Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 199

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Koliste jeziora Białorusi - Mateusz Marczewski

W XII wieku kapłani Światowida uciekli przed chrześcijańskimi krzyżami na wschód. Schronili się nad Świtezią i tak pogańskie pomieszało się z chrześcijańskim – i miesza się do dziś. Miesza się też to, co było, z tym, co jest. Świętą wodę dowożą w cysternach, szeptuchy, chociaż używają telefonów komórkowych, od setek lat leczą tymi samymi metodami i nawet ludzie z miasta darzą je szacunkiem, a prosty człowiek na równi z mińskim intelektualistą zdają się żyć na pograniczu świata baśni, niewidocznych sił i namacalnej rzeczywistości. Woda i ziemia przykryły wprawdzie przeszłość, ale wciąż pamięta się i mówi o zalanych miastach, wioskach i podziemnych korytarzach. Obok tego, gdzieś po drodze działa się historia. Mongołowie, Rosjanie, bieżeńcy, Sowieci. Wszystko przeszło, ale i ciągle jakoś jest. Mateusz Marczewski wędruje po kraju żyjącym na granicy jawy i snu i niczym kronikarz zapisuje świat, który znika.

„Pochylmy się nad wodą tych kolistych jezior. Zobaczymy w niej dziwną, umykającą twarz Białorusi. A obok swoje własne odbicie. Patrzą na siebie czy są odwrócone? Intrygująca książka.” Małgorzata Szejnert

Opinie o ebooku Koliste jeziora Białorusi - Mateusz Marczewski

Fragment ebooka Koliste jeziora Białorusi - Mateusz Marczewski

Mateusz Marczewski

Koliste jeziora Białorusi

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / ­Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Viktar Malyshchyts / 123RF

Fotografia Autora na okładce © Anna Hatłas

Copyright © by Mateusz Marczewski, 2017

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna Michał Potocki

Korekty Edward Rutkowski / d2d.pl, Justyna Rygiel-Szpakowa / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Książka ukazała się dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego za rok 2013

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-577-7

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

Mit jest życiem, życie jest mitem.

Gerardus van der Leeuw (przeł. Mateusz Marczewski)

Macki na organach

Ostatni raz w cuda uwierzyli w 1994 roku.

To był bardzo zły czas. Po upadku ZSRR przyszła bieda, a zaraz za nią przestępczość. Jedno z mińskich przedsiębiorstw taksówkowych w trosce o życie swoich ludzi zaczęło wstawiać pancerne szyby pomiędzy tylną kanapę a fotel kierowcy. Szyby demontowali jednak sami taksówkarze. Nie byli w stanie łapać pasażerów, którzy uciekali bez płacenia zaraz po ukończeniu kursu. Potem zmieniono zasady przewozów: trzeba było płacić przed rozpoczęciem jazdy, ustaliwszy najpierw wartość kursu. Pomysłodawcami tego systemu byli sami taksówkarze, zmęczeni gonieniem pasażerów, a zgodziły się na niego władze Mińska.

Wtedy pojawił się kandydat na prezydenta, który obiecywał, że wyciągnie kraj z ruiny. Ludzie go poparli. Nawet oskarżenie o kradzież nie zepsuło jego dobrej prasy. Sprawa była niejasna – pewna stewardesa tuż przed wyborami poszła do białoruskiej telewizji i oświadczyła, że Aleksander Łukaszenka okradł ją z cukierków, suszarki do włosów i aparatu do masażu. Miało się to zdarzyć dwa lata wcześniej. Białoruska delegacja wracała właśnie samolotem z Pekinu do Mińska. Czterdzieści minut przed lądowaniem stewardesa zauważyła, że reklamówka, w której wiozła upominki, została opróżniona. Ochrona przeszukała samolot. Podobne rzeczy znaleziono w bagażu Łukaszenki. Dlaczego kobieta zgłosiła się do telewizji dwa lata po kradzieży? Chciała opowiedzieć o wydarzeniu w trosce o przyszłość kraju.

Według Łukaszenki po wygranych wyborach miało być tak: przestępczość zorganizowana zniknie, a skorumpowani urzędnicy pójdą siedzieć. Jeszcze jako szef parlamentarnej komisji do zwalczania korupcji przysiągł, że wypleni z życia mafię, która jak mówił: „niczym żarłoczna ośmiornica obejmuje swymi mackami wszystkie organy państwowe”. Działał. Wszystkim politykom sprawującym ważniejsze funkcje postawił zarzuty korupcji, w tym także Stanisłauowi Szuszkiewiczowi, przewodniczącemu Rady Najwyższej Republiki Białorusi. No i ten zamach: kiedy jeszcze był kandydatem, próbowano go zabić. Nieznani sprawcy ostrzelali mercedesa, którym wracał z Witebska. Incydent zgłoszono dziewięć godzin po zdarzeniu, w drzwiach auta faktycznie był ślad po kuli. Prokuratura uznała jednak sprawę za sfingowaną: analiza balistyczna wykazała, że strzał oddano z bliska – mniej więcej z jednego metra. Zdarzenia do dziś nie udało się wyjaśnić, ale dzięki niemu wizerunek Łukaszenki walczącego na śmierć i życie z mafią i korupcją tylko się umocnił. No i Łukaszenka wygrał wybory prezydenc­kie w 1994 roku.

