Kolej na Felix - Kate Moore - ebook
lub
Opis

Prawdziwa historia puszystej kociej celebrytki, która ma łapy pełne roboty!

Ile w codzienności pewnej stacji kolejowej może zmienić mały kotek? Kiedy pracownicy dworca Huddersfield przygarniają małą puszystą kuleczkę, nie podejrzewają, że Felix podbije ich serca tysięcy ludzi z całego świata.

Felix szybko staje lokalną atrakcją i nie zamierza poprzestać na byciu uroczym futrzakiem zawsze gotowym na zachwyty. Ma bardzo poważne zadania – pomaga podróżnym, w tym dzieciom, podnosi wszystkich na duchu i skutecznie wynajduje szkodniki w dworcowych zakamarkach.

Ta cudowna kotka, owija sobie wszystkich wokół ogona. Poznaj jej puchate przygody i zobacz, jak jeden mały kotek zdobył wielką sławę dzięki chęci pomocy ludziom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 316

Popularność


Wstęp

Gdybyś pojechał na stację Huddersfield w Yorkshire, mógłbyś się mocno zdziwić, bo w okienku „Informacja kolejowa i pomoc dla podróżnych” mogłaby cierpliwie czekać na pytania nie inteligentna młoda kobieta ani uczynny starszy pan w filetowo-granatowym uniformie kompanii TransPennine Express.

Zamiast nich dyżur mogłaby pełnić Felix – dworcowa kotka z Huddersfield.

Zwierzak siedzi dumnie na biurku, nasłuchując znajomej kakofonii dworcowych dźwięków i obserwując twoje nadejście czujnymi zielonymi oczami. Jego puszysty czarny ogon zakończony białą kępką pulsuje rytmicznie, jakby kot się radował na twój widok.

Felix nie jest jednak zwykłym domowym kotem, lecz zatrudnionym na stacji oficjalnym kolejowym specjalistą od zwalczania szkodników. Lata poklepywania i poszturchiwania przez klientów sprawiły, że czasami odnosi się nieufnie do obcych, ale gdy cię pozna – niezależnie od tego, czy jesteś kolegą z kolei, czy tylko dojeżdżasz do pracy – jej czułość nie będzie miała granic.

Jednym zgrabnym susem zeskoczy z biurka na podłogę i zacznie się kręcić wokół twoich nóg, badając długimi białymi wąsiskami, czy możesz być w posiadaniu kociego przysmaku. Felix uwielbia smakołyki, więc w sprzyjających okolicznościach i wbrew początkowej oschłości osoba kompletnie nieznajoma może się stać jej przyjacielem na całe życie.

Kotce nie zależy jednak na samych przysmakach. Dla Felix równie ważna jest przygoda i mimo że zwykle można ją znaleźć na stacji – dyżurującą na biurku, patrolującą perony lub pomagającą sprawdzać bilety na bramkach – potrafi się zapuścić daleko poza jej granice. Spójrz, jak kroczy: mija wykonany z brązu posąg na placu Saint George, przyjacielsko machając ogonem; przechodzi obok ozdobionego kwiatami ogrodu przy peronie czwartym; znika w ciemności tunelu kolejowego w drodze Bóg-jeden-wie-dokąd; albo zdecydowanym, dumnym krokiem przekracza tory kolejowe. Nie zawsze tak było, ale gdy Felix nabrała doświadczenia, wzrosły także jej pewność siebie i odwaga.

Chociaż Felix czerpie przyjemność z kierowania stacją – nie popełnij błędu, bo ten kot jest zdecydowanie szefem – ma zwyczaj regularnego drzemania w godzinach pracy, zwinięta w szatni na marynarce kolegi, podobnie jak witania podróżnych w głównej hali dworca. Jeśli nie będzie na dyżurze, kiedy wpadniesz, licząc na zamienienie kilku słów z gwiazdą – najsłynniejszym dworcowym kotem z Huddersfield – wybacz jej nieobecność, bo przypuszczalnie ucięła sobie krótką drzemkę… zanim podejmie próbę schwytania kilku kolejnych myszy, co jest jej głównym zajęciem jako starszego specjalisty od tępienia szkodników.

Zostawmy ją na biurku w okienku obsługi podróżnych, skąd zlustruje swoje królestwo okiem, któremu nie umknie najdrobniejszy szczegół, a jej fioletowa obróżka będzie błyszczeć w promieniach porannego słońca. Z obróżki zwisa cienki złocisty dysk, na którym widnieje jej imię i adres domowy:

Felix, Peron 1

Ta książka jest opowieścią

o kocie z dworca w Huddersfield.

1

Szalony pomysł

Powiem ci, czego potrzebuje ta stacja – powiedział Gareth Hope pewnego letniego ranka dwa tysiące ósmego roku. – Dworcowego kota.

Jego kolega, Andy Croughan, zaśmiał się rubasznie. Gdy się spotykali – zwykle po porannym szczycie – aby pogadać w spokojniejszym okresie zmiany, dzielili się różnymi głupimi pomysłami, lecz takiego jak ten jeszcze nie było. Dworcowy kot? Oczywiście pomysł wydawał się zabawny, ale coś takiego zdarza się raz na milion lat.

Obaj znali tradycję kolejowych kotów – z czasów British Rail, kiedy wielu nastawniczych miało własnego kota – a Gareth, który od niedawna pracował na kolei, bez końca wysłuchiwał opowieści o dawnych czasach, gdy koty pracowały w każdej lokomotywowni i co miesiąc odbierały pasek z wypłatą. Jednak Gareth i Andy zdawali sobie sprawę, że kocia tradycja odeszła do lamusa z powodu ciągłej modernizacji kolei. Kiedyś krążyła opowieść o Winstonie Churchillu, który poświęcał zbyt dużo uwagi pewnemu kotu ze stacji przy Liverpool Street, ale pomysł, by dworzec Huddersfield miał własnego kocura, wydawał się tak stary, jak czcigodna postać byłego premiera.

Chociaż zatrudnienie kota wydawało się kompletnie nierealne – a może właśnie z tego powodu – snucie fantazji o dworcowym kocie stało się ulubionym zajęciem Garetha i Andy’ego w ciągu kilku następnych miesięcy, szczególnie podczas zmiany, gdy dworcowy zegar tykał boleśnie powoli, a rozważanie głupich pomysłów zdawało się jedynym sposobem przyspieszenia jego wskazówek.

