Kokainetki życia - Monika Ćwikła - ebook
Opis

Aron, trzydziestolatek mieszkający w jednym z dużych miast w Polsce, stopniowo zaczyna mieć dość absurdów tego kraju: nieudolnego rządu, biedy, malkontenctwa. Swoje frustracje rozładowuje, bawiąc się, pijąc i sypiając z przygodnie napotkanymi kobietami. Jednak znużony codzienną gnuśnością i żywotem „niedzielnego” hedonisty, postanawia zrzucić z siebie smycz bankowej korporacji, aby wybudzić się z letargu. Pod wpływem fascynacji młodą i piękną blondynką zaplątuje się w rewolucję w swoim kraju. Z powodu wewnętrznego rozdarcia długo zwleka z decyzją o emigracji do Anglii, ale w ostateczności wygrywa jego „zdrowy rozsądek” i decyduje się na wyjazd. Po wielu niepowodzeniach obala mit zadowolonego emigranta i wraca do Polski, aby stanąć na czele buntu przeciwko władzy i własnym słabościom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

 

 

 

 

 

 

Początkowo chciałem napisać poradnik życia dla nowonarodzonych kokainetek – sprawnie i klarownie opisać sytuacje, z którymi mogą się spotkać w życiu; przestrzec przed błędami, których pewnie i tak nie ominą, i wreszcie opowiedzieć, jak „nauczyć się żyć”. Jednak z tego zrezygnowałem. Poradnik nie zawiera w sobie emocji. I chociaż mieści w sobie proste i jasne rady, dzięki którym życie może stać się łatwiejsze, ma nieco zbyt mdły przekaz. Dlatego właśnie oddaję w Twoje ręce swój pamiętnik, początkowo kształtowany na wzór poradnika. Postaram się wyrazić jasno. Kierując się własnym doświadczeniem, czarno na białym napisać, co warto, a czego nie warto „robić”. Jednocześnie otrzymasz spisaną na papierze moją historię, która sprawiła, że stałem się w końcu człowiekiem, a nie częścią szarej masy bezimiennego tłumu. Może to Cię bardziej przekona niż suche rady zawarte w poradniku. Połączenie to miało na celu korelację pragmatyzmu i uczuć – podobnie jak w życiu. Dla wielu będzie to absurdalne i bezowocne przedsięwzięcie. Ja jednak spróbuję, bo wiedziony doświadczeniem wiem, że niemożliwe niekiedy staje się możliwe. Życie nauczyło mnie też, by na przyjacielskie „dobre rady”, te dobrze znane frazy: „Daj sobie z tym spokój”, „To się nie uda” czy też „Ja bym tak nie zrobił, ale nie chcę cię zniechęcać, to twoja decyzja” – reagować z dystansem i nade wszystko myśleć samodzielnie. Decydować o swoim życiu – bez spełniania czyichś oczekiwań i grzęźnięcia w mentalnej papce ostrożności. Dlatego sam napiszę tych parę „dobrych rad”. Tak… żeby żyło się lepiej. Najważniejsze, co masz wbić sobie do głowy i powtarzać przez całe życie, to: „Niech życie będzie kokainą, uzależnij się od niego, od tego wszystkiego, co ono ze sobą niesie, i biegnij”.

