Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 348 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kogo kocham, kogo lubię - Robert Ostaszewski, Marta Mizuro

 

Mamy wspólne dzieło Marty Mizuro i Roberta Ostaszewskiego, krytyków literackich, którym tajniki powieści kryminalnych nie są obce. Nic zatem dziwnego, że Mizuro z rozbrajającą szczerością wyznała: od początku wiedziałam, kto zabił, a Ostaszewski puścił do czytelnika oko z kart powieści jako Robert Ostaszewski - funkcjonariusz obyczajówki. A wszystko to zostało oryginalnie podlane lokalnym, smakowitym krakowskim sosem.
Byli już w powieściach kryminalnych policjanci różni. Jednak taki okaz trafia się po raz pierwszy. Nadkomisarz Jan Gajewski - mistrz kuchni i dobrego smaku - bacznie śledzi nowinki ze świata mody, co oczywiście nie znaczy, że stać go na zmyślne cudeńka haute couture. Dwumetrowy, dobrze zbudowany, potulnie znosi zarządzenia swej filigranowej żony i coraz mniej panuje nad swoimi pociechami. Przede wszystkim jednak jest świetnym gliną, któremu przyszło - ach, za jakie grzechy - pracować w zespole z rozśpiewanym i niestroniącym od alkoholu podkomisarzem Sroką oraz przystojną Beatką... I jakby tego było mało, ktoś zabija samotnego informatyka, wredną polonistkę dusi jej warkoczem i śmiertelnie poi drobnego pijaczka. Przy każdej z ofiar zabójca zostawia nietypową wizytówkę: pachnącą chusteczkę ze starannie wyhaftowanym napisem. Kto jeszcze zginie w Krakowie? Wiele wskazuje, że to wcale nie koniec...
Kogo kocham, kogo lubię to kryminał językowo soczysty, zaludniony nietuzinkowymi postaciami, przesycony wszelkimi odmianami komizmu, a co bardziej dociekliwego czytelnika prowokujący intertekstualnymi tropami.

Opinie o ebooku Kogo kocham, kogo lubię - Robert Ostaszewski, Marta Mizuro

Fragment ebooka Kogo kocham, kogo lubię - Robert Ostaszewski, Marta Mizuro

Gianrico CarofiglioŚwiadek mimo woli Z zamkniętymi oczami Ponad wszelką wątpliwość

Tadeusz CegielskiMorderstwo w alei 

RóżMariusz Czubaj 2I:37

Ryszard Ćwirlej Ręczna robota

Martha Grimes Hotel ParadiseStacja Cold Flat Junction Hotel Belle Rouen Pod HuncwotemPod Przechytrzonym Lisem Pod Anodynowym Naszyjnikiem Pod Zawianym Kaczorem 

Arnaldur IndriSasonW bagnieGrobowa cisza

Jean-Claude Izzo Total Cheops Szurmo Solea

Tomasz KonatkowskiPrzystanek Śmierć Wilcza wyspa Nie ma takiego miasta

Marek Krajewski Widma w mieście Breslau

Festung Breslau Dżuma w Breslau Głowa Minotaura 

Marek Krajewski, Mariusz CzubajAleja samobójców Róże cmentarne

Jens Lapidus Szybki cash

Henning Mankell Morderca bez twarzy Psy z Rygi Biała lwica Mężczyzna, który się uśmiechał Fałszywy trop Piąta kobieta O krok Zapora Chińczyk

Aleksandra MarininaKolacja z zabójcą Gra na cudzym boisku Ukradziony sen Złowroga pętla Śmierćitrochę miłości Męskie gry Zabójca mimo woli Płotki giną pierwsze Czarna lista 

Zygmunt MiłoszewskiUwikłanie

Denise Mina Pole krwi Martwa godzina Ostatnie tchnienie

Karina Obara Gracze

Heinrich SteinfestSubtelny nos Lilli Steinbeck

Joanna Szymczyk Ewa i złoty kot

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 20I0 Wydanie I Warszawa 20I0

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

O, nadkomisarz Gajewski!

I

Bywają mężczyźni, którzy popadają w głęboką melancholię, wracając do domów wypełnionych szczebiotem licznych dziatek i pohukiwaniem nielicznych żon. Taaa, pomyślał nadkomisarz Jan Gajewski i potknął się na wystającej płytce chodnika. Choć utrzymał równowagę, to balansując, przydepnął połę nowiuteńkiego trencza w kolorze khaki. Próbował zakląć adekwatnie do sytuacji, ale wdrukowane w jego pamięć napomnienia matki, babek i ciotek skutecznie blokowały ścieżkę dostępu do samczych fraz, których z wyraźnym upodobaniem używali koledzy z wydziału zabójstw. Przegrawszy walkę z zagnieżdżonym w świadomości matriarchalnym chórkiem, policjant zajął się usuwaniem szkód. Nim jednak z wypolerowanej na błysk aktówki wydobył pakiet chusteczek higienicznych – najlepszych, trójwarstwowych – dyskretnie się rozejrzał. I napotkawszy rozbawiony wzrok dwu niekompletnie odzianych niewiast, które w to wciąż jeszcze chłodnawe, choć wiosenne, popołudnie wystawały pod niezapaloną latarnią, spłonił się, zafrasował i zdenerwował albo to samo w innej kolejności. O, nadkomisarz

Gajewski, pomyślały niekompletnie odziane niewiasty. O, kobiety lekkich obyczajów, pomyślał Gajewski.

Trudno, żeby wyletnione przodowniczki pracy nie zwróciły na niego uwagi – blisko dwumetrowy policjant rzucał się w oczy. Dzięki systematycznym biegom i odwiedzinom na basenie Jan zachował sylwetkę sprzed kontuzji łokcia, z powodu której szybko pożegnał się z młodzieżową reprezentacją siatkówki. Wyglądał jak atleta, lecz miał w sobie też coś misiowatego: pulchne, zmysłowe usta, duże jak bochny dłonie i długie rzęsy powiększone przez szkła dalekowidza. I pewną powolność w ruchach, jakby przed każdym krokiem zastanawiał się, czy jednak warto go zrobić. Był wręcz stworzony do roli dobrego policjanta, biada jednak temu, kto dał się zwieść fizjonomii rosłego, nieco przygarbionego niedźwiedzia z mrocznych zakątków Peru.

Zwykł wracać z pracy na piechotę. Być może lubił spacerować, prawdopodobnie dobrze robiło mu świeże powietrze, bez wątpienia dbał o kondycję, ale niewykluczone też, że zwyczajnie odwlekał moment powrotu do domu, w którym cisza była zjawiskiem równie rzadkim co zaćmienie słońca. Ze spuszczoną głową, powoli szedł więc w stronę rodzinnego gniazda, w którym dziś na pewno nie mógł się spodziewać spokoju, a to dlatego że jego żona zaordynowała na wieczór grill party. Przez moment miał ochotę zabawić się w dziecinną grę: trzy kroki naprzód, dwa do tyłu, ale szybko przywołał się do porządku – wszak to do niego należało przyrządzenie karkówkià laHannibal Lecter.

Wystarczyło, że pchnął furtkę i wszedł na swoją posesję, przed mały domek z niewielkim ogródkiem na Podgórzu, który odziedziczył po rodzicach, a zaraz w uszyuderzył go jazgot trójki potomstwa, a potem charakterystyczny stukot dziesięciocentymetrowych szpilek:

– Gdzie ty się włóczysz, Cmoku, przecież miałeś być wcześniej! Wszystko na mojej głowie, jak zwykle – warknęła Ewa i odwróciła się na pięcie. Gajewski na próżno ułożył usta do powitalnego cmoknięcia, odburknął coś niewyraźnie. Bez słowa protestu powlókł się za żoną, wysłuchał kilku poleceń i jednoznacznie brzmiących ocen własnego nieodpowiedzialnego zachowania, ciesząc się w duchu, że połowica nie zarejestrowała uszczerbku na jego odzieży.