Praca na kolei nie była pierwszym pomysłem Garetha, jeśli chodzi o karierę zawodową. Studiował programowanie komputerowe na uniwersytecie, ale po dwóch latach uznał, że tego nie lubi i nie zdoła zarabiać w ten sposób na życie. Potrzebował roboty, więc pod koniec dwa tysiące szóstego roku przyłączył się do zespołu peronowych na stacji Huddersfield, aby odkryć, że i to zajęcie nie jest stworzone dla niego. Kiedy rozpoczynał pracę, na dworcu nie było bramek na bilety, więc peronowi stanowili jedyną fizyczną zaporę powstrzymującą pasażerów na gapę. Któregoś dnia Gareth – szczupły, wiotki i pokojowo nastawiony młodzieniec – znalazł się po niewłaściwej stronie podczas sprzeczki z agresywnym klientem, który go popchnął i przewrócił na ziemię. Po roku takiej roboty został od niej uwolniony i przesunięty na inny odcinek frontu: stał się spikerem zapowiadającym przyjazdy i odjazdy pociągów (wykonującym bezpieczną pracę w biurze, za szybą). Jednak praca na dworcu wydawała się rozwiązaniem tymczasowym – zajęciem, które wykonywał, poszukując tego, co naprawdę pragnie robić. Nie martwił się tym zbytnio, bo miał zaledwie dwadzieścia jeden lat, więc uznał, że ma jeszcze dość czasu, żeby to odkryć.

Tymczasem czerpał prawdziwą radość z pracy na dworcu kolejowym. Pracowników kolei łączyła koleżeńska, niemal rodzinna więź, która przekraczała granicę dworca kolejowego w Huddersfield, obejmując całą siatkę połączeń kolejowych. Ludzie, którzy pracują na kolei, zrobiliby dla siebie wszystko: kolej jest rodzajem branży. Kiedyś zagnało go daleko na południe, ale wystarczyło, że pokazał legitymację kolejową, a zespół pracujący na tamtejszym dworcu zrobił wszystko, by pomóc mu bezpiecznie wrócić do domu. Było tak szczególnie na dworcu w Huddersfield, bo wielu członków jego dwudziestosześcioosobowego zespołu przepracowało ponad dwadzieścia lat na kolei. Znali się lepiej niż większość braci i sióstr, a jeśli odbijałeś kartę zegarową przez mniej niż dekadę, uważali cię za „młodzika”.

Właśnie do tej kategorii należeli Gareth i Andy. Dwudziestoparoletni Andy pracował jako kierownik zmiany od dwa tysiące szóstego roku. Był energicznym mężczyzną o wesołym usposobieniu i smukłej sylwetce. Ponieważ członkowie zespołu spędzali ze sobą więcej czasu niż z rodziną – czasami pracowali po nocach, bo dworzec Huddersfield działał przez okrągłą dobę – nie było niespodzianką, że wielu zostało bliskimi przyjaciółmi. Andy i Gareth natychmiast przypadli sobie do gustu, a ich ulubioną rozrywkę stanowiły absurdalne, fantastyczne rozmowy, z których byli powszechnie znani. Dworcowy kot stał się jednym z wielu zwariowanych pomysłów. Innym było to, aby zarządzająca stacją kompania kolejowa TransPennine Express (TPE) zatrudniła pana T z A-Team do przekazywania komunikatów dotyczących bezpieczeństwa („Nie wychodź za żółtą linię, głupcze”). Gareth był entuzjastą zastąpienia wszystkich dworcowych schodów pochylniami i blokami pasowymi, żeby ograniczyć liczbę poślizgnięć, potknięć i upadków.

Naczelnik stacji, Paul, typowy służbista, przywykł do ich zabawnych sugestii, które napływały nieprzerwanym ciągiem. Był młodym, przystojnym i małomównym mężczyzną, choć jego brwi wiele mówiły. Unosiły się za każdym razem, gdy Gareth przedstawiał mu kolejny szurnięty pomysł – z wyrazem odmowy i niewiary wypisanym na wykrzywionej dezaprobatą twarzy.

Przez całą jesień dwa tysiące ósmego roku podczas pogawędek prowadzonych w trakcie ciągnących się boleśnie zmian Gareth i Andy stale powracali do pomysłu dworcowego kota – bawiąc się nim i ekscytując w miarę odkrywania kolejnych złożonych przyczyn uzasadniających potrzebę zatrudnienia kota na dworcu. Garetha szczególnie zachwycał pomysł, że dworcowy kot mógłby wywierać kojący wpływ na poirytowanych podróżnych.

– Kot uszczęśliwiłby wszystkich. Gdyby ktoś narzekał, mógłbyś pokazać mu kota i natychmiast by się uspokoił! – przekonywał z entuzjazmem, mając świeżo w pamięci doświadczenia przy bramce na perony. – Tylko pomyśl, kot przechadzałby się po dworcu i był za wszystko odpowiedzialny. Sprawiałby problemy i wchodził wszystkim w drogę, jak to robią koty!

Byli niczym dzieci, podpuszczając jeden drugiego.

– Powinieneś zapytać Paula! – mówił żartobliwie Andy.

Któregoś dnia, gdy naczelnik stacji przechodził obok pokoju spikera, w którym para figlarzy prowadziła rozmowę, Gareth skorzystał z okazji.

– Paul, czy możemy mieć jakąś nadzieję na dworcowego kota? – rzucił od niechcenia. Niespokojnie przygładził proste, sięgające ramion brązowe włosy, zakładając je nerwowo za uszy i czekając na werdykt szefa.

Nie musiał długo trwać w niepewności, bo kierownik stacji nawet się nie zawahał.

– Nie, to absolutnie wykluczone – odparł beznamiętnie, nie zwalniając kroku.

Gareth opadł na krzesło, jakby spuszczono z niego powietrze.

Jednak nie trwało to długo. Innym pomysłem Garetha było zastąpienie wszystkich betonowych powierzchni na peronach gąbkowatym smołobetonem, jaki się kładzie na placach zabaw dla dzieci (żeby zapobiec zranieniom). Odchylił się do tyłu, jakby jego krzesło było wykonane z tego samego materiału. Chociaż plan A – zwrócenie się do Paula z bezpośrednią prośbą – nie poskutkował, Gareth był zbyt oddany pomysłowi dworcowego kota, żeby się łatwo poddać. Jego zabiegi w celu zatrudnienia zwierzaka musiały przybrać na sile.

Nadszedł czas na plan B.

„ZAGINĄŁ NASZ DWORCOWY KOT” – głosił odręczny plakat umieszczony na oficjalnej tablicy Paula. Naczelnik zdjął pineski z cierpkim uśmiechem i powiódł wzrokiem po biurze, którego ściany zdobiły kopie wspomnianego plakatu. Oczywiście wszystkie były dziełem Garetha. Zgniótł plakat w kulkę i wrzucił do śmietniczki, ze znużeniem kręcąc głową.

Nie było wątpliwości, że młody dworcowy spiker jest oddany tej zwariowanej sprawie. Kiedy Paul nie sprawdzał przez tydzień tablicy z ogłoszeniami, zajęty pilnymi sprawami na dworcu, po powrocie zastał ją kompletnie zaklejoną plakatami z kampanii Garetha. Na niektórych widniały nieporadne rysunki kotów, inne zawierały więcej tekstu.

Latem dwa tysiące dziewiątego roku Paul poprosił swoich podwładnych o pomysły na zapobieganie potknięciom, poślizgnięciom i upadkom na dworcu, bo wypadki budziły jego niepokój i gotów był się tym zająć. Gareth, chcąc nie chcąc, przedłożył własną oryginalną listę sugestii.

