda na mój nos, znów oblewam się rumieńcem. Moje panieńskie nazwisko to Raven1, więc przezwisko Krukodziób było na porządku dziennym.

– Nos wskazuje na to, że jest pani niezależna, że może pani działać na własną rękę.

Szkoda, że wredne koleżanki w szkole tego nie wiedziały.

– Ciocia mówi, że taki kształt nosa oznacza, że pracuje pani po to, by pomagać ludziom.

– Hm. – Nie wydaje mi się, żeby moje obecne zajęcie, jeśli mogę w ogóle użyć takiego terminu, komukolwiek pomagało. „Żona przy mężu”, tak to się nazywa. Podążająca za żywicielem rodziny. Jak sprzątacz w cyrku, chodzący krok w krok za słoniem – wiadomo, na czym polega jego praca… Pete zawsze był bardziej ambitny, więc przenosiliśmy się tam, gdzie on musiał być, gdzie potrzebowały go kasyna. Przed przeprowadzką pracowałam jako kelnerka w kawiarniach, pubach lub hotelowych restauracjach. To zajęcie pozwalało uniknąć nudy i bezrobocia, ale nie było niczym nadzwyczajnym. Można je nawet nazwać pomaganiem ludziom. W końcu jest to „działalność usługowa”, choć z prawdziwą służbą nie ma nic wspólnego. Służą lekarze, strażacy albo wolontariusze w Afryce. Ale wydaje mi się, że sprawdzałam się w takiej pracy – nie tylko dlatego, że uwielbiam jedzenie, ale także dlatego, że nauczyłam się w dzieciństwie zaspokajać cudze potrzeby. Mam to we krwi. Albo, jak się teraz okazuje, w nosie.

Poprawiam się na stołku, bo kręgosłup mi zesztywniał, a wróżka pochyla się do przodu, by ująć moją rękę. Ogląda w skupieniu linie po wewnętrznej stronie dłoni, muskając moją skórę ciepłym, wilgotnym oddechem.

– Ciocia mówi, że ma pani mężczyznę. To pani mąż, prawda? Mówi, że tylko jednego.

Potwierdzam skinieniem głowy. Nietrudno zgadnąć: jesteśmy małżeństwem tak długo, że obrączka z czerwonego złota prawie wrosła w moją lewą rękę i wycisnęła na palcu głęboką bruzdę nieopalonej skóry.

– To całkiem dobry człowiek, ale jest jakiś smutek. Dla niego i dla pani. Nosicie go tutaj. – Moja tłumaczka pokazuje na swoje piersi, chyba chodzi jej o serce.

Kiwam pomału głową.

– Przed panią spokojne, zdrowe życie. Żadnych problemów finansowych. Zostanie pani przez jakiś czas w Makau, ale niezbyt długo.

Starsza kobieta marszczy brwi, spogląda na mnie, a potem ponownie na moją rękę. Przełykam ślinę. Młodsza chowa komórkę do kieszeni i też pochyla się, by lepiej widzieć. Gdaczą po kantońsku, ale o ton wyżej niż przed chwilą. Też się pochylam, jakbym chciała podsłuchać ich rozmowę, ale przecież nie rozumiem ani słowa. Ciotka potrząsa palcem przed nosem dziewczyny.

– Dobrze, dobrze – ta wznosi oczy ku niebu. – Często tak robi. Że coś może oznaczać jedną rzecz albo inną, dokładnie odwrotną. – Marszczy czoło. – Chodzi o dzieci.

Wciągam ze świstem powietrze, mając nadzieję, że tego nie słyszały, i mam ochotę wyrwać rękę z uścisku kobiety. Ale ta dalej studiuje moją dłoń.

– Może będzie jedno… – W ciszy niemal słychać tańczące wokół nas kłęby kurzu. – Linia jest cienka. Mówi, że albo jedno, albo nie.

Wróżka głaszcze wymownie mój mały palec, jakby chciała tym gestem coś przekazać. Patrzę pytająco to na jedną kobietę, to na drugą.

– Powinna się pani domyślić. – Dziewczyna wzrusza ramionami.

– Ale ja nie rozumiem – mówię z wahaniem.

– Mówi to tak, jakby wszystko było jasne, ale nie jest. A potem mówi, że najważniejsze, żeby się nie martwić. Może mówi o dziecku…

Ogarnia mnie smutek i chyba znowu mi niedobrze. Stwierdzenie, że mam się nie martwić, jest śmieszne. Chcę wiedzieć więcej, w głowie kłębią mi się tysiące pytań. Otwieram usta, ale wróżka też zaczyna mówić, z twarzą zwróconą do dziewczyny. Ta potrząsa głową i gestem dłoni odgania spojrzenie ciotki. Kobieta puszcza moją rękę, pochyla się nad bratanicą i podnosi głos.

– Przepraszam… – mówię, ale one nie słuchają.

Teraz ciotka opiera dłoń na kolanie dziewczyny i kieruje w jej stronę wskazujący palec. Młoda kobieta blednie i odwraca twarz. Kantońskie słowa fruwają w powietrzu, gardłowe i krótkie. Patrzę to na jedną, to na drugą, a wymiana zdań staje się coraz głośniejsza i bardziej natarczywa. Mam wrażenie, że nie powinnam tego oglądać. Gdy ciotka niemal krzyczy, dziewczyna podnosi na mnie wzrok. Jej źrenice, czarne i zimne jak kamienne koraliki, utkwione są wprost we mnie.

– Czy mogłabym się dowiedzieć… – zaczynam.

– Już skończyłyśmy – odpowiada nieco zbyt szybko i zrywa się na nogi. Wróżka ciągle gada, ale dziewczyna posyła w moją stronę krzywy uśmiech i ignoruje paplanie.

Rozumiem aluzję. Podnoszę się pomału, nogi mam zdrętwiałe i zmarznięte. Dziewczyna nie robi nic, aby mi pomóc. Chwiejąc się, przeczesuję torebkę w poszukiwaniu portfela.

– Sto pięćdziesiąt?

– Tak. Ale moje wynagrodzenie nie jest wliczone w cenę.

– Aa, oczywiście. – Podaję jej dwa nowe, sztywne studolarowe banknoty hongkońskie. Bierze je w obie ręce w milczeniu, wpatrując się we mnie ciemnymi oczyma. Ciotka wciąż coś mamrocze, potrząsając głową. Tłumaczka stoi nieruchomo i nie odrywa ode mnie wzroku.

– Proszę zatrzymać resztę – mówię.

– Dziękuję – odpowiada bezbarwnym głosem.

Wracam przez świątynię, idąc za słodkim zapachem kadzidła. Oczy zaczynają łzawić, zapewne z powodu jaskrawego słonecznego światła. Czuję ucisk w piersiach, więc głęboko wdycham świeże powietrze.

Na zewnątrz tłum wciąż wije się niczym jakaś gigantyczna bestia, w całości potężniejsza niż suma jej części. Słońce wygląda jak żółtko na tle białego nieba. Wracam na główną ulicę, unikając autobusów i przystanków, i gestem dłoni przywołuję taksówkę. Wypowiadam do kierowcy jedyną frazę, którą znam po kantońsku:

– Gee Jun Far Sing.

1Raven – ang. kruk.

Remède de Delivrance – Eliksir Wielokwiatowy

FIOŁKOWY Z CIERPKIM NADZIENIEM Z CZARNEJ PORZECZKI

Po trzech dniach nareszcie przyjeżdżają kanapy. Jakiś mężczyzna dzwoni do drzwi bez zapowiedzi i staje w progu w towarzystwie dwóch spoconych tragarzy oraz dwóch opakowanych w karton łóżek, ze spojrzeniem, które mówi: „Co teraz?”. Każe je wnieść i rozpakować, puka palcem w rubrykę, którą mam podpisać i znika. Mogę wreszcie usiąść w salonie i powyglądać przez okno.

Mieszkamy na szóstym piętrze apartamentowca Gee Jun Far Sing, po angielsku Supreme Flower City. Mieszkania są tu zadziwiająco przestronne – po wstawieniu wszystkich naszych mebli i tak jest pustawo. Jest jeszcze Super Flower City i Grand Flower City, powstaje Prince Flower City. Ale nasz fioletowy wieżowiec jest Supreme, czyli najlepszy. Trudno nie zwrócić uwagi na czterdziestokilkupiętrowy budynek w kolorze fiołków, strzelający w niebo niczym egzotyczna lilia. Przy dokładniejszych oględzinach widać, że nie jest pokryty tynkiem, ale siateczką maleńkich fioletowych kafelków jak piksele. Okazuje się, że prawie wszystkie apartamentowce są w ten sposób wykończone. Wyobrażam sobie, że kafelki są naklejane w postaci arkuszy, które wygładza się jak tapetę albo polewę na ślubnym torcie.

