Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 594 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kokony - Ule Hansen

apadł wieczór.

Obudził się dzień. I nikt ich nie znalazł.

Berlin, Plac Poczdamski. Mały chłopiec wspina się na rusztowanie ośmiopiętrowego budynku w samym centrum Berlina i dokonuje makabrycznego odkrycia. Dostrzega trzy ludzkie ciała owinięte srebrną taśmą i powieszone na stalowych prętach. Wszystkie trzy są skierowane w tę samą stronę, jak gdyby czekały na czyjeś przybycie. Codziennie przechodzą pod nimi setki ludzi, ale nikt ich nie zauważa.

Wszystko wskazuje na to, że w mieście grasuje seryjny morderca. Profil sprawcy ma określić stroniąca od ludzi Emma Carow. Jest nadzwyczajnie inteligentna, ma niepospolitą osobowość i szósty zmysł jeśli chodzi o seryjnych zabójców. Współpraca policji z profilerką nie jest łatwa, ale tylko ona może zrozumieć i pomóc schwytać zwyrodnialca.

Emma Carow boi się ludzi. Seryjnych morderców rozumie.

Kobieta prędko uświadamia sobie, że to śledztwo może zaważyć na jej karierze. Jednak im głębiej się w nie wgryza, tym bardziej doskwiera jej zadawniona trauma, grożąc pociągnięciem w przepaść…

Opinie o ebooku Kokony - Ule Hansen

Fragment ebooka Kokony - Ule Hansen

1

Trzymała w ręku paczkę. Paczkę od niego.

Nie poruszała się. Nie była w stanie. Ledwie mogła oddychać.

Zanim dostrzegła jego nazwisko na rewersie, zdążyła przejść spod drzwi mieszkania do kuchni. Piętnaście sekund? Dziesięć? Mniej? Aż zdała sobie sprawę, co było na etykiecie nadawcy. Skąd miał jej adres? Nie widniała w książce telefonicznej ani w żadnym spisie.

W ciągu ostatnich lat często widywała jego nazwisko.

W aktach policyjnych i procesowych, których kopie przechowywała w domu, w internecie, na jego stronie internetowej, którą odkryła dość szybko po wypuszczeniu go na wolność, w artykułach i wywiadach na temat jego nowego życia, jego resocjalizacji, w jego wykładach, filozofii życia i krzepiących słowach, w artykułach, które mimo wszystko zawierały krytykę, ale też podziw, wciąż podziw: podziw zafascynowanych dziennikarzy, celebrytów przyznających się do bycia jego fanami i rosnącej rzeszy publiczności.

Bywały okresy, w których nie tykała tych brudów. Czasami całymi tygodniami. W końcu ulegała słabości, zwykle późnym wieczorem, i wszystko wyciągała, artykuły i akta, i czytała je, a potem szukała w sieci jego nazwiska.

Ale jeszcze nigdy nie odezwał się do niej osobiście.

Nie wysłał niczego pocztą, e-mailem, nie zadzwonił. I nagle paczka, opatrzona nawet adresem zwrotnym. Więc jakiś czas temu przeprowadził się do Berlina.

Paczkę musiał odebrać za nią sąsiad, prawdopodobnie w sobotę, i położył ją pod drzwiami wczoraj wieczorem. Znalazła ją, kiedy wychodziła do pracy. Była ciężka jak na swoje gabaryty, opakowana w szary papier, klasyczna, prostokątna, ciasno owinięta – książka. Wiedziała nawet jaka. Jego książka. Książka, o której czytała w gazetach. W większości same superlatywy. Występował nawet w telewizji. Dwukrotnie. Nie obejrzała tych programów. Nagrała je. Czekały na nią te nagrania. Pewnie pokazywał na nich do kamery swoją książkę.

Pozdrowienia. Pomyślała, że w środku będą pozdrowienia. Musiały być. Autor nie wysyła przecież książki bez paru osobistych słów, prawda? Jakaś dedykacja albo kartka. Na przykład: „Serdeczne pozdrowienia”. Albo: „Pozdrowienia od starego przyjaciela”.

A może tak: „Myślę o tobie – twój gwałciciel”.

Emma Carow stała w kuchni i nie mogła się poruszyć.

Wpatrywała się w podłogę. Linoleum, z rodzaju tych, z jakich dawniej robiło się blaty, soczyście zielone, wypolerowane na błysk, przywodziło na myśl szkołę albo stary kantor handlowy. Do tej kategorii należała również wiekowa kuchenna ława i masywny drewniany stół. Jej siostra Sarah zauważyła kiedyś, że Emma całe swoje mieszkanie urządziła w stylu dawnego kantoru handlowego, nawet kuchnię i sypialnię. To nie było całkiem fair z jej strony. Sterta kubków w zlewie, piętrzące się wszędzie książki i czasopisma, czy coś takiego można znaleźć w kantorze? No dobra, może stare kompendia wiedzy, klasycy, Goffman, Dahle & Dölling, najnowsze wydanie MKS[1]. Ale przecież nie archaiczne prospekty biur podróży, dziecięce rysunki, zeszyty z krzyżówkami otrzymane od starej sąsiadki, rozwiązane, z wyjątkiem paru, które były za trudne – te sąsiadka zostawiała dla Emmy; takich rzeczy nie znajdzie się w starym kantorze, bez przesady.

Górna lampa rzucała na stół i podłogę stożek ciepłego, żółtego światła. Poza jego obrębem panowała jeszcze ciemność. Było zbyt wcześnie rano. W październiku w Berlinie szybko gęstniała ciemność. Noc przetaczała się przez wschodnią granicę i odpychała dzień każdego ranka trochę później, chmury nadciągały z zachodu, z północy, zewsząd właściwie, i wisiały nad miastem, a mrok cichcem zakradał się w każdy kąt, w każdy zakamarek, jak mgła, która pieści i przygniata ciężkim oddechem. Październik w Berlinie. I nie tylko październik.

Emma stała w złocistym snopie światła i wyobrażała sobie, jak otwiera paczkę. Nie zrobiła tego jednak. Wyobrażała sobie też inne rzeczy, których nie zrobiła: na przykład to, jak nie wsiada wtedy do jego samochodu. Tak po prostu.

A także to: on siedzi w księgarni za stolikiem i podpisuje książki, kolejka jest długa, on żartuje ze swoimi wielbicielami, roztacza swój urok, aż zauważa, kto przed nim stoi – ona. Emma. Jego ofiara. Z kijem bejsbolowym w ręku. Emma unosi kij i jednym machnięciem zrzuca ze stolika stertę książek. Jego urok topnieje jak śnieg w słońcu. On chowa się pod stołem, ona wyciąga go stamtąd, jego wielbiciele stoją bez ruchu, boją się interweniować; wiedzą, kim ona jest.

Albo w sali sądu, kiedy Emma jako oskarżycielka posiłkowa słucha ogłoszenia wyroku. Nie może widzieć jego reakcji,

ale wie, że się uśmiecha. Siedem lat? To tylko kolejny etap w jego karierze, jak edukacja szkolna albo parę miesięcy służby wojskowej. Kto wie, może nauczy się przez ten czas czegoś pożytecznego? A potem on się odwraca, z uśmiechem zastygającym na widok broni w jej ręku, oblewa się potem, otwiera szerzej oczy, drży, nie może wydobyć słowa, pierwszy strzał nie trafia go, o nie, to strzał ostrzegawczy, on pada na kolana, żebrze, błaga, skamle o wybaczenie, a wtedy ona strzela ponownie, tym razem celnie.

A na koniec zawsze i niezmiennie wyobrażała sobie, jak wsiada do jego samochodu. Czemu nie? Nie boi się. Zna go przecież. Żartują. Nawet kiedy zjeżdżają z autostrady i dociera do niej, że nie wiezie jej do domu, tylko do lasu, do domku myśliwskiego, na kawę, bo naszła go taka wielka ochota na kawę, nawet wtedy Emma śmieje się i flirtuje, nie czuje strachu. Nawet wtedy, gdy on w wyziębionym leśnym domku swoich rodziców parzy kawę, kiedy chce jej coś pokazać, coś, co wyjmuje z szuflady ojca, gruby myśliwski nóż ze zmysłowo połyskującą rękojeścią, nawet wtedy ona nie czuje strachu, bo wie, że on nie może jej zmusić, by położyła się na łóżku, nie może jej rozciąć ubrania, nie może przyłożyć jej do gardła ostrza: grubszego na grzbiecie i nieprawdopodobnie ostrego na krawędzi tnącej, przeznaczonego do rozpłatywania szyi potężnych stupięćdziesięciokilowych jeleni, on nie może przygnieść jej, jak drapieżnik przygniata miotającą się zdobycz, błagającą i skamlącą, nie może wedrzeć się w nią, a potem przywiązać do łóżka, tak jak pęta się ubitą sarnę do transportu. Dla wygody. On nie może zrobić tego wszystkiego, bo ona jest szybsza i silniejsza, bo to ona jest tu drapieżnikiem. Tym razem to ona ma w ręku nóż i tnie nawet wtedy, gdy on obiecuje, że zawiezie ją do domu, gdy przysięga, że tobył tylko żart, gdy błaga, by darowała mu życie, nawet wtedy, gdy jest już tylko kłębkiem strachu, nawet wtedy zadaje mu cios twardą, ostrą klingą, która z łatwością wchodzi w skórę, solidna robota, zionie mu do ucha gorącym, cuchnącym oddechem, nazywa go „dziwką” i „cipą”, tak jak on wtedy, przyciska go do łóżka, a jego twarz wykrzywia się w zgrozie i zamienia w niemal komiczną maskę przerażenia i szoku, bo nigdy nie sądził, że przytrafi mu się coś takiego, to niemożliwe, to musi być jakaś pomyłka, myśli, tak jak myślała wtedy ona, a teraz to ona tnie nożem, najpierw w szyję, skąd tryska krew, życiodajny sok, zmarnotrawiony na niego, wbija nóż w jego miękki brzuch poniżej klatki piersiowej, a potem rozcina mu spodnie, bierze do ręki jego fiuta i jaja, ach, jakie skurczone, jakby chciały się schować, uciec, jakby wiedziały, co nastąpi. Bierze do ręki żałosne narządy i jednym nagłym ruchem odcina je, jakby to były odrzynane od filetu z kurczaka i odrzucane chrząstki, odpady, niewarte uwagi śmieci, na co to komu potrzebne, jemu w każdym razie już na nic.

