Kolonia Marusia - Sylwia Zientek - ebook
Opis

Wołyńskie krwawe lato, które odcisnęło tragiczne piętno na trzech pokoleniach kobiet

Po śmierci matki pisarka Sylwia postanawia zmierzyć się z nigdy niewypowiedzianą, rodzinną traumą. Halina jako dziecko była świadkiem rzezi wołyńskiej. Koszmarne wspomnienia wyparła z pamięci, ale przeżyty wówczas lęk zdeterminował całe jej życie. Sfrustrowana i przerażona przekazała swoje fobie córce, która teraz próbuje odtworzyć dramatyczne losy cudem ocalałej rodziny i mieszkańców nieistniejącej już Kolonii Marusi, by uwolnić siebie i zrozumieć matkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 237

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sylwia Zientek

KOLONIA MARUSIA

Copyright © by Sylwia Zientek, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Pamięci mojej matki Haliny Znojek, z domu Błońskiej, urodzonej dwudziestego lipca 1937 roku w kolonii Marusia, zmarłej czwartego grudnia 2006 roku w Warszawie

Józef Czechowicz

westchnienie

[z ostatniego tomu poetyckiego Nuta człowiecza, Warszawa 1939]

którem nieraz w księżyca pobiałach przemierzał

urocze miasteczko

włodzimierzu

pod perłowym stepem nieba

kiedy noc majowa

ogrom cerkwi płynął w drzewach

gwiazdy stały w rowach

parowozy gdzieś za stacją

oddychały długo

powiew niósł to i akacją

pachniało nad rzeczką

nad ługą

cień dzwonnicy w ogrodzie

wskazał krzak słowiczy

wołynieje coraz słodziej

pianie okolicy

o miasteczko

Warszawa, 26 maja 2016 roku

Wstydziłam się jej. Najbardziej tych wcześnie zwiędłych warg, które pociągała krwistą szminką firmy Celia, ilekroć opuszczała nasze mieszkanie w bloku z wielkiej płyty. Dzieci z mojej podstawówki szydziły z jej wyglądu i śmiały się z jej sztucznej szczęki. Mówiły, że wygląda staro, jakby była moją babcią. Skóra, kiedyś delikatna, teraz pomarszczona, przypominająca pergamin, zgaszone spojrzenie nieumalowanych oczu, wieczny papieros w kąciku ust, krótkie i ufarbowane na ciemny brąz włosy przypominające strukturą baranią sierść – wszystko to dodawało jej lat.

Bywały dni, kiedy w ogóle nie wychodziła z domu. I wtedy czekałam w napięciu na sygnał, abyśmy pojechały razem na bazar Szembeka albo do domu handlowego Latawiec. Byłam gotowa na udrękę, jaką stanowiło trwające wieczność wybieranie najlepszych warzyw, najświeższych wędlin i odpowiednich kawałków mięsa. Zniosłabym nawet to męczące czekanie, aż matka dotknie każdego wieszaka z ubraniem, po czym ze skrzywionym i wyrażającym niezadowolenie wyrazem twarzy zada zniecierpliwionej ekspedientce serię pytań. Towarzyszyłam jej w tych wyprawach, byle tylko zechciała opuścić nasze zawsze wysprzątane i przesiąknięte papierosowym dymem mieszkanie.

Nie mogłam pojąć jej marazmu, wiecznego niezadowolenia i lęku, przez który była zawsze w stanie pogotowia. Żyła tak, jakby czyhało na nią złe licho, śledziło każdy jej ruch. Wystarczyłaby chwila nieuwagi, a nieszczęście spadłoby na nią, spełniając obawy z czarnych snów.

W końcu kiedyś ten napawający lękiem moment nastąpił.

Widzę ją dokładnie, mimo iż mija właśnie dziesięć lat od tamtej chwili. Widzę, jak stoi na lśniącej posadzce szpitala dla gruźlików w Otwocku. Jest tuż przed bronchoskopią – badaniem, które potwierdzi podejrzenia lekarza, z okrutnym uśmiechem mówiącego o prawdopodobieństwie raka płuc. Ale ona już wie.

