Kolacja z Tiffanym - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Kolacja z Tiffanym ebook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,4

529 osób interesuje się tą książką

Opis

Agnieszka Lingas-Łoniewska po mistrzowsku prowadzi czytelników przez zawiłą intrygę, bawi, wzrusza i oszałamia!

Komedie romantyczne są do bani – twierdzi Natalia Lisek. Może i racja, ale jej życie zaczyna niepokojąco przypominać jedną z nich. Tu niespodzianka goni niespodziankę, a śmiech walczy ze wzruszeniem!

Natalia Lisek pochodzi spod Wrocławia, nosi grube okulary i… hm – delikatnie mówiąc, jest ciut roztrzepana. Właśnie straciła pracę i robi wszystko, by znaleźć nową – a zarazem dowieść rodzicom, że chce żyć po swojemu i świetnie da sobie radę.

Szczęście lubi sprzyjać takim jak ona – jest inteligentna, błyskotliwa, pełna uroku osobistego i nietuzinkowych pomysłów. To wszystko sprawia, że chociaż często wpada w tarapaty, zawsze wychodzi z nich cało!

Gdy Natalia znajduje pracę w firmie Macieja Garnickiego, wkracza w świat zamożnych klientów, zabójczo przystojnych mężczyzn, olśniewających klejnotów i… zuchwałych kradzieży! Życia nie ułatwia jej fakt, że między nią a Garnickim zdecydowanie iskrzy. Ale czy w pogoni za tajemniczym złodziejem znajdzie się czas na miłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




DLA SEKTY AGNES

To nie romans mafijny. To romantyczna komedia, która mogłaby się przytrafić każdej z nas. Podobno brylanty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny. Jeśli od Tiffany’ego, to czemu nie?

Dobrej zabawy!

Prolog 1

Siedzimy w małej knajpce w Neapolu. Zwracamy uwagę – dziewczyny się do nas uśmiechają, faceci zerkają z rezerwą. Ale my nie zważamy na to, co dzieje się wokół. Pijemy espresso i planujemy powrót do Kalabrii. Przyjaciele. Bracia. Wielka trójca. Maciejo, Jacek i Chris. Mimo że wiele nas dzieli, to łączy jedno. Rodzina. I więzy krwi. Silniejsze niż wszystko inne.

Prolog 2

Wyszedłem na korytarz. Było pusto. Wszyscy siedzieli na dole, w sali konferencyjnej. Miałem telefon połączony z kamerami w hotelowym korytarzu. Dzięki temu w każdej chwili mogłem zawrócić, schować się w jakimś pokoju albo uciec na schody. Widziałem to, co przede mną. Poruszając się bezszelestnie po grubej wykładzinie, dotarłem do pokoju numer dwanaście, który zajmował mój cel.

Wyjąłem z czarnego elastycznego kombinezonu kartę magnetyczną i po czterech sekundach byłem w środku. Od razu otworzyłem drzwi szafy w małym przedpokoju, gdzie znajdował się hotelowy sejf. Zabezpieczenie hasłem było banalne, takie sejfy otwierałem jako dwunastolatek, kiedy ojciec i wuj uczyli mnie fachu.

Po niecałej minucie moja dłoń w czarnej rękawiczce zanurkowała do środka hotelowej skrytki. Miałem na celowniku tylko jedną rzecz. Naszyjnik z ciemnych rubinów. Dostałem informację, że ceniona śpiewaczka operowa, która uświetni występem galę i pokaz znanego projektanta mody, będzie miała ze sobą ów cud sztuki jubilerskiej, ale nie założy go na występ. Rzeczywiście, nasz wywiad działał doskonale, bo naszyjnik już znalazł się w aksamitnym woreczku, a ten w kieszeni obcisłej czarnej buzy. Oprócz niej miałem na sobie legginsy, elastyczną koszulkę, na twarzy – kominiarkę, na dłoniach – rękawiczki, a na nogach wysokie buty na miękkiej gumowej podeszwie.

Zamknąłem sejf, zabezpieczyłem i po chwili byłem już na zewnątrz. Dałem sygnał do kamery i wiedziałem, że mój człowiek usunie z nagrania ten fragment, w którym wysoka czarna postać pojawiła się na piętrze eleganckiego hotelu. Hotelu – dodajmy – w którym nigdy nikogo nie okradziono. Nigdy dotąd… Zawsze musiał być czyjś pierwszy raz.

A wcześniej? Tiffany, czyli ja, po prostu nie miał tu nic do roboty.

Rozdział 1

Yaro, Rowery dwa

Obudziłam się koło dziewiątej, choć już od szóstej kogut na podwórku wyraźnie sygnalizował, że koniec tego spania, czas witać nowy dzień. Rozejrzałam się po pokoju, nic się w nim nie zmieniło. Nawet plakaty z bohaterami serialu Plotkara, który oglądałam w liceum, nadal wisiały na ścianie. Mama czuła sentyment do mojego pokoju. Jak sama mówiła: córka jej uciekła w wielki świat, to chociaż pokoik pozostał ten sam.