To nie były nowe fantazje. Emma często wyobrażała sobie podobne rzeczy. Koniec zawsze był taki sam: po wszystkim – nie dlatego, że było po wszystkim, tylko dlatego, że te fantazje tak bardzo ją wyczerpywały – nie czuła satysfakcji. Ani szczęścia. Wciąż była kobietą, którą ją uczynił. Drżała na całym ciele, a ciemna pięść w jej wnętrzu odcinała jej dopływ powietrza, zawsze obecna, nigdy nieznikająca, choćby nie wiadomo ile razy go zabijała w swojej wyobraźni. To okaleczone życie, które jej zgotował, teraz było jej.

Nie otworzyła paczki z książką.

Zaniosła ją w obu rękach do salonu. Uklękła pod oknem przed starą szafką z okratowaną klapą, która nadawała jej wygląd obudowy kaloryfera, i ją otworzyła. Wyciągnęła ze środka wyblakłe skoroszyty, album ze starymi relacjami z procesu i wydrukami z jego strony internetowej, jego pierwsze artykuły, opublikowane, gdy jeszcze siedział w więzieniu, jego wykłady, ponumerowane płyty DVD z jego wystąpieniami w telewizji i skrótami z przesłuchań.

Oraz nóż. Nie jego nóż, tamten był unikatem. Od Wolfganga Gerheima, autentyk. Czegoś takiego nie produkowali seryjnie, ale Gerheim wykonał dla niej replikę o tych samych wymiarach: nóż o długości dwudziestu czterech centymetrów łącznie z ostrzem, z rękojeścią z polerowanego drewna morwowego, głownią ze stali 1.1545 o twardości 59 HRC. Do złudzenia przypominał tamten nóż. Piękny, wygięty zmysłowo przedmiot. Ciemne, błyszczące drewno wpadało w czerwień, płonącą, żywą, rękojeść gładko przechodziła w twardą, elegancką głownię, a sztych wydawał się przeć naprzód, ku żywej tkance. Chroniła go skórzana pochwa ręcznej roboty. Emma rzadko go wyjmowała. Zawsze drżały jej przy tym ręce. Karton i bibułkę, w którą był opakowany, dawno już wyrzuciła, ale nie chciała, aby nóż leżał bez pochwy. Chciała oglądać go tam, gdzie było jego miejsce, a nie tam, gdzie byłby poza jej kontrolą.

Znów, pokonując niechęć, brała wszystko po kolei do ręki. To było konieczne. Na sam dół szafki wsunęła nierozpieczętowaną paczkę i ułożyła na niej całą resztę, ostrożnie, dopasowując przedmioty do siebie jak kawałki układanki, aż wnętrze wypełniło się całkowicie. Na samym dole paczka: aby się do niej dostać, musiałaby wyjąć wszystko inne. Może wtedy zmieni jeszcze zdanie. Nie dziś. Za dużo zachodu.

Wiedziała jednak, że pewnego dnia wróci i ją otworzy.

Cofnęła się do przedpokoju i spojrzała na zegarek. Sprawdziła zawartość torebki: kosmetyki do makijażu, komórka, klucze, pieniądze, dowód. Służbowa odznaka. Służbowa broń. A potem pojechała do pracy.

Weekend wreszcie minął.

[1] MKS (Monatsschrift für Kriminologie und Strafrechtsreform) – magazyn fachowy z dziedziny kryminalistyki (przyp. tłum.).

2

Upłynęło całe pięć dni, zanim potrójne zwłoki trafiły na biurko Emmy.

Jej biurko, oddalone zaledwie o kilka minut drogi od domu. Z mieszkania w kamienicy sąsiadującej z budynkiem, przez który przejeżdżało metro, bezpośrednio koło Gleisdreieckspark, parku od lat trwającego w niedokończonym stanie, jechała srebrnym volkswagenem polo, mijając po drodze niezliczone place budowy, piekarnie i zakłady fryzjerskie, potem zapuszczoną Kurfürstenstraße, obok kawiarni Einstein w samym sercu częściowo zasyfiałego, częściowo odpicowanego zachodniego Berlina, odbijała w prawo w Keithstraße, gdzie liście opadały już z drzew szybującym lotem, jeszcze tylko parę minut krążenia w kółko, szukania wolnego parkingu, i już była na miejscu.

LKA 1, departament Krajowego Urzędu Kryminalnego zajmujący się deliktami na ludziach – morderstwami, przestępstwami na tle seksualnym, zaginięciami – mieścił się w budynku zajmującym prawie pół kwartału. Był twierdzą z dziewiętnastego wieku, z łukowatą bramą, takimiż oknami, kolumienkami, gzymsami, ozdobnymi figurami – nie na darmo nazywano go Zamkiem. Hol główny przypominał westybul opery: wysokie filary, kasetonowe sklepienie, wygięte schody, a pośrodku znudzony portier, z którym trzeba się miło przywitać. Potem wchodziło się po schodach i przemierzałodługie korytarze o sraczkowatych albo zgniłozielonych ścianach i niepotrzebnie wysokich sufitach. Ciemno tu było, mrok ledwie rozjaśniały mdłe jarzeniówki, w końcu trzeba oszczędzać; za wystawną fasadą kryła się zwyczajna jaskinia urzędasów. Szło się do końca, mijało budynek pośredni, a potem wchodziło na górę, na najwyższe piętro. Pokój 506 był biurem typu open space, jasnym i wysokim. Po lewej stronie biurka, na wprost stół konferencyjny, po prawej przeszklone drzwi do biura szefa, a pośrodku tablice korkowe i suchościeralne na kółkach, regały z kompendiami wiedzy i rocznikami czasopism, zakurzony stolik z klockami Lego do rekonstrukcji miejsc zbrodni – idiotyczny pomysł – szafki na akta, kącik kawowy i gdzieś na samym końcu zagracona kanciapa. Tu mieściło się biuro OFA[2], czyli wydział profilowania kryminalnego, zwany Teatrzykiem Lalkowym.

Emma była pierwsza. Jak zawsze.

Zapaliła wszystkie światła, włączyła ekspres do kawy, uruchomiła komputer, wytarła do czysta białą tablicę, uchyliła okno. Wzięła głęboki wdech. Czuła jeszcze zapach środków czystości pozostawiony przez brygadę sprzątającą. Słuchała bzyczenia świetlówek, które zapalały się z migotaniem jedna po drugiej, klik, klik, bzzz. Na zewnątrz jeszcze nie całkiem zrobiło się jasno, a ona stała na pokładzie rozświetlonego statku kosmicznego.

Całkiem sama, wcześnie rano. Czuła się jak w domu. Więcej. Jak w lepszym domu, w magicznym pokoju, w którym z niczego mogło zrodzić się coś. Być może jakiś sens.

Dopóki nie przyjdą pozostali, oczywiście.

Zanim zrobi się całkiem jasno i głośno. Zanim Brennemann zacznie pokrzykiwać, a Sigmar i Matze będą przerzucać się jadowitymi uwagami, wkurzając wszystkich wokół. Nie to, żeby nie lubiła swoich kolegów. Emma lubiła ludzi. Tylko w pracy preferowała ich nieobecność.

I wtedy zobaczyła na swym posprzątanym biurku gruby skoroszyt.

Potrójne zwłoki.

Te, na które tak się cieszyła. Cieszyła się jak dziecko na nowy rower, jak ćpun na kolejną działkę. Od paru dni wszyscy mówili tylko o tym, spekulowali, zgadywali. Na korytarzu, w stołówce, na piwie w Fürstentränke i oczywiście w prasie. Czy to było normalne? Żeby się cieszyć na zwłoki? Może. „Patologiczne”, powiedziałaby Sarah. Mniejsza o to. Cały świat kochał wiszące zwłoki z placu Lipskiego. I wreszcie trafiły do Emmy.

Usiadła i zaczęła czytać raport.

Dwudziestego trzeciego października o 16.53 w centrum powiadamiania ratunkowego zadzwonił telefon. Niejaka Tatjana Greve chciała zgłosić zaginięcie syna: dziesięcioletni Elias zniknął z hotelu Ritz-Carlton przy placu Poczdamskim, gdzie zatrzymała się rodzina z Brunszwiku. Rodzice położyli się na chwilę. Kiedy się obudzili tuż po szesnastej, zorientowali się, że chłopca nie ma.

Funkcjonariusze H. Peters i L. Gotzkowski pojechali do hotelu, zaraz potem przekazano im opis dziecka. Okazało się, że niepotrzebnie, ponieważ około 17.35 policjantów wezwano do hotelowego lobby. Elias Greve się odnalazł.

Chłopiec był lekko ranny i znajdował się w stanie szoku. Pojawiło się podejrzenie, że został wykorzystany seksualnie. Chociaż ledwie mógł wykrztusić słowo, funkcjonariusze zdołali zadać mu parę pytań. Zanegował, że ktoś zrobił mu krzywdę, nieustannie mówił jednak o „kosmitach”.

Policjantom z trudem udało się wydobyć od niego jasne zeznania. Mówił, że poszedł się powspinać, wszędzie znajduje miejsca, gdzie można się wspinać, ześliznął się, uderzył o kilka drążków, pokiereszował się do krwi i prawie stracił przytomność. Zaprzeczył, jakoby ktoś go zepchnął, obstawał jednak przy tym, że spadł dopiero wtedy, gdy zorientował się, że „kosmici” nie żyją, po tym jak nie chcieli z nim rozmawiać.

Sceptyczni Peters i Gotzkowski, do których dołączyli sanitariusze, polecili chłopcu pokazać miejsce, gdzie, jak twierdził, widział kosmitów. Elias zaprowadził ich na skrzyżowanie Ebertstraße i ulicy Lipskiej, gdzie plac Lipski przechodzi w Poczdamski.