– Dobrze, dobrze, już ci pomagam, ale muszę się przebrać – rzekł i niezwłocznie przystąpił do ukrywania dowodu swojego niechlujstwa.

Co nie było łatwe, bo w domu Gajewskich każdemu przedmiotowi przyporządkowano jedyne właściwe miejsce, a za samowolną zmianę przewidziane były dotkliwe kary. W przypadku dzieci mało wymyślna, acz skuteczna: okresowy zakaz oglądania telewizji lub korzystania z internetu w zależności od stopnia przewinienia. Ale niepoprawny wzór do naśladowania traktowany był znacznie bardziej surowo – każdy romans z chaosem odpokutowywał, nosząc przez tydzień krawat w bałwanki. Robił więc, co mógł, by się nie narażać. Tym razem jednak było po ptokach, a przy tym nie miał wiele czasu. Ani, prawdę powiedziawszy, pomysłu, gdzie przechować płaszcz tak, by bezpiecznie zabrać go z kryjówki i zanieść do pralni.

– Zasnąłeś tam, czy co? – Jego filigranowe szczęście, rozmiar 34, obdarzone było głosem, który mógłby rozsadzać ściany.

Nie odpowiedział, bo wreszcie przyszedł mu do głowy zbawienny koncept. Szuflada na krawaty. Schowek, doktórego jego domowy cerber zaglądał tylko wtedy, gdy doszło do złamania domowego regulaminu. Zgrabnie lawirując pomiędzy plączącym się mu pod nogami potomstwem – w duchu błogosławił policyjne testy sprawności – przemknął do garderoby i z niejakim trudem upchnął trencz do szuflady z krawatami. Potem szybko wciągnął czarne dżinsy i szary pulower. Był gotowy, by po raz kolejny zadziwić wszystkich pokazem niebanalnych umiejętności kulinarnych.

Ewa, choć zawsze lubiła wtrącać swoje trzy grosze, kierowana niezawodną intuicją niedużych kobietek, wiedziała kiedy zamilknąć, więc inspektor mógł teraz w spokoju przygotowywać niezwykłe marynaty, zaskakujące zestawieniami smaków dressingi, egzotyczne sałatki. No i mięsa, szczególnie lekko krwistą karkówkę z grilla, jego popisowy numer, którego tajemnicy nie zdradził dotąd nikomu. Powoli schodzili się goście – w większości zaprzyjaźnione dzieciate małżeństwa. Dom i ogród wypełniały się gwarem, ale mistrz kulinarnej ceremonii tylko witał się zdawkowo i sygnalizował mową ciała, że jest bardzo zajęty.

A potem zaczęło się to, za czym pan domu zdecydowanie nie przepadał – konsumpcja, której towarzyszyła konwersacja bogata w męczące licytowanie się przygodami i przewagami pociech, wrednymi szefami i najnowszymi nabytkami. Nadkomisarz najchętniej wyłączyłby się z niej, odpłynął myślami gdzieś w milsze okolice, ot, choćby próbując sobie wyobrazić, jakie niespodzianki wykombinuje Paul Smith w kolekcji jesień/zima. Ale wylogować się nie mógł, bo gdy tylko zdarzyło mu się zamilknąć na dłużej, zaraz czuł na sobie karcący wzrok żony, której zależało, żeby jej ukochany mąż zachowywał się jak chodzący ideał.

Czas wlókł się Janowi niemiłosiernie, wolał jednak nie spoglądać na zegarek. I kiedy nieomal pogodził się już z tym, że tego wieczoru skazany jest na długie męki small talku, stał się cud. To znaczy Gajewski w cuda nie wierzył, jak również w przeczucia czy intuicję, był bowiem przekonany, że najlepsze efekty, zarówno w życiu, jak i w pracy, przynieść może jedynie „nadludzki wysiłek w nieludzkich warunkach”. Wyczytał to w jednej z modnych powieści głośnych autorów, jakie wciąż podtykała mu Ewa, dbając o jego kulturalne obycie, choć on zdecydowanie wolał mroczne kryminały, na których okładki żona patrzyła tak jak na ślady błota pozostawione na świeżo wypastowanym parkiecie.

Cud zapowiedziało trzaśnięcie zbyt mocno pchniętej furtki, a potem szuranie i pochrząkiwanie – jakże dobrze znane nadkomisarzowi, jakże często wyprowadzające go z równowagi, ale nie tego wieczoru; tym razem ucieszył się, że zaraz zobaczy Marka Srokę. Swojego najbliższego współpracownika, pod pewnymi względami nieocenionego, pod innymi nieznośnego.

– Dzwoniłem, dzwoniłem – zadudnił tubalny głos Marka, który jak zwykle zapomniał się przywitać, zupełnie ignorując wbity w niego wzrok zaciekawionych imprezowiczów.

– Dobry wieczór, podkomisarzu – powiedział Gajewski.

– Dzwoniłem, ale i tak przyjechałem. – Sroka chrząknął donośnie, jednocześnie drapiąc się po brzuchu opiętym nazbyt ciasną, wymiętoloną koszulą flanelową w granatowo-czerwoną kratę.

– Tak? Kiedy? – W tym momencie Jan przypomniał sobie, że komórkę zostawił w płaszczu.

– Abonent nie raczył był odebrać, a głos abonenta z poczty obiecywał, że oddzwoni. Co tu kryć: kłamał. Spróbowałem na stacjonarny, z panią Ewą gadałem.

Nadkomisarz spojrzał pytająco na połowicę, która uśmiechnęła się promiennie:

– Ach, wypadło mi z pamięci, zresztą nie myślałam, że to coś ważnego.

– Jak to nieważne, jak to… – zapienił się Marek.

– Do rzeczy – uciął Gajewski, widząc złe błyski w oczach żony. – Co się stało?

Sroka wskazał głową na zasłuchaną publiczność. Na twarzach gości malowało się napięcie. Z gatunku radosnych: to się dzieje naprawdę. Załapawszy sygnał, Ewa stuknęła widelcem o talerz.

– Jedzcie, kochani, bo wystygnie. Jasiu, włóż coś innego i postaraj się wrócić przed północą.

– No właśnie, jedzcie, kochani – zalecił życzliwie Sroka – żeby nie wystygło, jak tamten.

2

Pod, nad – mruczał Marek, otwierając drzwi zabłoconego, zdezelowanego volkswagena golfa, który pewnie pamiętał czasy wypadów do Berlina Zachodniego po tani sprzęt rtv. – Przydałby się awansik, ale mi się nie chce. Oj, Jasiu, jak mi się nie chce.

– Mógłbyś tu czasem przewietrzyć.

Z wnętrza samochodu wydobyła się fala podłych aromatów. Potu, „mocnych” i czegoś jeszcze, w co Jan wolał nie wnikać zbyt głęboko. Hamburger czwartej świeżości?

– Zakurzyłoby się, co? – Sroka miał gdzieś modę na niepalenie i jej kilkumiesięcznego, jak to neofici, zatwardziałego wyznawcę. – Będziesz to musiał jakoś przeżyć.

Gajewski bez słowa chwycił za korbkę otwierającą szybę. Odpadła, ledwie jej dotknął. Chciał nasadzić ją z powrotem na śrubę, ale wytarty gwint słabo trzymał. Westchnął i spróbował uchylić okno, ciągnąc szybę palcami w dół. Jego niedźwiedzia siła na niewiele się tu jednak zdała.

