Kolejne 365 dni - Blanka Lipińska - ebook

299 osób właśnie czyta

Opis

Ciężarna Laura zostaje postrzelona. Najlepsi lekarze walczą o życie kobiety. Jej mąż, głowa sycylijskiej mafii, musi podjąć najtrudniejszą decyzję w swoim życiu - kogo ocalić: ukochaną czy ich dziecko... Jakiego wyboru dokona Massimo? Czy życie bez Laury będzie miało dla niego jeszcze sens? Czy będzie potrafił w pojedynkę wychować ich syna? Miliony myśli kłębią mu się w głowie, ale żadna nie przynosi ukojenia. Nie wie, jak potoczą się losy jego rodziny. Czyje 365 dni będziemy śledzić w trzeciej części sagi?
Kolejne 365 dni" to kontynuacja bestsellerowej serii Blanki Lipińskiej o Laurze Biel porwanej przez szefa sycylijskiej mafii. Poprzednie książki, „365 dni” i „Ten dzień”, sprzedały się w nakładzie ponad 500 000 egzemplarzy. Pełna erotyzmu i sensacyjnych zwrotów akcji powieść, porównywana do światowego bestsellera „50 twarzy Greya”, podbiła serca polskich kobiet. Jeśli komuś się wydaje, że Lipińskiej trudno będzie znów zaskoczyć czytelników, to powinien zapiąć pasy, bo „Kolejne 365 dni" jest niczym jazda rollercosterem!
Trwają prace nad ekranizacją serii. Premiera filmu planowana jest na walentynki 2020 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 478

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (2394 oceny)
1435
383
299
182
95

Popularność


Redakcja: Alicja Szara

Korekta: Sylwia Chrabałowska

Koordynator projektu: Marta Kordyl

Projekt graficzny okładki: Małgorzata Sezanowicz-Winiarska/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce: shutterstock, shiryutattoo Zdjęcie na skrzydełku: archiwum Blanki Lipińskiej

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

Redaktor prowadzący: Katarzyna Kubicka

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

© by Blanka Lipińska, 2019

© for this edition by Agora SA, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2873-7 (epub), 978-83-268-2874-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Rak szyjki macicy nie boli – ON CIĘ ZABIJE! Zrób cytologię, żebyś mogła dalej żyć i cieszyć się seksem!

Fragment: ROZDZIAŁ 2

Kiedy otworzyłam oczy pierwszy raz po tym, jak zamknęłam je w rezydencji Fernando Matosa, zobaczyłam, że oplatają mnie kilometry rurek wbitych w moje ciało i otaczają dziesiątki ekranów pokazujących funkcje życiowe. Wszystko pikało, szumiało. Chciałam przełknąć ślinę, ale okazało się, że w gardle mam jakiś przewód. Bałam się, że za chwilę zwymiotuję. Oczy zaszły mi mgłą i czułam, że wpadam w panikę. Wtedy jedna z maszyn zaczęła przeraźliwie piszczeć, drzwi się otworzyły i do pokoju jak taran wpadł zdyszany Massimo. Usiadł obok i chwycił mnie za rękę.

– Kochanie – jego oczy się zaszkliły. – Dzięki Bogu!

Twarz Czarnego była zmęczona i zdawało mi się, że jest o połowę chudszy, niż go pamiętałam. Złapał głęboki oddech i zaczął gładzić mnie po policzku, a ja na jego widok zupełnie zapomniałam o duszącej mnie rurce. Z oczu zaczęły lecieć mi łzy, a on ścierał każdą, nie odrywając ust od mojej dłoni. Nagle do pokoju weszły pielęgniarki i uciszyły nieznośną maszynę.

Po nich w drzwiach pojawili się lekarze.

– Panie Torricelli, proszę wyjść. Zajmiemy się pańską żoną – powiedział starszy mężczyzna w białym kitlu, a kiedy Don nie reagował, powtórzył polecenie głośniej.

Massimo wyprostował się i górując nad nim, zmienił oblicze na najzimniejsze, jak to tylko możliwe, a potem rzucił przez zaciśnięte zęby:

– Moja żona pierwszy raz od dwóch tygodni otworzyła oczy i jeśli sądzi pan, że wyjdę, to jest pan w niewiarygodnym błędzie – warknął po angielsku, a lekarz machnął ręką.