Znajdujący się tam narożny budynek wygląda jak normalna ośmiopiętrowa kamienica dorównująca wysokością sąsiednim domom i przylegająca do nich tylko jednym bokiem. Jednak trzy wolne ściany od posady aż po dach obleczone są napiętą, zadrukowaną oknami i drzwiami płachtą, która tylko symuluje fasadę. Górna połowa tej sztucznej elewacji wykorzystywana jest jako powierzchnia pod dwie gigantyczne reklamy (od strony Ebertraße zdobią ją modelki w bieliźnie, od strony placu Lipskiego – Mercedes, zaś szpiczasty narożnik wychodzący bezpośrednio na skrzyżowanie jest pusty).

Chłopiec poprowadził policjantów do narożnika budynku i pokazał nieduże wejście w plandece. Drewniana rama zamykana była na kłódkę, ta jednak wisiała na samym skoblu, więc drzwi dało się otworzyć.

W środku, wbrew temu, czego się spodziewali, funkcjonariusze natknęli się nie na ruderę do rozbiórki, lecz ogromnych rozmiarów trójwymiarowe rusztowanie przestrzenne w kształcie plastrów miodu ze stalowych nośników.

– I to było tutaj przez cały czas? – zdumiał się Gotzkowski. – Myślałem, że tu stoi kamienica.

Jeden z sanitariuszy zażartował, że w tym mieście wszystko jest jedną wielką dekoracją.

Na pytanie, gdzie widział „kosmitów”, chłopiec pokazał w górę – wyglądało na to, że wspinał się po rusztowaniu. Niezliczone drążki tworzyły tak gęstą sieć, że w głąb konstrukcji dało się zajrzeć najwyżej na dziesięć metrów wzwyż, nawet posługując się latarką, gdyż zaczynało już zmierzchać.

Peters, który miał doświadczenie alpinistyczne, podjął wspinaczkę po rusztowaniu dokładnie tą drogą, którą obrał uprzednio chłopiec. Na wysokości około trzech „pięter” przestał być widoczny z dołu i od tego momentu komunikował się z Gotzkowskim wyłącznie przez komórkę. Chwilę potem zobaczył w świetle latarki, że wyżej, mniej więcej na wysokości piątego piętra, zza metalowych rur prześwituje coś srebrnego. Propozycję kolegi, żeby zawrócił, zbył słowami:

– Jeśli ten mały sobie poradził, to ja też.

Po kolejnych piętnastu, dwudziestu minutach policjant zbliżył się do trzech srebrzystych, przypominających kokony tworów wielkości ludzkiego ciała.

– Teraz rozumiem, skąd ta gadka o kosmitach – rzucił do telefonu.

Wwindował się na ich wysokość i zwieszając się na rękach, przemieścił ku nim, aż znalazł się na wprost nich. Chciał właśnie dokonać dokładniejszych oględzin za pomocą latarki, gdy z trzaskiem włączyły się reflektory oświetlające plakaty reklamowe po obu stronach budynku. Wnętrze rusztowania zalało światło. Nastąpiło to tak nieoczekiwanie, że omsknął się w dół, tak jak wcześniej chłopiec. W ostatniej chwili zdołał przytrzymać się rurki. W świetle reflektorów dostrzegł luki w górnych partiach kokonów, w których rozpoznał ludzkie twarze w zaawansowanym stadium rozkładu. Po fakcie zrelacjonował, że nagły widok trzech martwych i uległych rozkładowi twarzy wprawił go w szok. Ponownie obsunął się z rusztowania, jednak spadając tym razem, zwichnął sobie staw barkowy. Utrzymał się z wielkim wysiłkiem, upuścił jednak telefon, tracąc tym samym kontakt z partnerem.

Gotzkowski słyszał tylko dochodzące z góry okrzyki bólu. Telefonicznie wezwał posiłki, z trudem przekonując centralę, że za fasadą narożnego budynku jest tylko rusztowanie. Następnie sam wspiął się na górę do Petersa, co zajęło mu trochę czasu. Na miejscu potwierdził, że wisi tam troje ludzi, całkowicie – z wyjątkiem górnej połowy twarzy – owiniętych srebrną taśmą przemysłową. Wszyscy byli martwi.

Gotzkowski postanowił nie ryzykować zejścia na dół. Zaczekał na rusztowaniu na przybycie ratowników. Aby ulżyć Petersowi, któremu doskwierał silny ból, paskami przywiązał ramię i nogę kolegi do żerdzi.

W późniejszych relacjach z tych wydarzeń Peters i Gotzkowski opisywali, że kiedy tkwili godzinę na wysokości trzydziestu trzech metrów, uczepieni śliskiej stalowej sztangi, w towarzystwie owiniętych w kokony trupów, co chwila oglądali się za siebie, przeświadczeni, że za ich plecami ktoś jest.

[2] OFA (Operative Fallanalyse) – profilowanie kryminalne (przyp. tłum.).

3

Emma nie podnosiła wzroku. Niczego nie słyszała. Gryzmoliła z pochyloną nad biurkiem głową. Dwadzieścia posegregowanych kolorami karteczek z notatkami, niemal na każdej znak zapytania – cholera, długopis się wypisał, trudno, następny. Zawsze zaczynała w ten sposób. Niektórzy od razu wklepywali wszystkie dane w komputer, a potem i tak musieli posiłkować się karteczkami. Emma nie.

Czuła się, jakby wędrowała po gigantycznej krzyżówce, tak długo, aż w końcu potykała się o właściwe hasła. Początkowy etap pracy zawsze wyglądał w ten sposób. To była jej najbardziej wydajna faza. Nie chodziło o to, by od razu rozwiązać zagadkę. Chodziło najpierw o to, żeby ustalić, z czym w ogóle mieli do czynienia. Raz była to krzyżówka, innym razem puzzle, jeszcze innym gra w podchody albo łamigłówka obrazkowa, a niekiedy po prostu coś dziwnego.

Widziała miejsce znalezienia ciał: plac Lipski w samym sercu miasta, zaklinowany między placem Poczdamskim a wystawną galerią handlową Mall of Berlin, niby w tłumie, na oczach wszystkich, a jednak ukryte przed spojrzeniami. Typowy morderca nie chce, aby znaleziono ciało – ofiara może doprowadzić do niego policję. Zagadnieniem tym zajmuje się cała osobna gałąź nauki: wiktymologia. Każda ofiara dostarcza policji śladów. Co to za morderca, który w ogóle się tym nie przejmuje?

Widziała liczbę: trzy. Trzy ciała, wszystkie trzy ulokowane w jednym miejscu, wręcz zainscenizowane, by robić odpowiednie wrażenie. Czy taki był plan od początku, trzy morderstwa? A może zaczęło się od jednego i coś wymknęło się spod kontroli? Może morderca jeszcze nie skończył? Jego plan zakładał coś więcej?

Nie znała jego planu, ale wiedziała, że istniał. Nikt nie podejmuje takiego nakładu czasu, energii, a także ryzyka, nie mając planu.

Nie dostrzegała także motywu. Ktoś, kto zabija po kolei troje ludzi, rzadko działa motywowany wściekłością, chciwością, zemstą, zawiścią, zazdrością lub strachem. Motywy seryjnego zabójcy są ukryte. Czasami nieznane nawet jemu samemu. Podąża za bodźcem zabijania, dokądkolwiek go on prowadzi, a to sprawia, że ofiary są bardziej przypadkowe. Czasami motywy nakładają się na siebie. Ktoś morduje nożem, ponieważ jako dziecko widział, jak ojciec patroszy nożem sarnę. Ktoś okalecza kobiety, bo nienawidzi matki. Ktoś zabija ofiary powoli, bo ich cierpienie podnieca go seksualnie. Ktoś z wielkim nakładem czasu i energii inscenizuje ciała w na wpół publicznym miejscu jak futurystyczne kokony z filmu o kosmitach, bo… bo… no właśnie, dlaczego?

Nie widziała tego.

Jeszcze nie. Leżały przed nią akta: raport techników od zabezpieczania śladów, analizy laboratoryjne, raport z obdukcji, tymczasowe rezultaty śledztwa dotyczące wszystkich trzech ofiar. Wzięła je do ręki.

Zanim je otworzyła, podniosła wzrok.

W biurze było pełno ludzi. Zrobiło się jasno. Nic z tego do niej nie dotarło, nawet hałas.

Karen Brennemann, szefowa wydziału, stała w gabinecie zagłębiona w raporcie i wyraźnie z czegoś niezadowolona. Sigmar siedział w milczeniu przed monitorem, jak zawsze w okularach bez oprawki i czarnym golfie. Matze i jakiś stażysta z sąsiedniego biura pili razem kawę i rozmawiali o jakimś formularzu LJ108bm, który istotnie był oporny. Matze, ich beniaminek. Dogadywał się z każdym, naprawdę. W przeciwieństwie do wielkiego milczka Sigmara. Ten im mniej mówił, tym głośniej walił palcami w klawiaturę.

Emma czuła, jak szukany przez nią sens, przed sekundą bliski na wyciągnięcie ręki, wymyka się w hałaśliwą rzeczywistość. Chciała go uchwycić, ale wyślizgiwał się, jak sen, który zbyt usilnie chciało się zachować w pamięci. Bez szans, musiała pozwolić mu odejść. Po przerwie na lunch będzie miała kolejną sposobność. Kiedy wszyscy znużeni kotletami zasiądą przy komputerach, znowu zapanuje spokój.

Wtedy zobaczyła coś, co nie pasowało.

Czego tu chciał ten facet?

Siedział przy pustym biurku po prawej stronie i ze stoickim spokojem wyjmował z kartonowego pudła pisaki, dokumenty, książki, kubek do kawy i wielkie opakowanie gumy do żucia, deponując wszystko w i na biurku: pisaki do prawej szuflady – nie, jednak do lewej. Do prawej gumę do żucia i komórkę. Kubek z napisem „szeryf” na środek blatu. Potem było już trudniej: Emma przyglądała się, jak tamten próbuje ułożyć bieżące akta według priorytetów. Uśmiechnęła się. Czy ktokolwiek lubił nowe biurko? Nowe zawsze było zbudowane inaczej niż stare.

Tylko czemu on to w ogóle robił?

– Co pan tu robi?

– Urządzam swoje nowe biurko.

– Ale pan jest przecież jednym z ludzi Lutza, zgadza się? – Jak mu było? Schreiner. Fritz. Nie, Felix. Felix Schreiner. Już dawno nie widziała go wśród dochodzeniowców. Minęło parę miesięcy, a może lat? Racja, był na szkoleniu, coś tam obiło jej się o uszy. – Pana biurko jest w przednim budynku. Nie mają już miejsca w wydziale zabójstw?