W pierwszym noworocznym orędziu, podsumowując swoje działania, stwierdził, że udało mu się położyć podwaliny pod ciepły, przytulny i szczęśliwy dla wszystkich białoruski dom. Parę dni później, w styczniu 1995 roku, w Mińsku wysiadło ogrzewanie. Temperatura spadła do minus dwudziestu stopni, pojawiły się problemy z usunięciem awarii. W pewną niedzielę prezydent odwiedzał zwykłych mieszkańców i własnoręcznie sprawdzał temperaturę kaloryferów.

Ale potem, wiadomo, było coraz gorzej.

Uładzimir wyłącza telewizor, drze palcami kawałki wędzonego węgorza. Zagryza czarnym chlebem smażonym na oleju.

– Ludzie wierzyli – mówi do mnie.

W miejscowości Uładzimira ponad domami wznoszą się ruiny kościoła. Zwaliste, bez dachu, z odpadającymi tynkami. Drzwi zabite deskami szalunkowymi. Sprawiają wrażenie zbyt ciężkich na miasteczko i jego jasne ulice. Powojenne budynki są małe, czyste i odmalowane. W sklepie fotograficznym można kupić rolki przeterminowanych filmów. Na poczcie w ciszy słychać tylko strażnika pod bronią pociągającego dużymi łykami herbatę. W gablocie leży znaczek okolicznościowy wychwalający miłość z Azerbejdżanem. Znaczek prezentuje miński Pałac Republiki i azerski parlament. Gmachy są jak bracia: oba monumentalne i surowe. W sklepie spożywczym mnóstwo konserw rybnych oraz figi i orzeszki importowane z Azerbejdżanu: rzeczywistość potwierdza to, co na znaczku.

Reszta miasteczka wieje nudą. Samochodu nie trzeba zamykać, krawężniki odmalowane po ostatnim święcie państwowym. Gazik milicjantów podskakuje na popękanym asfalcie.

Wydaje się, że czas stoi w miejscu. Po latach gospo­darki centralnie sterowanej pozostały porzucone w szczerym polu resztki kołchozów. Opuszczone obiekty wy­glądają jak opuszczone kościoły. Można po nich spacerować, robić zdjęcia, pytać o nie, ale i tak nie dostanie się żadnej odpowiedzi. Ludzie mówią: elewatory kiedyś należały do państwowego gospodarstwa, przy­legły pałac do wielkiej i bogatej rodziny. Nie mogą sobie jednak przypomnieć nazwiska tego rodu, bo po co?

Uładzimir koniecznie chce mi pokazać szkołę muzyczną, w której pracuje. Przed wejściem do jej gmachu kobiety w pomarańczowych kamizelkach zamiatają chodnik, w pustych korytarzach lśnią wypastowane podłogi. W głównym holu na ścianie wisi flaga i godło państwa.

Mały gabinet mieści ledwie dwa krzesła: dla niego i ucznia. Na półkach kilka akordeonów, przez miodowe zasłony wpada ciepłe żółte światło. Uładzimir wchodzi do pokoiku z takim namaszczeniem, że wydaje się, że zaraz się przeżegna. Bierze instrument, pochyla się, palce zaczynają biegać po klawiszach.

Kilka dni temu przyszła wiadomość, że zespół folklorystyczny, w którym gra, zostanie rozwiązany. Skończą się wyjazdy na festiwale. Nie dawały jakichś szczególnych korzyści, raczej przyjemność wspólnego muzykowania dla ludzi. Nawet nie wiadomo, skąd taka decyzja i kto ją wydał. W gabinetach „na górze”, jak mówi Uładzi­mir, uznano, że zespół należy zamknąć. Oczywiście znaleźli się tacy, którzy wykorzystując sytuację, zdecydowali się działać na nowych, narzuconych z góry zasadach. On się wycofał, machnął ręką. Trudno, będzie spędzał więcej czasu w domu. Dom jest przytulny, nie za duży, zapełniony bibelotami. W kącie gra cicho telewizor. Za oknem spokój. Można tak w nieskończoność przemieszczać się między pokojami. ­Uładzimir traci wzrok; kiedyś, kiedy zapadnie ciemność, mieszkanie będzie jego schronieniem. Nawet wąska klatka schodowa lana z betonu stanie się problemem. Widać, że robili ją ludzie bez doświadczenia: beton równano rękami. Ale zdobienia pomalowano na niebiesko jak tradycyjne domki wiejskie, które można oglądać w rządowych ulotkach o nienaruszonym pięknie kraju. Błękit to ponoć kolor szczęścia. Przed blokiem rozciągają się ogródki działkowe. Przedmieścia z niskimi domami niezauważalnie przechodzą w pola, kombajny wznoszą pył, wieczorem w tym miejscu będzie ściernisko. Łatwo sobie wyobrazić resztę życia Uładzimira.