Ale teraz córka wróciła.

Potarłam oczy i niechętnie wstałam. Przyjechałam wczoraj wieczorem, ojciec odebrał mnie z przystanku PKS w Kątach Wrocławskich i przywiózł do naszej wioski. Za bardzo nie rozmawialiśmy w czasie drogi, ojciec wciąż miał chyba żal, że po studiach nie wróciłam do domu, tylko wynajęłam mieszkanie i pracowałam we Wrocławiu. Ale właśnie straciłam pracę, więc postanowiłam odwiedzić rodziców i po prostu pomyśleć o tym, co dalej. Jednocześnie cały czas wysyłałam CV, odpowiadając na oferty pracy, i miałam nadzieję, że nie utknę tutaj na zawsze. To byłaby katastrofa. Nie widziałam się w roli matki i żony mieszkającej w zaściankowej wiosce. Zasmakowałam wielkiego miasta i już wiedziałam, że nie nadaję się do życia na wsi. Właściwie wiedziałam to od zawsze.

Z trudem i trochę z niechęcią podniosłam się z łóżka. Poszłam do łazienki, umyłam się, ubrałam i zeszłam na parter, skąd dochodziły odgłosy krzątaniny. W moim rodzinnym domu oprócz rodziców mieszkali też babcia, mama ojca, a w dobudowanej części mój brat z żoną i dwuletnim Karolkiem. Z bratem byłam blisko, zupełnie inaczej niż z rodzicami, których oczekiwania względem mnie bardzo różniły się od tego, czego chciałam sama.

Kiedy weszłam do kuchni, trafiłam chyba na naradę rodzinną, bo gdy bliscy mnie zobaczyli, od razu umilkli, a mama odsunęła krzesło i postawiła na stole śniadanie. Poprawiłam okulary, które miałam na nosie i o których notorycznie zapominałam, i sięgnęłam po dzbanek z kawą.

– Siadaj, Natalko, pospałaś? – zapytała mama.

– Tak, dziękuję.

– Jedz, dziecko, jedz. – Babcia poklepała mnie po ręce, kiedy zajęłam miejsce obok niej.

Widziałam w jej oczach niepokój.

– Dzięki. – Zajęłam się kawą i aromatyczną jajecznicą.

– A więc wróciłaś? – Ojciec wpatrywał się we mnie spod nastroszonych brwi.

– Na kilka dni.

– A potem znów pojedziesz do tego Wrocławia?

– Oczywiście.

– Przecież straciłaś pracę, ta twoja lodziarnia się rozpadła…

– Szukam czegoś nowego, właściwie mam już coś na oku – skłamałam.

– Daj sobie… – zaczął ojciec, ale w tym momencie mama dała mu kuksańca w bok, więc tylko wymamrotał coś pod nosem i chrząknął. – Ten, tego… no… Dzisiaj kolacja. O dziewiętnastej.

– Od kiedy jemy na czas?

– Kochanie, to taka powitalna kolacja, na twoją cześć. – Mama uśmiechnęła się i mrugnęła do mnie, a siedząca obok babcia wymamrotała coś po rosyjsku.

Babcia urodziła się pod Moskwą, zakochała w Polaku i po wojnie wylądowała na Ziemiach Odzyskanych. Od tamtej pory nie używała ojczystego języka. Chyba że przeklinała. Dlatego wiedziałam, że coś jest nie tak.

– Okej. Niech będzie – westchnęłam z rezygnacją.

Czułam, że moi rodzice coś kombinują. Ale nie chciałam wchodzić w żadne dyskusje. Posiedzę tu kilka dni, przejdę się nad zalew, pooddycham świeżym powietrzem i wrócę do Wrocławia. Miałam możliwość zamieszkania u koleżanki ze studiów, która odziedziczyła po bogatej ciotce przestronny apartament w centrum Wrocławia. Eliza pracowała w banku i niedawno awansowała na kierowniczkę działu sprzedaży. Siedziała w biurze po dwanaście godzin dziennie i w zasadzie prawie nie bywała w domu. Już dawno proponowała mi wspólne mieszkanie. Gdyby nie to, że lodziarnia, w której byłam menedżerką, ogłosiła upadłość, a ja zostałam bez pracy, pewnie już bym u niej mieszkała.

Nie załamywałam się brakiem pracy. Miałam doświadczenie, dobre CV, umiejętności i chęci. Wiedziałam, że znajdę coś innego. Tych kilka dni w rodzinnej wiosce miało być chwilą oddechu i pozwolić nabrać dystansu do całej tej sytuacji. Miałam tylko nadzieję, że rodzice nie zamęczą mnie próbami układania mi na szybko życia.