– Nie słuchała pani przez ostatnie pół godziny? – zdumiał się Schreiner. – Ani słówka z tego, co mówiła Brennemann?

Emma faktycznie niczego nie słyszała.

– Mówiła, że przenoszą mnie do waszego wydziału. Pytała panią, czy wszystko jasne. Przytaknęła pani.

A, rzeczywiście. Przytaknęła?

– Dlaczego przenoszą pana do nas? – Emma poczuła nagłe otępienie, jakby właśnie z trudem obudziła się ze snu.

– Do pomocy w sprawie mumii.

W biurze zrobiło się cicho. Matze odesłał stażystę. Ekspres do kawy przestał gulgotać. Dzwonił jakiś telefon, ale nikt nie odbierał. Brennemann stanęła w drzwiach gabinetu i podparła biodra rękoma.

– Jakich mumii?

– No, tych srebrnych, z placu Lipskiego. Mamy sporządzić profil sprawcy. Czeka na to Lutz… eee… zespół dochodzeniowy. Zaraz zaczynam…

– Pan nie jest z OFA. Pan jest śledczym.

– Owszem, kiedyś byłem. – Dlaczego przemawiał tak powoli, jakby zwracał się do dziecka? – Pani też kiedyś była. Właśnie kończę szkolenie na profilera.

– Nie ma czegoś takiego jak profiler. Tak mówią ciemniaki w telewizji. To się nazywa analiza. Operacyjna analiza sprawy.

– Jak zwał, tak zwał. Ten wydział potrzebuje wsparcia i tym wsparciem jestem ja. A więc: to jest teraz moje biurko. Gdy tylko się rozłożę, powiem, co mi będzie potrzebne, i możemy zaczynać z profilem sprawcy.

Co za żałosna chodząca bezczelność. Młodszy od niej, za to dwa razy bardziej zarozumiały. Zawsze taki był. Kiedy odchodził na szkolenie, miała nadzieję, że go nigdy więcej nie zobaczy. FBI. Przypomniała sobie. Przez parę miesięcy przyglądał się pracy FBI w Stanach, i to było całe szkolenie. I czemu tak zadzierał nosa? Ach, żeby dodać sobie wzrostu. Właściwie nie był wyższy od niej. Mały, agresywny mięśniak. Wyglądał wręcz bawarsko z tymi swoim czarnymi kędziorami i zakutym kwadratowym łbem. Brakowało tylko koszuli w kratkę.

– Niczego mi tu pan nie będzie zaczynał. To jest mój wydział – oznajmiła.

– Dosyć tego – wtrąciła się Brennemann. – Carow, to jest mój wydział. To nadal ja jestem jego naczelnikiem. Schreiner będzie pomagał pani w sprawie EG98. To jest instrukcja odgórna i ja ją popieram. Jeśli nie zdołacie się porozumieć, to ja rozdzielę zadania.

Zdecydowane słowa, donośny głos. Jak zawsze. Brennemann, facet w ciele kobiety. W każdej sytuacji.

– Chciałabym porozmawiać z panią na osobności – powiedziała Emma.

W odpowiedzi Brennemann cofnęła się, żeby Emma mogła przejść obok jej groźnie wydętego brzucha, i zamknęła drzwi gabinetu.

– On tu jest jako zastępstwo ze względu na pani ciążę, tak? – zapytała Emma.

– To również było dyskutowane.

– To stanowisko obiecano mnie. Taka była umowa. On nie jest analitykiem, tylko dochodzeniowcem. Czy on ma stosowne kompetencje? Kompetencje?

– Carow, będę całkiem szczera. Oprócz pani są jeszcze inni kandydaci.

– Sigmar? Odsunęła go pani nawet od prezentacji, bo się jąka.

– Doktor Anstätt to trochę fachidiota. Za bardzo zna się na swojej dziedzinie, a za mało na innych. O pani tego nie mogę powiedzieć, to fakt. Nieukończenie studiów ma czasami swoje plusy. Człowiek nie wynosi swojej dziedziny ponad inne. Co to było, socjologia? – Nie oczekiwała odpowiedzi. – Ale minusy też są, zwłaszcza przy awansie. Wygląda to tak, jakby człowiek niczego nie był w stanie doprowadzić do końca.

Emma mogła się tego spodziewać. Ale się nie spodziewała. Wręcz przeciwnie, myślała, że lata ciężkiej pracy sprawią, że wszyscy o tym zapomną.

Powoli ogarniała ją złość.

– Czy sama pani nie mówiła, że Matze jest o wiele za młody…

– Ale ma podejście do ludzi – przerwała jej Brennemann.

– A co to niby znaczy?

– Może się okazać, że nie wszyscy przypisują pani kompetencje socjalne niezbędne do prowadzenia wydziału.

– Kompetencje socjalne? Jestem tutaj najlepszym analitykiem. Stwierdzano to wiele razy. Kieruję zespołem pod pani nieobecność. Dokonuję prezentacji rezultatów. Czy kiedykolwiek była pani niezadowolona ze sporządzonego profilu? Albo Lutz?

– Nie, nie byłam. Angażuje się pani. Powiedziałabym nawet, że gdyby nie pani nieustępliwość, to cała reszta podchodziłaby do sprawy trochę swobodniej.

Emma usłyszała w jej słowach niewypowiedziane „ale”. Popatrzyła w głąb biura przez przeszkloną ścianę.

– Zaręczono mi, że dostanę to zastępstwo. – Szukała właściwych słów. Nie było to łatwe. Argumentów. Znalazła jeden: – Mówiąc „kompetencje socjalne”, ma pani na myśli to, że jest facetem. Ten Schreiner. Jest tak kompetentny, że może pójść z innymi do burdelu. Może iść z innymi na wódkę. To nie ma nic wspólnego z kompetencją.

Skojarzyła dopiero po paru sekundach, zbyt długo. Bo brakowało jej kompetencji socjalnej.

– Decyzja jeszcze nie zapadła – oświadczyła Brennemann.

– Kiedy?

– Myślę, że za dwa, trzy tygodnie. – Szefowa wydziału poklepała się po brzuchu.

– Co mogę zrobić? Przecież musi coś być.

– Powiem pani, co pani może zrobić, Carow. Może pani współpracować. Może pani być koleżanką. Może pani współzawodniczyć. Tak jak i on. To jest bardzo ambitny człowiek. Będzie walczył. Niech i pani zawalczy. Nikt nie da pani tej posady tylko dlatego, że ma pani cycki. Mnie cycki teżnie pomogły.

Było to kłamstwo, na sto procent. Brennemann dysponowała obfitym „przedsięwzięciem”, teraz jeszcze większym niż kiedykolwiek, tylko nikt nie śmiał prawić jej komplementów, bo każdy się jej bał. Miała też szerokie barki. W sumie była piękną kobietą, ale pod szorstką powłoką. Naturalne ciemnoblond kręcone włosy, splatane z irytacją w gruby warkocz, zawsze niecierpliwa, wiecznie zachrypnięta.

– Więc jednak burdel i wódka.

– Kobieto, gdyby pani wiedziała, czym jest kompetencja socjalna, nie wygadywałaby pani bzdur o burdelach. Mówiłaby pani o koleżeństwie, współpracy i zdolności do pracy w zespole. Przywitałaby pani nowego kolegę, wdrożyła go i obdarzyła szacunkiem, a nie knuła z szefową za jego plecami i zamkniętymi drzwiami.

Brennemann odwróciła się i zapaliła papierosa. Koniec rozmowy. Emma jeszcze raz otworzyła usta, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, usłyszała:

– Tylko niech mi pani nic nie mówi o dziecku. Palę lighty. Superlighty. Albo gówniarz weźmie to na klatę, albo będzie miał ze mną na pieńku. No, do roboty.

Emma odwróciła się do drzwi.

– Ach, i jeszcze jedno. Lutz chce mieć gotowy profil na jutro, najpóźniej o czternastej.

Emma zaśmiała się z niedowierzaniem.

– A czy my w ogóle mamy wystarczające dane?

– Podczas gdy pani spała, ja przydzieliłam zadania. Pani zajmie się analizą sekwencyjną. Lüders przejmie ViCLAS i inne bazy danych, doktor Anstätt przepytania świadków i te jego psychodinksy.

– Wiktymologię – podsunęła Emma.

– À propos kompetencji socjalnej. Niech pani wreszcie przestanie mnie poprawiać, Carow. – Brennemann westchnęła. – Schreiner bierze medycynę sądową.

– Ale ja już zaczęłam z medycyną sądową – zaprotestowała Emma. Było to kłamstwo. – Niech pani da Schreinerowi analizę sekwencyjną, to mniej roboty.

Brennemann otworzyła drzwi i huknęła:

– Schreiner! Bierze pan analizę sekwencyjną.

Emma uśmiechnęła się. Analiza sekwencyjna. Rekonstrukcja przebiegu zbrodni, minuta po minucie. Nie mieli do tego minimum niezbędnych danych. Nowy dostał zadanie niemożliwe do wykonania. Może Brennemann jednak stała po jej stronie. Przynajmniej jedną nogą.

– Narada po przerwie obiadowej – zarządziła jeszcze Brennemann. – O trzynastej. Ja prowadzę. Może się jednak zdarzyć, że będę musiała nagle wyjść. Ciąża, rozumie pani. Kobiety w błogosławionym stanie potrzebują spokoju i tak dalej, i temu podobne. Właściwie już od dawna powinnam być na zwolnieniu. Być może ktoś będzie musiał mnie zastąpić. Może to być pani. Tak spontanicznie. Powiedzmy, kwadrans po. I niech pani nie zapomina: kompetencja socjalna.