Kiedy już rozpoczniesz proces wspinaczki po drabinie refleksji, zaczniesz uczyć się abstrakcyjnego myślenia. Będziesz mieć wtedy trzy, może cztery lata. I już do końca twego żywota będziesz postrzegać i analizować świat. Z czasem może stać się to Twoim przekleństwem – gdy twoje zmysły okażą się nadwrażliwe na doznania, a umysł zbyt chłonny. Przeniknie każdą płaszczyznę twojego życia – żadna skrajność nie jest dobra, ale każda przynosi nieprzeciętne rezultaty, no, przynajmniej prowadzi do niekonwencjonalnych odkryć. Kiedy wkroczysz w proces zapamiętywania, będzie już tylko gorzej, każda z niewygodnych sytuacji zakodowanych w twojej podświadomości będzie pozbawiać cię spokoju. Poczucie lęku i zagrożenia cię nie ominie – będzie ono wpisane w Twoje życie. Począwszy od lat szkolnych, aż po starość, wciąż będziesz ociekać strachem – czy to za sprawą swojej wyobraźni czy niewygodnej rzeczywistości, która nie do końca będzie spełnieniem twoich snów. Nie opuści cię poczucie zagrożenia, lęk przed konsekwencjami, własnymi przyzwyczajeniami, niedomówieniami, oceną, brakiem wpływu, własnym zagubieniem. Z czasem zagrożeniem staną się także refleksyjne powiązania z innymi gośćmi tego globu, ale to już nazwiemy bezradnością – która wcale nie mniej wkurza niż sama frustracja, ale przynajmniej możesz się pocieszyć faktem, że nie masz na nią żadnego wpływu. A to już spowoduje, że uśmiech pojawi się na Twej twarzy. I uwierz mi, kiedy zaczniesz samodzielnie opłacać rachunki – będzie to już bardzo wiele.

Dlatego, moja kochana Kokainetko, korzystaj z tego przywileju! Ironia może być pomocna w przetrwaniu owego dziwnego korowodu myśli i działań. Drwij, ile wlezie – z siebie, z innych, z życia, z miejsc, byle nie z uczuć, wyznania czy poglądów… No, przynajmniej nie prosto w twarz. Ranienie innych jest dość nieprzyjemne – zazwyczaj los się na tobie odegra, a i samopoczucie będzie później kiepskie. Kiedy zrobisz sobie rachunek zysków i strat, okaże się, że to dość nieopłacalne przedsięwzięcie. A co do poczucia zagrożenia i stresu – naucz się z tym żyć. Stres został już na trwale wpisany w czasy ponowoczesne, trudno dziś go nie odczuwać, nawet najmniejsze czynności wywołują niepokój. Dlatego nie sposób od niego uciec. Najlepiej zaakceptować stres jako nieodłączny element naszego życia, lecz jednocześnie starać się rozładowywać napięcie i nade wszystko zawsze zachowywać rozsądek. Jeśli przyzwyczaimy się do stresu, będziemy odporniejsi na jego natężenie i zyskamy dodatkowy atut – opanowanie w najbardziej niepokojących sytuacjach. Wówczas zachowamy spokój.

Poczucie niespełnienia też zaakceptuj. Można przywyknąć do rozczarowania, ale nie do jego rodzaju, kiedy zawiodą nas ludzie, z którymi później ciągną się różnorakie relacje, tylko dlatego, że poczucie osamotnienia jest silniejsze niż same uczucia – zazwyczaj nie przynosi to większych korzyści, a raczej działa demotywująco i nie pozwala podjąć innych działań. Dziać się – to domena kokainetek życia, tych pasjonatek ludzkiej egzystencji. Działania zawsze przynoszą rezultaty, a skropione wytrwałością mogą nawet spełnić nasze oczekiwania – choć nie zawsze, nie ma tutaj żadnej reguły. Kiedy będziesz jeszcze chodzić do szkoły, młoda Kokainetko, wydawać Ci się będzie, że wszystko jest możliwe, a co więcej – że ciężka praca połączona z ambicjami i inteligencją powinna spotkać się ze sprawiedliwym traktowaniem. Najlepiej od razu usuń ze swojego słownika wyrazy „powinno się” i „sprawiedliwość”. Tak naprawdę świat nie istnieje po to, aby spełniać twoje marzenia, nie ma pomóc ci w osiągnięciu celów. Jest wręcz przeciwnie. Ale tutaj na pocieszenie cisną się nam ludzie i cały związany z nimi ambaras. To już jazda bez trzymanki, znajdziesz w tych specyficznych istotach wszystko, co jesteś w stanie sobie wyobrazić – a nawet więcej. Od wielkich heroicznych czynów, dzięki którym zaczniesz wierzyć w ludzkość, aż po podłości i plugastwa, od których nabierzesz ochoty, by strzelić sobie w głowę, a w najlepszym przypadku, by zrzygać się im na twarz. To cię nie ominie. No, chyba że nie będziesz żyć naprawdę. Legenda głosi, że istnieją osoby, które nigdy przez nikogo nie płakały, może jedynie ze wzruszenia. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym w to wierzyć.