Po tym, jak wyciągali mi z gardła rurę przypominającą tę od odkurzacza, uznałam, że faktycznie byłoby lepiej, gdyby Czarny tego nie oglądał. Ale cóż, stało się. Już chwilę później do mojego pokoju zaczęły ciągnąć wycieczki lekarzy najróżniejszych specjalizacji. A potem były badania, niekończące się badania.

Massimo nawet przez sekundę nie wyszedł i nawet na chwilę nie puścił mojej dłoni. Kilka razy wolałabym, żeby go nie było, ale nawet ja nie byłam w stanie go od siebie odgonić i przekonać, by przesunął się choć o centymetr, aby zrobić miejsce lekarzom. W końcu wszyscy zniknęli, a ja mimo to, że mówienie wciąż przychodziło mi z trudem, chciałam go zapytać, co się właściwie stało. Próbowałam łapać oddech, charcząc coś niezrozumiale.

– Nic nie mów – jęknął Czarny, kolejny raz przykładając moją dłoń do swoich cudownych ust. – Zanim zaczniesz pytać i dociekać... – westchnął i zaczął nerwowo mrugać oczami, jakby powstrzymując łzy. – Uratowałaś mnie, Lauro – jęknął, a mnie zrobiło się gorąco. – Tak jak to było w mojej wizji, uratowałaś mnie, kochanie.

Jego spojrzenie wbiło się w moją dłoń. Nie rozumiałam, do czego zmierza.

– Ale...

Próbował coś z siebie wydusić, lecz nie był w stanie.

Wtedy dotarło do mnie, o co może mu chodzić. Drżącymi rękami zaczęłam rozgarniać pościel. Czarny próbował złapać moje dłonie, ale coś nie pozwalało mu ze mną walczyć. W końcu po prostu puścił moje nadgarstki.

– Luca – wyszeptałam, widząc opatrunki na moim ciele. – Gdzie jest nasz syn?

Mój głos był ledwo słyszalny, a każde słowo zadawało mi ból. Chciałam krzyczeć, zerwać się z łóżka i wykrzyczeć TO pytanie, by zmusić Czarnego, żeby wreszcie powiedział mi prawdę.

Uniósł się, spokojnie chwycił kołdrę i zakrył moje poszarpane ciało. Jego oczy były martwe, a we mnie, kiedy patrzyłam na niego, prócz przerażenia narastała rozpacz.

– Nie żyje – wstał, łapiąc oddech, i obrócił się do okna. – Kula trafiła zbyt blisko... On był za mały... Nie miał szans – głos mojego męża rwał się, a ja nie miałam pojęcia, jak nazwać to, co czuję. Rozpacz to było zbyt mało. Wydawało mi się, że ktoś właśnie wyrwał mi serce. Fale płaczu, które zalewały mnie co sekundę, sprawiały, że nie mogłam oddychać. Zamknęłam oczy, próbując przełknąć gorzką żółć, która podeszła mi do gardła. Moje dziecko, szczęście, które miało być częścią mnie i ukochanego faceta. Zniknęło. Nagle cały świat się zatrzymał.

Massimo stał nieruchomy jak posąg, aż w pewnym momencie przetarł palcami oczy i odwrócił się do mnie.

– Na szczęście ty żyjesz. – Usiłował się uśmiechnąć, ale nie udało mu się. – Prześpij się, lekarze mówią, że teraz musisz dużo odpoczywać. – Pogładził mnie po głowie i otarł moje mokre policzki. – Będziemy mieć gromadę dzieci, obiecuje ci.

Kiedy to usłyszałam, wybuchłam jeszcze większym płaczem.

Stał zrezygnowany, oddychając płytko, a ja czułam niemoc, która go ogarniała. Zacisnął dłonie w pięści i nie patrząc na mnie, wyszedł. Po chwili wrócił w towarzystwie lekarza.

– Pani Lauro, podam pani leki uspokajające.

Nie mogłam się odezwać, więc pokręciłam przecząco głową.

– Tak, tak, pani musi powoli dochodzić do siebie, ale na dzisiaj już dość – rzucił Czarnemu krytyczne spojrzenie.