W ciągu dnia pomagałam mamie w sprzątaniu, potem trochę w kuchni, aż wreszcie wygoniła mnie do brata, a ja z ulgą na to przystałam.

Norbert prowadził duże gospodarstwo, które przepisał mu ojciec, miał mleczarnię i kilka hektarów, na których uprawiał głównie ziemniaki, a te potem dostarczał dużej sieciówce gastronomicznej. Miał łeb do tego biznesu, jeśli można to tak nazwać. I kochał to, co robił. A to najważniejsze. Moja bratowa Iza była fryzjerką i Norbert otworzył jej w Kątach Wrocławskich mały salon. Radzili sobie doskonale. Gdy przyszłam, Izy jeszcze nie było w domu, miała klientki do siedemnastej. Norbert odebrał Karolka od jej rodziców i teraz siedzieliśmy razem w salonie ich ładnego domu.

– Posłuchaj, siostra. Wiem, że starzy chcą jak najlepiej, ale cię znam. I jestem pewien, że się wkurzysz. – Mój przystojny brat spojrzał na mnie niebieskimi, takimi samymi jak moje, oczami.

– Co wymyślili? – Zmarszczyłam czoło.

– Pamiętasz Damiana Koszutkę?

– Rok starszy ode mnie, chodziliśmy razem do szkoły… – wyrecytowałam.

– Jego stary jest sołtysem.

– Wiem. I co z nim?

– Żona go zostawiła. Damiana, nie jego starego. Został sam na gospodarce.

– Szkoda, miły był z niego chło… Czekaj… – Uniosłam palec. – Dlaczego mi to mówisz?

– Damian i jego starzy przychodzą dzisiaj na proszoną kolację. – Norbert westchnął.

– Czy… przepraszam… – parsknęłam. – Czy ojciec zamierza mnie swatać z Damianem?

– Coś w ten deseń.

– Żartujesz. – Powoli przestawało mi być do śmiechu.

– Jestem poważny jak ksiądz.

– Jeśli chodzi o naszego, to akurat głupie porównanie. – Uśmiechnęłam się.

Ksiądz Roman miał dziwny zwyczaj chichotania pomiędzy wypowiadanymi kwestiami. Gdy Norbert załatwiał formalności związane ze ślubem, nie mógł się powstrzymać od śmiechu, gdy patrzył na chichoczącego księdza. Sam zaśmiewał się tak, że wyszedł z plebanii zapłakany. Myśleliśmy, że są jakieś problemy, a okazało się, że dostał głupawki, a ksiądz nie wiedział, o co chodzi, i patrzył na niego jak na idiotę.

– Serio, ojciec chce cię wydać za Damiana. – Brat pokiwał głową i spojrzał na mnie z troską.

– Czyli nasz tatuś nadal żyje nie w tym wieku, co trzeba?

– Wiesz, jak jest. On zawsze chciał cię tutaj uwiązać.

– Jeśli dalej będzie tak robił, to nieprędko mnie znowu zobaczy – zjeżyłam się.

– Kiedy wyjeżdżasz?

– Miałam zostać tydzień, ale w takiej sytuacji…

– On ma dobre intencje. Tylko nie zawsze jego dobro równa się naszemu… – Popatrzył mi w oczy.

Podeszłam do brata i go objęłam.

– Dobrze, że cię mam – powiedziałam.

– Nie byłaś tego taka pewna, gdy oblałem ci włosy farbą. – Roześmiał się.

– Mama musiała mnie obciąć na chłopaka. Miałeś przez chwilę brata!

– Ty i tak zawsze z nami biegałaś, grałaś w piłkę, nie przeszkadzało mi, że byłaś dziewczyną. Nadal jesteś. – Norbert się uśmiechnął.

– Mam nadzieję, że dzisiaj będziecie na tej cholernej kolacji. – Spojrzałam na brata.

Fajny zrobił się z niego facet, przystojny, z głową na karku i poczuciem humoru.

– Będziemy. A ty nie zapomnij o okularach.

– Nigdy nie zapominam. – Obruszyłam się.

– Jasne.

Miał rację. Nie lubiłam okularów, często o nich zapominałam, czasami świadomie. Nosiłam też szkła kontaktowe, ale te bezustannie gubiłam. Umiałam zgubić wszystko. Na koncie miałam już trzy telefony i dwa portfele z pełnym wyposażeniem. Dowód osobisty wyrabiałam już kolejny raz, a pani w urzędzie gminy patrzyła na mnie jak na przestępcę. Byłam po prostu trochę… roztrzepana, w głowie miałam zawsze milion myśli i często zapominałam o realnym świecie. Czasem myślałam, że powinnam pisać książki, może wówczas moja szalona wyobraźnia znalazłaby ujście.

