Kolibry. Prawdziwa historia adopcji dziecka w Brazylii. - Franco Franceschetti - ebook
Opis

Urzekająca historia adopcji – od zamieszczonego ogłoszenia, aż po podróż, od spotkania aż po czas potrzebny, aby nauczyć się kochać. Kto chce zrealizować to przedsięwzięcie, musi zrozumieć, że w jakiejś część świata jest dziecko, samotne i pozostawione, które potrzebuje rodziny. Jeśli małżeństwo jest w stanie bezinteresownie przyjąć dziecko, które ma inną fizjonomię i kolor skóry – wtedy uda im się spotkać „upragnione i poszukiwane dziecko”, a ono znajdzie w nich „utraconą rodzinę”. Adopcja rozwiązuje we wspaniały sposób problem tego „podwójnego braku”.

Franco Franceschetti urodził się w 1948 roku w Reggio Emilia i od trzydziestu lat pracuje jako inżynier w dużych zakładach przemysłowych w swoim mieście. Żonaty od dwudziestu dwóch lat, szczęśliwy ojciec trojga dzieci adoptowanych w Brazylii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 129

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Colibri. L’adozione di una bimba in Brasile

© Edizioni San Paolo s.r.l., 2004

Piazza Soncino, 5-20092 Cinisello Balsamo (Milano)

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo

Jedność, Kielce 2007

Przekład z języka włoskiego

Magdalena Dutkiewicz-Litwiniuk

Redakcja i korekta

Renata Szwander

Redakcja techniczna

Wiktor Idzik

Projekt okładki

Justyna Kułaga-Wytrych

ISBN 987-83-7660-557-9

Wydawnictwo Jedność

25-013 Kielce, ul. Jana Pawła II nr 4

Dział sprzedaży: tel. 41 349 50 50

Redakcja: tel. 41 368 11 10

www.jednosc.com.pl

e-mail: [email protected]

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Cecylii

Tata

Przedmowa

Długo wahałam się przed skreśleniem tych kilku linijek, ponieważ zawsze odmawiałam udziału w zjazdach, konferencjach czy też udzielania wywiadów, których głównym tematem byłaby adopcja. W opublikowanej dwa lata temu książce przedstawiłam króciutką historię przybycia mojego drugiego dziecka z Ekwadoru do Włoch, gdzie od 1993 roku wiedzie szczęśliwe życie. Relacje macierzyńskie uważam za sprawę głęboko prywatną, intymną. Więź, jaką matki nawiązują ze swoimi dziećmi, pozostaje tajemnicą niezgłębioną i niedającą się opisać, a przy tym tak zróżnicowaną w każdym z przypadków od tysięcy lat istnienia rodzaju ludzkiego na tej ziemi. Jednocześnie jest to jednak najbardziej naturalne zjawisko, jakie można sobie tylko wyobrazić. Użyłam wyrażenia „naturalne”, którym obejmuję również macierzyństwo adopcyjne, a nawet tymczasową opiekę nad dziećmi. W istocie rzeczy do zajmowania się potomstwem skłania pierwotny i zwierzęcy instynkt, który każe nam je żywić i przygotowywać do życia. Jeszcze nie tak dawno, w każdym razie we Włoszech, dzieci oddawano mamce; moi rodzice i dziadkowie zostali wykarmieni zgodnie z ówczesną praktyką przez „mleczne” matki, które nie były równocześnie matkami tej samej „krwi”. Moja teściowa dorastała przez cały czas u ciotek i żywiła do nich zawsze szczere i głębokie przywiązanie. Po co to mówię? Ponieważ z biegiem lat wobec osób, które poczuwają się zawsze do obowiązku wyrażania podziwu wobec rodziców adopcyjnych, czuję pewne skrępowanie. Ten, kto przyjmuje do rodziny inne osoby – bez względu na to, czy są to mali chłopcy, małe dziewczynki, Włosi bądź cudzoziemcy, albo też osoby stare, które znalazły się w potrzebie – nie robi nic nadzwyczajnego, a jedynie to, co podpowiadają mu w sposób naturalny zasady własnego gatunku, stojące nawet przed zasadami religijnymi czy indywidualnymi cechami pary małżeńskiej. Na koniec poddam pod rozwagę jeszcze myśl, jaką Franco Franceschetti często powtarza w swoim pełnym uroku tekście, pamiętniku ojca oddanego całkowicie sprawie życia i miłości: przeżywanie pojawienia się córki lub syna, czy to biologicznego czy adopcyjnego (dzień, w którym zniknie to rozróżnienie, także leksykalne, będzie wielkim dniem!) jako czegoś nadzwyczajnego jest błędem. Oddala nas od naszego kodu genetycznego i wystawia, jak w każdym przypadku oddalenia się owcy od stada, na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa i nieszczęścia…