Należy zaopatrzyć wszystkich podróżnych w uprząż połączoną z siatką tyrolek – zaczął, a następnie dodał:

zainstalować

ruchome

chodniki, żeby podróżni nie musieli nigdzie chodzić;

umieścić duży

znak

nad wejściem do stacji z napisem: „WCHODZISZ NA WŁASNE RYZYKO” (ozdobiony trupią czaszką i skrzyżowanymi piszczelami?);

pokryć

posadzki

dywanami grubości sześciu cali;

umieścić

trampoliny

w miejscach, gdzie dochodzi do upadków, aby podróżni mogli się błyskawicznie podnieść na nogi;

zatrudnić

dworcowego

kota…

Ciągle ten dworcowy kot. Niezależnie od problemu według Garetha zawsze rozwiązaniem było zatrudnienie dworcowego kota. Na plus można mu było zaliczyć to, że umiał wymienić niezliczone kocie opowieści zakończone sukcesem – o kocie Stubbsie, który przez dekadę był burmistrzem alaskiego miasta Talkeetna, czy o kocicy Tamy, która jako naczelniczka jednej z japońskich stacji odwróciła koleje losu upadającej linii kolejowej, przynosząc miliard sto milionów jenów (dziesięć milionów czterysta czterdzieści tysięcy dolarów) zysku rocznie.

Nie, nic nie wskazywało na to, by kampania Garetha na rzecz zatrudnienia dworcowego kota osłabła. Ten młody człowiek miał obsesję! Na dodatek, ku rozczarowaniu Paula, nie działał sam.

Plakaty domowej roboty nie były jedyną metodą stosowaną przez Garetha, który kontynuował swoją operację „Dworcowy kot”. Z racji wykonywanej pracy stacjonował on w pomieszczeniu dworcowego spikera. Okazało się to korzystne nie tylko dlatego, że pozwoliło mu opuścić posterunek przy bramce prowadzącej na perony. Pomieszczenie spikera było najczęściej odwiedzanym miejscem przez pracowników stacji, którzy musieli tamtędy przechodzić. W tym dużym wspólnym pokoju znajdowały się urządzenia biurowe – na przykład kserokopiarka, z której wszyscy korzystali. Poza tym można się było tędy dostać do kasy biletowej. Każdy członek załogi w jakiejś porze dnia zachodził do pomieszczenia spikera, więc rozmowom nie było końca. Może dlatego panowała tam domowa atmosfera, którą podkreślał wyciszający kroki czerwono-różowy dywan.

Kiedy Gareth rozmawiał z Andym o ich wspólnym pomyśle zatrudnienia dworcowego kota, osoby, które tamtędy przechodziły, słuchały ich i przyłączały się do rozmowy. Od czasu gdy Gareth pierwszy raz zgłosił swój pomysł, minął ponad rok. Wszyscy pracownicy stacji Huddersfield słyszeli ich rozmowy, a wielu z nich spodobał się ten pomysł. Stacja Huddersfield była zawsze przyjazna zwierzętom – pracownicy mieli na stołówce specjalną tablicę ogłoszeniową, na której umieszczali zdjęcia swoich kotów i psów. Przyłączali się nawet do żartów. Najnowszy kawał głosił, że kot mógłby zostać zatrudniony na stanowisku specjalisty od zwalczania szkodników, aby rozwiązać nieistniejący na stacji „problem myszy”. Jednak wszyscy znali prawdę: myszy nie miały z tym nic wspólnego. Chcieli kota, bo byłoby to sympatyczne, a poza tym z przyjemnością przychodziliby do pracy, aby dzielić zmianę z puszystym przyjacielem.

Pomysł zatrudnienia kota popierali nawet kierownicy zespołów. Chociaż Paul był ich przełożonym, nie zawsze oznaczało to, że faktycznie dowodzi. Wielu z nich przepracowało na stacji dziesiątki lat i mogło to potwierdzić swoją mądrością i doświadczeniem. Pieszczotliwie przezywali naczelnika Buźką Niemowlęcia, bo Paul był stosunkowo młody, szczególnie w porównaniu z nimi.

Największym posłuchem wśród nich cieszyła się niezrównana Angie Hunte. Ta serdeczna, towarzyska, przebojowa i śmiejąca się zaraźliwie czarnoskóra kobieta przepracowała na dworcu ponad dwadzieścia lat, stając się potężną matriarchalną postacią. Nawet Paul się przekonał, że warto mieć Angie po swojej stronie, gdy chce się wprowadzić jakąś zmianę, bo miała ogromny wpływ na załogę wynikający z estymy, jaką cieszyła się na stacji. Kiedy pierwszy raz rozmawiała z Garethem i Andym o dworcowym kocie, Gareth był pełen obaw. „Jeśli pomysł nie przypadnie jej do gustu, nigdy nie przejdzie” – pomyślał z trwogą.

Jednak gdy Angie zrozumiała, o co chodzi, uśmiechnęła się szeroko. Jej reakcja przeszła najśmielsze oczekiwania Garetha.

– Entuzjastyczne przyjęcie przez Angie pomysłu zatrudnienia kota przypominało zielone światło – wspomina. – Może teraz zdołamy coś wskórać.

Ale Angie nie była jedyną osobą, która miała coś do powiedzenia na dworcu. Na stacji Huddersfield zatrudniono sześciu kierowników, którzy pracowali na zmiany, biorąc pełną odpowiedzialność za dworzec i pracowników na zmianie. Jednym z nich był Billy, który podobnie jak Angie przepracował na stacji kilkadziesiąt lat – najpierw jako konduktor, a później kierownik zespołu. Dobiegający sześćdziesiątki, niski, łysiejący i z twarzą pokrytą zmarszczkami, cieszył się na dworcu opinią wybitnego męża stanu mimo swojej gderliwości. Angie znała go bardzo długo i była z nim zaprzyjaźniona, więc żartobliwie nazywała go Panem Zrzędą. Słynął z tego, że niczego nie owijał w bawełnę. Jeśli się z tobą nie zgadzał, od razu mówił ci, że wygadujesz głupoty. Gdy uważał cię za głupca, oznajmiał to wprost i nie czynił tego bynajmniej w miły, politycznie poprawny sposób.

Kiedy Billy usłyszał o kampanii na rzecz zatrudnienia dworcowego kota, nazwał ten pomysł głupotą. Odniósł się do niego lekceważąco, jak naczelnik Paul, który miał podobny stosunek do sprawy. Mimo entuzjastycznej reakcji Angie i pomysłowej kampanii plakatowej Garetha naczelnik pozostał niewzruszony.