Wieczorem pomogłam mamie nakryć do stołu i czekałam, kiedy rodzice powiadomią mnie o swoim chytrym planie ułożenia mi życia. Kiedyś wiele razy oglądałam Kogel-mogel. Moja obecna sytuacja niesamowicie przypominała historię głównej bohaterki, którą ojciec też próbował na siłę swatać i wydać za mąż. W sumie nawet trochę mnie to bawiło i byłam ciekawa, co będzie dalej. Plany miałam już skrystalizowane. Po wyjściu od brata zadzwoniłam do Elizy i upewniłam się, że jej propozycja jest aktualna. Postanowiłam, że zostanę przez tydzień w domu rodziców, a potem wrócę do Wrocławia, zamieszkam u przyjaciółki i zacznę intensywnie szukać pracy. Liczyłam, że któraś z firm, do których wysłałam CV, w końcu się odezwie. Miałam trochę oszczędności, więc dwa miesiące powinnam przeżyć, w razie gdyby coś poszło nie tak.

Goście zaczęli się schodzić. Pierwsi dotarli Norbert z Izą i małym Karolkiem. Potem sąsiedzi „zza miedzy”, czyli pani Boratyńska i jej milczący mąż. Przyjaźnili się z rodzicami od lat. I wreszcie sołtys z sołtysową, czyli państwo Koszutkowie, i ich syn Damian. Pamiętałam go ze szkoły. Szczupły blondyn, wtedy okropny łobuz. Wiem, że skończył technikum we Wrocławiu i teraz prowadził wraz z ojcem gospodarstwo.

Było mi przykro, że zostawiła go żona, ale nie zamierzałam poruszać tego tematu. To jego prywatne sprawy. Tyle że moi rodzice mieli chyba inny pogląd na to wszystko.

– Damian bardzo się ucieszył, kiedy usłyszał, że wróciłaś do domu. – Ojciec spojrzał na mnie znacząco, kiedy posadziliśmy gości, a ja wraz z mamą donosiłyśmy potrawy na stół.

– A po co mi to mówisz? – zapytałam.

– To bardzo miły chłopak.

– Jasne, pamiętam go ze szkoły. – Wzruszyłam ramionami.

– Postaraj się być uprzejma.

– Zawsze jestem uprzejma – odparowałam. – Tak mnie wychowano.

Ojciec zmarszczył brwi.

– Już ja ciebie znam – mruknął. – I załóż okulary.

– Oszaleć można… – burknęłam pod nosem, ale poszłam do pokoju, włożyłam okulary i wróciłam do gości.

Oczywiście posadzili mnie naprzeciwko Damiana, który wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że miałam problem z przełykaniem potraw, bo nie lubiłam, gdy ktoś się na mnie gapi, kiedy jem.

– Natalia zostanie u nas na dłużej. – Ojciec nie wytrzymał.

Brat zerknął na mnie, babcia zaklęła po rosyjsku, a ja zaczęłam mamrotać pod nosem.

– To świetnie. – Damian się uśmiechnął.

– Nie ma co siedzieć w tym mieście. Tam tylko coś złego może człowieka spotkać – skwitował sołtys.

– U nas przynajmniej spokój. I nie ma tych manifestacji, tych zboczeńców, gejów. – Sołtysowa pokręciła głową. – Tam to same bezeceństwa.

Mama chyba słyszała, co mamroczę pod nosem, i chciała jakoś zareagować, ale było za późno.

– Oczywiście, trzeba uważać na każdym kroku. Zanim się człowiek obejrzy, już zostaje homosiem – wyjaśniłam uprzejmie.

– Homo… co? – Sołtysowa spojrzała na mnie zdezorientowana.

– Poza tym zboczeńcy ganiają po ulicach, w bramach orgie, strach wyjść po bułkę i mleko. – Potrząsnęłam głową.

– Hm… tak… – Stary Koszutko chyba chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował.

– W niedzielę pójdziemy razem do kościoła. Damian po ciebie przyjedzie. – Ojciec spiorunował mnie wzrokiem.

Niestety, miałam na nosie okulary i doskonale to widziałam. Pokręciłam głową.

– Sorry, tato, ale dzwoniła moja przyjaciółka. W poniedziałek mam rozmowę w sprawie pracy – skłamałam. – W sobotę wyjeżdżam.

Babcia uśmiechnęła się do mnie i pokazała kciuk skierowany w górę.

– Ale córciu… – Mama chciała załagodzić sytuację.

– I muszę cię rozczarować, tato. Przyjechałam tylko w odwiedziny. Nie zamierzam tu zostać.

Atmosfera przy obiedzie wyraźnie siadła. Podobnie jak moja chęć odpoczynku w rodzinnym domu. Koszutkowie szybko się pożegnali, ale Damian został jeszcze chwilę i dał mi do zrozumienia, że chciałby porozmawiać. Byłam ciekawa, jak on zapatruje się na nieudolne próby naszych rodziców, aby na siłę układać nam życie. Widziałam w jego oczach nieme przeprosiny, doszłam zatem do wniosku, że też nie czuł się z tym komfortowo.