Z kanapy widzę parking dla mieszkańców, na czwartym poziomie, pustą działkę pośrodku i wieżowiec Nova City naprzeciwko. Nova City to starszy budynek. Kiedyś musiał być biały, ale teraz jest szary jak zasnute smogiem niebo w bezwietrzny dzień i pokryty brudnymi pionowymi zaciekami z nieszczelnych klimatyzatorów. Mówi się, że na pustej działce niedługo powstanie park. Ale każdy tydzień przynosi nową koncepcję: słyszałam już o parkingu podziemnym, stacji kolejki miejskiej i o kasynie. Tymczasem nic się nie dzieje. Porośnięty chwastami placyk pozostaje smutny i pusty.

Telefon dzwoni w momencie, gdy spoglądam przez okno na nieszczęsną działkę i robię to, co potrafię najlepiej: czekam. Po pierwszym dzwonku serce łomocze mi w piersi. Próbuję normalnie oddychać. „Odbierz telefon, Grace”. Serce galopuje jak koń wyścigowy w gonitwie Grand National. Wyobrażam sobie moje wyniki w jego dłoni, ową czerwono-żółtą teczkę z napisem „G. Miller”. Czekam, by usłyszeć ton jego głosu, który być może wszystko mi wyjaśni, ale połączenie jest za słabe. Słyszę, że odchrząkuje.

– Dzień dobry, doktorze Lee – mówię.

Wyobrażam go sobie po drugiej stronie linii, po drugiej stronie świata. Jest młodszy, niż mogłoby się wydawać, tak przynajmniej sądzę po rozdawanych przez niego uśmiechach. Jedyne zmarszczki na jego okrągłej twarzy wyżłobiły się przy policzkach, jakby przez lata był zwiastunem tylko dobrych wiadomości. Oczyma wyobraźni widzę jego szeroki uśmiech i ramiona pełne tłuściutkich chichoczących niemowląt w różowych i błękitnych bucikach. Dzwoni z biura w Londynie, ale pochodzi z Hongkongu, więc zna Makau, bo to rzut kamieniem od jego domu. Spędzał tu letnie wakacje.

Minęły dwa lata wypełnione rozpisanym na godziny seksem i trzymaniem kciuków, zanim zdecydowałam się na wizytę w jego szmaragdowozielonej klinice z recepcją ozdobioną sztucznymi jedwabnymi makami. Wcześniej chodziłam do renomowanego endokrynologa. Miałam podwyższony poziom hormonu folikulotropowego i oboje z Pete’em wiedzieliśmy, co to oznacza. Łatwiej było nam rozmawiać o FSH, niż używać tego strasznego słowa na „m”. A jeszcze gorzej od „menopauza” brzmiało słowo „niepłodność”. Wypowiadane tak beztrosko i lekko. Zawsze robiło mi się wtedy słabo.

– Poszukamy kogoś innego. Ostatni raz – powiedziałam wtedy do męża.

Doktor Lee obdarzył nas uśmiechem i od razu poczuliśmy przypływ nadziei. Tym bardziej że pan Lee miał potomstwo, a to dobry znak, prawda? Jego dzieci uśmiechały się do nas z fotografii na lekarskim biurku, odwrócone co prawda taktownie od pacjentów, ale i tak odbijające się wyraźnie w szklanych witrynach z tyłu. Bezdzietna kobieta widzi takie rzeczy – wszystko widzi.

Zachęcona przez niego, próbowałam akupunktury, jogi, wykluczyłam z diety pszenicę, zrzuciłam pięć kilogramów i przed każdym testem z całej siły trzymałam kciuki. Niebieskie kreski za każdym razem odmawiały współpracy i na białą umywalkę w łazience spływały potoki moich łez. Tak bardzo pragnęłam zajść w ciążę! Potem już tylko chciałam dostać normalny okres. Ale mimo starań i modlitw nic się nie zmieniało. Zostało ostatnie badanie.

– Potem już przestań, kochanie. Proszę – błagał Pete. Tak wiele musiał znieść: hormony, wahania nastroju, moje łzy. Nie miałam zamiaru się z nim spierać, bo ja również byłam wykończona. Ostatni test na FSH.

Teraz, patrząc na panoramę Makau, mam ochotę powstrzymać lekarza przed powiedzeniem czegokolwiek.

– Grace, mam wyniki badań.

Słyszę wyrok w jego głosie: oprawione w ramki zdjęcia dzieci i ich odbicia w szklanych witrynach nie są dla mnie.

– Nie na to liczyliśmy, niestety. Myślałem, że intensywne leczenie hormonalne i alternatywne terapie pomogą, ale…

Czekałam na tę wiadomość, ale teraz głos lekarza zamienia się w moich uszach w nieczytelny szum. Nie jestem w stanie podążać za jego wywodem, poza tym i tak nie ma on żadnego znaczenia. Słyszę tylko dwa słowa: wygasanie czynności. Przedwczesne wygasanie czynności jajników. W wieku trzydziestu kilku lat jestem starą kobietą.

Gdy wraca Pete, ja dalej siedzę na kanapie. Na dworze jest już ciemno, ale nie zasunęłam zasłon. Nie zadzwoniłam do niego, choć to rozważałam.

Patrzy na mnie kątem oka, zdejmując buty.

– Grace?

Wyobrażam sobie, co widzi: zwiniętą w kłębek żonę z postarzałą i zmęczoną twarzą. Siada obok, ujmuje moją dłoń i, opierając się, wydaje z siebie westchnienie. Oboje wzrok mamy wbity w ekran telewizora, bo to centralny punkt pokoju, ale telewizor jest wyłączony. Czarny ekran jest trzecim uczestnikiem rozmowy.

– Powinniśmy o tym pogadać – odzywa się po długim czasie Pete. – Może jest jeszcze coś, co można zrobić. – Mówi mocnym głosem, którym chce mi dodać odwagi. To głos samca alfa. Głos, który sprawia, że mężczyźni ciągną za nim jak wilki za przywódcą watahy. Zapewne dlatego jest takim dobrym menedżerem. A może to jakiś feromon? Nie używa wód toaletowych, więc zawsze ma na skórze swój naturalny słony zapach. Kiedyś ten zapach przyprawiał mnie o ciarki. Ale te czasy minęły.

Potrząsam głową.

– Grace, co on dokładnie powiedział? – Ściska pocieszająco moje palce, ale ton jego głosu jest protekcjonalny.

Znów potrząsam głową: nie chcę, aby mnie pocieszał.

Mówi coś jeszcze, ale go nie słyszę, choć odwracam w jego kierunku twarz. Widzę gęste kręcone włosy, pasujące do muzyka lub artysty, a nie do biznesmena. Jak zwykle wymagają strzyżenia, muszę o tym pamiętać. Właściwie od dawna mu się nie przyglądałam i ze smutkiem zdaję sobie teraz sprawę, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. W pewnym sensie stał się obcym człowiekiem. Ostatnie lata starań o dziecko sprawiły, że powędrowaliśmy osobnymi drogami. Kontempluję jego ciemne brwi i delikatnie opuchniętą skórę pod oczyma, zdradzającą brak snu. Dwie głębokie bruzdy wzdłuż policzków, niczym nawias, zaznaczają usta. Przechyla głowę na bok i marszczy brwi. Jego twarz wyraża tak wiele żalu, że robi mi się niedobrze. Co można w takiej chwili powiedzieć?

– Nie chcę o tym rozmawiać – mówię zgaszonym głosem.

Odkryłam kolejny talent. Przeszłam od czekania do spania. Pete zdobywa skądś recepty na tabletki nasenne, a ja pochłaniam je zamiast posiłków. Biorę je w regularnych odstępach czasu, aby się nie budzić. Nie chcę się obudzić.

Niestety kilka dni później podrywam się z pościeli, zlana zimnym potem. Przyśniła mi się Mama.