Ludzie to istna finezja! Znajdziesz w nich wszystko, na co czekasz, albo to, czego oczekuje twój psychoterapeuta. Każdy może zadać ci cios, każdy może powalić cię na kolana, każdy może obdarzyć cię nadzieją, a inny ją odebrać. To są właśnie konsekwencje życia w społeczeństwie. Jesteśmy istotami społecznymi, od ludzi nie da się uciec. Jesteśmy determinowani przez państwo do odgrywania określonych ról, do wykucia na swych twarzach min wytrwałych cierpiętników przystosowanych do wymagań systemu. Każde państwo ma reguły, które zobowiązałeś się przestrzegać w zamian za możliwość życia w społeczeństwie. Niejednokrotnie system Cię przerośnie – bezustanne, monotonne czynności, bez których nie będziesz w stanie żyć, takie jak praca, staną się przekleństwem. Codziennie powtarzane zdania wbite w scenariusz Twojego życia będą zabijać Cię od środka. Pobudka rano, profesja, z której w najlepszym przypadku nie jesteś do końca zadowolona, a najczęściej zwyczajnie jej nienawidzisz. Szef, który uważa się za kogoś lepszego od Ciebie, bo co miesiąc włada Twoim losem. Wszystko to naprawdę da Ci w kość. Ciągłe obowiązki w domu czy w pracy, a Ty nie będziesz mieć czasu albo pieniędzy, żeby od tego wszystkiego uciec. Państwo ze swoją świtą, ludźmi piastującymi wysokie stanowiska, tymi nuworyszami o narcystycznych osobowościach, którzy nie zawsze zaskakują swoją inteligencją czy klasą, nieustannie będą Ci odbierać godność. Stanie się to normą, z czasem nawet nakazem wydanym przez Twoją obojętność. Obdzieranie z godności w społeczeństwie, nawet wśród tych „równych”, będzie rutyną. Spotkana osoba, z którą nigdy potem nie zamienisz nawet zdania i która nijak ma się do osądzania Cię – ze względu na swój brak kompetencji czy nawet zwyczajną infantylność – będzie wydawać najboleśniejsze wyroki dla Twojej osobowości czy inteligencji. Te prostackie będą bolały najbardziej – pamiętaj o tym. Nie daj Boże rzucane w Twoją stronę, i to w obecności innych, pomimo Twoich nonkonformistycznych skłonności i tak utkwią Ci na dłużej w pamięci niż wspomnienie orgazmu po niesamowitym rżnięciu. Zazwyczaj tak się już dzieje, że bardziej pamiętamy rzeczy niewygodne niż te miłe. Tym się nie przejmuj, będzie boleć. Życie bez cierpienia byłoby martwe. Tak jak i bez miłości. Skrapiaj chwile jak najczęściej emocjami, a najlepiej uczuciami. Jedynie poskładane emocje mogą dać papkę uczuć – tych wyższych doznań naszego uduchowienia.