W szkole, w pustej sali przypominającej pomieszczenie do baletu, spotykamy nauczycielkę śpiewu, która od lat zbiera stare piosenki ludowe i uczy dzieci zapomnianych melodii. Uładzimir prosi ją, żeby coś zaśpiewała.

– Najlepiej jakąś starą pieśń, znasz przecież takich mnóstwo.

Ona zaczyna szukać w swoim zeszycie, głośno przy tym oddychając: jej płuca świszczą. Może to przez nadwagę. W końcu znajduje kartkę, wstaje i wychodzi na środek sali. Intonuje posępną melodię, która zupełnie nie pasuje do wnętrza z lustrami, słońca za oknem i poruszanych przez wiatr zasłon. Śpiewa z charakterystycznym ludowym zaśpiewem. Kołysze się przy tym, kilka razy gubiąc rytm.

– To stara piosenka ludowa o matce, która pochowała córkę – mówi mi Uładzimir.

– Innej nie mogła wybrać? Dlaczego taka smutna? – pytam.

Uładzimir tylko się uśmiecha.

Za oknem słychać szuranie wiader. Kobiety zamiatające chodnik przesuwają się kawałek po kawałku.

Stary, osiemdziesięcioletni murarz, zapytany, co najbardziej pamięta ze swojego dzieciństwa, mówi, nie przestając murować ściany, z którą walczy od dwóch dni, że matkę. Uratowała ich dom. To było w 1944 roku. Jak opowiada, Niemcy uciekali na zachód, a Sowieci, którzy już zdobyli zrujnowany Mińsk, ostrzeliwali ich z katiusz. Kolumna niemieckich transporterów, czołgów i samochodów wypełnionych piechotą zatrzymała się pośrodku wsi. Nie mogli jechać dalej: gdzieś z przodu trafiono w kilka maszyn. Wybuchła panika. Czołgiści, widząc, co się dzieje, robili zwrot w miejscu i ruszali, taranując budynki. Kilku czołgom się udało: potem pędziły polami, wioząc na sobie całe słomiane strzechy. Reszta, wystawiona na sowiecki ogień, była bombardowana dniem i nocą. Duma Niemców gdzieś się ulotniła. Jeszcze kilka dni temu wysiadali ze swoich maszyn i chodzili po domach, uprzejmi, w czystych mundurach, tak jakby wycofywanie się było tylko elementem strategii, a nie porażką. Kupowali warzywa, płacili z uśmiechem. Ziemniaków nie chcieli. Mieli swoje: w proszku.

– Pozostały po nich stalowe wraki straszące wieś do lat pięćdziesiątych – mówi murarz i wraca do pracy, poprawiając znoszoną marynarkę. Przybudówka domu wykonana z pustaków ma wstawione okna, ale podłogi jeszcze nie wylano. Na mokrej ziemi poukładał więc cegły, na nich położył deskę. Wlazł na to prowizoryczne rusztowanie i pracuje. Nie śpieszy się: nie chodzi przecież o pracę, ale o poczucie, że ktoś potrzebuje twoich umiejętności. Właściciel domu śledzi każdy jego ruch.

Murarz opowiada dalej: od sowieckiego ostrzału niebo zasnuło się dymem. Mieszkańcy uciekli do lasu, spędzili tam dwa tygodnie, jedząc chleb, słoninę i jagody. Spali w rozpadlinach, pod kołdrami zabranymi z domów. Sowieci co pewien czas wystrzeliwali racę świetlną. Jej jasne, zimne światło zastygało w ciemności i tak trwało. Raca była jak gwiazda na czarnym niebie.

Kiedy w przerwie w murowaniu je zupę ziemniaczaną z kawałkami kiełbasy, przypomina sobie jeszcze jedno. Jego matka nie mogła wytrzymać w lesie, bardzo martwiła się o dom. Chodziła na skraj, tam gdzie zaczynała się łąka. Stamtąd widać było płonące zabudowania, ich dom jeszcze stał. Potwierdzali to ludzie, którzy wracali między drzewa. Postanowiła iść, wzięła ze sobą gromnicę i – jak mówi – chleb świętej Agaty, zwykły bochenek, nad którym się pomodlono. Nie było jej kilka dni. Kiedy ostrzał ustał, ludzie wrócili między domy. Z płaczem chodzili po swojej wsi, której nie mogli poznać. Żelastwo na drodze, cisza, dym, dopalające się zgliszcza. I ona. Nieprzytomna, z woskową cerą, poruszająca się z trudem, szepcąca modlitwy. Z chlebem i świecą chodziła wokół domu, błagając wszystkie moce świata, żeby ten kawałek rzeczywistości przetrwał, żeby miała gdzie wrócić z dziećmi.