Podpiął strzykawkę do jednej z kroplówek, a ja poczułam, jak robię się dziwnie ciężka.

– Będę tu. – Massimo usiadł przy łóżku i chwycił moją dłoń. Zaczęłam odpływać. – Obiecuję, że będę tu, kiedy się obudzisz. – Był, kiedy otworzyłam oczy i za każdym kolejnym razem, kiedy zasypiałam i znów się budziłam. Nie odstępował mnie na krok. Czytał mi, przynosił filmy, czesał włosy, mył. Ku mojemu przerażeniu odkryłam, że tę ostatnią czynność wykonywał również wtedy, kiedy byłam nieprzytomna, nie pozwalał zbliżyć się do mnie pielęgniarkom. Zastanawiam się, jak zniósł fakt, że operujący mnie lekarze byli mężczyznami.

Z tego, co dowiedziałam się z jego lakonicznych wypowiedzi, zostałam postrzelona w nerkę. Nie dało się jej uratować. Na szczęście człowiek ma dwie, a życie z jedną to nic strasznego – pod warunkiem że jest zdrowa. W trakcie operacji moje serce postanowiło odmówić współpracy. Specjalnie mnie to nie zdziwiło. Zaskoczył mnie natomiast fakt, że lekarzom udało się je naprawić. Coś udrożnili, coś wszyli, jeszcze coś wycieli i podobno miało działać. Doktor, który wykonywał zabieg, opowiadał mi o tym dobrą godzinę, pokazując na ekranie tabletu rysunki i wykresy. Niestety, mój angielski nie był na tyle dobry, by ogarnąć szczegóły jego wypowiedzi. Poza tym w moim stanie ducha było mi to właściwie obojętne. Liczyło się to, że niebawem miałam opuścić szpital. I niby z dnia na dzień czułam się lepiej, moje ciało szybko wracało do zdrowia... Ciało, bo dusza nadal była martwa. Słowo „dziecko” zostało wyparte z naszego słownika, a imię „Luca” nagle przestało istnieć. Wystarczyła choćby wzmianka o dziecku, nawet nie w rozmowie, ale w telewizji czy internecie, a zalewałam się łzami.

Z Massimo rozmawialiśmy o wszystkim, otwierał się przede mną bardziej niż kiedykolwiek. Za nic nie chciał tylko poruszać tematu sylwestra. Coraz bardziej mnie to złościło. Dwa dni przed planowanym wyjściem ze szpitala nie wytrzymałam.

Czarny właśnie postawił przede mną tacę z jedzeniem i podciągnął rękawy.

– Nie zjem nawet grama – warknęłam, zaplatając ręce na kołdrze. – Rozmowa na ten temat cię nie minie. Nie możesz już wykręcać się moim stanem zdrowia, czuję się fenomenalnie. – Ostentacyjnie przewróciłam oczami. – Massimo, do cholery, mam prawo wiedzieć, co stało się w posiadłości Fernando Matosa!

Don upuścił łyżkę na talerz, złapał głęboki wdech i zirytowany wstał z miejsca.

– Czemu jesteś taka uparta? – Popatrzył na mnie gniewnym wzrokiem. – Jezu, Lauro. – Zakrył dłońmi twarz i przechylił się nieco do tyłu. – Dobrze. Do którego momentu pamiętasz to, co się działo? W jego głosie słychać było rezygnację.

Przekopywałam zakamarki swoich wspomnień i kiedy przed oczami stanął mi Nacho, moje serce zamarło. Przełknęłam głośno ślinę i powoli wypuściłam powietrze z płuc.

– Pamiętam, jak bił mnie ten skurwiel Flavio.

Szczęki Massimo zaczęły się rytmicznie zaciskać.

– Później pojawiłeś się ty.

Zamknęłam oczy, sądząc, że to pomoże mi w odzyskiwaniu wspomnień.

– Potem było zamieszanie i wszyscy wyszli, zostawiając nas samych.

Zawiesiłam się, niepewna tego, co było dalej.

– Podchodziłam do ciebie... Pamiętam, że bardzo bolała mnie głowa... Później już nic.

Przepraszająco wzruszyłam ramionami i spojrzałam na niego.