W chaosie myśli, słów, działań – tych nieprzemyślanych też – racji swoich i innych, przekonań, decyzji, manipulacji, wzruszeń, porażek, ciosów zadanych przez akty odzierania Cię z godności, uniesień, najważniejsze jest, żeby Twoja osobowość z czasem nie stała się produktem czyichś frustracji. Nieposkładane myśli, które mogłyby być wynikiem czyjegoś prostactwa uczuciowego, to przejaw tłumienia indywidualizmu. Żaden kat psychiczny nie może stać się silniejszy od Twojego ego, jeśli pozwolisz na jego wyższość, zatracisz się szybciej niż zakompleksiona prostytutka uzależniona od narkotyków i seksu. Ty masz najsprawniej i najrozsądniej kierować swoim życiem. Nikt nie poniesie współodpowiedzialności za Twoje decyzje czy działania, nawet się nie łudź. Często sterowana przez rząd szkoła chce wytresować sobie dobrych przyszłych pracowników, którzy będą później skomleć o każdą pochwałę. Uznanie będzie dla nich tak ważne, będą tak dobrze manipulowanymi marionetkami mentalnymi, że nawet nie przyjdzie im do głowy samodzielne myślenie, a nie daj Boże działanie. Najlepiej się nie wychylać, służalczo wykonywać polecenia i się nie odzywać – cieszyć się, że ma się w ogóle pracę przy tak wysokim bezrobociu. Często będą cię też hamować inne wytwory państwowości, bo indywidualne myślenie jest państwu nie na rękę. Bunt wobec systemu nigdy nie przyniósł nic dobrego żadnej ze stron. Jednak świadomość bycia sterowanym może przyczynić się do samodzielnego myślenia, a w konsekwencji do wytworzenia kreatywności, która daje już duże pole manewru. Szkoła nie nauczy Cię żyć. Przez pierwsze dziewiętnaście lat będziesz pod złudnym kloszem bezpieczeństwa, które oferują Ci państwo i rodzina w zamian za oddanie i pokorę. Jest przecież świetnie działająca policja, która zawsze służy pomocą i wcale nie chce na każdym kroku okazywać swej wyższości wobec zwykłych obywateli. Działaj według naszych zasad, które są przecież idealne, a nic ci się nie stanie. Nieraz w dość dosadny sposób państwo pokaże Ci, że z nim się nie zadziera. Potem ku przestrodze innym pokaże, co się dzieje z takimi buntownikami. Bez naszej opieki najczęściej stają się oni alkoholikami, narkomanami, a w najlepszym wypadku bezdomnymi, jednak jest to margines, którym nie warto się przejmować. Aby ukazać naszą ludzką twarz, zorganizujemy parę teatrzyków – ośrodki dofinansowane przez podatników, jakieś akcje profilaktyczne, kilka wystąpień policjantów, którzy opiszą zgubne skutki zażywania narkotyków, nadużywania alkoholu, no i oczywiście jakichkolwiek przejawów nierządu. Podkreślimy rzecz jasna istotę demokracji, masz wybór – możesz zdecydować samodzielnie, jak żyć, chociaż dobrą radę Ci damy: lepiej trzymaj się nas, wtedy nie zginiesz. Na pewno będziesz bezpieczny i szczęśliwy. Nie da się wygrać z państwem, jego zasadami, koniecznością wypełniania obowiązków obywatelskich. W końcu jesteśmy istotami społecznymi – musimy żyć w społeczeństwie, aby poddawać się procesowi socjalizacji i rozwijać naszą inteligencję emocjonalną i etyczną; do tego potrzebni są ludzie. Jednakże lepiej być świadomą marionetką w rękach państwa, niż bezmyślnie wykonywać polecenia, stając się trybikiem w tej wielkiej machinie. Warto pamiętać, że dla rządu jesteśmy tylko plasteliną, z której łatwo ulepić nieświadomą bryłę. No i oczywiście chlebem. Dla nich każdy z osobna nic nie znaczy, lecz wszyscy znaczą już wiele. Ludzie są