Żegnamy się. Każe mi odejść. Mam małe dzieci i powinnam unikać kontaktu z chorymi na gruźlicę, którzy snują się długim korytarzem niczym anorektyczne, przeraźliwe widma. Spojrzeniem przekazuje mi najgorszą wiadomość. To koniec. Dopadło ją to, czego zawsze bała się najbardziej. Szare oczy wyrażają grozę śmierci. Jakby wiedziała, że nie miną trzy miesiące, a jej ciało spocznie w grobie obok męża, którego pochowała zaledwie przed dziewięcioma miesiącami.

Odchodziłam tym długim korytarzem, mijając po prawej stronie rząd drzwi wiodących do sal pacjentów, po lewej otwarte okna, a za nimi szpaler olbrzymich drzew, których bujne korony śpiewały hymn na cześć dogasającej pełni lata. Dławił mnie szloch.

Opuszczałam oddział, gdy zaczepiła mnie przełożona pielęgniarek. Upewniwszy się co do mojej tożsamości, powiedziała:

– Proszę pani, przecież na pierwszy rzut oka widać, że pani matka jest lekomanką. Garściami łyka relanium, nic z niej już nie będzie… – rzuciła to z pogardą, jakby mówiła o kimś pozbawionym wszelkiej wartości.

Nazajutrz lekarz prowadzący kazał matce wypisać wszystkie zażywane przez nią na stałe leki, wraz z informacją o dawkowaniu. Broniła się, ale zmusił ją do sporządzenia listy groźbą usunięcia ze szpitala.

Na kartce ze szkolnego zeszytu wynotowała ponad szesnaście specyfików. W trakcie rozmowy ze mną kilka dni później lekarz stwierdził, że wedle jego wiedzy medycznej matka nie powinna w ogóle żyć, skoro przyjmowała dzień w dzień koktajl z tak różnorodnych lekarstw.

Nie spodziewałam się, że wszystko potoczy się tak szybko. Trzy miesiące jej choroby były najgorszym okresem w moim życiu. Momenty wywołanej lękiem furii, której matka dostawała w obliczu nadchodzącej śmierci, wydają mi się wręcz niemożliwe do opisania. A jednak chcę spróbować.

Nigdy nie była wylewna, nie umiała mówić o swoich uczuciach, przytulać ani okazywać czułości. Tylko raz poczułam, że mnie kocha. Było to w jedno z tych wczesnojesiennych przedpołudni, gdy za sprawą babiego lata wszystko staje się przesycone szczególnym rodzajem szklistego światła. Stałyśmy przed budynkiem oddziału onkologicznego szpitala przy Szaserów. Matka, zapalając kolejnego papierosa, powiedziała:

– Jak ty sobie, dziecko, poradzisz w życiu? Zostaniesz sama, z dwójką malutkich dzieci. Nie będziesz miała żadnej rodziny w Warszawie, zupełnie nikogo, kto cię pocieszy, kto naprawdę zrozumie twoje problemy, zajmie się tobą w chorobie…

Wiedziałam, że jej troska jest szczera, tak jak obawy związane z moim dalszym życiem. Fakt, iż był przy mnie ojciec moich dzieci, nie wydawał się jej zbyt znaczący. Życie nauczyło ją, że kobieta sama dźwiga wszelkie ciężary i troski związane z macierzyństwem, a mąż jest raczej wrogiem niż przyjacielem.

Kiedy zaledwie kilkanaście tygodni po tamtej rozmowie w słoneczny wrześniowy dzień załatwiałam formalności związane z aktem zgonu, pani w urzędzie stanu cywilnego na Pradze zapytała o miejsce urodzenia matki.

– Kolonia Marusia – odparłam bez zastanowienia.

– A gdzie to jest? – Urzędniczka parsknęła śmiechem.

– Na Wołyniu. W tysiąc dziewięćset trzydziestym siódmym roku była tam Polska – odparłam, pamiętając, że matka zawsze bolała nad faktem, iż w jej dowodzie osobistym wpisane było jako miejsce urodzenia ZSRR.

– A dzisiaj?

– Dzisiaj to jest terytorium Ukrainy – wtrącił się urzędnik, siedzący dotąd w ciszy przed komputerem.