Drodzy rodzice, istota naszej misji, która czasami może nam się wydawać nie do wykonania, polega na tym, byśmy nigdy nie zapominali, że jesteśmy jedynie ogniwa-mi bardzo długiego łańcucha. Nikt z nas nie jest niezastąpiony i żaden syn ani żadna córka nie może od nas wymagać, byśmy byli doskonali w miłości. Największym prezentem, jaki możemy zrobić naszym dzieciom, to kochać je w odpowiednim czasie i nie przytłaczać, nie określać z góry ich upodobań i słabych stron, nie zawracać ich z trudnej drogi z powodu naszych lęków. Wspomnijmy tylko, że najlepszy podręcznik wychowania dzieci został napisany prawie dwa tysiące lat temu przez czterech ewangelistów, którzy opowiedzieli o perypetiach młodzieńca raczej niespokojnego, takiego, którego dzisiejsze nauczycielki i psychologowie z pewnością zamknęliby od razu w szkole z internatem. A On mógł nabierać doświadczenia, przemierzając wzdłuż i wszerz miejsca tamtych wydarzeń… A tak mówiąc na marginesie, On też był adoptowany przez niejakiego Józefa.

Barbara Palombelli

Podziękowania

Niniejsza praca zyskała obecny kształt dzięki życzliwej pomocy moich drogich przyjaciół, którym tą drogą składam gorące podziękowania.

Jestem szczególnie wdzięczny profesorowi Agostino Menozzi.

Serdecznie dziękuję psychologowi doktorowi Carmine Pascarella, mecenas Annie Pasquali, monsignorowi Emilio Landini, doktorowi Federico Mioni i profesor Marii Rangone.

Franco Franceschetti

Notka

Opisane postaci dzieci, dorosłych, a także miejsca wydarzeń są zgodne z rzeczywistością.

Przytoczone wydarzenia zdarzyły się naprawdę.

Imiona osób i miejsc zostały czasami celowo zmienione z przyczyn narracyjnych i ze względu na ochronę prywatności.

1Wiadomość

W środę 16 września 1987 roku o godzinie 22.30 w sali odlotów mediolańskiego lotniska Malpensa na swój lot czekało już niewiele osób.

Carlo Ferrari z żoną Emilią spokojnie mogli dopełnić wszystkich formalności związanych z podróżą, przejść kontrolę paszportową i prześwietlić swój bagaż podręczny.

Policjant trzymający na smyczy wilczura z uwagą spojrzał na podłużną miękką czerwoną torbę w kwiatki, jakby zaniepokoiła go jej zawartość. Carlo wyczuł jego wątpliwości i z rozbrajającą pewnością siebie wyjaśnił: – To podróżna kołyska!

Zresztą owczarek niemiecki specjalnie się nimi nie zainteresował, mogli więc spokojnie pozbierać z powrotem zapasy lekarstw, aparat fotograficzny i resztę bagażu podręcznego, a potem powoli skierować się do wyjścia nr 10.

Byli trochę śpiący, ale zupełnie spokojni.

– Wszystko w porządku? – spytał Carlo Emilię.

– W jak najlepszym! – I założyła na uszy słuchawki odtwarzacza z kasetą z kursem portugalskiego. Carlo zrobił to samo. Zafascynowany poszumem tego zadziwiającego „ciągnięcia” zdania, zaczął przeglądać podręcznik: Eu vou comprar um quilo de arroz e de feijã. O supermercado està aberto? (Chcę kupić kilo ryżu i fasolę. Czy supermarket jest otwarty?).

Nie można się było jednak dobrze skupić i Carlo wolał wyciągnąć się na foteliku i powrócić do wcześniejszych myśli: W końcu się udało. Będziemy tam za dziewięć godzin, na lotnisku poznamy siostrę Manuelę… a potem Cecylię. Kiedy będziemy mogli ją zobaczyć? Ale najważniejsze, żeśmy zdołali tego dokonać, że udało się wyjechać….