ich pokarmem, wcale nietanim, jakim żywi się każdy poseł czy inny aktor obwiązany sznurem państwowości poprzez urząd, który piastuje. Jesteśmy tanią siłą roboczą, a blisko czterdzieści milionów par rączek może wypracować całkiem spore wynagrodzenie dla czterystu odpowiedzialnych za tak świetnie działającą służbę zdrowia, szkolnictwo, które nie uczy nawet życia (nie edukuje na temat moralności, inteligencji emocjonalnej, psychologii; nie uczy umiejętności przydatnych w codziennym życiu – wiedzy finansowej, samodzielnego i abstrakcyjnego myślenia, kreatywności, odpowiedzialności czy człowieczeństwa), stan dróg czy ożywioną gospodarkę dającą tak wielkie możliwości tak wielu otwartym umysłom. Podobnie rodzina, która pokazuje najwłaściwszy model życia, uczy najlepszego systemu wartości, no i sposobu myślenia, dzięki któremu można mądrze żyć. Zapomniałbym: dodatkowo dokona wszystkich Twoich wyborów – bezpośrednio albo pośrednio. Wierz mi, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Przyjmujmy pomoc, dobre rady, miejmy na uwadze czyjeś doświadczenie, ale pamiętajmy też, że to my kierujemy swoim życiem i to my będziemy wplątani we własne wybory już do jego końca – nikt inny, tylko my. Dlatego w tym procesie społecznej aktywacji tak ważna jest samoświadomość i jednoczesny bunt wobec absurdu. Poddaństwo w jakiejkolwiek formie nie może łączyć się z intelektualną niezależnością, a każda domieszka perswazji powoduje uległość wobec własnych przemyśleń. Nie pozwala na oddanie się swoim przekonaniom i gruntownemu zhierarchizowaniu własnych wartości. Wiele mówi się o przekonaniach czy wartościach własnych, niestety zazwyczaj nie analizujemy znaczeń tych słów i niekoniecznie trafnie wplatamy je w swoje prawdziwe dążenia i refleksyjne cele. Przekonania to sposób naszego myślenia, coś, co pcha nas do przodu. To coś, za czym podążamy i w co jednocześnie wierzymy. Nie zawsze przekonania idą w parze z działaniem. Przekonania są subiektywne, nie muszą być prawdziwe, ale są prawdą dla nas samych. Pozwalają na kreowanie innej rzeczywistości w naszym umyśle, stwarzają odpowiednią możliwość na funkcjonowanie w świecie realnym. Każdy ma własne poglądy, które buduje wraz z nowymi doświadczeniami, przeżyciami, refleksjami. Nie są one czymś stałym, z biegiem lat mogą ulec pewnym modyfikacjom bądź też diametralnie się zmienić. Nasze egzystencjalne wierzenia mogą z czasem nabierać innych kształtów za sprawą spotykanych ludzi, doświadczeń, przeżyć. Można więc powiedzieć, że przekonania w zasadzie wskazują drogę, którą podążamy w swwoim życiu. To cel, który prowadzi nas do spełnienia, to część nas. Właściwie nie da się żyć bez własnego sposobu myślenia. Przecież bezrefleksyjne strzelaniny obrazami we własnej wyobraźni nie są sposobem myślenia. To „automatyczna bieganina myśli” bez zadumy, bez poszukiwania sensu czy skupienia – dzieje się i nie ma żadnego znaczenia dla naszego jestestwa. To istnienie nieświadome, bez kontroli nad własnym życiem – „gdzie los rzucił, tam jestem” – gdzie percepcję utrudnia konformizm i zmęczenie rutyną. Doświadczenia, rozmowy, przeczytane teksty, zakodowane obrazy w naszej wyobraźni, wszelkie sytuacje – te graniczne czy te zwyczajne, codzienne – kształtują sposób naszego myślenia, wpływają na naszą percepcję świata. To, jak postrzegamy świat innych, kształtuje naszą osobowość, wpływa na nasze życie oraz to, jak naprawdę