4

Kiedy wyszła z gabinetu Brennemann, w Teatrzyku Lalkowym zrobiło się cicho. Chociaż zależy, jak definiować ciszę. Matze wpatrywał się w swój ekran. Pewnie w bazę danych ViCLAS. W jego wielkich odstających uszach tkwiły słuchawki pchełki, płowa głowa z ciemnymi odrostami podrygiwała w takt muzyki. Brzęk słychać było aż tutaj. Siedzący naprzeciwko niego Sigmar zagłębił się w jakiejś grubej publikacji naukowej. Co parę minut chrząkał. Dziwne, jak ktoś, kto tak niewiele mówił, mógł robić tyle hałasu. Nowy, Schreiner, był zajęty najniższą szufladą po prawej stronie biurka. Majstrował przy niej jedną ręką. W drugiej chybotliwie trzymał nad papierami kubek szeryfa. Balansował przy tym na jednym półdupku. Emma widziała w jego oczach pytanie. Nie, nie pytanie. Wiele pytań.

Podeszła do swojego biurka, zebrała stertę akt i ponownie przemaszerowała przed wszystkimi, wychodząc na korytarz.

Przeszła do końca, minęła środkowy budynek, potem długim łącznikiem powędrowała do przedniego budynku. Najwyższe piętro, stołówka. Pusto. Prawie. W kącie pod fikusem siedziało dwoje ludzi z trzynastki – delikty seksualne – plotkując po cichu, zapewne o urlopie. Emma wzięła kawę z automatu. Skinęła głową znudzonej kobiecie za ladą i usiadła w kącie pod historycznym planem Berlina. Tutaj miała spokój. Tutaj mogła czytać.

Nie. Zatrzasnęła akta. Jutro cofnie się myślą do tej chwili i stwierdzi, że to był błąd. Że uciekła. Że bez słowa ustąpiła pola konkurencji. Nie możesz uciekać. Zbyt często w życiu uciekałaś.

Wstała. Zostawiła akta na stoliku. Wróciła do biura.

Wszyscy podnieśli wzrok, przerywając pracę, rozmowy, pisanie na klawiaturze. Emma podeszła do białej tablicy, wytarła ją i napisała: Co tu robi ofiara numer 2?

Z zadowoleniem przyjrzała się swemu dziełu. I dopisała jeszcze: Czy to w ogóle jest prawdziwa ofiara?

To musiało wystarczyć. Dała im impuls do myślenia. Rzuciła coś do przeżuwania. Także Schreinerowi. Niech sobie ładnie myślą.

Z podniesioną głową odwróciła się do wyjścia. Odprowadzili ją wzrokiem.

5

Na protokole z sekcji widniał nagłówek: Wyniki tymczasowego badania medyczno-sądowego. Podpisano: Emmanuel Kottke, dyrektor Instytutu Medycyny Sądowej, klinika Charité. Miejscowość, data. Ofiara 1, ofiara 2 i ofiara 3, uporządkowane chronologicznie według przypuszczalnego czasu zgonu. Wciąż bezimienne, chociaż Lutz wszystkie już zidentyfikował. Najwyraźniej nie miał czasu, żeby przekazać Kottkemu ich nazwiska.

Trzy raporty, po jednym na każde zwłoki. Na samym wierzchu czwarty: podsumowanie, a w nim adnotacja: okoliczność, że wszystkie trzy ciała znaleziono w tym samym miejscu, ułożone w identyczny sposób, wskazuje na zbieg przestępstw.

Masz na myśli serię zabójstw, Kottke, pomyślała. Dlaczego zawsze musisz wszystko wyrażać w tak skomplikowany sposób? Mimo to sięgnęła najpierw po czwarty raport.

Kottke pisał: w dniu dwudziestym czwartym października o godzinie 10.30 do sali obdukcyjnej Instytutu Medycyny Sądowej dostarczono trzy spreparowane w szczególny sposób ciała.

„Spreparowane w szczególny sposób”, to dobre. Zwłoki były owinięte niczym mumie w kilka warstw przemysłowej taśmy klejącej, która całkowicie pokrywała powierzchnię ciała z wyjątkiem partii nosa, uszu i oczu. Usta były zatkane kawałkiem materiału i również zaklejone taśmą. Po stronie pleców wraz z ciałem owinięta była deska z hakiem wbitym do górnej krawędzi.

Emma zanotowała: dlaczego zakleił usta, a zostawił oczy?

Kottke pisał: wszystkie ciała wisiały od dłuższego czasu pod gołym niebem, wskutek czego nastąpił zaawansowany rozkład partii twarzowej. Kości łuku jarzmowego odsłonięte po obu stronach.

Emma przyjrzała się zdjęciom. Kottke nie przesadzał. Z żadnej z twarzy nic nie pozostało. Wyblakłe kości, parę resztek tkanki mięśniowej. Po ustach zostały tylko luźne strzępy skóry. U ofiary 1 i 2 uległy rozkładowi nawet one. W ustach ofiary 3 były jeszcze aktywne larwy.

Kokony wykonane były z kilku, miejscami nawet dziesięciu warstw taśmy przemysłowej, która stanowiła tak stabilną powłokę, że zachowały swój przypominający mumię kształt nawet wtedy, gdy ich zawartość składała się już tylko ze skóry oraz kości. Ofiary nie miały na sobie bielizny, tylko pieluchę dla dorosłych, założoną przypuszczalnie przez sprawcę. Nie było żadnych przedmiotów osobistych, ale – i to było dziwne –przy każdej z ofiar znaleziono portfel. Tylko dlatego w ogóle możliwa była tak szybka identyfikacja.

Emma zanotowała: komórki wyrzucił, a portfeli nie? Dlaczego zostawił ten trop?

I jeszcze coś dziwnego: z uwagi na nietypowo nienaturalną odzież ofiar oraz ze względu na fakt, że w kokonach wraz z ciałami zawinięty był zestaw niepasujących obiektów, puste kokony przekazano do analizy laboratoryjnej celem zabezpieczenia śladów.

Co to znaczy? Upozowana odzież? Jaka odzież miałaby wyglądać naturalnie w przypadku morderstwa? Co to znaczy „niepasujące obiekty”? Kottke, ty kutafonie, mogłeś dać chociaż jakąś wskazówkę.

Zanotowała: analiza laboratoryjna!

Kottke pisał: z uwagi na różne stadia rozkładu zwłok zdołano ustalić, że ofiara 1 zmarła na początku czerwca tego roku, ofiara 2 pod koniec czerwca, a ofiara 3 w połowie września. Ustalenie pozycji plam opadowych nie jest możliwe ze względu na stan tkanek.

Emma zebrała informacje do kupy: przerwa po ofierze 1 –cztery tygodnie. Przerwa po ofierze 2 – dziesięć tygodni. Dlaczego? Ponownie wzięła do ręki zdjęcia. Sala obdukcyjna Instytutu Medycyny Sądowej, oświetlona jak w dzień jarzeniówkami. Trzy połyskujące matowo stoły sekcyjne ze stali szlachetnej. Na nich srebrzyste kokony. No dobrze, obecnie, za sprawą warunków atmosferycznych i gołębi, raczej cynowoszare. Jeszcze jedno zdjęcie: otwarte, rozcięte wzdłuż kokony. Ubranie ofiar przywarło od wewnątrz do powłoki jak wyściółka trumny. Interesujące, że Kottke zdołał zidentyfikować odzież w tym stanie jako nienaturalną.

Ofiara 3 była napuchnięta, w kolorze zielonkawym, z zapadłymi czarnymi plamami, jej tułów był nieforemny jak zapomniany w piekarniku suflet, głowa upstrzona zasuszonymi resztkami mięśni i pozlepianymi włosami. Ofiary 1 i 2 właściwie już prawie nie istniały: kości niemal ogołocone, klatka piersiowa czarna i zasuszona, tylko na nogach gniła jeszcze surowa tkanka. Strzępy skóry i kości pływały w czarnozielonkawej cieczy. Kiedy Kottke rozciął najstarszy kokon, chlusnęło na niego parę litrów rozpuszczonej masy biologicznej, której jeszcze nie pochłonęły bakterie i larwy. Na odwrocie zdjęcia zanotował: zupa z człowieka.

Jesteś i zawsze będziesz żartownisiem, Kottke.

Kottke pisał: u ofiary 3 występują zabliźnienia w okolicach genitaliów, mogące wskazywać na zgwałcenie. U ofiary 1 i 2 oznaki przemocy seksualnej niepewne. Niemożliwe stwierdzenie obecności śladów spermy.

Za to narkotyki: tu następowała długa lista składników chemicznych, zakończona dwoma słowami: flunitrazepam i ketamina.

Emma zanotowała: najpierw flunitrazepam, żeby obezwładnić? Później ketamina: ofiary świadome, ale bezbronne?

To nie wszystko. Kottke pisał: wszystkie ofiary doznały licznych, ale minimalnych złamań żeber. U ofiary 3 występują liczne oznaki stłuczeń i krwiaki przedniej części klatki piersiowej, jednak wszystkie obrażenia mają charakter raczej powierzchniowy. Względna znikomość obrażeń przy jednoczesnej dużej ilości tychże wskazuje na spore prawdopodobieństwo, że uszkodzenia nastąpiły dopiero po owinięciu ofiary w ochronną powłokę. Opisane urazy nie stanowią przyczyny śmierci.

Zawinięto je przed śmiercią? To było niezwykłe. He, stary, pomyślała Emma, przecież oni zmarli, skoro nie na skutek obrażeń, to na co?

Wreszcie – przyczyna zgonu: niewydolność sercowo-krążeniowa przy zaawansowanej dehydratacji.

Kottke, ty żartownisiu, pomyślała Emma, siedzisz sobie i czekasz, aż śledczy przyjdą do ciebie i zapytają, jaka znowu dehydratacja? I wtedy im wyjaśnisz, i będziesz napawał się widokiem, jak bledną i mówią: „o Boże, wisieli w jakiejś piwnicy owinięci w kokony i żyli jeszcze cztery do siedmiu dni, aż zmarli z pragnienia?”.

Emma zapisała: aby popełnić morderstwo przez odwodnienie, trzeba dysponować szczególnie ustronnym miejscem, ponieważ agonia trwa wiele dni. Gdzie nikt nie będzie przeszkadzał przez co najmniej tydzień? Gdzie nie zajrzy właściciel wynajmowanego mieszkania, hydraulik, sąsiad, partner, znajomi, krewni? Piwnica we własnym domu? Domek letniskowy? Myśliwski? Łajba?

Stołówka zapełniła się ludźmi. Sąsiednie stoliki pozajmowano. Emma spojrzała na zegarek. Jeszcze godzina do narady. I tak nie była głodna.