Carlowi siostra Manuela kojarzyła się głównie z głosem, spokojnym głosem. Wprawdzie od przyjaciół, którzy wcześniej odbyli podobną podróż, dostali zdjęcie niemłodej już osoby o miłym wyrazie twarzy, ale do tej pory irmã (siostra) Manuela w wyobrażeniu Carla była jedynie głosem. Po raz pierwszy skontaktował się z nią pierwszego maja ubiegłego roku.

Tamtego popołudnia odezwało się do nich pewne małżeństwo z Bolonii, z którym widywali się podczas wielokrotnych spotkań poświęconych sprawom adopcji zagranicznej, organizowanych przez grupkę wolontariuszy.

– Cześć, tu Rinunccia. Udała się wam już adopcja?

– Niestety jeszcze nie, w naszych kanałach wystąpiły pewne trudności… A wam?

– Wróciliśmy dwa tygodnie temu z São Paulo w Brazylii ze śliczną nowo narodzoną dziewczynką! Ma na imię Vanessa! Jesteśmy szczęśliwi… Dotarliśmy do niej prywatnymi kanałami, teraz niestety niedostępnymi, bo za kilka tygodni są tam wybory. Ale jeżeli chcecie, możemy wam dać inny numer telefonu, do włoskiej zakonnicy misjonarki pracującej w Brazylii, która pomogła naszemu przyjacielowi w adopcji. Powiedzcie jej, że przysyła was Aldo i że jego syn Rafael ma się doskonale… Wpadnijcie do nas!

Carlo od razu po skończeniu rozmowy z Rinuccią zaczął wykręcać ten długi numer rozpoczynający się od kierunkowego 0055.

– Czy mógłbym rozmawiać z siostrą Manuelą?

– Jestem przy telefonie!

– Dzień dobry, dostałem siostry numer od Alda, który serdecznie pozdrawia razem ze swoim synem Rafaelem. Czy mogłaby nam siostra pomóc? Mamy z żoną wszystkie prawne pozwolenia na adopcję dziecka.

– Dobrze, jeśli tylko chcecie! Tutaj niestety porzuca się dużo dzieci, a placówki opiekuńcze są nieliczne, biedne i słabo wspomagane, bo obszar jest ogromny. Sporo dzieci umiera z najbardziej prozaicznych powodów, jak choćby na czerwonkę… A przekonałam się, że dzieci adoptowane przez moich rodaków doskonale czują się we Włoszech. Musicie jednak poczekać, bo teraz pomagam pewnej parze Włochów, poza tym sędzia daje parom brazylijskim pierwszeństwo wyboru dzieci porzuconych… Przyślijcie mi dokumenty poświadczone przez konsulat brazylijski i przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego.

Od tego czasu Carlo i Emilia wielokrotnie dzwonili do siostry po nowe wieści i przeżywali to oczekiwanie z niecierpliwością, bo tym razem, w przeciwieństwie do poprzednich, mieli przeczucie, że ta siostra, która obiecała pomoc, wzięła sobie do serca ich sprawę. Carlo pokładał w siostrze Manueli wielką nadzieję. Utwierdzał go w tym również jej spokojny głos.

To właśnie on zbudził go w środku nocy 15 lipca 1987 roku.

– Rozmawiałam dziś z sędzią, który stwierdził, że przysłane przez was dokumenty są wystarczające i kompletne. A po chwili dał mi na ręce trzymiesięczną meninę, dziewczynkę, długą, z czarnymi oczami, o karnacji morena i według mnie z dobrym charakterem, bo się do mnie uśmiechała… Powiedział mi, że ta opuszczona menina została przydzielona senhorowi Ferrari i jego małżonce. Jeśli chcecie, jest wasza!

Telefoniczna słuchawka rozdzielała policzki Carla i Emilii; napotkał jej zdumiony wzrok i radosne przytakiwanie połączone z biciem nogami o łóżko.

– Tak, tak, ale jaka ona jest? Co to znaczy morena?

– Morena oznacza piękne bursztynowe zabarwienie, jakie zyskuje twoja żona po wakacjach nad morzem. Morena – to karnacja kobiecej klasycznej piękności brazylijskiej, a więc mulatki ze stanu Bahia.

– Aha, dobrze, dobrze! To co mamy robić? Kiedy jedziemy?

– Trzeba czekać, bo musi minąć czas określony procedurami, a sędzia musi wpisać waszą adopcję do kalendarza posiedzeń sądu. Mecenas Luiz powie mi, kiedy możecie przyjechać.