Szłyśmy przez łąkę pełną maków, których dorodne czerwone kielichy kołysały się na wietrze. Mama szła kilka kroków ode mnie i śpiewała. Myślę, że śpiewała. Albo może rozmawiała z kwiatami. Pochylała nad nimi głowę z szerokim uśmiechem na twarzy. Włosy odgarnęła za ucho. Świeciło ciepłe słońce, powiewał przyjemny wietrzyk, a jej rozpromieniona twarz zdawała się mówić: „Kocham cię, moja Grace”, tak jak mawiała wieczorami, tuląc mnie do snu. Świat był bezpiecznym miejscem. Ale nagle ciszę przerwał gwałtowny dźwięk, jak uderzenie pioruna albo trzaśnięcie bata o wyschniętą ziemię, i w niebo wzbiło się stado ptaków. Spojrzałyśmy na siebie – twarz Mamy pobladła i znieruchomiała. Wyglądała lekko, nie była mniejsza, ale jakby przezroczysta. Wydawało mi się, że jej usta wypowiadają bezdźwięczne: „Przepraszam”. Żołądek zwinął się we mnie ze strachu. Chciałam do niej podejść, ale moja spódnica zaczepiała się o maki. Mama wciąż śpiewała, ale tak cicho, że widziałam jedynie ruch jej uszminkowanych ust. Rozpływała się w powietrzu. Zaczęłam płakać. Chwyciłam ją w ramiona i przyłożyłam ucho do jej warg, a moje łzy kapały na jej szyję i spływały w dół na bluzkę. Wtedy usłyszałam, że śpiewa: Summertime, and the livin’ is easy…

Siadam na łóżku i z całego serca pragnę, aby ten sen mnie opuścił. Jej twarz, jej głos, nawet zapach jej ulubionych perfum wirują w mojej głowie, oszałamiają i zapierają dech w piersi. Sięgam w kierunku nocnego stolika i łykam kolejną tabletkę nasenną. Nie zadziała przez najbliższe pół godziny, ale nie mogę znieść życia na jawie. Bolą mnie wszystkie mięśnie, lecz największy ból mam w sercu. Wzdrygam się, widząc wpadające przez okno światło. Zbliża się wiosna, a Rok Złotej Świni ma się ku końcowi. Co teraz? Co dalej?

Właśnie w tamtym czasie, podczas długich godzin spędzanych w łazience w oczekiwaniu na magiczne niebieskie kreski, znów zaczęłam myśleć o Mamie. Teraz jest tu ze mną w Makau i nawiedza moje sny. Córki nie rozumieją matek aż do chwili, gdy same zostają matkami – stwierdziła kiedyś moja koleżanka z pracy. Może miała rację. Matka powróciła do mnie, kiedy siedziałam w poczekalniach specjalistów i przyglądałam się kobietom z dziećmi w wózkach. Wyparłam ją ze świadomości razem z jej tajemnicami na bardzo długo, ale powróciła, tańcząc i trzymając za rękę moje własne dziecko, budując z nim zamki z piasku, śmiejąc się i płacząc. Razem z nią, poukładane po kolei jak kwiaty w girlandzie, powróciły wspomnienia z przeszłości. Nie mogłam przestać o niej myśleć. Czasem wydawało mi się, że widzę ją w sklepie albo jak wsiada do pociągu. Jedno wiem na pewno: tej kobiety nie można było zrozumieć. Nigdy nie uda mi się zrozumieć Mamy. Przyciskam palce do skroni i kładę się z powrotem na poduszkę.

Pete zostawił kanapkę przy łóżku – widzę, jak wysycha na białym talerzyku. Pod spodem położył czystą kartkę papieru. Nie mogę się powstrzymać – to mój kolejny nawyk. Biorę kartkę i rozglądam się za piórem. Zaczęłam pisać do niej liściki, gdy rozpoczęliśmy starania o dziecko. Z jakiegoś powodu pisanie mnie uspokaja i sprawia, że czuję się lepiej. Chociaż przez chwilę. Są kobiety, które prowadzą pamiętniki, a ja mam rubinowowłosą Mamę. Dziką jak kotka. Jedyną osobę, która wie o mnie to, co najlepsze, i to, co najgorsze. Stale kryjącą się gdzieś w mojej głowie.

Kochana Mamo,

pamiętasz, jak kiedyś, gdy mieszkałyśmy w Borough, w okienną szybę uderzył ptak? Piekłyśmy coś wtedy – bezy albo tarty – coś francuskiego i słodkiego. Byłyśmy w kuchni, obie usłyszałyśmy to głuche uderzenie i obie uniosłyśmy głowy. „Boże, taki dźwięk, jakby z nieba spadł anioł” – powiedziałaś.

Byłam pewna, że to naprawdę anioł i próbowałam wdrapać się na brzeg zlewu, żeby go zobaczyć. Spodziewałam się, że ujrzę piękną panią z kręconymi blond włosami, rozcierającą posiniaczone czoło i wygładzającą długą, błękitną, błyszczącą suknię. Anioła takiego, jak na wierzchołku bożonarodzeniowej choinki. Ale zamiast anioła, w skrzynce na kwiatki, na brudnej ziemi, leżał maleńki wystraszony ptaszek.

Pamiętasz, jak go zabrałyśmy i ułożyłyśmy w czystym pojemniku po lodach, wyłożonym skarpetkami? Leżał na boku i patrzył na nas niewidzącym wzrokiem, mrugając raz po raz. Małe serduszko biło tak mocno i szybko, że bałam się, by nie eksplodowało z przerażenia. Położyłaś pudełko na łóżku i zaczęłaś coś nucić. To była „Cudowna Boża Łaska”2.

Odkręciłaś buteleczkę eliksiru wielokwiatowego Rescue Remedy i przyłożyłaś pipetkę do pomarańczowego dzióbka. Byłam pewna, że ptaszek go nie otworzy, ale on otworzył. Niewiele, ale to wystarczyło, aby odrobina eliksiru dostała się do środka. Kilka kropel kapnęło na jego pierś i spłynęło pomiędzy sklejone piórka. Cały czas nuciłaś i po jakimś czasie, który mnie wydawał się bardzo długi, ale pewnie taki nie był, ptaszek zatrzepotał skrzydełkami i poderwał się na nogi. Jednym okiem patrzył na mnie, a drugim na Ciebie. Zaniosłyśmy go do ogrodu, na dach, pamiętasz? Jak tylko postawiłyśmy pojemnik, wyskoczył na zewnątrz i niepewnie poderwał się do nieba. Szybko przypomniał sobie sztukę latania.

Mamo, nie wiem, co mam robić, co myśleć, co mówić i czuć. Mogę myśleć tylko i wyłącznie o innych sprawach. Na przykład o tym ptaszku. Gdy zaczynam myśleć o TYM, czuję, że tonę. Duszę się. Moje serce zaczyna łomotać tak, jak serduszko tego ptaszka. Chciałabym, abyś tu była. Żeby ze mną piec, śpiewać i głaskać mnie po głowie.

Twoja kochająca córka Grace

Tego samego wieczoru leżę na kanapie i patrzę przez okno. Telewizor jest wyłączony.

– Grace? Nie śpisz? – pyta Pete, wchodząc do domu. W mieszkaniu jest ciemno. Zapomniałam zapalić światło. Włącza pstryczek położony najbliżej wejścia i jednocześnie zdejmuje buty. Uśmiecham się blado – wygląda na zmartwionego, więc chociaż tyle mogę dla niego zrobić. Gdy podchodzi, wyciągam rękę i dotykam opuszkami palców jego warg. To te same usta, które całowałam dziś rano na do widzenia, ale wydają się jakieś inne. Pochylam się i znów go całuję, jakbym próbowała egzotycznego owocu.

Nigdy nie będzie ojcem.

Kiedy się odsuwam, patrzy na mnie, a zmarszczka pomiędzy jego brwiami pomału się wygładza.

Nigdy nie będzie ojcem i ja jestem temu winna.

Znów pochylam się do przodu i całuję tak natarczywie, że czuję metaliczny posmak jego krwi. Kąsam mu dziąsła i chcę wgryźć się w usta. Pete wydaje z siebie cichy jęk i próbuje się uwolnić, by spojrzeć w moje oczy. Przewracam go na sofę – ciemne poduszki połykają kontur jego twarzy. W półmroku ledwie go widzę, ale odnajduję jego usta i przyciskam tak mocno, że czuję przez skórę zarys zębów. Siedząc na nim, prostuję się, by zaczerpnąć powietrza. Wiem, że wciąż na mnie patrzy, ale nie mówi ani słowa. Pomiędzy nami słychać jedynie krótkie, urywane oddechy, nic więcej.

Ściągam jego krawat, a ten, trzepocząc, ześlizguje się ze świstem z szyi i z kołnierzyka. Pete rozpina koszulę, gdy ja po drugiej stronie walczę z jego spodniami. Zdejmuję przez głowę bluzkę, a on rozsuwa mój rozporek. Kiedy sięgam do tyłu, by rozpiąć biustonosz, na moment przytrzymuje moje ręce, skręcone za plecami. Zastygamy w bezruchu, na wpół rozebrani i oboje wciąż w skarpetkach. Jego są ciemne i króciutkie, rozgrzane we wnętrzu butów.

– Ja… – zaczyna Pete, ale nie kończy. Widzę po jego twarzy, że chciałby porozmawiać, w jego oczach kryje się milion niewypowiedzianych słów. W milczeniu proszę, aby niczego teraz nie mówił. I nie mówi.