Widziałam, że gotuje się w środku. Cała ta sytuacja i jej wspomnienie wywoływały w nim chyba ogromne poczucie winy, z którym nie mógł sobie dać rady. Chodził po pokoju, zaciskając pięści, a jego klatka unosiła się i opadała w szaleńczym tempie.

– Flavio, ten... Zastrzelił Fernando, a później strzelił do Marcelo.

Na dźwięk tych słów poczułam, że mnie zatyka.

– Nie trafił – dodał, a ja jęknęłam z ulgą, a gdy spoczęło na mnie zaskoczone spojrzenie Massimo, udałam, że coś zabolało mnie w klatce piersiowej. Położyłam na niej dłoń i dałam mu sygnał, żeby kontynuował.

– Ten łysy skurwiel go zastrzelił. A przynajmniej tak sądził, kiedy tamten padł za biurko, zalewając wszystko krwią. Wtedy poczułaś się gorzej.

Zatrzymał się kolejny raz, a jego ściśnięte w dłoniach palce aż zbielały.

– Chciałem cię podtrzymać i wtedy strzelił kolejny raz.

Moje oczy zrobiły się wielkie jak spodki, a grzęznący w gardle oddech nie pozwalał wydusić słowa. Musiałam wyglądać okropnie, bo Czarny podszedł do mnie i gładząc po głowie, sprawdzał wskaźniki na monitorach. Byłam w szoku. Jak Nacho mógł do mnie strzelić?! Nie mogłam zrozumieć.

– I właśnie dlatego nie chciałem z tobą o tym rozmawiać – warknął Czarny, kiedy jedna z maszyn zaczęła piszczeć. Po chwili do pomieszczenia wbiegła pielęgniarka, a za nią lekarze. Zrobiło się wokół mnie zamieszanie, ale chwilę później kolejny zastrzyk w wenflon wbity w mój nadgarstek załatwił sprawę. Tym razem jednak nie usnęłam, ale uspokoiłam się. Czułam się jak warzywo. Niby wszystko widziałam i rozumiałam, lecz było mi dziwnie błogo. Jestem kwiatem lotosu na tafli jeziora – takie porównanie przebiegło mi przez myśl, kiedy leżałam na łóżku, beznamiętnie patrząc, jak Massimo wyjaśnia lekarzowi, co się stało, a ten macha mu rękami przed nosem. Och, doktorku, gdybyś wiedział, kim jest mój mąż, w życiu nie podszedłbyś do niego tak blisko – pomyślałam, delikatnie się uśmiechając. Mężczyźni dyskutowali ze sobą, aż w końcu Czarny dał za wygraną i przytaknął, opuszczając głowę w dół. Po chwili znowu byliśmy sami.

– I co dalej? – zapytałam, przeciągając nieco słowa, choć byłam pewna, że mówię całkiem normalnie.

Myślał przez chwilę, przyglądając mi się uważnie, a gdy obdarzyłam go lekko narkotycznym uśmiechem, pokręcił głową.

– Flavio niestety ocknął się i strzelił do ciebie.

Flavio – powtórzyłam za nim w głowie, a na mojej twarzy zagościła niekontrolowana radość. Don zapewne zrzucił to na działanie leków i kontynuował.

– Marcelo go zastrzelił, a raczej zmasakrował, bo wpakował w niego cały magazynek. – Czarny parsknął kpiąco i pokręcił głową. – W tym czasie ja już zajmowałem się tobą. Domenico ruszył po pomoc, bo niestety pomieszczenie było dźwiękoszczelne, więc nikt nic nie usłyszał. Matos przyniósł apteczkę. Później przyjechało pogotowie. Straciłaś dużo krwi. – Kolejny raz podniósł się z miejsca. – To wszystko.

– A teraz? Co teraz będzie? – zapytałam, mrużąc oczy, żeby wyostrzyć wzrok.

– Wracamy do domu. – Na jego twarzy zagościł pierwszy tego dnia szczery uśmiech.

– Pytam o Hiszpanów, o wasze interesy – wymamrotałam, kładąc się na plecach.

Massimo popatrzył na mnie podejrzliwie, a ja szykowałam sobie w głowie dobre usprawiedliwienie dla mojego pytania. Kiedy przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, spojrzałam na niego.