– Może po prostu przywal z piąchy – zarechotał Sroka.

Plama, korba, Sroka w apogeum swojego dowcipu, cóż za pechowy dzień, pomyślał Gajewski.

– Włóż ją do schowka, szkodniku – powiedział Marek. – Jeśli się zmieści. Ciągle zapominam przykręcić, ale kiedyś się wezmę… – I już zbierał się, by zaśpiewać znany swego czasu przebój Elektrycznych Gitar, ale Jan, wiedząc, co się święci, zgromił go wzrokiem. – Dobra.Let's go.

– Właśnie. Bo w końcu nie powiedziałeś mi, dokąd jedziemy.

– Niedaleko, na Zabłocie, resztę sobie sam zobaczysz. A teraz, panie i panowie, Raaamsteeeein.

Odtwarzacz – co za przykra niespodzianka! – działał bez zarzutu, więc ogłuszonyOhne dichGajewski z ulgą przyjął koniec podróży. Rączo wyskoczył z samochodu. Ekipa zabezpieczająca miejsce zdarzenia nie robiła wprawdzie dużo zamieszania, ale i tak w pobliżu zgromadził się tłumek gapiów. Kilkoro staruszków, dwaj młodzianie w podróbkach Adidasa, puszysta blondynka w wieku mocno postbalzakowskim i mężczyzna trzymający na smyczy dorodnego labradora. Obserwowali akcję zza niewielkiego parkanu, którym otoczono kamienicę przeznaczoną do rozbiórki, bez zażenowania wpatrując się w nowych bohaterów, jacy właśnie pojawili się na scenie.

Gajewski i Sroka nie musieli wyciągać legitymacji, bo na straży porządku stała młodsza aspirant Beata Źrenicka. Ostrzegawczym gestem ukróciła wylewność Sroki, który jak zwykle rozpromienił się na widok imponującego bius tu koleżanki. Nie raz, nie dwa musiała radzić sobie z komplementami Marka, należącymi do kategorii trudnych.

– Cześć. Zapraszam. Tylko uważajcie, bo dziur tu tyle, co psich kup. W środku też za ciekawie nie jest.

– Wszystko już zabezpieczyliście? – zapytał Gajewski, wciąż jeszcze nie wiedząc, jakaż to atrakcja czeka go za chwilę.

– Siedzimy tu od godziny, więc tyle, ile się dało. Na dole chyba wszystko, ale chłopaki szukają jeszcze pod samym dachem.

– Dobra, popatrzmy.

Gdy tylko weszli przez resztki ledwie trzymającej się na zawiasach, obłażącej z licznych warstw farby w rozmaitych kolorach bramy, owionął ich gęsty fetor stęchlizny i moczu, przemieszany z jeszcze innym przykrym zapachem, słodkawym i mdlącym. Pod butami chrzęściła szklana stłuczka i gruz. I znowu piękne okoliczności przyrody, pomyślał Gajewski, ale zaraz przestał się nad sobą rozczulać. Mężczyzna leżał na dole zrujnowanej klatki schodowej i nie wyglądałby najgorzej, gdyby nie jego prawa noga skręcona pod nienaturalnym kątem i niewielka kałuża krwi w kształcie spłaszczonej poduszki. Gajewski spojrzał w górę, przeliczył piętra. Trzy. Może nie dość na natychmiastowe zejście, ale zmarły nie należał do chuderlaków. To właśnie z powodu swojej masy ciało nie przypominało teraz połamanego konaru, lecz całkiemforemny balon. Jakieś dwa metry od niego leżała wojskowa latarka.

– Samodzielnie sfrunął?

– Sfrunął? – Marek od stóp do głów wyrażał zdziwienie. – Motylem to on nie był. Zdrowo pierdolnął.

– Podkomisarzu… – skrzywił się Gajewski. – Trochę szacunku dla denata.

– Trudno powiedzieć – chcąc jak najszybciej uciąć sprzeczkę, Źrenicka pospieszyła z wyjaśnieniem – w każdym razie nie widać, żeby się bronił. Barierka się chyba sama nie złamała, zdaje się, że ktoś przy niej kombinował, musimy to jeszcze sprawdzić… Jak załatwimy więcej reflektorów, trzeba będzie dokładnie przeczesać całą górę i schody.

Jan znów przeciągnął wzrokiem po piętrach.

– Jak rozumiem, chłopcy też nie dostali się tam na skrzydłach, więc ewentualne ślady na schodach możemy sobie wsadzić – rzucił Sroka – do innej bajki. Szkoda, w tym pyle fajnie by się odznaczyły. Nadgorliwość nie jest pierwszym szczeblem do kariery.

Nadkomisarz nie miał jednak zamiaru bawić się w edukowanie podwładnej:

– Do środka też się trzeba jakoś dostać. Teraz za ciemno, jutro przeszukamy dokładniej cały teren. Lekarz już był?

– Tak, doktor Ostrowski, ale dużo nie wykombinował. Tyle że delikwent leży tu co najmniej od wczoraj.

– A kto go znalazł?

– Facet. Właściwie jego pies. Czekają za płotem.

– Porozmawiasz z nim, Marek? Może coś widział.

– Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem. Bo mieszkałem w jednej wsi i poznałem język… - Sroka dysponował całkiem przyjemnym basem i nie fałszował.

– Sam jesteś pies – uciął Gajewski. – Pospiesz się. Beatko, niech chłopcy skończą przynajmniej na górze, a jego już chyba zabierzemy.

– Tak. Ciekawe, że miał przy sobie dowód. Nazywa się, nazywał, kurde. – Właścicielka przecudnej urody biustu pracowała w służbach tylko trzy lata i nie próbowała udawać zaimpregnowanej. Przyrzekła sobie, że nigdy nie spróbuje. – Jacek Płatek. Lat dwadzieścia dziewięć. Zamieszkały…

– Jasne. Trzeba zawiadomić rodzinę.

Chłodnawy wiosenny wieczór zdążył się w tym czasie zamienić w zimną noc, a słaby wietrzyk w solidne wietrzysko, hulające teraz w pozbawionej szyb kamienicy, zmagające się z resztkami rynien, które ocierając się o dziurawy mur, wydawały złowieszcze dźwięki. Mimo to gapie wciąż tkwili na posterunku.

– „Coś się dzieje wreszcie, gwałcą w naszym mieście” – zanucił cicho Jan, ale skarcił sam siebie w myślach. Zbyt długie przebywanie w towarzystwie Marka wyraźnie mu szkodziło, zaczynał przejmować jego nawyki. Zapiął kurtkę pod szyją, po czym kiwnął na Srokę. Marek pożegnał się ze świadkiem, podrapał psa za uchem.

– Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? – spytał Gajewski.

– Niespecjalnie. Facet ma tu weterynarza w okolicy, po wizycie psina chciała jeszcze na sikundę, zaczęła ujadać koło rudery, najpierw myślał, że to menele znowu robią jakiś dym. Znalazł trupa i tyle.

– Taaa…

– No, nadkomisarzu, na moje oko zdążymy przed północą. Szanowna małżonka na pewno będzie kontenta.