Czuję poprzez bieliznę, że jest nabrzmiały i gorący. Odruchowo usiłuję sobie przypomnieć, kiedy miałam ostatnią miesiączkę i czy przypadkiem nie jajeczkuję. To nawyk. Ale myśli odpływają, bo nie ma to teraz żadnego znaczenia. Pete uwalnia moje ręce i kładzie dłonie na moich udach. Ściągam jego bokserki i chwytam go mocno. Osuwa się z jękiem i odchyla głowę tak, że broda zasłania jego twarz. Uwalniam się z fig i rzucam je na ziemię. Gdy energicznie wsuwam się na niego, zasysa ze zdziwieniem powietrze. Sięga do moich piersi, ale ja przytrzymuję jego ramiona wzdłuż tułowia. Gdy poruszamy się razem, moje sutki muskają włoski na jego torsie. Czuję tępy ból, ale zaciskam powieki tak mocno, że widzę gwiazdy, i to powstrzymuje mnie od myślenia o czymkolwiek. To moment jakiegoś atawistycznego szaleństwa, bo nie jesteśmy zazwyczaj aż tak nieokiełznani. Pete wydaje z siebie okrzyk i uwalnia się z mojego uścisku. Chwyta mnie mocno, jakbym miała upaść, i przyciąga do siebie. W ciszy słychać nasze stłumione nieartykułowane okrzyki. Nasze ciała drżą w jednoczesnym spazmie, a gdy nieruchomieją, twarz mam ukrytą w zagłębieniu jego szyi i czuję słony zapach jego skóry. Kiedy ostatnio kochaliśmy się bez powodu? To smutna i gorzka refleksja. Pete mruczy coś z ustami w moich włosach, a ja wbijam zęby w jego ramię, doprowadzając go do krzyku. Zdyszani, bez tchu, opadamy na kanapę.

Później przyglądam mu się, jak śpi i otwartymi ustami łapie krótkie, nierówne oddechy. Wpatruję się w ciemnościach w twarz człowieka, którego poślubiłam na Bali tak dawno temu, że z trudem przypominam sobie szczegóły tamtego dnia. Mój wzrok wędruje od jego ust przez brzuch do stóp i z powrotem. Niezależnie od tego, ile piw wypija i ile burgerów zjada przy biurku podczas krótkiej przerwy obiadowej, jego nie najmłodsze już przecież ciało funkcjonuje bez zarzutu. To pogłębia moją gorycz i poczucie żalu. Leżę w ciemnościach, patrząc na niego, na owłosiony tors, na kształtny brzuch. I myślę o tarcie pomidorowej. Ciepłej i pachnącej. Tej, z powodu której się poznaliśmy.

Uciekłam z Londynu i zamieszkałam w Melbourne. W Australii niebo było bardziej błękitne i wydawało mi się, że dopiero tam mogę oddychać pełną piersią. Byłam zdana sama na siebie. Znalazłam kochanka, który mieszkał w Northcote, w mieszkaniu na tyłach supermarketu Coles. Miał na imię Dan. Nie był nadzwyczajną zdobyczą, ale gdy sobie wypił, potrafił być zabawny. Szczerze mówiąc, jego picie mi nie przeszkadzało – nie szukałam księcia z bajki, ale faceta, który potrafi przyzwoicie całować i z którym mogłam się wyszumieć. Dan spełniał moje wymagania.

Pewnego poranka, gdy on jeszcze spał, a ja walczyłam z objawami kaca, postanowiłam zdobyć coś do jedzenia. Powędrowałam do supermarketu Coles w jego spodniach od dresu, podkoszulku i starych ciemnozielonych japonkach, które znalazłam przy wejściowych drzwiach. Kac wywołał u mnie atak głodu, ale pozbawił zdolności do podejmowania decyzji. Nie wiem, ile czasu spędziłam, wędrując pomiędzy regałami i wymyślając przeróżne potrawy. Kruche pieczone kurczę i kanapki z majonezem. Pizza na chrupiącym spodzie. Misy pełne spaghetti Bolognese. Chrupkie serowe nachos z kwaśnym sosem. Obeszłam cały supermarket i wróciłam do stoiska z warzywami i owocami. Obok brzoskwiń leżały kartony pełne dojrzałych pomidorów na gałązkach. Ich zapach był niemal zmysłowy. Wypełnił moje nozdrza, gdy uniosłam jedno z pudełek. Na dnie widać było kilka nadgniłych sztuk, ale poza tym były idealne, czerwone i nabrzmiałe, nasycone aromatem wydobywającym się z zielonych gałązek. Nad nimi ktoś nagryzmolił niedbale: „Skrzynka 5$”.

Woń tamtych pomidorów przywiodła mi na myśl tartę pomidorową, którą pewnego poranka upiekła moja Mama. Myślę, że miałam wtedy mniej więcej sześć lat. Było jeszcze ciemno, gdy obudził mnie zapach pieczonych pomidorów i topiącego się w piekarniku koziego sera. Śpiew przyciągnął mnie do kuchni, w której Mama krzątała się ubrana we własnoręcznie wydziergany fioletowy wzorzysty sweter i dół od piżamy, z tyłu trochę poplamiony błotem. Na jednej nodze miała czarną skarpetkę, a na drugiej czerwoną.

– Panna Grace Raven! – zaśpiewała, wyciągając z pieca pierwszą dorodną pomidorową tartę. Musiała być piąta rano, ale i tak ślina napłynęła mi do ust. W kuchni było przytulnie, a Mama uśmiechała się do mnie radośnie. Kiedy kładła mnie do łóżka, była w podłym humorze, więc jej uśmiech mnie zaskoczył. Stałam, niepewnie czekając, czy radość za chwilę nie minie i czy to wszystko nie jest snem. Mama tymczasem pląsała po kuchni radosna jak skowronek, śmiejąc się i zagadując. Stałam boso, przykuta do miejsca i wodziłam za nią wzrokiem.

– Mama upiekła tartę pomidorową na śniadanie. Tartę dla pani i pana na tym zamku. Czyli dla ciebie i dla mnie, kochanie. Dla ciebie i dla mnie!

Jej uśmiech był jakiś dziwnie szeroki. Przyglądałam się w milczeniu, a ona pokazywała, jak wałkuje puszyste ciasto i smaruje je oliwą. Kazała mi powąchać, jak pachnie rozgnieciony w palcach tymianek, i opowiedziała, jak czosnek przeciwdziała przeziębieniom. Wygłosiła wykład o jedzeniu, śpiewała, śmiała się i pichciła aż do świtu. Potem usiadłyśmy i jadłyśmy gorące tarty, nie używając sztućców. Całowała mnie w policzki, muskając czosnkowym oddechem. Pamiętam gorący ser, który kapał jej na sweter i zastygał na wełnie w postaci lepkich smug.

Przydźwigałam więc skrzynkę z pomidorami z supermarketu Coles do mieszkania Dana. Myśląc o Mamie, przygotowałam pomidory i rozgniotłam surowy czosnek, którego żrący sok wsiąkł w skórę wokół moich obgryzionych paznokci. Gdy tarta wylądowała w piecu, już umierałam z głodu i z pewnością wyglądałam jak straszydło: potargane włosy, w kącikach oczu rozmazany tusz do rzęs, którego nie zmyłam poprzedniej nocy, i wiszący na mnie stary podkoszulek, udekorowany upiornymi zaciekami z pomidorowego miąższu. Siedziałam tak, odurzona rozkosznym zapachem rosnącego ciasta i pogrążona głęboko we wspomnieniach, gdy do kuchni wszedł z salonu mężczyzna bez podkoszulka, pachnący snem. Niemrawo zmierzał w kierunku lodówki, lecz na jego drodze stanęła skrzynka z kilkoma nadpsutymi pomidorami na dnie. Wyglądał jeszcze gorzej niż ja.

– Co to, kurde, jest?

Gęste, kręcone brązowe włosy opadały mu na oczy. Jego dolne zęby były lekko pokrzywione, za to górne były ładne – białe i równe. W ten sposób poznałam współlokatora mojego chłopaka.

– Przepraszam, już to zabieram. To pomidory, właśnie piekę tartę – tłumaczyłam się w brytyjskim stylu. I żałowałam, że nie mam na sobie stanika, nawet jeśli facet cuchnął piwem i papierosowym dymem.

– Co robisz? – Odwrócił się, by na mnie spojrzeć, i przyjrzał mi się dokładnie od góry do dołu. Jego oczy zatrzymały się na moment na moich stopach.

– Ehm… tartę. Pomidorową. Stąd ta skrzynka – przepraszającym gestem wskazałam na pojemnik.

Przekrzywił głowę i zaśmiał się.