– Jestem bezpieczna czy znów ktoś mnie porwie? – rzuciłam z udawanym rozdrażnieniem.

– Powiedzmy, że dogadałem się z Marcelo. Cały ten dom, tak jak i nasz, naszpikowany jest elektroniką, są tam i kamery, i system nagrywający. – Zamknął oczy i spuścił głowę. – Oglądałem nagranie i słyszałem, co mówił Flavio. Wiem, że rodzina Matosów została w to wmieszana. Fernando nie miał pojęcia o prawdziwych intencjach Flavio. Marcelo, porywając cię, popełnił ogromny błąd. – Oczy Czarnego zapaliły się gniewem. – Ale wiem, że uratował ci życie i zaopiekował się tobą. – Zaczął się trząść, a z jego gardła wydobył się warkot. – Nie mogę znieść myśli, że... – urwał, a ja wpatrywałam się w niego lekko otępiała. – Nigdy nie będzie pokoju! – Wstał z krzesła i cisnął nim o ścianę. – Przez tego człowieka zginał mój syn, moja żona prawie straciła życie. – Łapał płytkie oddechy. – Kiedy oglądałem nagranie, na którym ten skurwiel cię katował, przysięgam, że gdybym mógł, zabiłbym go jeszcze milion razy!

Massimo padł na kolana na środku pokoju.

– Nie mogę znieść myśli, że cię nie ochroniłem, że pozwoliłem, by ten łysy skurwiel porwał cię i doprowadził do miejsca, w którym dopadł cię ten zwyrodnialec.

– On nie wiedział – wyszeptałam przez łzy. – Nacho nie miał pojęcia, po co mnie porwano.

Przepełniony nienawiścią wzrok Massimo spoczął na moich ustach.

– Bronisz go? – Zerwał się, zrobił trzy kroki i znalazł się obok mnie. – Bronisz go po tym wszystkim, co przez niego przeżyłaś?

Wisiał nade mną, ciężko dysząc, a rozszerzone źrenice sprawiły, że jego oczy stały się zupełnie czarne.

Patrzyłam na niego i z zaskoczeniem odkryłam, że nic nie czuję. Ani złości, ani zdenerwowania, nie było mi nawet słabo. Dziwne. Leki, które mi podano, zupełnie wypruły mnie z emocji, a jedynym, co wskazywało na to, co czuję, były płynące po policzkach łzy.

– Po prostu nie chcę, żebyś miał wrogów, bo to odbija się na mnie – powiedziałam i od razu pożałowałam swoich słów. Ta wypowiedź – niedosłownie, ale jednak – była oskarżeniem. Nie chcąc tego, zasugerowałam, że to on odpowiada za mój stan.

Czarny westchnął i zamyślił się, a jego przygryziona zębami warga błagała o litość. Uniósł się i powoli ruszył w stronę drzwi.

– Idę zająć się twoim wypisem – wyszeptał i cicho wyszedł z pokoju.

Chciałam go zawołać i poprosić, żeby został, przeprosić i wyjaśnić, że nic złego nie miałam na myśli, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Kiedy drzwi się zamknęły, leżałam chwilę, gapiąc się na nie, w końcu zasnęłam.

Obudził mnie pęcherz. Od niedawna bardzo doceniałam to uczucie i fakt, że mogę sama iść do toalety. Wręcz upajałam się każdą wizytą tam. Usunięto mi wreszcie cewnik, a do tego lekarz powiedział, że powinnam zacząć chodzić, więc od paru dni robiłam sobie krótkie spacery. Z nieodłącznym stojakiem na kroplówkę.

W toalecie trochę mi się zeszło, bo załatwianie się z kroplówką nie należy do najłatwiejszych i wymaga niezwykłej zręczności. Zwłaszcza że musiałam poradzić sobie sama, bo po przebudzeniu z zaskoczeniem odkryłam, że Massimo zniknął z pokoju. Od razu pierwszego dnia mojego pobytu w szpitalu nakazał wstawić drugie łóżko i sypiał tuż obok mnie – trochę jak na koloniach. Pieniądze czyniły cuda. Gdyby chciał tu mieć antyczne meble i fontannę, też dałoby się to załatwić. Jego pościel była nietknięta, co oznaczało, że tej nocy miał do załatwienia ważniejsze sprawy niż pilnowanie mnie.