Odłożyła podsumowanie i zajęła się raportami z sekcji ofiar 1 i 3. Położyła je równiutko obok siebie. Wdychała zapach pieczeni rzymskiej w sosie myśliwskim.

Ofiary jak z obrazka. Obie płci żeńskiej, dwadzieścia parę lat, jedna wzrostu metr siedemdziesiąt dwa, o wadze przed rozkładem około sześćdziesięciu, sześćdziesięciu pięciu kilo, druga wzrostu metr sześćdziesiąt osiem, również o idealnej wadze. Ofiara 1: włosy naturalny blond, do ramion. Ofiara 3: brunetka, włosy tlenione, do ramion.

Emma przebiegła wzrokiem listę Kottkego.

Cechy szczególne, ofiara 1: pomalowane paznokcie rąk, skromna obrączka ślubna, złoto próby 333 z brylantem, złoty zegarek na rękę, złote kolczyki.

Ofiara 3: pomalowane paznokcie rąk i nóg, obrączka ślubna z białego złota z grawerunkiem „Julia & Max 4ever”, kolczyki z perłami. Ponadto ofiara miała srebrny kolczyk w pępku i dyskretny tatuaż na lewym obojczyku w kształcie znaku nieskończoności.

Nietypowe obrażenia: pozostałości krwi i naskórka pod paznokciami, pochodzące jednak od samych ofiar. Unieruchomione w kokonie kobiety rozdrapały sobie do krwi uda.

Inne nietypowe cechy: u ofiary 1 blizna po cięciu cesarskim; ofiara 3 miała zszywane krocze. Czyli matki.

To nie wszystko. Emma opuściła kartki.

U ofiary 3 znaleziono pewną osobliwość: w jej kokonie spoczywały delikatne pozostałości szkieletu płodu. Jak nazwać czwartą ofiarę, zbyt małą, by została dostrzeżona przez sprawcę? Ofiara 3,5? Ofiara, która nie musiała cierpieć, ponieważ nie wiedziała jeszcze, że mogłaby żyć? Ofiara, która wybrała niewłaściwą matkę?

6

Emma opuściła stołówkę z siedmiominutowym spóźnieniem. Musiała doczytać do końca raport o ofierze 2.

Z aktami pod pachą mijała właśnie windę, kiedy jej drzwi rozsunęły się i stanął w nich Lutz. Wysiadł, pogrążony w rozmowie ze swym cieniem, Habernicklem. Na widok Emmy uśmiechnął się szeroko.

– No, szczęśliwa? Wreszcie masz co rozgryzać?

Wiedziała, o czym mówił. Miała nową sprawę. Coś, co odciągnie uwagę od prawdziwych problemów, jak mawiała jej terapeutka. Szkoda, że całe życie nie mogło składać się z odciągania uwagi. Jeden Lutz to dostrzegał.

Miał szeroki uśmiech. Wszystko w nim było szerokie: czaszka, bary, łapy i biodra. Brzuszysko jak mięsień. Z rozbawieniem zauważyła, że wciągał je w jej obecności. Jakby to było konieczne. Lutz Bogner, lat sześćdziesiąt, kiedyś szef Emmy, teraz naczelnik LKA 1, wydziału zabójstw z podległymi mu sześcioma komisjami. Osobiście objął kierownictwo nad nowo powołaną do życia grupą śledczą o nazwie „EG98 Leipziger Platz”. Sprawa była tak duża, że oddelegował do niej od razu dwie komisje, MK1 i MK4. Mimo to już jutro chciał dostać od Emmy profil.

To Lutz przekazał sprawę OFA, kiedy stało się jasne, że ofiary nie mają ze sobą nic wspólnego i że musi chodzić o serię zabójstw o nieustalonym motywie. Tylko w takich przypadkach włączano OFA celem uzyskania analizy.

Lutz był także jej przyjacielem, w pewien sposób. Poznalisię na strzelnicy sportowej. Po tym, jak została zgwałcona i przerwała studia, jak wróciła do Berlina, choć jej rodzice już dawno tu nie mieszkali, chciała nauczyć się strzelać. Nigdy się nie zastanawiała nad tym po co. Wiedziała po co. Strzelać nauczył ją Lutz. Ten sport sprawiał, że się uspokajała. Dodawał pewności siebie. Odbierał trochę strachu. Już kilka miesięcy pozapisaniu się do klubu strzeleckiego Emma wiedziała, że powinna trzymać się Lutza.

To on utorował jej drogę w szeregi policji, do LKA, wtedy jeszcze do dochodzeniówki. Dzięki jego wsparciu pomimo przerwanych studiów umożliwiono jej dalsze kształcenie. Została analitykiem. Lutz nie tylko jej pomógł, on przede wszystkim potraktował ją poważnie.

Zdarzyło się raz – a była wtedy w LKA dopiero od pół roku – że miała przesłuchać mężczyznę skazanego wcześniej za gwałt. Tylko w charakterze świadka, nie był nawet podejrzany, nic poważnego, żadnego nagrywania na wideo, żadnego adwokata. Skurwiel nie mógł oderwać wzroku od jej biustu. Zwracał się do niej per ty. Zapytał ją, jak lubi. Od tyłu? Do rozpęku? Lubię nieprzystępne laski, powiedział. Kiedy dochodzą, rozpadają się na milion kawałków. Zaczął sam się dotykać. Jak miała zareagować? Musiała zachować neutralność. I wtedy nagle wszedł Lutz. Mogę pomóc? – zapytał go grzecznie. Może pomogę w pocieraniu? Zdjął kurtkę. Potem koszulę. Niezbyt piękny widok. Owłosiona męska pierś, nie pierwszej młodości. Cycki, blizny. Skurwiel nie wiedział, co powiedzieć. Lutz, jak gdyby nic, usiadł obok Emmy, skrzyżował ręce na piersi. Kontynuowała przesłuchanie. Kiedy

godzinę później bez słowa wyszli z pokoju, wiedziała, że zrobiłaby dla niego wszystko. W końcu miała dosyć dochodzeniówki i poprosiła o przeniesienie do OFA. Był rozczarowany, ale poparł ją i tak. Teraz znajdowała się o krok od przejęcia kierownictwa nad OFA i gdyby nie Lutz, to już dawno poległaby w biurowej polityce, przez ludzi, którzy po prostu niezbyt chętnie przebywali z nią w tym samym pomieszczeniu. Również i to, że zaszła tak daleko, zawdzięczała jemu.

Lutz nie oczekiwał odpowiedzi na swoje retoryczne pytanie. Parę miłych słów jednak byłoby na miejscu. Coś o pogodzie, o weekendzie, może jakiś żarcik? Nie zawsze łatwo jej było z nim rozmawiać. Zwłaszcza gdy nie był sam. Czasem czuła się przy nim dobrze, czasem była zaś tylko skołowana.

– Zapomnij o ofierze 1 i 3 – wypaliła. – Ważna jest ofiara 2. Potrzebuję więcej danych o tej osobie. O wiele więcej. Bez nich nie damy rady.

Ziewnął dyskretnie, zasłaniając usta wielką łapą. Lutz Bogner był mężczyzną starej daty: uważał, że prawdziwy facet nigdy się nie wysypia.

– Zawsze chcesz więcej, niż mamy, Emmo. Więcej czasu, więcej danych. Pracuje nad tym dwudziestu siedmiu ludzi, wnioskowaliśmy o więcej, a tobie za mało rezultatów?

– Jeśli chcesz dostać dobrą analizę…

Lutz nagle jakby stał się mniej uprzejmy.

– Wiesz, co piszą gazety? Nie ty jedna czegoś od nas chcesz, Emmo. Nie potrzebujemy od was rozwiązania całej sprawy, tylko profilu, i to na wczoraj.

Mylił się.

Lutz był dobrym dochodzeniowcem, ale nigdy nie pojmie sposobu myślenia seryjnego zabójcy. Po prostu nie był odpowiednim typem człowieka. Rozumiał morderców, rozumiał ich motywy. Rozumiał ludzi. „Zabójcą najczęściej jest mąż”, mawiał. „Dajcie mi męża, to będę miał święty spokój”. W dziewięćdziesięciu pięciu procentach przypadków miał rację. Ale psychopatów nie rozumiał. Emma owszem. To była jej praca. I jej praca polegała też na tym, by mu powiedzieć, że druga ofiara była ważniejsza niż pozostałe dwie wystrzałowe blondynki. Tylko jak powiedzieć koledze, że się myli, żeby nie zabrzmiało to obraźliwie? Nigdy tego nie potrafiła.

– Potrzebujemy więcej danych o ofierze 2 – powtórzyła. Może odrobinę przekornie.

Habernickel, szef MK1, kompetentny gość, ale przy Lutzu zawsze wyglądający trochę jak lokaj, zmierzył ją badawczym spojrzeniem. Od stóp do głów. Typowe. Drętwy pierdziel z błyszczącą glacą i staroberlińskim wąsem nigdy nie odzywał się więcej niż trzeba.

– Jestem odmiennego zdania – powiedział Lutz. – Ofiara 2 jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ofiara 2 jest przypadkowa, to ktoś, kto za dużo widział i musiał za to zapłacić. To wszystko.

Odwrócił się. Habernickel za nim. Ostatnie słowa Lutz rzucił bez oglądania się za siebie.

– I to samo dotyczy dzisiejszego wieczoru. Nie chcę, żebyś cały czas suszyła mi głowę ofiarą 2.

Dopiero po powrocie do biura zadała sobie pytanie, co miał na myśli, mówiąc „dzisiejszego wieczoru”.

7

– Lutz jest ugotowany – powiedziała Brennemann, kiedy Emma weszła do Teatrzyku Lalkowego i po cichu wśliznęła się na wolne krzesło przy stole konferencyjnym.

– Jest w czarnej dupie – sprostował Matze.

– Ma mnóstwo śladów – ciągnęła Brennemann, unosząc krótko brwi w kierunku Emmy – ale wśród nich nie ma gorącego tropu. Troje zwłok i żadnego świadka. Na tym rusztowaniu tydzień w tydzień pracują dziesiątki robotników. Wymieniają reklamy. Niektórzy z nich pracują na czarno. Nigdy ich nie znajdziemy, nie mówiąc o ich DNA dla celów porównawczych.