I wpisali jej do aktu zgonu miejsce urodzenia: Ukraina. Okrutna przykrość, wręcz zniewaga dla kogoś, kto nienawidził Ukraińców tak bardzo jak ona.

Wiele razy myślałam o tym, żeby pojechać kiedyś na Wołyń, stanąć na tej ziemi, spojrzeć na bezkresną równinę i nieboskłon, o którym Józef Czechowicz pisał: „Perłowy step nieba”. Ale mój mąż miał rację, mówiąc, że niczego tam nie zobaczę, że tam nic nie zostało. Po kolonii Marusia i tysiącach innych polskich osad oraz wiosek nie ma właściwie śladu. Tylko porosła zielskiem i trawą ziemia kryje przejmujące trwogą tajemnice.

Czasami, nie mogąc spać – a zdarza mi się to nader często – wyobrażam sobie tę mityczną kresową krainę. Ogromna połać muśniętego chłodnym błękitem nieba. Pod nią pas płaskiej jak blat stołu równiny. Wypalone słońcem łany zbóż, smugi zieleni. Tylko to. Pozorny spokój, pełnia lata. W tej ziemi, o której mówiło się, że póki Rosjanie jej nie zmarnowali metodami gospodarki komunistycznej, wystarczało rzucić kilka nasion, aby obrodziła bogatym plonem, teraz spoczywają dziesiątki tysięcy kości.

Kiedyś jednak tam pojadę.

Muszę wiedzieć, co się czuje, stojąc na tak wielkim, niepoświęconym cmentarzysku. Na razie czytam poezje Józefa Czechowicza, piewcy sielskich kresowych pejzaży. Wiersz Lato na Wołyniu z wydanego w 1932 roku tomu Ballada z tamtej strony, który powstał w okresie, gdy młody poeta pracował jako nauczyciel we Włodzimierzu Wołyńskim, to niemal ewokacja szczęścia i sensualnego spełnienia.

Lato na Wołyniu

łąka huśtawka

sznury pogody chrzęszczą

rozwiewa się nieba kaftan

w rozkołysaniach

kołyszą się gałęzie pachnąc szczęściem

tryumfowania

od chmur dalekich do suchych skał

młot słońca połysk

moich stóp chwała

tratuje wołyń

unosimy się falisty dym

to słoneczna głowa i ja

opadamy jak zgaszony wybuch

krąży fosforyczny rym

napowietrzną rybą

z rozkoszą gwiżdżę w czerwcowy czad

skaczę kołuję tętnię

25 lat

nagiego ciała ogień

ręce ptakami na niebie

wiatrem nad trawą nogi

to pięknie

to pięknie słuchaj

gdy karminowy grzebień

południa żłobi upał

gdy lazurowym koniem na nas

przyfruwa z gorącej przestrzeni

asonans

ukochanej ziemi

hej

Poezja Czechowicza nastraja mnie nostalgicznie. Wyobrażam sobie ten pejzaż wołyński, śpiewny akcent mowy – dialekt polsko-ruski, te „chaty pachnące stepem”, jak pisał Czechowicz, te wijące się przez równiny wstążki rzek, gęste bory, usiane kwiatami łąki. Czasami wydaje mi się, że pamięć o tamtej nieistniejącej krainie zamknięta została w ramy sielskiego krajobrazu. Wołyń to lasy, pola, rzeki o malowniczych zakolach, proste chaty i drewniane dzwonnice kościółków, malwy i skowronki, prości ludzie i ich dni wypełnione ciężką pracą.

Ale przecież historia tego regionu i relacje polsko-ukraińskie miały skomplikowany i niejednoznaczny przebieg. Nam, Polakom, wszystko wydaje się proste, a tamta strona widzi zabiegi o odzyskanie niepodległości zupełnie inaczej.

Nie jestem nawet historykiem amatorem, nie czuję się kompetentna, aby przeprowadzić analizę przyczyn wydarzeń z lat 1943–44. Jednak faktem jest, iż podjęta w marcu czterdziestego trzeciego przez dowództwo Ukraińskiej Powstańczej Armii decyzja o „usunięciu Polaków”, czyli o eksterminacji mniejszości polskiej, była aktem ludobójstwa. Doprowadziła do rzezi, z której cudem uratowała się rodzina mojej matki. Niewiele brakowało, abym nie miała szans pojawić się na tym świecie.