Mijały miesiące, pomysł zatrudnienia kota zapuszczał coraz głębiej korzenie, a Gareth próbował przemówić do menedżerskiego umysłu Paula. Wiedząc, że naczelnik jest człowiekiem lubiącym fakty, liczby i wykresy, podsumował argumenty za i przeciw zatrudnieniu dworcowego kota:

„Za”

„Przeciw”

Zadowoleni pasażerowie

Zadowoleni pracownicy

Kolejowa tradycja

Opanowanie plagi szkodników

Poprawa wyniku Krajowego Badania Pasażerów…

Dobra reklama

Jak widać, nie znalazł żadnych argumentów „przeciw”…

Niestety tabelkę spotkał podobny los jak plakaty. Rok dwa tysiące dziewiąty zamienił się w dwa tysiące dziesiąty, a później w dwa tysiące jedenasty, a Gareth w dalszym ciągu nie przybliżył się do realizacji swojego marzenia – ani do opuszczenia dworca, co jak zapewniał, zrobi… pewnego dnia.

Dopiero na wiosnę dwa tysiące jedenastego roku doszły go pewne intrygujące wiadomości. Biurowe pogłoski dotarły do pomieszczenia spikera dzięki przechodzącym tamtędy kolegom. Plotka głosiła, że Paul zostanie oddelegowany do pracy w innym miejscu. Pod jego nieobecność kierowanie dworcem miała przejąć inna osoba – zatem odrzucenie lub przyjęcie pomysłu zatrudnienia dworcowego kota znalazłoby się w rękach kogoś innego.

Gdy Gareth usłyszał, kto dostanie tę robotę, nie mógł stłumić uśmiechu na twarzy. Pobiegł do Andy’ego, który był od dawna jego wspólnikiem w tej sprawie, a teraz miał pełnić obowiązki naczelnika stacji. Uśmiech Andy’ego okazał się równie szeroki jak uśmiech Garetha.

– Nareszcie! – wykrzyknął podniecony, a jego oczy błysnęły z radości. – To nasza szansa. Musimy znaleźć kota!

2

Na dworcu jest „mysz”

Angie Hunte poprawiła jaskrawożółty żakiet, stłumiła ziewanie i utkwiła wzrok w ciżbie podróżnych. Był kwiecień, co oznaczało, że poranki stały się jaśniejsze i bardziej pogodne, ale wstawanie kwadrans przed piątą, aby zdążyć na pierwszą zmianę, nadal było trudne. Mimo upływu wielu lat. Chociaż lubiła pracę na dworcu, zdarzały się zmiany, kiedy musiała użyć całej siły woli.

Tego ranka, gdy przyglądała się twarzom podróżnych wchodzących na stację, poczuła w żołądku nieznany ekscytujący dreszczyk emocji. Wypatrywała jednej znajomej twarzy – Belindy Graham.

Belinda była kierowniczką w centrali kompanii TPE w Manchesterze, ale codziennie przejeżdżała przez stację Huddersfield. Był to niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności, bo Angie chciała jej zadać bardzo ważne pytanie dotyczące pewnego dworcowego kota. Kiedy Andy Croughan, pełniący obowiązki naczelnika stacji, przystał w końcu na ich pomysł, pracownicy dworca Huddersfield potrzebowali jedynie zgody centrali. Angie wiedziała, że łatwiej to powiedzieć, niż zrobić.

Nie mogła jednak pominąć tego kroku ani wprowadzić kota tylnymi drzwiami. Pracownicy dworca w Huddersfield chcieli, aby wszystko się odbyło, jak należy. Chociaż cała ta historia zaczęła się od żartu, kochali koty (wielu z nich miało je w domu) i poważnie traktowali obowiązki związane z posiadaniem zwierzątka. Gareth, Andy i ich koledzy zdecydowali, że jeśli dostaną zgodę, kot będzie pod opieką wszystkich. Nawet Billy – w typowy dla siebie małomówny sposób – oświadczył, że też się dorzuci i pomoże.

W trakcie kampanii Billy – być może zmęczony niewyczerpanym entuzjazmem swojego przyjaciela Garetha – dał się w końcu przekonać. Z upływem czasu zapalił się do pomysłu, a nawet czasami się uśmiechał, gdy Gareth wspomniał o kocie – a uśmiech u Billy’ego był rzadkością.

– Dobrze, chłopcze. W porządku – przytaknął, unosząc kąciki warg w nienaturalny dla siebie sposób, gdy wychodził na dwór podczas przerwy na papierosa, ściskając w palcach swoje ulubione cigarillo. – Zgadzam się. Byłoby świetnie mieć dworcowego kota.

Billy miał własne koty, wśród nich rudą piękność o imieniu Jaffa. Będąc kolejarzem do szpiku kości, mieszkał z żoną w starych dworcowych zabudowaniach, a jego koty często zatrzymywały pociągi, przechodząc krętą drogą przez tory. Miłość do kotów była kolejną rzeczą, która łączyła go z Garethem, dumnym właścicielem Cosma, puszystego czarno-białego kocura o wielkim ogonie. Ale Garethowi jeden zwierzak nie wystarczył. W końcu dworcowy kot znalazł się w zasięgu ich możliwości.

Jednak wcześniej Angie musiała użyć swojej magii. Jako osoba towarzyska, potrafiła zarządzać ludźmi, czemu zawdzięczała stanowisko kierowniczki zespołu. Wydawało się, że zawsze wie, z kim porozmawiać i co ważniejsze, jak postąpić, by rozwiązać problem lub załatwić sprawę. To Angie zasugerowała, aby się zwrócili o zgodę do Belindy. Angie znała ją od dawna i wiedziała, że Belinda jest kobietą czynu: ma poważny stosunek do życia i potrafi zakasać rękawy, żeby zrealizować swój plan. Nic nie było dla niej zbyt dużym kłopotem. Angie spojrzała ponownie na strumień pasażerów wylewających się przez bramki, ale nadal było za wcześnie, więc nie dostrzegła charakterystycznych krótko ściętych jasnych włosów Belindy.

Powtórzyła sobie w pamięci to, co zamierzała powiedzieć. Gdy to robiła, na jej ustach mimowolnie pojawił się uśmiech graniczący z poczuciem winy. Zgodnie uradzili, że nie pozostawią niczego przypadkowi, ale dadzą z siebie wszystko, żeby ich stacja miała własnego kota. Dlatego rozmowa, którą Angie planowała za chwilę odbyć, musiała być pod pewnymi względami równie pomysłowa jak odręczne plakaty Garetha wywieszane przez trzy ostatnie lata.

Kiedy w hali głównej pojawiła się kolejna fala podróżnych, Angie rozpoznała drobną postać Belindy lawirującą w tłumie.

– Belindo! – zawołała natarczywie i zaczęła się przepychać ku niej z wyćwiczoną wprawą, zgrabnie omijając licznych pasażerów.

– Wszystko w porządku, Angie? – Kierowniczka pomachała jej ciepło na powitanie.

– Słyszałaś, co się u nas stało? – zagaiła Angie, dyskretnie ściszając głos, jakby nie chciała, aby usłyszeli ją przechodzący obok ludzie.

Belinda zmarszczyła brwi w wyrazie zatroskania.