– Czy Lutz uważa, że plac Lipski jest miejscem popełnienia zbrodni? – zapytał nowy.

– Nie – odparła ponuro Brennemann. – To definitywnie tylko miejsce znalezienia ciał. Na ogólnodostępnej budowie sprawca raczej nie mógł całymi dniami napawać się agonią swych ofiar.

– Więc ani nie wiemy, gdzie zostały zamordowane, ani w jaki sposób przetransportowano je na plac Lipski?

Milczenie Brennemann wystarczyło za odpowiedź.

– Dziś rano byłem u tych z Tempelhofu – oświadczył Matze. „Ci z Tempelhofu”, tak nazywano techników kryminalistycznych, którzy mieli swą siedzibę przy Tempelhofer Damm i zajmowali się zabezpieczaniem miejsca zbrodni, rozpoznaniem osób, analizą DNA, balistyką, analizą pojazdów. – Siedzą po uszy w stertach roboczych buciorów. Serio, sto, dwieście par, ogromne sterty na każdym stole, robią odciski każdej pary z osobna. Zejdzie im z tym parę tygodni.

– Jedyni dwaj podejrzani zostali ponownie wypuszczeni na wolność – powiedziała Brennemann i obróciła w palcach zapalniczkę. W weekend Lutz kazał zatrzymać dwóch mężczyzn karanych wcześniej za gwałt, którzy użyli do krępowania ofiar taśmy pancernej. Efektywniej byłoby otworzyć książkę telefoniczną i na chybił trafił wycelować w jakieś nazwiska.

– A co z tym? – zapytała Emma. Wyjęła z akt listę stwierdzonych śladów. Był to spis przedmiotów znalezionych na rusztowaniu. Niektóre punkty zakreślono na czerwono:

– kawałki potłuczonych okularów

– lalka z ogoloną głową

– portfel z japońskim prawem jazdy, zdjęciami i 200 jenami (brakowało euro i kart kredytowych)

– 3 czerwone grube świece, wypalone w różnym stopniu

– 8 pustych butelek po piwie (Beck’s, Jever, König Pilsner),5 pustych plastikowych butelek (Coke, Pepsi), 1 pusta butelka po wódce (Smirnoff), 1 pusta butelka po czerwonym winie (bordeaux)

– 3 robocze rękawice antypoślizgowe

– 1 karabińczyk alpinistyczny

– 1 majtki damskie białe, rozmiar 36

– niebieska ścierka kuchenna ze śladami spermy

– szklane oko

– but sportowy męski marki Reebok, rozmiar 44

– Mamy zgłoszenie kradzieży portfela japońskiego turystysprzed dwóch lat. Turysta dawno wrócił do domu – powiedziałaBrennemann, wzruszając ramionami. – But jest znacznie bardziej interesujący, to specjalistyczne obuwie do wspinaczek, nie bucior robola. Lutz rozesłał ludzi po klubach wspinaczkowych. Jedynym naprawdę frapującym śladem jest sperma. Typuję jakiegoś robociarza, który naoglądał się ostrych mamusiek.

– Kuchenne ścierki tego typu są standardowym wyposażeniem każdej restauracji w mieście, dostaniesz je też w każdym sklepie „Wszystko po 99 centów” – uzupełnił Matze.

– No dobrze, a co z tymi niepasującymi obiektami, które Kottke wymienił w raporcie z obdukcji? – Emma popukała palcem w materiały. – Nawet nie są wymienione z nazwy.

– I co to w ogóle znaczy „niepasujące”? – zapytał Sigmar.

– A ubranie było „nienaturalne”? Co to znaczy? – dodał Matze.

– Nie patrzcie się na mnie. – Brennemann uniosła brwi. –Kottke i Lutz chcą, żeby te obiekty były gruntownie przebadane, zanim zostaną nam pokazane. Wyobraźcie sobie, oni wyskubują jakieś gówniane drobinki ze stu metrów taśmy pancernej. Nie mam pojęcia, kiedy skończą.

– Jakieś pomysły, co to może być?

– Niepasujące rzeczy. – Brennemann wzruszyła ramionami. – I niepasujące ubranie. I niepasujące pytania. Musimy pracować na podstawie tego, co mamy, dopóki nie dostaniemy więcej.

Sigmar bez słowa pokręcił głową. Jego kucyk zakołysał się na boki. Matze obracał w dłoniach swój kask rowerowy. Nowy poukładał w wachlarz leżące na stole gazety.

– Coś jednak wiemy. – Brennemann popukała w notes. – Po pierwsze: jak na pojedynczego sprawcę nakłady wysiłku potrzebne do wwindowania zwłok są zbyt duże. W grę wchodzą sprawca główny i współsprawca. Po drugie: przynajmniej jeden z nich jest mężczyzną, co wynika ze wspomnianych nakładów, ale także z selekcji ofiar. Po trzecie: niemal na pewno mamy do czynienia z komponentem seksualnym. Ofiara 3, z tego, co wiemy, została zgwałcona, ofiara 1 prawdopodobnie również. To wszystko?

– No, można powiedzieć trochę więcej – zauważyła Emma. – Mężczyzna, który to wymyślił, jest dumny ze swego dzieła. Widzi w tym wielkie osiągnięcie. Jego czyn wymagał skrajnych nakładów energii i czasu, a on dokonał go trzykrotnie i nie został przyłapany. Uważa się za geniusza, wszechmocnego i nieomylnego. To, co realizuje, to ekstremalnie dopracowana, specyficzna fantazja, którą nosił w sobie przez większą część życia, a nad jej konkretnym urzeczywistnieniem pracował kilka lat. To jest treścią jego życia, wszystko inne blednie wobec tego mistrzowskiego dzieła. I wreszcie je zobaczył świat. Prawdopodobnie tego właśnie chciał od początku.

Upłynęła chwila, zanim ktoś się odezwał. I znów był to nowy, który pakując sobie do ust gumę do żucia, zauważył:

– Brzmi, jakby go pani podziwiała.

– Niech pan sobie zapamięta jedną rzecz: jako analityk nigdy nie spotka pan takiego sprawcy jak ten.

– Najpierw fakty, potem spekulacje – ucięła dyskusję Brennemann. – Lüders, bazy danych.

Matze z westchnieniem wyciągnął spod kasku notatki. Jego palce lekko drżały. Bezpośrednie wywołanie do tablicy przez Brennemann wprawiło go w nerwowość. Był jeszcze bardzo młody jak na tę pracę.

– Hasła były następujące: taśma przemysłowa, rusztowanie, rusztowanie przestrzenne i opuszczone budynki. Przeprowadziliśmy również kwerendę odnośnie do inscenizacji w miejscu znalezienia ciał. Interesowało nas przede wszystkimzawieszenie zwłok. Nie znalazłem jak do tej pory żadnej sprawy, która wykazywałaby jakiekolwiek podobieństwo z bieżącą.

– Co to w ogóle jest ta taśma przemysłowa? – chciała wiedzieć Emma.

– Ma setki nazw. Taśma tekstylna. Lassotape. Taśma montażowa. Taśma pancerna. Pochodzi z czasów drugiej wojny. Jest niesamowicie mocna, wodoszczelna, możesz spokojnie załatać nią wóz pancerny. Bez jaj. Ci z Tempelhofu ustalili, że sprawcy zużyli na każdą z ofiar co najmniej dziesięć rolek. Stosowali taśmę trzech różnych producentów. ViCLAS na hasło „taśma pancerna” wypluła całkiem sporo danych.

ViCLAS: międzynarodowa baza danych dotyczących seryjnych zabójstw, utworzona pierwotnie w Kanadzie, od dłuższego czasu międzynarodowy standard.

– W latach osiemdziesiątych była w Kanadzie pewna sekta, w której dzieci unieruchamiano taśmą pancerną na krzesłach, kiedy przeskrobały coś albo nie zjadły jarzyn. Jeden z synów zamordował ojca, a potem sam odebrał sobie życie. Pewien seryjny zabójca, który zamordował we Francji sześć czy siedem osób, owijał ofiarom głowy taśmą, po czym je odrąbywał.

– Żeby nie musieć patrzeć im w oczy – przytaknął Sigmar.

– Odsiaduje karę – zakończył Matze. – Ale żeby owijać całe ciało? Tego nie ma nigdzie.

– Panie doktorze? – Brennemann zwróciła się do Sigmara.

– W normalnym przypadku powiedziałbym, że owijanie ciała oznacza skruchę – zaczął. – Wielu morderców żałuje swego czynu, chce go w jakiś sposób zrekompensować. Układają zwłoki, jakby spały, myją je, ładnie ubierają, żeby śmierć nie wyglądała tak prze… przera… – zaczął się jąkać.

Felix Schreiner przyszedł mu z pomocą:

– Chujowo.

– Chujowo – skapitulował Sigmar.

– Undoing – powiedział Felix Schreiner.

– Zgadza się.

– Znalazłem tylko jeden przypadek, w którym ofiara została całkowicie opakowana – powiedział Matze. – Tylko że to nie była taśma pancerna, ale gips. W latach sześćdziesiątych, w USA. Kiedy policja zgarnęła gościa, znalazła u niego w domu cztery trupy kobiet. Były przybite gwoździami do podłogi i całkowicie zaszpachlowane gipsem.

– Tu sprawa ma się nieco inaczej – powiedział Sigmar. – Sprawca nie mógł pozbyć się zwłok, ale nie mógł też znieść ich widoku.

– Za to musiał przez cały czas się o nie potykać. – Schreiner, dowcipniś.

– Chyba pomyliłeś to z komedią Dinner for One. – Matze.

– Ach, dawno już tego nie oglądałem. – Schreiner. – Nadal to puszczają w Sylwestra?

– U nas to nie było spontaniczne zrekompensowanie czynu – przerwała im pogawędkę Emma. – To było zaplanowane, to część zbrodni.

– Racja. – Sigmar. – To co innego. Je… je… jeszcze nie mam na to wyjaśnienia.

– No, ale są jeszcze praktyczne względy przemawiające za owinięciem ofiar – powiedział nowy. – Pozbycie się śladów.

– Przepraszam bardzo – zaprotestowała Emma. – Gdyby koleś chciał pozbyć się śladów, to zakopałby ciała w lesie.