Kolonia Marusia, styczeń 1933 roku

Boże Narodzenie 1932 roku to pierwsze święta, jakie Konstancja przygotowywała we własnym domu jako samodzielna gospodyni na swoim gospodarstwie. Nie skończyła jeszcze dziewiętnastu lat, ale starała się ze wszelkich sił pokazać jako dojrzała do tej roli kobieta. Jej starsza siostra Danka nie ukrywała zazdrości o to, że Władysław – najbogatszy kawaler w okolicy – wybrał na żonę właśnie młodziutką Kostunię.

Była śliczna i świeża jak dojrzewający owoc, małomówna, drobna, pracowita – idealnie wpisywała się w marzenia Władysława o pani na jego gospodarstwie i matce jego dzieci. To swat Józef podpowiedział mu tę właśnie dziewczynę pochodzącą z zacnej rodziny Omelańskich z Michałówki, proponując z początku dwie siostry i zachwalając je obie jako świetny materiał na żonę. Wybrał tę ze złotymi warkoczami. Cóż z tego, że była o osiemnaście lat młodsza od niego. Podobało mu się to, że dziewczyna niewiele mówi i nigdy nie patrzy nikomu prosto w oczy.

Swat wszystko sprawnie przeprowadził – odpowiednio przedstawił kandydata rodzicom wybranej panny, a potem wystarczyło, że Władysław zabrał raz dziewczynę do kina do Łucka, na lody i rurki z bitą śmietaną. Sprawa już została ustalona przez swata, ojciec Konstancji próbował przeforsować kandydaturę starszej córki, ale potencjalny narzeczony nie był nią zainteresowany. Ze swymi pieniędzmi i pozycją mógł stawiać nieograniczone warunki i brać najlepszy towar.

Ślub odbył się jesienią, panna młoda miała przepiękną suknię z białego atłasu, szytą w pracowni przy reprezentacyjnej ulicy Jagiellońskiej w Łucku. Wesele urządzono z wielką pompą, aby cała okolica wiedziała o tych niezwykłych zaślubinach.

Tuż przed Bożym Narodzeniem Konstancja już spodziewała się dziecka. Kobiety z wioski zajmowały się nie tylko swoimi zwyczajowymi czynnościami w tym okresie: darciem pierza, przygotowywaniem smakowitych potraw na nadchodzące po Święcie Trzech Króli zapusty i peklowaniem mięsa świeżo bitych wieprzy. Szykowano też wyprawkę dla pierworodnego Błońskich, wierząc, iż będzie to chłopiec.

Niezwykłe były te pierwsze święta młodej mężatki, która spodziewała się pierwszego dziecka. Konstancja cieszyła się okazywaną jej przez wszystkich troską, a jednocześnie z dumą gospodarzyła we własnym domu. Zazdroszczono jej bogatego męża, pięknego domu, ciąży i urody, którą błogosławiony stan tylko podkreślał. Władysław pękał z dumy.

W rogu największego pomieszczenia w świeżo wykończonym domu ustawili ściętą w pobliskim lesie jodłę. Ledwie rok temu wraz z rodzeństwem szykowała własnoręcznie ozdoby na choinkę w rodzinnym domu – piekła kruche ciasteczka o wymyślnych kształtach i ze słomek oraz kolorowych bibułek przygotowywała stroiki doczepiane do tekturowych główek aniołków – a teraz robiła to wszystko, ozdabiając własny dom, chcąc ucieszyć oko męża i wzbudzić podziw gości odwiedzających jej nowe, pachnące świeżością gospodarstwo.

Mimo mdłości, które utrudniały pracę w kuchni, Konstancja przyrządziła na świąteczny stół wszystko to, co każda szanująca się polska gospodyni na Wołyniu: upiekła bułkę z bielutkiej pszennej mąki, kołacze, kulebiak z farszem z kapusty, pulchne pampuszki, przygotowała na wigilię postną kapustę z grzybami, kluski z makiem, śledzie w oleju, kompot z suszu i kisiel z żurawiną.