Nie byłam senna, bo przespałam cały dzień, postanowiłam więc przeżyć przygodę i wyjść sama na korytarz. Przekraczając próg, chwyciłam się ściany i w tym samym momencie z rozbawieniem ujrzałam, jak na mój widok dwóch rosłych ochroniarzy zrywa się z miejsca. Machnęłam do nich, by usiedli, i wlokąc za sobą stojak z kroplówką, ruszyłam przez korytarz. Niestety, obaj podążyli za mną. Kiedy uzmysłowiłam sobie, jak idiotycznie wyglądamy, zachciało mi się śmiać. Ja, w jasnym szlafroku i różowych emu na stopach, z potarganymi blond włosami, wsparta na metalowym wieszaku, a zaraz za mną dwaj goryle, drepczący w czarnych garniturach z zaczesanymi na brylantynę włosami. Niestety, prędkości, które rozwijałam, nie były powalające, więc nasz orszak kroczył bardzo dostojnie.

Musiałam usiąść na chwilę, bo mój organizm wciąż nie był przygotowany na długie wyprawy. Moi towarzysze stanęli kilka metrów ode mnie. Rozglądali się, szukając „zagrożenia”, ale nic nie znaleźli, więc pogrążyli się w rozmowie. Była noc, lecz na szpitalnym korytarzu panował całkiem spory ruch. Jakaś pielęgniarka podeszła do mnie i zapytała, czy wszystko w porządku. Uspokoiłam ją, wyjaśniając, że tylko odpoczywam, więc odeszła.

Wreszcie wstałam i już miałam wracać do pokoju, gdy nagle na końcu holu dostrzegłam znajomą sylwetkę. Stała przy dużej przeszklonej szybie.

– Niemożliwe – wyszeptałam i uczepiona kroplówki ruszyłam w stronę kobiety. – Amelia?

Dziewczyna odwróciła się do mnie, a na jej twarzy pojawił się blady uśmiech.

– Co tu robisz? – zapytałam zdziwiona jej obecnością.

– Czekam – odpowiedziała, wskazując głową na coś za szybą.

Spojrzałam w lewo i zobaczyłam salę, na której w inkubatorach leżały dzieci. Były maleńkie, niektóre nie większe niż paczka cukru. Wyglądały jak lalki, do których przymocowane były rurki i kable. Ten widok sprawił, że zrobiło mi się słabo. Luca – pomyślałam, on był taki malutki. Do oczu napłynęły mi łzy, a gula ugrzęzła w gardle. Zacisnęłam powieki i nim je otworzyłam, obróciłam głowę w stronę dziewczyny. Popatrzyłam na nią kolejny raz, tym razem lepiej się przyglądając. Stała w szlafroku, a więc była pacjentką.

– Pablo urodził się za wcześnie – powiedziała, wycierając nos rękawem. Na jej policzkach widać było ślady łez. – Kiedy dowiedziałam się o tym, co się stało tacie i... – jej głos załamał się, a ja wiedziałam, co chce mi powiedzieć. Wyciągnęłam rękę i objęłam ją ramieniem, nie wiem, czy bardziej chciałam dodać otuchy jej, czy sobie. Wtedy moi stojący obok ochroniarze zrobili parę kroków w tył, dając nam odrobinę prywatności. Amelia położyła głowę na moim ramieniu. Szlochała. Nie miałam pojęcia, co wiedziała, prawdopodobnie brat oszczędził jej niepotrzebnych szczegółów.

– Przykro mi z powodu twojego męża – te słowa ledwo przeszły mi przez gardło. Przecież wcale nie było mi przykro, wręcz cieszyłam się, że Nacho go zastrzelił.

– Właściwie to nie był moim mężem – wyszeptała. – Ale tak o nim mówiłam. Chciałam, żeby tak było.

Pociągnęła nosem i wyprostowała się.

– A jak ty się czujesz? – Jej pełne troski oczy spoczęły na moim brzuchu.

– Lauro! – Warknięcie za moją głową nie zwiastowało niczego dobrego.