I dom przetrwał. Tak mówi osiemdziesięcioletni starzec stojący w kącie remontowanego pokoju, na desce wspartej na trzech cegłach. Ludowy święty, żywa figurka umieszczona w pięknym kącie: narożniku, w którym zwykle wiesza się u prawosławnych ikony.

Bo przecież, jeśli się widzi cuda, człowiekiem już się nie jest.

Pod ziemią

– Posłuchaj: to, co widzisz, to wjazd na autostradę prowadzącą do Mińska. Dojedziesz nią do naszej stolicy. To około pięćdziesięciu kilometrów. Ta droga połączyła wschodnią i zachodnią granicę. Droga to symbol tego, w jakim miejscu Europy leżymy. A teraz popatrz tutaj – mówi mężczyzna, pokazując dłonią polanę otoczoną białym murkiem. Polana znajduje się tuż przy zjeździe z autostrady. Metalowa infrastruktura barierek, znaków, systemów kontroli ciężarówek. Huk samochodów dookoła. Na środku polany prosta konstrukcja, coś pomiędzy małą cerkwią a świątynią dumania wspartą na kolumnach. Biała, z krzyżem prawosławnym na szczycie. Z ziemi bije woda. Strużka płynie z kamiennej cembrowiny pokrytej mchem i wpada do betonowego zbiornika. Szmer wody miesza się z szumem przelatujących za zagajnikiem samochodów.

Kiedyś przychodzili tu ludzie. Szli do świętego miejsca, wieszali na drzewach wstążki, które stanowiły sys­tem kolorowych znaków. Pili wodę, a nawet zabierali ją w naczyniach do swoich domów. Miejsce było bardzo popularne. Przed wojną na polanę zjeżdżały tabory Cyganów, przyjeżdżali prawosławni, żydzi i katolicy. Wszyscy korzystali z siły, która nie ma imienia, ale daje zdrowie i pomyślność. Muzycy grali, chłopi handlowali tym, co wydarli ziemi. I tak rok w rok. Ludzie mówią, że to był święty czas. Potem Cerkiew zadbała o źródło. Według innych: zawłaszczyła je. Otoczyła teren, postawiła kaplicę. Miejscowi chłopi, najbardziej zżyci ze świętą wodą, opowiadają, że woda była tutaj, zanim na Białorusi pojawiły się kościoły. Teraz pusto przy źródle. Czasem na zjeździe pojawia się samochód. Wtoczy się leniwie na asfaltowy parking, ludzie wyjdą, zrobią zdjęcie, nabiorą wody dłonią i piją drobnymi łykami. Ale to nie to samo. Wtedy była wspólnota.

Obserwacja: na pytanie „kim jesteście” odpowiadają tak, jakby chcieli przejrzeć się w oczach innych. Odwołują się do mitów, legend i tez już dawno obalonych przez historyków. Wszystko to mgliste i niejasne. Na przykład mówią: odebrano nam nazwę. Jesteśmy Litwinami. To my nimi jesteśmy, a nie ci na północy, Żmudzini. W słowie „Białoruś” brakuje siły. Słowo „Białoruś” brzmi jak słabsza Ruś, a my przecież nie jesteśmy Rusinami. Wasz Mickiewicz mówił o sobie Litwin, a przecież statut Wielkiego Księstwa Litewskiego spisano po starobiałorusku, więc to my powinniśmy nosić to imię. Wszystko byłoby inaczej. Bo nasza Białoruś jest słaba, tak słaba, że pozwoliła nawet odebrać sobie imię.

Ale nadal potrafią się śmiać. Żartują ze swojej uleg­łości. Najpopularniejszy dowcip to ten o krześle. Stoi krzesło z wystającym z siedziska gwoździem. Siada Polak: podskakuje od razu i próbuje zgiąć gwóźdź. Udaje mu się. Siada wygodnie. Siada Rusek: podskakuje, bierze kamień i wali w gwóźdź. Siada wygodnie. Potem siada Białorusin. Siada i siedzi. Nic nie mówi.

„Nie boli?” – pytają go.

„Boli” – odpowiada.

„To dlaczego nic nie mówisz?”

„Myślałem, że tak trzeba”.

Opowiadają sobie ten żart i śmieją się, że taki celny.