W Wigilię czekały już w spiżarce na pierwszy dzień świąt pieczone mięsiwa, tłuste rolady i peklowane szynki, na których widok ślinka ciekła wszystkim po wielu dniach ścisłego postu. Poza tym – tak jak uczyła ją matka – Konstancja upiekła ciasta ucierane z czterdziestu jaj, makowiec i kruche maślane ciasteczka. Starała się, jak mogła, aby nikt z rodziny, kto odwiedzi jej domostwo, nie mógł powiedzieć, że jest zbyt młoda i nie nadaje się na gospodynię.

Wszystko udało się znakomicie. Pan domu zmówił modlitwę przed wieczerzą i wypowiedział ważne słowa: „Daj Boże za rok doczekać”. Goszczący w domu Błońskich na wigilii matka i ojciec oraz niezamężna siostra Konstancji, a nawet Władysław pochwalili przygotowane potrawy. Do późna – jak nakazywała tradycja – śpiewali kolędy i pastorałki z kantyczek, a potem nawet rosyjskie pieśni intonowane przez Władysława. Ten, jak każdy mężczyzna, z trudem znosił post i czekał z utęsknieniem na powrót z pasterki, aby wreszcie spożyć trochę mięsa, którego tak wiele w formie pieczeni i wędzonek czekało w spiżarce. Po całym domu niósł się zapach pieczystego, a na myśl o kawałku szynki boleśnie dawał o sobie znać pusty żołądek. Jednak nikt nie śmiał złamać zasad postu.

Na pasterkę jechano saniami do oddalonej o kilka kilometrów wsi Skurcze. W wypełnionym po brzegi, rozświetlonym i udekorowanym odświętnie starym kościele Konstancja wraz ze wszystkimi śpiewała kolędy i nie mogła powstrzymać się od śmiechu, gdy zmęczone wielodniowymi przygotowaniami do świąt kobiety przysypiały w trakcie tego zbiorowego śpiewania. Chwilami traciły kontrolę nad głosem i przy Bóg się rodzi, moc truchleje albo Wśród nocnej ciszy skrzeczały jak zarzynane kury, dopóki ktoś siedzący obok nie napomniał ich, aby zwalczyły senność i wytrzymały do końca uroczystości.

Początkowo Konstancja bardzo się cieszyła wszystkim, co dał jej los. Cóż z tego, że miała starszego o osiemnaście lat męża, który fizycznie wzbudzał w niej wstręt? Wystarczyło jednak popatrzeć na miny odwiedzających ich nowy dom znajomych i sąsiadów w okresie między Bożym Narodzeniem a Świętem Trzech Króli, aby zobaczyć, jak bardzo zazdroszczą jej wszystkiego, co zdobyła dzięki małżeństwu z Władysławem.

Była panią, nie jakąś tam wieśniaczką, która wychodzi w pole żąć zboże albo przędzie len. To ona wydawała polecenia parobkom, zarządzała wielkim gospodarstwem, a wkrótce, jako matka pierworodnego syna, miała mieć jeszcze większą władzę i znaczenie.

Sprawiła sobie u krawca w Łucku kilka nowych sukienek, takich, jakie nosiły eleganckie panie w mieście, z tkanin w drobne kwiatki, z okrągłymi białymi kołnierzykami, a także dwa kostiumy w delikatne prążki i mały kapelusik, który należało nosić na bakier. Wyglądała w tych nowych strojach jak żona adwokata albo właściciela fabryki. Chciała też obciąć swoje jasne, sięgające pasa włosy, ale na to Władysław stanowczo się nie zgodził.

Czesała je więc teraz w gładki kok, nie ulegając jego prośbom, aby zaplotła warkocze.

– Co, ja wiejska dziewczyna jestem, żebym latała po obejściu z warkoczami do pasa i komenderowała parobkami? – obruszała się.

– Nu, ale z ciebie gospodyni! – komentowały z podziwem w głosie jej koleżanki, gdy jak kiedyś spotykały się w kościele.