– A dziecko? U kogo będzie? U siostry?

– Nie. Ja jestem misjonarką i zajmuję się czym innym. Dziecko zostanie oddane do sierocińca, orfanato w Alagoinhas. Znam tamtejszą dyrektorkę i postaram się, żeby małej niczego nie brakowało. Gratulacje, urodziła się wam piękna córeczka, do widzenia.

– Siostro Manuelo, a kiedy siostra do nas zadzwoni?

– Nie martwcie się, bądźcie spokojni. Aha, zapomniałabym, dziewczynka nie ma imienia; pomyślcie o nim. Powiecie mi następnym razem, a ja przekażę je mecenasowi. Do widzenia, śpijcie dobrze.

Carlo i Emilia spoglądali na siebie podekscytowani.

Wiadomość o dziecku w końcu do nich dotarła, mimo że nie oprzytomnieli jeszcze po wyrwaniu ze snu w środku nocy. Ściskali się z radości, powracając wciąż do rozmowy telefonicznej.

– Powiedziała… trzymiesięczna… i długa. Tak zrozumiałaś?

– Tak, tak i że ma czarne oczy. Dobrze zrozumiałeś! Uspokój się, mów ciszej!

Później starali się oddzwonić do siostry Manueli, ale pod tym numerem nikt nie odpowiadał. Kto wie, skąd do nich dzwoniła?

A potem oczy Emilii zwilgotniały i wydały mu się piękne. Powoli, ze wzruszeniem ocierał jej łzy.

Ogarnęło ich błogie, nieznane dotąd wzruszenie. Pierwsze łzy radości w ich małżeństwie.

Płacz przyniósł odprężenie i udało im się jeszcze na trochę zasnąć tej nocy.

Po takich przeżyciach trudno było nie dzwonić do siostry Manueli. Ale okazało się, że można to robić jedynie z końcem tygodnia. Numer, jakim dysponowali, należał do telefonu znajdującego się w głównej siedzibie siostry w Aporà w głębi stanu Bahia.

Aporà to dość duża miejscowość, ale teren misji oddalony był od niej o godzinę jazdy samochodem i znajdował się, według słów siostry, w trudno dostępnej i jałowej okolicy. Wziął swą nazwę od potoku Guandù płynącego przez te ubogie ziemie. Nie było tam prądu ani telefonu.

Carlowi nie zawsze udawało się zastać siostrę w sobotę, bo często obowiązki zatrzymywały ją w Guandù. A w niedzielę pomagała podczas nabożeństw w parafii w Aporà.

Kiedy jednak dochodziło już do przeważnie nocnej rozmowy telefonicznej, pierwsze pytania miały na celu lepsze poznanie tego dziecka.

– Jest śliczna i taka słodka, a kiedy biorę ją na ręce, zawsze się do mnie uśmiecha – mówiła siostra Manuela bardzo spokojnym głosem.

– A jak się czuje? Można jej zrobić badania?

– Spróbuję… Dobre laboratorium jest bardzo daleko od orfanato. Ale czuje się dobrze. Naprawdę dobrze.

– Jak siostra może mówić, że czuje się dobrze, skoro nie zna siostra wyników analizy krwi?

– Dziecko czuje się dobrze, bo… nie umarło!

Carla zmroziło: – Daję siostrze Emilię!

A wtedy siostra wyjaśniła, że w tych okolicach porzucone dzieci są często chore i niedożywione. Matki chciałyby je przy sobie zatrzymać, ale boją się, że nie dadzą sobie rady, więc zostawiają dzieci w placówkach opiekuńczych, mając nadzieję na lepszą dla nich przyszłość. Cecylia znajduje się w orfanato dość odległym, ale raczej bezpiecznym. Dyrektorka zapewniała ją, że mała ma wilczy apetyt. A jeśli chodzi o analizy, to zobaczy, co się da zrobić. W każdym razie, dodała na zakończenie, dziewczynka nie ma wielkiego brzucha od zarobaczenia, można więc być dość spokojnym.

Minęły ponad dwa lata od czasu, kiedy inżynier Carlo Ferrari i jego żona Emilia, magister farmacji, rozpoczęli pierwsze rozmowy na temat adopcji.

Podczas wielokrotnych spotkań z psychologami, karabinierami, sędziami sądu dla nieletnich odbyli wiele rozmów mających na celu ocenienie, czy jako małżeństwo są „fizycznie i moralnie zdolni do wychowania, kształcenia i utrzymania porzuconej osoby nieletniej”.