radzimy sobie sami ze sobą w kontekście życia w społeczeństwie. Nie możemy ot tak zostawić w tyle naszych przekonań, części nas samych i brnąć w to bezrefleksyjne bagno konsumpcjonizmu. Gdybyśmy byli tylko materialnymi hienami zaspokajającymi się kolejnymi błyskotkami ponowoczesności, stalibyśmy się bezdusznymi oprawcami własnej wrażliwości. Chodzi mi tutaj wręcz o sokratejskie „doskonalenie samego siebie”, rozwijanie się, otwieranie swojego umysłu na nowe możliwości, nowych ludzi, nowe poglądy, wyciąganie wniosków z bycia człowiekiem i poprawianie swoich błędów, wnoszenie ciągłych poprawek w swoje jestestwo, dążenie do doskonałości. Wnikanie w swoje słabości, zastanawianie się nad sobą, nad swoimi dążeniami, dobrymi czy złymi stronami, nad sobą jako człowiekiem. Przedstawianie siebie jako istoty wrażliwej, liczącej się z odczuciami, zdaniem, a nawet uczuciami innych biesiadników tego świata – choćby miała to być zwyczajna życzliwość. Gdyby budować państwo na fundamencie samej tylko życzliwości, istoty społeczne mogłyby później oczekiwać wobec siebie człowieczeństwa. Wtedy w zwyczajnym uśmiechu nie doszukiwalibyśmy się arogancji, ironii, pogardy czy drugiego dna, ale oczywistej dla nas sympatii lub przejawu czyjegoś dobrego samopoczucia. Nie zapominajmy jednak, że nie każdy człowiek jest zdolny do życzliwości, gros osób to po prostu bydlaki wyssane z uczuć, za to pełne egoistycznych pobudek – i chodzi nie o inteligencki egocentryzm, ale o zwyczajne moralne kurewstwo. Ilu z nas aż dławi się niepowodzeniami innych ludzi, nasycając się metafizycznymi łzami cierpiących, drwi z ich wrażliwości, wyśmiewając naiwność, a jednocześnie krzyczy o poklask dla swojej „silnej osobowości”. Na ludzi kreujących się na twarde istoty niczym na nadludzi trzeba zawsze uważać – to takie bezmyślne, nieświadome marionetki własnej emocjonalności i niezaradności, czujące swoją siłę jedynie w grupie. Bezczelność i zarozumiałość są ich orężem w bitwie na siłę charakteru. Nie zawsze krzyk czy pyszałkowatość zakamuflowana w skrajnie krystalicznej składni z domieszką inteligenckich sloganów świadczy o prawdziwej inteligencji czy zasadnej pewności siebie. Zazwyczaj to tylko zlęknione manekiny, które są sterowane przez własne obawy, wstręty, kompleksy, a w najlepszym razie przez traumatyczne przeżycia. Takimi ludźmi nie warto nawet zawracać sobie głowy, jakakolwiek dłuższa bądź dogłębna polemika nie przyniesie nic innego jak irytację i zniesmaczenie kondycją umysłową ludzkości. Zazwyczaj swoją niską samoocenę podwyższają, poniżając innych. Mówią o ich słabościach lub niedoskonałościach w sposób nad wyraz dosadny i przekoloryzowany – to dla nich najlepszy sposób na połechtanie swego ego, „docenienie siebie”. Często będziesz, moja droga Kokainetko, napotykać na swej drodze takie sfrustrowane, przemęczone sobą istoty. Najlepszym sposobem radzenia sobie z nimi jest po prostu duży dystans i wielka cierpliwość połączona z chłodem umysłu. Opanowanie to znakomite rozwiązanie na zaspokojenie wewnętrznej potrzeby poczucia sprawiedliwości w świecie. Na samą sprawiedliwość nie ma co liczyć. Zdarza się, że doświadczysz tego rzadkiego stanu, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Sprawiedliwość to przypadek, nie reguła. Ona nie jest, czasem tylko bywa. Dlatego nie oczekuj sprawiedliwości, lepiej daj się nią czasem zaskoczyć. To zdecydowanie milsze uczucie i nie