– Naprawdę wyjeżdżasz? – Spojrzał na mnie, gdy wyszliśmy przed dom.

– Ojciec myśli życzeniowo… – westchnęłam. – Nigdy nie mówiłam, że wracam na stałe. Kiedy usłyszał, że straciłam pracę, uznał, że może zaplanować mi życie.

Damian pokiwał głową. Przyjrzałam mu się. W szkole był wkurzającym gościem, który wraz z Andrzejem Łysym i Markiem Pastuszką znęcał się nad młodszymi. Mnie co prawda nic nie robili, ale to tylko dlatego, że bali się mojego brata. Teraz Damian był wysokim przystojnym facetem z jasnoniebieskimi oczami, ciemnymi blond włosami i ładnym uśmiechem. W jego oczach widziałam smutek. Pewnie też nie byłabym szczęśliwa, gdyby ojciec wyprawił mi największe weselisko w całej wsi, a po czterech latach moja żona uciekłaby do Warszawy. Duże miasta. Samo zło.

– Strasznie głupio wyszło. Gdyby nie to… – Damian popatrzył na mnie i potrząsnął głową.

– Gdyby nie co? – Oparłam się o słupek, objęłam ramionami i czekałam, aż dokończy.

– Po prostu… Chyba dałem się zmanipulować. Kiedy Elka mnie zostawiła… ja… pomyślałem, że to fajny pomysł. Zawsze mi się podobałaś.

O kurczę, tego się nie spodziewałam. Wzięłam głęboki wdech i zastanawiałam się, co powiedzieć, by go nie urazić. Naprawdę nie chciałam mu sprawić przykrości.

– Rodzice czasami myślą, że wiedzą wszystko lepiej. I że mogą kierować naszym życiem. Miło było się spotkać, Damian. Naprawdę. – W tej chwili naprawdę w to wierzyłam. – Jeśli kiedyś będziesz we Wrocławiu, daj znać. Pójdziemy na piwo, jakieś jedzenie, cokolwiek. – Wzruszyłam ramionami.

Widziałam, że coś błysnęło w jego oczach.

– Dasz mi swój numer? – Wyciągnął telefon z kieszeni.

– Jasne. – Podyktowałam mu numer, wpisał go i się uśmiechnął.

Był bardzo przystojny. Przez ułamek sekundy przeszła mi przez głowę myśl, że może…

Ale tak szybko, jak się pojawiła, znikła. I bardzo dobrze. Co ma być, to będzie. A na razie muszę naprostować swoje życie. Na porywy serca i emocje przyjdzie czas.

Gdybym wiedziała, że te ostatnie dopadną mnie szybciej, niż się spodziewałam, może postąpiłabym inaczej. Może zostałabym w rodzinnej wiosce. Może uśmiechnęłabym się cieplej do Damiana. Może, może, może… Przyszłość jest nieodkrytą, ale zapisaną kartą, która czekała na mnie, abym zaczęła ją odczytywać.

W sobotę wyjechałam do Wrocławia. Wzięłam tylko dwie walizki, resztę rzeczy miał mi przywieźć Norbert. Ojciec nie chciał ze mną rozmawiać – nie po raz pierwszy, więc już się przyzwyczaiłam. Mama była zmartwiona, ale naszykowała mi wałówkę, jakbym wyruszała na bitwę pod Cedynią. Babcia mnie uściskała i kazała robić swoje, a brat odwiózł na autobus, przytulił i kazał dawać znać, co z pracą.

Moja przyjaciółka Eliza i jej zwariowany sąsiad Mikołaj przyjechali po mnie na dworzec PKS, który znajdował się w podziemiu Galerii Wroclavia. Mikołaj był cukiernikiem i robił artystyczne torty i ciasta na zamówienie cukierni. Miał metr osiemdziesiąt wzrostu, gęste rude włosy, piękne zielone oczy, umięśnione ręce i – niestety – był stracony dla mojej płci, bo wolał swoją. Kiedy Eliza mnie z nim zapoznała, słówkiem nie pisnęła o jego orientacji, a kiedy zaczęłam robić do niego maślane oczy, potraktował mnie jak młodszą siostrę. Potem przytulił i powiedział z rozbrajającym uśmiechem:

– Kochanie, jesteś piękna, ale jak dla mnie masz za mało testosteronu.

Elizkę chciałam zamordować, a z Mikołajem się zaprzyjaźniłam. Nasza trójka trzymała się razem, chociaż byliśmy bardzo zapracowani. Teraz miałam być jeszcze bliżej nich i czułam, że to będzie dobry początek. Byłam im wdzięczna, że się mną opiekują. Eliza wiedziała o nieszczęsnej kolacji w domu rodziców i zapewniała mnie, że dobrze zrobiłam.