Na zachodniej Białorusi ksiądz remontuje kościół. Wieś przypomina rozciągnięte miasteczko bez jasno wytyczonego centrum. Być może jego funkcję pełni dom kultury, pod którym w piątkowe wieczory przesiadują młodzi ludzie oświetleni neonem i z drinkami w ręce. Reszta wsi tonie w bezruchu. Rowerzysta wspina się pod górkę, stado kur pod murem otaczającym halę wygrzewa się w słońcu. Właściwie tylko wokół kościoła trwa ruch: kilku robotników w drelichach wali młotami; w nawie głównej ławki z porozkładanymi książeczkami do nabożeństwa pokrytymi pyłem. W bocznej nawie poustawiano jeden obok drugiego sztandary. Na jednym z obrazów Matka Boska ma twarz kobiet z malarstwa prerafaelitów. Przed kościołem, na betonowym cokole krzyża, leży ludzka czaszka i kilka piszczeli, które robotnicy wykopali w trakcie prac. Kościół się remontuje, katolicy przynoszą datki. Niewiele, ale można coś zrobić, więc ksiądz do pomocy sprowadził chłopaka. Wieczorem, po skończonej pracy chłopak siada do stołu w domu księdza i zgarbiony je kawałki wędliny i zagryza chlebem. W kuchni pachnie gotowaniem, matka księdza owinięta w czernie drepcze pomiędzy szafkami a piecem. Chłopak nie chce pić wódki, nic nie mówi. Ale zapytany, skąd pochodzi, odpowiada mechanicznie. Recytuje administracyjną litanię, wskazując dokładnie obwód, rejon, miasto, ulicę i numer domu, imię ojca i co tam jeszcze potrzebne, żeby jakoś się samookreś­lić. Wszystko na jednym wydechu. Później okaże się, że chłopak odbywa wyrok w więzieniu i został wynajęty tylko na chwilę. To, co mówił i jak mówił, było wy­uczonym na przesłuchaniach sposobem. Zawsze tak samo, bez namysłu, nawet jeśli obudzą go w środku nocy. Szczęściarz, który zdobył własną definicję.

Był człowiek, który tak bardzo chciał określić pochodzenie swoje i swojego narodu, że sięgając w przeszłość, dotarł do krainy bajek, w których chodziły po ziemi olbrzymki haury i ich mężczyźni staury, żywiący się ludzkim mięsem. Nazywał się Wacłau Łastouski. Był poetą, przez kilka lat redagował pismo „Krywicz”. „Krywicz” w początku XX wieku na Białorusi był ewenementem. Publikowali w nim miejscowi intelektualiści, drukowano poezję. Łastouski w swoich tekstach drukowanych na łamach pisma dowodził, że Białorusini wywodzą się w prostej linii od Krywiczów, plemienia, które w VI wieku przywędrowało nad Niemen i Dźwinę i w rejonie Połocka założyło swoje osady. Drzewem genealogicznym własnej rodziny, umiejętnie łącząc fakty i domysły, sięgał nawet dalej – do czasów niemal mitologicznych. Uważał, że w jego żyłach płynie krew olbrzymów, choć jedynym dowodem ich istnienia, jak twierdził, są ich groby: podłużne kurhany w kształcie wzgórz, idealnie wpisujące się w krajobraz. W końcu zaangażował się w politykę. W latach 1919–1923 został emigracyjnym premierem Białoruskiej Republiki Ludowej. Był prześladowany przez Polaków i Rosjan.

Na czarno-białym zdjęciu uchwycono go w półmroku gabinetu. Za nim kilka książek, lampa. Ma coś specyficznego w twarzy. Łagodność spojrzenia kontrastuje z wysokim, mocnym czołem. Zamyślony i wrażliwy, ale pełen fantazji. Planował założyć katedrę parapsychologii na uniwersytecie w Mińsku, wstąpił również do masonów. Przygnieciony traktatem ryskim, który podzielił Białoruś na część polską i sowiecką, napisał krótkie opowiadanie Labirynty. Jego bohater, miłośnik przeszłości, przyjeżdża do Połocka – miasta na północy Białorusi. Chce poczuć legendarną aurę tego miejsca. Dość szybko poznaje lokalne sławy: historyków i amatorów archeologii. Jeden z nich – dawny urzędnik – od czterdziestu lat dokumentuje przeszłość miasta. Drugi to kabalista i poszukiwacz wiedzy tajemnej. Na zapoznawczej kolacji pojawia się jeszcze cichy wąsaty starzec, posługujący się biegle białoruskim. Za każdym razem zagadnięty po rosyjsku wyraźnie daje do zrozumienia, że nie rozumie, co się do niego mówi. Mężczyźni popijają starkę i zagryzają wędlinami. Diagnozy są proste: teraz to już nie ten Połock, kiedyś to było miasto. Główny bohater ożywia się, bo – jak się dowiaduje – pod Połockiem istnieje jeszcze jedno miasto. Miasto lochów i podziemnych przejść.