wywołuje takiego dysonansu poznawczego. Nie zakładaj istnienia sprawiedliwości a priori, bo spotkasz się z rozczarowaniem. Rozczarowanie będzie dość częstym doświadczeniem – zawsze będziesz odczuwać ten rozdźwięk pomiędzy tym, czego chcesz, a tym, jak jest, pomiędzy Twoimi aspiracjami a rzeczywistymi możliwościami, jakie daje ci owa „wrzuconość” w określone miejsce, środowisko, rodzinę, realne perspektywy, których nie jesteś w stanie zmienić pomimo największych starań i hardości ducha. Z pewnymi faktami trzeba niestety się pogodzić, ale nigdy nie można zapominać o buncie wobec przeciwności. Może Ci się to wydawać sprzeczne, ale z czasem, w trakcie procesu poznania, zobaczysz, że owa sprzeczność stanie się już zasadą. Buntem jest walka o swoje przekonania, wartości i dążenia, dla których żyjesz. Najważniejsze, żeby nigdy nie żyć tylko dla siebie czy też dla jednej osoby, ale żyć dla innych. Pomimo wszystkich tych absurdów, dysonansów poznawczych, wewnętrznych walk, to ludzie są sensem. Wielu będziesz spotykać aktorów, hipokrytów, pozbawionych człowieczeństwa istot, wędrowców, żenujących moralizatorów, tych, którzy zawsze będą w Ciebie wątpić albo – co gorsza – dla których będziesz tak bardzo bez znaczenia. Jednak jeszcze więcej jest takich, bez pomocy których nie podniósłbyś się z upadku, nie uśmiechnęłabyś się, mając oczy pełne łez, nie zaśmiałbyś się w głos w chwili, gdy poczujesz, że życie Cię przerasta, nie zaufałbyś, nie stworzyłbyś niesamowitej więzi opartej na prawdziwych uczuciach, tych miłych dla duszy, tych pełnych pozytywnej energii, kiedy to inni Cię inspirowali. Nieważne, jak mówią, z czasem nawet także to, co mówią, ale jeśli samą swoją obecnością sprawiają, że wstajesz i wcale już nie idziesz dalej, tylko biegniesz, to na co czekasz? Coraz trudniej o ludzi życzliwych, o tych, dla których człowiek jest jeszcze coś wart. Wyrasta nam społeczeństwo izolujące się od ludzi, bojące się kontaktów, bojące się więzi, chowające się przed innymi w zamkniętych osiedlach, w przestrzeniach monitorów swoich komputerów. Ludzie ci wolą mdłe, wirtualne kontakty, preferują tracenie energii na kreowanie swojej osoby w wirtualnym świecie – wtedy łatwiej o „perfekcję”. Tworzą osobę, którą zawsze chcieli być albo wymyślają dla niej cechy, ba! nawet urodę, których tak zazdroszczą innym ludziom. Łatwiej „stworzyć” siebie wirtualnie, niż w rzeczywistości pracować nad swoim charakterem, moralnością czy wyglądem. Ludzie coraz częściej idą na skróty. Nie ma co generalizować, są tacy, którzy swoją osobą nie raz jeszcze zaskoczą, nie raz dadzą dowód, że „niemożliwe nie istnieje” i że człowiek może naprawdę wszystko. Jeśli się poświęci i włoży w swój cel ogromny wysiłek, to go osiągnie. Tacy ludzie nie przestaną mnie zadziwiać. Nie przestanę ich nigdy podziwiać, a oni nie przestaną mnie motywować. To ludzie, którzy już po pierwszej rozmowie lub wypowiedzi stają się dla mnie zastrzykiem energii, to ludzie, którzy wciąż pozwalają mi jeszcze wierzyć – w siebie, w życie, w uczucia, w ludzi. To kokainetki życia, są uzależnieni od życia, mimo że nieraz życie stawało się nie do zniesienia, mają siłę, by biec, a nie tylko spacerować nieświadomie po swoim życiu. Nie daj się jednak zwieść pozorom, wielu udaje tylko kokainetki. Bycie osobą, która „czerpie z życia pełnymi garściami” stało się niestety „modne”. Kreują siebie jako ludzi renesansu, mających