3

Rodzina Płatka od dawna już nie należała do świata żywych. Osierocony ponad dwadzieścia lat temu, wychowywał się w domu dziecka. Dwa dni zajęło Beacie odszukanie kogoś, kto go pamiętał i mógł się podjąć identyfikacji. Emerytowanej już dyrektorki bidula nie można było wprawdzie zmusić do bezpośredniej konfrontacji z ciałem, ale wystarczyło jej zdjęcie. Zapamiętała Jacka jako jednego z najlepszych wychowanków. Żadnych problemów, wrodzona inteligencja i upór, aż chciało mu się pomagać, żeby nie skończył jak wielu z nich. Udało się: dostał mieszkanie i stypendium, zrobił dyplom z informatyki. Pracował w domu, pani Anna nie wie, czym się dokładnie zajmował, nie zna się na komputerach, ale chyba nieźle sobie radził. Co rok przysyłał jej kartkę na święta. Nie zwierzał się wprawdzie, nie sądzi jednak, żeby kogoś miał. Wrogowie? Kobieta rozpłakała się, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, co się stało – dzieciaki, o dziwo, go lubiły. To było łagodne cielę z masą kompleksów, muchy by nie skrzywdził.

Trzydziestometrową kawalerkę prawie w całości wypełniał sprzęt komputerowy. Wysokiej klasy. Dobrze zabezpieczony przed intruzami. Kiedy policyjni informatycy zabrali się do dzieła, Sroka udał się na oględziny reszty mieszkania. W lodówce znalazł jedynie dwie zgrzewki po dwadzieścia jogurtów. Widać chłopak toczył ze sobą ciężką walkę. Od niedawna, bo jogurty miały jeszcze miesiąc przydatności do spożycia. Nie znalazłszy nic innego do jedzenia, Marek zadowolił się sokiem stojącym na parapecie. Bez namysłu złapał za karton. Było przecież mało prawdopodobne, żeby morderca Płatka wpadł tuwcześniej na podwieczorek i z życzliwości dla organów ścigania zostawił parę wizytówek. Wychylił napój duszkiem. Chłopcy komputerowcy przynosili do roboty własne termosy z kawą.

W łazience także nic nie wskazywało na to, że głównego lokatora ktoś odwiedzał. Sroka nie mógł powstrzymać uśmiechu na widok pary monstrualnych gaci starannie rozwieszonych na suszarce. Jako że sam do motyli nie należał, przymierzył je w myślach. Jak by to ujął stary Joe Alex: człowiek umiera, a jego gacie wciąż tęsknie wypatrują nosiciela. No prawie do rymu wyszło. Obracając w palcach pedantycznie zwiniętą do połowy tubkę z pastą do zębów, rozważał na głos:

– Kto cię ubił, dziecko? Wielorybku ty biedny.

– Marek! – zawołał Daniel komputerowiec. – On się logował na odcisk palca. Nie damy rady.

– To jak, mamy tu przetransportować zwłoki czy obciąć odnośną część ciała?

– Chyba wszystkie dziesięć palców. Na miejscu nie damy rady, kretynie, musimy zabrać sprzęt do nas.

– Okej, i tak się o niego nikt nie upomni. Ile wam zajmie demontaż?

– Trochę zajmie.

Odpuściwszy sobie poszukiwanie papierowych śladów typu chłopięcy memorbuch, bo w mieszkaniu Płatka znajdował się jedynie papier toaletowy i sterta magazynów komputerowych, Sroka postanowił przejść się po sąsiadach. I nie zdziwił się, że w kamienicy Jacek pełnił funkcję stukilogramowego ducha. Grzeczny, cichy jak myszka, rzadko wychodził, nikt go nie odwiedzał. Jednej z sąsiadek nieraz pomagał wnieść zakupy, inna odebrała za niego przesyłkę kurierską. Emerytowanemu nauczycielowi z pierwszego piętra zainstalował internet. Krótko mówiąc: dupa blada.

Widząc na wyświetlaczu komórki numer Gajewskiego, Sroka profilaktycznie skarcił się za użycie słowa niepożądanego w lepszym towarzystwie. Kartonu po soku już się pozbył.

– No co tam?! – wrzasnął nadkomisarz, bo tylko w ten sposób mógł przebić się przez rozdzierający wrzask jednego ze swoich licznych dziatek.

– W mieszkaniu nic. Informatycy muszą pogrzebać w komputerze. Właściwie w tych trzech, które miał był. A jak tam sekcja?

– Co?! Zaraz jadę! – darł się wciąż Gajewski. Ryk wzrósł o parę decybeli, ani chybi do płaczącego dołączyły posiłki.

– Jasiu, kałachem ich. Tu jedziesz czy do prosektorium?

Nadkomisarz z pewnością nie usłyszał pierwszego zdania.

– Do…rium, och, cicho już bądźcie, tatuś zaraz przyklei oczko misiowi.

– Temu, kurwa, misiu – rzekł sam do siebie Marek, zakończywszy rozmowę.

4

Patolog Dobrzaniecki szybko uporał się z zadaniem. Denat również – serce wysiadło mu, zanim osiągnął parter, a obrażenia wewnętrzne dopełniły dzieła. Żadnych obcych tkanek za czymkolwiek i w czymkolwiek, żadnych innych mikrośladów, włókien, a więc na pewno się nie bronił. Potwierdziło się też, że Płatek zszedł mniej więcej dobę przed znalezieniem ciała.

Chemicy nie działaliby tak szybko i sprawnie, gdyby nie niezawodna Źrenicka. A raczej jej starsza siostra Ela, obdarzona przez naturę biustem jeszcze bardziej imponującym od Beatkowego.

Sroka nieodmiennie nazywał ją Pamelą Anderson z trupiego patrolu, na co śmiejąc się, odpowiadała nieodmiennie tak samo: Ale cycki mam prawdziwe. Miała też specyficzne poczucie humoru, które onieśmielało Gajewskiego. Zresztą nie tylko ono. Nadkomisarz czuł się w towarzystwie starszej Źrenickiej wyjątkowo niepewnie, mimo że zazwyczaj nie miewał problemów w kontaktach z kobietami. Wystarczyło jednak, że przypadkowo – jakżeby inaczej – zabłądził wzrokiem w okolice głębokiego dekoltu zawsze niedopiętego białego kitla Eli, że usłyszał nieco schrypnięty głos pani doktor, a zaraz spinał się wewnętrznie. Musiał wtedy zamykać oczy i powtarzać w myślach odpędzającą demony mantrę: lubię tylko małe kobietki, lubię tylko małe kobietki. Wygląd wampa z dość już starych filmów był jednak nieco mylący – starsza Źrenicka uchodziła za jednego z najlepszych biotechnologów w okolicy. Rozległej… Zanim Jan wszedł do budynku laboratorium kryminalistycznego, zadrżał i wziął głęboki oddech, przewidując stresogenną sytuację.

Stres nie stres, warto było. Siostry Źrenickie – Gajewski odetchnął z ulgą, widząc aspirantkę – miały dla nadkomisarza prawdziwą bombę.

– No, ruszamy tropem trupa – zamruczała Ela.

Gajewski nieuważnie przyjął nic, nic i nic oraz nieco psiej sierści znalezionej na rękawie płaszcza denata. Dużo ciekawsza rzecz ukryta była w kieszeni. Gdyby to

Sroka znajdował się na miejscu Źrenickiej, wręczeniu znaleziska towarzyszyłoby triumfalne „ta dam”. Podając nadkomisarzowi foliową torebkę, Beata zachowała jednak powagę. Jan założył rękawiczki i delikatnie rozwinął białe płócienko złożone w kostkę. W rogu chusteczki do nosa z delikatnej bawełny zobaczył wyhaftowany napis.

„Grubas”.

Litery wyszyto równiuteńko. A chusteczka nosiła ślady kilkakrotnego prania.

– Grafolog nic by tu nie wskórał – stwierdziła Beata, zaglądając Gajewskiemu przez ramię. – To pismo techniczne, pamiętam je z zetpete.

– A haftowania się uczyłaś?