Po libacji zmęczony kładzie się spać. Śnią mu się korytarze i niekończące się tunele, kiedy budzi go stukanie do okna. Za szybą widzi starca, tego mówiącego po białorusku, z którym spotkał się na kolacji. Koniecznie chce mu coś pokazać. Wychodzą z domu i docierają do ruin dawnego klasztoru bazylianów. W ciemności trafiają na klapę w podłodze. Zanim jednak zejdą, przewodnik oświadcza, że tylko on zna tajemnicę podziemi. „A teraz – mówi – ty masz ją przechować”.

Wędrując korytarzami, natykają się na groby, przy których wypowiadają tajemne zaklęcia. W jednej sali ukazuje im się fresk przedstawiający zastępy duchów nieba i ziemi. W innej przewodnik opowiada o nitkach myśli babilońskiej i greckiej, które tutaj, w Połocku, zawiązały się, tworząc podwaliny kultury białoruskiej. W końcu po długiej wędrówce docierają do wypełnionej książkami komnaty o ścianach z soli. Ściany biją własnym, żywym światłem, w powietrzu nie czuć stęchlizny podziemi. Bohater znajduje woluminy, niektóre pisane na pergaminie, niektóre jeszcze starsze: pisane na brzozowych deszczułkach. Wszystkie złożone pieczołowicie w kasetach wyłożonych skórą. Skupiony na przeglądaniu książek, oszołomiony istnieniem równoległego świata, słyszy chóralny śpiew. „Co to? Kto to śpiewa?” – pyta.

Jego przewodnik dziwi się: „Nie wiesz? To nasi starcy śpiewają odwieczną białoruską pieśń. Żyją tu od wieków, nie słyszałeś o miastach i wsiach, które się zapadły pod ziemię?”.

Bohater budzi się we własnym łóżku; nie wie, czy nocna wędrówka wydarzyła się naprawdę. Czytelnicy znający działalność polityczną Łastouskiego byli zachwyceni. Metafora okazała się jednak śmiertelnie celna: w 1930 roku Łastouski został aresztowany przez Sowietów i wywieziony w głąb Rosji do więzienia w Saratowie. Zarzucono mu działalność kontrrewolucyjną. Wyszedł z niego, ale znów po niego wrócili. Skazany na śmierć, został rozstrzelany w 1938 roku. Wielki terror zbierał żniwo.

Śmierć człowieka, który pochodził od haurów, nie mogła być jednak zwykłą śmiercią. Zanim umarł, jego przyjaciele z bohemy artystycznej bawili się, publikując fikcyjne nekrologi przyjaciela. Niejaki Sołoduch napisał: „Kto wie, czy ta ofiarna śmierć Własta z ręki prześladowców nie jest dlań stokroć piękniejszym końcem życia ziemskiego niż powolne gnicie skazanego na chorobę człowieka. Boleść i smutek z powodu zgonu Wacłaua Łastouskiego powiększa ta jeszcze okoliczność, że bogate jego zbiory i całe archiwum najpewniej uległy rozproszeniu i zniszczeniu”.

W Połocku nic nie wskazuje na dawną świetność miasta. Zmarnowała je wojna i komunizm. Restaurowane budynki wyglądają jak cukierki w ceglanej polewie: zabrakło szacunku dla sztuki renowatorskiej. Obok Połocka powstał konglomerat fabryk i zakładów nazwany Nowo­połockiem. Nowopołock na mapach rysuje się jako ważny ośrodek przemysłowy. Kominy dymią, z ropy wytwarzane są plastikowe przedmioty. Ludzie, którzy stamtąd wracają, są zmęczeni. Nowopołock nigdy nie śpi. Jarzy się z daleka niegasnącymi światłami. Ale Połock w ustach każdego historyka to oś starej Biało­rusi. Miejsce, które scala coś, co trudno scalić. Kiedyś takim miastem było Wilno. Serce starej Litwy. Główny ośrodek intelektualny, który przytłaczał kupiecki Mińsk. Ale teraz, jakimś dziwnym trafem, miasto należy do Litwy. Nawet Wilno nam zabrano – mówią ludzie.

Tego nie ma

W dzieciństwie stary Żyd chodził do synagogi, ale to było jeszcze na Ukrainie. Tamten czas skończył się wraz z wojną. Pozostały tylko wspomnienia o napuchniętych ciałach umierających z głodu dzieci. Potem znalazł się w Mińsku, w czterdziestym szóstym albo siódmym. Nie doświadczył mińskiego getta. Nie mówiło się o nim w domu. W mińskim getcie małe dzieci wrzucano żywcem do ziemi i zasypywano. Dzisiaj w miejscu masowych grobów stoi barak – pracownia historyczna będąca własnością Niemiec, finansowana przez miasto Düsseldorf. W czystej, galeryjnej niemal przestrzeni, na ścianach pomalowanych na biało wiszą czarno-białe zdjęcia.