Niedziela minęła mi na urządzaniu się w przytulnym pokoju z małym balkonem. A poniedziałek obudził mnie po ósmej rano głośnym dzwonkiem dobiegającym z mojej komórki.

Rozdział 2

Madonna, Vogue

To był już trzeci dzień rozmów kwalifikacyjnych i jak dotąd nie znalazłem odpowiedniego kandydata. Czułem się znużony. Szukaliśmy osoby, która zajmie się organizacją eventów dla naszego nowego strategicznego partnera, firmy Agat International, która była jedynym dystrybutorem luksusowej biżuterii tworzonej według projektów artystów plastyków. Moja firma, Granicki Holding, podpisała z nimi umowę jako polski przedstawiciel i teraz szykowaliśmy serię spotkań w dużych miastach, gdzie nasi partnerzy, dysponujący niemałą gotówką, mieli uczestniczyć w ekskluzywnych pokazach, prezentacjach, a także mogli zakupić pierwsze oryginalne wyroby, których jeszcze nie było w żadnym sklepie jubilerskim w Polsce. Mój holding istniał od dziesięciu lat, założyłem go w wieku dwudziestu trzech lat i rozwijał się niezwykle dynamicznie. Zainwestowałem w sektor finansowy, stworzyłem Dom Kredytowy, który specjalizował się w kredytach samochodowych, hipotecznych i leasingu. Od trzech lat budowałem także osiedla we Wrocławiu i rok temu ukończyliśmy budowę dużego biurowca, do którego przeniosłem cały zarząd GH.

Siedziałem w sali konferencyjnej na trzynastym piętrze i czekałem na kolejnego kandydata do pracy. To nie tak, że brałem udział we wszystkich rekrutacjach, miałem od tego dział HR. Ale teraz, ze względu na rangę naszego partnera, chciałem sam wybrać osobę, która będzie odpowiadała za kontakty z nim. I która będzie blisko współpracować ze mną, bo osobiście zająłem się wprowadzeniem Agat International na nasz rynek. Firma była moim drugim domem, spędzałem w niej dużo czasu i to ona, a nie życie prywatne, była dla mnie priorytetem.

Poza tym jubilerstwo było niejako naszym rodzinnym biznesem. Mój ojciec i wuj siedzieli w tej branży od czterdziestu lat i prowadzili kilka sklepów jubilerskich we Wrocławiu.

Wczoraj znowu miałem spięcie z Agnieszką, moją… tak jakby dziewczyną. Spotykaliśmy się od dwóch lat, ona prowadziła butik z firmowymi ciuchami w domu handlowym Renoma. Miała trzydzieści lat, kochała pieniądze, wypady na Dominikanę, markowe ubrania i torebki. Łączyły nas seks i pieniądze. Może kiedyś połączy nas też papier, ale w tej chwili nie był mi do niczego potrzebny. Miałem firmę i wiele innych zobowiązań, które ciągle przypominały, że nie jestem osobą, która mogłaby pomyśleć o własnym szczęściu. Rodzina? Dzieci? Żona? Zapewne nigdy nie dowiem się, co to takiego…

Przede mną leżała kolejna ankieta. Moja szefowa HR, Krystyna Błaszczyk, podała mi ją z lekkim uśmiechem.

– To jakaś dziwna osoba. Ale spodobały mi się jej odpowiedzi. Myślę, że powinieneś z nią porozmawiać.

Kiwnąłem głową i wziąłem do ręki kartę gęsto zapisaną pochyłym ładnym pismem.

Natalia Lisek, lat dwadzieścia siedem, ukończone studia na Akademii Ekonomicznej, doświadczenie w dziale marketingu w banku, a także zarządzanie sprzedażą i marketingiem lodziarni we Wrocławiu. Nic wielkiego. Czytałem dalej. Na pytanie, czy lubi biżuterię, odpowiedziała: „Podobno brylanty to najlepsi przyjaciele kobiety, ale ja wolę mieć przyjaciela, do którego mogę się przytulić. Ciepło jest wciąż w cenie”.

W sumie celna odpowiedź.

Na kolejne pytanie, które dotyczyło tego, jak zabawiłaby grupę dziesięciu strategicznych klientów, odpowiedziała: „Lody. Trzy gałki polane gorącym musem truskawkowym i ozdobione pianką ze świeżo upieczonej bezy”.

Pokręciłem głową i się uśmiechnąłem. Sięgnąłem po jej dokumenty i poszukałem zdjęcia. Z CV patrzyła na mnie uśmiechnięta delikatna blondynka z niebieskimi oczami. Miała włosy do ramion, lekko zawijające się na końcach, i gęstą, równo przyciętą grzywkę. Była zwyczajną młodą dziewczyną bez wielkiego doświadczenia, która dziwnymi odpowiedziami chciała sprawić wrażenie oryginalnej. Ale po ostatnich trzech dniach, podczas których spotykałem się z nudnymi i przewidywalnymi kandydatami, uznałem, że taka rozrywka mi się przyda. Krystyna chyba też miała takie zdanie.