Przez chwilę oboje próbowali wyobrazić sobie kobietę, która zdołałaby zepchnąć Płatka z piątego piętra. I już Gajewski byłby skłonny uwierzyć w zdeprawowaną wersję Agaty Wróbel, gdyby nie zapach. Będąc pewnym, że nie znajdzie na płótnie żadnych śladów, nadkomisarz przybliżył je do nosa. Na sto procent L'Homme Diora.

Stukilowy duch

5

Ma 26 lat. Wczoraj chciał popełnić samobójstwo i postanowił skoczyć z okna na 6. piętrze. Gdyby nie mieszkańcy bloku, determinacja dyżurnego komendy i działanie dwóch policjantów z sekcji kryminalnej, być może spełniłby samobójczy zamysł…

– Cmoku, śniadanie!

Policjanci wyciągnęli ze studni 28-letniego mężczyznę, który po awanturze ze swoim bratem próbował popełnić samobójstwo. Funkcjonariusze przekonali desperata, aby chwycił się zrzuconej do studni linki. Mężczyzna znajduje się teraz pod opieką lekarzy specjalistów.

Nie tylko niedzielny ranek, taki jak dziś, Gajewski rozpoczynał od filiżanki mocnej kawy i spacerku po sieci. Lektura wieści ze świata policji wprawiała go zwykle w dobry humor. Ujęli, wykryli, rozszyfrowali, zapobiegli. Z największą radością nadkomisarz wczytywał się w notki o niedoszłych samobójstwach, które w wyselekcjonowanej masie składały się na obraz porażający optymizmem. Wystarczy trochę czujności i znowu sukces. A co robi policja węgierska, no co? Łapie palaczy,pomyśli sobie internauta jeden z drugim. Anonimowym, pomyślał Jan, dumny z osiągnięć kolegów.

Błogie oddawanie się nicnierobieniu wymagało pewnego wysiłku – Jan musiał wywalczyć zakaz swobodnego wstępu rodziny do jego domowego sanktuarium. Mieściło się ono w piwnicy, liczyło zaledwie sześć metrów kwadratowych i co najważniejsze, wiodły do niego zdezelowane drewniane schody, które doskonale sprawdzały się jako system wczesnego ostrzegania. Gajewski miał zawsze wystarczająco dużo czasu, by zamknąć stronę internetową albo ukryć pod biurkiem czytany właśnie kryminał i przyjąć pozę szalenie zapracowanego funkcjonariusza.

Choć sześcioletni Adaś chudy był jak przecinek, w stopnie walił niczym dwa stada słoni.

– Tato, bo mama mówi, że jak natychmiast nie przyjdziesz, to da wszystko Felkowi sąsiadów – wydyszał chłopiec po tym, jak wcześniej z rozmachem otworzył drzwi.

– Tyle razy powtarzałem, że masz pukać – westchnął nadkomisarz. – Jakiemu znowu Felkowi?

– No, kotowi – wyjaśnił mały.

– Kotu, synku. I nie zaczynaj zdania od „no”.

– Kotu – poprawił się syn. – Ale dlaczego Felkowi, nie Felku?

Gajewski chciał już uciąć „a bo tak”, lecz czuł się zobowiązany wobec jedynego członka rodziny, który okazywał mu szacunek. Najszczerszy: Adaś wpatrzony był w ojca jak w obrazek i naprawdę brał sobie do serca co najmniej połowę jego dobrych rad. Tę o konieczności pukania z zapałem ignorował. Jan próbował ułożyć w głowie krótką, ale treściwą przemowę w stylu profesora Miodka, o zawiłościach gramatyki języka polskiego.

Szybko jednak złapał się na tym, że sam nie za bardzo już pamięta formułki wkuwane w zamierzchłych czasach. Tak się mówi, bo tak się mówi, błąkała mu się w myślach tautologiczna reguła. Ale jak to jeszcze wytłumaczyć sześciolatkowi? Taktycznie zmienił temat.

– Co jest na śniadanie?

– Płatki – skrzywił się chłopiec.

Z tym dokarmianiem kota to jednak nie taki zły pomysł, skonstatował nadkomisarz, lecz na głos palnął rzecz jasna mówkę o zdrowotnych walorach zbóż. Marzył o jajecznicy na tłustym boczku, ale gdy przypomniał sobie, ile trudu zajęło mu ostatnio przepłynięcie dwóch kilometrów, doszedł do wniosku, że ustalanie jadłospisu pozostawi jednak żonie.

Dziewczynki jadły bez szemrania. Kasia, uczennica klasy trzeciej, była już wprawdzie nieźle obyta w temacie dbania o linię, wtajemniczyły ją koleżanki, ale jej matka rozprawiła się z młodzieńczą anoreksją w trzy sekundy, oświadczając, że bardziej trendy jest jeść i mieć iPoda, niż nie jeść i obnosić się z obciachowym odtwarzaczem płyt. Za to pięcioletniej Ani należało stale pilnować przed pochłonięciem czterech pączków naraz.

– Siadać proszę – zakomenderowała Ewa, o radości, iskro bogów, całkiem dziś przyjazna. – No i co tam w wielkim świecie?

Zamiast udać obrażoną niewinność, Jan zatkał usta nieco zimnawą jajecznicą, bez boczku oczywiście. Rzadki u połowicy dobry nastrój to jedno, a zwyczajowy nienaganny wygląd, drugie. Perfekcyjnie umalowana, odprasowana i przyozdobiona w perełki na szyi, pięknie harmonizujące z kremową bluzką, Ewa mogłaby w każdej chwili wyruszyć na oficjalną wizytę u cesarzowej Japonii.

Jeśli tylko zmieniłaby domowe klapki na szpileczce, jedyne ustępstwo na rzecz weekendu, na coś bardziej stosownego.

– Ja też chcę to co tato – marudził Adaś.

– Nie chcesz, synku, wierz mi.

Radę, żeby nie dyskutować z matką, Adaś dla odmiany sobie zapamiętał. Co nie znaczy, że dał za wygraną. Ostrożnie przechylił pudełko z płatkami kukurydzianymi i usypał z nich górkę na obrusie. Ewa była dziś naprawdę w pokojowym nastroju, więc machnęła ręką. Jest niedziela, niech sobie dziecko postrajkuje. Choć bez krzyków i napomnień strajkowanie nie było zbyt zabawne, Adaś nie miał już odwrotu i chcąc nie chcąc, zajął się układaniem obrazka z płatków.

– Co robisz? – podjął zabawę ojciec.

– Samolot.

Kasia przewróciła oczyma z pogardą:

– Nie wytrzymam z tym niedorozwojem. Nie mogę przez niego jeść.

– Kasiu… – tym razem Ewa nie ociągała się z interwencją wychowawczą. – Wymyśl jakiś lepszy pretekst. I nie wyrażaj się.

– Ja mogę – wtrąciła Ania, łapiąc za talerz brata.

Boże, niech kogoś zabiją, niech ktoś zadzwoni, prosił bezgłośnie Gajewski.

Błagajcie, a wszyscy nagle pokochają wędkarstwo albo wpadną do cioci na imieniny. Na szczęście małżonka postanowiła spędzić niedzielę po bożemu i razem z potomstwem zasiadła przed telewizorem. Po zmyciu sterty naczyń Gajewski mógł więc znów udać się do swojej samotni.

Umościł się w fotelu i z lubością wgłębił w oglądanie obrazków z najnowszego numeru „GQ”, edycja brytyjska,stwierdziwszy jednak, że Dylan Jones & S-ka wciąż nie lansują krawatów w bałwanki, przerzucił się naMemento moriIana Rankina. Odłożył książkę mniej więcej po czterdziestu stronach.