– O kurde, ale masz wytworny akcent. Tarta to jakiś placek, tak? – Dotarł do lodówki i wyciągnął stamtąd karton soku pomarańczowego. Sprawdził na pudełku termin ważności i zmarszczył czoło.

– Nie do końca. Tarta to tarta, a nie placek.

Wiem, że to zabrzmiało przemądrzale. Ale mój akcent wcale nie jest wytworny, tylko angielski.

Patrzyłam na jego twarde sutki obwiedzione wianuszkiem ciemnych włosów. Jedyne włosy na jego torsie zgromadziły się właśnie wokół sutków. Boże, nie mógłby się jakoś ubrać? Wyszczerzył do mnie zęby w szerokim uśmiechu i zrozumiałam, że się ze mną przekomarza. Zupełnie zapomniałam, że australijscy mężczyźni z tego słyną. Słowne utarczki stanowią inną formę pociągania koleżanek z klasy za warkocze.

– Okej – powiedział pojednawczo. Oparł się o drzwi lodówki i pił sok prosto z kartonu. Językiem zlizał płyn, który pozostał na jego górnej wardze. Potem odwrócił się w stronę pieca.

– Hm, świetnie pachnie.

– Dzięki.

Widziałam, że przygląda się bałaganowi, który wokół zrobiłam – porozrzucanym nożom i rozlicznym deskom do krojenia, czerwonej pulpie pokrywającej dno zlewu. Gotowanie na kacu miewa druzgocący wpływ na stan kuchni. Zrobiłam jeszcze większy bajzel niż Mama.

– Jeśli chcesz, będziesz mógł się poczęstować.

Kiwnął głową.

– A tak przy okazji, mam na imię Grace i jestem z… ehm… – Z największą nonszalancją, na jaką było mnie stać, wskazałam pokój Dana. W lekko uchylonych drzwiach widać było nagi pośladek, z którego zsunęła się kołdra. Wzrok kolegi Dana powędrował za moim gestem.

– Aa, rozumiem. – Nie wydawał się w żaden sposób poruszony widokiem nagiego ciała. Zapewne nieraz je oglądał. – Jestem Pete. I chętnie skorzystam z zaproszenia, skoro częstujesz.

Usiedliśmy przy stole w salonie i obejrzeliśmy wiadomości. Tarta wyszła niebiańska i Mama na pewno byłaby ze mnie dumna. Dwie szerokie wstęgi ciasta zajęły obie półki w piekarniku. Zanim Dan się obudził, wszystko we dwójkę zjedliśmy. Pete oblizywał palce i pojękiwał z zachwytu. Powiedział mi, że pracuje jako krupier-inspektor w kasynie i że studiował z Danem na uniwersytecie. Studia na kierunku zarządzanie rzucił przed dyplomem, bo go nudziły, a dużo bardziej odpowiadała mu praca na pół etatu przy obsłudze gier. Wtedy zamieszkali razem. Pete uważał, że Dan jest dobrym człowiekiem, ale „chleje tyle, że to się niedługo przeciwko niemu obróci”, co było zapewne trafnym spostrzeżeniem. Zamierzał wyprowadzić się za kilka miesięcy, bo do tego dojrzał – od lat on i Dan mieszkali razem. Patrzyłam w jego połyskujące na zielono oczy, gdy mówił niskim pewnym głosem, i nie mogłam oderwać wzroku od firanki ciemnych rzęs. Jedząc i rozmawiając, siedzieliśmy i oglądaliśmy telewizję przez kilka godzin. Stwierdził, że moja tarta była najlepszym „plackiem”, jaki w życiu jadł. Czułam się przy nim swobodnie jak w rodzinie, jeśli pominąć fakt, że jedyną rodziną, jaką kiedykolwiek miałam, była Mama. Na koniec zauważył, że mam na sobie jego klapki.

Teraz, po wielu latach, nagie ciało Pete’a leży wyciągnięte na łóżku. Jego piękne oczy są zamknięte. Leży tuż obok mnie, a jednocześnie wydaje się taki odległy. Idę samotnie pod prysznic, a z oczu płyną mi wielkie, gorące łzy. Stoję pod strumieniem wody i pozwalam jej spływać po powiekach, nosie, odbijać się od piersi. Jestem zbyt wyczerpana, by stać, więc siadam i przyciągam do siebie kolana. Wyobrażam sobie, że wchodzi Mama i widzi mnie w takim stanie. Niezależnie od tego, w jakim byłaby nastroju, a przecież miewała napady złego humoru, na pewno podałaby mi ręcznik. Kazałaby mi wstać i przyjść na grzankę. Nastawiłaby czajnik, nalała gorącej wody do butelki i wsunęłaby mi ją do łóżka. Zaparzyłaby herbatę. Czekam, kafelki pod prysznicem wyciskają szachownicę na moich plecach, ale nikt nie nadchodzi, by otulić mnie ręcznikiem. Słychać tylko chlupot spadającej wody.

2 Cudowna Boża Łaska (ang. Amazing Grace) – angielska pieśń religijna.

La Ville Lumière – Miasto Światła

BANANOWY O SMAKU PARYSKIEGO NALEŚNIKA Z GANACHE Z ORZECHOWEJ CZEKOLADY

Kiedy Pete wychodzi do pracy, w mieszkaniu nastaje spokój, błoga, przenikająca wszystko cisza. Wiadomości telewizyjne są wyłączone, woda w łazience przestaje płynąć, żadne buty nie stukają o drewniane deski podłogi. Raz czy dwa razy podniosłam głowę z poduszki, aby zamienić z nim kilka słów, gdy szykował się do wyjścia, ale jak zwykle nie wiedziałam, od czego zacząć. Od tygodni starał się nawiązać ze mną rozmowę, a ja zakopywałam się w łóżku, by jej uniknąć. W końcu przestał próbować.

Ryzykuję otwarcie jednego oka. Słoneczne światło jest oślepiająco jasne. W końcu to wiosna. Wzdycham i pomału uchylam drugą powiekę. Mrużąc oczy i odwracając wzrok od światła, podnoszę się na nogi. Stojąc przy oknie, widzę maleńką figurkę wędrującego do pracy Pete’a. Musi być ciepło, bo przerzucił marynarkę przez ramię i skupił uwagę na czymś, co trzyma w dłoni. To pewnie telefon komórkowy. Ponaglam go wzrokiem, by się odwrócił – wtedy mogłabym pomachać. Podnosi głowę, a ja liczę, że się odwróci i mnie zobaczy, wyczuje, że stoję w oknie, oparta rękoma o framugę. Ale on maszeruje przed siebie.

Słońce rozgrzewa przez szybę moją skórę – czuję, że drobne włoski na moich ramionach podnoszą się, odpowiadając na pieszczotę. „Dzień dobry” – zdają się mówić z rozkoszą. Po niebie dryfują masywne obłoki, jakby ktoś ściągnął je z Kaplicy Sykstyńskiej i rozwiesił nad Makau. Płyną po jasnoniebieskim tle, wolnym dziś od zawiesiny smogów. Opieram głowę o szybę i głęboko oddycham – czy piękno można wchłonąć poprzez oddech? Przechylam głowę i kątem oka spoglądam na koczowisko, którym stało się nasze łóżko. Pościel jest potargana i bezwzględnie wymaga prania. Wokół unosi się zapach rozgrzanego kurzu i czerstwego chleba. Wiem, że muszę przestać żyć jak pustelnica, ale wysiłek, jakiego wymaga ubranie się i wyjście z mieszkania, wydaje się ponad moje siły. By nabrać energii, biorę kolejny głęboki oddech i pod stertą koronkowej bielizny, której już nie noszę, zaczynam szukać sportowego stanika.

Portier podnosi głowę, kiedy wychodzę z windy, ubrana w spodnie od dresu, podkoszulek i sportowe buty, oklapnięta, ale przecież na chodzie. Ciekawe, czy dziwi się, widząc mnie o tej porze. Albo w ogóle mnie widząc. Jego wzrok podąża za mną, gdy przechodzę przez szklane drzwi.