– Okej, poproś naszą specjalistkę od deserów. – Pokręciłem głową, oparłem się o skórzane oparcie i bawiłem piórem, wpatrując się w drzwi.

Te po chwili się otworzyły i do środka z hukiem wpadła niska blondynka, którą widziałem na zdjęciu. Miała na sobie jasną sukienkę, buty na niskim obcasie i trzymała w dłoni czarną torbę, a jej blond włosy były związane w warkocz, który spływał po lewym ramieniu. Miała o wiele dłuższe włosy niż na zdjęciu z dokumentów. Po chwili odzyskała równowagę i przysięgam, chyba zaklęła pod nosem, mierząc wściekłym wzrokiem próg, o który się potknęła.

– To się nazywa wejście – powiedziałem cicho.

Krystyna przywitała się z dziewczyną i przedstawiła mnie.

– Pan Maciej Granicki, właściciel firmy.

Podałem tej Natalii rękę i przysięgam, że w tym momencie zabrakło mi tchu i poczułem, że muszę się napić wody. Dziewczyna spojrzała na mnie i zamrugała, odniosłem wrażenie, że ma problem ze wzrokiem. Uśmiechnęła się niewyraźnie i powiedziała pewnie:

– Natalia Lisek, bardzo mi miło. Nie wiedziałam, że będę rozmawiać z właścicielem.

– To nowy i ważny projekt, dlatego osobiście sprawdzam kandydatów – wyjaśniłem.

Skrzywiła się i uniosła brew.

– Nowy projekt? – zapytała.

– Tak, chyba czytała pani w ogłoszeniu?

– Hm… no tak. – Wyglądała na nieco zagubioną.

Jeśli się nie przygotowała, to bardzo źle, nie lubiłem ludzi, którzy nie podchodzili do rozmów poważnie.

Pochyliła się i potarła oczy. W końcu westchnęła i wyjęła z torebki okulary z grubymi szkłami, które założyła na nos. Była teraz jak młoda nauczycielka, która chce wyglądać poważniej, żeby uczniowie nie wchodzili jej na głowę.

– Możemy zaczynać? – Spojrzałem na nią.

Zerknęła na prospekty, dokumenty, uniosła głowę i spojrzała na ścianę za moim ramieniem. Tam była nazwa firmy, pod spodem zdjęcia naszych projektów, między innymi budynek, w którym się znajdowaliśmy.

Dziewczyna utkwiła we mnie wzrok i szepnęła:

– O cholera…

* * *

Byłam w czarnej dupie, jakby powiedziała Elizka. I miałam czarny wtorek. Kiedy po dwóch tygodniach od mojego ponownego zamieszkania we Wrocławiu zadzwoniła do mnie miła pani z nowej sieciówki kawiarnianej i zaprosiła na rozmowę, nie posiadałam się ze szczęścia. Potrzebowali menedżera lokalu, uważałam więc, że sobie poradzę. Przyjechałam dzisiaj do nowego wielkiego biurowca, w którym znajdowała się siedziba tej firmy. Biurowiec należał do gościa, który budował kilka ekologicznych osiedli we Wrocławiu i postawił ten szklany wielki dom, niczym Cezary Baryka dwudziestego pierwszego wieku. Granicki coś tam.

Dzisiaj włożyłam szkła kontaktowe, a okulary miałam w torebce i zanim zdążyłam wejść do windy, potarłam oko i zgubiłam jedno pieprzone szkło, a drugie się zawinęło i strasznie mnie kłuło. Nienawidziłam cholerstwa.

Za dużo przeklinałam…

Te dwie myśli zajęły mnie w sposób zupełnie niespodziewany, weszłam do windy, wcisnęłam guzik i po chwili byłam już w miejscu, w którym odbywała się rekrutacja. Szkoda tylko, że – jak się właśnie okazało – wybrałam niewłaściwe piętro i znalazłam się nie tam, gdzie trzeba.

Czułam, że coś jest nie tak, już w momencie, w którym przedstawiono mi tego faceta. Nie rozumiałam, co właściciel holdingu, do którego należy biurowiec, robi na rozmowie rekrutacyjnej firmy, która wynajmuje u niego biura. Ale nie mnie oceniać zależności… Lecz gdy dojrzałam na ścianie nazwę firmy i przypomniałam sobie, na jakie idiotyczne pytania musiałam odpowiadać w tej durnej ankiecie… wszystko stało się jasne. Nie byłam tam, gdzie powinnam być. Trafiłam na rozmowę o pracę do tego wielkiego holdingu i miałam przed sobą szefa wszystkich szefów. I – cholera jasna – musiałam zrobić wszystko, aby nie wyjść na idiotkę!