– Taa – powiedział do siebie. Poseł, który skoczył albo ktoś mu pomógł. Żadnych świadków zdarzenia, żadnych śladów walki, tylko ten niepokojący krzyk, kiedy spadał. Denat, jak Płatek, stracił rodziców, ale znacznie później. Skrawki ubrań pozostałych ofiar jak chusteczka z monogramem.

Książkę kupił niedawno. Trzeba gdzieś sprawdzić miesiąc wydania, może tu chodzić o naśladownictwo. Może… Nie, to bez sensu. Trzeba się upewnić, że nie zrobił tego sam, że nie włożył sobie tej chusteczki, żeby pamiętać, kim jest. Marek nie znalazł tych perfum w mieszkaniu, innych chustek też nie. Zero podręczników do haftowania, igły z nitką też swoją drogą nie. Komputerowcy już się ponoć włamali do sprzętu Płatka, jutro mają się z nimi spotkać. Ciekawe, gdzie się kupuje taki sprzęt? Przejrzeć przelewy, bo wśród rachunków niczego nie było.

Chustka, chustka. Z Diorem. I jeszcze ta deska przy barierce. Było już pewne, że nie pękła pod wpływem uderzenia. Ktoś ją wcześniej podpiłował.

6

Nadinspektor Andrzej Gruszka intensywnie ruszał szczęką. Nicorette schodziła w zastraszającym tempie. Z kieszeni wyjął jeszcze jedną i spojrzał na zegarek.

– Siedem minut obsuwy. Ciekawe, co ta łajza tym razem wymyśli?

– Grat nie zapalił – podpowiedzieli chórem Źrenicka i Gajewski.

– Nie będę się zakładał.

– Darujcie, drodzy – wysapał Sroka. – Grat znowu nie zapalił. Pół godziny z nim walczyłem.

Ogólne rozchełstanie, wystająca zza paska koszula, potargane włosy, niedogolone policzki, wszystko to nie przemawiało za jego wersją wydarzeń, lecz oczywiście nie udawał, że się tym przejmuje.

– Zmieńcie płytę, podkomisarzu Sroka. I budzik sobie kupcie. – Kiedy Gruszka leciał frazą milicyjną, Marek tracił wszelką chęć do polemik. – Dobra, dawaj, Jasiu. Co mamy? – Zerknął na Srokę, który tymczasem usadowił się w kącie, przybierając pozę „taki mały”. – I jeszcze, dla porządku, jeśli znowu będziesz miał ochotę na chwileczkę zapomnienia, to zapomnij o podwyżce.

Marek skulił się jeszcze bardziej, a Gajewski referował sprawę.

– Możemy założyć dwa warianty. Pierwszy, że Płatek zaaranżował swoje samobójstwo. I drugi, że ktoś go zwabił w pułapkę i zabił. Pytanie brzmi: dlaczego? Przypadek to na pewno nie był. W grę wchodzą jakieś osobiste porachunki albo szantaż. Za godzinę będziemy wiedzieć więcej – coś musi być w komputerze. Przynajmniej na to właśnie liczę.

„Umiarkowanie licząc się z innymi”, chciał skwitować Marek, lecz tylko mocniej zacisnął szczęki. Wiedział, że dzisiaj nie powinien drażnić Gruszki-Sruszki.

– Jeśli coś tam będzie, to jedno drugiego nie wyklucza – wtrąciła cicho Beata. Bała się kozaczyć przy przełożonym.

– A jakiś przypis dla mniej rozgarniętych? – odważył się Sroka.

– Mógł się komuś zwierzyć… Nie wiem, na przykład wejść na jakieś forum dyskusyjne, prowadzić bloga. Mało kto sam się z tym gryzie, nie woła o pomoc… Może czat dla samotnych, grubasów…

– Obrońców wymierających gatunków – znów nie wytrzymał Marek.

– Żółta kartka, Sroka – ponownie zgasił go Gruszka. – Dobrze kombinujesz, Beata, ale – machnął ręką nadinspektor – nie rozumiem w takim razie, po co siedzimy tu i pitolimy bez sensu. Idźcie już sprawdzić te komputery.

Trójce policjantów nie trzeba było dwa razy tego powtarzać.

– Za tydzień wszystko wróci do normy – stwierdził Marek, gdy już odeszli na bezpieczną odległość.

– Dlaczego za tydzień? – zdziwiła się Źrenicka.

– Tyle jeszcze daję szefuńciowi. Zobaczycie, że mu się nie uda rzucić. – Zachichotał. -À propos,nasi magicy zwykle się nie spieszą, więc mamy jeszcze chwilkę. To ja idę sobie zapalić.See you.

Na dyżurze był niestety tylko Damian Poniatowski. Uwielbiał pokazywać ignorantom, gdzie jest ich miejsce. Od razu zaznaczył, że nie będzie się bawił w objaśnianie, jak to zrobili. Gajewski nie naciskał – w końcu za to im płacą.

– No, można by się od niego nauczyć paru patentów, pracował przy zabezpieczeniach, niezłą mieliśmy z tym zabawę. I nie tylko – kontynuował Poniatowski, demonstrując szeregi cyferek, które w istocie były dla zebranych jak strony chińskiego kalendarza. – To na pewno was nie zainteresuje, my sobie co nieco pożyczymy, ale to – na ekranie ukazała się historia odwiedzanych stron – z pewnością. Jest kilka portalików, na które warto zajrzeć.

Co ciekawe, był administratorem dwóch, dlatego na razie nie możemy wleźć do jego bazy danych. W poczcie chyba nic ciekawego, ale to już wy sobie posprawdzajcie.

– Taa, istne żniwa. Operacje na koncie? – zapytał Gajewski.

– Nie, musicie sobie wziąć z banku. Potwierdzenia zakupów oprogramowania. Szacun, wszystko legalne.

– A sprzęt? Miał jakiś nowy?

– Miał coś tam – zaśmiał się złośliwie Damian, po czym obrócił płaski monitor. – Adres jest na naklejce.

– Beata, weź pozwolenie wejścia na konto, Marek jedź do tego sklepu. A ja…

– A ty, szefie, na rodzinny obiadek.

7

Płatek zaopatrywał się w sprzęt komputerowy w sklepie przy ulicy św. Krzyża, o którym słyszał nawet Sroka, tykający się klawiatury jedynie w sytuacjach wyższej konieczności. Niezbyt drogi sklep z bogatym asortymentem i sprzedawcami, którzy cierpliwie tłumaczyli co trzeba nawet ostatnim lamerom. Sroka zajrzał tam przed południem, łudząc się, że nie będzie wtedy zbyt wielu klientów. Pomylił się. Nie mógł się przebić przez tłumek kłębiący się przy ladach, więc zamachał legitymacją i poprosił o rozmowę z kierownikiem. Nie licząc na zbyt wiele, pokazał mężczyźnie w średnim wieku zdjęcie Płatka.

– A, to pan Aboja – powiedział kierownik, ledwie rzuciwszy okiem na fotkę.

– W sensie że co? – nie zrozumiał Marek.

– Przychodzi do nas od jakiegoś czasu. Robi spore zakupy, więc go zapamiętałem. Zresztą nie tylko dlatego. Charakterystyczny koleś, taki bardziej nieśmiały. Prawie zawsze zaczyna zdanie od: „A bo ja, a bo ja chciałem…”

– Przychodził, robił, zaczynał.

– W sensie że co? – jak echo powtórzył kierownik.

– Pan Aboja, a właściwie Jacek Płatek, zszedł był z tego łez padołu. Zapewne z czyjąś pomocą.

– Chyba nie myśli pan, że ktoś od nas jest w to zamieszany?

– Ja nic nie myślę, w końcu jestem tylko policjantem – zarechotał Sroka. – Prowadzę rutynowe czynności śledcze.