Pomimo błękitnego nieba, powietrze ma zapach spalin i drży od hałasu hamulców i klaksonów. Zwykła poranna krzątanina osób pędzących do pracy lub do przedszkola z dziećmi. Do dwóch miejsc, w których mnie na pewno nie będzie. Mijam kobietę w piżamie, spokojnie siorbiącą z łyżki swoje congee3, i tęsknię za spokojnym angielskim parkiem albo piaszczystą australijską plażą. Kobieta patrzy na mnie pustym, niewidzącym wzrokiem, potem spuszcza głowę i koncentruje się na posiłku. To dobrze, że się mną nie interesuje. Czuję się tu bardzo skrępowana – jestem za blada, za wysoka… Zbyt obca. Czasem wydaje mi się, że z roku na rok staję się coraz bardziej obca. Jakbym pomału porzucała gdzieś samą siebie. Zaczęło się od ucieczki do Australii, potem wróciłam do Londynu, teraz jestem tu, w Chinach. Przyglądam się sklepom po obu stronach ulicy. Żaden z nich nie jest o tej porze otwarty – już kiedyś się o tym przekonałam. Otwierają dopiero około dziesiątej, albo nawet później, i bardzo późno zamykają. Można spokojnie wparować do sklepu o dziesiątej w nocy, a właściciel wyskoczy z zaplecza, wycierając usta z pozostałości ryżu albo zupy, gotów cię obsłużyć. Za to o poranku faliste metalowe żaluzje są opuszczone jak zaciśnięte powieki. Chiński napis nad wejściem zapewne informuje: „Przepraszamy, ale jeszcze śpimy”.

Kilka budynków dalej znajduje się szkoła z małym placem zabaw w narożniku. Próbuję nie patrzeć, ale niestety nie mogę się powstrzymać. To mały i smutny wybetonowany plac zabaw. Stoi na nim dziwaczna gipsowa kolekcja miniaturowych replik słynnych budowli. Jest tu wieża Eiffla, sięgający do kolan Sydney Harbour Bridge i chylący się ku upadkowi London Bridge. Drobne okruchy mojego życia, ustawione tu jakby specjalnie dla mnie. Zawijam palce na drucianej siatce płotu. Placyk jest pusty, bo dzieci mają teraz lekcje. Ziemia jałowa: ani trawy, ani dzieci, ani jednego wybuchu śmiechu. Zmuszam się do szybkiego marszu i próbuję skoncentrować wzrok na stopach, aby powstrzymać płacz.

Na rogu mijam piekarnię, której aromaty docierają do mnie dużo wcześniej, niż ja docieram do niej. Zapach jest intensywny i słodki. Wzdłuż ulicy, w podwójnym rzędzie, stoją auta okolicznych mieszkańców, którzy wyskakują z nich, aby w locie zakupić coś na śniadanie. Już od wejścia wije się kolejka. W środku widać piramidy bułeczek z grillowaną wieprzowiną, pokrojone na kawałki miodowe ciasto, bułki posypane na wierzchu suszonym mięsem i zwykłe zapiekane kanapki z szynką i roztopionym serem. Inaczej tu pachnie niż w piekarniach w domu. Kiedyś kupiłam bochenek krojonego chleba, ale kromki były cieniutkie i miały słodki smak.

Kilka budynków za szkołą zatrzymuję się i biorę długi, głęboki wdech. Już nie płaczę. Moment słabości minął. Rozglądam się, chyba w obawie, że coś w najbliższym otoczeniu wywoła kolejne emocje. Ale niczego tu nie ma. Otacza mnie pogodny bezruch. Zza rogu wypływa lekki wiaterek i unosi moją grzywkę. Cicho przejeżdża taksówka, wpatruje się we mnie jakaś kobieta z siwiejącym kokiem. Zdaję sobie sprawę, że jestem tylko kilka przecznic od Supreme Flower City – widzę w oddali jego sylwetkę, fioletową jak wiosenny irys, pikującą ostro w modre niebo. Przede mną jest plac budowy, na którym powstaje nowa szkoła międzynarodowa i dom mieszkalny w kolorze wyblakłej szałwii. Słońce zaczyna coraz mocniej przygrzewać. Z budowy dochodzi odgłos pracującego świdra. Niewielu tu jeszcze robotników – ci, którzy są, przecierają oczy, drapią się po szyjach i rozglądają wokół, jakby czekali na szefa.

Jeden z mężczyzn zaczyna mi się przyglądać. Nagi do pasa siedzi na rusztowaniu i macha nogami, popalając papierosa. Wiem, że wpatrywanie się w innych nie jest tu objawem złego wychowania, ale i tak czuję się nieswojo. W jego ciemnych oczach nie ma zażenowania, jest raczej zaciekawienie moją odmiennością. U stóp rusztowania siedzi wyliniały pies i obdarza mnie psim uśmiechem: rozsunął wargi na oblepionym resztkami ryżowej zupy pysku, odsłaniając zęby i zwisający z boku język.

Mama zapewne wdałaby się z tym człowiekiem w rozmowę. Nie przeszkadzałoby jej, że jest półnagi lub że nie mówi ani słowa po angielsku, albo że jego pies wygląda, jakby cierpiał na setkę różnych skórnych infekcji. Kiedyś zbierała pieniądze dla organizacji Greenpeace i biegała z transparentem i petycjami do podpisu. Mogła opowiadać godzinami o fokach grenlandzkich lub o testach nuklearnych. Potrafiła opisać japońskie polowania na wieloryby w tak drastycznych szczegółach, jakby sama stała na pokładzie statku. Jej entuzjazm był elektryzujący i porywający – w innych okolicznościach mógłby nawet przerażać. Protesty podpisywało więcej mężczyzn niż kobiet i była to zasługa Mamy, a nie Greenpeace’u, szczególnie podczas lepszej pogody, gdy nosiła rozpuszczone włosy i długie spódnice. Wyglądała zachwycająco, jak świeży jesienny liść dopiero co opadły na ziemię. Kojarzyła się z ciepłym letnim wiatrem albo spacerem ręka w rękę z kimś, kogo się kocha.

Raz jeszcze spoglądam na mężczyznę na rusztowaniu, który akurat wyciąga z ust papierosa i spluwa na ziemię. Jego puste spojrzenie przywodzi mi na myśl Głupią Martę. Głupia Marta chodziła wzdłuż płotu mojego liceum, zbierała puste puszki po napojach i mamrotała bez przerwy o Naszym Panu Jezusie Chrystusie. Nie sądzę, by ktokolwiek wiedział, jak naprawdę się nazywa. Dziewczyny jej dokuczały, rzucały przez płot puste puszki, aby za nimi biegała, śmiały się z jej skołtunionych włosów i rozbieganych, szklistych oczu. Przerażała mnie i nie zbliżałam się do miejsc, w których zazwyczaj przebywała, aż do dnia, kiedy przybiegła do mnie zaaferowana Jennifer Beasley.

– Twoja mama rozmawia przy płocie z Głupią Martą – powiedziała bez tchu, z właściwym czternastolatkom uwielbieniem do plotek w głosie. Jeszcze zanim dotarłam na miejsce, wiedziałam, że będzie afera. Dziewczyny stłoczyły się wzdłuż płotu – wszystkie w podkolanówkach, rozchichotane. Słyszałam, że Mama coś krzyczy. Że powinny się wstydzić i żeby się zastanowiły, co zrobiłby Ghandi. Nie sądzę, by moje koleżanki wiedziały, kim był Ghandi, ale wyraźnie były rozbawione. Ponad ramieniem koleżanki w starannie ułożonych blond lokach próbowałam zobaczyć, co się dzieje. Mama w niezręcznym uścisku obejmowała ramieniem Martę. Mówiła z uniesioną do góry brodą. Biedna Marta wyglądała na wystraszoną, łypiąc w górę spod pachy Mamy.

– Gdybyśmy wszyscy wyłupywali oko za oko – perorowała Mama teatralnym tonem – świat już dawno byłby ślepy. – Marta skurczyła się ze strachu, jakby się obawiała, że Mamie może chodzić o jej oko. Tłum dziewcząt zareagował śmiechem i trajkotaniem. Ktoś zaczął klaskać. Być może Mama dostrzegła moje rude włosy ponad odzianymi w zielone sweterki ramionami, bo zawołała:

– Grace, Grace, kochanie!

Ale ja wtopiłam się w tłum. Mama zaczęła powoli odchodzić, prowadząc Głupią Martę pod ramię. Tłum wiwatował, gdy ponad płotem poszybowała kolejna puszka i wylądowała u ich stóp.

– Głupia Marta i jej przyjaciółka Warcząca Berta – zażartowała jakaś dziewczynka z umalowanymi oczami. Widziałam, że Jennifer rzuciła mi na wpół zachwycone, a na wpół współczujące spojrzenie. Zignorowałam ją. Wcześniej i tak – z powodu mojego przechodzonego mundurka i pryszczy na brodzie – trudno było mi się z kimkolwiek zaprzyjaźnić, ale teraz stało się to prawie niemożliwe. Resztę roku spędziłam w przytulnych objęciach biblioteki, otoczona stosami francuskich książek kucharskich i starych przewodników po tak odległych miejscach, jak Afryka, Grenlandia, Australia czy Chiny.