Popatrzyłam na Macieja Granickiego. Wpatrywał się we mnie beznamiętnym wzrokiem, choć dostrzegłam w jego spojrzeniu coś na kształt rozbawienia pomieszanego z rozdrażnieniem. Przyjrzałam mu się uważniej. Wprawdzie siedział, ale dało się dostrzec, że musi być wysoki. Gdy się ze mną witał, tylko nieznacznie się pochylił. Na pewno był nieźle zbudowany, szerokie ramiona rozpychały elegancką marynarkę od Hilfigera. Brązowe włosy były krótkie nad uszami, a na czubku głowy dłuższe i zaczesane do tyłu. Pomyślałam, że gdy wychodzi spod prysznica, jego gęste włosy układają się w łagodne fale i kręcą na końcach… Oczy miał w kolorze karmelu, ładne usta, długi nos i kwadratową szczękę. Twarz tak pomiędzy modelem a łobuzem z podejrzanej dzielnicy. Bardzo interesująca. Hm, zdaje się, że zadał mi jakieś pytanie. Gdybym nie skupiała się tak na jego wyglądzie, może bym je usłyszała.

– Zaczynamy? – powtórzył, zniecierpliwiony.

– Oczywiście. Czekam na pana pytania, bo zapewne jest ich niezmiernie dużo. Na takie stanowisko musi być przyjęty ktoś, kto wie, co robić, lubi ludzi, bez problemu zawiera znajomości i jest otwarty nie tylko na proste rozwiązania, lecz także na indywidualne potrzeby. Zatem proszę pytać. – Mówiłam to ze spokojnym uśmiechem, ale pod dębowym stołem, przy którym siedzieliśmy, mocno zaciskałam dłonie.

Granicki uniósł brew i chyba lekko zadrżał mu kącik ust. Spojrzał mi prosto w oczy i powiedział:

– Jak zorganizowałaby pani event dla pięćdziesięciorga bogatych gości, którzy mają zamiar wydać grubą kasę na nasze produkty?

Zupełnie nie wiedziałam, co sprzedaje jego firma. Majaczyło mi w głowie, że ma jakiś bank, firmy finansowe, no i tę deweloperkę. Ale od czego miałam wyobraźnię.

– Jeśli to klienci strategiczni, mający spore fundusze do wydania, i zależy nam, aby wydali je właśnie u nas, to przede wszystkim zapewniłabym im komfortowe warunki pobytu. Nie jakiś wypad za miasto, raczej ekskluzywny hotel, raut z przekąskami, dobry alkohol, szampan na powitanie. Upominek dla każdego gościa. Oprawa muzyczna i doskonałe desery.

– Jest pani specjalistką od deserów?

– Uważam, że jeśli zrobi się coś niebiańskiego dla podniebienia, można łatwiej trafić do człowieka i dzięki temu osiągnąć zamierzony cel.

– Co pani wie o naszej firmie?

Poszperałam w pamięci i wyciągnęłam to, co było mi znane z różnych artykułów na portalach, które odwiedzałam.

– A czy wie pani, jakie produkty będziemy teraz sprzedawać?

Nie miałam pojęcia.

– Myślę, że będzie to towar luksusowy, a jednocześnie bardzo pożądany. Potrzebujący odpowiedniej oprawy i budowania nastroju.

– Zgadza się. Jak pani zapewne wie – uniósł brew i od razu domyśliłam się, że on wie, że ja nic nie wiem – szukamy menedżera do spraw eventów. W tej chwili nie mogę jeszcze powiedzieć, o co chodzi, ale jeśli zdecydujemy się na panią, wówczas wszystko będzie jasne. Szukamy osoby w stu procentach zaangażowanej, aktywnej, dobrze zorganizowanej, lojalnej i chcącej zbudować stałą relację. Z moją firmą. Tylko w takich ludzi inwestuję.

– To brzmi bardzo dobrze. W tej chwili jestem bez pracy i jestem gotowa na taki związek. Z firmą. Na stałe. – Spojrzałam mu bezczelnie w oczy.

Postawiłam wszystko na jedną kartę. Nie miałam pojęcia, co oni będą sprzedawać, ale menedżer do spraw eventów… poradziłabym sobie. Poza tym praca w takiej firmie byłaby przełomem. Czymś nowym i pasjonującym.

– Okej, w ciągu trzech dni nasz dział HR skontaktuje się z panią bez względu na to, jaka będzie nasza decyzja. – Granicki wstał i podał mi rękę.

Moje przypuszczenia się potwierdziły. Na pewno miał ponad metr osiemdziesiąt pięć wzrostu. Przystojny jak sam diabeł, którego wprawdzie nie widziałam, ale przypominał mi aktora, który grał w serialu Lucyfer, z tym że nie miał czarnych włosów, lecz ciemnobrązowe. Reszta doskonale pasowała. Uścisnęłam mu rękę, pożegnałam się z babką z HR, która przez cały czas robiła notatki, i miałam wrażenie, że poddaje mnie błyskawicznej analizie.