– Sperma. Ciało absorbuje resztki spermy najpóźniej pięćdni po zgwałceniu. Ale tylko wtedy, gdy ciało żyje. Jeśli sprawca zgwałcił ofiarę bez kondomu, to musiał odczekać pięć dni, żeby jego DNA przestało istnieć. W ciągu tych pięciu dni musiał oprzeć się pokusie dokonania ponownego czynu nierządnego. Więc je owinął taśmą.

– A zawieszenie? – zapytała Brennemann.

– To, w rzeczy samej, jest osobliwe. – Sigmar pokręcił głową. – Zawieszenie ciała jest niezmiernie trudne.

– A co dopiero zwłok. To jak tango z mokrym workiem – oznajmiła sucho Brennemann i dodała: – Wiem, co mówię. –Nikt nie drążył dalej. – Jakieś skojarzenia?

– Rzeźnicy wieszają tusze wołowe po uboju na pięć dni – powiedział Schreiner. – Dopiero wtedy mięso smakuje. To się nazywa „dojrzewanie”.

– Dlatego nie jadam czegoś takiego – wzdrygnął się Matze.

– Też znam jednego wegetarianina. – Schreiner. – Adolf Hitler mu było.

Matze wzruszył ramionami.

– Jestem weganinem.

Sigmar przeglądał leżące na stole gazety.

– Sprawcę już ochrzcili mordercą mu… mumii.

– Gąsiorek – rzuciła Emma. Wpatrywała się w stronę „Tagesspiegel”, na której widniał rysunek ptaka. Obok artykułu o potrójnym morderstwie.

– Słucham?

– Taki ptak. Mały sadystyczny skurwysyn. Nadziewa ofiary na drut kolczasty albo na ciernie i każe im tak wisieć.

Matze już guglował. Kiedy miał zdjęcie, obrócił monitor, tak aby wszyscy mogli je zobaczyć.

– Tak wygląda. W średniowieczu gąsiorki prawie zostały wytępione, jak tu piszą, uważano je za stworzenia szatana. Dziś to gatunek zagrożony.

– Wygląda, jakby miał maskę Zorro – zaśmiał się nowy.

Ten śmiech. Dlaczego tak bardzo działał jej na nerwy? W gruncie rzeczy Emma dobrze się czuła w Teatrzyku. To była prawie najlepsza rzecz w jej życiu, zaraz po siedzeniu w samotności. Znała tych ludzi. Wiedziała, że gdyby teraz przeszła obok biurka Matzego, poczułaby zapach świeżej kawy. Wiedziała, że kiedy czuł się niepewnie, bębnił palcami po biurku. Mimo to go respektowała. Wiedziała o małej farmie szczurów u Sigmara w domu i o prowadzonych przez niego badaniach behawioralnych, i nie wzbudzało to w niej szczególnego wstrętu. Wyraźnie wyczuwała iskrzenie synapsy w umysłach ludzi wokół, kiedy pojawiała się nowa sprawa. Tak, lubiła to. Tylko ten Schreiner. On jeden tu przeszkadzał.

– A jest jakiś powód, dla którego zawiesza w ten sposób swoje ofiary? – zapytał.

– Bo jest opętany przez diabła? – Brennemann zaczęła tracić cierpliwość. – Serio, interesuje mnie tylko to, dlaczego robi to nasz sprawca.

Emma odłożyła gazetę.

– Chwileczkę, to jest całkiem dobre pytanie – przyznała niechętnie. – Tu jest pewna zbieżność z zasadą dojrzewania mięsa. Z jednej strony mamy funkcję magazynowania zapasów. Z drugiej strony dzięki swym praktykom gąsiorek może żywić się jadowitymi owadami. Po prostu czeka, aż jad się zneutralizuje i owad stanie się niegroźny. To ptak myślący perspektywicznie. Jego łacińska nazwa to lanius, czyli rzeźnik. Rzeźnik, który gromadzi ofiary, zanim je pożre.

Zrobiło się cicho. Emma wiedziała, o czym myślą.

– To gromadzenie, dokładnie to robi nasz sprawca. Trzy ofiary w jednym miejscu. On ich nie zostawia, on je ko… ko… kolekcjonuje.

Brennemann zwróciła się do Emmy.

– Sądzi pani, że ofiar jest więcej?

Emma wzruszyła ramionami.

– Sprawca na pewno ma jakiś plan. Większość morderców planuje tylko jedno zabójstwo: to kolejne. Nasz sprawca najwyraźniej myśli z większym rozmachem.

– Jak większym? – zapytał w ciszy Matze.

Nikt nie odpowiedział.

– Kolejna rzadkość – skonstatowała Brennemann. – Morderstwo przez zagłodzenie. Albo wysuszenie. Panie doktorze?

– Zagłodzenie to właściwie broń kobieca, podobnie jak trucizna – powiedział Sigmar. – Czyn niekonfrontatywny. Pasywny, nie aktywny. To matki zwykle uśmiercają swoje dzieci przez zagłodzenie. Ma to swoje zalety: kobieta może łatwiej wyprzeć fakt bycia morderczynią. Dziecko umiera w pewien sposób samo.

– Mieliśmy już coś takiego. – Emma. – Owija się zwłoki, żeby ich nie oglądać; głodzi się ofiarę, żeby nie musieć samemu przykładać ręki. Zupełnie jakby morderca nie chciał być mordercą.

– Dokładnie – zgodził się Sigmar. – Pamiętajmy tylko, ile trudu zadał sobie sprawca. Jak wysoko się wspiął. Mógł przecież umiejscowić zwłoki na najniższych drążkach, ale dla niego istotne było, żeby wisiały wysoko, jak najbliżej nieba. Nie wykluczam tu komponentu religijno-rytualnego, czegoś w rodzaju ofiary złożonej… istocie wyższej.

– Kozioł ofiarny – myślała głośno Emma. – Ktoś zgrzeszył, ktoś żałuje za grzech, ktoś chce złożyć ofiarę Bogu, zastępczą ofiarę, więc niech ta ofiara odpowie przed Bogiem, nie sprawca.

To było celne. Teatrzyk pogrążył się w myśleniu.

– Nie – zaprzeczyła Brennemann. – To zmierza w błędnym kierunku. Tu nie ma symboliki religijnej. Kto wysyła paczkę do Boga, adresuje ją. Modlitwa, krzyż, pentagram.

– Są sprawcy, którzy mumifikują swoje ofiary – zauważył Sigmar. – To może mieć rozmaite przyczyny. Na przykład wie… wieczne…

– Nie w tym przypadku – ucięła Brennemann. – Mumifikacja wymaga przewiewu powietrza, ciało musi wyschnąć. Tutaj za pomocą grubej taśmy zachowano wodę w ciele. Widzieliście zdjęcia? To przeciwieństwo mumifikacji.

– Jednego nie rozumiem – zastanawiał się Matze. – Skoro zainscenizowanie zwłok było dla niego takie istotne, to równie dobrze mógł zainscenizować ofiary zasztyletowane albo zastrzelone. Byłoby prościej. Po co kazać im umierać z pragnienia przez wiele dni?

– To mi się cały czas kojarzy z feedersami – rzuciła Emma.

– Z czym?

– Feedersi. Dokarmiacze. To też przykład kogoś, kto zabija, ale wmawia sobie przy tym, że nie robi niczego złego. Feedersi to faceci, którzy uwielbiają tłuszcz, otyłe kobiety. Ekstremalnie otyłe kobiety. Kręci ich przyglądanie się, jak jedzą. Ich karmienie. Uwielbiają, jak jedzenie znika w ich ustach, pakują je w nie łychami, kochają to, aż w końcu kobieta jest zbyt gruba, żeby samodzielnie wstać z łóżka.

– To jest dewiacja ponadprzeciętnie agresywna. – Sigmar. – Polega na całkowitym uzależnieniu kobiety od siebie. W którymś momencie ona przypłaca to zdrowiem. Właściwie to jest powolne zabijanie, ale oni wyobrażają sobie, że tylko odżywiają swoje kobiety. Z jednej strony zaspokajają swój męski instynkt chronienia kobiety, z drugiej zaś ją zabijają.

– A laski ich ubóstwiają. – Schreiner wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Ja na zdjęciach Kottkego nie widzę żadnych otyłych kobiet. – Brennemann lekko pozieleniała na twarzy.

– Zastanawiam się, czy nie jest dokładnie na odwrót. – Emma. – On nie musi być feedersem, wystarczy, że ma zaburzony stosunek do jedzenia. Ci ludzie są tym owładnięci do tego stopnia, że to się przeradza w psychozę.

– W dzisiejszych czasach każdy ma jakieś zaburzenia z jedzeniem. – Brennemann złożyła ręce na brzuchu w typowym dla ciężarnych geście.

– Może musiał głodować w dzieciństwie…

– Niewykluczone – podchwycił nowy. – To by wyjaśniało robienie zapasów z ofiar. Owija je, czeka, aż staną się kompletnie bezradne i zdane na jego łaskę. U siebie w pokoju. W jadalni. Potem je z nimi śniadanie. Ogląda telewizję, czyta im na głos gazety, ze smakiem spożywa kolację, świece, kotlet, smażone ziemniaczki, smaczne, chrupiące, albo przynosi do domu śmieciowe jedzenie, hamburgera, pizzę, kebaba, aromaty jak nie wiem co, a głodująca kobieta skręca się w tym swoim kokonie. Do tego dobre wino. Zimne piwo. Każdego pieprzonego dnia. Ofiara skamle i wije się, głoduje, ma halucynacje z pragnienia, a on ze stoickim spokojem zajada i opowiada jej o swoim trudnym dzieciństwie, aż w końcu ona zaczyna śmierdzieć. Wtedy idzie powiesić ją gdzieś w miejscu publicznym, żeby cały świat dowiedział się, co zrobił.

Zapanowało milczenie.

W końcu odezwała się Brennemann:

– No więc, chłopcze, z ciebie to naprawdę jest chory człowiek. Serio. Gratuluję.

Nawet Emma była pod wrażeniem. Rozzłościło ją to. Poza tym była głodna.

– À propos zbyt długiego tkwienia w miejscu, w którym nie chce się tkwić – ciągnęła Brennemann. – Muszę