W jednym z trzech pokoi mieszkania starego Żyda mieszka jego wnuczka Julia ze swoim chłopakiem. Są informatykami. Programują, palą haszysz i słuchają techno. Z ognikami w oczach Julia opowiada mi o marzeniach, które miała. Kiedyś zajmowała się sztuką ­wideo, wystawiała swoje prace w Europie Zachodniej. To wspomnienie to jasny punkt z przeszłości, do którego chętnie wraca. Z czasem jednak wyjazdy okazywały się coraz trudniejsze, wizy drożały, granicę uszczelniano. Wiara, że można żyć w Mińsku i jednocześnie być częścią zbiorowości europejskich artystów, umarła. Teraz programuje strony internetowe, zdobywa klientów, próbuje nawiązać kontakt z Zachodem w inny sposób – przez sieć.

Stary Żyd nawet nie próbuje zrozumieć zainteresowań wnuczki. Z wsadzoną pomiędzy firanki głową patrzy w kierunku lotniska Mińsk-1. Widać je z okna. Kawałek pasa startowego i jego odległy koniec, z którego podrywały się do lotu maszyny. Lotnisko najlepsze lata ma już za sobą. Teraz na płycie stoi jeden zabytkowy kukuruźnik, w terminalu pasażerskim dziś można robić genialne imprezy. Są kolorowe światła, maszyny do produkcji dymu i czerwone obrusy na stołach. Ale Mińsk-1 ma przed sobą świetlaną przyszłość. Są plany zbudowania na jego terenie dzielnicy sklepów i biur. Na razie cisza. Ekonomia rządzi architekturą.

I ten stary, kiedy opowiadam mu o podróży po Biało­rusi, mówi: szukasz czegoś, czego już nie ma.

Każdego dnia uważnie czyta gazety. Robi to tylko po to, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że świat to jakaś gra, do której nie ma instrukcji. Nie wie, o co w niej chodzi.

Julia to inny typ człowieka. Jej Mińsk to samodzielnie wymyślone i opracowane w głowie miasto, które pokazuje przyjaciołom z zachodniej Europy. Żelaznym punktem wycieczki jest zawsze prospekt Niepodległości. Piętnaście kilometrów ulicy, która wybiega z centrum i kieruje się prosto na Moskwę. Prospekt ma bogatą historię: po wojnie nazywał się ulicą Stalina, potem Lenina, potem imieniem Skaryny: drukarza i filozofa z przełomu XV i XVI wieku, tłumacza Biblii na język starobiałoruski. To kanion monumentalnych gmachów, przez który suną trolejbusy, terenówki i tysiące małych zabiedzonych samochodów. W przyziemiu znajdują się sklepy topowych marek świata: Burberry, Nike i Adidas. Ich kolorowe witryny wklejone w ciężkie gmaszyska widać z daleka: są jak rodzynki wciśnięte w ciasto. Kawiarnia Centralna, położona przy prospekcie Niepodległości, ma wysokie sufity, z których zwisają ogromne żyrandole. Na ścianach socrealistyczne malowidła. Młodzi Białorusini prowadzą tu swoich znajomych, żeby pokazać ten cyrk. Mówią: patrzcie, tak było za komuny. A kiedy to mówią, robi się całkiem lekko i świeżo, bo przecież dystans do samego siebie to wielka wartość. W kolejce do lady tłoczą się ludzie, napierają jeden na drugiego, za ladą stoją zmęczone sprzedawczynie. Trudno się dopchać, jeszcze trudniej wrócić do stolika. Muskularni traktorzyści i mocne kobiety z malowideł z politowaniem patrzą na tłum cisnący się przy barze.

Julia zna również inne atrakcje: bardziej alternatywne. Na przykład sklep z płytami winylowymi ulokowany w małej piwnicy, do której schodzi się stromymi schodkami. Pod sufitem biegnie rura ciepłownicza, winyli niewiele. Właściciel szepcze coś do klienta pochylonego nad ladą, Julia z zachwytem przegląda płyty. Im bardziej kuriozalna okładka, tym bardziej Julia wydaje się szczęśliwa, tak jakby siermiężność komunistycznych grafików dowodziła, że złe czasy, przynajmniej w dizajnie, się skończyły. I ciągle, bezwiednie, tłumaczy się.

Kiedyś prowadziła działalność gospodarczą. Nosiła wtedy glany, kolorowe włosy, kolczyki i kurtkę ze skóry. Z jakichś powodów KGB wezwało ją na przesłuchanie. Kiedy przyszła, oficerowie nie mogli uwierzyć, że dziewczyna w glanach i czerwonych włosach prowadzi swój biznes. Byli przekonani, że do gmachu KGB weszła przez pomyłkę. Poszło szybko: ktoś posługiwał się jej numerem podatkowym. Byli uprzejmi, nawet sympatyczni, jeden z mundurowych odprowadził do drzwi i życzył miłego dnia.