– Nie. Co takiego? – zapytała, oczekując sytuacji alarmowej. Angie była bardzo doświadczoną kierowniczką zespołu i skoro zadzwoniła do centrali z prośbą o pomoc, sprawa musiała być poważna.

– Czy wiesz, że na naszej stołówce zagnieździły się myszy? – spytała teatralnym szeptem Angie, udając przerażenie i idealnie odgrywając szok oraz strach wywołane „inwazją myszy”. – Sharon, jedna z dziewcząt w biurze, mówi, że widziała mysz.

Belinda pokiwała głową na znak sympatii, doskonale rozumiejąc zmartwienie Angie.

– Nie możemy mieć myszy! – podjęła Angie, przechodzą od szoku do oburzenia z płynnością godną zdobywczyni Oscara. – Przecież tam jadamy! – Wzięła głęboki oddech i powiedziała tonem lżejszym od własnych uczuć: – Belindo, czy nie moglibyśmy mieć kota?

Belinda w milczeniu dokonała chłodnej oceny prośby koleżanki. Następnie stanowczo skinęła głową i powiedziała:

– Tak, ośmielam się twierdzić, że możemy zrobić coś takiego. Zaksięgujemy wydatki jako koszty zwalczania szkodników lub coś w tym rodzaju. O ile wiem, stacja Windermere ma kota i płacimy za jego utrzymanie. Nie martw się, jakoś to załatwimy.

Angie słuchała jej ze zdumieniem. Chociaż wszyscy wiedzieli, że w dawnej British Rail dla kawału dawano dworcowym kotom paski z pensją, nigdy nie słyszała, żeby prywatne firmy pokrywały koszty kociego utrzymania. W rzeczywistości kot ze stacji Windermere nie był jedynym – w całym kraju na dworcach mieszkały koty otaczane taką samą czułą opieką kolejarzy jak kiedyś. Krążyły plotki, że w pewnym okresie linie Manchester Oxford Road zatrudniały aż trzynaście kotów, choć w ostatnich latach, gdy niektóre zwierzaki trafiły do adopcji, ich liczba zmalała do czterech: Jumpera, Toma, Jerry’ego i Manxa. Biała pręgowana kotka Rabbit i jej świetnie rokujący asystent, czarno-biały Quaker, rezydowali na niedawno odnowionym dworcu Kirkby Stephen East w Kumbrii, w północno-zachodniej Anglii. Położony jeszcze dalej na południu dworzec kolejowy Southend Victoria był domem małego Jojo, a stacja Tonbridge w Kencie ostatnio wywiesiła przygnębiające tablice pamiątkowe dla uczczenia dwóch swoich kotów: Jill i Louisa, które odeszły niedawno po wielu latach wiernej służby. Można by pomyśleć, że dworcowy kot wcale nie należał do przeszłości – a stacja Huddersfield miała niebawem zapisać kolejną kartę w historii tej wspaniałej tradycji.

Angie pomachała dłonią oddalającej się w tłumie Belindzie, bacząc, aby nie wydać się zbyt podekscytowaną tym, że przełożona wyraziła zgodę. Kiedy kierowniczka z centrali zniknęła jej z oczu, Angie odwróciła się na pięcie i udała wprost do pokoju dworcowego spikera, czując, jak narasta w niej entuzjazm. Zamknąwszy za sobą drzwi, odwróciła się do Garetha, który wiercił się niecierpliwie na krześle, oczekując werdyktu.

– Boże! – wyszeptała radośnie. Była godzina szczytu i nie chciała przestraszyć podróżnych szaleńczymi okrzykami dochodzącymi z dworcowego biura. – Ojej! Garecie, będziemy mieli kota! Będziemy mieli kota!

Gareth otworzył usta ze zdumienia.

– Mówisz poważnie? – upewnił się.

Angie skinęła głową, nie wiedząc, czy zdoła wydusić z siebie słowo.

Uradowany Gareth zerwał się na równe nogi.

– Będziemy mieli kota?!

– Tak, będziemy mieli kota.

– Będziemy mielikota!

Niebawem całą stację Huddersfield ogarnęła fala euforii. Po trwającej niemal trzy lata kampanii była to doprawdy wzruszająca chwila. Wszyscy rozmawiali wyłącznie o kocie, kocie i kocie.

Musiały upłynąć dziesiątki lat od czasu, gdy na stacji Huddersfield zamieszkał kot (jeśli taki przypadek w ogóle miał miejsce). Ostatnimi zwierzętami, które tu mieszkały, były konie rasy shire: Bess, Dolly i Tommy, zatrudnione na dworcu jako zwierzęta pociągowe wlekące wagony na bocznicę, żeby czekały na postoju lub zostały dołączone do nowego składu uformowanego z różnych wagonów przestawianych po torach. Od czasu gdy w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku konie stały się zbędne, nie odnotowano żadnego oficjalnie zatrudnionego zwierzęcia. Bo z pewnością nie zaliczały się do nich gołębie wysiadujące na metalowych belkach podtrzymujących dach z blachy falistej. I w końcu, po niemal sześćdziesięciu latach, załoga dworca Huddersfield – wyłącznie dzięki własnemu wysiłkowi – pokonała wszystkie przeszkody i otrzymała konieczną zgodę.

Wszyscy mieli nadzieję, że w niedalekiej przyszłości na stacji zamieszka kolejowy kot i uczyni ją swoim domem.

Tylko kto nim będzie?

3

Narodziny gwiazdy

Szaaa – powiedział Chris Briscoe, kontroler biletów linii TransPennine Express. – Posłuchaj.

Był środek nocy siedemnastego maja dwa tysiące jedenastego roku. O tej porze w szeregowcu Chrisa w Rotherham powinna panować kompletna cisza. A jednak coś wyrwało kontrolera i jego żonę Joanne z drzemki. Chris pomyślał, że wie, co to takiego.

On i Joanne wsłuchiwali się z napięciem w odgłosy nocy. Tak – dźwięk rozległ się ponownie: nieśmiałe popiskiwanie dochodzące ze spiżarki. Chris narzucił kołdrę na plecy i wyszedł na palcach na podest schodów, przecierając brodatą twarz dłońmi, aby się obudzić. Chociaż drzwi do spiżarki powinny być starannie zamknięte, zastał je lekko uchylone, a gdy się do nich zbliżał, słyszał mnóstwo cienkich pisków narastających z każdym krokiem.

Delikatnie uchylił drzwi i spojrzał na podłogę. Na samym dole składziku leżała jego jedenastomiesięczna czarno-biała kocica Lexi – rozciągnięta wygodnie, na najlepszych ręcznikach państwa Briscoe z doskonałej egipskiej bawełny, niczym gwiazda filmowa z reklamy perfum. Kiedy Chris kładł się do łóżka, w domu był tylko jeden kot w mocno zaawansowanej ciąży. Teraz jednak, gdy przyjrzał się uważnie wiercącym się istotom, naliczył pięć maleńkich kociątek i jedną bardzo szczęśliwą kocicę.