Obróciłam się i zobaczyłam, jak wściekły Massimo długimi susami przemierza korytarz.

– Muszę iść, znajdę cię – wyszeptałam. Odwróciłam się od niej i ruszyłam w stronę męża.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał z irytacją i usadził mnie na wózku, który stał pod ścianą. Później przez zaciśnięte zęby skarcił po włosku dwóch ogrów i powoli popychał wózek w stronę mojego pokoju.

Weszliśmy do środka – ja raczej wjechałam, a on ułożył mnie na łóżku i opatulił kołdrą. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby przez całą drogę nie wygłaszał litanii na temat mojej nieodpowiedzialności i lekkomyślnego zachowania.

– Kim była ta dziewczyna? – zapytał, wieszając marynarkę na oparciu krzesła.

– Matka jednego z wcześniaków – wyszeptałam, odwracając od niego głowę. – Nie wiadomo, czy jej dziecko przeżyje – głos mi się załamał. Wiedziałam, że tematu dziecka Czarny nie będzie drążył.

– Nie rozumiem, po co w ogóle poszłaś na tamten oddział – powiedział z wyrzutem. Nastała krępująca cisza, w której słychać było tylko głębokie wdechy mojego męża.

– Powinnaś odpocząć – stwierdził, zmieniając temat. – Jutro wracamy do domu.

To była ciężka noc. Co chwila budziłam się ze snów, w których pojawiały się dzieci, inkubatory i ciężarne kobiety. Miałam nadzieję, że w domu uda mi się oderwać od tych wszystkich dręczących mnie myśli. Rankiem nie mogłam się już doczekać, aż Massimo zostawi mnie samą i pójdzie molestować medyczne konsylium, które zebrało się w związku z moim wypisem. Lekarze nie byli zbyt zadowoleni z tego, że mąż zabiera mnie ze szpitala. Ich zdaniem leczenie nie zostało zakończone. Zgodzili się na to tylko pod warunkiem szczegółowego rozpisania mojej dalszej terapii i przestrzegania ich zaleceń. Don sprowadził w tym celu na Teneryfę lekarzy z Sycylii i wszyscy razem usiedli do rozmów.

Postanowiłam wykorzystać ten fakt, żeby zobaczyć Amelię. Ubrałam się w przyszykowany dla mnie dres i wsunęłam na nogi buty. Ostrożnie wychyliłam się z pokoju. Z zaskoczeniem i ulgą odkryłam, że na zewnątrz nie ma nikogo. W pierwszym momencie się przeraziłam. Byłam przekonana, że ktoś załatwił moich ochroniarzy i za chwilę przyjdzie po mnie, ale zaraz sobie przypomniałam, że przecież już nic mi nie grozi. Ruszyłam przez korytarz.

– Szukam siostry – powiedziałam, stając przy kontuarze recepcji na oddziale noworodkowym. Starsza pielęgniarka, która siedziała na krześle obrotowym, powiedziała kilka słów po hiszpańsku, przewróciła oczami i zniknęła. Po chwili jej miejsce zajęła młoda, uśmiechnięta dziewczyna.

– W czym mogę pomóc? – zapytała płynnie po angielsku.

– Szukam siostry, Amelii Matos. Leży u państwa na oddziale, urodziła przedwcześnie.

Kobieta przez chwilę patrzyła w monitor, po czym podała mi numer pokoju i wskazała kierunek.

Stanęłam przed drzwiami i zamarłam z dłonią gotową, żeby zapukać. „Co ja robię, do cholery?”, pomyślałam. „Idę do dziewczyny płatnego mordercy, który mnie porwał, i chcę ją zapytać, jak się czuje po śmierci faceta, który mnie katował i chciał zabić”. Było to tak surrealistyczne, że sama nie mogłam uwierzyć w to, co chcę zrobić.

– Laura? – usłyszałam za plecami. Obróciłam się. Obok mnie, z butelką wody pod pachą, stała Amelia.

– Przyszłam zobaczyć, jak się czujesz – wydukałam, biorąc głęboki wdech.

Otworzyła drzwi i wchodząc do środka, pociągnęła mnie za rękę. Pomieszczenie było jeszcze większe niż moje, miało coś na kształt salonu i dodatkową sypialnię. Wszędzie unosił się zapach lilii, których w pokoju było pewnie kilkaset.