Konstancja zaś z poczuciem wyższości kwitowała to uśmiechem, hardo patrząc w oczy jednemu ze swoich odrzuconych absztyfikantów – Jurkowi, synowi kowala z Jędrzejówki, który spoglądał na nią z chmurną miną.

Kiedy rozpoczęły się zapusty, po Konstancji ciągle nie było widać, że jest brzemienna. Prosiła Władysława, aby nie dzielił się dobrą nowiną, dopóki brzuch nie będzie widoczny. Dzięki temu mogła wciąż tańczyć na zabawach i weselach, które w tym okresie umilały Wołyniakom mroźne zimowe dni.

Władysław początkowo tolerował wesołe usposobienie młodej żony, chociaż sam nie znosił tańców. Razem z innymi starszymi mężczyznami wolał wznosić toasty i pić wódkę. Jednak gdy któryś z kompanów przygadał mu, że jego Kostunia tak wyrywna jest do zabawy, iż niedługo obtańcuje każdego chłopa, który nie jest na tyle spity, aby leżeć pod stołem, Władysław wszedł do udekorowanej sali i siłą wyrwał żonę z objęć ogorzałego Tadka, syna swata, który doprowadził do małżeństwa Błońskich.

Przywołał Konstancję do porządku, polecił, aby poszła do studni i przemyła czerwoną od wysiłku, spoconą twarz.

– Nu, przecie ty brzemienna jesteś! – upomniał ją z niezadowoleniem.

Wkrótce żona dołączyła do niego przy długim biesiadnym stole. Siedziała obok męża wyraźnie znudzona, nie mając ochoty słuchać, jak podpici mężczyźni zaczynają rozprawiać o polityce. Matka jej mówiła, aby w okresie ciąży wystrzegać się gorzałki i ostrych przypraw, a mimo to wypiła ukradkiem kieliszek wódki, bo Władysław już stracił w tej kwestii rachubę, a potem kolejny, z wielką zazdrością zerkając ku pomieszczeniu, w którym kłębowisko ciał poruszało się do skocznej melodii wygrywanej na skrzypcach.

Kiedy po kolejnym toaście za zdrowie młodej pary Władek – podobnie jak inni chłopi – był już mocno podpity i głośno rozprawiał o tym, jak to w Ameryce inaczej ludzie podchodzą do pracy niż u nas, Konstancja wymknęła się po cichutku do sali zabaw. Nic nie mogła poradzić, nogi same ją poniosły ku roztańczonym ludziom. Ani się obejrzała, a już jej dawny absztyfikant porwał ją do oberka. W zapamiętaniu wirowała i śmiała się w głos z komplementów, jakie Jurek jej prawił. Ponoć nocami nie może spać, tylko ciągle o niej myśli, żałując, że nie pracował ciężej, bo może wtedy za niego by poszła, a nie za tego starego, co się w Ameryce dorobił, razem z Negrami najgorsze roboty wykonywał i teraz rżnie wielkiego pana.

A ona tylko zanosiła się śmiechem i podskakiwała w rytm muzyki. Nagle poczuła, że jakaś ręka brutalnie wyrywa ją z uścisku syna kowala, ciągnie za stanik sukienki, popycha brutalnie, aż upięte w kok włosy rozsypują się na plecach. Matka wyciągnęła ją z tłumu tańczących i wywlekła do bocznej izby, gdzie stały wiadra z kompotem i kwasem chlebowym dla tych, którzy chcieliby ugasić pragnienie.

– Ja ci pokażę!

Konstancja poczuła na policzku mocne uderzenie dłoni. Ostra krawędź pierścionka zostawiła jej krwawiącą rankę pod okiem.

– Wstyd przed całą okolicą robisz, ty dziewucho zepsuta! Takiego męża dostałaś, gospodynią jesteś i nie umiesz być wdzięczna! Dobrze, że nikt nie wie, że przy nadziei jesteś! Byłaby hańba na cały powiat! – syczała jej do ucha wściekła matka.

– Przecie tylko tańczyłam, nie wolno? Nic złego nie robiłam… – próbowała się tłumaczyć niepewnym głosem Konstancja.