niekończącą się energię do życia, z każdego dnia wyciskają soki, a spełnienie jest ich przeznaczeniem. Nie czarujmy się – to utopia. Każdy z nas czuje zwątpienie, zniechęcenie – do siebie, ludzi, życia. Ile jeszcze razy będziesz tak zmęczony ludźmi, że będziesz musiał od nich uciec? To normalne. Ludzi się z jednej strony kocha, a z drugiej szczerze nienawidzi. Każdy jest inny, nie da się ukryć, ale ludzie mają też wiele wspólnego, można to zauważyć nawet na przestrzeni wieków. Posiadają cechy, które są ponadczasowe, a są to: żądza pieniądza i władzy oraz wspólny środek do osiągnięcia obu tych celów – kontakty, dzięki którym mogą coś znaczyć i faktycznie kolekcjonować pieniądze, zdobywać uznanie. Czemu istoty na tym świecie muszą być aż tak zakompleksione i niewierzące w siebie, by tak bardzo potrzebować poklasku innych? Oczywiście nie śmiem nawet generalizować, ale mam skłonność do obserwacji i zaczynam dostrzegać w tym pewną regułę. Wszelkie dążenie jakby skupiało się tylko na sławie i pieniądzach, ludzie uwielbiają być głaskani po głowie, czuć się wielbieni i doceniani. To nie musi nawet być doświadczane na wielkim obszarze, wystarczy miasto, wieś, osiedle, blokowisko, szkoła, praca, czasem nawet tylko dom. Wystarczy, żeby chociaż ktoś „wielbił” albo nieprzeciętnie kochał. Wszystko jedno, byle tylko nie poddawać się własnej ocenie i zatrzymać się na tym, co się ma w sobie. Rozwój jest zbyt czasochłonny. A „rozwój” to też bardzo ciekawe słowo, pragną go pracodawcy – zwłaszcza na rozmowach kwalifikacyjnych (ale później i tak wolą tych potakujących). Własne ego, które najczęściej werbalizuje „rozwój”, głośno krzycząc, oczekuje właśnie uznania ludzi. Za to znajomi nie chcą nawet słyszeć o tym cudzie świata, przypomina to im o własnym lenistwie i kruchości żywota. Wolą słuchać o porażkach – i jak to upaja ich serca! Niepowodzenia innych i od razu lepiej na duszy. „No, w końcu ktoś ma gorzej ode mnie, w takim razie nie jest tak źle i jest się z czego cieszyć”. Zazdrość to paskudna cecha, ale nie omija nawet najlepszych. Zapewne też będziesz często doświadczać tego stanu, począwszy od chytrego spojrzenia na przechodzącą obok modelkę czy przejeżdżające maserati, skończywszy na trzymającej się za ręce parze zakochanych bądź wysoko postawionym podstarzałym panu otoczonym szacunkiem. Nie wyzbędziesz się jej za żadne skarby, nawet o tym nie myśl. Ludzie zazdroszczą sobie najróżniejszych rzeczy, ale chyba najbardziej pieniędzy i urody. Ach, zapomniałbym o uznaniu. Prestiż w społeczeństwie to bardzo istotna sprawa, jeśli nie najbardziej. Musisz być po prostu poważany wśród ludzi, wtedy spotkasz się z ogólną akceptacją – a więc jednocześnie i ze swoim szczęściem. Lepiej jest chyba przecież pokazać drogę ku swojemu spełnieniu, niż niebezpieczne podążać po omacku do nieokreślonego celu, który zawsze będzie się zmieniał i zawsze będzie niezgodny z założeniami. Dlatego ludzie tak łatwo ulegają ocenom innych, kreując je na podstawie własnych założeń. To nie wymaga większego wysiłku z ich strony. Łatwiej jest przyjmować czyjeś ideologie lub też czyjś sposób bycia. Budowanie własnego światopoglądu dla wielu bywa często zbyt męczące i żmudne, dlatego wybierają ogólnie przyjęte normy, wartości, założenia, wreszcie i szczęście, które ktoś im wmówił. Niestety od najmłodszych lat media i szkoła zaczynają ten cudowny proces „pokazywania” szczęścia.

Ale