Facet na budowie w końcu odrywa ode mnie wzrok i drapie się pod pachą. Może powinnam wrócić do domu i położyć się do łóżka? Powietrze jest ciężkie i wilgotne, a ja czuję się wyczerpana. Tuż obok widzę podwórko kompleksu mieszkaniowego, to znaczy trzech bloków ustawionych w literę U, wyłożonych nadkruszonymi już i poszarzałymi ze starości zielonymi kafelkami. Większość okien przyozdobiona jest rdzewiejącymi metalowymi suszarkami, z których zwisa wilgotne pranie. Wchodzę na podwórze, by przyjrzeć się maleńkim sklepikom i zakładom usługowym na parterze, choć wygląda na to, że większość z nich już nie funkcjonuje. Jeden lokal to zapewne biuro podróży – na szybach wiszą poodklejane wyblakłe plakaty. Przylega do niego gabinet kosmetyczny o nazwie Salon Depilacji. Obok stoi czarna tablica ze starannie namalowanym zieloną kredą klapkiem, zachęcająca do zakupu japonek marki Havaianas. Kiedyś musiał tu być zakład fryzjerski, ale okna pokrywa gruba warstwa brudu, więc to pewnie stare dzieje. Jednak na zewnątrz wciąż wiruje na wietrze pasiasty drąg4.

Mój wzrok przyciąga jedyna tutaj informacja po angielsku. Jest napisana ręcznie na dole wiszącej w oknie białej kartki papieru, pod napisami po portugalsku i po chińsku. „Na sprzedaż lub wynajem. Lokal wyposażony w piece. Atrakcyjna cena. Telefon: 6688 3177”.

Zaglądam przez okno do mrocznego wnętrza, które kiedyś było zapewne kawiarnią. Pod ścianami stoją wiklinowe krzesła. Podłoga jest wyłożona białymi kaflami, z czarnymi dekorami w kształcie karo tam, gdzie stykają się cztery płytki. Pokrywa ją brudny, lepki kurz. Pod przeciwległą ścianą widać ladę i wiszącą za nią portugalską flagę. Jej górny prawy róg się odkleił, więc zwisa smętnie z jednej strony. Robię kilka kroków wstecz i raz jeszcze czytam informację. „Lokal wyposażony w piece”. A więc na tyłach musi być kuchnia.

Moje rozważania przerywa ostry jak brzytwa głos. Ktoś wykrzykuje coś po kantońsku. Podnoszę wzrok na ubraną w kwiecistą piżamę starszą kobietę, która wychyla się przez okno. Jej twarz jest ściągnięta w grymasie niezadowolenia. Wywija w powietrzu wyciągniętym palcem, wrzeszcząc po kantońsku. Znów czuję się skrępowana. Człowiek jest całkiem bezradny, kiedy nie zna języka.

– Przepraszam! – wołam zduszonym głosem, unosząc rękę w obronnym geście. Robię kilka kroków do tyłu i potykam się, lądując z głuchym plaśnięciem na betonie. – Cholera!

Nie patrzę w górę w obawie, że kobieta zaśmiewa się z mojego upadku. Wstaję i otrzepuję kurz ze spodni. Twarz płonie mi ze wstydu i odsuwam się od sklepowych witryn. Kiedy wychodzę z podwórza, odwracam się po raz ostatni, by popatrzeć na ogłoszenie. Ono zdaje się patrzeć na mnie, jasne jak skrzydło gołębicy na tle ciemnego, pustego okna. Spuszczam głowę i kieruję kroki w kierunku domu. Po chwili słyszę inny głos, tym razem roześmiany. Oglądam się przez ramię i wtedy dostrzegam jeszcze jedną kobietę, wychylającą się z balkonu w bloku naprzeciwko kobiety w piżamie. Odkrzykuje coś, rozwieszając koszule i spodnie. Strzepuje mokre ubrania i burcząc, kiwa głową do znajomej po drugiej stronie podwórza. Dociera do mnie, że one rozmawiają ze sobą, a ich konwersacja nie ma ze mną nic wspólnego. Gdzieś w głowie słyszę rozbawiony głos Mamy: „Odwagi, Grace! Potrzeba ci trochę mojej bezwstydności, dziewczyno”. Bezwstydności, która prowokowała nas do wyjazdów do Paryża w poszukiwaniu szczęścia albo popychała do urządzania nocnych pikników w Ogrodach Kensington. Im mniej jej mam, tym lepiej. Przynajmniej tak dotychczas uważałam. W drodze do domu przygryzam wargi i marzę, by moja twarz nie miała teraz koloru moich włosów.

– To nie potrwa długo.

Słychać w jego głosie ledwie wyczuwalne błaganie, gdy kładzie na łóżku czystą koszulę. Unoszę głowę znad książki.

– To spotkanie firmowe. Będzie dziwnie wyglądało, jak przyjdę sam. – „Znowu” – dodaje pewnie w myślach. – Chcą cię poznać, Grace.

Bezrobotną bezpłodną żonę, byłą kelnerkę. Jasne, zapewne o niczym innym nie marzą.

– Nie wiem – mówię. – Nie mam co na siebie włożyć.

To przynajmniej częściowo prawda. Nie kupuję ubrań odpowiednich na przyjęcia koktajlowe, poniekąd specjalnie.

Pete wyjmuje z szafy czarną sukienkę i gładzi ją ręką tak, jakbym już miała ją na sobie. Od pasa do miejsca, gdzie byłoby moje udo. Nie zakładałam jej od poprzedniego Bożego Narodzenia – nie wiem nawet, czy w nią wejdę.

– Ta nie może być? – pyta. Wzruszam ramionami i wracam do mojej książki, ale czuję na sobie jego spojrzenie. Kiedy wchodzi pod prysznic, wstaję i dotykam sukienki, leżącej na łóżku obok jego koszuli. Jest chłodna w dotyku, jakby wilgotna, i połyskuje niczym skóra foki. Zdejmuję ubranie i wciągam ją przez głowę. Pasuje. Przeczesuję palcami włosy i znowu myślę o Mamie. Ile ona miała kreacji na przyjęcia! Jej szafa była zawsze pełna jedwabiu i satyny we wszystkich kolorach tęczy. Ja preferuję czernie i barwy neutralne, bo do wszystkiego pasują. Biorę głęboki oddech.

– Pójdę – mówię. Nie dość głośno, aby Pete usłyszał mnie pod prysznicem, ale wystarczająco dobitnie, aby przekonać samą siebie.

Stoję ukryta w oświetlonym blaskiem świec narożniku, najdalej jak się da od DJ-a, baru i tłumów. Ponad głowami widzę Pete’a, otoczonego wianuszkiem twarzy odchylonych do tyłu przy wybuchu śmiechu lub pochylonych do przodu, by usłyszeć opowiadaną przez niego historię. Za każdym razem, kiedy mija mnie kelner z tacą serów, nakładam sobie dwie albo trzy porcje krakersów. Obdarzam go uprzejmym uśmiechem, mając nadzieję, że odgadnie, iż kiedyś wykonywałam tę pracę i wiem, że stopy bolą go tak, jakby ktoś wbijał w nie szpilki. Wykwintne sery są słonawe w smaku, a ich miękkość wspaniale kontrastuje z kruchością krakersów. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jaka jestem głodna i jak niewiele jadłam przez ostatnie tygodnie. Kelner chyba też to czuje, bo za każdym razem, gdy wychodzi z kuchni z nowym półmiskiem, rusza prosto w moim kierunku. Kozi, pleśniowy, brie. Cudownie gładkie i rozpływające się w ustach. Cieszę się, że udało mi się ukryć w tym zakątku sali – nikt tu nie zwraca uwagi na moją ucztę. Wszyscy skupiają się na mówieniu właściwych rzeczy i śmianiu się we właściwych momentach, na uśmiechach, które mają okazać, jakie wszystko jest interesujące. Te same banalne sceny odgrywane są w każdym miejscu sali.

Szczupła Chinka o miłej twarzy odrywa się od otaczającego Pete’a kółka i zaczyna płynąć w moją stronę. Nerwowo strzepuję z sukienki okruchy jedzenia i czuję nagły skurcz żołądka. Staję bokiem do niej i staram się patrzeć przez okno z jak najbardziej obojętnym wyrazem twarzy.

– Grace? Witaj, Grace, jestem Celine. Właśnie poznałam twojego męża, Pete’a. Powiedział, że gdzieś tu cię znajdę. – Wyciąga do mnie szczupłą dłoń. Kobieta mówi z tak niewiarygodnie pięknym francuskim akcentem, że mimo woli odwracam się, by jej się przyjrzeć. Dźwięk jej głosu wywołuje u mnie dreszcz, jakbym przypomniała sobie coś sprzed lat. Mrużę oczy i zapominam o tym, że powinnam coś powiedzieć. Ona uśmiecha się serdecznie. Celine, co rymuje się z Marylin, jeszcze raz przedstawia się głosem gładkim jak kremowa śmietanka. Ujmuję miękką dłoń. Celine ma okrągłą twarz koloru księżyca i lekko szpiczastą brodą, co nadaje jej wygląd małej dziewczynki. Mówi swobodnie, jakby nie oczekiwała ode mnie zbyt wielkiego wkładu w konwersację, wyjaśniając, że jej rodzina pochodzi z Chin, ale ona wyrosła w Paryżu. Jest tu z mężem i pracuje jako nauczycielka francuskiego, bo, bądź co bądź, jest Francuzką.