Lexi była nadzwyczaj czułym zwierzątkiem – jedynym kotem, który kiedykolwiek polizał Chrisa. Spodziewając się potomstwa, stała się jeszcze bardziej serdeczna. Rzadko odstępowała Chrisa dalej niż na pięć stóp. Kiedy siadał, błyskawicznie wspinała się na jego kolana. Gdy kładł się do łóżka, po chwili czuł ciepły ciężar Lexi, która układała się na nim. Wiedział, że czas rozwiązania jest bliski, więc przygotował dla niej specjalne kocie gniazdo i umieścił je wraz ze starym kocem w ustronnym miejscu, z dala od zgiełku, aby mogła urodzić wygodnie i w spokoju, gdy poczuje, że nadszedł jej czas. Jednak Lexi najwyraźniej miała inne plany, bo jej maleńka rodzina rozłożyła się na najmiększych i najbardziej kosztownych ręcznikach na świecie.

Chris przykucnął, wsunął rękę w kłębowisko kociąt i najpierw zbadał swoją ukochaną wymęczoną kotkę, a potem jej młode. Sprawdził, czy mają drożne drogi oddechowe i czy mama należycie przegryzła pępowinę. Wszystko było, jak należy. Wspaniale. Lexi nie zasyczała ani go nie ugryzła, choć w takich wypadkach mu się to zdarzało. Bo Lexi była wyjątkowym kotem. Zamiast się złościć, z radością trącała maleństwa nosem, gdy je oddawał, upewniwszy się, że wszystko jest w porządku.

Kotków było pięć: trzy pręgowane i dwa w czarno-białe łaty. Te ostatnie były tak podobne, że nie można było ich odróżnić. Wyglądały kropka w kropkę jak ich mama: prawie całe czarne, z niemal identycznymi łatkami jak u Lexi – białym krawacikiem pod szyją i białymi skarpetkami na końcu łapek, które wyglądały tak, jakby kocięta umaczały pazurki w farbie albo zważywszy na eleganckie posłanie, wsunęły na nie rękawiczki z koźlej skóry barwy kości słoniowej. Właściwie wszystkie pięć kociątek miało wiele mówiące białe łapki: cechę rodzinną wyraźnie zaznaczoną w każdym z nowo narodzonych kotów. Niedawno przyszły na świat, więc ich oczy były zamknięte. Miauczały tylko i garnęły się do matki, która otoczyła każde ze swoich dzieci czułą opieką.

Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, Chris delikatnie przymknął drzwi, zostawiając je lekko uchylone, jak chciała Lexi, a później on i Joanne zostawili koty same.

Ciąża Lexi była pewnym zaskoczeniem dla państwa Briscoe. Chris i Joanne mieli dwa koty: Lexi i Gizma. Oba porzucono na osiedlu domów komunalnych niedaleko od Collingwood. Chris i Joanne przygarnęli je, bo szukali pary kotów, żeby poradzić sobie z myszami. Ich dom stał w rozległym ogrodzie, więc na wzgórzu urządzili wybieg, w którym hodowali kurczęta i parę bażantów złocistych w ozdobnej klatce. Ptaki karmiono ziarnem, więc wkrótce w domu zalęgły się myszy, a ponieważ państwo Briscoe nie chcieli wykładać trutki, jedynym rozwiązaniem pozostały koty.

Gizmo był olbrzymim kocurem, w większości białym, z czarnym grzbietem i głową (choć z białym pyszczkiem). Lexi była o połowę mniejsza od niego. Choć państwo Briscoe wzięli Gizma, aby polował na myszy, kocur okazał się kompletnym próżniakiem – wyluzowanym i swobodnie podchodzącym do swoich obowiązków – a do tego głupim jak but. Gizmo był po prostu wielkim puszystym kotem o uprzejmym i cierpliwym usposobieniu.

Ponieważ koty zostały przygarnięte, państwo Briscoe nie wiedzieli, ile mają lat. Zaszczepili je i zawieźli do weterynarza, żeby porozmawiać o ich wysterylizowaniu, bo nie chcieli mieć nieoczekiwanych kociąt. Zbadawszy Lexi, weterynarz podniósł głowę i oświadczył szczerze:

– Przyszliście za późno.

Około sześćdziesięciu dni później mieli już pięć wspaniałych maleńkich kociąt.

Ponieważ pojawienie się kotków było zaskoczeniem, Chris ogłosił, że ma do oddania pięć małych kociątek, które będą potrzebować nowego domu, gdy staną się dostatecznie duże, żeby oddzielić je od matki. Joanne Briscoe pracowała w TPE jako opiekun klienta, więc razem z Chrisem rozpuścili wici szerokimi kanałami kolei. Ich syn powiedział, że weźmie jednego z pręgowanych kotków, a później odezwała się dyżurna ruchu z Manchesteru, zgłaszając ochotę przygarnięcia dwóch pozostałych pręgusków. Bez nowego domu pozostały jedynie dwa czarno-białe koty.

Kotki czuły się bardzo wygodnie w domu, który już posiadały. W ciągu następnych dziesięciu dni jedno po drugim powoli otwierały oczy. W tak młodym wieku kocie oczy są zawsze błękitne, więc najpierw ukazała się jedna para ciekawskich błękitnych ślepek, a po niej druga i kolejna, szeroko otwarta, pierwszy raz chłonąca obraz świata. Tylko jedno z czarno-białych kociąt – bardziej puszyste od swojego dwukolorowego bliźniaka, co było jedyną cechą, która je odróżniała – ciągle czekało na swój czas. Kotek jako ostatni z miotu otworzył szeroko swoje jasnoniebieskie oczy, ale gdy już to uczynił, nic nie mogło go powstrzymać.

Chris i Joanne mieli wrażenie, że w ciągu jednej nocy kosz kociąt z ślepej i bezbronnej gromadki przemienił się w piątkę dzielnych i figlarnych osobników, które siały spustoszenie wszędzie, gdzie się udały. Były niezwykle zabawne! Goniły się po całym domu: czmychały po firankach, chowały się w koszu na pranie, skubały skarpety schnące na kaloryferze i obchodziły się z nimi jak ze zdobyczą. Nie można było niczego na chwilę spuścić z oczu, bo stałoby się to dla nich nową zabawą. Maluchy buszowały po wszystkich dostępnych pomieszczeniach i robiły z nich dobry użytek – śmigały, przewracały się i ślizgały po całym domu niczym pięciogłowa kulka kociego zamętu.

Ulubioną rozrywką tej figlarnej gromadki było terroryzowanie tatusia. Gizmo był pokojowo usposobionym kotem i maluchy szybko odkryły, że mogą go wykorzystywać do woli, bo pozwoli im robić, co im się żywnie spodoba. W końcu, po upływie pół godziny, ojciec miał dość i delikatnie zdejmował je z siebie, a następnie chyłkiem się oddalał, ale nigdy żadnego nie skarcił.