– Ostatni raz! Ostatni raz widziałam cię przyciśniętą w tańcu do obcego chłopa! A teraz idź do męża, módl się, żeby cię nie zlał za ten wstyd, co mu dzisiaj zrobiłaś! Może jutro będzie na tyle skacowany, że nie zapamięta… Mój Boże! Co za cholera w ciebie wstąpiła! Więcej masz w życiu szczęścia jak rozumu, głupia dziewucho! – Matka spojrzała na córkę z widoczną odrazą i popchnęła Konstancję do głównej izby domu weselnego.

Dochodziła dwunasta. Zbierano się, aby zacząć słodką kolację. Młoda para jeszcze w ślubnych strojach czekała za stołem ze słodkim winem i kawałkami tortu na talerzykach, którymi należało obdarować wywoływanych z nazwiska gości.

Kiedy wybrzmiała familia „Błoński Władysław i żona jego Konstancja”, oboje podeszli i złożyli życzenia pomyślności państwu młodym. On wziął kieliszki z winem, ona talerzyki z białym tortem.

Na widok tłustego kremu ledwie zdążyła odejść dwa kroki od stołu i zwymiotowała na podłogę.

– Oj, za dużo gorzałki! – zaśmiał się ktoś z weselników.

– Stul pysk! Ona spodziewa się mojego dziecka! – zawołał Władysław i otulił plecy żony swoją marynarką, po czym wyprowadził Konstancję na dwór.

Olsztyn, 10 sierpnia 1955 roku

W dalekiej stolicy działo się teraz wiele ważnych spraw. Powstał sojusz, o którym pisały wszystkie gazety, nazwany Układem Warszawskim, ukończono budowę Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina i wielki Stadion Dziesięciolecia po praskiej stronie Wisły. O tym wszystkim głos pełen entuzjazmu i wiary w przyszłość opowiadał w kronice filmowej, którą Halina i poznany na tańcach kolega Mietek oglądali w olsztyńskim kinie Przyjaźń w czerwcowe popołudnie.

Polski film pod tytułem Godziny nadziei, wybrany przez przyjaciółkę Haliny Lidkę, okazał się dramatem wojennym. Towarzyszący dziewczętom młodzi mężczyźni, obaj w stopniu kaprala Ludowego Wojska Polskiego, wydawali się naprawdę zainteresowani oglądanymi na ekranie scenami rzezi jeńców wyzwolonych z obozu koncentracyjnego.

Halina bardzo przeżywa film. Ilekroć twarze aktorów wykrzywia spazm cierpienia, ona przymyka powieki.

Randka jak dotąd nie toczyła się po jej myśli. Mietek i jego kolega nie przyszli w mundurach, a bez zielonych uniformów wydawali się tylko tymi, kim w istocie byli – biednymi chłopakami z prowincji, którzy poszli do wojska, licząc na lepsze życie. Okropne sceny na ekranie (dobrze, że czarno-białe – dzięki temu lejąca się krew nie wydawała się tak przerażająca) sprawiły, że Halina czekała niecierpliwie na koniec seansu. Obrazy wojenne budziły w niej myśli, od których z całych sił starała się uciec.

W pewnej chwili otwiera oczy i czuje przeszywający ją dreszcz. W ułamku sekundy ogarnia ją trwoga – wprost z kinowego ekranu zwraca się ku niej czarno-biała twarz tamtej dziewczynki z Krasnego Sadu.

Spotkały się tylko raz. Ledwie spojrzały na siebie w trakcie któregoś z masowych pogrzebów we wsi Skurcze czy może nawet w Czarukowie, które latem czterdziestego trzeciego odbywały się na Wołyniu co kilka dni. Wśród płaczących, modlących się na głos, przerażonych ludzi uwagę Haliny zwróciła śliczna buzia nieznanej dziewczynki w tym samym wieku. W oczach tamtej widniał paraliżujący strach.

Zaledwie kilka tygodni później dziewczynka zginęła wraz z dwustoma innymi mieszkańcami swojej wioski.