– Mój brat codziennie przynosi mi świeży bukiet – westchnęła, siadając, a mnie sparaliżowało. Spanikowana zaczęłam rozglądać się na boki i wycofywać w stronę wyjścia.

– Nie martw się, wyjechał, dziś go nie będzie – popatrzyła na mnie, jakby czytała w moich myślach. – Wszystko mi powiedział.

– A co dokładnie? – zapytałam, siadając obok niej w fotelu.

Pochyliła głowę i zaczęła skubać paznokcie. Wyglądała jak cień człowieka, po pięknej dziewczynie nie było nawet śladu.

– Wiem, że nie byliście parą i że ojciec kazał cię porwać, a Marcelo miał zapewnić ci komfort i zaopiekować się tobą – przysunęła się w moją stronę. – Lauro, ja nie jestem głupia. Wiem, czym zajmował się Fernando Matos i w jakiej rodzinie przyszłam na świat – westchnęła. – Ale że Flavio w tym wszystkim brał udział... – jej głos się załamał, kiedy spojrzała na mój brzuch. – Jak się czuje twoje... – urwała, widząc, jak kręcę delikatnie głową, a do moich oczu napływają łzy. Zamknęła powieki, a po kilku sekundach pierwsze krople zaczęły spływać jej po policzkach. – Przepraszam – wyszeptała. – Przez moją rodzinę straciłaś dziecko.

– Amelio, to nie przez ciebie. To nie ty powinnaś mnie przepraszać – powiedziałam najpewniejszym głosem, jaki byłam w stanie z siebie wydobyć. – Możemy za to podziękować mężczyznom, z którymi przyszło nam żyć. Ty swojemu za to, że Pablo walczy o życie, a ja swojemu za to, że w ogóle znalazłam się na tej wyspie – pierwszy raz powiedziałam to głośno, a na dźwięk tych słów aż zapiekło mnie w mostku. Pierwszy raz wyartykułowałam wprost mój żal do Massimo. Tak naprawdę nie byłam całkiem szczera wobec Amelii, bo przecież jedynym winnym całego zajścia był Flavio... Ale nie chciałam jej jeszcze bardziej dołować.

– Jak się czuje twój syn? – zapytałam, tłumiąc płacz. Chociaż życzyłam małemu i jego mamie jak najlepiej, takie słowa nie przechodziły mi lekko przez usta.

– Chyba lepiej. – Uśmiechnęła się. – Jak widzisz, mój brat zadbał o wszystko. – Wskazała ręką na pokój. – Przekupił albo sterroryzował lekarzy, więc traktują mnie jak królową. Pablo ma najlepszą opiekę i z dnia na dzień jest coraz silniejszy.

Rozmawiałyśmy jeszcze kilka minut, aż uzmysłowiłam sobie, że jeśli Czarny nie zastanie mnie w pokoju, czekają mnie kłopoty.

– Amelio, muszę iść. Dziś wracam na Sycylię. – Podniosłam się z cichym stęknięciem, wspierając o fotel.

– Lauro, poczekaj. Jest jeszcze jedna sprawa... – Spojrzałam na nią pytająco. – Marcelo... Chciałabym pogadać o moim bracie.

Słysząc to, zrobiłam wielkie oczy, a ona zaczęła mówić z delikatnym skrępowaniem.

– Nie chcę, żebyś go nienawidziła, zwłaszcza że on chyba ciebie...

– Nic do niego nie mam – przerwałam jej, bojąc się tego, co chce powiedzieć. – Serio, pozdrów go. Muszę już iść – rzuciłam i niemal wybiegłam z pokoju, wcześniej całując ją i delikatnie przytulając.

Wyszłam na korytarz i oparłam się o ścianę, goniąc oddech. Było mi trochę niedobrze i piekło mnie w mostku, ale – co dziwne – nie słyszałam swojego serca. Tego okropnego dudnienia w głowie, które towarzyszyło niemal każdemu napadowi paniki. Przez moment chciałam wrócić do Amelii i poprosić ją, żeby dokończyła, ale opamiętałam się i poszłam w stronę swojego pokoju.

[...]