Z mamą była inna sprawa. Pięcioro kociąt wskakiwało na nią ze wszystkich stron, jak to robią młode, goniąc jedno drugie i wykonując sportowe skoki – co było świetną zabawą – ale gdy Lexi miała dość, dawała dziatwie klapsa lub chwytała kociaki za furto na karku, jakby chciała powiedzieć: „Dość tego! Przestańcie!”. Była kochanym kotem, a jednocześnie typem matki, która daje do zrozumienia: „Macie robić to, co powiem”, więc kocięta nauczyły się posłuchu, a także innych rzeczy. Kiedy nadszedł właściwy czas, Lexi – która pod względem higieny była absolutnie nieskazitelnym kotem – tak umiejętnie pokazała im, jak korzystać z kuwety, że cała piątka kotków zachowywała nienaganny porządek w domu.

Po pewnym czasie kotki przestały ssać piersi Lexi i państwo Briscoe przeszli na zalecany pokarm stały, złożony z surowego mielonego mięsa zmieszanego z jajkiem. Nie chcieli ich karmić sklepową karmą dla kotów, jak niektórzy. Kotki urodzone na ręcznikach z egipskiej bawełny zasługiwały na to, co najlepsze! Zamiast na konserwach chowały się na świeżutkim mielonym mięsie najlepszej jakości z dodatkiem surowego jajka. Wiadomo – to pokarm kocich czempionów.

Jeden z prążkowanych kotków – Spadge, który miał zamieszkać z synem państwa Briscoe – zdradzał szczególną słabość do wspomnianego pokarmu. Od samego początku pilnował, by zjawiać się pierwszy na posiłki. Państwo Briscoe nazywali go „łakomym małym prostakiem”. Nie zważając na głośne protesty swojego miauczącego rodzeństwa, zdecydował, że będzie przychodził pierwszy i nikt nie będzie mógł jeść, dopóki on nie skończy.

Kociątka stanowiły hałaśliwą, pewną siebie i towarzyską gromadkę. Miauczały nie tylko, gdy chciały obiadu, a Spadge ich nie dopuszczał do jedzenia, ale także wtedy, kiedy chciały się bawić. Wydawały chóralne piski podczas zażartych walk bokserskich, które ze sobą staczały. W nocy, gdy szybko zasnęły po kolacji, strudzone niezwykle ekscytującym dniem, z welurowego biało-brązowego kociego posłania, na którym drzemała cała piątka rodzeństwa, dochodziły stłumione łagodne pomruki.

Oprócz Spadge’a, który się okazał łakomczuchem, kociątka na różne sposoby wyrażały swoją niepowtarzalną osobowość. Czarno-biały duet stał się znany jako „okropne bliźniaki”, bo ich ulubioną rozrywką było czepianie się spodni siedzącego spokojnie Chrisa. Kociaki zamierały nieruchomo i nie wydawały żadnego dźwięku, więc Chris nie wiedział, gdzie się znajdują. Ale gdy tylko wstał, żeby pójść na górę, nagle odkrywał, że do jego nogawek przyczepiło się dziesięć (lub dwadzieścia) niezwykle ostrych pazurków, które drapały mu nogi, kiedy się poruszał.

– Co to jest, u licha?! – wołał, czując drapanie, a wtedy jedno lub drugie czarno-białe kocię wystawiało radośnie głowę, upajając się jego dramatycznymi okrzykami bólu i cudownym doznaniem unoszenia się w powietrzu na jego spodniach. Wspinały mu się po nogawkach cały czas, tak że dla Chrisa wchodzenie po schodach przypominało przedzieranie się przez złośliwie kolczaste jeżyny.

Chris zdwoił wysiłki, aby znaleźć dom dla „okropnych bliźniaków”. W końcu za pośrednictwem kolejowej siatki kontaktów doszły go słuchy, że stacja w Huddersfield szuka dworcowego kota. Angie Hunte zamieściła ogłoszenie, w którym pytała, czy ktoś wie coś na temat kociąt nadających się do tej roboty.

Angie i jej zespołowi zależało na tym, aby kotek był mały. Bo nie byłoby rzeczą słuszną wrzucenie starszego domowego kota na głęboką wodę dworcowego środowiska, nie wspominając o niebezpieczeństwie ze strony pociągów i zgiełku panującego na ruchliwej stacji kolejowej. Dworzec Huddersfield obsługuje około pięciu milionów pasażerów rocznie, z piętnastoma pociągami przyjeżdżającymi co godzinę, co czyni go jedną ze stu najbardziej ruchliwych stacji w kraju. Nie dałoby się nauczyć starego kota wszystkich nowych sztuczek, które powinien znać kot kolejowy, ale gdyby mały kotek dorastał na miejscu, zdołałby się wyuczyć tej roboty.

Angie i Chris niebawem się spotkali, żeby omówić wszystkie sprawy związane z kotem. W tym czasie Chris bywał często w Huddersfield w sprawach służbowych, więc spotkania były łatwe do zaaranżowania.

Angie powitała go jednym ze swoich typowych promiennych uśmiechów.

– Staramy się obniżyć koszty tępienia szkodników – zagaiła, spoglądając na Chrisa wesołymi oczami roziskrzonymi humorem. – Chcemy być bardziej proekologiczni, więc postanowiliśmy zatrudnić kota. Słyszałam, że mógłbyś pomóc. Ile chcesz za niego?

– Nie chcę pieniędzy – odparł szybko Chris. Choć starał się myśleć o zadrapaniach na nogach jak najmilej, byłby rad, gdyby się pozbył kociąt. Świadomość, że nie będzie skazany na wieczną obecność jednego z „okropnych bliźniaków”, była wspaniałą nowiną. Oprócz tego z powodu kolejowej siatki kontaktów spłynęłaby na niego odrobina prestiżu, gdyby jego kocię zostało dworcowym kotem w Huddersfield, bo wówczas on byłby jego dziadziem. Za nic nie przepuściłby takiej okazji. Jednak wraz z Joanne byli przede wszystkim zadowoleni, że kociątko będzie miało stały kochający dom, gdzie o niego zadbają. Właściwie, sądząc po uśmiechu, który się pojawił na twarzy Angie, gdy zgodził się oddać jej jedno z kociąt, wiedział, że zwierzak będzie rozpieszczany.

– Chcielibyśmy chłopca – dodała po namyśle Angie, kiedy rozmowa zaczęła zmierzać do końca. Ona i jej zespół nie chcieli przeciągać struny; wystarczającym cudem było to, że centrala wyraziła zgodę na dworcowego kota. Nikt nie przypuszczał, że sprawujących władzę ucieszą dodatkowe kocięta, więc wszyscy uznali, że bezpiecznej będzie zatrudnić kota niż kocicę.

Chris nie znał jednak płci kociąt. Kiedy dyżurna ruchu, która zamierzała wziąć dwa prążkowane kotki, przyszła do niego, by odwiedzić swoich nowych pupilów, otwarcie przyznał się do niewiedzy.

– Nie mam pojęcia, jak rozpoznać płeć kota – wyznał. – Będziesz musiała sama to zrobić.