Podkomisarz dowiedział się, że Płatka zwykle obsługiwał niejaki Sebastian, który teoretycznie powinien najwięcej o nim wiedzieć. Ale ten sprzedawca miał przyjść do sklepu dopiero na drugą zmianę o pierwszej. Co zrobić z tak pięknie zapowiadającym się dniem?, zastanowił się Marek. Mógł wrócić do komendy i zająć się papierkową robotą, której nigdy nie brakowało, albo jeszcze raz przeanalizować akta sprawy. Wtedy na twarzy poczuł smagnięcie wiosennego słońca, a przed sobą zobaczył działający już knajpiany ogródek. Wahał się tylko przez chwilę. A potem już bez wahania, rozsiadłszy się w wiklinowym foteliku, zamówił piwo. No, to zaczynamy obserwację, zadecydował i skoncentrował się na długonogiej kelnerce, której bluzka ściśle przylegała do wiele obiecującego biustu.

Sebastian okazał się wymuskanym młodym mężczyzną w typie metroseksualnym. Patrząc na niego, Sroka przypomniał sobie, o czym między innymi ostatnio rozmawiał z kumplem z drogówki, z którym prawie co sobota uskuteczniali rajdy po knajpach na Kazimierzu. Kumpel twierdził, że feministki namieszały we łbach nie tylko babom, ale i facetom; że teraz młodziaki są wymoczkowate, ni pies to, ni wydra, niby chłopy, ale nie do końca. Miętcy są, bardzo miętcy, mówił, wychylając kolejną szklaneczkę wódki z colą. A my, goście starego chowu, na tym tylko korzystamy, bo kobiety wolą jednak konkretnych facetów. Sroka miał wtedy na końcu języka pytanie, jak się właściwie trzeba zabrać do sprawy, żeby skorzystać. Z korzystaniem miał problem. Duży. Z zamyślenia wyrwał go głos sprzedawcy:

– To czego właściwie chciał się pan dowiedzieć?

Pokazał zdjęcie Płatka, Sebastian rozpoznał go od razu:

– Aboja.

– Tak, już wiem. Chodzi mi o to, co kupował, jak się zachowywał.

– Sporo akcesoriów do komputerów, bo jak mówił, ciągle je modernizował. Brał faktury, więc mogę przygotować wykaz, ale to trochę potrwa. A w ogóle to był, wie pan, ciepły. Wydaje mi się, że przychodził tu tak często chyba też po to, żeby sobie ze mną pogadać.

Sebastian przeczesał asymetryczną, efektowną fryzurę.

– A skąd pan o tym wie? Też pan jest…? – Sroka czuł się nieswojo, zadając takie pytania, jakoś nie mógł łyknąć tych wszystkich znaków czasu.

– Ja nie, ale mam oko na takich.

– I co? Składał jakieś propozycje?

– Nie. Przychodził, kupował coś i ględził o portalach gejowskich, dla których pracuje. Nic więcej.

– A kiedy pan go ostatnio widział? Może zauważył pan w jego zachowaniu coś szczególnego?

– Coś ze dwa tygodnie temu. Nerwowy był, ale on miał tak zawsze.

Idąc w stronę swojego zdezelowanego golfa, Marek mielił w głowie uzyskane informacje. To się nawet trzymało kupy: pedalskie gry i zabawy, zawiedziona miłość, zdradzony kochanek… Oni podobno nie są specjalnie stali w uczuciach. Ale żeby od razu zabijać Wielorybka? Próbując odpalić auto, co trwało, oj trwało, wybrał numer do Roberta Ostaszewskiego, kumpla z obyczajówki.

– Sobie życzysz, kochanie? – odezwał się znajomek.

– Dziwki, wino i pianino – powiedział Sroka.

– Konserwy, muzyka bez przerwy – zakończył ich zwyczajową wymianę uprzejmości Ostaszewski. – Jakiś problem? Kolega jest potrzebujący? Może urocza rudaska?

– Tym razem wyjątkowo nie. Potrzebuję informacji na temat Jacka Płatka, dwurury. Znaczy geja.

– Sprawdzę. A coś przeskrobał?

– Ktoś go przeskrobał. Śmiertelnie.

– Oki, zobaczymy.

Już na komendzie odebrał mejl od Robbiego. Nic,tabula rasa,Płatek nie był notowany. W zamyśleniu wpatrzył się w gors pilnie stukającej w klawiaturę Źrenickiej. Jej pomarańczki ani trochę nie zmalały. Zwizualizował sobie przyjemne igrce z koleżanką. W scenerii rosyjskiej pensji dla dziewcząt, kraciasta spódniczka, białe podkolanówki. Na ziemię sprowadził go Gajewski, bezlitośnie szeleszcząc papierami. Job jego mać.

– Rachunki, drobne zakupy, żadnych większych sum.

– Perfumy kupił niedawno – rzuciła Beata.

– Diora? – zainteresował się nadkomisarz.

– Nieee, Valentino.

– Nie przepadam. Marek, widziałeś je u niego w łazience? Może to na prezent?

– Coś tam było, ale dokładnie nie pamiętam.

– Resztę prezentów – dodała Źrenicka, odsuwając się od biurka – robił raczej sobie. Wszystko do komputera.

– Jeśli nawet ktoś go szantażował, nie wygląda na to, żeby zdążył mu zapłacić – głośno myślał Gajewski. – Sponsoringu też raczej nie uprawiał, no chyba że nie przez internet.

– Można popytać w klubach gejowskich – próbowała jeszcze młodsza aspirant.

– Można – przytaknął odruchowo, acz bez zapału Jan.

Sroka już wiedział:

– Panie i panowie, tylko przypadek może nas uratować.

Naturalne narzędzie zbrodni

8

Grażyna Druszcz lubiła wywiadówki. Zawsze to jakaś odmiana: zamiast młodych kretynów – stare matoły. Pięćdziesięcioczteroletnia weteranka w bojach o wielkość Słowackiego i Żeromskiego musiała jednak przyznać sobie w duchu, że czasy się zmieniły. Kiedyś naprawdę można było porządzić, powiedzieć do słuchu, dać w ucho czy linijką po łapach, i po sprawie. Nikt, ani starzy, ani młodzi, nie śmiał pisnąć. A teraz? Prawa ucznia, mobbing nie mobbing, dziewięćdziesiąt procent chorych na dysleksję. I ledwie potrafią sklecić zdanie po polsku, bo do szczęścia wystarczy im angielski. JakiKordian?JakieDziady?Chyba te z pokoju nauczycielskiego. Rodzice to przynajmniej stara szkoła. Owszem, pyskują, robią afery u dyrekcji, w ogóle – życie by oddali za swojego Stefanka czy Oktawię, ale czasem wystarczy spojrzeć ostrzej, wyćwiczonym gestem poprawić okulary i zaraz przypominają sobie, gdzie jest ich miejsce.

Wzdychając ciężko, Grażyna odłożyła dziennik. Sięgnęła po torebkę i z kosmetyczki wyjęła szminkę ochronną. Nie przerwała smarowania ust, gdy rozległo się dyskretne pukanie do drzwi.

– Czegoś pan zapomniał, panie…?

– Zajączkowski – usłużnym głosem podsunął mężczyzna. – Można na chwilę?

– Aaa, Zajączkowski. Wywiadówka skończyła się dziesięć minut temu. Nie jest pan w stanie wygospodarować pół godziny dla własnej córki?

– Przepraszam, pani profesor – wychrypiał Zajączkowski – sytuacja awaryjna w pracy. Żona jest na szkoleniu i wraca dopiero jutro.

– Trudno. Zapraszam w przyszłym tygodniu. Mam okienko w środę od czternastej piętnaście do piętnastej.