Całkowicie odwróciła się od opozycji, kiedy usłyszała postulat wprowadzenia obowiązkowego języka białoruskiego dla wszystkich. Nawet dla Rosjan. A ona białoruskiego nie potrzebuje – oznajmia ponad płytami wąsatych czechosłowackich bardów. Życzy buntownikom i opozycji jak najlepiej, ale uczestniczyć w tym nie będzie. Mimo to bardzo zabolała ją brutalna pacyfikacja mińskiej demonstracji. Z pomocą przyszła matka. Radziła: dziecko drogie, co ty robisz, kochana, zaufaj mi i Łukaszence, tylko on nas może uratować, tylko on wie, jak rządzić tym krajem. Przy płycie Magnetic Fields Jeana-Michela Jarre’a, za którą sprzedawca rozwalony na ladzie chce pięćdziesiąt dolarów, Julia zamyśla się na chwilę, tak jakby astralne klimaty Francuza popchnęły ją do głębszego zastanowienia, i mówi nagle:

– Ale nie żyję w strachu. Życie w strachu jest katorgą.

Późnym wieczorem siedzimy w restauracji, obserwując małą salę taneczną zalaną czerwonymi światłami. Obsługa knajpy dochodzi do siebie po wczorajszej balandze. Kelnerki z koronkowymi żabotami popijają kawę, kilku łysych w garniturach przy barze przegląda książki rachunkowe. Bar jest ciężki, w stylu angielskich pubów, ale wykonano go z płyty pilśniowej lakierowanej na bordowo. Ścianę zasłaniają szeregi podświetlonych butelek alkoholu, w lodówce stoją ciasta. Na ścianie wielki telewizor prezentuje relację z podwodnej krainy: ryby pływające wśród raf koralowych. Bezgłośne, piękne ciała sunące powoli po swoim świecie.

Żeby pokazać, że istnieje wolność artystycznej wypowiedzi, Julia pokazuje mi na smartfonie teledysk mińskiego zespołu Rockerjoker. Pomysł na wideo artyści mieli bardzo prosty, ale efektowny: mężczyzna siada przed kamerą i zaczyna się charakteryzacja na Myszkę Miki. Zabawa zamienia się w torturę. Rejestrowane są kolejne etapy: golenie głowy, duszenie, wpychanie Big Maca w usta, kneblowanie. Utwór zatytułowany America nie pozostawia wątpliwości, że działanie, które widać na klipie, to bolesna, wykonana na siłę zmiana tożsamości. Uchodzący w Mińsku za awangardę i nonkonformistów artyści w opisie na ­YouTubie proszą jednak o niezadawanie zbędnych pytań, ponieważ – według nich – w utworze nie ma ukrytych motywów ani politycznych, ani społecznych, a jedynie sprzeciw wobec wartości, które są, jak piszą, iluzją.

Potem ruszamy na miasto powłóczyć się między tymi monumentalnymi gmachami śródmieścia oświetlonymi mocnym, jaskrawym światłem. Julia prowadzi mnie na dach jednego z budynków. Ze szczytu rozciąga się panorama Mińska.

– Patrz – zaczyna, pokazując palcem – to gmach więzienia, w którym wykonują wyroki śmierci.

W tym, co mówi, tli się dziecięca radość z oswojenia nieoswajalnego.

– A najciekawsze, że z tego więzienia uciekła tylko jedna osoba. Tylko Dzierżyńskiemu się udało.

Duch Dzierżyńskiego wciąż żyje, może to za sprawą pomnika, który stoi przy prospekcie Niepodległości. Popiersie patrzy na drzwi prowadzące do siedziby białoruskiego KGB, bo gmach znajduje się po drugiej stronie ulicy. Ludzie w jakiś dziwny sposób go lubią, jakby nie wiedzieli o jego krwawej przeszłości. Pomnik jednak wiele nie widzi: przez potężne drzwi nikt nie wchodzi ani tym bardziej nie opuszcza budynku. Z boku monumentalnego kloca są kolejne drzwi: mniejsze, to nimi odbywa się cały ruch.

Uwierzyłem jej i patrzyłem zachwycony na budynek, mówiąc sobie, że tak właśnie przeszłość styka się z historią. Dopiero potem sprawdziłem ten fakt. Wszystko, co opowiadała, było prawdą. Z jednym wyjątkiem. W tym więzieniu, koło którego byliśmy, Dzierżyński nigdy nie odsiadywał wyroku. Przetrzymywano go krótko w Mińsku, w więzieniu etapowym, w drodze na Syberię. Faktycznie uciekł z więzienia, ale było to w Wiercholeńsku, czyli w zupełnie innym świecie.

Wróciłeś