Niewzruszona dyspozytorka podniosła pręgowane kotki i oznajmiła:

– Ten to zdecydowanie chłopiec, a ta to zdecydowanie dziewczynka. – Później miała je nazwać odpowiednio Percy i Max. Następnie wyjęła z kosza jednego z czarno-białych kotków i przewróciła go na plecy. – Zdecydowanie chłopak – zawyrokowała, po czym sięgnęła po jego puszystego bliźniaka i odwróciła go jak poprzedniego. Brzuch zwierzątka porastało długie puszyste futerko, więc trudno było rozpoznać płeć, ale mimo to dyspozytorka ogłosiła pewnym głosem: – To też zdecydowanie chłopak. – Sprawiała wrażenie, że doskonale zna się na rzeczy.

Chris przekazał Angie dobre nowiny: oba czarno-białe kotki były chłopcami, więc mogła wybierać. Była to dobra wiadomość także dla Chrisa. Pam, która pracowała w kasie biletowej na dworcu w Huddersfield, powiedziała, że jej matka weźmie kotka, którego nie zechcą na stacji, więc pozbędzie się obu na dobre.

Joanne i Chris przyjrzeli się dokładnie „okropnym bliźniakom”, gdy hałaśliwie biegały po domu. Oprócz tego, że jeden był znacznie bardziej puszysty od drugiego, właściwie niczym się nie różniły. Zauważyli tylko jedną rzecz, która je odróżniała. Kocięta miały mnóstwo zabawek (prawdziwych i podkradniętych). Oprócz słupka do drapania z piłką na sznurku, na który wszystkie się wspinały, a następnie zeskakiwały na piłkę, miały do dyspozycji pół tuzina piszczących myszy i właśnie jedna z nich pomagała odróżnić bliźniaki. Była to jedna z zabawek, które pociągnięte za sznurek szybko, naprawdę bardzo szybko wibrują i śmigają po podłodze. Jeden z czarno-białych kotków potwornie bał się tej zabawki, ale drugi był w swoim żywiole. Raz po raz skakał na zabawkę i trącał ją łapą… Bum, gra skończona. Krótko mówiąc, miał instynkt zabójcy.

– Który z nich powinien zostać dworcowym kotem? – zastanawiała się głośno Joanne. Była niską uśmiechniętą kobietą o blond włosach i z ogromnym poczuciem humoru, ale tym razem sprawa nie była do śmiechu. Należało się poważnie zastanowić nad przyszłością kociąt, które nieświadome niczego brykały po domu, badając każdy nowy zakamarek, dźwięk i zapach z typową dla tych zwierząt dociekliwością. Nikt z całej piątki nie był jeszcze na dworze, bo nie zostały zaszczepione, ale miały wystarczającą ilość nowych doznań w domu, aby mieć zajęcie na całe tygodnie. Jakie nowe doświadczenia czekały kota na stacji kolejowej? Powab torów kolejowych, jednostajny stukot pociągów, wielogodzinne spacery chłodnymi peronami w środku nocy…

Zdaniem Joanne puszysty kotek wydawał się bardziej odpowiedni do takiego zajęcia. Mimo młodego wieku zachowywał się jak Gizmo, jego ojciec. Gęste piękne futerko z pewnością dobrze się przysłuży dworcowemu kotu, prawda?

Chris opisał Angie oba zwierzaki.

– Jeden jest ogromny i puszysty jak jego tata – powiedział.

– W takim razie weźmiemy go – odrzekła zdecydowanym tonem Angie, której spodobał się pomysł posiadania najbardziej puszystego kota, a ten kociak był faktycznie puszystą kuleczką, niewiele większą od męskiej dłoni. Chris przesłał jej kilka zdjęć kociąt i dopiero wtedy pracownicy stacji Huddersfield zrozumieli, że ich marzenie się spełniło.

Angie porozwieszała fotografie w całym biurze z jeszcze szerszym uśmiechem od tego, który zwykle rozpromieniał jej twarz.

– Poznaj naszego małego kotka – powiedziała Garethowi, pokazując mu zdjęcie z dumą młodej matki dzielącej się fotografiami swojego maleństwa.

Gareth odpowiedział jej uśmiechem.

– Udało się, prawda? – rzekł. – W końcu nam się udało!

Nadal trzeba było załatwić wiele spraw przed przybyciem dworcowego kota. Przede wszystkim nie mógł zostać oddzielony od mamy przed ukończeniem ośmiu tygodni, więc w tym czasie pracownicy stacji rozpoczęli przygotowania. Przynieśli koce, aby miał na czym spać, i kupili plastikową białą miseczkę z podwójnym wgłębieniem na pokarm i wodę do picia.

W biurze zapanowało duże podniecenie na myśl, że wkrótce dołączy do nich nowy członek zespołu. Sądząc po entuzjazmie malującym się na wszystkich twarzach, mały kociak zapowiadał się na najbardziej popularnego dworcowego kolegę.

Nie wszyscy jednak cieszyli się na przybycie nowego pracownika. Niektórzy koledzy zaczęli przebąkiwać, że mają silną alergię na koty, dlatego cały plan powinien zostać odwołany – choć ani razu nie wspomnieli o tych „alergiach” podczas trzyletniej kampanii Garetha na rzecz pozyskania dworcowego kota, więc nikt nie uwierzył ich słowom.

Z kolei Chris Briscoe nie mógł się doczekać wyprowadzki „okropnych bliźniaków”. Co noc on i Joanne musieli urządzać apel dla kociąt, aby ustalić, dokąd poszły, bo maluchy cały czas bawiły się w chowanego i próbowały się dostać tam, gdzie nie powinny się znajdować.

– Ile naliczyłaś? – pytał Chris, trzymając na rękach maleńkiego pręgowanego kotka, a Joanne obchodziła salon na czworakach i odkrzykiwała:

– Jeden schował się z boku kominka!

Zanosili oba kociaki do Lexi i delikatnie kładli obok niej na ciepłym i przytulnym brązowo-białym kocim posłaniu. Kiedy odnaleźli trzy kolejne, pierwsze dwa ponownie się oddaliły bez zezwolenia. Chociaż było to bardzo męczące zajęcie, córka Chrisa powiedziała, że będzie jej bardzo smutno, gdy pewnego dnia nowi przyjaciele się wyprowadzą, co zostało już ustalone. Lucy Briscoe miała jedenaście lat i straciła głowę dla kociaków. Ona i wnuczka państwa Briscoe, sześcioletnia Ellie, starały się o to, by kotki były przydatne dla ludzi, więc bez końca brały je na ręce i głaskały (szczerze mówiąc, tak jak Joanne i Chris). W ciągu pierwszych ośmiu tygodni życia, gdy kształtowała się ich osobowość, cała piątka maluchów otrzymywała równą ilość czasu na zabawę, miłość i przyjaźń. Państwo Briscoe wiedzieli, że pod pewnym względem będzie im brakować kociaków.