Psycholog i pracownik socjalny sprawdzali przez długi czas ich równowagę emocjonalną i powody, które skłoniły ich do adopcji.

Ale wiadomość o przeznaczonym im dziecku uznali za sukces o wiele większy niż uzyskanie „orzeczenia o zdolności do adopcji jednej osoby nieletniej, której różnica wieku z osobą starszą z pary małżeńskiej nie przekracza czterdziestu lat”, jakie właśnie otrzymali z sądu dla nieletnich właściwego dla ich miejsca zamieszkania.

I wreszcie zjawiło się to dziecko – upragnione, wymarzone, wytęsknione podczas wszystkich trudnych rozmów!

Niewiele o nim wiedzieli. Prawie nic o rodzicach biologicznych i czy naprawdę jest zdrowe.

Ale aż dziwne, nie było to dla nich takie ważne. Carlo z wielką tkliwością myślał o tej dziewczynce z orfanato i odczuwał przy tym coś tajemniczego, irracjonalnego. A jednak realnego, ogromnie ważnego i bardzo miłego. To uczucie wyzwoliło się w nim w sposób nadzwyczaj mocny i pozwoliło bardzo szybko zaakceptować śniadą twarzyczkę, którą zapragnął zobaczyć jak najprędziej. Wątpliwości i znaki zapytania, jakie się w nich teraz rodziły, były o wiele mniejsze niż te, wyobrażane sobie podczas rozmów z psychologiem. Właśnie to było to poszukiwane dziecko! Dziewczynka! Właśnie ona! Tylko ona!

Postanowili dać jej na imię Cecylka.

Emilia miała wrażenie, jakby ta maleńka wyciągała ją za rękę z atmosfery wielkiego przygnębienia spowodowanego tak bardzo upragnionym a niemożliwym własnym macierzyństwem. Starali się do niego doprowadzić męczącymi ich oboje badaniami i wreszcie zrezygnowali. Potem ponownie zaczęli o nim myśleć z perspektywą dziecka już nie własnego, a teraz w końcu się doczekali.

Wciąż jeszcze byli sami we dwójkę, ale Emilia już odczuwała radość, że stanie się matką.

Telefon od siostry Manueli był zapowiedzią, a nawet czymś więcej, bo dziewczynka, choć daleko, istniała już dla niej konkretnie i w ściśle określonym miejscu.

Carlo i Emilia niecierpliwie czekali na sobotni telefon, który z powodu różnicy czasu dzwonił zazwyczaj nocą. Prędko przekonali się, że siostra nie każdego tygodnia odwiedza przytułek leżący daleko od jej misji, ale wiadomości od dyrektorki napływały dzięki młodej świeckiej misjonarce, bardziej skłonnej do znoszenia męczących podróży.

Podczas jednej z tych nocnych rozmów, kiedy już uspokoiły ich odpowiedzi siostry, poczuli, że muszą z nią wejść w większą zażyłość.

– Siostro Manuelo, proszę nam coś o sobie opowiedzieć….

Jej tydzień wyglądał zawsze tak samo, od poniedziałku do soboty praca w przedszkolu misyjnym. W sobotę wracała samochodem do domu w Aporà, gdzie właśnie mogli do niej dzwonić. Któregoś razu, kiedy jechała powoli wyboistą ubitą drogą, o mało nie zaatakowała ją kobra. Ale na szczęście okno miała prawie całkiem zamknięte i wąż nie zdołał wsunąć się do środka.

– Siostro, a tam, gdzie jest Cecylia też są węże?

– Nie, tam ich nie ma. To bezpieczne orfanato! Bądźcie spokojni.

2Czerwona tarcza słońca

Którejś nocy siostra Manuela opowiadała Carlowi o tym, co jej się ostatnio przytrafiło.

Od tygodnia pomagała młodziutkiej matce, która ze swoim mocno niedożywionym dwuletnim dzieckiem zatrzymała się nieopodal przedszkola w Guandù.

Siostra umieściła ją w małej izdebce, zatroszczyła się o jedzenie, o właściwe warunki higieniczne i zajęła się dzieckiem pod względem medycznym. Mieszkali z dala od brudu i mieli na noc dach nad głową.

– Wczoraj – mówiła siostra – zapytałam ją, ile ma lat, a ona odpowiedziała, że nie wie.

– Jak to?… Nie wie, ile ma lat? Czy to możliwe?