– Nie możemy wtedy, żona i ja pracujemy w tych godzinach. Ale – nie ustawał w zabiegach rodzic – nasza Ania to chyba nie sprawia specjalnych kłopotów?

– Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie – stwierdziła sucho nauczycielka i wypróbowała na Zajączkowskim sztuczkę z okularami. Zadziałało, mężczyzna zgiął się, jakby zamierzał klęknąć przed biurkiem. – No dobrze. Co my tu mamy? U mnie mocne trójki. Jak widzę, Ania robi równe postępy: z matematyki średnia w okolicach trzech, z biologii to samo, z fizyki jeszcze ciepła jedynka. O, z fikołków dwie piątki i szóstka. To świetnie rokuje, taka silna dziewczyna zawsze znajdzie pracę w Biedronce.

Zajączkowski zamruczał coś niewyraźnie.

– Jak się postara, to może na kasie. Sprawowanie: poprawne. Byłoby lepiej, gdyby się trochę mniej malowała. Widać zajmuje jej to za dużo czasu – triumfowała Druszcz. – Coś jeszcze?

– Wystarczy – rzucił nieoczekiwanie twardo ojciec Ani. – Przepraszam, że przetrzymałem panią profesor. Czy wobec tego pozwoli się pani odwieźć do domu? Ciemno już.

– Nie. Dziękuję. Przywykłam radzić sobie sama. Od dwudziestu ośmiu lat.

– Jak pani woli. Do widzenia.

Grażyna zamknęła klasę, pożegnała się z też już kończącym pracę woźnym i ruszyła do domu. Po przejściu stu metrów zatrzymała się, dusząc w ustach przekleństwo. Cholerny but. Przykucnęła i tym razem zaklęła już głośno. Nie dość, że oderwany obcas utknął w błocie, to do kałuży wpadła końcówka jej metrowego, grubego jak pyton warkocza. Odrzucając go na plecy, chlapnęła brudną wodą. Jeszcze płaszcz do prania. Podniosła się i kuśtykając, powlokła się przez źle oświetlony park. Kolejne przekleństwo na dobre uwięzło jej w gardle.

9

Dzień 28 marca siostry Źrenickie od lat spędzały w ulubionym towarzystwie. Swoim własnym. Jedna urodziła się 27 marca, druga 29 marca pięć lat później, na wspólną celebrację wybrały więc datę pośrodku. Jeśli święto wypadało w dzień wolny od pracy, urządzały sobie zakrapiany panieński wieczór, jeśli nie – wybierały się razem na ulubione pierogi. Ela i Beata były Baranicami w każdym calu. Sumienne, uparte i zasadnicze, wszystko lubiły robić same, z wyjątkiem tego, co można było zrobić z siostrą. Względnie z mężemin spe,ale nim Elka nie zamierzała się dzielić. Choć nieco różniły się charakterami, rozumiały się niczym nóż z widelcem, nic więc dziwnego, że obie zdecydowały się na pracę w policji.

– Rety, jak się obżarłam – stwierdziła Ela, masując się po płaskim jak deska brzuchu.

– No – zgodziła się siostra – ale gdzieś tak za godzinę mogłabym wsunąć jeszcze jedną porcję tych z rydzami. Albo z kaszą.

– Oj, Beatrice, przecież możesz tu sobie wpadać, kiedy chcesz, choćby jutro. Mnie Kubuś by nie darował, jakbym przez weekend nie polatała w fartuszku. Ciągle go to podnieca – zachichotała starsza Źrenicka.

– Ale w samym? – parsknęła młodsza.

– No coś ty. Podnieca go żona jak z makatki, a nie jakaś tam wyzwolona sufrażystka. Zobaczysz, jeszcze i ty poznasz rozkosze schizofrenii.

– Phi – skwitowała Beata, cokolwiek nadrabiając miną. – Okej, płacimy, nie? Twoja kolej.

Pierogarnię U Vincenta opuściły o ósmej. O tej porze nie było jeszcze problemu z parkowaniem, więc szybko znalazły się w samochodzie. Beata nastawiła radio na policyjne pasmo.

– Oj, wyluzuj, dziecko, wyłącz to. Na dyżurze się utwierdzisz w powołaniu. – Ela wyciągnęła rękę do przycisku, lecz siostra przytrzymała ją za nadgarstek.

– Ciii, zaczekaj.

…w parku Floriana Nowackiego znaleziono zwłoki kobiety. Potrzebni ludzie do zabezpieczenia terenu…

– To koło naszej dawnej budy.

Starsza siostra znacząco popukała się w czoło. A Beata zgłosiła się i nacisnęła gaz. Dojeżdżając do parku, z daleka zobaczyły światła halogenowych latarek. Na miejsce, sądząc po wozach, które tarasowały ścieżkę, dotarły już co najmniej dwa patrole. Ktoś przesunął im latarką po oczach.

– Ja nie mogę! Siostry sisters we własnych pięknych osobach! – wykrzyknął entuzjastycznie ten, który je chwilowo oślepił.

– Pawełek! – odkrzyknęła z równym entuzjazmem Beata i rzuciła się na szyję najlepszemu kumplowi z czasów Piły.

– Khm, khm – przypomniała o sobie starsza Źrenicka, nastawiając policzki do całowania. – To wy sobie tu gruchajcie, gołąbeczki, a ja rzucę okiem na nieboszczkę.

– Co u ciebie, Pawciu?

– Stara bida – popisał się oryginalnością starszy aspirant.

– A jak Adelka?

– Jak to Adelka. Niedługo dobije do pół tony. Na sto procent bliźniaki, wczoraj oglądałem je na USG.

– Kurczę, tak się wciąż mijamy, musimy się koniecznie spotkać na jakimś browcu, a nie…

– Beata! Chodź tu szybko – głos Elżbiety nie wróżył nic dobrego.

Mimo panujących wokół ciemności, młodsza aspirant mogłaby przysiąc, że jej siostra pobladła jak ściana. Po chwili sama poczuła coś w rodzaju mdłości, choć z tymi debiutanckimi, zdawałoby się, już dawno sobie poradziła. Przełknęła ślinę i objęła Elę w pasie.

– Dżizas krajst, to ona.

– Kto? Znacie ją? – bardziej stwierdził, niż zapytał Paweł.

– Druszczowa. Uczyła nas polskiego w liceum.

– Fajna?

– Nie – wyszeptała Beata.

– Nie? Czyli jakaś uczniowska wendeta? – próbował żartować kolega.

Kobiety milczały. Wciąż się obejmując, odeszły od ciała, bo zgromadzona już w komplecie ekipa kryminalistyczna zajęła się zbieraniem śladów. Wprawdzie odpalono reflektory, ale któryś z policjantów nadepnął na kompletnie ubłocony warkocz denatki.

– Nie ciesz się, Paweł – odezwała się cicho Ela. – Każdy z nas przynajmniej raz życzył jej śmierci w męczarniach. Zliczając wszystkich, to daje dobrych parę tysięcy podejrzanych. Tylko proszę cię – uśmiechnęła się leciutko – odpuść sobie uwagi o wyrywaniu chwastów.

– Okej. – Paweł Rudzki nie przypadkiem zaskarbił sobie tak ogromną sympatię młodszej Źrenickiej. – Stawiam na uduszenie, pewnie nie męczyła się d ługo. No chyba że sama ze sobą.

Do starszego aspiranta zbliżył się młodziutki policjant. To on w czasie patrolu natknął się na zwłoki. Posterunkowy Jędrek Maciąg (spod samiuśkich Tater) miał dziś swój wielki dzień.

– Sefie, sefie, jesce cosik. Kalose – oznajmił z radością w głosie. – Tam były, pod dzewem.

10