Lata mijały, a Halina nie była w stanie uciec od wspomnienia tamtego przerażającego spojrzenia. Widziała to pełne napięcia oblicze w przeróżnych momentach i okolicznościach. Wspomnienie po prostu pojawiało się znienacka, przypominając Halinie o tym, że to, czego boi się najbardziej, kiedyś może się jej naprawdę przytrafić.

Teraz w kinie oddycha ciężko, rozchylając usta jak wyrzucona na brzeg ryba. Kwaśna woń potu stłoczonej w dusznej sali widowni przyprawia ją o mdłości. Nagłe zawroty głowy sprawiają, że ogarnia ją panika i strach, że zaraz tu, w tej dusznej sali, straci przytomność. Serce wali jak młot. Coraz bardziej brakuje powietrza. Nie może wytrzymać, już podnosi się z twardego, drewnianego fotela, aby opuścić kino, gdy w kulminacyjnym momencie czołgi Armii Czerwonej ratują nieszczęsnych ludzi. Wreszcie film się kończy i na ekranie przy akompaniamencie podniosłej pieśni pojawiają się ciągi napisów.

– Co ci jest, Halina? Jesteś blada jak ściana – pyta koleżanka.

Mietek bez słowa zapala papierosa. Zawsze sprawia wrażenie, jakby było mu wszystko jedno. Nawet nie zapytał, czy ona też ma ochotę zapalić. Niedawno zaczęła regularnie palić i dzięki temu czuje się bardziej dojrzała. Właśnie skończyła osiemnaście lat.

– Nic, nic, mam anemię i w dusznych pomieszczeniach robi mi się słabo… – wyjaśnia.

Po wyjściu z kina żegna się chłodno i wraca sama pieszo trzy kilometry do domu. Mietek proponował, że ją odprowadzi, ale robił to wyraźnie bez entuzjazmu, więc Halina dumnie odmówiła.

Kiedy dochodzi do wzniesienia, na którym znajduje się kolonia kilkunastu stłoczonych jeden obok drugiego domków, do jej uszu docierają odgłosy kłótni. Od razu wie, że to ONI – rodzice. Nieustające spory o wszystko, wyzwiska, dogryzania, złośliwości i krzyki były ich chlebem powszednim. Nie znali innej formy komunikacji, chyba że któreś poważnie zaniemogło, wówczas to zdrowe z przejęciem i nadgorliwością pielęgnowało chorego, zamęczając go tłustymi rosołami z gęsi i nadmiarem lekarstw.

Przed ich otynkowanym na szaro domem o spadzistym dachu stoi konny wóz jej starego ojca, służący do przewożenia towarów, które Błoński sprzedawał na okolicznych bazarach: emaliowanych garnków, staroci, które przetrwały wojnę, ścierek i niedrogich sprzętów domowych. Halina orientuje się, że tata musiał właśnie wrócić do domu i żeby zrobić matce na złość, zatrzymał wóz przy otwartym oknie kuchennym, po czym cmokając, wołał na konia: „Stój, Kostusia, prrrr… Stój, szkapo!”. Wiedział doskonale, że nazywając konia zdrobnieniem imienia swojej żony Konstancji, popsuje jej humor i doprowadzi do kolejnej awantury.

– Ty stary łachudro! Niech cię dorwę, ty dziadu! – darła się matka. Z czeluści okna na ulicę dochodziły odgłosy trzaskania garnkami i pełen złości głos kobiety: – Mówiłam ci, że jeszcze raz będziesz wołał na szkapę jak na mnie, nie odezwę się do ciebie do Nowego Roku!

– Nu, toż mnie przecie o to właśnie chodzi, kobieto! – zawołał ojciec ze śpiewnym, wschodnim akcentem i zaśmiał się złośliwie, po czym zszedł z wozu, by otworzyć bramę wiodącą na podwórko przed domem.

Halina wzdycha ciężko i popycha boczną furtkę, prowadzącą na porośniętą malwami i piwoniami ścieżkę do drzwi wejściowych. Wchodzi do ciemnej sieni. Skrzypi drewniana podłoga, a w jej nozdrza uderza dobrze znany zapach przysmażonych skwarek słoniny. Znowu będą jedli na kolację ziemniaki z okrasą.