– Pourquoi pas? Dlaczego nie? – pyta ze śmiechem, wzruszając ramionami.

Bezwiednie odpowiadam na jej uśmiech. Ma nauczycielską umiejętność dostrzegania zagubionych kurczątek i zagarniania ich pod swoje skrzydła. Z łatwością oddaję się jej w opiekę.

– Musisz teraz poznać Léona. – Chwyta mnie za łokieć i wyprowadza spoza zasięgu klimatyzacji, na balkon. Znajdujemy się na siedemnastym piętrze w restauracji nowo otwartego, eleganckiego kasyna – to tak, jakby znaleźć się nagle na czubku bożonarodzeniowej choinki. Widok stąd jest porywający: blask bijący od półwyspu Makau odbija się w ciemnych wodach dzielącego nas przesmyku. Jaskrawe światła wydają się w nocy dużo ładniejsze. Nawet most błyszczy od reflektorów taksówek sunących w stronę wyspy Taipa.

O balustradę opiera się wysoki mężczyzna, trzymając w dłoniach kieliszek wina. Mam wrażenie, że myśli o tym samym, co ja, bo spod ciemnych brwi spogląda na miasto z uśmiechem. Ma oczy jak dwa migdały i gęste szpakowate włosy, które przy ruchu głowy ocierają się o krawędź kołnierzyka. Pełne usta obejmują kieliszek, gdy pociąga łyk wina. Odwraca się powoli i patrzy w naszą stronę – w oczach pojawia się czułość, a na ustach uśmiech, który odsłania perłowe zęby. W klatce piersiowej czuję ucisk i nagle wydaję się sobie zbyt pijana. A może to tylko zawrót głowy.

– Léon, musisz poznać Grace. Grace, to mój mąż, Léon.

– Cześć – mówię cicho.

Pochyla się i całuje mnie najpierw w lewy policzek, a potem w prawy.

– Dobry wieczór. Miło cię poznać – mówi z autentyczną sympatią. Jego głos przywodzi na myśl taki Paryż, jaki pamiętam. Miasto miłości i tajemnic. To wspomnienie zapiera mi dech w piersiach.

Obserwuję powiewające na wietrze włosy Celine, kiedy opowiada o swoich uczniach. Jej oczy błyszczą, gdy opisuje pewne pełne zapału dziecko z okropną wymową, jej śmiech ma srebrzysty dźwięk fletu. Chciałabym wiedzieć, czy mają dzieci, ale w gardle czuję ucisk i nie mogę wydusić słowa. Widzę ich na tle rozświetlonego nieba. Ona ma na sobie białą jedwabną koszulę, a on lnianą niebieską. Wyglądają jak para z reklamówki proszku do prania, który sprawia, że biel jest jeszcze bielsza, a kolory bardziej intensywne. Jedwab i len to takie wymagające, kłopotliwe tkaniny. Ale po parze przede mną nie widać cienia wysiłku – przytulają się do siebie swobodnie, a mnie robi się trochę smutno. Są jak para uśmiechająca się ze zdjęcia w ozdobnej ramce, stojącego na sklepowej półce. Para, którą chciałoby się być.

Celine przeprasza i idzie po kolejny kieliszek wina, a ja podnoszę wzrok na uśmiechającego się do mnie Léona.

– Przepraszam za mój angielski. Nie mówię zbyt dobrze, musisz mi wybaczyć.

Jego akcent jest twardy jak wyschnięta beza, ale rozumiem każde słowo. Żałuję, że nie nauczyłam się więcej francuskiego, ale nigdy nie byłam uzdolniona językowo. Myślę, że do tego trzeba być ekstrawertykiem.

– Ale to nieprawda, twój angielski jest bardzo dobry. To mój francuski jest straszny. Nie masz za co przepraszać.

– To miło z twojej strony. Czasem jest ciężko. Ludzie często nie rozumieją, co chcę powiedzieć. – Wzdycha i śmieje się jednocześnie. Kiedy opiera się tyłem o balustradę, widzę nieforemny czworobok zarostu, którego przez nieuwagę nie zgolił. Mam niepohamowaną ochotę przejechać po nim palcem i sprawdzić, czy kłuje. – Lubisz jedzenie, non?

– Słucham?

– Catering. Lubisz to? Widziałem, że jadłaś sery.

Sukienka nagle staje się za ciasna w pasie. Błagam w myślach moją twarz, aby nie oblała się rumieńcem.

– O, tak. Jedzenie jest bardzo dobre. Smakuje mi.

– To moja restauracja. Pracuję tu. Jestem szefem kuchni.

– Nie wiedziałam. Ja… kiedyś byłam kelnerką. – Nie wiem, dlaczego podzieliłam się tą informacją. Sama ze mnie wypłynęła. – Ser Pont-l’Évêque był bardzo dobry – zmieniam temat. – Jest z Normandii, dobrze myślę?

– Oui. Tak, zgadza się. – Léon unosi brwi i uśmiecha się. – Aha, kobieta, która zna się na jedzeniu. – Marszczy czoło. – Chciałbym, żeby Celine więcej jadła. Jest za mała. Jak wróbel. Martwię się. – Léon wypuszcza powietrze spomiędzy pełnych, wygiętych w grymasie niezadowolenia ust. To pewnie francuski sposób wyrażania dezaprobaty.

– Cóż… – nerwowo szukam w głowie czegoś, co mogłabym powiedzieć. I czuję, że serce we mnie rośnie, a na moich ustach prawie wykwita szczery uśmiech. Prawie.

Wracamy z Pete’em do domu w wilgotnym powietrzu i w zalegającym między nami całkowitym milczeniu. On od czasu do czasu wydaje z siebie krótkie chrząknięcia, jakby sam się ze sobą zgadzał. Pewnie myśli o czymś, co musi jutro zrobić w pracy. Wchodzimy do mieszkania, on włącza BBC i zdejmuje buty. Ja idę do łazienki zmyć makijaż. Wchodzę do łóżka nago i pod poduszką chowam na wszelki wypadek dodatkową tabletkę. Z salonu dochodzi ciche mamrotanie angielskich dziennikarzy, więc sięgam pod szafkę nocną, gdzie zgromadziłam stosik książek kucharskich. Czytam Francuską odyseję Ricka Steina, gdy do pokoju wchodzi Pete. Idzie do łazienki umyć zęby.

– Dobrze się dziś bawiłaś? – woła.

– Było okej.

– Mówiłem ci, że tak będzie.

– Mmm…

Ściąga koszulę i krawat i rzuca je na krzesło w nogach łóżka. Patrzy na mnie albo na okładkę książki, nie jestem pewna na co. Zakłada czyste bokserki – pomarańczowe w paski, w których lubi spać. Kładzie się na plecach i patrzy w sufit, z ręką na moim udzie. Odwilżacz szumi cicho, a ja zgłębiam tajniki dobrej zupy cebulowej. Takiej klarownej i brązowej, pachnącej ulicami i zaułkami Paryża. Ile do tego trzeba cebuli! Rozważam wyprawę na targ w Taipa następnego dnia.

– Dobranoc, kochanie – mówi Pete. Jego głos jest chłodny i nieobecny. Zabiera rękę z mojej nogi.

Chwilę później ja mówię dobranoc Rickowi Steinowi i zamykam książkę. Głowę mam pełną przepisów i francuskich potraw, a żołądek pełen sera. Wyłączam lampkę i układam się na boku, twarzą w kierunku sterty pościeli, w której ukryty jest śpiący Pete. Kładę dłoń na jego ramieniu, by poczuć przez prześcieradło jego ciepło, potem odwracam się na drugi bok.

Kochana Mamo,

śniło mi się francuskie jedzenie. Pamiętasz sery? I pieczywo? Pamiętasz, jak marzyłyśmy, żeby otworzyć własne bistro? Ty i ja serwujące bagietki i zupę dnia… Zalany słońcem taras, wysokie obcasy i srebrne sztućce… Pieski pijące ze spodków i eleganckie szpilki pod stolikami z kutego żelaza. Moje myśli przewijają się w rytm „Summertime”, które gra w mojej głowie na okrągło jak winylowa płyta. Wiesz, ta wersja z „Porgy and Bess”…

Myślałam o Paryżu, Mamo.